ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

 

Indonezję tworzą wyspy Archipelagu Malajskiego, oblewanego przez wody dwóch oceanów: Spokojnego i Indyjskiego. To tu azjatycka przyroda spotyka się z fauną i florą innego kontynentu – Australii. Tutaj również współistnieją ze sobą różne ludy, kultury i tradycje, które – mimo swej odrębności – potrafiły zjednoczyć się w jeden niezwykle barwny kraj. W Indonezji żyje ok. 250 mln mieszkańców, co daje jej czwartą pozycję na świecie pod względem liczby ludności. Panuje tu klimat tropikalny i równikowy ze średnią roczną temperaturą powietrza od 28 do 35 st. C. Na terytorium tego kraju wyróżnia się dwie pory roku: deszczową (od października do kwietnia) i suchą (od maja do końca września). Dominującą pozycję w Indonezji ma islam, który wyznaje ok. 86 proc. ludności tego kraju. Spotkać tutaj można również protestantów, katolików, hinduistów czy buddystów. Różnorodność, jak przystało na to państwo, jest więc ogromna…

Podróżując po tym wyspiarskim państwie, można skupić się na podziwianiu ogromnie zróżnicowanej przyrody lub wybrać zwiedzanie miejscowych zabytków. Na cokolwiek jednak się zdecydujemy, czeka nas cudowny wypoczynek wśród złocistych plaż i uspokajającego szumu oceanu… Indonezja oferuje dla każdego coś dobrego. Można tu nurkować w przepięknych i czystych wodach w okolicach Komodo, Sulawesi czy Papui, surfować przy brzegach wysp Bali, Lombok, Jawa, Sumbawa czy Sumba, udać się na wyprawę w głąb tropikalnych lasów deszczowych albo na safari na słoniach, wziąć udział w raftingu rwącymi rzekami czy wreszcie w canyoningu, podczas którego pokonamy wartkie górskie potoki. Indonezja to jednak nie tylko turystyka aktywna i ekstremalne przygody, ale także doskonałe miejsce na rodzinne wakacje w licznych komfortowych hotelach na Bali czy na wypoczynek na rajskich plażach z białym piaskiem. Kraj ten przyciąga również zakochanych, którzy decydują się tutaj często na ślub w wymarzonej, wręcz bajkowej scenerii, tudzież nowożeńców poszukujących spokoju oraz romantycznych klimatów idealnych do spędzenia miesiąca miodowego. Jedno jest pewne – wakacje w Indonezji będą egzotyczną i niezapomnianą przygodą dla wszystkich.

 

POD CZUJNYM OKIEM BOGÓW NA BALI

Jedną z największych atrakcji stanowi przepiękna, bajeczna Bali, perła archipelagu Małych Wysp Sundajskich – chętnie wybierana jako miejsce błogiego wypoczynku, m.in. przez gwiazdy światowego formatu. Co ciekawe, jest ona prawdziwą oazą hinduizmu, który wyznaje jedynie ok. 2 proc. mieszkańców kraju. Rozsiane po wyspie starożytne świątynie, często obchodzone święta i gromadzące mieszkańców uroczyste procesje z bogato rzeźbionymi posągami składają się na jej niezwykle mistyczny klimat. Balijczycy wierzą, że góry – jako źródło oczyszczającej wody – są święte, dlatego uważają je za najważniejszy punkt odniesienia przy wznoszeniu budynków. Bali słynie poza tym z dynamicznej muzyki gamelanowej oraz fascynujących spektakli w oszałamiającej oprawie, łączących teatr i ekspresyjny taniec. Ten ostatni zawsze stanowił tutaj dworską rozrywkę. Niekiedy ma też za zadanie wprowadzić tancerzy w swoisty trans, podczas którego ich ciała są nawiedzane przez bogów i duchy zwierząt. W przedstawieniach natomiast każdy wykonany gest może mieć określone znaczenie, często opowiadają one klasyczne historie o miłości, wojnie oraz dobru i złu, zaczerpnięte z hinduskich eposów.

Po zaspokojeniu potrzeb ducha przychodzi czas na przyjemności ciała. Tradycyjna balijska kuchnia pełna jest urzekających smaków, wzbogaconych przyprawami i ziołami. Najpopularniejsze potrawy przyrządza się tu z mięsa kaczki oraz wieprzowiny, które przyprawia się lekko pikantnie i podaje z ryżem – podstawą miejscowych dań. Główny posiłek kończą rozmaite słodkości (na ogół na bazie bananów), a także orzeźwiające napoje z owoców. Błogi relaks gwarantuje nam wypoczynek na jednej z rajskich, tropikalnych plaż (najlepsze z nich znajdują się na południu wyspy), delikatnie obmywanych przez krystalicznie czystą błękitną wodę. Strudzone ciało z ulgą podda się także słynnym balijskim masażom oraz tradycyjnym zabiegom pielęgnacyjnym, przeprowadzanym przy użyciu naturalnych składników i akompaniamencie kojących dźwięków. Do poprawy samopoczucia wykorzystuje się tutaj również dobroczynne działania aromaterapii.

Na całej wyspie na każdym kroku spotykamy wciąż żywą tradycyjną religijność. Bali strzeżona jest przed złymi mocami przez 20 tys. świątyń. Dziewięć z nich ulokowano w strategicznych punktach, co ma zapewnić ochronę z każdej strony świata. Centrum tego osobliwego „duchowego systemu obrony” stanowi majestatyczna Pura Besakih, wzniesiona na zboczu aktywnego wulkanu Agung, zwana „Matką Wszystkich Świątyń”. Balijczycy mają też inne sposoby, żeby ustrzec się przed złymi duchami. Jednym z nich jest Dzień Absolutnej Ciszy. To doskonały przykład na to, jak nieodłączną część życia codziennego stanowią tu dawne zwyczaje. Podczas tego święta każdy (nawet turyści!) zobowiązany jest do pozostania w domu i zachowania milczenia. W tym szczególnym dniu ulice, place czy plaże są opustoszałe, dzięki czemu – jak przekonani są Balijczycy – demony opuszczą wyspę, sądząc, że nikogo na niej nie ma.

 

W HARMONII Z TRADYCJĄ

Stolicą Bali i jednocześnie głównym ośrodkiem miejskim jest położony na południu 800-tysięczny Denpasar. Tuż obok znajduje się międzynarodowy port lotniczy. To właśnie w tym rejonie rozwija się przemysł turystyczny i mieści się największa liczba hoteli. Tętniący życiem Denpasar oferuje turystom liczne atrakcje, a wśród nich przede wszystkim – interesujące Muzeum Bali, prezentujące kulturę i historię wyspy, sąsiadującą z nim świątynię Najwyższego Bóstwa czy Pasar Badung – największy miejscowy targ. Miłośników sztuk pięknych zainteresuje z pewnością Centrum Sztuki Werdhi Budaya, które organizuje również Festiwal Sztuki Balijskiej oraz tradycyjne pokazy tańca. Kawałek dalej na południe, ok. 11 km, mieści się Kuta, dawna kolonia trędowatych z targiem niewolników. Dziś jest to jedno z najmodniejszych miejsc wypoczynku, gdzie – poza odwiedzeniem wspaniałych plaż – spróbować można swoich sił w rozmaitych sportach wodnych. Równie dużą popularność zyskało wyróżniające się artystycznym charakterem miasto Ubud. Jego nazwa pochodzi od słowa ubad, co oznacza lekarstwo. Nic w tym dziwnego, bowiem niegdyś słynęło ono z ziołolecznictwa. Duży nacisk kładzie się tu na to, żeby – mimo ciągłego napływu turystów – tradycyjna kultura i okoliczna przyroda przetrwały w niezmienionej formie. W licznych muzeach w Ubud prezentują swoje dzieła miejscowi oraz zagraniczni artyści, osiedlający się tutaj chętnie już od początku XX w.

Drugim ważnym ośrodkiem miejskim na wyspie jest leżąca na północy ponad 80-tysięczna Singaraja, która zachowała do dzisiaj nieco kolonialny charakter. Na szczególną uwagę zasługuje w niej zabytkowa Biblioteka Gedong Kirtya, w której murach znajduje się aż 3000 rękopisów, w tym zbiór dzieł i kronik spisanych na liściach palmowych, zwanych lontar. Singaraja była niegdyś znaczącym centrum handlu, dlatego też stanowi mieszankę różnych grup etnicznych i religii. Inny jest tu także krajobraz – pola ryżowe ustępują miejsca sadom i plantacjom rozmaitych roślin. Wschodnia część Bali na pewno spodoba się tym wszystkim, którzy marzą o ciszy, spokoju i skupieniu. W tym rejonie wyspy turystów przyciąga głównie dawne małe Królestwo Klungkung, zamieszkiwane obecnie przez 180 tys. ludzi. Jego stolicą jest Semarapura, gdzie mieści się historyczna królewska siedziba z XVII w. – Pałac Klungkung. Niegdyś miejsce to było pełne arystokratów i artystów. Dziś można – niestety – podziwiać jedynie pozostałości okazałego kompleksu pałacowego, zniszczonego w 1908 r. podczas holenderskiej inwazji, oraz Pawilon Kertha Gosa z niezmiernie bogatymi malowidłami. Choć Bali jest najbardziej znanym i rozwiniętym turystycznie indonezyjskim regionem, prawdziwi podróżnicy nie powinni zapominać również o pobliskich wyspach. Oferują one także mnóstwo atrakcji. Warto je poznać bliżej, żeby móc odkryć wielką różnorodność Indonezji.

 

ARCHIPELAG OSOBLIWOŚCI

W archipelagu Małych Wysp Sundajskich znajdują się też inne interesujące miejsca warte odwiedzenia. Bali i Lombok oddziela od siebie linia Wallace’a, nazwana tak dla upamiętnienia odkrywcy niezwykłego fenomenu – brytyjskiego biologa i przyrodnika Alfreda Russela Wallace’a. Niewielki przesmyk stanowi granicę pomiędzy dwoma zupełnie różnymi światami zwierząt. Z krainy orientalnej (indomalajskiej) przenosimy się do Australii. Znajdziemy tu nie tylko charakterystyczne dla tego kontynentu gatunki fauny, ale też piękne plaże o drobnym, jasnym piasku, okalające całą wyspę. Jednak Lombok to nie tylko odmienna przyroda. Nie wypijemy tu alkoholu ani nie zjemy dań z wieprzowiny. Miejscowi konserwatywni muzułmanie poczęstują nas natomiast pikantnym kurczakiem, przyprawionym papryczką chili, od której wyspa wzięła swoją nazwę. U północno-zachodnich wybrzeży Lomboku znajdują się trzy nieduże wysepki Gili (Gili Trawangan, Gili Meno i Gili Air) – warto na nie zajrzeć, aby nacieszyć wzrok widokiem pięknych raf koralowych, a słuch ukoić ciszą, bowiem obowiązuje tutaj całkowity zakaz poruszania się pojazdami silnikowymi.

Wyspa Sumbawa była niegdyś domem kultury Tambora, która zniknęła z powierzchni ziemi w jeden dzień w wyniku wybuchu wulkanu Tambora w 1815 r. Dziś mieszkają tu niezmiernie pobożni muzułmanie, którzy ortodoksyjny islam godzą z dawnymi wierzeniami. Poza tym jest to obecnie jedno z najlepszych miejsc na świecie dla surferów.

Miłośnicy nieznanych zakątków świata powinni wybrać się na Sumbę. Wyspa ta nie została jeszcze odkryta przez masową turystykę. Soczyście zielone tereny sąsiadują tu z pustkowiami nieporośniętymi roślinnością. Jej mieszkańcy trudnią się wyrobem przepięknych tkanin o charakterystycznych wzorach, które można kupić na miejscu. Ich wykonanie stanowi skomplikowany wielomiesięczny proces. Znajdziemy tu także wiele tradycyjnych wiosek z megalitycznymi grobowcami oraz domkami o dziwnych, szpiczastych dachach.

Niepozorna, słabo zaludniona (jedynie ponad 2 tys. mieszkańców) i ustronna Komodo słynie przede wszystkim z waranów, nazywanych smokami z Komodo. Są to największe żyjące jaszczurki na świecie. Dla ich ochrony założono w 1980 r. Park Narodowy Komodo, który 11 lat później wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na wyspie panuje klimat suchy, dlatego jej mieszkańcy utrzymują się głównie z połowu ryb. Komodo cieszy się poza tym ogromną i zasłużoną popularnością wśród miłośników nurkowania z całego świata.

 

WYSPA KONTRASTÓW

Mimo iż stanowi jedynie 7 proc. powierzchni kraju, jest jego sercem, a zarazem najgęściej zaludnioną wyspą świata. Na Jawie na powierzchni prawie 130 tys. km2 żyje ok. 140 mln mieszkańców, co daje nam 1064 osoby na 1 km2. To tutaj właśnie Indonezyjczycy ulokowali swoją stolicę – Dżakartę – polityczne, administracyjne, kulturalne i biznesowe centrum państwa. Mieszkańcy nazywają tę ogromną, 10-milionową metropolię „Wielkim Durianem” – kto zna ten wydzielający nieprzyjemny zapach egzotyczny owoc i odważył się go skosztować, od razu zrozumie analogię. Pierwsze wrażenie bywa odpychające, ale jeśli je przezwyciężymy i damy Dżakarcie szansę, zachwyci nas tak samo, jak pełen sprzeczności durian, który po spróbowaniu okazuje się pyszny w smaku…

Jawa jest krainą kontrastów: strzeliste, nowoczesne wieżowce stolicy i jej nocne rozrywki stanowią zupełne przeciwieństwo małych, spokojnych wiosek. Ich mieszkańcy, wzorem swoich pradziadów, korzystając z doskonałych warunków do upraw, trudnią się rolnictwem. Nowoczesność i zachodnie wpływy współistnieją tu z wiekowymi, wciąż chętnie kultywowanymi tradycjami: spektaklami teatru cieni, dworskim tańcem jawajskim i muzyką gamelanową.

Przodkowie pierwszych ludzi osiedlili się na Jawie już prawie 2 miliony lat temu – to tutaj znajduje się ważny punkt na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO: Sangiran, stanowisko paleoantropologiczne, gdzie odnaleziono szczątki tzw. Człowieka z Jawy (Pithecanthropus erectus, pitekantropa, czyli małpoluda, obecnie klasyfikowanego jako Homo erectus – człowiek wyprostowany). Na wyspie znajdują się jeszcze trzy z siedmiu obiektów w Indonezji, które zostały wpisane na tę prestiżową listę. Pierwszym z nich jest imponujący Borobudur – odkopany z popiołu wulkanicznego jeden z największych buddyjskich zabytków na świecie, wzniesiony w VIII–IX w., mniej więcej 300 lat przed słynnym Angkor Wat w Kambodży, jako piękna alegoria Kosmosu. Pozostałe to Prambanan – największy hinduistyczny zespół świątynny w Indonezji – oraz Park Narodowy Ujung Kulon, obszar występowania niezmiernie rzadkich, zagrożonych wyginięciem nosorożców jawajskich (żyje tu jedynie ok. 50 osobników). W pobliżu Ujung Kulon znajduje się aktywny wulkan Krakatau (Krakatoa), którego najsłynniejsza erupcja miała miejsce w 1883 r. (w jej wyniku zginęło oficjalnie ok. 40 tys. ludzi) i została uznana za jedną z najgłośniejszych w nowożytnej historii (wybuch był słyszalny nawet z odległości 4,8 tys. km – na wyspie Rodrigues koło Mauritiusa na Oceanie Indyjskim).

 

NIEZLICZONE SKARBY NATURY

Jedną z głównych indonezyjskich wysp jest Sumatra. Porastające ją lasy deszczowe to wyjątkowy obszar, podzielony między trzy parki narodowe – Gunung Leuser, Kerinci Seblat i Bukit Barisan Selatan. Region ten nazwano „Dziedzictwem Tropikalnych Lasów Deszczowych Sumatry” i wpisano w 2004 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stanowi on schronienie dla zagrożonych form życia, wśród których znajduje się 10 tys. gatunków roślin oraz kilkaset gatunków zwierząt, w tym łącznie kilkadziesiąt organizmów, których nie spotka się nigdzie indziej na świecie z wyjątkiem Sumatry (np. słonia sumatrzańskiego). Co ciekawe, te wspaniałe tropikalne lasy deszczowe rosną na bardzo nieurodzajnej ziemi, którą użyźnia jedynie popiół wulkaniczny. Na wyspie znajduje się też jedno z najczystszych dużych miast w Indonezji – 900-tysięczne Pekanbaru. Już od 7 lat z rzędu wyróżnia się je za wyjątkowe dbanie o porządek.

Na wschód od Sumatry leży Borneo. Prawie 75 proc. tej jednej z największych wysp świata (ponad dwa razy większej od Polski, mającej powierzchnię ok. 745 tys. km2) stanowi terytorium Indonezji (reszta należy do Brunei i Malezji). W połowie jest ona porośnięta bujną dżunglą równikową, w której co roku odkrywa się nowe gatunki zwierząt i roślin. Lasy deszczowe Borneo są najstarsze na świecie – rosną nieprzerwanie od 130 milionów lat, dwa razy dłużej niż słynna puszcza amazońska. Znajdziemy tu nie tylko endemiczne orangutany borneańskie, lecz także niemal 20 tys. gatunków roślin i zwierząt, z których duża część nie występuje w innych częściach świata.

Kierując się jeszcze bardziej na wschód, trafimy na Sulawesi (wcześniej znaną jako Celebes). Ta niezwykła wyspa o kształcie przypominającym pająka lub skorpiona charakteryzuje się stromymi brzegami, mnóstwem naturalnych zatoczek i górzystym ukształtowaniem terenu. Zamieszkuje ją 16 mln ludzi i należy do jednych z najciekawszych przyrodniczo regionów Indonezji. Współistnieją tu gatunki azjatyckie i australijskie. Warto też wspomnieć, że na południowym krańcu Celebes żyje lud Toradżów, praktykujący osobliwe ceremonie pogrzebowe. Za zmarłą uznają oni tylko tę osobę, na której cześć wydano niezwykle kosztowną tygodniową stypę. Następnie podobiznę nieboszczyka wiesza się na skalnej półce nad wioską, żeby spoglądała na żyjących. Do czasu pogrzebu zmarłego traktuje się jak chorego. Zabalsamowane zwłoki umieszcza się w osobnym pokoju, do którego dostarcza się jedzenie, i gdzie przybywają goście z wizytą. Na północy wyspy leży ponad 400-tysięczne miasto Manado – doskonała baza wypadowa dla miłośników ekoturystyki, trekkingów górskich i nurkowania. Można stąd odkrywać uroki Sulawesi lub wyruszać na spotkania morskich stworzeń w czystych przybrzeżnych wodach.

Papua, największa i najdalej wysunięta na wschód prowincja Indonezji, wraz z Papuą Zachodnią (wcześniej znaną jako Irian Jaya Zachodni) zajmuje połowę wyspy Nowa Gwinea (reszta należy do Papui-Nowej Gwinei). Znajdujący się tutaj na południu Park Narodowy Lorentz jest największym tego typu chronionym obiektem przyrody w Azji Południowo-Wschodniej (ma powierzchnię ponad 25 tys. km2) i jedynym miejscem na świecie, gdzie na tym samym obszarze występują góry pokryte lodowcami, mokradła i tereny z tropikalną roślinnością.

 

DLA MIŁOŚNIKÓW SPORTÓW WODNYCH I MŁODYCH PAR

Okolice indonezyjskich wysp są prawdziwym rajem dla miłośników podwodnego świata. Na modnej Bali mieszczą się liczne szkoły nurkowania. Coraz więcej z nich pojawia się również na Sulawesi czy w Papui. Z kolei wody na terenie Parku Narodowego Komodo, pomiędzy wyspami Sumbawa i Flores, uważa się za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie. Nieopisane bogactwo tutejszej morskiej fauny i flory wprawi w zachwyt każdego, a wspaniałe widoki na długo pozostaną w pamięci.

Na Bali, Flores i Komodo popularność zyskały rejsy tradycyjnymi drewnianymi szkunerami. Można z nich nurkować w miejscach nieosiągalnych dla masowych turystów. Z Bali możemy także wybrać się na całodniową wyprawę luksusowym katamaranem, podczas której zjemy smaczny posiłek, odpoczniemy i będziemy mogli wyruszyć na podbój morskich głębin.

Indonezja to również idealny zakątek świata dla amatorów surfingu. Jednym z najlepszych miejsc, zarówno dla początkujących, jak i bardziej zaawansowanych, jest miejscowość Kuta na wyspie Bali, gdzie można także wypożyczyć lub nabyć odpowiedni sprzęt. Należy jednak być ostrożnym, gdyż – jak wierzą Balijczycy – bóg morza w każdym roku musi zadowolić się przynajmniej jedną ofiarą i jest w tym, niestety, trochę prawdy.

Malownicze indonezyjskie wyspy, ze względu na swoją egzotykę i bogate atrakcje, często stają się celem podróży poślubnych. Dużą popularnością cieszy się zwłaszcza Bali – cudowne miejsce na spędzenie romantycznych chwil we dwoje. Wprawiające w stan błogości i zachwyt tropikalne krajobrazy, pyszne jedzenie, relaks w luksusowych centrach SPA oraz niezmiernie szeroka oferta doskonałych hoteli (wiele z nich oferuje specjalne apartamenty dla nowożeńców) – to wszystko potrafi skusić wiele młodych par. Ci, którzy chcieliby wziąć ślub w tym niezwykłym zakątku świata, również mają taką możliwość. Wystarczy tylko powierzyć organizację ceremonii sprawdzonym specjalistom.

Jeśli marzymy o wyprawie do spokojnych miejsc, gdzie czas zatrzymał się dawno temu, jeżeli kochamy różnorodność, to Indonezja jest doskonałym wyborem dla nas. W tym fascynującym kraju odpoczniemy od cywilizacji, zapomnimy o stresie, zrelaksujemy się w wyśmienitych centrach SPA i przeżyjemy cudowne przygody. To miejsce przyciąga ludzi o różnych gustach i zainteresowaniach, a wszyscy wyjeżdżają z niego zadowoleni.


 

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

Bruksela i Walonia – odpoczynek w sercu Europy

 

Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

Więcej…

Japonia nieodgadniona

PAWEŁ MUSIAŁOWSKI

<< „Jeśli uważasz, że Japonia jest tajemnicza, daleka i niedostępna, to tym bardziej powinieneś się tam wybrać” – taka myśl przeszła mi przez głowę, gdy jako nastolatek marzyłem o odwiedzeniu tego niezwykłego azjatyckiego państwa, znanego mi wtedy głównie z dzieł japońskiej kinematografii. Choć dzisiaj nadal może się on jawić przybyszowi z Zachodu jako kraj pełen tajemnic, to na pewno dużo łatwiej się do niego dostać. Jednak zapomnijcie o nudnych i schematycznych wycieczkach, w trakcie których nie ma czasu na nic poza „zaliczaniem” kolejnych punktów planu i pośpiesznym robieniem zdjęć. Jeżeli chcecie naprawdę poznać kulturę Japonii, musicie stawić jej czoła sami, bo prawdziwa podróż polega na wyjściu poza własne kulturowe ograniczenia i na bezpośrednim kontakcie z drugą, odmienną społecznością. >>

Więcej…