JERZY PAWLETA

 

Majowie stworzyli jedną z najlepiej rozwiniętych i jednocześnie najbardziej tajemniczych cywilizacji świata starożytnego. Ślady po niej znajdują się na obszarze ok. 500 tys. km2, na terenie dzisiejszych 5 krajów – Belize, Salwadoru, Gwatemali, Hondurasu i południowo-wschodniej części Meksyku. Swoją wiedzę astronomiczną wykorzystali do skonstruowania najdokładniejszego w ich czasach kalendarza z cyklami zaćmień Słońca i Księżyca. Do dziś tzw. Mundo Maya, czyli „świat Majów”, kryje wiele intrygujących tajemnic. Ponad 100 wspaniałych stanowisk archeologicznych, rozrzuconych wśród malowniczych dolin, wulkanów, dżungli i raf, fascynuje licznych naukowców. Na tym terenie pozostało jednak wciąż wiele do odkrycia…

 

O tym, że słynny kalendarz Majów kończy się na dniu 21 grudnia 2012 r., słyszeli już chyba wszyscy. Jednak najprawdopodobniej niewiele osób wie, kim naprawdę byli jego twórcy... Kto z nas zdaje sobie sprawę z tego, że nie używali oni żadnych metalowych narzędzi, nie znali koła i nie wykorzystywali zwierząt pociągowych? Kojarzymy jedynie pozostałe po nich wspaniałe ruiny monumentalnych miast. To właśnie z fascynujących stanowisk archeologicznych czerpiemy przede wszystkim wiedzę o życiu codziennym i zwyczajach Majów. Prowadzący na nich badania naukowcy z całego świata co jakiś czas odkrywają nowe tajemnice tego indiańskiego ludu…

Nie ma czegoś takiego jak kultura Majów – mówi prowokacyjnie stary Metys podobny do pustynnego lisa. Jego słowa wywołują nasze ogromne zainteresowanie… Nic w tym dziwnego, gdyż wypowiedział je doświadczony przewodnik, który oprowadza turystów po położonych w tropikalnej dżungli południowego Jukatanu magicznych miastach-państwach Bonampak i Yaxchilán oraz po pięknym Palenque. Jest on półkrwi Indianinem, potomkiem Majów, półkrwi Hiszpanem, pisze obecnie książkę o pochodzeniu prekolumbijskich kultur Ameryki Środkowej.

Spójrzcie na tego chińskiego smoka na ścianie, przyjrzyjcie się teraz tym freskom i symbolom bogów... Czyż nie przypominają one sztuki starożytnego Egiptu?! Majowie nie byli pierwszymi mieszkańcami tych ziem, a na pewno nie tylko oni kształtowali kulturę Mezoameryki – powtarza uparcie. Jego słowa towarzyszą nam przez całą fascynującą wyprawę śladami nieistniejącej już cywilizacji, której owiane tajemnicą budowle zwiedzaliśmy z zapartym tchem.

 

Bonampak, czyli czytanie z malowideł

Jesteśmy na południowym wschodzie Meksyku, podróżujemy trasą prowadzącą do Gwatemali. Nasz cel to Bonampak, czyli „Malowane Mury” – ruiny dawnego, osaczonego przez tropikalne lasy miasta Majów. Tylko niewielką jego część nie zarosła Puszcza Lakandońska. Liczne obiekty giną w zielonej otchłani. My mamy niewątpliwą przyjemność oglądać wspaniałe pozostałości świątyń, piramid, steli czy wyrytych w kamiennych blokach niezwykłych płaskorzeźb, które zaskakują swoją finezją, dekoracyjnością i przekazywaną treścią. Nie bez powodu uważa się, że artystyczna spuścizna Majów jest najwspanialszą w całej Mezoameryce.

Jednak to, z czego przede wszystkim słynie Bonampak, znajduje się jeszcze przed nami... Musimy wspiąć się po stromych kamiennych schodach, żeby móc podziwiać w jednej ze świątyń piękne malowidła ścienne Majów. Przedstawiają one obrazy z życia codziennego, przygotowania do uroczystych ceremonii, bitwę, triumfalny pochód zwycięzców czy egzekucję pojmanych jeńców. Zachwycają swoją niepowtarzalną formą i bogatą kolorystyką. Malowidła te stały się dla naukowców cennym źródłem wiedzy o cywilizacji Majów.

W dole, tuż przy ścieżce prowadzącej do Bonampak, kuszą nas stragany z wyjątkowo gustownymi wyrobami z naturalnych miejscowych surowców. Wykonują je i sprzedają turystom cudem ocaleni od zagłady Lakandonowie. Nazywają oni siebie hach winik, co oznacza „prawdziwi ludzie”. Uważają się za prawowitych spadkobierców starożytnych Majów. Oczywiście, robimy u nich zakupy, a indiańskim maluchom wręczamy kolorowe maskotki, z których bardzo się cieszą.

 

Yaxchilán i legenda o końcu świata

Następnym naszym przystankiem będzie Yaxchilán, czyli w języku Majów „Zielone Kamienie”. Aby się do niego dostać, musimy popłynąć łodzią szeroką rzeką Usumacinta, tworzącą w tym miejscu granicę pomiędzy Meksykiem a Gwatemalą. Tutejszy Indianin odpala potężny silnik i zaczynamy naszą prawie godzinną wodną podróż. W porze suchej Usumacinta przypomina pełen meandrów strumień, żeby w szczycie pory deszczowej podnieść swój poziom aż o kilkanaście metrów.

Stromymi stopniami idziemy w stronę starożytnego miasta Majów, które słynie z dużej liczby doskonale zachowanych rzeźb. Na niewielkiej, wydartej gęstej dżungli przestrzeni podziwiać możemy klasyczne przykłady prekolumbijskiej architektury tego rejonu. Nad Usumacintą wzniesiono wspaniałe, pnące się ku niebu kamienne piramidy. Architektura Majów nie była abstrakcyjna, odzwierciedlała otaczającą ich rzeczywistość czy wierzenia. Wysokie, strome budowle symbolizowały zamykające Jukatan od południa góry (Maya), miejsce styku ziemi i nieba, gdzie przebywali bogowie. Dlatego też na szczycie piramid powstawały wspaniałe świątynie. Najpiękniejszą budowlą w Yaxchilán jest tzw. Edificio 33 (Pałac Książęcy). Znajduje się tutaj pozbawiony głowy kamienny posąg władcy Majów z VIII w. – Pájaro Jaguara IV. Z rzeźbą tą związana jest popularna wśród Indian Lakandonów legenda. Mówi ona o tym, że w momencie, kiedy głowa Pájaro Jaguara powróci na swoje miejsce, świat zostanie zniszczony przez straszne jaguary, które zstąpią z nieba.

Wracając z magicznego Yaxchilán, przybijamy na chwilę do brzegu po drugiej stronie rzeki – już na terytorium Gwatemali. Nikt się nie dziwi naszej wizycie i nie prosi o paszporty... W niepozornej knajpce, przy dźwiękach krzykliwej muzyki dobywającej się z archaicznej szafy grającej, sączymy gwatemalskie piwo i lokalną tequilę. Nagle młoda indiańska dziewczyna porywa do tańca jedną z uczestniczek naszej wyprawy i obie zaczynają pląsać po klepisku przykrytym dachem z trzciny. Niestety, zaraz po tym nieoczekiwanym przedstawieniu musimy się zbierać i opuścić Gwatemalę, gdyż zbliża się zmrok. Indianka posyła nam na pożegnanie całusy, a my odpływamy łodzią do Meksyku...

 

Na nizinach Jukatanu

Nadszedł czas na Palenque, jedno z najważniejszych miejsc związanych z kulturą Majów. Z górzystych terenów przenosimy się na wapienne niziny pokryte wszechobecną dżunglą. To właśnie tutaj Majowie wnieśli swoje najznakomitsze miasta-państwa. Niewiele z nich przetrwało do czasów przybycia hiszpańskich konkwistadorów w XVI w. Większość z niewyjaśnionych do dzisiaj przyczyn opustoszała w XII stuleciu.

Dostojne, przepiękne ruiny Palenque od razu nas oczarowują. Uwagę przykuwa potężny kompleks budynków – wspaniały Pałac (El Palacio) z charakterystyczną wieżą, prawdopodobnie należącą do obserwatorium astronomicznego. Mieści się on w centralnej części tego starożytnego miasta Majów. Wielkie wrażenie robi ogromna Świątynia Inskrypcji (Templo de las Inscripciones), wewnątrz której znajduje się aż 620 hieroglifów oraz grobowiec znamienitego władcy Majów z VII w. – Pakala Wielkiego (K’inich Janaab’ Pakal). Nasz przewodnik Victor wciąż przekonuje nas, że ani Krzysztof Kolumb, ani nawet wikingowie nie byli pierwszymi odkrywcami Ameryki. Liczne wykute w kamieniu historie i postaci, jakie możemy podziwiać w Palenque i wielu innych miejscach na obszarze Mundo Maya, przypominają wpływy egipskie, chińskie czy hinduskie. Victor każe nam się rozejrzeć bacznie dookoła… Pokazuje nam chińskie węże wyrzeźbione na ścianach świątyń i Pałacu (choć dla mnie jest to nadal bóg Kukulkán, Upierzony Wąż, mimo iż analogii łatwo się doszukać), liczne postaci o skośnych oczach, egipskie symbole ukryte pośród kamiennych figur, hinduskie kształty kobiet oraz wiele innych przykładów świadczących rzekomo o tym, że w czasach starożytnych mogło dojść do spotkania rdzennych przedstawicieli kontynentu amerykańskiego z Azjatami czy Afrykanami. Historia Mezoameryki wciąż pozostaje niezbadana i pełna zagadek, dlatego też jest aż tak fascynująca…

Opuszczamy piękne, niezmiernie tajemnicze Palenque, wyjeżdżamy z urzekającego stanu Chiapas i wyruszamy w długą podróż do Becán, Xpujil i Río Bec, starożytnych miast Majów leżących niemal na granicy dżungli i terenów suchych półwyspu Jukatan. Obiad jemy w lokalnej knajpce przy drodze. Na żelaznym piecu opalanym drewnem Indianki przygotowują nam pyszne, świeżutkie tacosy z tortillą zrobioną z mąki kukurydzianej oraz inne meksykańskie przysmaki.

Becán, Xpujil i Río Bec są ważnymi miejscami w historii cywilizacji Majów. Posiadały strategiczne położenie – prawie w centrum półwyspu Jukatan. Tu krzyżowały się szlaki handlowe prowadzące prostymi jak strzała i gładkimi jak stół sławnymi brukowanymi kamieniami alejami –sacbés (sacbeob), czyli „białymi drogami”. Od Río Bec pochodzi nazwa całego stylu architektonicznego (Río Bec), charakterystycznego właśnie dla tego regionu (znajdującego się obecnie na terenie stanu Campeche). Wyróżniają go m.in. liczne płaskorzeźby, ornamenty i dekoracje stiukowe. Miasta te leżą na uboczu, z dala od głównych tras turystycznych, dlatego też można w nich oddać się spokojnej medytacji w cieniu monumentalnych budowli otoczonych wszechobecną przyrodą.

 

W gościnie u współczesnych Majów

Jadąc w stronę Méridy, pięknego miasta konkwistadorów powstałego w 1542 r. na północy półwyspu, widzimy jak gęste lasy tropikalne ustępują powoli miejsca kamienistym terenom Jukatanu, gdzie woda jest na wagę złota. Majowie potrafili się jednak zaadaptować do tak trudnych warunków i zbudować tu potężne siedziby. Stawiali wielkie studnie lub wykorzystywali naturalne wody podziemne skryte w ogromnych jaskiniach – cenotach. Dzisiaj uważa się je za jedne z najbardziej ekscytujących miejsc do nurkowania na świecie. Na Jukatanie znajduje się kilka tysięcy cenotów, z których dotychczas zeksplorowano jedynie ok. 200. Są to naturalne studnie krasowe powstałe w wapiennych skałach. Ich rola nie ograniczała się tylko do funkcji zbiorników wodnych dla miejscowej ludności. Majowie utożsamiali cenoty z siedliskami bogów, dlatego też były one miejscem składania ofiar.

Zatrzymujemy się na krótki postój przy wiejskim cmentarzu, którego grobowce w pastelowych kolorach osłania swoim cieniem potężne drzewo. Nekropolie na Jukatanie są niewielkie, co nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że brakuje tu ziemi uprawnej. Aby zaoszczędzić cennego miejsca, nieboszczyka wykopuje się po trzech latach. Jego ciało rozłożyło się już wówczas na tyle, że pozostałe po nim kości składa się do niedużego rodzinnego grobowca. W ten sposób nie marnuje się tak potrzebnej tutaj ziemi uprawnej, a kamienne ogrodzenie cmentarza stoi od wieków w tym samym miejscu.

Kolejnym przystankiem jest tradycyjne wiejskie domostwo Majów. Nasz przewodnik zaprasza nas do nieco zaskoczonej niespodziewaną wizytą, ale bardzo gościnnej indiańskiej rodziny. Gospodarz domu prosi jedynie o chwilę na uporządkowanie rzeczy w chacie, w której daje się odczuć brak kobiecej ręki. Przeprasza nas i mówi, że jego żona zmarła – niestety – kilka lat temu.

Typowy dom Majów jest niewielki, owalny lub prostokątny i składa się z jednego pomieszczenia krytego strzechą. Ściany zbudowane są z drewna wymieszanego z błotem. Nie ma tu okien, a jedynie dwa otwory drzwiowe umiejscowione naprzeciwko siebie. Wewnątrz znajduje się ołtarzyk (u naszego gospodarza stoi na nim podobizna zmarłej żony) i pokój dzienny, zamieniany wieczorem na sypialnię. Kuchnia mieści się obok, w bardzo podobnym budynku. Jest tu wyjątkowo dużo dzieci, głównie wnuków pana domu. Częstujemy je kupionymi wcześniej słodyczami. Rozmawiamy chwilę, robimy zdjęcia (oczywiście, pytając się o zgodę) i ruszamy w dalszą drogę…

 

Uxmal boga Majów i Mérida hiszpańskich konkwistadorów

Starożytne miasto-państwo Uxmal wita nas ogromną, przepiękną Piramidą Wróżbity (Pirámide del Adivino) o oryginalnej owalnej podstawie. Znajdziemy tu mnóstwo wizerunków boga wody, deszczu i piorunów Chaca (Chaaca), czczonego niezmiernie mocno przez Majów na suchym i gorącym Jukatanie. Można go poznać m.in. po wielkich, podkrążonych oczach, orlim nosie i wysuniętym języku. Uxmal wydaje się nam bajeczny i potężny, mimo iż dzisiaj możemy oglądać jedynie niewielką jego część. Z ogromną przyjemnością włóczymy się po wszystkich interesujących zakamarkach, spacerując w cieniu majestatycznych, bogato zdobionych budowli. Wspinamy się na jedną z piramid, żeby popatrzeć z góry na malowniczą okolicę. Naprawdę warto było się trochę zmęczyć, gdyż widok z jej szczytu robi na nas wielkie wrażenie. Miasto jest niemal zupełnie puste, nie ma tłumów turystów, co tym bardziej pozwala wczuć się w atmosferę tego magicznego miejsca. Jedynymi stałymi mieszkańcami Uxmal są wielkie jaszczurki z rodziny legwanów – iguany, nie robiące sobie nic z naszej obecności.

Kierujemy się następnie do Méridy, która leży ok. 60 km na północ. Założył ją na ruinach starożytnego miasta Majów T'Hó (Ichcaansihó) hiszpański ród de Montejo (zdobywcy Jukatanu dla Hiszpanii). Dzisiaj wyrabia się tutaj i sprzedaje słynne w całym Meksyku maty wiszące oraz kapelusze panama. Te ostatnie wyplata się z palmy Jipi (Carludovica palmata) w miejscowych wapiennych pieczarach. Stąd też wzięła się ich meksykańska nazwa jipijapa lub sombrero de Jipi. Mérida, 800-tysięczna stolica obecnego stanu Jukatan, zachowała klimat uroczego XVI-wiecznego kolonialnego miasta i przyciąga wielu turystów z całego świata swoimi pięknymi zabytkami.

Wieczorem podziwiamy karnawałowy pochód. Jego trasa prowadzi głównymi ulicami, a towarzyszą mu tłumy widzów, niezliczona liczba straganów oraz barów na dwóch kółkach, w których można kupić lokalne przysmaki. Barwne stroje uczestników, hałaśliwa muzyka, platformy z tancerzami i tancerkami, konfetti sypiące się na głowy ożywiają Méridę. Szalona zabawa trwa niemal do białego rana.

 

Chichén Itzá – mekka turystów

Ze stolicy Jukatanu wyruszamy dalej… Przed nami jedno z najważniejszych miejsc związanych z kulturą Majów – Chichén Itzá. Zwiedzając wszystkie wcześniejsze stanowiska archeologiczne, czuliśmy się niemal jak odkrywcy, towarzyszyła nam cisza i rozległa przestrzeń lub wszechobecna dżungla. Tutaj mogliśmy już o tym zapomnieć. Piękne, doskonale zachowane Chichén Itzá stało się celem pielgrzymek turystów z całego świata, chcących dotknąć wspaniałych pozostałości pochodzącego z V w. miasta-państwa, zagłębić się w tajemniczą i niezbadaną historię Majów. To właśnie tu znajdziemy największe w całej Mezoameryce boisko do gry w pelotę (o długości ok. 170 m) – prekolumbijską odmianę piłki nożnej, spiralne obserwatorium astronomiczne El Caracol (Ślimak) czy imponującą piramidę El Castillo (Zamek) – Świątynię Kukulkána, odpowiednika azteckiego Quetzalcóatla, Pierzastego Węża, stworzyciela świata i krzewiciela cywilizacji. Schody skierowane w cztery strony świata prowadzą na jej szczyt, każdy ciąg ma 91 stopni (razem 364). 365 stopień (liczba dni roku słonecznego) stanowi wejście do świątyni. W czasie równonocy, 21 marca i 21 września każdego roku, zaobserwować możemy tutaj niezwykłe zjawisko optyczne. Cienie wschodzącego i zachodzącego słońca układają się na schodach w kształt pełzającego węża (Kukulkána). Ten interesujący spektakl gromadzi każdorazowo kilkanaście tysięcy widzów.

Nieco na uboczu odnajdujemy piękny naturalny zbiornik wodny, rytualną jaskinię – cenote Ik Kil, miejsce uświęcone przez Majów i Tolteków. Aby nieco ochłonąć od nadmiaru wrażeń i coraz silniejszego upału, zamierzamy popływać. Dno tej studni o skalistych pionowych ścianach porośniętych bujną tropikalną roślinnością wypełnia krystalicznie czysta woda, której tafla znajduje się kilkadziesiąt metrów poniżej powierzchni ziemi. Prowadzą do niej wykute w skale schody. Kąpiel w tym miejscu jest wielką przyjemnością i niepowtarzalnym przeżyciem.

 

Wypoczynek w cieniu kultury Majów

Przed nami już tylko słynna Riviera Maya (Riwiera Majów), czyli zasłużony odpoczynek z drinkiem z parasolką na złocistych plażach ciepłego, turkusowego Morza Karaibskiego. Najbardziej znanym kurortem w tym turystycznym regionie Meksyku jest – oczywiście – Cancún, ale warto zatrzymać się także w takich miejscach, jak Playa del Carmen, Akumal, Xcaret czy Tulum. Bogactwo podwodnego świata wydaje się tu przeogromne. Wszędzie znajdziemy również doskonałą kuchnię oferującą tradycyjne dania meksykańskie czy znakomite owoce morza i ryby.

Z nadmorskiego Cancún wyruszamy, żeby obejrzeć Tulum. Jest to jedno z nielicznych miast-państw na mapie kolonialnych podbojów tej części Ameryki, które bezpośrednio starło się z hiszpańskimi konkwistadorami i toczyło z nimi zażarte boje. Mimo iż walki o Jukatan trwały ponad 20 lat, niewiele się o nich mówi. Turyści uważają na ogół, że Majowie nie stawiali zaciętego oporu, w przeciwieństwie do Azteków, którzy dwa lata walczyli z Hernánem Cortésem w centralnej części Meksyku.

Abstrahując od wojen, Tulum jest bez wątpienia miejscem bajecznym. Białe skały, na których stoi ta zbudowana z jasnego kamienia twierdza ze świątyniami, oświetlone rozpalonym słońcem prezentują się fantastycznie na tle błękitnego nieba i turkusowych wód Morza Karaibskiego. Ogromne iguany zerkają na nas z każdego zakątka. Malowniczą plażę pod klifowym urwiskiem, na którą niemal wprost ze świątyni prowadzą drewniane schody, okupują dziesiątki turystów. Kąpiel pośród wysokich fal z widokiem na zabytkowe Tulum jest niezapomnianym przeżyciem.

Nasz pobyt na Jukatanie kończy wielkie przedstawienie o zmierzchu – spektakl typu „światło i dźwięk” w Xcaret. Ogromny zadaszony amfiteatr mieści się we wspaniałym rodzinnym parku rozrywki, pełnym bujnej roślinności, kolorowych papug, różowych flamingów, delfinów i innych przedstawicieli tutejszej fauny. Liczne klimatyczne knajpki nad brzegiem morza zapraszają gości zmęczonych całym dniem wypełnionym atrakcjami. Zasiadamy w jednej z nich, żeby chwilkę odpocząć przed przedstawieniem.

Dwuczęściowy spektakl w niezmiernie barwny sposób ukazuje historię Meksyku – od powstania dawnych kultur Mezoameryki aż po czasy konkwistadorów. Oglądamy grę w pelotę i obrzędy indiańskie oraz meksykańskie tańce ludowe. Żywo reagująca publiczność bawi się doskonale.

Późną nocą wracamy z parku Xcaret do Cancún. Chcemy zdążyć przed zamknięciem ostatniej hotelowej restauracji, bowiem warto zakończyć tak cudowny dzień pysznym posiłkiem z lampką wybornego meksykańskiego wina. Wszyscy wznosimy toast Que viva México! (Niech żyje Meksyk!) i zastanawiamy się, kiedy powrócimy znowu do tego fascynującego świata Majów…


 

Artykuły wybrane losowo

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018