PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro  

 

Ta historyczna kraina w Azji, obecnie leżąca w większości w granicach Chin, nazywana „Dachem Świata” i „Krainą Śniegów”, pełna tantrycznych wyroczni, demonów, szamanów-uzdrowicieli i „latających lamów”, od zawsze fascynowała ludzi Zachodu. Najodważniejsi odkrywcy ginęli w poszukiwaniu Shangri-La, raju ukrytego głęboko w Himalajach. Nawet dzisiaj, w XXI w., nic w Tybecie nie jest takie, jak nam się wydaje…

 

Kiedy w 1904 r. brytyjska ekspedycja wojskowa wchodziła do Lhasy, stolicy Tybetu, żołnierzy powitała burza oklasków. Brytyjczycy byli zdziwieni i zachwyceni – najwyraźniej miejscowa ludność miała dość rządów teokracji dalajlamów i z radością przyjmowała imperialne wojska. Trochę czasu minęło zanim ktoś uprzejmie im wytłumaczył, że oklaski są tutaj wyrazem dezaprobaty, a tłum chciał sprowadzić w ten sposób nawałnicę, żeby zmyć wrogą armię z powierzchni ziemi. Energiczne klaśnięcia w dłonie miały też odpędzić przybyszów – tak samo, jak odgania się złe duchy.

 

Nieporozumień w kontaktach z Tybetańczykami oraz błędnych wyobrażeń ludzi Zachodu o tej krainie jest znacznie więcej. Znany amerykański dziennikarz i publicysta Thomas Friedman kilka lat temu ogłosił, że „świat znowu stał się płaski”. Tyle że trudno zgnieść walcem globalizacji niebotyczne Himalaje. Najwyższe góry świata na zawsze pozostaną dla nas zagadką, siedliskiem bóstw i bogów, miejscem zdarzeń niewytłumaczalnych i magicznych, zamieszkałym przez ludzi przesądnych, a jednocześnie do bólu praktycznych i sprytnych.      

 

Legenda Shangri-La

Wieść o zaginionym królestwie, „orientalnej Atlantydzie”, ukrytej gdzieś w Himalajach, dotarła do Europy dopiero w XVII w. António de Andrade (1580–1634), portugalski jezuita i odkrywca, natrafił na manuskrypt z mapą i opisem zapomnianej krainy, w której żyją chrześcijanie. Wskazywał on na obszar zachodnich Himalajów i mówił o jeziorze Manasarowar (znanym dziś bardziej jako Mapam Yumco). Szkic ten został wykonany przez nieznanego misjonarza przebywającego na dworze cesarza Akbara z dynastii Wielkich Mogołów (1542–1605) i był na tyle wiarygodny, że Andrade wyruszył w poszukiwaniu Shangri-La.    

Jezuita nie znalazł chrześcijańskiego raju na ziemi, a jedynie bogate królestwo Guge (zajmujące tereny Tybetu Zachodniego). Po powrocie napisał interesującą relację ze swoich przygód. Odnaleziono ją w Kalkucie – posłużyła ona potem za kanwę powieści angielskiego pisarza Jamesa Hiltona (1900–1954) Zaginiony horyzont (wydanej w 1933 r.). W ten sposób Shangri-La pojawiła się w kulturze masowej. Książka rozpaliła i tak już gorące głowy zachodnich podróżników, zwłaszcza że tybetańskie teksty religijne wspominały o krainie, gdzie ludzie żyją niemal wiecznie, w harmonii i szczęściu. Sam Budda Siakjamuni, założyciel buddyzmu, nauczał tantryzmu tamtejszego króla, dzięki czemu wszyscy jego poddani stali się istotami oświeconymi. Co więcej, również Padmasambhava („zrodzony z lotosu”), który przyniósł w VIII w. buddyzm do Tybetu, nauczał o siedmiu ukrytych dolinach. Ich położenie mają wskazywać manuskrypty ukryte w świętych jaskiniach i stupach.

W 1924 r. Mikołaj Roerich (1874–1947), rosyjski myśliciel, malarz, pisarz, poeta, podróżnik i szpieg, rozpoczął 4-letnią wyprawę w poszukiwaniu Shangri-La. Wyruszył z Sikkimu i zatoczył pętlę przez Ladakh, Kaszmir, Pamir oraz Tybet. Do tego ostatniego udała się w tym samym roku Alexandra David-Néel (1868–1969) – wielka znawczyni tej krainy, francusko-belgijska orientalistka, śpiewaczka operowa, dziennikarka, odkrywczyni, buddystka i pisarka. W przebraniu pielgrzyma, w towarzystwie mnicha-przewodnika, jako pierwsza kobieta z Zachodu dotarła do Lhasy.

 

Magia na co dzień

Owocem tej wyprawy (i kolejnych) była jej książka Mistycy i cudotwórcy Tybetu (wydana w 1929 r.). David-Néel opisuje w niej spotkania z adeptami ćwiczeń lung-gom-pa, techniki oddychania, dzięki której mogą przemierzać wielkie odległości, nie czując żadnego zmęczenia. Ich ciała są przy tym tak lekkie, że odbijają się od śniegu niczym nadmuchane piłki. Oni sami noszą ciężkie łańcuchy, żeby nie zostać porwanymi przez wiatr.  

Tybetańscy współtowarzysze podróżniczki nie byli tym wcale zaskoczeni. Światli lamowie, których przepytywała w tej sprawie, nie przykładali do treningu lung-gom-pa żadnej wagi, tak jakby nadludzkie umiejętności były tu czymś zwyczajnym. Kiedy uparcie prosiła o jakieś informacje, w odpowiedzi usłyszała historię o Buddzie, który spotkał na swojej drodze słynnego jogina. Asceta praktykował medytację już 25 lat i chwalił się, że dzięki temu potrafi przekroczyć rzekę, krocząc po wodzie. – Mój biedaku! – zawołał Budda w odpowiedzi. – Naprawdę zmarnowałeś aż 25 lat na wyćwiczenie tej umiejętności? – nie mógł się nadziwić. – Po co? Przecież za niewielką opłatą rybak może w każdej chwili przewieźć każdego na drugi brzeg...

Bardziej praktyczną umiejętnością wydaje się być utrzymanie ciepła w zimie, w gęstej nawałnicy, bez użycia ognia. Tumo osiąga się poprzez techniki oddychania i medytacji. Dla tybetańskich pustelników, mieszkających w grotach na wysokości powyżej 5000 m n.p.m., taka umiejętność jest niezbędna do przeżycia, ale decydując się na jej naukę, nie mogą już nigdy więcej korzystać z ognia, przebywać w ciepłych pomieszczeniach ani nosić wełnianego odzienia. Egzamin z tumo odbywa się nad zamarzniętymi rzekami lub jeziorami. Jego uczestnicy siadają nago nad przeręblem, przyjmując pozycję kwiatu lotosu. Następnie prześcieradła wkładane są do lodowatej wodzie, a potem owijane wokół ciał egzaminowanych. Jak tylko materiał wyschnie, jest ponownie moczony. Próba trwa aż do zachodu słońca. Rekordziści potrafią wysuszyć nawet 40 prześcieradeł, ale już 3 sztuki wystarczą do tytułu respa – mistrza techniki tumo.

 

Inna rzeczywistość

Wszystko to zdaje się należeć do świata bajek i ktoś może mądrze przyjąć, że 99 na 100 z tych opowieści jest wyssanych z palca. Ale wciąż te fenomena mają swoich świadków i trudno im zaprzeczyć – pisała Alexandra David-Néel. – Zachodni podróżnicy, którzy przekroczą granicę Tybetu w przeświadczeniu o zabobonie mieszkańców tego kraju, bardzo się zdziwią racjonalnością i sceptycyzmem w opiniach zwykłych Tybetańczyków o tych opowieściach – zaznaczała.

Popularna jest tybetańska przypowieść o czapce, która pewnego razu spadła z głowy podróżującego kupca. Nie podniósł jej, ponieważ w tym kraju może to przynieść pecha. Czapka uszatka utkwiła w zaspie śnieżnej i żaden z przejeżdżających nie ośmielił się jej podnieść. Po długim czasie, pod wpływem pogody, zmieniła kształt nie do poznania. Kolejni podróżni widzieli w niej „coś dziwnego”, o czym opowiadali w mijanych wioskach. Wkrótce po całej dolinie rozeszła się wieść o demonie czatującym na ludzi na szlaku. W końcu czapka, poruszona siłą zbiorowej wyobraźni, zaczęła ścigać podróżnych, którzy w popłochu uciekali przed nią, ratując swoje cenne życie.

 

Kajlas

W latach 80. XX w. władze chińskie zaoferowały Reinholdowi Messnerowi, słynnemu himalaiście, który rywalizował z naszym Jerzym Kukuczką (1948–1989) o miano „księcia gór”, zdobycie tego szczytu (6714 m n.p.m.). Ten jednak zdecydowanie odmówił. Kiedy w 2001 r. hiszpański alpinista planował dziewicze wejście na Kajlas, Messner powiedział smutno: Jeśli zdobędziemy ten szczyt, to jakbyśmy zabili coś w ludzkich duszach. Ostatecznie wspinacz z Półwyspu Iberyjskiego zrezygnował ze swojej wyprawy i do dzisiaj Kajlas pozostaje niezdobyty.

Ta święta góra należy do czterech religii: buddyzmu, dżinizmu, hinduizmu i bon. To tutaj mieszka Śiwa z małżonką Parwati (według hinduistów), a bitwę stoczył buddysta Milarepa i przedstawiciel bon Naro Bön-chung. Co roku tysiące pielgrzymów pokonuje drogę prowadzącą wokół tego szczytu. Kora, czyli szlak pielgrzymkowy, liczy 53 km. Mówi się, że jeśli ktoś okrąży górę 108 razy dostąpi oświecenia w następnym życiu. W pobliżu Kajlas leży jezioro Manasarowar, znane z legendy o Shangri-La.     

   

 

Odkrywcy i zdobywcy

Tybet był jednym z najbardziej izolowanych regionów świata, a co za tym idzie – największym wyzwaniem stojącym przed podróżnikami. Od połowy XIX w. granice kraju zamknięto dla cudzoziemców – za udzielenie pomocy obcemu w przedostaniu się do Lhasy groziły tortury i śmierć.  

Pierwszym podróżnikiem spoza Chin, który dotarł do „zakazanego miasta” (w 1901 r.), był japoński mnich buddyjski Ekai Kawaguchi (1866–1945). Jako słynny lekarz uzyskał nawet audiencję na dworze XIII Dalajlamy (1876–1933). W tym samym czasie w Lhasie pojawił się też japoński szpieg Narita Yasuteru. Tybet stanowił już wtedy pole rywalizacji wywiadów brytyjskiego i rosyjskiego. Stawką tzw. Wielkiej Gry (The Great Game) było uzyskanie przewagi w Azji Środkowej. Brytyjczycy odbierali zainteresowanie Rosji Tybetem jako poważne zagrożenie dla Indii Brytyjskich.

Na domiar złego zaraz po japońskim mnichu do Lhasy dotarł rosyjski podróżnik i antropolog       Gonbodżab Cybikow (1873–1930). Buriat z pochodzenia, praktykujący buddysta, udał się do stolicy Tybetu jako pielgrzym. Wykonał pierwsze w historii zdjęcia „zakazanego miasta”. Brytyjczycy podjęli błyskawiczną decyzję – sir Francis Younghusband (1863–1942) na czele 3 tys. żołnierzy oraz 7 tys. tragarzy (szerpów) wyruszył w grudniu 1903 r. na Lhasę. Źle uzbrojona armia tybetańska, mnisi i chłopi wyposażeni w miecze i sztylety, długo opierała się Brytyjczykom, którzy masakrowali przeciwników najnowszym modelem karabinu maszynowego Maxim. Potyczki toczono na wysokości ponad 4 tys. m n.p.m. Walczono o każdą przełęcz i fortyfikację. W końcu Younghusband wkroczył w sierpniu 1904 r. do Lhasy, skąd zdążył wcześniej uciec XIII Dalajlama.

 

TYBETAŃSKIE WIOSKI W DOLINIE DZIEWIĘCIU PALISAD

Ta przepiękna dolina, nazywana przez Tybetańczyków Sicadegu, a przez Chińczyków – Jiuzhaigou, położona jest w północnej części chińskiej prowincji Syczuan, na skraju Wyżyny Tybetańskiej. W 1992 r. została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Żyje tu kilka zagrożonych gatunków zwierząt, m.in. panda wielka i rokselana, czyli syczuańska małpa. Dolina Dziewięciu Palisad słynie z malowniczych osad zamieszkanych przez Tybetańczyków oraz wspaniałych krajobrazów z setkami niebieskich i zielonych jezior, licznymi spektakularnymi wodospadami, skalistymi wierzchołkami gór i gęstymi lasami. Miejscową atrakcją turystyczną są również czorteny, czyli tybetańskie stupy. Sicadegu objęta jest ochroną w ramach Parku Narodowego Doliny Jiuzhai, położonego na wysokości od 1990 do 4764 m n.p.m.  

 

Lhasa dalajlamów

Thubten Gjaco, ówczesny dalajlama, duchowy i polityczny przywódca narodu, zbiegł do Mongolii. To tak jakby powrócić do korzeni – sekta Gelug, czyli żółtych czapek (nazwa pochodzi od charakterystycznych ceremonialnych nakryć głowy), w XVI w. zawarła przymierze z tamtejszym władcą Altan-chanem, żeby sto lat później zyskać prymat nad resztą szkół buddyzmu tybetańskiego. Działo się to za czasów V Dalajlamy (1617–1682), który – nie przebierając w środkach – pozbył się rywali i zjednoczył Tybet pod swoim panowaniem. Dzięki niemu kraj rozkwitł. Rozpoczęła się budowa Pałacu Potala. Potęga i prestiż V Dalajlamy, zwanego Wielkim, były tak duże, że jego śmierć przez kilkanaście lat utrzymywano w tajemnicy (aż do 1696 r.). Wszystko po to, żeby nie doszło do nowej wojny domowej oraz móc bez przeszkód ukończyć wspaniały pałac.

Ta zimowa siedziba dalajlamów stała się symbolem całego Tybetu. W 1994 r. wpisano ją na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Ogromny pałac, potężną fortecę składającą się z 13 kondygnacji, zbudowano na Czerwonym Wzgórzu (Marpo Ri) wznoszącym się ponad 300 metrów nad doliną, w której leży Lhasa. Mury tej budowli mają od 3 do 5 metrów grubości. Składa się ona z Białego Pałacu (Potrang Karpo), gdzie mieszkali dalajlamowie, oraz Czerwonego Pałacu (Potrang Marpo), spełniającego funkcje religijne. Mieści się tu ponad tysiąc komnat i 10 tys. kaplic. Liczba tych ostatnich nie dziwi – w końcu nazwa Lhasa oznacza „miejsce bogów”.            

Tylko że w buddyzmie nie ma bogów, a duchowi i polityczni przywódcy narodu tybetańskiego często odżegnywali się od miana świętych. Obecny XIV Dalajlama (Tenzin Gjaco) jest bezpośredni i lubi żartować. Z kolei VI Dalajlama, Cangjang Gjaco (1682 lub 1683–1706), następca Dalajlamy Wielkiego, nie stronił od kobiet i alkoholu. Wciąż można znaleźć w Lhasie lokale, których ściany pomalowane są na żółto, na znak świętości. To właśnie w nich miał pić VI Dalajlama, poeta i kobieciarz, który odmówił złożenia ślubów czystości. Lubiany przez tłumy, zniknął w tajemniczych okolicznościach. Prawdopodobnie został zamordowany na polecenie dworu. Jego zachowanie było zagrożeniem dla  bezpieczeństwa i stabilności państwa.

Najwyżsi przywódcy narodu tybetańskiego trzykrotnie uciekali z Pałacu Potala, w tym XIII Dalajlama dwa razy – najpierw przed Brytyjczykami, a po kilku latach przed wojskami cesarza Chin (w 1910 r.). Jego następca, Tenzin Gjaco, zbiegł do Indii w marcu 1959 r., tuż po nieudanym antychińskim powstaniu. 

 

Tybet dziś

Dzięki nowej linii kolejowej (położonej najwyżej na świecie!) łączącej 2-milionowe miasto Xining w prowincji Qinghai z Lhasą (ukończonej w 2006 r.), wielkiej inwestycji rządu Chińskiej Republiki Ludowej, Tybet stał się łatwiej dostępny dla podróżnych. Pozory mogą jednak mylić. Nie wolno tu uprawiać indywidualnej turystyki, a grupy muszą wynająć lokalne biuro podróży. Okresowo wjazd do tzw. Tybetańskiego Regionu Autonomicznego jest całkowicie zamykany dla zagranicznych gości – najczęściej z powodu protestów lokalnej społeczności przeciw władzom.   

 

Zdjęcia dzięki uprzejmości www.tibettravel.org


 

Artykuły wybrane losowo

Turcja w tyglu kultur

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

<< Turcja ma tyle twarzy, ile kultur, religii i ludów mieszało się na jej terytorium. Turystów czeka tu coś więcej niż tylko błogie lenistwo na pięknych plażach. Na obszarze półwyspu Azja Mniejsza już na długo przed narodzeniem Chrystusa rozgrywały się ważne wydarzenia dla dziejów ludzkości. Dziś my sami możemy odbyć wyprawę w czasie do miejsc, o których opowiadają starożytne teksty i piszą z pasją historycy. >>

Poszukiwanie śladów z początków rozwoju chrześcijaństwa i islamu oraz pozostałości po dawnych imperiach stanowi znakomity pomysł na podróż po tym niezmiernie interesującym kraju. Zdecydowanie się na taki właśnie temat przewodni naszej wycieczki do Turcji jest gwarancją udanego urlopu.

W połowie I w. n.e. w Antiochii nad rzeką Orontes (tureckie Asi), gdzie nauczał Paweł z Tarsu, pojawił się apostoł Piotr (zwany Kefasem). Przed przybyciem reszty swoich towarzyszy z Jerozolimy nie unikał kontaktu z tutejszą wspólnotą niedawno nawróconych, ale nie przestrzegających żydowskich zwyczajów chrześcijan.

Więcej…

Estonia – dziedziczka Inflantów

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018