PIOTR MACIEJ MAŁACHOWSKI

 

Peru jest fascynującym państwem, ale może też rozczarować tych, którzy nie znają choć trochę historii kraju Inków, jeśli po przyjeździe tutaj nie spotkają nie tylko żadnego z nich, a nawet ich potomków. Pod względem bogactwa dziedzictwa historycznego Peru zajmuje trzecie miejsce na świecie, zaraz po Włoszech i Izraelu. Tak wynika z analizy marek państw przeprowadzonej przez globalną organizację FutureBrand. W pozostałych czterech wskaźnikach – poziom oferty turystycznej, klimat dla przedsiębiorczości, jakość życia i system wartości – kraju utożsamianego z Inkami nie ma nawet w pierwszej trzydziestce.

 

To tylko statystyczne, aczkolwiek ważne informacje. Bez ich znajomości pobyt w Peru może się okazać równie dobrze wyjątkowy i niezapomniany, jak i rozczarowujący. Moim zdaniem, jeśli turysta nie zapozna się wcześniej z podstawowymi informacjami na temat historii tego kraju, po powrocie do domu pozostanie mu niewiele wspaniałych wspomnień. Co najwyżej przywiezie ze sobą zdjęcia z lamami i jakimiś „starymi kamieniami” oraz będzie chwalił się znajomym skokiem na bungee w Cusco, przelotem paralotnią nad Limą, czy rejsem po jeziorze Titicaca do Indian Uros, którzy chodzą w dżinsach i posługują się telefonami komórkowymi. To też są niewątpliwie atrakcje. Jednak czy aż takie, żeby jechać po nie na drugi koniec świata?

Przed podróżą do Peru polecam zatem przeczytanie książki historycznej o krainie Inków. Minimum jest lektura dobrego przewodnika turystycznego lub obejrzenie filmu dokumentalnego o tym południowoamerykańskim państwie. Dopiero potem możemy się spokojnie pakować i szykować na niezapomnianą wyprawę. Jeśli zdobyliśmy niezbędną wiedzę, wówczas podróż do Peru okaże się wyjątkowa.  

 

Lima – miasto pełne paradoksów

Pierwsze rozczarowanie może dopaść turystę już w peruwiańskiej stolicy, zaraz po wyjściu z lotniska. 8-milionowa Lima to etniczny, kulturowy, komunikacyjny i gastronomiczny moloch, w którym nie mieszka ani jeden Inka. Zresztą ze świecą w ręku można tu szukać jego potomków.

Limę założył niespełna 500 lat temu (w 1535 r.) Francisco Pizzaro (1478–1541) – Hiszpan, który przybył na inkaskie terytorium na czele garstki rzezimieszków, spryciarzy i życiowych wykolejeńców z Europy. Historia obeszła się z nimi delikatnie, nazywając ich konkwistadorami, czyli zdobywcami. W rzeczywistości 168 białych obróciło w pył 14-milionowy świat Inków i na kilkaset lat zdemolowało mapę Ameryki Południowej. Niewiele dało się naprawić. Tym bardziej, że dzisiejsi Peruwiańczycy są dumni z wielu rzeczy, które zostały im po europejskiej kolonizacji – przede wszystkim z języka hiszpańskiego i chrześcijaństwa.

Najłatwiej to zrozumieć w stołecznej Limie. Tutaj właśnie znajduje się najpiękniejszy i najbardziej zapierający dech w piersiach plac dzisiejszego Peru. W tym samym miejscu Pizzaro i jego następcy powiesili dziesiątki tysięcy Indian, ale na Plaza Mayor nie ma o tym żadnej informacji. Są natomiast pamiątki pozostawione przez naszych rodaków, którzy przyczynili się najpierw do odzyskania niepodległości przez Peru, a następnie do rozbudowy tego młodego kraju.

 

Pamięć o Polakach w zapachu śmierci

Ślady po jednym z nich znajdziemy na Estación de Desemparados – dawnej stacji kolejowej, skąd odjeżdżały kiedyś pociągi w stronę Andów. Centralną Kolei Peru (Ferrocarril Central del Perú) wybudował w drugiej połowie XIX w. polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1899). Jego dzieło było do 2006 r. najwyżej położoną linią kolejową na świecie (do momentu otwarcia tzw. kolei tybetańskiej w Chinach). Dziś w dawnym dworcu w centrum Limy mieści się Dom Literatury Peruwiańskiej poświęcony głównie życiu i twórczości laureata Nagrody Nobla w 2010 r. – Mario Vargasa Llosy. Jednak to nie jego popiersie wita zwiedzających, lecz naszego rodaka.

Ze stacji najbliżej jest do Bazyliki i Klasztoru św. Franciszka (Basílica y Convento de San Francisco), które swoim wiekiem już na starcie przegrywają ze świątyniami w Europie. Ale nie liczba lat ma tu znaczenie, lecz duch. Podziemia kościoła kryją najstarszy cmentarz w Limie. Do olbrzymich katakumb można zejść i obejrzeć tutaj ok. 25 tys. ludzkich szczątków. Ten duch przeszłości jest więc specyficzny – ma zapach śmierci.

Natomiast na górze tętni życie. Kolonialne, w większości nadgryzione zębem czasu budynki, największy na świecie kompleks miejskich fontann – tzw. Circuito Mágico del Agua w Parque de la Reserva (choć Lima to druga, po Kairze, metropolia wybudowana na pustyni), najwyższy pomnik Chrystusa (37-metrowy), drewniany most, po którym powinien przejść każdy wierzący w spełnianie się marzeń, ślady cywilizacji zdumiewających nawet tęgie inkaskie głowy, klif oddzielający miasto od Oceanu Spokojnego, rozległe dzielnice biedy na tle nielicznych drapaczy chmur – wszystko to sprawia, że pobyt w stolicy nie powinien polegać jedynie na przejeździe do hotelu, wyspaniu się i opuszczeniu jej w pośpiechu. Na poznanie tego ogromnego miasta potrzeba co najmniej kilku dni. Ale nawet miesiąc nie wystarczy, żebyśmy odkryli ducha Inków...

 

Inkowie nie potrafili latać

Ten, kto wyjedzie ze stolicy, szybko przekona się, że kraj składa się co najmniej z dwóch części: Limy i... Peru właściwego. Różnicę między nimi najłatwiej zobaczyć, jadąc wzdłuż Pacyfiku na południe.

Półwysep Paracas jest jednym z wielu poznawanych powierzchownie przez turystów miejsc. Wyruszają stąd wycieczki na pełne rzadkich morskich zwierząt Wyspy Ballestas oraz w stronę tzw. Kandelabru (Candelabra) – tajemniczego rysunku na pustyni. Następnie jedzą obiad i z reguły jadą dalej. Plus jest taki, że ma się pół dnia w zapasie. Niestety, nie wiadomo wówczas jak wygląda czerwona plaża, nie pozna się również uczucia, które wzbudza dotykanie leżących w piasku kości dinozaura, czy patrzenie na stado flamingów wzbijających się do lotu.

Po drodze leży miasto Ica z Laguną Huacachina – jedyną oazą w Ameryce Południowej. Można tu spróbować sandboardingu, czyli surfowania na desce po piaszczystych wydmach, albo przejechać się po nich pojazdem niczym z filmu Mad Max. Dalej znajduje się Nasca (Nazca), gdzie wylądował słynny archeolog Indiana Jones, żeby stawić czoła obcej cywilizacji (w przeboju kinowym Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki). Te osoby, które wierzą w jej istnienie, zostaną rozczarowane tym miejscem – zwłaszcza wtedy, kiedy w oknie awionetki, z którego rozciąga się widok na mające ok. 2 tys. lat geoglify (naziemne figury i wzory dużych rozmiarów), nie pojawi się ufoludek. Jeśli jednak człowiek spojrzy na to wszystko ludzkim okiem, dostrzeże geniusz autorów tajemniczych rysunków. To starożytny lud (nazywany kulturą Nazca), który latał nad tym samym terenem ogrzewanymi gorącym powietrzem balonami. Nie potrafili tego nawet Inkowie.

 

Ze szczytu wulkanu w głąb ziemi

Kolejny punkt na południu Peru to Arequipa. Ze względu na kolor wulkanicznego budulca nazywa się ją „białym miastem”, ale w rzeczywistości jest jak najbardziej czarna. To zaraz po Limie drugie miejsce w kraju pod względem liczby ludności (żyje tu ponad 800 tys. mieszkańców) oraz poziomu przestępczości. Jeśli jednak połączymy odwagę ze zdrowym rozsądkiem, to wizyta w nim nie należy do niebezpiecznych.

Arequipa, nad którą dominuje ośnieżony wulkan Misti (5822 m n.p.m.), oferuje turystom współczesne rozrywki, zadumę nad potęgą natury oraz mało znaną historię. Czeka tu na nich m.in. „miasto w mieście” – urokliwy Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), wspinaczka do krateru i wizyta przy lodowej urnie, w której znajdują się zwłoki dziewczynki złożonej przez Inków bogom w ofierze. W Arequipie nie mniej ważne są napoje. Od kosztowania jednych lepiej się chwilowo powstrzymać, a po drugie – warto sięgnąć. O czym mowa? O alkoholach oraz herbatkach z liści koki. Ich mieszanie jest zabójcze, ale te drugie mogą uratować dalszą część wycieczki. Należy pamiętać o tym, że Arequipa leży mniej więcej na tej samej wysokości (2335 m n.p.m.), co szczyt naszych Rysów (2499 m n.p.m.). A herbatka z liści koki (mate de coca) pozwala zwalczać objawy choroby wysokościowej…  

To ważne, bowiem potem jest coraz wyżej. Co prawda kanion Colca, który zdobyli i zbadali w 1981 r. – oczywiście – Polacy, to ogromny dół, na dodatek dwukrotnie głębszy od słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w Stanach Zjednoczonych, ale aby się do niego dostać, trzeba przejechać pod pokrytymi śniegiem 6-tysięcznikami. Warto to zrobić! Nie tylko dlatego, żeby zobaczyć przelatujące nad głową kondory, ale także po to, aby z perspektywy tej wielkiej dziury w ziemi poczuć moc, która daje człowiekowi szansę wyjścia z najgorszych życiowych opresji.

 

Szczęka Pizzara i zagadka świętego jeziora

Do Puno nad jeziorem Titicaca jeździ coraz mniej turystów. To zasługa rozczarowania, którego doświadczyli ci, którzy już odwiedzili wcześniej to miejsce. Trudno nie być zawiedzionym, gdy po długiej podróży przez Andy miasto wita nas komunikatem, że oddawanie moczu pod ścianami budynków jest karalne, a w śmieciach nad brzegiem jeziora ryją prosiaki.

Przeczytanie nawet stu książek i przewodników nie wyjaśni tej zagadki: co się stało, że miejsce, w którym narodzili się mityczni założyciele państwa Inków, wygląda tak, jakby było ich opuszczonym grobem? Kontrowersje budzą także pobliskie wyspy Uros. Są to zbudowane z trzciny i pływające po jeziorze Titicaca osady zamieszkane przez Indian Uro (Uru). Niech nie zdziwi nikogo ich komercyjny styl przyjmowania gości. Tego się nauczyli. Gdy spojrzy się na świat dookoła, łatwo zrozumieć, że nie mieli zbyt dużego wyboru.

Docieramy w końcu do Cusco (Cuzco), miasta założonego przez Inków, które miało wpływ zarówno na dzieje ich imperium, jak i na szczękę Francisca Pizzara. Kiedy je zobaczył po raz pierwszy, podobno opadła mu ona aż do ziemi…  

 

Stolica Inków – po niej nic nie jest już takie samo

Cusco było dosłownie złote i rozwinięte w sposób, o którym ówczesny Paryż czy Rzym mogły tylko pomarzyć. Rozbrzmiewał w nim język keczua, wznoszono modły do licznych bóstw, kształcono elitę urzędników. To właśnie tutaj wprowadzano w życie pomysły, które zmieniały najmniej korzystnie położone tereny na naszej planecie w najbardziej urodzajne pola. Do tej pory wokół Cusco plony zbiera się nawet cztery razy w roku, ale w samym centrum miasta słychać już niemal tylko język angielski.

Jest to niezwykłe doświadczenie. Znaleźć się w dawnej inkaskiej stolicy, dostosowanej do europejskiego stylu i tętniącego życiem współczesnego świata. Kiedyś, za Inków, Cusco było jego pępkiem. Dziś jest bramą, za którą nic nie jest już takie samo…

Przekonamy się o tym po wizycie na polach Sacsayhuamán (dawnej inkaskiej twierdzy), o których można powiedzieć, że były „Grunwaldem Ameryki Południowej” (podczas powstania Manco Inki w 1536 r. rozegrała się tu krwawa bitwa z Hiszpanami). Nic nie jest także takie samo po zwiedzeniu ruin Písac i Ollantaytambo. Miejsc, o których – gdyby nie były realne – można by sądzić, że nigdy nie istniały. Po prostu to niemożliwe, żeby dało się budować w ten sposób. Nic nie jest w końcu takie samo po dotarciu do Machu Picchu…

 

Tam, gdzie żadne opowieści nie mają sensu

Od czasu, gdy Machu Picchu ogłoszono w 2007 r. jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego, mało brakuje, aby to opuszczone przez Inków w XVI w. miasteczko wyskakiwało z lodówki. Dzięki jego wielkiej popularności wyjaśniło się jednak wiele tajemnic.

Wiadomo na przykład, że nie odkryto go w 1911 r., czego 100. rocznicę obchodzono niedawno hucznie nie tylko w samym Peru. Jako pierwszy do Machu Picchu nie dotarł amerykański uczony Hiram Bingham (1875–1956), co przyznał zresztą sam w pamiętnikach. O kilka lat szybszy był m.in. Agustín Lizárraga, rolnik z Cusco, który nie miał jednak siły przebicia, żeby nagłośnić swój wielki wyczyn z 1902 r.

Dzięki pociągom, autobusom i własnym nogom znaleźć się w Machu Picchu nie jest już trudnym zadaniem. Ale to nadal duży wyczyn! Osobisty pojedynek każdego, kto spacerując po tej najdoskonalej ukrytej twierdzy Inków (nie dotarł do niej nawet Pizzaro), staje się nie tyle konkwistadorem, co odkrywcą. Odkrywcą tego, co jest lub może być dla niego ważne…  

Wychodzący z Machu Picchu mężowie, którzy zwiedzili je samemu, żałują, że nie zabrali tutaj swoich drugich połówek. Żony ciągną w to miejsce małżonków. Dzieci wracają z niego odmienione. I można by tak długo wymieniać, gdyby nie fakt, że nie ma to żadnego sensu… Machu Picchu trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.

 

Martwy duch ożywiony w ludziach

O Cusco można opowiadać wiele i wszystko to będzie prawdą. Tak samo jest ze Świętą Doliną Inków (Valle Sagrado de los Incas) z Machu Picchu na czele. Ale najważniejsze, że między wąskimi uliczkami, licznymi muzeami, dawnymi świątyniami, kolonialnymi kościołami, wiszącymi na skałach tarasami uprawnymi i andyjskimi ścieżkami można go w końcu spotkać… Kogo? Tego poszukiwanego przez nas ducha... Ducha Inków. Żyje on w ludziach, ich zwyczajach, muzyce, tańcach, strojach, a nawet jedzeniu. Można go zobaczyć i nie wystraszyć się. Tylko uśmiechnąć się tak, jak robi to człowiek, gdy odkrywa daleki i pozornie obcy, choć ostatecznie bliski i znany sobie świat…  


 

Artykuły wybrane losowo

Kuba pełna atrakcji

 

EWA SERWICKA

www.dalekoniedaleko.pl

 

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

Imponująca barokowa fasada hawańskiej Katedry z XVIII stulecia

© CUBA TOURIST BOARD

 

Stara Hawana z zabytkowymi kolorowymi kamienicami, malownicze uliczki miasta Trinidad, klub salsy z unoszącym się dymem kubańskich cygar i zapachem rumu, długa, biała plaża z wysmukłymi palmami kokosowymi i krystalicznie czysta, błękitna woda, amerykańskie samochody z ubiegłego wieku na drogach i ludzie uśmiechnięci pomimo trudów życia – tak wygląda Kuba. W tym karaibskim kraju można jednak zobaczyć o wiele więcej. Wyspa jak wulkan gorąca to idealne miejsce na urlop pełen wrażeń.

 

Terytorium Republiki Kuby (ok. 110 tys. km² powierzchni) otaczają wody Zatoki Meksykańskiej, Cieśniny Jukatańskiej, Cieśniny Florydzkiej, Cieśniny Wiatrów (Zawietrznej), Kanału Starobahamskiego i Morza Karaibskiego. W ciągu roku występuje tu pora sucha i deszczowa. Główna wyspa, nieco przypominająca swoim kształtem jaszczurkę, i sąsiadujące z nią mniejsze wysepki wchodzą w skład archipelagu Wielkich Antyli podobnie jak Jamajka, Portoryko czy Haiti (Hispaniola). Funkcję stolicy pełni położona u północno-zachodnich wybrzeży ponad 2,1-milionowa Hawana, zwrócona w stronę półwyspu Floryda, należącego do Stanów Zjednoczonych.

 

Kuba jest krajem fascynującym, pełnym kontrastów, nieco zanurzonym w przeszłości. Zachwycą się nim zarówno miłośnicy zabytków i ciekawostek historycznych, jak i osoby chcące odpocząć na rajskich plażach czy amatorzy sportów wodnych. Serdeczność, otwartość i radość życia Kubańczyków sprawią, że każdy będzie się tu czuł jak miły gość.

 

SPACER PO STAREJ HAWANIE

 

Serce Kuby bije w starej części Hawany – La Habana Vieja. Wypełniają ją zabytkowe place, kolonialne kamienice i uliczki, po których jeżdżą amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Ubrane w kolorowe stroje Kubanki pozują z turystami do zdjęć. La Habana Vieja ma swój wyjątkowy urok.

 

To kubańskie miasto zostało założone na początku XVI stulecia przez konkwistadora z Hiszpanii – Diega Velázqueza de Cuéllara – jako port handlowy. Niecałe 100 lat później stało się stolicą kolonii hiszpańskiej na Kubie. Ponieważ szybko się rozwijało, wkrótce zaczęło pełnić funkcję najważniejszego portu w tej okolicy. Dzieje Hawany są dość burzliwe – często padała celem ataków piratów, przez krótki czas należała do Wielkiej Brytanii (w okresie wojny siedmioletniej, w latach 1762–1763), a na przełomie XIX i XX w. znajdowała się pod okupacją amerykańską. W 1902 r. miasto ogłoszono stolicą Republiki Kuby, a 8 stycznia 1959 r. Fidel Castro praktycznie przejął w nim władzę w państwie.

 

Wpisane w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO historyczne centrum Hawany i jego system fortyfikacji powinien obowiązkowo odwiedzić każdy, kto trafi na wyspę. Spacer można zacząć przy placu Broni (Plaza de Armas). Przylega do niego pierwsza twierdza miasta – Castillo de la Real Fuerza. Zaczęto ją budować w 1558 r. na ruinach starszych umocnień zniszczonych trzy lata wcześniej przez francuskich korsarzy. Tuż obok znajduje się El Templete, świątynia upamiętniająca miejsce założenia Hawany w listopadzie 1519 r. Środek placu stanowi niewielki skwer, wokół którego rozkładają swoje towary sprzedawcy książek, plakatów i płyt winylowych. Dominuje tematyka rewolucyjna, a z okładek nierzadko spoglądają dumnie wielcy przywódcy rewolucji kubańskiej z lat 1953–1959 – Fidel Castro i Ernesto Che Guevara.

 

Nieopodal leży plac św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), przy którym wznosi się barokowa bazylika pod wezwaniem tego świętego. Kościół i pobliski klasztor wybudowano pod koniec XVI w. Na obrzeżu placu znaleźć można niewielki pomnik Fryderyka Chopina, a przy wejściu do świątyni stoi brązowy posąg Kawalera z Paryża (El Caballero de París), przedstawiający zmarłego w 1985 r. pacjenta tutejszego szpitala psychiatrycznego. José María López Lledín całymi dniami kręcił się po ulicach Hawany. Nie wiadomo, skąd wziął się jego przydomek, ale podobno jednoczesne złapanie posągu za brodę i palec przynosi szczęście.

 

Przepiękny jest także plac Stary (Plaza Vieja). Co ciekawe, kiedy utworzono go w 1559 r., nadano mu nazwę plac Nowy (Plaza Nueva). Przez lata odbywały się w jego okolicy liczne fiesty, walki byków, procesje i egzekucje oglądane przez zamożnych mieszkańców z pobliskich balkonów. Później przez jakiś czas działał tutaj popularny targ miejski. Dzisiaj przy placu funkcjonują kawiarenki. Turyści spacerują po nim i przyglądają się częściowo odrestaurowanym fasadom starych kolonialnych budynków.

 

Przy placu Katedralnym (Plaza de la Catedral) dominuje sylwetka wybudowanej w barokowym stylu Katedry (Catedral de La Habana). W jej pobliżu można często spotkać starsze Kubanki, chętnie pozujące do zdjęć z cygarem w dłoni lub ustach w zamian za kilka peso. Tuż za rogiem znajduje się jeden z dwóch ulubionych barów amerykańskiego pisarza Ernesta Hemingwaya (przynajmniej według narosłych wokół niego legend) – „La Bodeguita del Medio”. Warto też przespacerować się pod Hotel Ambos Mundos, w którym pomieszkiwał w latach 1932–1939 słynny Amerykanin, a następnie przejść się wzdłuż głównego deptaka Starej Hawany – ulicy Obispo, ciągnącej się od placu Broni prawie po Park Centralny.

 

Parque Central to oaza zieleni. Wzdłuż niego biegnie reprezentacyjna hawańska aleja – Paseo de Martí (Paseo del Prado). To w tej okolicy znaleźć można jedne z najdroższych hawańskich hoteli. W tym rejonie również stoi Kapitol (Capitolio de La Habana) z 1929 r., wzorowany na waszyngtońskim gmachu Kongresu Stanów Zjednoczonych, Panteonie w Paryżu i Bazylice św. Piotra na Watykanie. Do rewolucji był siedzibą rządu kraju. Nieopodal natrafimy także na postój starych amerykańskich samochodów. Przejażdżka takim autem będzie na pewno ciekawym doświadczeniem.

 

PISARZ I RUM

 

Kuba była ukochaną wyspą Ernesta Hemingwaya. Po raz pierwszy zawitał on tutaj przypadkiem w 1928 r., kiedy parowiec, którym wracał z Francji do Stanów Zjednoczonych, z przyczyn technicznych musiał zatrzymać się w Hawanie. Tak zaczęło się szczególne przywiązanie pisarza do kraju będącego jeszcze wówczas pod ogromnymi wpływami amerykańskimi. Uważany za awanturnika, człowieka rozrywkowego i nie wylewającego za kołnierz Amerykanin doskonale czuł się w luźnej atmosferze miasta. Chętnie przypływał tu łodzią rybacką Pilar, a zwykł zatrzymywać się w swoim ulubionym pokoju numer 511 Hotelu Ambos Mundos, leżącego w starej części Hawany. To właśnie w tym miejscu zaczęła powstawać nominowana do Nagrody Pulitzera powieść Komu bije dzwon (ukończona w 1940 r.), na której ponoć wzorował się Fidel Castro przy organizowaniu działań rewolucyjnej partyzantki.

 

Z Hemingwayem i jego silnymi związkami z Kubą kojarzy się przypisywane mu powiedzenie Moje mojito w „Bodeguicie”, moje daiquiri we „Floridicie”, chociaż wielu twierdzi, że tak naprawdę pisarz pił wszystko, co miało w składzie alkohol. Te dwa kubańskie koktajle znane są na całym świecie. Mojito to drink przygotowywany w wysokiej szklance, do której wsypuje się łyżeczkę brązowego cukru trzcinowego lub wlewa guarapo – sok z trzciny cukrowej. Następnie dodaje się liście mięty, sok z limonki, kostki lodu, biały rum i wodę gazowaną. Z kolei daiquiri jest koktajlem na bazie kruszonego lodu z dodatkiem cukru, soku z limonki i – oczywiście – białego rumu. W barze „Floridita”, znajdującym się przy ulicy Obispo, można spróbować różnych wariantów tego drinka, w tym ulubionej wersji Hemingwaya – Papa Hemingway (Papa Doble), z sześcioma kroplami likieru maraschino, sokiem grejpfrutowym, podwójnym rumem i bez cukru.

 

W OBŁOKACH DYMU

 

Kuba słynie też z produkcji cygar doskonałej jakości. Plantacji tytoniu tu nie brakuje. Warto wybrać się do żyznej doliny Viñales (Valle de Viñales), położonej w zachodniej części wyspy, w prowincji Pinar del Río. Na tym obszarze tytoń uprawia się tradycyjnymi metodami, bez użycia maszyn. Nierzadkim widokiem jest tutaj byk ciągnący pług. Podczas wizyty na jednej z takich tradycyjnych plantacji jej pracownik opowiada i pokazuje, jak wygląda cały proces produkcji: od zasiewu małych nasion przypominających nieco zmieloną kawę aż po skręcanie cygara.

 

Ciekawa będzie także wizyta w którejś z fabryk rozsianych po Kubie. Tu wszystko z reguły zaczyna się od pomieszczenia, gdzie kilka kobiet selekcjonuje liście i usuwa z nich grube żyłki. Jakość cygara zależy właśnie od liści użytych do jego produkcji. W głównej sali pracują zwijacze. Na jednym z jej końców znajduje się miejsce dla czytacza – to osoba, która czytaniem gazet czy książek umila innym nudną i monotonną pracę. Cygara rolowane są błyskawicznie na drewnianych pulpitach zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn. Najsprawniejsze osoby potrafią wykonać dziennie nawet kilkaset sztuk o identycznej jakości.

 

Dolina Viñales to jednak nie tylko plantacje tytoniu. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu są mogoty – malownicze skalne ostańce będące częścią pasma górskiego Sierra de los Órganos. Te stare formacje krasowe powstały w okresie jury pod wpływem erozji. Woda wypłukała bardziej miękkie fragmenty skał wapiennych, w efekcie czego ukształtowały się ogromne kopułowate lub stożkowate wzgórza. Porastają je gęste, intensywnie zielone zarośla i drzewa. To idealne miejsce na piesze wędrówki, przejażdżki konne czy wspinaczkę. Już samo podziwianie okolicy z punktu widokowego sprawia wielką przyjemność.

 

MALOWNICZE MIASTO

 

W pobliżu miasta Trinidad znajduje się inna przepiękna kubańska dolina – Valle de los Ingenios. Trzcina cukrowa, która przecież tak mocno kojarzy się z Karaibami, na Kubie pojawiła się wraz z przybyciem kolonizatorów. Pierwsze sadzonki przywiózł tu w 1511 r. Diego Velázquez de Cuéllar i od razu okazało się, że wilgotny tropikalny klimat, żyzne gleby i stosunkowo płaski teren stanowią doskonałe warunki do uprawy tej rośliny. Mimo to początkowo cukier produkowano wyłącznie na rynek lokalny. Dopiero w 1762 r. okupujący wyspę Brytyjczycy wprowadzili nowe technologie. W dodatku błyskawicznie podwojono liczbę sprowadzanych na Kubę niewolników i – niestety – zaczęto zmuszać ich do dużo cięższej pracy. Przyczyniło się to do szybkiego wzrostu produkcji, a kraj stał się jednym z największych eksporterów cukru, dzięki czemu właściciele plantacji z Doliny Cukrowni opływali w dostatki.

 

Dzisiaj o tym dobrobycie przypomina Trinidad. Miasto uznawane jest obecnie za jedno z najpiękniejszych na wyspie. Założony w 1514 r. ośrodek bardzo długo cieszył się swojego rodzaju autonomią ze względu na położenie na uboczu i brak dobrych dróg łączących go z innymi częściami Kuby. Okres jego świetności przypadł na XVIII stulecie i związany był właśnie z produkcją cukru. Cukrowi baronowie mieli w mieście wspaniałe rezydencje. W jednej z nich (Palacio Cantero) urządzono muzeum (Museo Municipal de Trinidad) pokazujące, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Warto również zwrócić uwagę na szerokie, brukowane ulice – kamienie sprowadzono aż z Bostonu, co dla ówczesnych zamożnych mieszkańców nie stanowiło dużego wydatku. Polecam przejść się tymi ulicami. Stoją przy nich pomalowane na jasne, ciepłe i radosne kolory domy z charakterystycznymi zakratowanymi oknami – to kolejna pamiątka po okresie kolonialnej świetności. Pięknie wyglądają na ich tle stare samochody.

 

AMERYKAŃSKIE KRĄŻOWNIKI

 

Wspomniane już kilka razy oldtimery nieodłącznie kojarzą się z Kubą. Rzeczywiście na ulicach kubańskich miast można spotkać wiele takich zabytkowych pojazdów, choć coraz częściej pojawiają się też nowoczesne samochody. Skąd stare amerykańskie krążowniki szos wzięły się na wyspie? Przed rewolucją większość sprowadzanych aut pochodziła z USA. Przywożono tu popularne wówczas chevrolety, fordy, buicki, chryslery, oldsmobile, plymouthy, dodge’e czy cadillaki. Gdy do władzy doszedł Fidel Castro, Stany Zjednoczone wprowadziły embargo na eksport do Kuby. Jednocześnie w państwie ustanowiono prawo, które zezwalało na posiadanie prywatnie jedynie samochodów nabytych jeszcze przed zwycięską rewolucją (przed 1959 r.).

 

Po wprowadzeniu obostrzeń dotyczących importu aut i części zamiennych z USA zaczęto sprowadzać pojazdy głównie z zaprzyjaźnionych krajów komunistycznych, najczęściej ze Związku Radzieckiego, dlatego dzisiaj na kubańskich ulicach można zobaczyć również łady, wołgi albo nasze polskie maluchy. Ponieważ jednak zakup nowego samochodu przez dłuższy czas był mocno utrudniony, Kubańczycy starali się dbać o swoje stare wozy, żeby służyły im jak najdłużej.

 

W trakcie spaceru po tutejszych miastach nieraz zauważymy wypolerowane, dopieszczone i błyszczące historyczne pojazdy, które jeżdżą głównie jako taksówki wożące turystów. Taka przejażdżka jest na pewno ogromną atrakcją, w szczególności dla miłośników motoryzacji. Oprócz zadbanych stylowych oldtimerów można także dostrzec nadgryzione zębem czasu, poddane licznym prowizorycznym naprawom i połatane gruchoty. Z daleka nadal wyglądają na auta z klasą, ale z bliska widać, że lakier się łuszczy, karoseria rdzewieje, a samochód właściwie powinien trafić na złomowisko, a nie jeździć po drogach. Takich pojazdów bywa więcej na prowincji niż w głównych ośrodkach Kuby.

 

ZWIEDZANIE WYSPY

 

Chociaż to Hawana i Trinidad wiodą prym wśród miast najchętniej odwiedzanych przez turystów wypoczywających na pełnej kolonialnych zabytków gorącej kubańskiej ziemi, w tym karaibskim kraju jest wiele równie pięknych i ciekawych miejscowości. Dobry przykład stanowi Cienfuegos, nazywane Perłą Południa (La Perla del Sur), założone w 1819 r. przez francuskich imigrantów. Przywieźli oni ze sobą kolejne unowocześnienia produkcji cukru i szybko sprawili, że to właśnie to miasto odebrało Trinidadowi miano stolicy cukrowej Kuby. W trakcie spaceru tutejszymi ulicami od razu można zauważyć odmienny charakter okolicy i ślady po Francuzach. Dzisiaj eleganckie i finezyjne budynki przykrywa warstwa kurzu, ale mimo to nadal przypominają o dawnej kolonialnej świetności Cienfuegos, którego historyczne centrum zostało wpisane w 2005 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Urokliwe jest też blisko 350-tysięczne miasto Camagüey, pełne niewielkich, co chwilę rozwidlających się uliczek łączących miejskie place, czasem prowadzących do ślepych zaułków. Ma ono wyjątkowy plan urbanistyczny, niespotykany w innych kolonialnych ośrodkach, które zazwyczaj charakteryzują się geometrycznym układem ulic i budynków. Camagüey wygląda, jakby rozwijało się bez żadnego projektu, zupełnie chaotycznie, ale to tylko pozory. Oryginalną osadę założono bliżej północnego wybrzeża w lutym 1514 r. i nosiła ona wówczas nazwę Santa María del Puerto del Príncipe. Ciągłe ataki piratów i grabieże sprawiły, że przeniesiono ją w głąb lądu i tak zaplanowano ulice, aby stanowiły one labirynt, w którym atakujący gubiliby się, stając się łatwym celem dla znających doskonale plątaninę zaułków mieszkańców.

 

W planie zwiedzania nie można pominąć prawie półmilionowego Santiago de Cuba, powstałego jako piąta z kolei osada założona przez Diega Velázqueza de Cuéllara na Kubie 25 lipca 1515 r. Nazwa miasta pochodzi od patrona tego dnia – św. Jakuba Większego (hiszp. Santiago el Mayor). Zostało ono stolicą hiszpańskiej kolonii, lecz pełniło tę funkcję tak naprawdę dość krótko, jedynie do 1556 r., kiedy to ówczesny gubernator Diego de Mazariegos przeniósł swoją oficjalną rezydencję do Hawany. Oprócz spaceru po przepięknych ulicach warto odwiedzić także koszary Moncada, gdzie 26 lipca 1953 r. niejako rozpoczęła się rewolucja kubańska. Tego dnia młodzi i niedoświadczeni członkowie organizacji Fidela Castro zaatakowali wojskowy obiekt, żeby zdobyć broń do walki z dyktaturą Fulgencia Batisty. Ponieśli jednak sromotną klęskę, niektórzy stracili życie, wielu aresztowano i torturowano. Do więzienia trafił sam Fidel Castro. Zwolniono go w 1955 r. Wyjechał więc do Meksyku, gdzie stworzył Ruch 26 Lipca (Movimiento 26 de Julio). W Santiago de Cuba trzeba również zajrzeć do tutejszego potężnego zamku (Castillo de San Pedro de la Roca, znanego też jako Castillo del Morro), od 1997 r. znajdującego się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z twierdzy rozciąga się bardzo ładny widok na zabudowania miejskie z zatoką Santiago de Cuba na pierwszym planie.

 

Warto także odwiedzić urokliwe Sancti Spíritus, jedno z najstarszych kubańskich miast, założone 4 czerwca 1514 r. Wyróżnia je przepiękny stary most zbudowany na rzece Yayabo w 1815 r. Konstrukcję o długości 85 m wzniesiono w całości z cegieł, a środkowy z pięciu łuków ma aż 9 m wysokości. Z wieży tutejszego kościoła (Iglesia Parroquial Mayor del Espíritu Santo) rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Sancti Spíritus jest nieco rzadziej odwiedzane przez turystów, ale na pewno nie można mu odmówić dużego uroku.

 

Poszukiwacze wspaniałych punktów widokowych powinni też udać się na Wzgórze Krzyża (Loma de la Cruz, 261 m n.p.m.). Rozpościera się z niego fantastyczna panorama miasta Holguín. Doskonale widać stąd, jak jego precyzyjnie rozplanowane ulice przecinają się pod kątem prostym. Ze szczytu wzniesienia w dół prowadzi 458 schodów. Na północny wschód od Holguín znajduje się zatoka Bariay, która pretenduje do miana miejsca, gdzie Krzysztof Kolumb przybył 28 października 1492 r. i pierwszy raz postawił stopę na przepięknej kubańskiej ziemi. W swoich dziennikach wspomina on o charakterystycznym wzgórzu przypominającym kowadło, a taki właśnie kształt ma górujące nad nią wzniesienie.

 

NA WSCHODZIE

 

O status pierwszego miejsca na Kubie, do którego dotarł odkrywca Ameryki, konkuruje z zatoką Bariay położone na wschodnim końcu wyspy miasto Baracoa. Tu również znajduje się wzgórze wyglądające jak kowadło, taką zresztą nosi nazwę – El Yunque (575 m n.p.m.). Baracoa, leżąca na peryferiach kraju, jest bardziej zaniedbana i uboższa niż Hawana czy Trinidad, ale warto ją odwiedzić. Przez wiele lat była faktycznie odcięta od reszty Kuby, gdyż jeszcze do czasów rewolucji nie prowadziły do niej żadne porządne drogi.

 

Być może nigdy nie uda się ostatecznie ustalić, gdzie na wyspie po raz pierwszy Krzysztof Kolumb zszedł na ląd. Jedno jest jednak pewne – Baracoa to najstarsze kubańskie miasto i pierwsza stolica kolonii. Diego Velázquez de Cuéllar założył ją 15 sierpnia 1511 r. W późniejszych stuleciach Hiszpanie wznieśli tutaj kilka potężnych fortyfikacji, m.in. twierdzę Matachín (w 1802 r.), w której działa obecnie muzeum prezentujące eksponaty związane z historią okolicy (Museo Municipal de Baracoa). Od fortecy wzdłuż wybrzeża biegnie dwukilometrowa ulica zwana Malecón, podobnie jak słynny nadmorski bulwar w Hawanie (z tym że ten w stolicy Kuby ma długość 8 km). Tutejsza promenada jest na pewno mniej reprezentacyjna i cztery razy krótsza niż stołeczna, ale nadal czarująca. Stoją przy niej mocno podniszczone kolorowe budynki. Niektóre z nich znajdują się w trakcie renowacji po wysokiej fali, jaka kilka lat temu zalała nabrzeże.

 

Baracoa nie może się poszczycić piękną piaszczystą plażą, ale nieopodal leży Playa Maguana, ulubione miejsce wypoczynku kubańskich rodzin z okolicy. Wygląda zupełnie jak kadr z rajskiej wyspy – miękki, jasny piasek kontrastuje z błękitną, krystalicznie czystą wodą. Zachwycająca jest dzikość Maguany – brak tu wysokich hoteli i barów plażowych z dudniącą muzyką. W pobliskiej prowizorycznej knajpce można zamówić grillowaną langustę i cieszyć się jej smakiem w błogim spokoju.

 

71 Sailing 2584 2 14x9 M1

Modny kurort Varadero na półwyspie Hicacos

© CUBA TOURIST BOARD

 

RAJSKIE PLAŻE

 

Miłośnicy zapierających dech w piersiach piaszczystych plaż powinni bez wątpienia odwiedzić niewielki archipelag Sabana-Camagüey leżący u północnych wybrzeży Kuby, znany bardziej jako Ogrody Króla (Jardines del Rey). Składa się on z koralowych wysepek (cayos) usytuowanych wzdłuż brzegu. Jedną z najpiękniejszych jest Cayo Coco (370 km² powierzchni), słynąca z luksusowych kompleksów hotelowych. Dodatkową atrakcją w tym rejonie są zachwycające rafy koralowe, które przyciągają płetwonurków z całego świata.

 

Cudownych plaż nie brakuje także na położonej w pobliżu południowo-zachodniego wybrzeża Cayo Largo (Cayo Largo del Sur). Coś dla siebie znajdą tu zarówno osoby oczekujące rozbudowanej infrastruktury i zaplecza do uprawiania sportów wodnych, jak i ci, którzy wolą odpoczywać w dziewiczym otoczeniu. Północną część tej wysepki o powierzchni 37,5 km² porastają przepiękne lasy namorzynowe.

 

Najsłynniejszy kubański kurort stanowi niemal 30-tysięczne Varadero na półwyspie Hicacos, uznawane za jedną z największych miejscowości wypoczynkowych na całych Karaibach. Nie ma się co dziwić, gdyż w okolicy turyści mogą odpoczywać na 22 km piaszczystych plaż, przy których znajdują się hotele dopasowane do najprzeróżniejszych wymagań turystów. Wśród atrakcji tutejszego półwyspu warto wymienić też jaskinie (np. Muzułmanów – Cueva de los Musulmanes), niewielkie wysepki czy wspaniałe rafy koralowe.

 

90 Scenic bay El Junque Baracoa  NOY4451 F1

Zatoka koło najstarszego kubańskiego miasta Baracoa ze wzgórzem El Yunque w tle
© CUBA TOURIST BOARD

 

 

Rumunia – w królestwie Karpat

JAKUB WOLSKI

 

<< Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia podróż do kraju Drakuli budziła ogólne zdziwienie. Działo się tak dlatego, że strony te nie należały do najbezpieczniejszych i cieszyły się złą sławą. Dziś coraz więcej turystów z całego świata patrzy na Rumunię z zainteresowaniem, a nawet nieskrywaną fascynacją. Potężne Karpaty i owiana aurą tajemniczości historyczna Transylwania mają w sobie coś, czemu trudno się oprzeć… >>

Początki samodzielnego państwa rumuńskiego przypadają dopiero na XIX w. Wcześniej jego tereny trafiały pod panowanie Rzymian, Węgrów, Austriaków, Turków czy Rosjan. Współcześnie najwięcej przedstawicieli w tym kraju liczy sobie mniejszość węgierska. Stanowi ona aż 6,5 proc. mieszkańców 19-milionowej Rumunii. Wiele miast położonych przy granicy z Węgrami czy szczycących się długą historią posiada dwie wersje językowe: rumuńską i węgierską. Tu kończy swój bieg druga najdłuższa rzeka Europy – Dunaj, która u wybrzeży Morza Czarnego tworzy szeroką i widowiskową deltę.

Więcej…

Ukryte oblicza Indii

PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro

 

<< Żeby zrozumieć wielką różnorodność Indii, trzeba pojechać w Himalaje, wybrać się na trekking przez deszczowy, zielony Sikkim, spalony słońcem, pustynny Ladakh i żyzny, szafranowy Kaszmir. Odpowiedź na pytanie, co – mimo aż tylu rzucających się w oczy różnic – łączy mieszkańców tego fascynującego kraju, można znaleźć również na dalekim południu Półwyspu Indyjskiego – w iście baśniowej Kerali. >>

Hindusi wierzą, że ich bogowie wybrali Himalaje na swoją siedzibę. Tu mieszka Śiwa z małżonką Parwati („górską boginią”), tutaj bierze swój początek święty Ganges. W tym rejonie rozpowszechnił się głównie buddyzm, ale wciąż silny jest też hinduizm oraz islam. Wyznawcy tych trzech religii na przestrzeni wieków toczyli zaciekłe boje o najwyższe góry świata.

Więcej…