ŁUKASZ WALL

 

Po wylądowaniu w godzinach wieczornych na międzynarodowym lotnisku Entebbe sprawnie załatwiamy formalności wizowe. Gdy opuszczamy budynek terminalu, zewsząd ogarniają nas ciemności. Nad głowami mamy piękne, rozgwieżdżone niebo, a dookoła rozlegają się dźwięki cykad. Tak rozpoczyna się nasza wielka przygoda w Ugandzie, do której trafiliśmy na spotkanie z wielkimi i niezmiernie rzadkimi gorylami górskimi…

Na pierwszy rzut oka rzuca się, że drogi w tym kraju (w większości szutrowe) są wyboiste i dziurawe. Przepędzane są po nich stada bydła, mkną szybko rejsowe autobusy przepełnione ludźmi oraz jeżdżą rowerzyści nieużywający świateł i żadnych elementów odblaskowych.  

 

Ponad 30 lat temu Uganda uwolniła się od reżimu krwawego dyktatora Idiego Amina Dady i zdołała podźwignąć się trochę z ogromnego kryzysu gospodarczego. Kraj ten nadal zaliczany jest do biednych i słabo rozwiniętych, choć w 2005 r. grupa G8+5 (Kanada, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Rosja, Wielka Brytania i USA oraz Brazylia, Chiny, Indie, Meksyk i RPA) umorzyła jego długi wobec międzynarodowych instytucji finansowych. Jeśli odwiedzimy przy okazji sąsiednią Rwandę, zauważymy znaczną różnicę między oboma państwami – to drugie szybko się zmienia, ma dobre drogi i dobrze zagospodarowane wsie, w znacznej mierze dzięki pomocy Belgii, dawnego protektora kraju. W Ugandzie zmiany zachodzą wolniej.

Podróżnicy udają się do tego bardzo egzotycznego zakątka świata, położonego w środkowej części Afryki, w poszukiwaniu ostatnich żyjących na wolności goryli górskich. Ale na uwagę zasługują tu nie tylko one, lecz także cała przebogata afrykańska fauna (słonie, hipopotamy, żyrafy, nosorożce, szympansy, makaki, pawiany), sięgający po horyzont, pokryty śniegiem masyw górski Ruwenzori, który wielu uważa za najpiękniejszy na naszym globie, oraz źródła Nilu czy unikatowe, zapierające dech w piersiach parki narodowe. W Ugandzie spotkać można również Pigmejów żyjących w trudno dostępnych wioskach, a wszędzie czuje się atmosferę historii – tej dawnej, kolonialnej i tej tragicznej sprzed kilkudziesięciu czy kilkunastu lat.   

 

Ugandyjskie królestwa

Kraj tworzy sześć dawnych królestw plemion Bantu: Toro, Ankole, Busoga, Bunyoro, Rwenzururu i Buganda. Największe z nich jest to ostatnie, utworzone przez lud Gandów (Baganda). Tu właśnie znajduje się stolica Ugandy i jednocześnie królestwa Bugandy – Kampala. Gandowie szczycą się swoim pierwszym królem (kabaką) Kato Kintu z XIV w., twórcą dynastii Kintu. Z dumą oprowadzają po zabudowaniach pałacowych czy królewskiej nekropolii Kasubi, którą wpisano w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Miejsce spoczynku władców uznawane jest za święte. Ich groby znajdują się w dużej kolistej chacie krytej słomą trzcinową. Jej wnętrze pokrywa specjalnie spreparowana kora drzew, a sfery sacrum i profanum oddziela w tym dawnym pałacu z XIX w. jedynie cienka linia, której nie wolno przekraczać – za nią znajduje się świat zmarłych, do którego żywi nie mają prawa wstępu. Spoczywają tutaj czterej królowie: Mutesa I, Mwanga II, Daudi Chwa II i Edward Mutesa II. W grobowcach Kasubi podziwiać możemy ich portrety oraz dawną broń czy instrumenty muzyczne z XIX i XX stulecia. Z kolei nieopodal prywatnych zabudowań dawnego kompleksu pałacowego wygrzewają się na słońcu wiekowe żółwie – prezent dla jednego z królów Bugandy.

Kampala pięknie prezentuje się z góry, leży malowniczo na wielu wzgórzach. Znajdziemy tu świątynie dla katolików, protestantów i muzułmanów. Na wzgórzu Mengo wznosi się Pałac Lubiri (Mengo) – historyczna siedziba królów Bugandy.

 

Kraina magii (białej i czarnej)

Jak Uganda długa i szeroka, w wielu miejscach praktykowane są pradawne, pierwotne kulty religijne, które w ostatnich czasach nawet przybrały na sile. Daremne okazały się wysiłki misjonarzy chrześcijańskich (katolickich, anglikańskich, protestanckich) czy islamskich, od dwóch wieków krzewiących tutaj swoje religie.

W drodze do miasta Jinja nad jeziorem Wiktorii, z którego wypływa Nil Biały i gdzie znajduje się też największa elektrownia wodna Ugandy (Nalubaale), odwiedzić można magiczne wodospady Sezibwa. Jak głosi legenda, sami królowie sadzili nad nimi drzewa, składając w ten sposób ofiarę tym świętym wodom. Do dzisiaj mieszkańcy korzystają z ich nadprzyrodzonych mocy. Lokalni „czarodzieje” odprawiają tu obrzędy: wracające zdrowie chorym, zapewniające obfite plony rolnikom, dobry poród i zdrowe dzieci – przyszłym matkom, wysokie zyski – przedsiębiorcom.

Podczas zwiedzania ugandyjskich miast i wiosek spotkać można uzdrowicieli duchowych, jasnowidzów, magów, a także doktorów wiedźminów, którzy praktykują czarną magię. W codziennej prasie często pojawiają się doniesienia o tajemniczych śledztwach policji prowadzonych w różnych miejscach w kraju, a nawet informacje o makabrycznych znaleziskach: uciętej głowie z wyłupionymi oczami czy ciele porzuconym na bagnach. To doktorzy wiedźmini dokonują tych rytualnych mordów na zamówienie, wykorzystując wiarę prostych ludzi w czarną magię czy religię przodków. Poćwiartowane szczątki ofiar znajdowane są na bagnach lub w lasach. Naprawdę trudno uwierzyć, że takie praktyki zdarzają się we współczesnym, cywilizowanym świecie.

 

W poszukiwaniu goryli

Obecnie na naszym globie żyje na wolności około 800 goryli: w górach Wirunga na pograniczu Rwandy, Demokratycznej Republiki Konga i Ugandy oraz w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (Bwindi Impenetrable Forest) w południowo-zachodniej Ugandzie, na obrzeżach Wielkich Rowów Afrykańskich. To jeden z niewielu wilgotnych lasów równikowych, który wyrósł podczas trwania ostatniej epoki lodowcowej. Przez lokalną społeczność nazywany jest miejscem ciemności, a większą jego część objęto ochroną w ramach Parku Narodowego Bwindi i wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stanowi on jeden z najbardziej zróżnicowanych pod względem bioróżnorodności obszarów w Afryce. Występuje tu około 120 gatunków ssaków, 350 gatunków ptaków, 220 gatunków motyli, 160 gatunków drzew, 100 gatunków paproci, 27 gatunków żab, kameleonów, gekonów oraz wiele innych. Żyje w nim prawie połowa światowej populacji goryli górskich, a także szympansy i gerezy. W Parku Narodowym Bwindi spotkamy również rzadkie ptaki, m.in. dzioborożce i turaki.   

Tropienie goryli musi zostać zaplanowane z dużym wyprzedzeniem. Trzeba zrobić rezerwację wejścia do parku na dany dzień, wykupić drogie bilety, a przyglądanie się stadu może trwać najwyżej godzinę. Grupa liczy maksymalnie 8 osób, należy zachować dużą ostrożność, nie patrzeć gorylom w oczy, aby ich nie prowokować, a ze względów sanitarnych nie wolno zbliżać się bardziej niż na odległość 7 metrów. Do tego przyda się też dobra kondycja, bowiem poruszamy się nie wzdłuż wytyczonych szlaków czy ścieżek, ale po leśnych bezdrożach. Poza tym tropienie goryli trwać może nawet cały dzień. Trzeba także zabrać ze sobą suchy prowiant i picie.

Na poszukiwania stada wyruszamy o świcie w pełnej obstawie – z 2 przewodnikami, tragarzami oraz żołnierzami z bronią, którzy towarzyszą nam na wypadek spotkania z kłusownikami, afrykańskim słoniem leśnym czy dzikimi bawołami. Dużo wcześniej w drogę wybierają się tropiciele. To oni poszukują konkretnej gorylej rodziny (a raczej stada) i naprowadzają na nią turystów. Znajduje się ona pod opieką samca przywódcy zwanego srebrzystogrzbietym od pasa srebrnobiałych włosów na grzbiecie. Towarzyszą mu jeden lub dwa samce – wartownicy. W stadzie są na ogół trzy lub cztery dojrzałe samice i kilka młodych. Wędrówka trwa parę godzin i odbywa się w trudnych warunkach, często pod górę i w błocie, przez strumienie, wśród śliskich i kolczastych roślin. Gdy udaje się podejść do stada, można podpatrzeć jego codzienne życie. Samice siedzą spokojnie i żują pędy bambusa, młode są zajęte zabawą, podczas której zwijają się i wzajemnie popychają, zwinnie wdrapują na drzewa. Przywódca uważnie obserwuje przybyszy, po pewnym czasie podchodzi bliżej, stąpając dumnie na knykciach i prężąc ciało. Temu spektaklowi towarzyszą przewodnicy, strażnicy z bronią i tropiciele. Cały czas należy zachowywać wzmożoną czujność i ostrożność. Dorosłe osobniki prowadzą powolne, leniwe życie, za dnia poruszają się po ziemi, ale śpią na drzewach. Dodatkowo każdej nocy budują gniazda z gałęzi i liści w innym miejscu. Mimo dużej masy ciała (srebrzystogrzbiety może ważyć nawet do 220 kg, samica jest średnio o połowę lżejsza), są bardzo zwinne. Goryle to przeważnie roślinożercy – jedzą owoce, liście, pędy, korzenie, korę, kiełki, a czasem wzbogacają swoją dietę owadami. Nie wydają się być szczególnie agresywne, o czym świadczy fakt, że pozwalają podejść do siebie na dość bliską odległość. W przypadku zagrożenia goryl uderza się pięściami w piersi, co stanowi część skomplikowanego rytuału – pokazu siły. Potem zaczyna hukać, podchodzi do intruza, pokazuje zęby, faluje ramionami i wściekle ryczy. Jeśli to nie odstraszy przeciwnika, przystępuje do szarży. Trzeba się więc mieć na baczności.

Tropiąc goryle górskie, należy pamiętać o Dian Fossey. To właśnie jej zawdzięczamy fakt, że trafiły one na listę zwierząt zagrożonych wymarciem i zapewniono im ochronę. Dian Fossey przez 18 lat prowadziła badania nad gorylami w lasach gór Wirunga w północnej Rwandzie (Park Narodowy Wulkanów). W grudniu 1985 r. została znaleziona martwa w swoim górskim domu. Na jej ciele odkryto ślady po ciosie maczetą. Do dzisiaj nie odnaleziono sprawców tej zbrodni, a przez długi czas o śmierć Fossey obwiniano kłusowników, z którymi zaciekle walczyła. Jednak obecnie o zlecenie morderstwa oskarżany jest były gubernator prefektury Ruhengeri w północno-zachodniej Rwandzie, Protais Zigiranyirazo. Kilka lat później utworzył on szwadrony śmierci, które zasłynęły wielkim okrucieństwem podczas masakry ludu Tutsi w 1994 r. (zginęło wówczas około miliona osób).

Dian Fossey została pochowana w pobliżu swoich ukochanych goryli górskich, na cmentarzyku położonym na trudno dostępnym terenie w górach, niedaleko jej miejsca zamieszkania (w Karisoke). Pozostała po niej fundacja The Dian Fossey Gorilla Fund International, która kontynuuje zadanie ochrony tych zagrożonych wyginięciem zwierząt.

 

U Pigmejów

Uważa się, że prowadzący koczowniczy tryb życia Pigmeje byli pierwszymi mieszkańcami terenów dzisiejszej Ugandy i Rwandy. Dopiero później przybyły tu rolnicze plemiona Hutu, a w XV w. – lud pasterski Tutsi. Dziś Pigmeje mieszkają w trudno dostępnych wioskach w dżungli, do których rzadko zaglądają turyści. Co ciekawe, tworzą oni małe, odrębne społeczności, nie wiedzące nic o istnieniu innych. Nie posługują się tym samym językiem i nie mają świadomości wspólnej historii. Kultywują odwieczne tradycje i bogate obrzędy związane z totemizmem. Na czele ich wspólnoty stoi król (w koronie z ptasich piór), który przewodzi małej społeczności. Pigmeje prowadzą życie na granicy egzystencji, uprawiają bataty, kukurydzę, fasolę i wanilię. 

 

Ruwenzori – najpiękniejsze góry świata

W II w. n.e. grecki uczony Ptolemeusz nazwał masyw RuwenzoriGórami Księżycowymi, których śniegi karmią jeziora. Przez wielu są one uznawane za najpiękniejsze góry świata. I rzeczywiście szczyty Ruwenzori pokrywają śniegi, a ponieważ w tym regionie często pada także deszcz, nadano im też inną nazwę – Góry Deszczowe. Prawdziwą gratką dla globtroterów jest zdobycie najwyższego wzniesienia masywu Ruwenzori – Margherity (5109 m n.p.m.). Droga na szczyt prowadzi błotnistymi ścieżkami przez zarośla, po drabinkach, stromych skałach, zamarzniętym śniegu i lodowcu i wymaga korzystania z raków i lin. Podczas niej towarzyszą wędrowcom krajobrazy zmieniające się jak w filmie. Można tu podziwiać gęsty tropikalny las, bambusowe zarośla, otwarte przestrzenie bagien i mokradeł, niesamowite drzewa z długimi brodami jasnozielonych porostów, skały szare i nagie albo rude od rosnących na nich mchów, płaskowyż pokryty śniegiem i lodem, górskie jeziora. I to wszystko w pasie równika… Zdobycie Margherity jest prawdziwym wyzwaniem okupionym ogromnym wysiłkiem i morzem potu. Za to zapierające dech w piersiach widoki, które można podziwiać ze szczytu, są bezcenne!

 


 

Artykuły wybrane losowo

Drugie życie fascynującej Kambodży

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Położona w południowo-wschodniej części Azji Kambodża to kraj o długiej i pełnej tragicznych wydarzeń historii. Zamieszkuje ją prawie 16 mln ludzi, którzy wciąż w większości nie znają pośpiechu charakterystycznego dla cywilizacji Zachodu, a nade wszystko cenią sobie więzi rodzinne i utrzymywanie relacji społecznych. Mimo stosunkowo niewielkiej populacji i powierzchni (ok. 181 tys. km2) jest miejscem niezmiernie ciekawym. Podróżników przyciągają w te strony ciepłe morze, rafy koralowe, biały piasek wybrzeża, świątynie, malownicza kambodżańska stolica Phnom Penh, cudowne krajobrazy i bardzo mili, uśmiechnięci i serdeczni ludzie. Zdecydowanie warto się tu wybrać, i to nie tylko na trzydniową wycieczkę do słynnego kompleksu zabytków Angkor.

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…