ROBERT PAWEŁEK

 

Dawnej, dzikiej Kenii, znanej ze słynnej powieści Karen Blixen Pożegnanie z Afryką, już nie ma. Miasta rozrastają się, cywilizacja dociera w nowe rejony, coraz trudniej przeżyć w ciszy i spokoju prawdziwe safari. Turyści mają do dyspozycji wygodne hotele, często należące do międzynarodowych sieci. Spędzają w nich czas w komfortowych warunkach w towarzystwie gości z całego świata. W ten sposób ciężko zobaczyć „prawdziwą Afrykę”. Podróżnicy przyjeżdżający na safari mają niewiele okazji, żeby zobaczyć z bliska życie codzienne zwykłych Kenijczyków. Interesują ich przede wszystkim parki narodowe, rezerwaty przyrody, dzika zwierzyna… Wyjeżdżają z Kenii z uśmiechem na ustach, ze wspaniałymi wrażeniami, z tysiącem cudownych zdjęć oraz wspominają ją jako prawdziwy raj dla miłośników dziewiczej natury. 

    

Za każdym razem podróż do Kenii to dla mnie przygoda życia. Wizyta w tym wschodnioafrykańskim państwie to próba uwolnienia się od europejskich konwenansów, sposób na to, żeby zobaczyć na własne oczy wyjątkowy i imponujący świat dzikich zwierząt. Od słonych wód Jeziora Turkana przez spowite śniegiem szczyty masywu Mount Kenya aż po rafy koralowe Morskiego Parku Narodowego Malindi ten niezwykły kraj jest dla każdego źródłem niezapomnianych przeżyć.

To już moja kolejna wizyta w Kenii, tym razem w samym centrum dramatycznych wydarzeń. Kanały telewizyjne i gazety informują o poczynaniach armii kenijskiej, która rozpoczęła właśnie działania zbrojne na terenie sąsiedniej Somalii, skierowane przeciwko terrorystom oskarżanym między innymi o ostatnie porwania i zabójstwa zachodnich turystów. Wprowadzone zostały nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, specjalną ochroną objęto parki narodowe, rezerwaty przyrody, hotele i ośrodki turystyczne. W Nairobi wyznaczono rejon szczególnie narażony na ataki terrorystyczne. Wzdłuż granicy z Somalią wydzielono 150-kilometrową strefę buforową, w której zabroniono organizowania safari. Rząd Kenii oraz miejscowa branża turystyczna, co widać tutaj na każdym kroku, przywiązują dużą uwagę do zapewnienia bezpieczeństwa podróżnikom z całego świata. Uprzedzając zakończenie, przyznam już na wstępie, że do domu wróciłem szczęśliwie, bez żadnych niemiłych niespodzianek, za to ze wspaniałymi wspomnieniami…

 

Nairobi w południe  

Ulice stolicy Kenii są pełne ludzi śpieszących się w sobie tylko znanym kierunku. Muszę przyznać, że trochę się tu w ostatnich latach zmieniło. Nairobi z ponad 3 milionami mieszkańców wyrosło na największe miasto Afryki Wschodniej. Otoczone przez malowniczy krajobraz, położone między łańcuchem gór Ngong a sawanną Parku Narodowego Nairobi, niemal pęka w szwach. Jazda samochodem po niezmiernie zatłoczonym mieście wymaga wiele cierpliwości. Takich korków jeszcze nigdy nie widziałem. Podróżując z oddalonego o ok. 15 km lotniska Jomo Kenyatta (które swoją nazwę zawdzięcza pierwszemu premierowi i prezydentowi niepodległej Kenii) do centrum, po paru jakże długich chwilach docieramy wreszcie do dzielnicy przemysłowej. Jeszcze kilka lat temu w tym miejscu była dziewicza sawanna. Im bliżej centrum, tym ruch robi się większy. Autobusy wyprzedzają ciężarówki, ale najszybsze są matatu, taksówki zbiorowe, minibusy mieszczące zwykle od 14 do 25 pasażerów, dające o sobie znać przeraźliwym rykiem klaksonów. Nazwa Nairobi w języku Masajów znaczy miejsce zimnej wody (Enkare Nyirobi). W centrum połyskują szklane wieżowce, znajduje się uniwersytet. Tu mieszka klasa wyższa, pośród  tropikalnych ogrodów, urozmaiconych oczkami basenów. Przeciwieństwo tej części miasta stanowią dzielnice zamieszkane wyłącznie przez Afrykanów, gdzie życie toczy się w domach skleconych z kartonów albo blach. Mimo biedy, wszędzie widzimy uśmiechnięte twarze. – Jambo! (czyli dzień dobry) – radośnie witają nas umorusane dzieciaki, licząc na łakocie i drobne upominki.  – Jambo! – odwzajemniamy powitanie.

Ponad 100-letni, 5-gwiazdkowy hotel Sarova Stanley, w którym nocujemy, jest bardzo elegancki. Gdy portier we fraku otwiera mi drzwi, czuję się niemal jak angielski lord. Ten luksus znajduje się jednak pod czujną ochroną. Hotel jest pilnie strzeżony – do środka wchodzi się przez bramkę wykrywającą metale, a ochroniarze przeglądają podejrzane torby. Samochody przed wjazdem na teren większości ekskluzywnych obiektów w Nairobi sprawdzane są za pomocą wykrywaczy min.

 

Tajemnica znikających flamingów

Dla wielu podróżników Afryka jest obiektem pożądania, miłości od pierwszego wejrzenia, miejscem przebudzenia i ponownych narodzin – napisał kiedyś Ernest Hemingway. Zgadzam się z nim w zupełności. Kenia urzeka pięknem, trzeba tylko jak najszybciej wyjechać z miasta. W jeziorze Naivasha, tak jak wtedy, kiedy mieszkała tu Joy Adamson (1910–1980), autorka książki Elza z afrykańskiego buszu, beztrosko pluskają się hipopotamy. Nocą wspinają się na brzeg i żerują na trawniku przed posiadłością Elsamer, należącą niegdyś do pisarki i jej męża George’a, a nazwaną tak na cześć lwicy. Przewracają ustawione tutaj krzesła i stoły, ale wraz z nastaniem dnia znikają. Wczesnym rankiem ruszamy łodzią w rejs po jeziorze. Ostrożnie podążamy za grupą hipopotamów. W pewnej chwili jeden z nich zaczął ziewać, otwierając szeroko swoją ogromną paszczę. To najlepszy moment, żeby zrobić kilka udanych zdjęć. Niestety, w ferworze fotografowania przeoczyliśmy, jak pelikany, bieliki afrykańskie i bociany poszybowały nad naszymi głowami. Hipopotamy szybko zanurzają się z powrotem, a nad powierzchnię wody znów wystają tylko ich oczy i uszy. Co ciekawe, te sympatycznie wyglądające stworzenia należą do najniebezpieczniejszych w Afryce. – Zabijają więcej ludzi niż jakiekolwiek inne zwierzęta – mówi Philip, nasz przewodnik. –  Mogą też wtargnąć do lasu, powodując dużo zniszczeń. Nie przejmujcie się jednak, lepiej jest uciekać przed hipopotamami, niż przed bawołami! Dopływamy do wyspy Crescent (dziś już półwyspu). Żaden ogród zoologiczny nie dorównuje temu miejscu – zamieszkują go zebry, żyrafy, bawoły, a także różne gatunki antylop: impale, gnu, gazele, koby śniade. Nie spotkamy tutaj drapieżników, więc możemy swobodnie spacerować pośród zwierząt.Reklama

Naszym kolejnym celem był Park Narodowy Jeziora Nakuru, położony w pęknięciu tektonicznym Wielkiego Rowu Wschodniego. Jechałem do niego z nadzieją, że zobaczę flamingi i nie zawiodłem się. Ostatnio rzadko tu goszczą. Po gwałtownych suszach, a potem ulewnych deszczach w latach 70. XX w., które zmniejszyły zasolenie jeziora, zaczęły przenosić się do pobliskiej Tanzanii. Od kilku lat znów wracają. Może to jedna z ostatnich szans, żeby nacieszyć oczy tak pięknym widokiem?

 

Wyprawa na safari

Przed nami jeszcze podpatrywanie bogatego świata dzikich zwierząt z aparatami fotograficznymi w dłoniach… Nadszedł czas na safari! Kto go nie przeżył, ten nie poznał magicznej siły Czarnego Lądu. Niestety, tym razem nie odwiedzimy olbrzymiego Rezerwatu Narodowego Maasai Mara (Masai Mara). Ale w parku otaczającym jezioro Nakuru czekają na nas również niezapomniane chwile. Dostajemy krótką instrukcję, jak zachowywać się podczas safari. Nie należy wychodzić z jeepa i fotografować zwierząt z bliska. Łatwo można natknąć się na lwa lub lamparta. Takie spotkanie oko w oko nie należy do najsympatyczniejszych… Lwy żyją w małych stadach. Gdy nie polują, leniwie wylegują się na powalonych pniach drzew. W przeciwieństwie do nich lamparty nie lubią być obserwowane, a swoje ofiary atakują z zaskoczenia. Zauważone zwykle się oddalają. Słonie są dość płochliwymi zwierzętami. Jedynie wtedy, gdy w stadzie znajdują się małe, potrafią być agresywne. Safari należy do udanych, jeśli spotkamy podczas niego tzw. Wielką Piątkę: lwa, lamparta, słonia i bawoła afrykańskiego oraz nosorożca czarnego. – Pamiętajcie o zabraniu zakrytych butów. To jest busz. Żyje tu kilka tysięcy gatunków węży, wśród nich pytony – dodaje Mumo, kierowca naszego jeepa, świetny tropiciel zwierząt. Opowiada o Parku Narodowym Jeziora Nakuru, żartuje i śmieje się z nami i nagle zatrzymuje samochód… Wskazuje na spore drzewo, na którym drzemie lampart. Obok niego zauważamy krwawy strzęp wielkiego ptaka. Chwilę potem natykamy się na ogromne stado słoni. Wielkie i majestatyczne stworzenia stoją zaskoczone i wyraźnie zaniepokojone naszą wizytą.

Stado bawołów, które wypatrzył Mumo, skubie spokojnie trawę. Ich wielkie łby opatrzone grubymi rogami wyglądają groźnie i nie budzą sympatii. Przypominają mi się sceny z powieści Ernesta Hemingwaya Zielone wzgórza Afryki: Nagle ukazał się byk. Nawet w cieniu był czarny jak smoła i zalśnił, kiedy wypadł na słońce, a jego rogi, olbrzymie i ciemne sterczały wysoko w górę, a potem wyginały się dwoma wielkimi łukami do tyłu, prawie dotykając grzbietu. Ten to był byk. Boże, co za byk.

 

Wzdłuż Wybrzeża Suahili

Ostatni punkt naszej wyprawy znajduje się nad Oceanem Indyjskim. Z małego samolotu widać wyspy archipelagu Lamu, tworzące przy ujściu rzeki coś w rodzaju delty. Trudno sobie wyobrazić, że niegdyś rósł tu bujny las tropikalny. W miejscu wyciętych drzew założono plantacje kokosów i agawy sizalowej oraz zbudowano hotele. Na wybrzeżu Afryki Wschodniej, jeszcze zanim odkryto i zbadano wnętrze Czarnego Lądu, pojawili się podróżnicy i kupcy, wśród nich Arabowie, Turcy, Hindusi, a nawet Chińczycy – żeglarze Orientu. Osiedlili się tutaj i wzięli za żony miejscowe kobiety, dając początek Suahili – jednej z najstarszych afrykańskich kultur. W Kenii żyje dziś około 40 różnych plemion i ponad 40 milionów ludzi. Wielu Europejczyków, którzy wybudowali letnie rezydencje nad Oceanem Indyjskim w Kenii, twierdzi, że na całym świecie nie ma piękniejszego miejsca. Cenią sobie tutejsze odludne zatoki, rafy koralowe, plaże ze złotym piaskiem. Kenijska część Wybrzeża Suahili o długości prawie 500 km ciągnie się od archipelagu Lamu na północy, aż po rybacką osadę Vanga na granicy z Tanzanią na południu. Między Mombasą a Vangą nadmorski brzeg urozmaicają gaje palmowe i rozległe plaże. – Od pełnego morza oddziela je rafa koralowa. Ta naturalna bariera rozbija falei zatrzymuje rekiny – mówi Ali, nasz przewodnik. Po tym wyjaśnieniu trochę tracę ochotę na kąpiel. Jednak świadomość, że tutejsze wody należą do jednych z najlepszych na świecie miejsc do nurkowania, zachęca mnie do założenia maski. Wyruszamy na rejs tradycyjną dla kultury Suahili łodzią dau (dhow) w kierunku pięknej wysepki Mfangano, sprawiającej wrażenie zapomnianej przez cały świat. Nurkujemy przy rafie koralowej i podziwiamy rzadkie gatunki ryb oraz bogatą podwodną florę. Ryby motyle, ryby anioły, ryby papugi, jak nazywają je miejscowi, odgrywają przed nami kolorowy spektakl.

Czas w Afryce, o czym się przekonałem, jest pojęciem względnym. Zegarek można wyrzucić tutaj do kosza. Liczą się przypływy i odpływy oceanu, wschody i zachody słońca. Niczego nie da się przyspieszyć. Najlepszym planem okazuje się tu improwizacja. Większość czasu spędzamy na błądzeniu w labiryncie uliczek, wiodących od nabrzeża w głąb miasta Lamu. Podziwiamy wyjątkową architekturę starych, wielopiętrowych domów, zachwycamy się kunsztem, z jakim wyrzeźbiono prowadzące do nich ciężkie drewniane drzwi. W upalne południe kryjemy się w restauracji, patrząc jak kobiety Suahili z gracją przemierzają ulice w tajemniczych, czarnych chustach bui-bui.

Siedząc na tarasie hotelu Peponi, mam jednak wrażenie, że tej „prawdziwej Afryki” już nie ma. Żal jednak kończyć pobyt na gościnnym kenijskim wybrzeżu, na egzotycznej i sympatycznej wyspie Lamu, mając nad głową niebo pełne gwiazd, które setki lat temu wiodły tu żeglarzy płynących przez Ocean Indyjski…

 


 

Artykuły wybrane losowo

Artystyczna Katalonia

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

<< Piękna Katalonia jest tradycyjna i nowoczesna jednocześnie. Z gracją przechadza się wśród secesyjnych kamienic. Popija cavę i wermut. W sobotę tańczy rumbę, a w niedzielę, jak już się obudzi, sardanę. Opala się na plaży, częstuje tapasami i dumnie prezentuje swoich mistrzów pędzla, świetnie gra w piłkę nożną. Można się w niej zakochać. Kto raz ją zobaczy, już zawsze będzie chciał ją odwiedzać. „Carpe diem!” („Chwytaj dzień!”) – zdaje się mówić do każdego, kto składa jej wizytę. >>

 

Fragment niesamowitej ekspozycji Teatre-Museu Dalí w Figueres

© IMAGEN M.A.S./AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

Mimo referendum przeprowadzonego w październiku 2017 r. i późniejszego kryzysu konstytucyjnego Katalonia jest wciąż wspólnotą autonomiczną Hiszpanii. Od północy graniczy z Francją i Andorą, od zachodu z Aragonią, a od południa z Walencją. Jej stolicę stanowi ponad 1,6-milionowa Barcelona, największe miasto regionu.

W Katalonii warto odwiedzić wiele miejsc. Turyści chętnie odpoczywają w urokliwych miejscowościach położonych na tutejszym wybrzeżu. Większość z nich przybywa na lotnisko El Prat leżące pod Barceloną. To właśnie ona bywa najczęściej pierwszym przystankiem podczas wizyty w Katalonii. My również rozpoczniemy od niej poznawanie regionu.

 

NA DOBRY POCZĄTEK

Naszą podróż po Barcelonie zacznijmy od śniadania. To nie będzie zwykły posiłek, bo kto zazwyczaj raczy się z rana winem musującym i ostrygami… Za chwilę czeka nas jednak zwiedzanie miasta, dlaczego więc nie rozpocząć dnia w iście barcelońskim stylu.

Wystarczy wybrać się na targ La Boqueria (który i tak powinien się znaleźć w planach każdego turysty). To tutaj robią zakupy szefowie renomowanych restauracji i zwykłych tawern, gospodynie domowe i hipsterzy. Stragany podzielono tematycznie. W jednej części piętrzą się owoce i warzywa, w drugiej – ryby i owoce morza, w jeszcze innej – wędliny. Są też słodycze, a wśród nich wspaniałe kolorowe makaroniki (wszak Francja znajduje się tuż za rogiem). La Boqueria wygląda jak martwa natura uwieczniona na obrazie.

My zmierzamy do małego baru, który od 6.00 serwuje wspomniane nietypowe śniadanie. Katalonia słynie z cavy. Nie ma ona jednak nic wspólnego z małą czarną. To wino musujące wytwarza się tą samą metodą, co szampan, ale kosztuje ono znacznie mniej, choć jest bajecznie pyszne. Warto zestawić je właśnie z ostrygami. Bar nazywa się „Pinotxo” i serwuje także inne specjały kuchni katalońskiej. Poza tym w Katalonii również w hotelach często podaje się cavę do śniadania.

 

PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA

Mniej więcej 600-metrowy dystans dzieli La Boquerię od wielkiej rzeźby kota Fernanda Botera w dzielnicy El Raval. Podobno wdrapanie się na niego przynosi szczęście. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, bo opasłe stworzenie ma zaokrąglone boki i trudno o podparcie dla stóp. Ale niektórym udała się ta trudna sztuka! Czy przyniosło im to szczęście? Na pewno za prawdziwy uśmiech losu mogą uznać pobyt w Barcelonie.

El Raval przechodzi niesamowitą metamorfozę. Nazywana kiedyś dzielnicą chińską (Barri Xino), gdzie królowe nocy miały swoje enklawy, szybko zmienia swoje oblicze. Znajdziemy tu świetne Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu d’Art Contemporani de Barcelona – MACBA), eleganckie lofty, różnorakie pracownie artystyczne, wytworne butiki. Ten rejon katalońskiej stolicy uwielbiał Ryszard Kapuściński, a Eduardo Mendoza chętnie umieszczał w nim akcję własnych powieści. Warto zajrzeć do tej części miasta. Wbrew różnym obawom jej mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni do innych. Spacer po tutejszych uliczkach stanowi małą podróż dookoła świata i uczy tolerancji wobec różnych kultur i religii. Choć to niewielki skrawek Barcelony, mówi się tu ponad 50 językami.

 

SMOK, RÓŻE I KSIĄŻKI

Według legendy św. Jerzy (Sant Jordi, patron Katalonii) zabił smoka i uratował księżniczkę. Ze smoczej krwi wyrosła róża. Dlatego dziś 23 kwietnia, w dzień wspomnienia świętego, mężczyźni wręczają te piękne kwiaty kobietom. One odwdzięczają się im za to książkami (22 kwietnia przypada rocznica śmierci hiszpańskiego pisarza Miguela de Cervantesa).

Ze względu na popularność tej niezmiernie romantycznej tradycji stoiska z książkami są wówczas wszędzie. Najwięcej znajduje się ich jednak w rejonie dwóch ulic – La Rambli i Passeig de Gràcia. To właśnie wtedy warto wybrać się na spacer tą pierwszą, będącą najsłynniejszym barcelońskim deptakiem (właściwie złożonym z kilku mniejszych uliczek). La Rambla z okazji dnia św. Jerzego dosłownie tonie w różach. Zarówno kwiaty, jak i książki sprzedają się w tym czasie świetnie, a Barcelona staje się wielką kwiaciarnio-kawiarnią pod gołym, najczęściej słonecznym niebem. Spacerowicze szukają książek nie tylko dla ukochanej osoby, ale także dla rodziny czy przyjaciół. To doskonała okazja, aby kupić nowości wydawnicze i spotkać znanego autora podpisującego egzemplarze swoich dzieł. Do tego wszędzie unosi się zniewalający zapach kwiatów.

Podczas przechadzki po La Rambli warto skierować się w stronę Starego Portu (Port Vell). W jego pobliżu przywita nas figura Krzysztofa Kolumba zapatrzonego gdzieś daleko w morze. Ten słynny żeglarz i odkrywca pojawił się w Barcelonie w 1493 r., po swojej pierwszej wyprawie w poszukiwaniu nowej drogi do Indii. Pomnik, który powstał z okazji wystawy światowej 1888 r., ma upamiętniać to wydarzenie. Na kolumnie znajduje się taras widokowy, można na niego wjechać windą.

Dziś Stary Port wygląda zupełnie inaczej niż pod koniec lat 80. XX w. Wszystko zmieniły XXV Letnie Igrzyska Olimpijskie z 1992 r. Wcześniej to miejsce przypominało wielkie złomowisko z porzuconymi składami i pustymi kontenerami. Dzięki wielkiej międzynarodowej imprezie sportowej Port Vell rozpoczął nowe życie.

Warto tu wstąpić do starej stoczni królewskiej. Ten pięknie odnowiony średniowieczny budynek mieści obecnie Muzeum Morskie (Museu Marítim de Barcelona). Zwiedzających zachwyca imponująca architektura i repliki wspaniałych statków (część z nich została odtworzona w skali 1:1). W XVI stuleciu wodowano w tej okolicy podobno aż 30 galeonów naraz! Nieopodal kładki Rambla de Mar można zobaczyć panią mórz – odrestaurowany trzymasztowiec z 1919 r. o nazwie Santa Eulàlia. Z tutejszej 78-metrowej wieży (Torre de Sant Sebastià) wagoniki kolejki linowej wwożą pasażerów na Montjuïc (w tłumaczeniu na polski Wzgórze Żydowskie). Podczas przejażdżki podziwia się niesamowite widoki.

 

MORZA SZUM, PAPUG ŚPIEW

Złote piaski pośród palm – Barceloneta jest tylko jedna. Kochają ją chyba wszyscy, szczególnie o zachodzie słońca. Warto tu przyjść przed zapadnięciem zmroku w gronie przyjaciół lub z ukochaną osobą, usiąść na kocu, napić się wina i zapatrzeć się w morze.

Rano opanowana przez biegaczy, w ciągu dnia rozbrzmiewająca radością, pod wieczór ta dawna dzielnica rybaków i marynarzy przyciąga romantycznym nastrojem. Poza tym kusi też przysmakami. Do dziś panuje przekonanie, że najlepsze ryby w Barcelonie podaje się właśnie tutaj. Koniecznie trzeba przekonać się o tym samemu! W Barcelonecie stare miesza się z nowym (jak w wielu miejscach w tym mieście). Obok wąskich uliczek i wiekowych kamienic stoją przykłady sztuki współczesnej. Przy Deptaku Kolumba (Passeig de Colom) można zobaczyć rzeźbę Głowa Barcelony, autorstwa jednego z najbardziej znanych amerykańskich artystów pop-artu – Roya Lichtensteina (1923–1997). Dalej, w pobliżu Port Olímpic umieszczono Rybę architekta Franka Gehry’ego.

 

WZGÓRZE SZTUKI

Montjuïc najbardziej spektakularnie prezentuje się od strony placu Hiszpanii (Plaça d’Espanya). Warto tu przyjść po zmierzchu, aby obejrzeć pokaz fontann – spektakl wody, światła i dźwięku. Turyści docierający kolejką ze Starego Portu najpierw trafiają do ogrodów i Muzeum Fundació Joan Miró, gdzie można zapoznać się z twórczością tego katalońskiego malarza, ceramika i rzeźbiarza tworzącego jedyne w swoim rodzaju dzieła.

Zbiory sztuki, stadion i basen olimpijski, wspaniałe ogrody – dla mieszkańców Barcelony zbocza Montjuïc stanowią miejsce wykorzystywane do rekreacji i idealne na odpoczynek od miejskiego hałasu. Już od czasów rzymskich odbywały się tutaj rozmaite wydarzenia. W 1929 r. na wzgórzu zorganizowano wystawę światową, a w 1992 r. stało się ono areną zmagań olimpijskich. Na potrzeby tej pierwszej zbudowano Palau Nacional, dziś mieszczący Muzeum Narodowe Sztuki Katalonii (Museu Nacional d’Art de Catalunya – MNAC). Obok znajduje się modernistyczny Pawilon Barcelony (Pavelló de Barcelona, powstał również na wystawę światową 1929 r., jako pawilon niemiecki). Zaprojektował go Ludwig Mies van der Rohe (1886–1969), współautor projektu wystawionego tu fotela Barcelona (krzesła barcelońskiego), będącego jedną z ikon dizajnu. Dziś własny oryginalny egzemplarz tego mebla może kupić każdy, choć kosztuje on niemało. Zarówno pawilon, jak i sam fotel zachwycają klasyczną formą – proste linie, szlachetne materiały i brak dekoracji są charakterystyczne dla prac niemieckiego architekta, kierującego się dewizą mniej znaczy więcej.

Montjuïc to także Poble Espanyol, czyli hiszpańska osada w miniaturze. Można w niej spacerować wąskimi uliczkami andaluzyjskiej wioski, wśród bielonych ścian i kwitnących bugenwilli, czy obok kamiennych domów z zielonymi okiennicami kojarzących się z Majorką. Są też sklepy i restauracje, da się więc tutaj spędzić i pół dnia.

 

MALARZ I KOTY

To miała być restauracja inna niż wszystkie w Barcelonie. Powstała trochę jako kontynuacja „Le Chat Noir” w Paryżu. Szybko została ulubionym miejscem barcelońskiej bohemy. Bywali w niej Pablo Picasso, Antonio Gaudí i Julio González, mistrzowie pióra, apologeci modernizmu i jego wielcy przeciwnicy. „Els Quatre Gats”(„4 Gats”) otwarto w czerwcu 1897 r. Dwa lata później młody Pablo Picasso pozostawił tu swój ślad – zaprojektował grafikę menu. Lokal znajduje się w Dzielnicy Gotyckiej (Barri Gòtic) przy Carrer de Montsió i jest obowiązkowym punktem wyprawy śladami hiszpańskiego artysty.

Picassa wiązała z Barceloną bardzo szczególna więź. To w niej rozwinął skrzydła jako twórca i wypracował własny, niepowtarzalny styl. W mieście znajduje się największe na świecie muzeum tego artysty (Museu Picasso). Otwarte w 1963 r., było spełnieniem życzenia Picassa, aby właśnie w Barcelonie powstała galeria jego twórczości z okresu, który znawcy sztuki nazywają błękitnym. Można w niej obejrzeć niezmiernie ekspresyjne prace Hiszpana. Sam budynek muzeum, położony w części Starego Miasta (Ciutat Vella) zwanej La Ribera, również należy do nietuzinkowych. Muzeum Picassa mieści się w pięciu przylegających do siebie średniowiecznych pałacach. Po zwiedzaniu warto wybrać się do „Els Quatre Gats” na cavę i tapas.

 

SYMBOL NIEZŁOMNOŚCI

To była końcówka 1899 r. Młody Pablo Picasso w „Els Quatre Gats” chłonął atmosferę artystycznej społeczności. W innej części miasta pewien architekt pracował nad parkiem na specjalne zamówienie przedsiębiorcy Eusebiego Güella (1846–1918). W nowo zaprojektowanej dzielnicy Eixample (Powiększenie) wznoszono mury kościoła Sagrada Família (Temple Expiatori de la Sagrada Família – Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny). Barcelona nie była jeszcze wielką metropolią, ale wyczuwało się w niej ducha rozwoju. Być może dlatego Szwajcar Hans Maximilian Gamper (Joan Gamper, 1877–1930) postanowił stworzyć drużynę piłkarską. Razem z osobami, które odpowiedziały na jego ogłoszenie w gazecie, 29 listopada 1899 r. w sali gimnastycznej przy La Rambli założył Foot-Ball Club Barcelona. Prawie trzy lata później, 13 maja 1902 r., piłkarze FC Barcelony zagrali swój pierwszy mecz z drużyną nowo powstałego klubu, nazwanego Madrid Foot-Ball Club (dziś Real Madrid Club de Fútbol), którą pokonali 3:1.

Kiedy Hiszpania znalazła się pod rządami generała Francisco Franco (w latach 1936–1975), barceloński klub sportowy stał się dla Katalończyków narzędziem walki politycznej. Mecze z jego udziałem stwarzały okazję do demonstrowania patriotyzmu. Dlatego na stadionie Camp Nou kolorowe krzesełka tworzą w języku katalońskim napis brzmiący Més que un club („Więcej niż klub”). Nic więc dziwnego, że FC Barcelona to dla Katalończyków ważny symbol walki o wolność, nieustępliwości i dążenia do celu.

 

VICKY I CRISTINA

Do wyjazdu do Barcelony można się przygotować w różnorodny sposób. Najbardziej znanym jest czytanie przewodników lub artykułów turystycznych. Warto też zapoznać się z książkami, których akcja dzieje się w tym mieście. My proponujemy jednak ruszyć śladami Woody’ego Allena i jego filmu z 2008 r. Vicky Cristina Barcelona.

Zacznijmy od Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny. Sagrada Família jest w budowie od 1882 r. Jej projektant, Antoni Gaudí (1852–1926), był wizjonerem, a jednocześnie bacznym obserwatorem natury. Wymarzył sobie budowlę o organicznej formie i niepowtarzalnych detalach architektonicznych. W przyrodzie nic nie bywa przecież identyczne.

Bohaterki filmu wchodzą również na dach muzeum sztuki współczesnej poświęconego Joanowi Miró (1893–1983). Można tu obejrzeć niesamowite rzeźby. Miejsce to uchodzi za jedną z najciekawszych placówek muzealnych Barcelony.

Kolejny symbol miasta – Casa Milà – pojawia się w produkcji Woody’ego Allena wielokrotnie. Ten budynek także zaprojektował Antoni Gaudí. W filmie można oglądać też Dzielnicę Gotycką. Cristina (grana przez Scarlett Johansson) zafascynowana jej wąskimi uliczkami spędza tutaj długie chwile na robieniu zdjęć detali i utrwalaniu jedynej w swoim rodzaju atmosfery miejsca.

W scenach filmowych uwieczniono poza tym Park Güell i słynną Salamandrę, obok której bohaterowie prowadzą dialog, oraz wzgórze Tibidabo, skąd rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na miasto. W tej okolicy warto przejechać się najstarszą karuzelą w Barcelonie.

Parc de la Ciutadella reżyser pokazał przez moment. Gdy Cristina robi zdjęcie Maríi Elenie (w tej roli występuje Penélope Cruz), widać kaskadę tryskającą wodą. Ta fontanna jest bardzo charakterystyczna. Bohaterowie spacerują znanymi ulicami, takimi jak La Rambla w Ciutat Vella czy Passeig de Gràcia i innymi w dzielnicy Eixample. Ta ostatnia część miasta słynie z eleganckich budynków. Wśród nich (choć już na terenie sąsiedniej dzielnicy Gràcia) znajduje się Casa Fuster – do dziś symbol luksusu okresu modernizmu. Działa tu jeden z najdroższych hoteli w Barcelonie (Hotel Casa Fuster). W nim Vicky, przyjaciółka Cristiny (grana przez Rebeccę Hall), odbywa szczerą rozmową ze swoją krewną Judy (w tej roli Patricia Clarkson), która gości dziewczyny w swoim domu. Dzięki temu widzowie mogą przyjrzeć się wspaniałym hotelowym wnętrzom.

Barcelona Woody’ego Allena jest miejscem barwnym, energetycznym, pełnym barów, restauracji, tarasów, niezwykłych zabytków i – oczywiście – wyśmienitego wina. Naprawdę warto poznać takie oblicze miasta, a po powrocie do domu zobaczyć film jeszcze raz.

Katalonia to jednak nie tylko jej słynna i pełna atrakcji stolica. W tym regionie trzeba odwiedzić też inne miejsca, szczególnie te położone na wybrzeżu Morza Śródziemnego.

 

Barcelońskie obserwatorium astronomiczne (Observatori Fabra) na tle panoramy miasta

© ESPAI D'IMATGE/TURISME DE BARCELONA

 

KURORT NA WYBRZEŻU

Sitges od Barcelony dzieli jedynie ok. 40 km. To słoneczne i eleganckie niemal 30-tysięczne miasto wyróżnia się artystycznym charakterem. Nie bez powodu zresztą, bo przyciągało i przyciąga pisarzy, architektów i bohemę skupioną wokół artystów. Od lat 60. XX w. jest także ulubionym miejscem społeczności homoseksualnej w Hiszpanii.

Co ciekawe, prawie 35 proc. mieszkańców Sitges stanowią osoby rozmaitych narodowości. Są wśród nich m.in. Brytyjczycy, Francuzi czy Holendrzy. To wielokulturowe miasto kusi wspaniałymi plażami, pysznym jedzeniem i warunkami idealnymi do odpoczynku. Dlatego przyjeżdżają tu zarówno turyści zagraniczni, jak i sami barcelończycy.

                Do końca XVIII stulecia Sitges było spokojną wioską rybacką. Wszystko zmieniło się, kiedy władze w Madrycie zezwoliły katalońskim kupcom na bezpośredni handel z amerykańskimi koloniami w 1778 r. Największy rozwój miejscowości przypada na XIX w. Wówczas powrócili do niej americanos – producenci wina, którzy zbili fortunę za granicą na handlu z Ameryką. W mieście można wybrać się na wycieczkę szlakiem ich willi.

Również artyści uprawiający malarstwo upodobali sobie Sitges i pod koniec XIX stulecia założyli w nim swoją nieformalną szkołę. Kiedy Santiago Rusiñol (1861–1931), kataloński malarz, pisarz, kolekcjoner, dziennikarz i dramaturg, kupił tu dom, okrzyknięto je mekką modernizmu.

 

W kurorcie Sitges znajdują się aż trzy mariny – Port Ginesta, Garraf i Aiguadolç

© FELIPE J. ALCOCEBA/AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

WINNYM SZLAKIEM

Podczas pobytu w Sitges nie wolno zmarnować okazji do odwiedzenia okolicznych urokliwych winnic. Katalonia stanowi jeden z najważniejszych obszarów produkcji wina w Hiszpanii. Jej flagowy produkt – cava – śmiało może konkurować ze słynnym francuskim szampanem. Sitges leży w samym centrum regionu winiarskiego Penedès, a do miasta Vilafranca del Penedès, uznawanego za jego stolicę, dojedziemy stąd w pół godziny.

W Penedès znajdują się piękne parki, góry, malownicze wioski rybackie i miasteczka. Tutejszy klimat służy uprawie winogron bardzo wysokiej jakości i dlatego właśnie pochodząca stąd cava jest taka wyśmienita. Koniecznie należy odwiedzić winnicę wytwórni Codorníu (powstałą już w 1551 r.). Wizyta w niej będzie ucztą nie tylko dla podniebienia, ale też dla oczu. Modernistyczny budynek winiarni zaprojektował sam Josep Puig i Cadafalch (1867–1956), znany kataloński architekt i historyk sztuki.

 

PRZYCIĄGAJĄCA GÓRA

W czasach rzymskich w okolicy masywu Montserrat (1236 m n.p.m.) stała ponoć świątynia ku czci Wenus. Pierwszą kapliczkę zbudowano tu w IX w. Do założonego później przez benedyktynów klasztoru pielgrzymowali Johann Wolfgang von Goethe, Miguel Cervantes czy Félix Lope de Vega. W okresie dyktatury Francisco Franco miejsce to było schronieniem dla opozycjonistów, drukowano w nim katalońskie książki. Sylwetka postrzępionej góry (Montserrat po katalońsku oznacza Przepiłowaną Górę) jest widoczna z odległości kilkudziesięciu kilometrów.

Z masywem wiąże się wiele legend. Według jednej z nich Parsifal, rycerz Okrągłego Stołu, ukrył tutaj św. Graala. Pod koniec XIX stulecia sam Antoni Gaudí szukał w tej okolicy inspiracji w kształtach stalaktytów i stalagmitów. To także ważna góra dla członkiń Katalońskiego Związku Czarownic, a imię Montserrat przez lata cieszyło się ogromną popularnością w Katalonii – nadawano je bardzo wielu dziewczynkom.

 

RZYMSKIE MIASTO

Girona jest ośrodkiem uniwersyteckim i ostoją katalońskości. Położone w dolinie pomiędzy morzem a górami miasto przecinają aż cztery rzeki: Ter, Güell, Galligants i Onyar (Oñar). W wodach ostatniej z nich przeglądają się kolorowe, bardzo charakterystyczne fasady domów historycznego centrum.

Historia Girony zaczęła się ok. 77 r. p.n.e. To właśnie wtedy rzymski wódz Pompejusz założył w tym miejscu obwarowaną osadę obronną Gerunda. Przez wieki zamieszkiwali ją m.in. chrześcijanie, Wizygoci czy Arabowie. W IX w. miasto stało się częścią Marchii Hiszpańskiej. Później osiedlili się w nim Żydzi, którzy stworzyli dużą społeczność.

Koniecznie trzeba zwiedzić historyczne centrum Girony. Należy ono do najlepiej zachowanych i najbardziej rozpoznawalnych w Hiszpanii. Jego najstarsze fragmenty oraz pozostałości murów obronnych pochodzą z IX stulecia. Wąskie uliczki, szczególnie w okresie majowego święta kwiatów, prezentują się bajecznie. Warto również odwiedzić oryginalne łaźnie arabskie. Mimo upływu ponad 800 lat znajdują się w bardzo dobrym stanie. Łaźnie składają się z trzech sal. W każdej z nich można było zażywać kąpieli w wodzie o innej temperaturze: gorącej w caldarium, ciepłej w tepidarium i zimnej w frigidarium.

Nad miastem góruje Katedra Najświętszej Maryi Panny (Catedral de Santa Maria de Girona). W jej pobliżu leży El Call. Ta jedna z największych i najlepiej zachowanych dzielnic żydowskich w Europie swoimi początkami sięga także IX w. Wśród plątaniny wąskich uliczek i stromych schodów kryją się tu liczne kawiarnie i restauracje.

 

Pieszy most św. Feliksa łączący brzegi rzeki Onyar w pełnej cennych zabytków Gironie

© ÀLEX TREMPS/COSTA BRAVA GIRONA TOURISM BOARD IMAGE ARCHIVE

 

WŚRÓD ZŁOTYCH PLAŻ

Lloret de Mar na Dzikim Wybrzeżu (Costa Brava) należy do najatrakcyjniejszych kurortów w Hiszpanii. Tę opinię zawdzięcza 9 km plaż. Główna z nich (Lloret) jest położona w samym centrum miasta i wyposażona w pełną infrastrukturę. Druga co do wielkości – złocista Platja de Fenals – ma ponad 700 m długości. Poza tym znajduje się tu też plaża dla nudystów i Water World, jeden z największych parków wodnych w Europie.

Lloret de Mar to również miasto artystyczne. Od lat 20. XX stulecia przyciągało swoimi urokami barcelończyków. Josep Carner (1884–1970), jeden z wielkich poetów katalońskich, nazywał je „miłym rajem” (paradís gentil). Osobom lubiącym romantyczne historie spodoba się średniowieczny Zamek św. Jana (Castell de Sant Joan). Jego załoga niejednokrotnie odpierała ataki tureckich, angielskich i francuskich najeźdźców i piratów. Nie wolno także przegapić rzeźby Dona Marinera, zwanej Wenus z Lloret, stojącej na wybrzeżu. Przedstawia ona żonę wyczekującą z niepokojem na swojego męża wracającego z połowu i stanowi symbol miejscowych kobiet, których małżonkowie trudnili się rybołówstwem.

Wielbiciele pięknych widoków i spacerów powinni koniecznie wybrać się na pieszą wędrówkę trasą Camí de Ronda 1. Prowadzi ona wzdłuż klifu z końca plaży Fenals, niekiedy po stromych, kamiennych stopniach. Po drodze można podziwiać wiele interesujących miejsc, jak chociażby urokliwą skalistą zatoczkę (Cala Banys) i wspomniany zamek. Wycieczka tym szlakiem trwa ok. 40 min.

 

ARTYSTA I JEGO MUZA

Z kosmosem łączył się za pomocą podwiniętych charakterystycznie wąsów. Z reżyserem Luisem Buñuelem (1900–1983) tworzył surrealistyczne filmy. Jego żona Gala była dla niego całym światem. Możliwe, że gdyby nie jej wsparcie, Salvador Dalí nie odniósłby tak spektakularnego sukcesu. Zamek w Púbol to jeden z punktów tzw. Trójkąta Dalego. Artysta kupił go dla swojej ukochanej.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od Figueres. To tutaj 11 maja 1904 r. przyszedł na świat Salvador Dalí. W 1919 r. w miejscowym teatrze odbyła się jego pierwsza wystawa. W latach 60. wrócił, aby urządzić w nim swoje muzeum. Obecnie znajduje się tu jedna z największych kolekcji prac artysty (Teatre-Museu Dalí).

Architektonicznie muzeum odzwierciedla wyobraźnię twórcy. Słynne wielkie jajka na dachu to tylko skromna zapowiedź tego, co czeka na zwiedzających wewnątrz. To istny labirynt dzieł sztuki, bez znanych z innych galerii tabliczek i strzałek wskazujących kierunek poruszania się.

Z Figueres udajmy się do Cadaqués i pobliskiego Portlligat (Port Lligat). Drogi są tutaj kręte i wąskie, dlatego trzeba bardzo uważać podczas prowadzenia samochodu. Do Cadaqués Dalí przyjeżdżał od dzieciństwa na wakacje. Później zamieszkał w Port Lligat razem ze swoją muzą Galą. Ich dom położony jest malowniczo w gaju oliwnym nad zatoką. Artysta często malował ten krajobraz. Również miejscowość Cadaqués była dla niego inspiracją. Przyjeżdżali tu także inni wybitni twórcy. Wśród nich był Pablo Picasso. Port Lligat stanowił osobisty azyl Dalego. W swoim domu mógł w spokoju malować i spędzać czas z ukochaną Galą.

W 1969 r. artysta kupił żonie w prezencie zamek w Púbol. Nie odwiedzał go jednak bez jej pisemnego zaproszenia. Kiedy Gala zmarła w czerwcu 1982 r., Dalí bardzo cierpiał. Aby złagodzić swoją tęsknotę za żoną, przeniósł się do zamku, w którym została pochowana. Chciał być bliżej miłości swojego życia.

 

RYBA O SMAKU CZEKOLADY

Na Dzikim Wybrzeżu jest jeszcze jedno szczególne miejsce związane z geniuszem. Tym razem chodzi o twórcę kuchni molekularnej, za którego uchodzi Ferran Adrià. W wieku 22 lat pracował on jako kucharz liniowy w słynnej już wtedy restauracji „El Bulli” w Roses. Gdy nie gotował, zajmował się głównie podrywaniem dziewcząt na pobliskich plażach. Po niespełna dwóch latach został szefem kuchni i sprawił, że „El Bulli” wspięła się na wyżyny sztuki kulinarnej. Restaurację zamknięto 31 lipca 2011 r. Ferran Adrià tłumaczył później, że aby stymulować swoją kreatywność, musiał zmienić sposób pracy, bo zadaniem jego życia stało się załatwienie komuś stolika w „El Bulli”.

        W Katalonii znajduje się jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Złote Wybrzeże (Costa Daurada) oprócz urokliwego Salou przyciąga rzymską Tarragoną i piaszczystymi plażami. Costa Brava zaprasza do zjawiskowych ogrodów botanicznych w Blanes (Marimurtra i Pinya de Rosa). Trochę dalej na północny wschód leży małe miasteczko Tossa de Mar, które malarz Marc Chagall (1887–1985) nazywał „błękitnym rajem” (el paraíso azul). Na koniec wyprawy po Katalonii wróćmy jeszcze na chwilę do Barcelony, miasta otwartego na innych, bez względu na ich światopogląd czy wygląd. W niej każdy czuje się miłym gościem.

 

Wydanie Lato 2018

 

Katika Kenya yangu, czyli w mojej Kenii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

Więcej…

Kenia, Tanzania, Lamu i Zanzibar – 101 cudów Afryki

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Więcej…