opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Indonezja jest największym na świecie krajem wyspiarskim, który oferuje turystom z Polski moc atrakcji, m.in. słońce zimą, malownicze egzotyczne plaże, górskie trekkingi, wyprawy w głąb dziewiczej dżungli oraz wręcz wymarzone miejsca do uprawiania surfingu, raftingu, kanioningu, wędkarstwa morskiego, żeglarstwa, snorkelingu czy nurkowania. Można tu podziwiać cenne zabytki, delektować się wyśmienitą i różnorodną kuchnią oraz odkrywać wspaniałe kultury wyróżniające się kolorowymi strojami ludowymi, tradycyjnymi tańcami, oryginalnymi wierzeniami, fascynującymi świętami i tajemniczymi zwyczajami. Jest tu tak dużo do zobaczenia i przeżycia, że nawet jeśli będziemy wracać do Indonezji wiele razy, to nie grozi nam nuda. To doskonały kierunek turystyczny, idealny na udane wakacje nie tylko dla miłośników przygód i prawdziwych odkrywców, ale także dla rodzin z dziećmi, zakochanych par, nowożeńców oraz amatorów luksusowych hoteli SPA & Wellness. Specjalnie dla Państwa poprosiliśmy kilka osób, które znają dość dobrze Indonezję, o krótkie wypowiedzi na temat – ich zdaniem – najbardziej fascynujących i zniewalających miejsc w tym niezmiernie interesującym, olbrzymim i różnorodnym kraju, leżącym na ponad 17 tys. wysp. Zapraszamy więc teraz w magiczną podróż po niepowtarzalnym regionie świata stanowiącym pomost pomiędzy dwoma kontynentami – Azją i Australią…

 

PIOTR FENGLER
WŁAŚCICIEL BALIWILLE.PL

Trudno wybrać tylko jedno magiczne miejsce w Indonezji – wszak kraj ten składa się z ponad 17 tys. wysp i rozciąga się wzdłuż równika na odcinku ok. 5 tys. km, a zamieszkuje go mniej więcej 300 grup etnicznych różniących się zdecydowanie kulturą i tradycjami. Terminem, który choć odrobinę oddaje więc charakter tego jakżeż niezwykłego państwa, jest „różnorodność”. Moim zdaniem, zwiedzanie Indonezji warto rozpocząć od fascynującej Bali. To prawdziwa „Azja w pigułce” – wyspa, która pozwala uchwycić znaczną część ze wspomnianej indonezyjskiej różnorodności. Podróżnicy znajdą tu zarówno dzikie, tropikalne lasy (np. w Parku Narodowym Bali Barat), malownicze pola ryżowe, majestatyczne wulkany, ciągnące się po horyzont piaszczyste plaże (białe na południu i czarne na północy), rwące górskie rzeki (Telaga Waja), wklejone w powulkaniczny krajobraz jeziora, czy też otaczające wyspę kolorowe rafy koralowe. To niewiarygodne, że aż tyle naturalnych atrakcji znajduje się na tak niewielkim obszarze – Bali ma zaledwie ok. 140 km długości i 80 szerokości! Fakt ten docenią zwłaszcza turyści nie lubiący zbyt często zmieniać miejsca zakwaterowania.

Mówiąc o tej wyspie, nie sposób nie wspomnieć o wyjątkowo bogatej kulturze, która – co ważne – mimo rozwijającej się intensywnie turystyki, wciąż jest mocno widoczna w życiu codziennym mieszkańców. Polecam szczególnie wzięcie udziału w przejmującej ceremonii kremacji (ngaben), niezmiernie bogatej w symbolikę nawiązującą do konstrukcji wszechświata.

Bali słynie również ze wspaniałych luksusów: ekskluzywnych willi z osobistym kamerdynerem, licznych ośrodków SPA & Wellness, czy wreszcie doskonałych restauracji oferujących niezapomniane przygody kulinarne, jak choćby znana z ostryg w sosie cappuccino Kura Kura w hotelu The Oberoi w Denpasar. Wszystko to sprawia, że wakacje w tym miejscu będą chwilą błogiego relaksu.

Do zalet Bali dodałbym jeszcze bezpieczeństwo, przewidywalność pogody oraz dobre połączenia (wodne i lotnicze) z innymi atrakcyjnymi wyspami Indonezji, np. z Sulawesi (Celebes), Komodo czy Flores. Dzięki temu jest to wymarzony kierunek wyjazdu zarówno dla osób rozpoczynających swą przygodę z Azją, jak również dla bardziej doświadczonych obieżyświatów.

 

 

JOANNA GORCZYCA PASRIJA

WŁAŚCICIELKA ASIA DREAM TRIPS

Dla mnie najbardziej czarującym miejscem Indonezji jest Bali. Ta piękna i spokojna wyspa zauroczyła mnie nie tylko malowniczymi plażami, turkusowym kolorem wody, ale przede wszystkim wspaniałymi, zielonymi tarasami pól ryżowych. Otoczone są one wulkanicznym pasmem górskim z najwyższym szczytem Agung (3142 m n.p.m.). Stanowi to niezwykłą panoramę, gdzie soczysta zieleń przeplata się z czernią osmolonych kraterów. Na Bali znajdziemy wszystko, czego szukamy... Jeśli lubimy naturę, wyprawy w głąb wyspy porośniętej bujną tropikalną roślinnością oraz trekkingi na majestatyczne wulkany, będą dla nas wielką atrakcją. Jeżeli jesteśmy miłośnikami zwiedzania, natrafimy tu na urocze hinduistyczne świątynie czy na klimatyczne miasto artystów Ubud, w którym znajdziemy setki maleńkich butików, galerii, kafejek i restauracji. Odwiedzając ten popularny kurort turystyczny, warto kupić wspaniałe dzieła sztuki balijskiej. Jeśli cenimy sobie spokój, powinniśmy udać się koniecznie do jednego ze słynnych miejscowych ośrodków SPA, gdzie zregenerujemy nie tylko ciało, ale i duszę. Jeżeli lubimy dyskoteki i dobrą zabawę do białego rana, nie będziemy żałować wyprawy na imprezę do Kuty, położonej na południu Bali. Czeka tu na nas mnóstwo nocnych klubów, kafejek i restauracji, które zaspokoją nawet najbardziej wyszukane gusta. Kuta jest również doskonałym miejscem na zakupy. Właśnie ta wielka różnorodność atrakcji nadaje tej indonezyjskiej wyspie takiej niepowtarzalnej magii. Do tego wszystkiego dodać należy niezmiernie gościnnych mieszkańców, wspaniałą letnią atmosferę i przyjemny klimat przez cały rok. Tym, którzy marzą o pięknych i niezapomnianych wakacjach, polecam z ręką na sercu Bali.

 

TERESA GÓRECKA

PREZES BIURA TURYSTYKI ZNP LOGOSTOUR

Niemal każda z wysp Indonezji kusi nieco odmiennymi, niepowtarzalnymi atrakcjami – przyrodą, kulturą, architekturą i sztuką. Dlatego bardzo trudno zdecydować się na wybór tylko jednego magicznego miejsca w tym olbrzymim kraju. Będąc jednak do tego zmuszona, pójdę za hasłem, które przyświeca kierowanemu przeze mnie biuru – prawdziwe smakowanie świata, czyli poznawanie naszego globu poprzez głębokie i różnorodne doświadczenia. Jeśli więc – z jakiegoś powodu – ktoś miałby możliwość zwiedzenia tylko jednej indonezyjskiej wyspy, polecałabym wizytę na Bali. Nie bez przyczyny wybraliśmy właśnie tę „perłę Indonezji” do programu ekskluzywnej wycieczki Dla Koneserów. Nie będzie dużej przesady, kiedy powiem, że kilkudniowy pobyt na Bali pozwala poznać znaczenie sformułowania „raj na ziemi”. Już same hotele są tu wyjątkowe – luksusowe, znakomicie zaprojektowane, dyskretnie ukryte w tropikalnej zieleni. Oferują w ekskluzywnych centrach SPA niemal wszystkie znane rodzaje zabiegów relaksacyjnych i pielęgnacyjnych – niezliczone wersje masaży, kąpieli wodnych i parowych, ćwiczeń jogi czy medytacji. Także tutejsza kuchnia uważana jest za jedną z najwykwintniejszych w Azji Południowo-Wschodniej – w menu królują potrawy francuskie z domieszką azjatyckich smaków. Prawdziwy podróżnik wybierze się również do miejscowości Ubud, gdzie znajduje się pałac Puri Saren Agung – siedziba ostatniego księcia wyspy, rządzącego jeszcze w pierwszej połowie XX w. Nie można też przeoczyć zachwycającego Pałacu na Wodzie – Pura Saraswati. Mieszczący się w środku ukwieconego, wodnego ogrodu kompleks zdobią piękne płaskorzeźby. Dla miłośników przyrody i zapierających dech w piersiach pejzaży doskonałą propozycją jest rowerowa lub piesza wycieczka przez okoliczne pola ryżowe i gaje palm kokosowych – warto przy okazji odwiedzić jedną z wiosek i przyjrzeć się życiu codziennemu mieszkańców. Można też podziwiać piękno Bali z… helikoptera. Przelot nad skalistą linią brzegową, ponad świątyniami położonymi nad oceanem, tarasowymi polami ryżowymi, jeziorami i wulkanami będzie niezapomnianym przeżyciem. W pamięci pozostanie także z pewnością wizyta w Małpim Gaju w Ubud i widok figlujących makaków jawajskich czy wycieczka do iście bajkowego Parku Ptaków koło Gianyar. Mnogość świąt w kalendarzu balijskim sprawia, że turyści przyjeżdżający na wyspę nawet na krótkie wakacje mają dużą szansę trafić na przynajmniej jedno z nich i podziwiać towarzyszące im barwne widowiska pełne muzyki i tańca. Bardzo ciekawym doświadczeniem jest też uczestnictwo w rytualnym hinduistycznym pogrzebie – kremacja zwłok na Bali to wydarzenie radosne, bo w myśl miejscowych wierzeń dusza zmarłego staje się w końcu wolna.

 

GRZEGORZ KRUK

PRZEWODNIK BIURA PODRÓŻY EX ORIENTE LUX

W bezpośrednim sąsiedztwie popularnej Bali leży podobnych rozmiarów wyspa Lombok, nadal nie odkryta przez światową turystykę. Przybywają na nią głównie surferzy, amatorzy górskich wędrówek i lokalnego, wiejskiego kolorytu. Nie znajdziemy tu głośnych, otwartych do późnych godzin nocnych dyskotek, nie zginiemy też w tłumie turystów. Na Lomboku spełni się za to sen o rajskich piaszczystych plażach, lazurowej wodzie i dziewiczej przyrodzie. Spokój na wybrzeżu wyspy zakłócać nam będzie jedynie śpiew ptaków i być może gromada miejscowych rybaków. Przejeżdżając przez małe wioski, żyjące swoim rytmem, możemy podpatrywać, jak lokalna ludność sadzi ryż, zbiera w przybrzeżnych wodach mięczaki czy suszy ziarna kukurydzy. Na tych, którzy lubią wysiłek fizyczny oraz zapierające dech w piersiach pejzaże, czeka wymagająca wyprawa na czynny wulkan Rinjani (3726 m n.p.m.). Widok na znajdujące się w jego kraterze jezioro Segara Anak jest po prostu magiczny i nie ma sobie równych na świecie! Trudy tego trekkingu wynagradzają dodatkowo niezmiernie bogate przyrodniczo tereny Parku Narodowego Rinjani oraz malownicze wodospady. Warto też zwrócić uwagę na fascynującą, egzotyczną dla nas kulturę Sasaków – rdzennej ludności Lomboku, która wyróżnia się swoimi oryginalnymi wierzeniami religijnymi. Wielu z jej członków wyznaje Wektu Telu. Jest to religia występująca jedynie na wyspie – unikalna mieszanka islamu i lokalnych wierzeń animistycznych, dodatkowo z pewnymi elementami hinduizmu i buddyzmu. W 2011 r. na Lomboku został otwarty nowy międzynarodowy port lotniczy, co z jednej strony ułatwi teraz dotarcie do tego czarującego zakątka Indonezji, a z drugiej spowoduje – niestety – masowy napływ turystów. Warto więc wybrać się szybko na tę magiczną indonezyjską wyspę, zanim straci swój niepowtarzalny urok i atmosferę dziewiczej krainy dostępnej dla nielicznych – prawdziwej oazy spokoju.

 

PIOTR NOWACZYK

WSPÓŁWŁAŚCICIEL BIURA PODRÓŻY ŁACHMAŃSKI TRAVEL

Nie mogę wypowiedzieć się o całej Indonezji, bo tak naprawdę jej nie znam… To olbrzymie państwo w Azji Południowo-Wschodniej składa się przecież z ponad 17 tys. wysp, a ja byłem zaledwie na kilku! Każda z nich czaruje czym innym, inaczej pachnie, inaczej budzi się o świcie… Jakżeż więc opisać krótko tak różnorodny kraj?

W mojej pamięci utkwiła jednak najmocniej Jawa, bo właśnie na niej skosztowałem najsmaczniejszych tradycyjnych indonezyjskich potraw. A jak wiadomo – przez żołądek do serca... Dlatego też wspominam tę uroczą wyspę tak czule. Dania z Jawy przesycone są bogatym aromatem wielu przypraw: nasion pieprzu, kolendry, świeżych liści laurowych i trawy cytrynowej, imbiru, cukru palmowego, kminku oraz mleczka kokosowego dodawanego tu chyba do każdej potrawy. Ta wspaniała mieszanka wzbogacona jest jeszcze przez mnóstwo rodzajów orzeszków. Nadaje to jawajskim daniom wyjątkowego charakteru. Oczywiście, nie można również zapomnieć o różnych gatunkach chili (ponad 200!). Niektóre potrafią być tak ostre i palące, że na samo ich wspomnienie język mi drętwieje. Wszechobecna jest także terasi – pasta krewetkowa. Do potraw dodaje się też kłącza galangalu o imbirowo-pieprzowym smaku. Szanujący się kucharz czy dobra gospodyni używają wyłącznie świeżych ziół i mieszanek przypraw, których proporcje stanowią najbardziej strzeżoną tajemnicę. Kuchnia Jawy zawdzięcza swoją różnorodność wpływom wielu tradycji i kultur. Istnieje jednak danie, które znajdziemy na wszystkich wyspach Indonezji – mowa tu o soto, sroto, tauto lub coto, czyli zupie gotowanej w jednym garnku. Można ją spotkać od Sumatry aż po Nową Gwineę. Jest to tradycyjna zupa składająca się z rosołu, warzyw i mięsa. Każdy region ma swoją własną odmianę soto. Do jednych z najbardziej popularnych wersji spotykanych w punktach gastronomicznych na ulicach Indonezji należy soto lamongan. Zupa ta stanowi odmianę soto madura, ugotowanego kurczaka lub wołowiny albo podrobów w klarownym żółtym rosole. Najlepiej smakowało mi soto lamongan w Magelang, w drodze do słynnej buddyjskiej świątyni Borobudur, w centralnej części Jawy. Być może to okoliczne żyzne ziemie równin, pomiędzy wulkanami Sumbing i Merbabu, powodują, że rosnące tutaj warzywa i przyprawy mają wyjątkowy aromat i smak, albo po prostu byłem wówczas wyjątkowo głodny… Niemniej jednak talerz soto w Magelang wprawił mnie na długo w błogi nastrój. Z kolei będąc w Dżakarcie, koniecznie trzeba spróbować soto kaki. To potrawa ludzi Betawi, czyli mieszkańców stolicy Indonezji i jej okolic (w czasach kolonialnych nazywano ją Batavią). Zupa ta gotowana jest na ścięgnach i chrząstkach z krowiej nogi w żółtym rosole z mleczka kokosowego z makaronem, ziemniakami i warzywami. Dodaje się także do niej skrobiowo-krewetkowe krakersy – krupuk. Po prostu palce lizać! Wszystkim osobom wybierającym się do Indonezji życzę smacznego. Oprócz wspaniałej przyrody, cennych zabytków, różnorodnej kultury, nie można zapomnieć o wyśmienitej kuchni Jawy i innych wysp Indonezji…

 

MONIKA ROGUSKA

WŁAŚCICIELKA OCTOPUS ADVENTURE – INCENTIVE & TRAVEL

Indonezja to kraj wielu kultur, tradycji, języków i religii. Niemal każda z tutejszych wysp stanowić może autonomiczny region, a nawet osobne państwo. Najbardziej znana Bali  oszałamia atmosferą hinduistycznych świątyń, wspaniałymi widokami pól ryżowych, wiecznie zieloną tropikalną roślinnością i serdecznymi uśmiechami jej mieszkańców. Nie da się nie lubić tego miejsca. Każdy, komu zada się pytanie o magiczny zakątek Indonezji, na pewno wymieni tę wyspę w pierwszej trójce. Jeśli miałabym wybrać moje ulubione, czarodziejskie miejsce na niej, byłaby to urocza miejscowość Ubud – kulturalna stolica Bali, z tętniącym życiem targiem, Pałacem na Wodzie, klimatycznymi knajpkami i galeriami sztuki. Ale mówimy przecież tylko o jednej z kilkunastu tysięcy wysp należących do tego kraju…

Każdy miłośnik podwodnych przygód zakocha się na pewno w Raja Ampat (leżącej w indonezyjskiej prowincji Papua Zachodnia) oraz Komodo, gdzie – poza fantastycznym nurkowaniem – można podziwiać słynny endemiczny gatunek waranów, nazywany „smokiem z Komodo”.

Najbardziej jednak lubię odwiedzać w Indonezji magiczny archipelag trzech wysepek: Gili Air, Gili Meno i Gili Trawangan. Znajduje się on pomiędzy Bali i Lombokiem. Na archipelagu Gili nie ma samochodów ani asfaltowych dróg, najpopularniejszym środkiem transportu są tutaj muły zaprzęgnięte do kolorowych wozów. Największą z wysepek – Gili Trawangan – da się objechać rowerem w kilka godzin, wliczając w to dłuższy postój na cudowny zachód słońca, które chowa się za balijskim wulkanem Agung. Na archipelagu panuje luźna atmosfera, nie ma dużych hoteli, a między drzewami rosnącymi tuż przy śnieżnobiałych plażach rozwieszono dziesiątki hamaków – trwa tu nieprzerwany chillout. Jest to doskonałe miejsce, żeby zapomnieć o bożym świecie i zakręconej codzienności. Jeśli komuś znudzi się już słodkie nicnierobienie, powinien zanurkować na rozciągających się dookoła rafach koralowych. Można też spędzić każdy dzień na innej wysepce, gdyż podróż z jednej na drugą trwa zaledwie kilka minut. Malutkie Gili Air i Gili Meno mają jeszcze mniejszy wybór zakwaterowania, ale dla wielu osób właśnie to stanowi o ich niezaprzeczalnym uroku. Na całym archipelagu znajdują się liczne knajpki z hamakami, w których wyśmienicie smakują świeżutkie ryby i owoce morza z grilla. Dla szukających mocniejszych wrażeń i kolorowej tęczy nocą nie lada gratka – wszechobecne, tajemnicze mushrooms… Czasem zdarza się w tej niebiańskiej sielance, że morze bywa wzburzone falami, dlatego powrót na lotnisko należy zaplanować tak, żeby mieć odpowiednią rezerwę czasu.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

Filipiny – kraina siedmiu tysięcy wysp

MICHAŁ GROCHOWSKI

SYLWIA JEDLAK

 

<< Filipiny to prawdziwy raj dla turystów z całego świata, spragnionych wrażeń i kochających podróże. Kraj ten oferuje nam zarówno uroki natury, jak i ciekawe zabytki, przeżycie ekscytujących przygód i możliwość spokojnego odpoczynku. To tu, na koralowej wysepce Mactan, podczas swojej ostatniej wyprawy zginął sławny portugalski żeglarz Ferdynand Magellan. Tylko tutaj żyje olbrzymi, zagrożony wyginięciem drapieżny małpożer, uznany za narodowego ptaka Archipelagu Filipińskiego, i płynie druga najdłuższa na ziemi podziemna rzeka, ukryta w obszernych jaskiniach z widowiskowymi stalaktytami. Ten południowo-wschodni kraniec Azji bywa jednak wciąż niedoceniany. >>

 FOT. PHILIPPINES DEPARTMENT OF TOURISM
Odnajdą się tu zarówno samotnicy, jak i amatorzy miłego towarzystwa. Zachwyci nas ósmy cud świata, czyli tarasy ryżowe w Banaue, oraz będziemy bez końca delektować się malowniczymi widokami. Filipiny urzekają niezwykłą różnorodnością scenerii i krajobrazów – liczne rzeki i duże jeziora, egzotyczne drzewa i pnącza, strome zbocza i kratery wulkaniczne, tajemnicze jaskinie i groty, a wreszcie przepiękne białe, piaszczyste plaże na pewno zadowolą każdego turystę. Poza tym dzięki lasom tropikalnym (które kiedyś pokrywały cały obszar kraju) i szerokim wybrzeżom (jedna z pięciu najdłuższych na świecie linii brzegowych) archipelag ten jest domem wielu różnych – nieraz bardzo rzadkich – gatunków ptaków i zwierząt. Uważane za najpiękniejsze na świecie rafy koralowe stwarzają znakomite warunki do nurkowania, a lokalne fiesty oraz miejscowa gościnność i serdeczność zapewniają znakomitą rozrywkę.

Więcej…

W ciepłym toskańskim słońcu

BEATA GARNCARSKA

<< Dzisiejsza Toskania – jedno z najpiękniejszych krajobrazowo miejsc we Włoszech, gdzie zagęszczenie zabytków na 1 km² przekracza wszelkie normy światowe, nazywana była niegdyś Etrurią bądź Tuscią. Od północy graniczy ona z Ligurią i Emilią-Romanią, od wschodu – z zieloną Umbrią i Marche, na południu – z majestatycznym Lacjum z Rzymem, a zachodnie jej krańce oblewają wody Morza Tyrreńskiego. Poza tym należą do niej także Wyspy Toskańskie, m.in. Elba, Giglio, Capraia, Montecristo czy Gorgona. >>

Więcej…