JAKUB WOLSKI

 

Są takie miejsca na naszym globie, które mimo upływu setek lat zachowały swój pierwotny charakter. Taka właśnie jest Namibia wraz z bogatym światem fauny Parku Narodowego Etosha, olbrzymim Kanionem Rzeki Rybnej (Fish River Canyon) czy niesamowitym spektaklem światła, jaki odgrywa codziennie wschodzące i zachodzące słońce nad wydmami pustyni Namib. Dlatego też każdy, kto marzy o zrobieniu niezwykłych zdjęć w Afryce, powinien odwiedzić ten kraj. Na pewno przywiezie stąd mnóstwo wspaniałych wspomnień zatrzymanych w fotograficznym kadrze.

To jedno z największych afrykańskich państw jest 34. krajem na świecie pod względem powierzchni (825 418 km2). Jednak w jego granicach żyje ok. 19-krotnie mniej mieszkańców niż w Polsce (2,1 mln ludzi). Nazwa Namibia pochodzi od najstarszej na ziemi pustyni Namib, położonej wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Mimo zdecydowanie pustynnego klimatu to na terenie tego kraju znajduje się olbrzymi park narodowy, w którego wodopojach gaszą pragnienie tysiące dzikich zwierząt. Tutaj również osiedliły się grupy rdzennej ludności afrykańskiej, które znakomicie przystosowały się do miejscowych warunków.

 

Namibia jest krajem wielu atrakcji, ale pozbawionym masowej turystyki. Dominują tu otwarte przestrzenie, zapierające dech w piersiach krajobrazy, cisza i spokój. Miałem okazję podziwiać Namibię na dwa skrajnie różne sposoby – jako pasażer klimatyzowanego samochodu oraz z perspektywy ociekającego potem rowerzysty.

 

Na dwóch kółkach

Zupełnie nietypowe dla tej części Afryki podróżowanie rowerem pozwoliło mi przede wszystkim poznać bliżej mieszkańców Namibii. W końcu jest to jeden z najrzadziej zaludnionych krajów świata (tylko 2,5 osoby/km2!). Nie trudno więc znaleźć tereny, gdzie nie spotyka się zupełnie nikogo. Podróżując rowerem po Namibii, od czasu do czasu trafialiśmy jednak na czyjąś farmę, gdzie zaglądaliśmy niekiedy tylko pod pretekstem zaczerpnięcia wody albo schronienia przed burzą. Nasze wizyty kończyły się zazwyczaj na długich rozmowach przy kolacji i serdecznych uściskach na pożegnanie. Widać, że mieszkańcy są niesamowicie gościnni, ale i spragnieni poznawania nowych ludzi. Często mówią, że znają wszystkich w okolicy, co w tej części Afryki może oznaczać obszar w promieniu 200 km!

Namibia łączy w sobie dwa światy: tereny charakterystyczne dla kraju rozwiniętego i regionów rozwijających się. Granicę między nimi stanowi tzw. Czerwona Linia – płot weterynaryjny postawiony wszerz całego kraju w celu kontroli bydła. Na południe od tego miejsca, aż po Przylądek Igielny (Przylądek Agulhas), każdy skrawek ziemi jest w rękach potomków dawnych kolonizatorów, a stałym elementem krajobrazu są bogate farmy o powierzchni kilkudziesięciu tysięcy hektarów, wille z basenami, panele słoneczne i wiatraki napędzające pompy w studniach. Na północ natomiast, aż po Saharę, rozciąga się „prawdziwa” Afryka. Tutaj pojawienie się białego człowieka zawsze budzi zainteresowanie i przyciąga uwagę mieszkańców.

 

Wszystkie wschody i zachody słońca

Park Narodowy Waterberg (obejmujący obszar płaskowyżu o tej samej nazwie) to tylko jedno z wielu miejsc w Namibii, w których wschody i zachody słońca hipnotyzują swoim pięknem. To, czy będziemy je podziwiać, sącząc szampana na krawędzi Fish River Canyon (Kanionu Rzeki Rybnej), z kosza balonu szybującego nad pustynią Namib czy może z namiotu rozstawionego na dachu Land Rovera zaparkowanego w buszu, zależy tylko i wyłącznie od nas.

Budzę się ze snu o 4.45. W sąsiednich namiotach wszyscy jeszcze śpią. Jest koniec listopada, nad południową półkulą już niedługo wzejdzie słońce. Ale zanim to nastąpi, przy świetle latarki oraz setek gwiazd, wbiegam na szczyt płaskowyżu. Gdy znajduję się już na górze, niebo powoli rozjaśnia czerwona łuna. Wszystko zaczyna przybierać coraz wyraźniejsze kształty. Chwilę przed 6.00 hipnotyzująca czerwień znika, a ja stwierdzam, że nic ciekawego się już chyba nie wydarzy. Zrezygnowany zaczynam schodzić do naszego obozu. Jednak po kilkudziesięciu krokach wyłania się zza chmur wspaniała i ogromna czerwona kula. Błyskawicznie wracam na szczyt, rozstawiam statyw i utrwalam w kadrze ten niesamowity widok. Mija kilka chwil i słońce przybiera swą zwykłą barwę. Po tak cudownym spektaklu czas wracać na śniadanie.

 

Oko w oko z namibijskimi plemionami

Na północnym zachodzie Namibii, w regionie Kunene, na obszarze zwanym Kaokoland, nadal można spotkać grupy etniczne kultywujące swoje dawne tradycje. Warto odwiedzić tutejszą stolicę – 5-tysięczną miejscowość Opuwo. Spacerując jej ulicami, trudno się zdecydować, czy robić zdjęcia, czy raczej chłonąć całym sobą to, co się widzi. Spotykamy tu matrony z rodu Herero, ubrane w ogromne suknie z bufiastymi rękawami i charakterystyczne trójkątne czapki, skromnie przyodziane kobiety z ludu Owambo (Ovambo), sprzedające swoje rękodzieło, oraz przedstawicielki plemienia Himba – najbardziej rozpoznawalnej grupy etnicznej Namibii. Aż nie chce się wierzyć, że te ostatnie do mycia używają tylko ziemi, a intymne części ciała okadzają dymem z zapachowych kadzidełek. Aby chronić się przed słońcem, smarują się mieszaniną tłuszczu z krowiego mleka, ekstraktu z roślin, popiołu i ochry, zwaną otjize. Nadaje ona skórze kobiet Himba charakterystycznej ceglastoczerwonej barwy. Taki sam kolor mają również ich włosy, które układają w zależności od wieku i stanu cywilnego. Nie sposób opisać doświadczenia, jakim jest obcowanie z tak różnymi kulturami w jednym miejscu. Chwilami, obserwując zwiększającą się liczbę turystów odwiedzających miasteczko, zaczynamy się zastanawiać, czy to wszystko, co dane nam było zobaczyć, to jeszcze tradycja, czy już tylko atrakcja turystyczna. Jednak niesamowite przeżycie, jakie niewątpliwie stanowi spotkanie w miejscowym sklepie przedstawicielek ludów Himba i Herero, sprawia, że zapominamy o tych wątpliwościach.

 

Doskonałe ujęcia z Parku Narodowego Etosha

Niedaleko Opuwo znajduje się największy w Namibii obszar chroniony – Park Narodowy Etosha o powierzchni ponad 22 tys. km2. Z wielu rezerwatów Afryki fotograf może wyjechać zawiedziony bądź z powodu zbyt małej liczby napotkanych zwierząt, bądź tym, że nawet przy największym zbliżeniu nie udaje się zrobić dobrego zdjęcia. Z podobnymi obawami wjeżdżałem również do tego parku. Bardzo szybko okazało się jednak, że na każdym kroku spotkamy tu przedstawicieli kolejnych gatunków afrykańskiej fauny. W takich warunkach fotograf staje się coraz bardziej wybredny, a na widok kolejnej antylopy już nawet nie sięga po aparat, lecz wypatruje lepszej okazji. I nie zawiedzie się, ponieważ w Parku Narodowym Etosha można uchwycić w kadrze dokładnie taki obraz przyrody, z jakim każdemu podróżnikowi kojarzy się Afryka. Przywieziemy stąd zdjęcia zebry karmiącej swoje młode, żyrafy przy wodopoju, a nawet wylegującego się lwa czy stada słoni. Powinniśmy pamiętać tylko o jednym – nie wolno nam pod żadnym pozorem wysiadać z samochodu. Na Czarnym Lądzie nie należy lekceważyć otoczenia. To, że my nie widzimy żadnego drapieżnika, wcale nie znaczy, że gdzieś pośród traw nie czai się np. lew.

 

W drodze nad Atlantyk

Z Etoshy ruszamy na zachód w kierunku Oceanu Atlantyckiego. Przed nami kilkaset kilometrów szutrowej drogi. Podczas podróży mamy możliwość obserwowania, jak niesamowicie zmienia się otoczenie: bujny zielony busz zastępują nieporośnięte żadną roślinnością góry, a w końcu tereny pustynne, na których spotyka się niezwykle długowieczną roślinę – welwiczię przedziwną, która potrafi żyć nawet dwa tysiące lat. Im bliżej wybrzeża, tym krajobraz staje się surowszy. Pojawiają się usiane kamieniami wydmy i zupełnie puste płaskie przestrzenie bez oznak życia. W końcu docieramy nad Atlantyk, do Wybrzeża Szkieletowego, którego nazwa pochodzi z czasów, kiedy Europejczycy próbowali skolonizować Namibię. Przybicie do brzegu w tym miejscu sprawiało żeglarzom niemałe trudności ze względu na silne prądy morskie oraz liczne płycizny. Wiele statków osiadło tu na mieliźnie lub rozbiło się o skały. Ci, którym udało się wylądować na wybrzeżu, ginęli często potem, starając się przedostać przez tereny pustynne w głąb lądu…

 

Święta w Swakopmund

Na południe od Wybrzeża Szkieletowego wyrastają z pustyni dwa kurorty –  Swakopmund i Walvis Bay. Te urocze miasteczka tętnią życiem tylko w wakacje i podczas świąt Bożego Narodzenia, gdy przyjeżdża do nich wielu Niemców, Południowoafrykańczyków i Namibijczyków. Niewątpliwą atrakcją są tutaj okoliczne ogromne piaszczyste wydmy ciągnące się aż po horyzont. Na tym terenie można pojeździć quadami, motocyklami enduro czy samochodami terenowymi. Tym, którzy lubią piękne widoki i spokojniejsze sposoby spędzania czasu, polecam wycieczkę balonem o zachodzie słońca. Mieniące się wszystkimi odcieniami czerwieni piaszczyste góry widziane z lotu ptaka zapadają w pamięć na długo. Poza tym w Walvis Bay znajduje się laguna, która dzięki bardzo silnym wiatrom stała się prawdziwą mekką kitesurferów.

 

Kojące brzmienie ciszy

W Namibii możemy zwiedzać parki narodowe, obejrzeć kilkukilometrowe jaskinie, największy na świecie meteoryt Hoba w okolicy miasta Grootfontein, skamieniały las z regionu Kunene mający ponad 200 milionów lat czy ślady dinozaurów na farmie Otjihaenamaparero. Jednak w związku z tym, że większość kraju pokrywają pustynie – Namib i Kalahari, warto choć na chwilę zjechać z turystycznych szlaków, aby doświadczyć czegoś naprawdę rzadko spotykanego. W dzisiejszym świecie, pełnym najróżniejszych dźwięków, mało kto z nas pamięta, czym jest błoga cisza. A nie ma chyba nic wspanialszego, niż zatrzymać się na moment i odkryć, że jedyne, co usłyszymy dookoła, to trzepot skrzydeł przelatującego ptaka czy odgłos odbijającego się od skał spadającego kamienia.

 

Miliony karatów zasypane w piasku

Kto odwiedza Namibię, musi wybrać się na samo południe kraju, aby zobaczyć dwie największe atrakcje tego rejonu: Kolmanskop (Kolmannskuppe), opuszczone miasteczko górnicze w pobliżu dawnych kopalń diamentów, oraz największy w Afryce kanion – Fish River Canyon (Kanion Rzeki Rybnej). Stojąc na jego krawędzi i spoglądając na olbrzymie wyschnięte koryto rzeki, którego ściany opadają kilkaset metrów w dół i które wije się przez niemal 30 km, uzmysławiamy sobie, jak wielkimi siłami włada natura. Widok ten robi na każdym ogromne wrażenie. Natomiast wizyta w Kolmanskop to powrót do czasów, gdy diamenty można tu było zbierać niczym zabawki w piaskownicy. W latach 1911–1914 Niemcy wywieźli stąd podobno ponad 5 milionów karatów tych drogocennych kamieni oraz stworzyli w 3 miesiące linię kolejową prowadzącą do pobliskiego portowego miasta Lüderitz, której modernizacja rozpoczęta prawie 8 lat temu trwa do dziś. Przez ok. 50 lat utrzymywali także pośród wydm pilnie strzeżone bogate miasteczko. Obecnie Kolmanskop, zasypane przez pustynny piasek, stanowi fascynujący plener fotograficzny.

Wymieniłem tu jedynie niektóre, najciekawsze według mnie, atrakcje Namibii. Każdy, kto zwiedził ten kraj, przyzna mi jednak na pewno rację, gdy powiem, że to miejsce jest rajem zarówno dla fotografów amatorów, jak i profesjonalistów. Tutaj robienie zdjęć staje się po prostu czystą przyjemnością.


 

Artykuły wybrane losowo

Kibic w podróży

ANDRZEJ KLEMBA

WWW.SPORT.PL


W Polsce wielką popularnością cieszy się obecnie reprezentacja piłki nożnej prowadzona przez trenera Adama Nawałkę. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy Polacy powalczą o awans do XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018, które zaplanowano w Rosji. Mecze eliminacyjne odbędą się m.in. w Rumunii, Czarnogórze, Danii i Armenii. Należący do naszej  drużyny narodowej piłkarze grają w najlepszych klubach Europy, np. Bayernie Monachium czy Paris Saint-Germain. Podpowiadamy, gdzie warto pojechać w kolejnych miesiącach, a także co poza stadionami zobaczyć w odwiedzonych miastach.

Więcej…

W kalejdoskopie Stanów Zjednoczonych

CTTC100318162748121.jpg

Golden Gate Bridge w San Francisco

©CALIFORNIA TRAVEL AND TOURISM COMMISSION/ANDREAS HUB

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl

 

Od kilku stuleci ludzie przybywający do Ameryki przywożą ze sobą swoje wyobrażenia, nadzieje i marzenia. W dzisiejszych czasach Stany Zjednoczone są dodatkowo postrzegane przez pryzmat kadrów z licznych amerykańskich filmów. Z pamięci widzów wyłania się więc specyficzny obraz kraju, na który składają się drapacze chmur, przepaściste kaniony, neony kasyn i bezkresne drogi. 

Więcej…

13 miesięcy w Etiopii

ALICJA KAFARSKA

 

Melkam Addis Amet!, czyli „Szczęśliwego Nowego Roku!”, te radosne słowa rozbrzmiewają w Etiopii zawsze 11 września (12 w roku przestępnym). Wszystko się zgadza, bowiem przysłowiowego sylwestra Etiopczycy obchodzą niemal w środku naszego roku kalendarzowego. Dzieje się tak dzięki kalendarzowi etiopskiemu (opartemu po części na juliańskim). Dzień 11 albo 12 września jest w nim właśnie początkiem nowego roku. Etiopia to w ogóle dziwny kraj… Używa się tu kalendarza mającego 13 miesięcy – pierwsze 12 liczy po 30 dni, a ostatni, zwany Pagumen, tylko 5 dni (6 w roku przestępnym). Nowy Rok obchodzi się pod koniec pory deszczowej, kiedy niemal wszystko tonie w zieleni. Wita się go ze śpiewem na ustach i wielką radością, tak typową dla mieszkańców tego pięknego kraju. Niespodzianką są jednak nie tylko same miesiące, gdyż kalendarz etiopski (w porównaniu z naszym gregoriańskim) jest młodszy o 7–8 lat. Dlatego też początek milenijnego 2000 r. obchodzony był tutaj we wrześniu 2007 r. Natomiast obecny etiopski 2004 r. rozpoczął się kilka dni temu… Jego nadejście świętowano hucznie 12 września.

Więcej…