HANNA BORA 

www.sledznas.com

 

<< Ekwador, mający powierzchnię zbliżoną do Polski (niemal 284 tys. km²), to jeden z najmniejszych krajów Ameryki Południowej. Dla wielu turystów wciąż pozostaje ukryty w cieniu większych sąsiadów – Peru i Kolumbii. Dzieje się tak zupełnie niesłusznie. Ekwador zadziwia ogromną różnorodnością krajobrazów. Mieszkańcy często powtarzają, że tylko tutaj można rano obudzić się wśród odgłosów tropikalnego lasu, popołudnie spędzić u stóp ośnieżonych andyjskich szczytów, a wieczorem zrelaksować się przy szumie oceanu. >>

 

Ten nieduży kraj zachwyci z pewnością miłośników przyrody. Mogą podążyć w nim szlakiem wybitnych badaczy takich jak Anglik Karol Darwin (1809–1882) czy Niemiec Alexander von Humboldt (1769–1859). Wyróżniono tu 46 ekosystemów, które tętnią życiem. Na terenie Ekwadoru występuje aż 25 tys. gatunków roślin, co stanowi 10 proc. flory na świecie. Do tego dodać jeszcze trzeba blisko 1,3 tys. gatunków ptaków (ok. 15 proc. wszystkich endemicznych gatunków ptaków na naszym globie), 1550 gatunków ssaków, 350 gatunków gadów i 375 gatunków płazów. Kiedy popatrzymy, jak niewiele miejsca na mapie zajmuje terytorium tego państwa, podane liczby robią wielkie wrażenie.

 

Hiszpańska nazwa kraju, Ecuador, oznacza równik. Ekwadorczycy zrobili z najdłuższego równoleżnika Ziemi znak firmowy. Są niezmiernie dumni z położenia swojej ojczyzny. W końcu nie wszędzie można stanąć jednocześnie zarówno na północnej, jak i południowej półkuli. Dla niektórych turystów jednak równik okazuje się dość zwodniczy. Spodziewają się tutaj tropikalnych upałów. Nie biorą pod uwagę drugiego czynnika, który znacząco wpływa na pogodę – wysokości. Ekwador to kraj wybitnie górzysty. Cały jego środek zajmują piętrzące się z północy na południe Andy. Ten region określa się jako Sierra (góry). Na zachodzie rozciąga się wybrzeże Pacyfiku, czyli Costa, a na wschodzie leży Amazonia, znana pod nazwą Oriente.

 

W KRÓLESTWIE ZWIERZĄT

Największy skarb Ekwadoru znajduje się jednak niemal 1 tys. km od jego kontynentalnego wybrzeża. Galapagos to niezwykły archipelag składający się z 19 większych wysp oraz setek wysepek i skał. Wyjątkowość tego miejsca nie wynika jedynie z piękna krajobrazu. Nigdzie indziej na naszej planecie nie da się być tak blisko dziko żyjących zwierząt, i to absolutnie nietypowych, w wielu przypadkach endemicznych. Obecność człowieka nie robi na nich żadnego wrażenia, co najwyżej wzbudza w nich chwilową ciekawość. Czasami trudno zachować tu przepisową odległość 2 m. Wystarczy moment nieuwagi, aby nadepnąć na legwana lądowego lub potknąć się o śpiącą uszankę galapagoską. 

 

Niektórzy utrzymują, że to Inkowie jako pierwsi dotarli na Galapagos. Nie ma jednak żadnych pisemnych dowodów, które potwierdziłyby tę hipotezę. Dla Europejczyków archipelag odkrył w marcu 1535 r. biskup Panamy Tomás de Berlanga (1487–1551). O odkryciu zadecydował przypadek. Po drodze z Panamy do Peru (Limy) statek przewożący Hiszpana porwał silny prąd morski, który doprowadził go do brzegu odległych wysp. Wymęczeni członkowie załogi wybrali się na poszukiwanie wody. Nowe tereny okazały się jednak wyjątkowo nieprzyjazne i suche. Tym większe było ich zdziwienie, kiedy spotkali sporą liczbę nie chowających się przed nimi zwierząt, w tym ogromne żółwie słoniowe. Podobno ich potężne skorupy przypominały odkrywcom siodło, określane słowem galápago, które oznacza także żółwia. Właśnie w taki sposób Islas Galápagos, czyli Wyspy Żółwie, trafiły na mapę. 

 

Przez wiele lat archipelag nie wzbudzał większego zainteresowania. Odwiedzali go przede wszystkim brytyjscy piraci, którzy stworzyli tu swoją bazę wypadową i zaopatrzeniową. Zabierane na statki ogromne żółwie służyły im jako źródło mięsa, wody i tłuszczu. Pod koniec XVII w. na wyspy trafili również wielorybnicy, którzy kontynuowali dziesiątkowanie populacji miejscowych zwierząt. Los Galapagos odmienił się dopiero w XIX stuleciu, a dokładniej we wrześniu 1835 r., kiedy przybył tutaj statek HMS Beagle z młodym Karolem Darwinem na pokładzie. W trakcie swojej krótkiej wizyty (ponad miesięcznej) brytyjski badacz poczynił wiele obserwacji. Pomogły mu one m.in. w opracowaniu teorii ewolucji. Tak odległe Wyspy Żółwie zyskały ogólnoświatową sławę. W 1959 r. utworzono park narodowy obejmujący ponad 97 proc. archipelagu, a 19 lat później miejsce wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Dziś Galapagos rozbudza wyobraźnię tysięcy osób na całym świecie. Któż nie marzy o spacerze po pięknej plaży w towarzystwie zabawnych uszanek i legwanów przypominających smoki lub o pływaniu w oceanie z delfinami, żółwiami i pingwinami? Pobyt w tym raju na ziemi kosztuje jednak niemałe pieniądze. Ta ekskluzywność archipelagu ma w pewien sposób ochronić jego delikatny ekosystem przed zniszczeniem. Większość miejsc można odwiedzić jedynie z przewodnikiem, a czas wizyty jest ściśle regulowany. Najlepszym sposobem na odkrywanie Galapagos będzie kilkudniowy rejs. To dość kosztowna przyjemność, dlatego wiele osób decyduje się na samodzielne zwiedzanie polegające na przemieszczaniu się szybkimi łódkami między trzema głównymi wyspami: Santa Cruz, Isabelą i San Cristóbal.

 

Kiedy nasz samolot ląduje na lotnisku na Baltrze (Aeropuerto Seymour), wzdłuż pasa startowego przechadza się dostojny, zielony legwan. Jadąc autobusem do głównego miasta Santa Cruz (i całego archipelagu), blisko 15-tysięcznego Puerto Ayora, podziwiamy przez okno olbrzymie żółwie kryjące się w wysokiej trawie tuż obok asfaltu. Na targu patrzymy, jak wokół stanowisk rybaków awanturują się pelikany. Oczekiwanie na prom na San Cristóbal umila nam obserwowanie dwóch uszanek, które ucinają sobie drzemkę na ławce obok. W trakcie kolejnych dni możemy podpatrywać zabawne głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, fregaty wielkie i albatrosy galapagoskie. Zaglądamy też pod wodę i pływamy z delfinami, żółwiami, płaszczkami, a nawet rekinem! Na Galapagos zwierzęta są wszędzie. Nie trzeba ich tropić ani wypatrywać z lornetką. I rzeczywiście w ich zachowaniu nie widać strachu przed człowiekiem. Jedynie piękne, kolorowe kraby czasem zaniepokoją się hałasem i schowają między skałami.

 

Galapagos to niezwykle różnorodny archipelag. Jedne wyspy są płaskie jak stół, inne – górzyste. Jedne witają surowym, wręcz księżycowym krajobrazem, inne zaskakują bujną zielenią. Zwierzęta wybierają dla siebie te warunki, które najbardziej im odpowiadają. Dlatego przed podróżą warto sprawdzić, gdzie występują interesujące nas gatunki. Choć symbolem Galapagos są gigantyczne żółwie, nie zobaczymy ich wszędzie. Obecnie na archipelagu spotyka się 10 z 15 podgatunków żółwi słoniowych. Różnią się między sobą kształtem i rozmiarem pancerza. Pozostałe 5 uchodzi już za wymarłe. Kilka lat temu całym światem wstrząsnęła historia Samotnego George’a (Solitario George) – ostatniego przedstawiciela żółwi z wyspy Pinta. Uważany był za jedno z najrzadszych stworzeń na ziemi. Przez wiele lat pracownicy Stacji Badawczej im. Charlesa Darwina (Charles Darwin Research Station) szukali mu partnerki, aby przedłużyć ten podgatunek, niestety bezskutecznie. Opiekun znalazł nieżywego George’a 24 czerwca 2012 r. Jego śmierć oznacza wyginięcie podgatunku z Pinty.

 

Kilka wieków temu archipelag Galapagos zamieszkiwały najprawdopodobniej setki tysięcy ogromnych żółwi słoniowych. Niestety, wiele z nich zginęło w wyniku działań człowieka, nie tylko na skutek polowań, ale też w efekcie wprowadzenia na wyspy nowych zwierząt. Psy i szczury wyjadają żółwie jaja. Przez żarłoczne kozy brakuje pożywienia. Choć od wielu lat olbrzymie galapagoskie gady są pod ochroną, wciąż zdarzają się przypadki kłusownictwa. Dwa tygodnie po tym, jak opuściliśmy archipelag, dowiedzieliśmy się, że we wrześniu 2018 r. skradziono 123 młode żółwie z jednego z ośrodków hodowlanych na Isabeli (Centro de Crianza de Tortugas Terrestres „Arnaldo Tupiza Chamaidan”). Podejrzewa się, że trafią na rynek azjatycki. Galapagos nadal pozostaje przyrodniczym rajem, jednak coraz trudniej jest chronić go przed wpływami świata zewnętrznego i zmianami, które zachodzą na nim samym.

 

Młoda uszanka galapagoska pod opieką dorosłej

© JacekŚledziński

 

STOLICA NA WYSOKOŚCI

Po intensywnym tygodniu spędzonym na niezwykłych wyspach wracamy do Quito. Otoczone wulkanami 2-milionowe miasto leży na średniej wysokości 2850 m n.p.m. Dlatego uznaje się je za najwyżej położoną stolicę na świecie. Często mylnie określa się w ten sposób La Paz w Boliwii (mniej więcej 3625 m n.p.m.). Rzeczywiście znajduje się w nim siedziba rządu i prezydenta, ale konstytucyjną stolicą jest Sucre.

 

Znaczna wysokość daje się we znaki, kiedy spacerujemy stromymi uliczkami historycznej części Quito. Postanawiamy chwilę odpocząć na głównym placu miasta – Plaza de la Independencia (Plaza Grande). Pod rozłożystymi palmami i pokrytymi różowofioletowymi kwiatami drzewami kładzie się przyjemny cień. Podziwiamy monumentalną Katedrę Metropolitalną (Catedral Metropolitana y Primada de Quito) i imponującą oficjalną rezydencję prezydenta (Palacio de Carondelet). Wokół nas panuje typowy miejski gwar. Uliczni sprzedawcy zachwalają swoje przysmaki i kolorowe wyroby. Dzieci z radością gonią gołębie wokół fontanny. Pod arkadami budynków stanowiska mają liczni pucybuci, a ich klienci czytają poranne gazety. 

 

Historyczne serce Quito skrywa wiele perełek architektury kolonialnej, w tym jeden z najwspanialszych obiektów sakralnych całej Ameryki Południowej – Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús). W zachwyt wprawia już jego bogato rzeźbiona barokowa fasada. Jeszcze większe wrażenie robi wręcz ociekające złotem wnętrze świątyni. Zabytkowa zabudowa ekwadorskiej stolicy trafiła w 1978 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako jeden z pierwszych 12 obiektów. Znalazła się w tym gronie razem z wyspami Galapagos, a także krakowskim Starym Miastem i kopalnią soli w Wieliczce. 

 

Późnym popołudniem znajomi zabierają nas na wzgórze El Panecillo (z hiszp. Mały Chlebek). Na jego szczycie stoi posąg skrzydlatej Matki Boskiej (Virgen de Quito, Virgen de El Panecillo), która zdaje się chronić Quito i pozdrawiać jego mieszkańców gestem wyciągniętej dłoni. To jeden z najlepszych punktów widokowych w stolicy. Spoglądamy na gęstą plątaninę uliczek zabytkowego centrum, strzeliste wieżowce dzielnicy finansowej i niskie, kolorowe domy biedniejszej części miasta. W pogodny dzień można dostrzec stąd również ośnieżone szczyty wulkanów.

 

 Ze wzgórza El Panecillo turyści mogą podziwiać wspaniałą panoramę ekwadorskiej stolicy

© JacekŚledziński

 

MAGICZNY LAS

Z Quito ruszamy na północ, prawie pod samą granicę z Kolumbią. Wąską szutrówką pniemy się na wysokość ponad 3500 m n.p.m. Temperatura znacznie spada. Tuż przed zmierzchem dojeżdżamy do Polylepis Lodge na skraju Rezerwatu Ekologicznego El Ángel (Reserva Ecológica El Ángel). Po wyjściu z samochodu zaczynamy lekko trząść się z zimna, więc wyciągamy kolejne ubrania. Przyjechaliśmy tu na zaproszenie naszego znajomego, Juana, który zapewnia nas, że to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Choć jesteśmy nastawieni trochę sceptycznie, rano przekonujemy się, iż nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Momentami wydaje się nam, że znaleźliśmy się na innej planecie.

 

Po śniadaniu ruszamy na spacer do magicznego lasu o dziwnie powykręcanych drzewach z rodzaju Polylepis. Często nazywa się je także drzewami z papieru, ponieważ mają wiele cienkich warstw silnie łuszczącej się kory. Są typowe dla krajobrazu andyjskiego, nigdzie jednak nie znajdziemy ich tak dużo jak na północy Ekwadoru. Wędrujemy ścieżką, a pokryte mchem gałęzie tworzą nad nami swoisty labirynt. Mijamy urokliwe jeziorko, liczne strumyki i wodospad. Mamy wrażenie, że zaraz zza krzaków wyskoczą elfy lub inne baśniowe stworzenia.

 

Tam, gdzie kończy się zaczarowany las, zaczyna się páramo. To specyficzny ekosystem występujący w Andach na wysokości powyżej 3000 m n.p.m., ale poniżej granicy lodu. Charakteryzuje go duża wilgotność, pełni on funkcję specyficznej gąbki i gromadzi zapasy wody. Najważniejszym elementem krajobrazu jest tu nietypowa roślina – frailejón (Espeletia pycnophylla). Z wyglądu przypomina trochę kaktusa zwieńczonego bujną czupryną. Przed nami rozciąga się całe morze frailejones, ciągną się aż po horyzont. Chłoniemy ten widok tak długo, aż przykrywa go mgła.

 

 Osobliwe drzewa z papieru tworzą prawdziwie baśniową scenerię na północy Ekwadoru

 © JacekŚledziński

 

SŁYNNY TARG AMERYKI POŁUDNIOWEJ 

W drodze powrotnej do Quito nie możemy nie zatrzymać się w Otavalo. To jeden z obowiązkowych przystanków podczas podróży po Ekwadorze. Malowniczo położone, 40-tysięczne miasto otaczają trzy wulkany: Imbabura (4609 m n.p.m.), Cotacachi (4944 m n.p.m.) i Mojanda (4263 m n.p.m.). Największą atrakcją jest tutaj słynny kolorowy targ rękodzieła. Odbywa się codziennie na Plaza de los Ponchos (Mercado Centenario), ale najlepiej odwiedzić go w sobotę (od 7.00 do 18.00), gdy rozlewa się na okoliczne ulice i place. Można na nim znaleźć wszystko: ubrania, koce, dywany, hamaki, torby, plecaki, biżuterię, ceramikę… Od mnogości kolorów i wzorów łatwo dostać oczopląsu. To idealne miejsce, żeby zaopatrzyć się w oryginalne pamiątki z podróży i poćwiczyć swoje zdolności negocjacyjne. Dla tutejszych mieszkańców sobota stanowi dzień handlowy. Nie mniej ważny od targu rękodzieła jest targ zwierzęcy, na którym nie ma stoisk, a na sprzedaż wystawiane są konie, krowy, lamy i świnki morskie (kawie domowe).

 

W okolicach Otavalo znajduje się wiele małych wiosek rozsianych na zboczach Andów, gdzie rdzenni mieszkańcy oprócz hiszpańskiego posługują się językiem keczua i pielęgnują tradycyjne zwyczaje. Trafiamy do takiej niewielkiej społeczności – 70 rodzin mieszka tu z widokiem na imponujący wulkan Imbabura. Naszą gospodynią jest Virginia. Ma 37 lat, dwie nastoletnie córki i dwuletniego syna o pięknym, kruczoczarnym warkoczu, który wystaje mu spod małego kapelusza. Rano idziemy zbierać kukurydzę. Z lekkim zdziwieniem patrzymy na jej strój. Ma na sobie białą, ręcznie wyszywaną bluzkę, ciemną spódnicę zdobioną kolorowym pasem, a na rękach i szyi złote i pomarańczowe koraliki. Naszym zdaniem wygląda pięknie i odświętnie. To tradycyjny strój kobiet w okolicach Otavalo. Zawsze tak pracuję. Moje córki noszą spodnie i kolorowe koszulki, ale ja nie mam innych ubrań – wyjaśnia nam ze śmiechem.

 

Po południu ruszamy zebrać warzywa na kolację. Każdy z nas ma swój kawałek ziemi. U mnie rosną buraki, brokuły, kalafior i cukinia. Moja sąsiadka przynosi mi marchewkę i się wymieniamy. Rzeczywiście, po chwili pojawia się Susana z zawiniętą w chustę wnuczką na plecach. Kobiety chwilę rozmawiają i umawiają się na wieczorną sesję haftowania w szkolnej świetlicy. Przy pożegnaniu Virginia poleca nam jeszcze, żebyśmy odwiedzili warsztaty jej znajomych. José ma tradycyjny zakład tkacki, rodzina w San Rafael wyplata najlepsze maty i meble, a Fausto tworzy muzyczne instrumenty i wydobywa z nich piękne dźwięki.

Kobieta na polu kukurydzy w okolicy Otavalo

© Jacek Śledzińsi

 

 

PRZYGODA W AMAZONII

Po powrocie do Quito postanawiamy na chwilę zmienić otoczenie i spełnić marzenie o przygodzie w tropikalnym lesie. Myśl o Amazonii od lat rozbudzała naszą podróżniczą wyobraźnię. Bramą do tego regionu w Ekwadorze jest 35-tysięczna Tena – stolica prowincji Napo, położona nad rzeką o tej samej nazwie (wpadającą do Napo, jednego z dopływów Amazonki). Okolice toną w bujnej zieleni, między gałęziami drzew można zobaczyć tutaj małpy i papugi. Trudno jednak zapomnieć o cywilizacji, kiedy ma się świadomość, iż w odległości zaledwie kilku kilometrów ciągnie się asfaltowa droga gładka jak stół. Wiemy, że musimy się wybrać dalej. Naszym celem jest Park Narodowy Yasuní.

 

Według naukowców Yasuní to jedno z najbardziej bioróżnorodnych miejsc na świecie. Wilgotny las równikowy charakteryzujące go ogromne bogactwo fauny i flory zawdzięcza swojemu położeniu. Leży na równiku, na pograniczu Andów i Niziny Amazonki. Obecnie teren parku zajmuje ponad 10 tys. km2. Aby do niego dotrzeć, dojeżdżamy do sennego i upalnego 50-tysięcznego miasta Puerto Francisco de Orellana, nazwanego tak na cześć odkrywcy, który wraz z grupą konkwistadorów jako pierwszy przepłynął Amazonkę od jej górnego biegu aż do Oceanu Atlantyckiego (w 1542 r.). Miejscowość znana jest też pod znacznie krótszą nazwą – Coca. Na miejscu zostawiamy samochód i wchodzimy na pokład łodzi motorowej, którą płyniemy w górę rzeki Napo. Czujemy spore podekscytowanie, krajobrazy okazują się jednak dość monotonne. Po dwóch godzinach docieramy do granicy parku narodowego i przesiadamy się do niedużego czółna, którym wpływamy w wąski kanał. Sceneria zmienia się diametralnie. Wokół panuje cisza przerywana jedynie uderzeniami wiosła o wodę i trzepotem skrzydeł przestraszonych ptaków. Po 15 minutach wypływamy na piękne jezioro Garzacocha, w którego wodach odbija się bujna roślinność. Chwilę później jesteśmy już w La Selva Amazon Ecolodge & Spa, gdzie mamy spędzić cztery noce.

 

Amazonia onieśmiela. Każdy jej centymetr zdaje się tętnić życiem. Człowiek czuje się lekko zagubiony w tej plątaninie zieleni. Po zmroku rozlega się istna kakofonia dźwięków. Wsłuchujemy się w nią w milczeniu, starając się odróżnić znajome odgłosy. Dookoła nas panuje absolutna ciemność. Następnego dnia o 6.00 spotykamy się z naszym przewodnikiem Sixto. Jest niewysoki, śniady. Ma ponad 60 lat, ale kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniec. Czasami nadaje takie tempo, że ledwie możemy go dogonić. Las to jego dom. Zna ścieżki zwierząt, wie, którędy przechodzą, rozpoznaje każdy szelest. Kiedy pływamy czółnem po jeziorze, nad głowami przelatują nam piękne, kolorowe papugi. Gdzieś między gałęziami wypatrujemy tukana. Spotykamy również żółwie, czaple, przedziwne hoacyny (kośniki czubate), które ze względu na swój charakterystyczny irokez przypominają nam koguty. Dopływamy do brzegu i zanurzamy się w głąb parującej gęstwiny. Sixto nakazuje, żebyśmy byli cicho. Po chwili pokazuje nam malutkie pigmejki karłowate. Są przeurocze i możemy przyjrzeć się im z bliska. Ja nie mogę jednak oderwać wzroku od rozpromienionej twarzy naszego przewodnika. Choć spotyka te zwierzęta codziennie, patrzy na nie z nieskrywaną radością i czułością. Tak samo reaguje, kiedy udaje nam się wytropić leniwca.

 

Okolice Parku Narodowego Yasuní to miejsce, gdzie nie tylko rozwinęły się tysiące gatunków flory i fauny, ale także mieszka wiele rodzin z grup etnicznych Keczua i Huaorani (Waorani). Żyją tu w niewielkich społecznościach i pielęgnują zwyczaje przodków. Część z nich przyjmuje turystów, aby pokazać im swoje tradycje i opowiedzieć o życiu w głębi lasu tropikalnego. Niektórzy jednak muszą opuścić zamieszkiwane tereny i przenieść się do miasta. Yasuní rozpala wyobraźnię nie tylko miłośników przyrody, ale też – niestety – właścicieli koncernów naftowych. Złoża ropy na obszarze parku szacowane są na aż ok. 1,7 mld baryłek. Były prezydent kraju (w latach 2007–2017) Rafael Correa dał światu ultimatum – ogłosił, że zrezygnuje z wierceń w tej okolicy, jeśli międzynarodowa społeczność wypłaci Ekwadorowi rekompensatę. Plan się nie powiódł. Wydobywanie ropy w rejonie parku się rozpoczęło. Politycy i przedstawiciele firm przekonują, że starają się prowadzić prace tak, aby środowisko kosztowały one jak najmniej. Dla niektórych mieszkańców amazońskiej puszczy ta cena może się jednak okazać zbyt wysoka.

 

ALEJA WULKANÓW

Z Amazonii wracamy w majestatyczne Andy. Trasę naszej wyprawy wytycza słynna Aleja Wulkanów (Avenida de los Volcanes – ok. 325 km), która przecina środek Ekwadoru. Jest ich tutaj ponad 70 (w tym 27 aktywnych). Za nasz pierwszy cel stawiamy sobie Cotopaxi (5897 m n.p.m.). Należy on do najwyższych aktywnych wulkanów świata. Choć pod względem wysokości zajmuje drugie miejsce we wspomnianej alei, jego perfekcyjny, przykryty śniegiem stożek stał się jedną z wizytówek kraju. Wejść na szczyt można jedynie pod opieką wykwalifikowanego przewodnika. My decydujemy się na podejście do granicy lodu – na wysokość ok. 5100 m n.p.m. Najpierw dochodzimy do Schroniska José Ribas (Refugio José Ribas, 4864 m n.p.m.), gdzie wzmacniamy się gorącą czekoladą. Tego dnia na szlaku jest zadziwiająco dużo osób: kilka grup zagranicznych turystów, a także sporo lokalnych rodzin, które pokonują trasę kilkoma pokoleniami. Ze sporym podziwem patrzymy zarówno na kilkuletnie dzieci, jak i starszych mężczyzn. Droga do schroniska nie była dla nas zbyt wyczerpująca, powyżej 5000 m n.p.m. robi się trochę trudniej. Powietrze staje się coraz rzadsze i coraz częściej brakuje mi tchu. Odczuwam lekki ból głowy i nudności. Z wysokością nie ma żartów.

 

Kolejnym przystankiem podczas naszej wyprawy jest jezioro Quilotoa (ok. 3800 m n.p.m.) znajdujące się w kalderze wygasłego wulkanu o tej samej nazwie (3914 m n.p.m.). Jego wody przybierają w popołudniowym słońcu barwę szmaragdowoturkusową. To wyjątkowo malownicze miejsce – idealne na krótki odpoczynek i odnowienie sił przed spotkaniem z Chimborazo. Jeszcze na początku XIX stulecia ten wygasły wulkan o wysokości 6263,47 m n.p.m. uważany był za najwyższy szczyt na ziemi. Właśnie wtedy (w 1802 r.) próbował wspiąć się na niego słynny niemiecki badacz Alexander von Humboldt. Nie udało mu się zdobyć wierzchołka (dotarł na 5875 m n.p.m.), w trakcie swojej wspinaczki zaobserwował jednak piękną harmonię następujących tu po sobie pięter roślinności. Dziś Chimborazo wciąż figuruje w księdze ziemskich rekordów – ze względu na położenie blisko równika szczyt wulkanu jest najbardziej oddalonym od jądra Ziemi punktem na naszej planecie. Kiedy dojeżdżamy do bramy parku (Reserva de Producción de Fauna Chimborazo) usytuowanej na zboczach wulkanu, dostrzegamy niewielkie stado wikunii andyjskich. To jeden z czterech gatunków z rodziny wielbłądowatych występujących w Andach. Najpopularniejszym jest oczywiście lama. Pozostałe to alpaka i gwanako andyjskie (guanako).

 

Wzdłuż Alei Wulkanów w wielu rejonach wytryskują gorące źródła, w których można zrelaksować się po męczących wędrówkach w Andach. Najpopularniejszym miejscem do zażywania kąpieli jest tutaj niewielkie miasteczko Baños de Agua Santa, w skrócie Baños. To też jeden z ulubionych celów wypraw młodych podróżników, ponieważ w okolicy miejscowości czeka spora liczba atrakcji. Mają oni w czym wybierać: od licznych wodospadów, przez zjazdy na tyrolce i skoki na bungee, aż po słynną huśtawkę na końcu świata z widokiem na aktywny wulkan Tungurahua o wysokości 5023 m n.p.m. (jego nazwa w języku keczua oznacza Gardziel Ognia).

 

KOLONIALNA CUENCA

Ostatnim punktem na trasie naszej ekwadorskiej podróży jest malowniczo położona wśród andyjskich szczytów 400-tysięczna Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca, w skrócie Cuenca. To trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru (po Guayaquil i stołecznym Quito), przez wielu uważane za najpiękniejsze i najbardziej europejskie. Niektórzy porównują je nawet do słynnego peruwiańskiego Cusco (Cuzco). Ze względu na zabytkową zabudowę jego historyczna część została wpisana w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Zwiedzanie zaczynamy od serca niezmiernie klimatycznej Cuenki – Parku Calderón (Parque Calderón), gdzie podglądamy codzienne życie mieszkańców i podziwiamy imponujący budynek Nowej Katedry (Catedral Nueva). Większość miast w Ekwadorze wydała nam się dość chaotyczna i niepoukładana. To jest pod tym względem wyjątkiem (obok Quito). Gubimy się w labiryncie wąskich uliczek i przyglądamy się zadbanym kamieniczkom. Spotykamy tu wyjątkowo dużo osób z Europy i USA. Niektórzy, tak jak my, są w mieście jedynie przejazdem. Inni odnaleźli w nim swoje miejsce na ziemi. Ekwador to mały wielki kraj – mówi nam Anne z Holandii, która mieszka tutaj już od dwóch lat. Kiedy nudzi mi się duże miasto, pakuję plecak i wybieram się w góry. Gdy brakuje mi słońca, znów ruszam w drogę i po kilku godzinach znajduję się na wybrzeżu. I do tego niemal wszędzie jest tak zielono! Mam tu wszystko na wyciągniecie ręki!

 

Artykuły wybrane losowo

Sardynia i Korsyka po dwóch stronach lustra

BEATA GARNCARSKA

<< W basenie Morza Śródziemnego, w odległości ok. 200 km od Europy kontynentalnej, znajdują się dwie niesamowite wyspy, dla których niejeden podróżnik stracił głowę. Mowa o włoskiej Sardynii i francuskiej Korsyce. Pierwsza kusi łagodnymi wzgórzami, zielonymi wiosną, żółciejącymi latem, nadbrzeżnymi lagunami, leniwie płynącymi rzekami oraz górami o zaokrąglonych wierzchołkach. Druga natomiast fascynuje strzelistymi szczytami sięgającymi obłoków i lasami pokrywającymi prawie całą jej powierzchnię niczym peleryna. Choć z pozoru tak różne, obie przez stulecia walczyły o swoją tożsamość, opierając się zakusom kolejnych kolonizatorów. >>

Więcej…

Australia – świat do góry nogami

LIDIA MIKOŁAJEWSKA

 

<< Gdy w 2006 r. hinduski reżyser Harry Baweja kręcił sceny do filmu „Love Story 2050”, przyznał w wywiadzie, że południe Australii stanowi znakomity plener zdjęciowy do jego obrazu. Właśnie tu znalazł wszystko to, czego potrzebował: wielkie miasto i małe miasteczko, czerwoną pustynię i słone jezioro, a nawet piękną wyspę. A to przecież jedynie część tego, co ma nam do zaoferowania ten najmniejszy i najbardziej odmienny kontynent świata. Witajcie po drugiej stronie globu! >>

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Dwunastu Apostołów - wapienne kolumny w Parku Narodowym Port Cambell

 

Trzeba przyznać, że w Australii jest coś urzekającego i fascynującego. To prawdziwie filmowy kraj – ogromne i dzikie przestrzenie, ciągnące się po horyzont drogi i bezdroża, piaszczyste plaże i lasy deszczowe, nasłonecznione stoki i pastwiska czy wypalone pustynie… Na dodatek tylko tu ewolucja ssaków przebiegła inaczej niż na całej planecie, dzięki czemu rozwinęły się i przetrwały do naszych czasów gatunki stekowców i torbaczy – dziobaki, kolczatki, wombaty, koale czy kangury.

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018