JERZY PAWLETA

 

Majowie stworzyli jedną z najlepiej rozwiniętych i jednocześnie najbardziej tajemniczych cywilizacji świata starożytnego. Ślady po niej znajdują się na obszarze ok. 500 tys. km2, na terenie dzisiejszych 5 krajów – Belize, Salwadoru, Gwatemali, Hondurasu i południowo-wschodniej części Meksyku. Swoją wiedzę astronomiczną wykorzystali do skonstruowania najdokładniejszego w ich czasach kalendarza z cyklami zaćmień Słońca i Księżyca. Do dziś tzw. Mundo Maya, czyli „świat Majów”, kryje wiele intrygujących tajemnic. Ponad 100 wspaniałych stanowisk archeologicznych, rozrzuconych wśród malowniczych dolin, wulkanów, dżungli i raf, fascynuje licznych naukowców. Na tym terenie pozostało jednak wciąż wiele do odkrycia…

 

O tym, że słynny kalendarz Majów kończy się na dniu 21 grudnia 2012 r., słyszeli już chyba wszyscy. Jednak najprawdopodobniej niewiele osób wie, kim naprawdę byli jego twórcy... Kto z nas zdaje sobie sprawę z tego, że nie używali oni żadnych metalowych narzędzi, nie znali koła i nie wykorzystywali zwierząt pociągowych? Kojarzymy jedynie pozostałe po nich wspaniałe ruiny monumentalnych miast. To właśnie z fascynujących stanowisk archeologicznych czerpiemy przede wszystkim wiedzę o życiu codziennym i zwyczajach Majów. Prowadzący na nich badania naukowcy z całego świata co jakiś czas odkrywają nowe tajemnice tego indiańskiego ludu…

Nie ma czegoś takiego jak kultura Majów – mówi prowokacyjnie stary Metys podobny do pustynnego lisa. Jego słowa wywołują nasze ogromne zainteresowanie… Nic w tym dziwnego, gdyż wypowiedział je doświadczony przewodnik, który oprowadza turystów po położonych w tropikalnej dżungli południowego Jukatanu magicznych miastach-państwach Bonampak i Yaxchilán oraz po pięknym Palenque. Jest on półkrwi Indianinem, potomkiem Majów, półkrwi Hiszpanem, pisze obecnie książkę o pochodzeniu prekolumbijskich kultur Ameryki Środkowej.

Spójrzcie na tego chińskiego smoka na ścianie, przyjrzyjcie się teraz tym freskom i symbolom bogów... Czyż nie przypominają one sztuki starożytnego Egiptu?! Majowie nie byli pierwszymi mieszkańcami tych ziem, a na pewno nie tylko oni kształtowali kulturę Mezoameryki – powtarza uparcie. Jego słowa towarzyszą nam przez całą fascynującą wyprawę śladami nieistniejącej już cywilizacji, której owiane tajemnicą budowle zwiedzaliśmy z zapartym tchem.

 

Bonampak, czyli czytanie z malowideł

Jesteśmy na południowym wschodzie Meksyku, podróżujemy trasą prowadzącą do Gwatemali. Nasz cel to Bonampak, czyli „Malowane Mury” – ruiny dawnego, osaczonego przez tropikalne lasy miasta Majów. Tylko niewielką jego część nie zarosła Puszcza Lakandońska. Liczne obiekty giną w zielonej otchłani. My mamy niewątpliwą przyjemność oglądać wspaniałe pozostałości świątyń, piramid, steli czy wyrytych w kamiennych blokach niezwykłych płaskorzeźb, które zaskakują swoją finezją, dekoracyjnością i przekazywaną treścią. Nie bez powodu uważa się, że artystyczna spuścizna Majów jest najwspanialszą w całej Mezoameryce.

Jednak to, z czego przede wszystkim słynie Bonampak, znajduje się jeszcze przed nami... Musimy wspiąć się po stromych kamiennych schodach, żeby móc podziwiać w jednej ze świątyń piękne malowidła ścienne Majów. Przedstawiają one obrazy z życia codziennego, przygotowania do uroczystych ceremonii, bitwę, triumfalny pochód zwycięzców czy egzekucję pojmanych jeńców. Zachwycają swoją niepowtarzalną formą i bogatą kolorystyką. Malowidła te stały się dla naukowców cennym źródłem wiedzy o cywilizacji Majów.

W dole, tuż przy ścieżce prowadzącej do Bonampak, kuszą nas stragany z wyjątkowo gustownymi wyrobami z naturalnych miejscowych surowców. Wykonują je i sprzedają turystom cudem ocaleni od zagłady Lakandonowie. Nazywają oni siebie hach winik, co oznacza „prawdziwi ludzie”. Uważają się za prawowitych spadkobierców starożytnych Majów. Oczywiście, robimy u nich zakupy, a indiańskim maluchom wręczamy kolorowe maskotki, z których bardzo się cieszą.

 

Yaxchilán i legenda o końcu świata

Następnym naszym przystankiem będzie Yaxchilán, czyli w języku Majów „Zielone Kamienie”. Aby się do niego dostać, musimy popłynąć łodzią szeroką rzeką Usumacinta, tworzącą w tym miejscu granicę pomiędzy Meksykiem a Gwatemalą. Tutejszy Indianin odpala potężny silnik i zaczynamy naszą prawie godzinną wodną podróż. W porze suchej Usumacinta przypomina pełen meandrów strumień, żeby w szczycie pory deszczowej podnieść swój poziom aż o kilkanaście metrów.

Stromymi stopniami idziemy w stronę starożytnego miasta Majów, które słynie z dużej liczby doskonale zachowanych rzeźb. Na niewielkiej, wydartej gęstej dżungli przestrzeni podziwiać możemy klasyczne przykłady prekolumbijskiej architektury tego rejonu. Nad Usumacintą wzniesiono wspaniałe, pnące się ku niebu kamienne piramidy. Architektura Majów nie była abstrakcyjna, odzwierciedlała otaczającą ich rzeczywistość czy wierzenia. Wysokie, strome budowle symbolizowały zamykające Jukatan od południa góry (Maya), miejsce styku ziemi i nieba, gdzie przebywali bogowie. Dlatego też na szczycie piramid powstawały wspaniałe świątynie. Najpiękniejszą budowlą w Yaxchilán jest tzw. Edificio 33 (Pałac Książęcy). Znajduje się tutaj pozbawiony głowy kamienny posąg władcy Majów z VIII w. – Pájaro Jaguara IV. Z rzeźbą tą związana jest popularna wśród Indian Lakandonów legenda. Mówi ona o tym, że w momencie, kiedy głowa Pájaro Jaguara powróci na swoje miejsce, świat zostanie zniszczony przez straszne jaguary, które zstąpią z nieba.

Wracając z magicznego Yaxchilán, przybijamy na chwilę do brzegu po drugiej stronie rzeki – już na terytorium Gwatemali. Nikt się nie dziwi naszej wizycie i nie prosi o paszporty... W niepozornej knajpce, przy dźwiękach krzykliwej muzyki dobywającej się z archaicznej szafy grającej, sączymy gwatemalskie piwo i lokalną tequilę. Nagle młoda indiańska dziewczyna porywa do tańca jedną z uczestniczek naszej wyprawy i obie zaczynają pląsać po klepisku przykrytym dachem z trzciny. Niestety, zaraz po tym nieoczekiwanym przedstawieniu musimy się zbierać i opuścić Gwatemalę, gdyż zbliża się zmrok. Indianka posyła nam na pożegnanie całusy, a my odpływamy łodzią do Meksyku...

 

Na nizinach Jukatanu

Nadszedł czas na Palenque, jedno z najważniejszych miejsc związanych z kulturą Majów. Z górzystych terenów przenosimy się na wapienne niziny pokryte wszechobecną dżunglą. To właśnie tutaj Majowie wnieśli swoje najznakomitsze miasta-państwa. Niewiele z nich przetrwało do czasów przybycia hiszpańskich konkwistadorów w XVI w. Większość z niewyjaśnionych do dzisiaj przyczyn opustoszała w XII stuleciu.

Dostojne, przepiękne ruiny Palenque od razu nas oczarowują. Uwagę przykuwa potężny kompleks budynków – wspaniały Pałac (El Palacio) z charakterystyczną wieżą, prawdopodobnie należącą do obserwatorium astronomicznego. Mieści się on w centralnej części tego starożytnego miasta Majów. Wielkie wrażenie robi ogromna Świątynia Inskrypcji (Templo de las Inscripciones), wewnątrz której znajduje się aż 620 hieroglifów oraz grobowiec znamienitego władcy Majów z VII w. – Pakala Wielkiego (K’inich Janaab’ Pakal). Nasz przewodnik Victor wciąż przekonuje nas, że ani Krzysztof Kolumb, ani nawet wikingowie nie byli pierwszymi odkrywcami Ameryki. Liczne wykute w kamieniu historie i postaci, jakie możemy podziwiać w Palenque i wielu innych miejscach na obszarze Mundo Maya, przypominają wpływy egipskie, chińskie czy hinduskie. Victor każe nam się rozejrzeć bacznie dookoła… Pokazuje nam chińskie węże wyrzeźbione na ścianach świątyń i Pałacu (choć dla mnie jest to nadal bóg Kukulkán, Upierzony Wąż, mimo iż analogii łatwo się doszukać), liczne postaci o skośnych oczach, egipskie symbole ukryte pośród kamiennych figur, hinduskie kształty kobiet oraz wiele innych przykładów świadczących rzekomo o tym, że w czasach starożytnych mogło dojść do spotkania rdzennych przedstawicieli kontynentu amerykańskiego z Azjatami czy Afrykanami. Historia Mezoameryki wciąż pozostaje niezbadana i pełna zagadek, dlatego też jest aż tak fascynująca…

Opuszczamy piękne, niezmiernie tajemnicze Palenque, wyjeżdżamy z urzekającego stanu Chiapas i wyruszamy w długą podróż do Becán, Xpujil i Río Bec, starożytnych miast Majów leżących niemal na granicy dżungli i terenów suchych półwyspu Jukatan. Obiad jemy w lokalnej knajpce przy drodze. Na żelaznym piecu opalanym drewnem Indianki przygotowują nam pyszne, świeżutkie tacosy z tortillą zrobioną z mąki kukurydzianej oraz inne meksykańskie przysmaki.

Becán, Xpujil i Río Bec są ważnymi miejscami w historii cywilizacji Majów. Posiadały strategiczne położenie – prawie w centrum półwyspu Jukatan. Tu krzyżowały się szlaki handlowe prowadzące prostymi jak strzała i gładkimi jak stół sławnymi brukowanymi kamieniami alejami –sacbés (sacbeob), czyli „białymi drogami”. Od Río Bec pochodzi nazwa całego stylu architektonicznego (Río Bec), charakterystycznego właśnie dla tego regionu (znajdującego się obecnie na terenie stanu Campeche). Wyróżniają go m.in. liczne płaskorzeźby, ornamenty i dekoracje stiukowe. Miasta te leżą na uboczu, z dala od głównych tras turystycznych, dlatego też można w nich oddać się spokojnej medytacji w cieniu monumentalnych budowli otoczonych wszechobecną przyrodą.

 

W gościnie u współczesnych Majów

Jadąc w stronę Méridy, pięknego miasta konkwistadorów powstałego w 1542 r. na północy półwyspu, widzimy jak gęste lasy tropikalne ustępują powoli miejsca kamienistym terenom Jukatanu, gdzie woda jest na wagę złota. Majowie potrafili się jednak zaadaptować do tak trudnych warunków i zbudować tu potężne siedziby. Stawiali wielkie studnie lub wykorzystywali naturalne wody podziemne skryte w ogromnych jaskiniach – cenotach. Dzisiaj uważa się je za jedne z najbardziej ekscytujących miejsc do nurkowania na świecie. Na Jukatanie znajduje się kilka tysięcy cenotów, z których dotychczas zeksplorowano jedynie ok. 200. Są to naturalne studnie krasowe powstałe w wapiennych skałach. Ich rola nie ograniczała się tylko do funkcji zbiorników wodnych dla miejscowej ludności. Majowie utożsamiali cenoty z siedliskami bogów, dlatego też były one miejscem składania ofiar.

Zatrzymujemy się na krótki postój przy wiejskim cmentarzu, którego grobowce w pastelowych kolorach osłania swoim cieniem potężne drzewo. Nekropolie na Jukatanie są niewielkie, co nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że brakuje tu ziemi uprawnej. Aby zaoszczędzić cennego miejsca, nieboszczyka wykopuje się po trzech latach. Jego ciało rozłożyło się już wówczas na tyle, że pozostałe po nim kości składa się do niedużego rodzinnego grobowca. W ten sposób nie marnuje się tak potrzebnej tutaj ziemi uprawnej, a kamienne ogrodzenie cmentarza stoi od wieków w tym samym miejscu.

Kolejnym przystankiem jest tradycyjne wiejskie domostwo Majów. Nasz przewodnik zaprasza nas do nieco zaskoczonej niespodziewaną wizytą, ale bardzo gościnnej indiańskiej rodziny. Gospodarz domu prosi jedynie o chwilę na uporządkowanie rzeczy w chacie, w której daje się odczuć brak kobiecej ręki. Przeprasza nas i mówi, że jego żona zmarła – niestety – kilka lat temu.

Typowy dom Majów jest niewielki, owalny lub prostokątny i składa się z jednego pomieszczenia krytego strzechą. Ściany zbudowane są z drewna wymieszanego z błotem. Nie ma tu okien, a jedynie dwa otwory drzwiowe umiejscowione naprzeciwko siebie. Wewnątrz znajduje się ołtarzyk (u naszego gospodarza stoi na nim podobizna zmarłej żony) i pokój dzienny, zamieniany wieczorem na sypialnię. Kuchnia mieści się obok, w bardzo podobnym budynku. Jest tu wyjątkowo dużo dzieci, głównie wnuków pana domu. Częstujemy je kupionymi wcześniej słodyczami. Rozmawiamy chwilę, robimy zdjęcia (oczywiście, pytając się o zgodę) i ruszamy w dalszą drogę…

 

Uxmal boga Majów i Mérida hiszpańskich konkwistadorów

Starożytne miasto-państwo Uxmal wita nas ogromną, przepiękną Piramidą Wróżbity (Pirámide del Adivino) o oryginalnej owalnej podstawie. Znajdziemy tu mnóstwo wizerunków boga wody, deszczu i piorunów Chaca (Chaaca), czczonego niezmiernie mocno przez Majów na suchym i gorącym Jukatanie. Można go poznać m.in. po wielkich, podkrążonych oczach, orlim nosie i wysuniętym języku. Uxmal wydaje się nam bajeczny i potężny, mimo iż dzisiaj możemy oglądać jedynie niewielką jego część. Z ogromną przyjemnością włóczymy się po wszystkich interesujących zakamarkach, spacerując w cieniu majestatycznych, bogato zdobionych budowli. Wspinamy się na jedną z piramid, żeby popatrzeć z góry na malowniczą okolicę. Naprawdę warto było się trochę zmęczyć, gdyż widok z jej szczytu robi na nas wielkie wrażenie. Miasto jest niemal zupełnie puste, nie ma tłumów turystów, co tym bardziej pozwala wczuć się w atmosferę tego magicznego miejsca. Jedynymi stałymi mieszkańcami Uxmal są wielkie jaszczurki z rodziny legwanów – iguany, nie robiące sobie nic z naszej obecności.

Kierujemy się następnie do Méridy, która leży ok. 60 km na północ. Założył ją na ruinach starożytnego miasta Majów T'Hó (Ichcaansihó) hiszpański ród de Montejo (zdobywcy Jukatanu dla Hiszpanii). Dzisiaj wyrabia się tutaj i sprzedaje słynne w całym Meksyku maty wiszące oraz kapelusze panama. Te ostatnie wyplata się z palmy Jipi (Carludovica palmata) w miejscowych wapiennych pieczarach. Stąd też wzięła się ich meksykańska nazwa jipijapa lub sombrero de Jipi. Mérida, 800-tysięczna stolica obecnego stanu Jukatan, zachowała klimat uroczego XVI-wiecznego kolonialnego miasta i przyciąga wielu turystów z całego świata swoimi pięknymi zabytkami.

Wieczorem podziwiamy karnawałowy pochód. Jego trasa prowadzi głównymi ulicami, a towarzyszą mu tłumy widzów, niezliczona liczba straganów oraz barów na dwóch kółkach, w których można kupić lokalne przysmaki. Barwne stroje uczestników, hałaśliwa muzyka, platformy z tancerzami i tancerkami, konfetti sypiące się na głowy ożywiają Méridę. Szalona zabawa trwa niemal do białego rana.

 

Chichén Itzá – mekka turystów

Ze stolicy Jukatanu wyruszamy dalej… Przed nami jedno z najważniejszych miejsc związanych z kulturą Majów – Chichén Itzá. Zwiedzając wszystkie wcześniejsze stanowiska archeologiczne, czuliśmy się niemal jak odkrywcy, towarzyszyła nam cisza i rozległa przestrzeń lub wszechobecna dżungla. Tutaj mogliśmy już o tym zapomnieć. Piękne, doskonale zachowane Chichén Itzá stało się celem pielgrzymek turystów z całego świata, chcących dotknąć wspaniałych pozostałości pochodzącego z V w. miasta-państwa, zagłębić się w tajemniczą i niezbadaną historię Majów. To właśnie tu znajdziemy największe w całej Mezoameryce boisko do gry w pelotę (o długości ok. 170 m) – prekolumbijską odmianę piłki nożnej, spiralne obserwatorium astronomiczne El Caracol (Ślimak) czy imponującą piramidę El Castillo (Zamek) – Świątynię Kukulkána, odpowiednika azteckiego Quetzalcóatla, Pierzastego Węża, stworzyciela świata i krzewiciela cywilizacji. Schody skierowane w cztery strony świata prowadzą na jej szczyt, każdy ciąg ma 91 stopni (razem 364). 365 stopień (liczba dni roku słonecznego) stanowi wejście do świątyni. W czasie równonocy, 21 marca i 21 września każdego roku, zaobserwować możemy tutaj niezwykłe zjawisko optyczne. Cienie wschodzącego i zachodzącego słońca układają się na schodach w kształt pełzającego węża (Kukulkána). Ten interesujący spektakl gromadzi każdorazowo kilkanaście tysięcy widzów.

Nieco na uboczu odnajdujemy piękny naturalny zbiornik wodny, rytualną jaskinię – cenote Ik Kil, miejsce uświęcone przez Majów i Tolteków. Aby nieco ochłonąć od nadmiaru wrażeń i coraz silniejszego upału, zamierzamy popływać. Dno tej studni o skalistych pionowych ścianach porośniętych bujną tropikalną roślinnością wypełnia krystalicznie czysta woda, której tafla znajduje się kilkadziesiąt metrów poniżej powierzchni ziemi. Prowadzą do niej wykute w skale schody. Kąpiel w tym miejscu jest wielką przyjemnością i niepowtarzalnym przeżyciem.

 

Wypoczynek w cieniu kultury Majów

Przed nami już tylko słynna Riviera Maya (Riwiera Majów), czyli zasłużony odpoczynek z drinkiem z parasolką na złocistych plażach ciepłego, turkusowego Morza Karaibskiego. Najbardziej znanym kurortem w tym turystycznym regionie Meksyku jest – oczywiście – Cancún, ale warto zatrzymać się także w takich miejscach, jak Playa del Carmen, Akumal, Xcaret czy Tulum. Bogactwo podwodnego świata wydaje się tu przeogromne. Wszędzie znajdziemy również doskonałą kuchnię oferującą tradycyjne dania meksykańskie czy znakomite owoce morza i ryby.

Z nadmorskiego Cancún wyruszamy, żeby obejrzeć Tulum. Jest to jedno z nielicznych miast-państw na mapie kolonialnych podbojów tej części Ameryki, które bezpośrednio starło się z hiszpańskimi konkwistadorami i toczyło z nimi zażarte boje. Mimo iż walki o Jukatan trwały ponad 20 lat, niewiele się o nich mówi. Turyści uważają na ogół, że Majowie nie stawiali zaciętego oporu, w przeciwieństwie do Azteków, którzy dwa lata walczyli z Hernánem Cortésem w centralnej części Meksyku.

Abstrahując od wojen, Tulum jest bez wątpienia miejscem bajecznym. Białe skały, na których stoi ta zbudowana z jasnego kamienia twierdza ze świątyniami, oświetlone rozpalonym słońcem prezentują się fantastycznie na tle błękitnego nieba i turkusowych wód Morza Karaibskiego. Ogromne iguany zerkają na nas z każdego zakątka. Malowniczą plażę pod klifowym urwiskiem, na którą niemal wprost ze świątyni prowadzą drewniane schody, okupują dziesiątki turystów. Kąpiel pośród wysokich fal z widokiem na zabytkowe Tulum jest niezapomnianym przeżyciem.

Nasz pobyt na Jukatanie kończy wielkie przedstawienie o zmierzchu – spektakl typu „światło i dźwięk” w Xcaret. Ogromny zadaszony amfiteatr mieści się we wspaniałym rodzinnym parku rozrywki, pełnym bujnej roślinności, kolorowych papug, różowych flamingów, delfinów i innych przedstawicieli tutejszej fauny. Liczne klimatyczne knajpki nad brzegiem morza zapraszają gości zmęczonych całym dniem wypełnionym atrakcjami. Zasiadamy w jednej z nich, żeby chwilkę odpocząć przed przedstawieniem.

Dwuczęściowy spektakl w niezmiernie barwny sposób ukazuje historię Meksyku – od powstania dawnych kultur Mezoameryki aż po czasy konkwistadorów. Oglądamy grę w pelotę i obrzędy indiańskie oraz meksykańskie tańce ludowe. Żywo reagująca publiczność bawi się doskonale.

Późną nocą wracamy z parku Xcaret do Cancún. Chcemy zdążyć przed zamknięciem ostatniej hotelowej restauracji, bowiem warto zakończyć tak cudowny dzień pysznym posiłkiem z lampką wybornego meksykańskiego wina. Wszyscy wznosimy toast Que viva México! (Niech żyje Meksyk!) i zastanawiamy się, kiedy powrócimy znowu do tego fascynującego świata Majów…


 

Artykuły wybrane losowo

13 miesięcy w Etiopii

ALICJA KAFARSKA

 

Melkam Addis Amet!, czyli „Szczęśliwego Nowego Roku!”, te radosne słowa rozbrzmiewają w Etiopii zawsze 11 września (12 w roku przestępnym). Wszystko się zgadza, bowiem przysłowiowego sylwestra Etiopczycy obchodzą niemal w środku naszego roku kalendarzowego. Dzieje się tak dzięki kalendarzowi etiopskiemu (opartemu po części na juliańskim). Dzień 11 albo 12 września jest w nim właśnie początkiem nowego roku. Etiopia to w ogóle dziwny kraj… Używa się tu kalendarza mającego 13 miesięcy – pierwsze 12 liczy po 30 dni, a ostatni, zwany Pagumen, tylko 5 dni (6 w roku przestępnym). Nowy Rok obchodzi się pod koniec pory deszczowej, kiedy niemal wszystko tonie w zieleni. Wita się go ze śpiewem na ustach i wielką radością, tak typową dla mieszkańców tego pięknego kraju. Niespodzianką są jednak nie tylko same miesiące, gdyż kalendarz etiopski (w porównaniu z naszym gregoriańskim) jest młodszy o 7–8 lat. Dlatego też początek milenijnego 2000 r. obchodzony był tutaj we wrześniu 2007 r. Natomiast obecny etiopski 2004 r. rozpoczął się kilka dni temu… Jego nadejście świętowano hucznie 12 września.

Więcej…

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).

 

Pod błękitnym niebem magicznej Toskanii

 

PAWEŁ WIŚNIEWSKI

 

Mieszkańcy pełnej magii Toskanii mówią, że mają wszystko – od wysokich gór na północy, ze śniegiem w zimie (Apenin Toskański), przez bardzo żyzne rolnicze obszary Valdery, którymi spływa do Morza Liguryjskiego rzeka Arno, po przepiękne tereny nadmorskie ciągnące się od granic Ligurii i do prowincji Grosseto na południowych krańcach regionu. Poza tym są tu jeszcze malownicze Wyspy Toskańskie, na czele z Elbą, objęte ochroną w ramach parku narodowego. W opinii Toskańczyków trudno więc doszukiwać się choćby odrobiny przesady.

Więcej…