MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest przepięknym krajem wyróżniającym się niesamowitą różnorodnością etniczną i biologiczną, łączącym w sobie wszystkie atrakcje Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Co dziesiąty gatunek roślin i zwierząt żyjących na naszej planecie pochodzi właśnie stąd. To ziemia sympatycznych, gościnnych i przyjaznych ludzi oraz niepowtarzalnych krajobrazów. Pełna bogatej historii, kultury, niezwykłych karnawałów, barwnych świąt lokalnych i festiwali. To kraj słynący z wyśmienitej kawy i najpiękniejszych szmaragdów na świecie. Tutaj właśnie narodziła się słynna legenda o El Dorado i fikcyjna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Márqueza. Kolumbia promuje się na całym świecie hasłem Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał tu zostać. Kto miał szczęście odwiedzić ten cudowny kraj, wie, że to prawda...  

 

Na wszystkich turystach ogromne wrażenie robi przepiękna Cartagena de Indias na wybrzeżu Morza Karaibskiego, która swą architekturą przypomina Hawanę na Kubie, ale jest nieporównywalnie bardziej zadbana. W 1984 r. jej wspaniałe centrum historyczne, Stare Miasto otoczone murami miejskimi – Ciudad Amurallada, znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Nie bez powodu nazywa się ją „skarbem Karaibów”.

Jest to z jednej strony rajski kurort wypoczynkowy, pełen luksusowych i nowoczesnych hoteli, a z drugiej – zabytkowe i klimatyczne miasto pamiętające czasy piratów grasujących po wodach Morza Karaibskiego. To miejsce pełne romantyzmu, magii i kolorów, zamieszkałe przez niepowtarzalną mieszankę radosnych i roztańczonych ludzi – potomków dawnych konkwistadorów, Metysów, Mulatów oraz Indian i Murzynów. Wąskie brukowane uliczki Cartageny de Indias, otoczone potężnymi murami, jej kolorowe domy w stylu kolonialnym z rzeźbionymi drewnianymi balkonami upodobali sobie szczególnie turyści z Europy. To niezwykłe miasto oddycha nie tylko historią, ale pulsuje również radośnie w rytmie kolumbijskiej cumbii i salsy. Tutejsze bogate życie nocne cieszy się zasłużoną sławą w całym kraju. Jeśli odwiedzimy tę zachwycającą, ponad milionową metropolię, to istnieje naprawdę duże ryzyko, że będziemy chcieli zostać w niej na dłużej, jak uczyniło już wielu cudzoziemców...

 

CARTAGENA – SKARB KARAIBÓW

Cartagena de Indias została założona w 1533 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Pedra de Heredię. W epoce kolonialnej była jednym z najważniejszych portów w Ameryce. Z tego okresu pochodzi właśnie większość jej niepowtarzalnego dziedzictwa artystycznego i kulturalnego. 11 listopada 1811 r. miasto, jako jedno z pierwszych na terenie dzisiejszej Kolumbii, ogłosiło niepodległość od Hiszpanii. Dzień ten jest obecnie świętem narodowym w całym kraju, a na jego pamiątkę odbywają się w Cartagenie 4-dniowe huczne imprezy, znane jako Fiestas de la Independencia. W 1815 r., po długim, 3-miesięcznym oblężeniu, miasto zdobyły wojska hiszpańskie dowodzone przez generała Pabla Morilla, El Pacificadora („Pacyfikatora”). Po tej odważnej obronie Cartagena de Indias otrzymała tytuł Ciudad Heroica, czyli „Bohaterskie Miasto”. Od 1934 r. 11 listopada wybiera się tutaj Señoritę Colombia – zwyciężczynię Narodowego Konkursu Piękności w Kolumbii (Concurso Nacional de Belleza de Colombia). Jest wówczas co podziwiać, bowiem – moim zdaniem – Kolumbijki są jednymi z najpiękniejszych kobiet na świecie…   

Do wielkich przyjemności należy spacer po plątaninie uroczych, zabytkowych uliczek oraz po malowniczych placach w historycznym centrum miasta. Bez względu na to, w którym kierunku się udamy, zawsze natrafimy na coś interesującego – ulicznych sprzedawców świeżych owoców, sklepiki z rękodziełem artystycznym, piękną biżuterią i słynnymi kolumbijskimi szmaragdami czy klimatyczne kawiarnie i bary, gdzie możemy spróbować chyba najlepszej na świecie kawy lub wyśmienitego rumu. Co chwilę mijamy też wspaniałe zabytki, świątynie i pałace, które są dumą Cartageny de Indias. Warto przespacerować się po okolicach Plaza de Bolívar i zajrzeć do wznoszącego się tutaj Pałacu Inkwizycji (Palacio de la Inquisición) oraz Muzeum Złota i Archeologii (Museo del Oro y Arqueología) z bezcennymi pamiątkami po prekolumbijskiej kulturze Zenú (Sinú) rozwijającej się na terenie współczesnej północnej Kolumbii od ok. 200 r. p.n.e do 1600 r. n.e. Miłośnikom fortyfikacji na pewno na długo pozostaną w pamięci rozległe mury miejskie oraz potężny Zamek San Felipe de Barajas. Ta forteca jest największą, jaką kiedykolwiek zbudowali Hiszpanie na kontynencie amerykańskim. Miała ona chronić ten jeden z najbogatszych portów w Nowym Świecie przed atakami piratów. Najsłynniejsza bitwa rozegrała się tutaj w 1741 r., kiedy to Cartagenę chciała zdobyć flota brytyjska pod wodzą admirała Edwarda Vernona. Atakujący mieli aż dziesięciokrotną przewagę w ludziach nad broniącymi się w Castillo de San Felipe de Barajas Hiszpanami. Nie udało się im jednak zająć miasta. Trzytysięcznym garnizonem hiszpańskim dowodził bohaterski admirał Blas de Lezo, którego pomnik możemy dzisiaj oglądać przy wejściu do zapierającej dech w piersiach fortecy.       

            Zwiedzanie Cartageny warto zakończyć na szczycie 150-metrowego wzgórza La Popa, na którym znajduje się uroczy klasztor – Convento de la Candelaria. Roztacza się stąd cudowny widok na Stare Miasto, Morze Karaibskie, port, pobliską wyspę Tierra Bomba z zabytkowym XVIII-wiecznym Zamkiem San Fernando de Bocachica oraz na nowe dzielnice z luksusowymi hotelami – Bocagrande i El Laguito. Świątynia ta poświęcona jest Oczyszczeniu Najświętszej Marii Panny, Matce Bożej Gromnicznej (Virgen de la Candelaria). Z tego też powodu zawsze 2 lutego z sanktuarium na wzgórzu La Popa wyrusza do centrum miasta uroczysta i kolorowa procesja gromadząca tysiące mieszkańców i pielgrzymów. W 1986 r. miejsce to odwiedził papież Jan Paweł II, który koronował wówczas słynący cudami obraz Virgen de la Candelaria.     

Cartagena to nie tylko wspaniałe zabytki i bogata kultura, to także malownicze plaże, szalone życie nocne, wyśmienita gastronomia, ważne festiwale, kongresy i konferencje. Ta stolica kolumbijskiego departamentu Bolívar słynie również z pocztówkowych widoków i niesamowicie romantycznej scenerii. Nic więc dziwnego, że gwiazdy muzyki latino (nie tylko z Kolumbii!) wybierają ją obecnie najczęściej na miejsce nagrywania swoich teledysków (np. Wisin & Yandel i Tu Olor, Jorge Celedon i Jimmy Zambrano – Nuestra Fiesta itd.). W Cartagenie de Indias organizuje się również wiele ślubów (coraz więcej par z Europy i Stanów Zjednoczonych), zakochani przyjeżdżają tu także na miesiące miodowe, żeby podziwiać cudowne zachody słońca z historycznych murów miejskich, ze wzgórza La Popa, Zamku San Felipe de Barajas czy siedząc na malowniczej karaibskiej plaży. Trudno wyobrazić sobie piękniejszą rzecz od nocnego rejsu żaglowcem po zatoce Cartageny lub od przejażdżki powozem konnym po brukowanych uliczkach Ciudad Amurallada. To bez wątpienia jedno z najbardziej romantycznych miejsc na świecie, jakie widziały moje oczy…  

Kiedy się ściemnia, w mieście zaczyna się jedna wielka impreza, rumba – jak mówią Kolumbijczycy. Ogródki kawiarniane i bary zapełniają się ludźmi, swoje podwoje otwierają liczne dyskoteki i kluby nocne. Zrozumiemy wówczas szybko, co znaczy „wyjść na miasto” na Karaibach – tutaj liczy się tylko dobra zabawa i radość życia... Warto zacząć rumbę od szalonej imprezy w wesołym i kolorowym autobusie chiva, który rusza w nocny objazd po Cartagenie. W środku znajduje się orkiestra, cały czas gra muzyka i leje się doskonały kolumbijski rum. Przydaje się on zwłaszcza mniej skorym do spontanicznej zabawy Europejczykom i Amerykanom. Potem możemy kontynuować rumbę, tańcząc aż do świtu w dyskotekach przy ulicy Arsenal (Calle del Arsenal). Jeżeli chcemy przeżyć niezapomnianą noc pośród wspaniałych zabytków Ciudad Amurallada, to powinniśmy odwiedzić tzw. Rutę de la Salsa, czyli „Szlak Salsy”. Mało kto wie w Polsce, że to właśnie Kolumbijczycy są od kilku lat mistrzami świata w tym tańcu… Miłośnikom żywych karaibskich rytmów polecamy szczególnie takie miejsca, jak np. Dónde Fidel, Habana, Bazurto Social Club i Quiebra Canto.

O niesamowitym pięknie i wielkich atrakcjach Cartageny de Indias można by było pisać bez końca. Podczas każdej mojej wizyty w Kolumbii staram się zawsze odwiedzić tę magiczną stolicę departamentu Bolívar. Kiedy ją wspominam w Polsce, to na mojej twarzy od razu pojawia się uśmiech, a w moich oczach widać ogień i pasję. Dla mnie Cartagena de Indias, ten fascynujący „skarb Karaibów”, jest najpiękniejszym miastem w całej Ameryce Łacińskiej.

 

BARRANQUILLA – ZŁOTA BRAMA KOLUMBII                     

Jeśli lubimy dobrze się bawić, to powinniśmy zawitać również do Barranquilli. To tutaj właśnie przyszła na świat w 1977 r. słynna piosenkarka Shakira. W tym 1,5-milionowym mieście odbywa się szalony karnawał – Carnaval de Barranquilla, ogłoszony przez Senat Republiki Kolumbii w 2002 r. Dziedzictwem Kulturalnym Narodu (Patrimonio Cultural de la Nación), a rok później uznany przez UNESCO za Arcydzieło Ustne i Niematerialne Dziedzictwa Ludzkości. Jest to największa fiesta w Kolumbii i na całych Karaibach oraz druga pod względem wielkości na świecie – zaraz po brazylijskim Rio de Janeiro! To chyba najlepsza z możliwych reklam dla miasta Shakiry…

Barranquilla, stolica departamentu Atlántico i kolumbijskiego regionu Costa Caribe (Wybrzeże Karaibów), nazywana bywa „Złotą Bramą Kolumbii”. Przydomek ten wziął się stąd, że od końca XIX w. miasto to stało się głównym portem kraju i jego ważnym centrum handlowym. To właśnie tutaj przybywali statkami podróżnicy i docierały rozmaite towary z całego świata. Dzisiaj Barranquilla, dzięki swojemu słynnemu karnawałowi, otwiera przed nami niesamowity świat radości i bajecznych kolorów. To brama do doskonałej i szalonej zabawy, pełnej karaibskiej muzyki i spontanicznego tańca. Już wkrótce, bowiem od 18 do 21 lutego 2012 r., zostanie ona znowu otwarta na oścież. Mieszkańcy Barranquilli przywitają nas wówczas z otwartymi ramionami i zaproszą do wspólnego udziału w radosnym, niepowtarzalnym karnawale, który łączy trzy kultury – europejską, afrykańską i indiańską... Naprawdę nie można przegapić tej niesamowitej, pełnej pasji zabawy!

         

                            

             


 

       

Artykuły wybrane losowo

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018

Wyspy Zielonego Przylądka – ostatni raj na Atlantyku

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA
www.karolinasypniewska.pl


<< Ten niezasiedlony aż do przybycia Portugalczyków w drugiej połowie XV w. archipelag, należący dziś do Republiki Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), znany był niegdyś wśród żeglarzy z produkcji wspaniałego grogu robionego z trzciny cukrowej oraz handlu niewolnikami. Obecnie wciąż zachwyca niezwykłą naturą, przepięknymi plażami nad oceanem i jedyną w swoim rodzaju europejsko-afrykańską kulturą wyspiarską. To świetny kierunek nie tylko dla indywidualnych turystów, miłośników sportów wodnych, ale również na firmowe wyjazdy integracyjne i motywacyjne (tzw. incentive), spotkania biznesowe, kongresy czy konferencje. Odkryjmy zatem ostatni raj na Atlantyku! >>

Więcej…

Tajlandia – w kraju uśmiechów

ALINA WOŹNIAK

<< Każdego roku przyjeżdżają tu miliony turystów spragnionych słońca, złotych plaż, wyśmienitej kuchni, wielowiekowych zabytków, egzotycznych pejzaży i wszelkiego rodzaju atrakcji: od kursów medytacji przez górskie wędrówki po zabawę w nocnych klubach. Moda na Tajlandię nie przeminęła i jeszcze długo będzie się utrzymywać. >>

Królestwo Tajlandii to monarchia konstytucyjna, na której czele stoi król (aktualnie Rama IX – Bhumibol Adulyadej). Leży w Azji Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim i części Półwyspu Malajskiego. Należą do niego również setki wysp w Zatoce Tajlandzkiej i na Morzu Andamańskim. Duża różnorodność stref roślinności (lasy monsunowe, równikowe, namorzynowe, sawanny) sprawia, że w granicach tego państwa żyje wiele gatunków zwierząt, m.in. słoń indyjski, niedźwiedź malajski, lotokot, lampart czy zagrożony wyginięciem tygrys.

Więcej…