HANNA BORA 

www.sledznas.com

 

<< Ekwador, mający powierzchnię zbliżoną do Polski (niemal 284 tys. km²), to jeden z najmniejszych krajów Ameryki Południowej. Dla wielu turystów wciąż pozostaje ukryty w cieniu większych sąsiadów – Peru i Kolumbii. Dzieje się tak zupełnie niesłusznie. Ekwador zadziwia ogromną różnorodnością krajobrazów. Mieszkańcy często powtarzają, że tylko tutaj można rano obudzić się wśród odgłosów tropikalnego lasu, popołudnie spędzić u stóp ośnieżonych andyjskich szczytów, a wieczorem zrelaksować się przy szumie oceanu. >>

 

Ten nieduży kraj zachwyci z pewnością miłośników przyrody. Mogą podążyć w nim szlakiem wybitnych badaczy takich jak Anglik Karol Darwin (1809–1882) czy Niemiec Alexander von Humboldt (1769–1859). Wyróżniono tu 46 ekosystemów, które tętnią życiem. Na terenie Ekwadoru występuje aż 25 tys. gatunków roślin, co stanowi 10 proc. flory na świecie. Do tego dodać jeszcze trzeba blisko 1,3 tys. gatunków ptaków (ok. 15 proc. wszystkich endemicznych gatunków ptaków na naszym globie), 1550 gatunków ssaków, 350 gatunków gadów i 375 gatunków płazów. Kiedy popatrzymy, jak niewiele miejsca na mapie zajmuje terytorium tego państwa, podane liczby robią wielkie wrażenie.

 

Hiszpańska nazwa kraju, Ecuador, oznacza równik. Ekwadorczycy zrobili z najdłuższego równoleżnika Ziemi znak firmowy. Są niezmiernie dumni z położenia swojej ojczyzny. W końcu nie wszędzie można stanąć jednocześnie zarówno na północnej, jak i południowej półkuli. Dla niektórych turystów jednak równik okazuje się dość zwodniczy. Spodziewają się tutaj tropikalnych upałów. Nie biorą pod uwagę drugiego czynnika, który znacząco wpływa na pogodę – wysokości. Ekwador to kraj wybitnie górzysty. Cały jego środek zajmują piętrzące się z północy na południe Andy. Ten region określa się jako Sierra (góry). Na zachodzie rozciąga się wybrzeże Pacyfiku, czyli Costa, a na wschodzie leży Amazonia, znana pod nazwą Oriente.

 

W KRÓLESTWIE ZWIERZĄT

Największy skarb Ekwadoru znajduje się jednak niemal 1 tys. km od jego kontynentalnego wybrzeża. Galapagos to niezwykły archipelag składający się z 19 większych wysp oraz setek wysepek i skał. Wyjątkowość tego miejsca nie wynika jedynie z piękna krajobrazu. Nigdzie indziej na naszej planecie nie da się być tak blisko dziko żyjących zwierząt, i to absolutnie nietypowych, w wielu przypadkach endemicznych. Obecność człowieka nie robi na nich żadnego wrażenia, co najwyżej wzbudza w nich chwilową ciekawość. Czasami trudno zachować tu przepisową odległość 2 m. Wystarczy moment nieuwagi, aby nadepnąć na legwana lądowego lub potknąć się o śpiącą uszankę galapagoską. 

 

Niektórzy utrzymują, że to Inkowie jako pierwsi dotarli na Galapagos. Nie ma jednak żadnych pisemnych dowodów, które potwierdziłyby tę hipotezę. Dla Europejczyków archipelag odkrył w marcu 1535 r. biskup Panamy Tomás de Berlanga (1487–1551). O odkryciu zadecydował przypadek. Po drodze z Panamy do Peru (Limy) statek przewożący Hiszpana porwał silny prąd morski, który doprowadził go do brzegu odległych wysp. Wymęczeni członkowie załogi wybrali się na poszukiwanie wody. Nowe tereny okazały się jednak wyjątkowo nieprzyjazne i suche. Tym większe było ich zdziwienie, kiedy spotkali sporą liczbę nie chowających się przed nimi zwierząt, w tym ogromne żółwie słoniowe. Podobno ich potężne skorupy przypominały odkrywcom siodło, określane słowem galápago, które oznacza także żółwia. Właśnie w taki sposób Islas Galápagos, czyli Wyspy Żółwie, trafiły na mapę. 

 

Przez wiele lat archipelag nie wzbudzał większego zainteresowania. Odwiedzali go przede wszystkim brytyjscy piraci, którzy stworzyli tu swoją bazę wypadową i zaopatrzeniową. Zabierane na statki ogromne żółwie służyły im jako źródło mięsa, wody i tłuszczu. Pod koniec XVII w. na wyspy trafili również wielorybnicy, którzy kontynuowali dziesiątkowanie populacji miejscowych zwierząt. Los Galapagos odmienił się dopiero w XIX stuleciu, a dokładniej we wrześniu 1835 r., kiedy przybył tutaj statek HMS Beagle z młodym Karolem Darwinem na pokładzie. W trakcie swojej krótkiej wizyty (ponad miesięcznej) brytyjski badacz poczynił wiele obserwacji. Pomogły mu one m.in. w opracowaniu teorii ewolucji. Tak odległe Wyspy Żółwie zyskały ogólnoświatową sławę. W 1959 r. utworzono park narodowy obejmujący ponad 97 proc. archipelagu, a 19 lat później miejsce wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Dziś Galapagos rozbudza wyobraźnię tysięcy osób na całym świecie. Któż nie marzy o spacerze po pięknej plaży w towarzystwie zabawnych uszanek i legwanów przypominających smoki lub o pływaniu w oceanie z delfinami, żółwiami i pingwinami? Pobyt w tym raju na ziemi kosztuje jednak niemałe pieniądze. Ta ekskluzywność archipelagu ma w pewien sposób ochronić jego delikatny ekosystem przed zniszczeniem. Większość miejsc można odwiedzić jedynie z przewodnikiem, a czas wizyty jest ściśle regulowany. Najlepszym sposobem na odkrywanie Galapagos będzie kilkudniowy rejs. To dość kosztowna przyjemność, dlatego wiele osób decyduje się na samodzielne zwiedzanie polegające na przemieszczaniu się szybkimi łódkami między trzema głównymi wyspami: Santa Cruz, Isabelą i San Cristóbal.

 

Kiedy nasz samolot ląduje na lotnisku na Baltrze (Aeropuerto Seymour), wzdłuż pasa startowego przechadza się dostojny, zielony legwan. Jadąc autobusem do głównego miasta Santa Cruz (i całego archipelagu), blisko 15-tysięcznego Puerto Ayora, podziwiamy przez okno olbrzymie żółwie kryjące się w wysokiej trawie tuż obok asfaltu. Na targu patrzymy, jak wokół stanowisk rybaków awanturują się pelikany. Oczekiwanie na prom na San Cristóbal umila nam obserwowanie dwóch uszanek, które ucinają sobie drzemkę na ławce obok. W trakcie kolejnych dni możemy podpatrywać zabawne głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, fregaty wielkie i albatrosy galapagoskie. Zaglądamy też pod wodę i pływamy z delfinami, żółwiami, płaszczkami, a nawet rekinem! Na Galapagos zwierzęta są wszędzie. Nie trzeba ich tropić ani wypatrywać z lornetką. I rzeczywiście w ich zachowaniu nie widać strachu przed człowiekiem. Jedynie piękne, kolorowe kraby czasem zaniepokoją się hałasem i schowają między skałami.

 

Galapagos to niezwykle różnorodny archipelag. Jedne wyspy są płaskie jak stół, inne – górzyste. Jedne witają surowym, wręcz księżycowym krajobrazem, inne zaskakują bujną zielenią. Zwierzęta wybierają dla siebie te warunki, które najbardziej im odpowiadają. Dlatego przed podróżą warto sprawdzić, gdzie występują interesujące nas gatunki. Choć symbolem Galapagos są gigantyczne żółwie, nie zobaczymy ich wszędzie. Obecnie na archipelagu spotyka się 10 z 15 podgatunków żółwi słoniowych. Różnią się między sobą kształtem i rozmiarem pancerza. Pozostałe 5 uchodzi już za wymarłe. Kilka lat temu całym światem wstrząsnęła historia Samotnego George’a (Solitario George) – ostatniego przedstawiciela żółwi z wyspy Pinta. Uważany był za jedno z najrzadszych stworzeń na ziemi. Przez wiele lat pracownicy Stacji Badawczej im. Charlesa Darwina (Charles Darwin Research Station) szukali mu partnerki, aby przedłużyć ten podgatunek, niestety bezskutecznie. Opiekun znalazł nieżywego George’a 24 czerwca 2012 r. Jego śmierć oznacza wyginięcie podgatunku z Pinty.

 

Kilka wieków temu archipelag Galapagos zamieszkiwały najprawdopodobniej setki tysięcy ogromnych żółwi słoniowych. Niestety, wiele z nich zginęło w wyniku działań człowieka, nie tylko na skutek polowań, ale też w efekcie wprowadzenia na wyspy nowych zwierząt. Psy i szczury wyjadają żółwie jaja. Przez żarłoczne kozy brakuje pożywienia. Choć od wielu lat olbrzymie galapagoskie gady są pod ochroną, wciąż zdarzają się przypadki kłusownictwa. Dwa tygodnie po tym, jak opuściliśmy archipelag, dowiedzieliśmy się, że we wrześniu 2018 r. skradziono 123 młode żółwie z jednego z ośrodków hodowlanych na Isabeli (Centro de Crianza de Tortugas Terrestres „Arnaldo Tupiza Chamaidan”). Podejrzewa się, że trafią na rynek azjatycki. Galapagos nadal pozostaje przyrodniczym rajem, jednak coraz trudniej jest chronić go przed wpływami świata zewnętrznego i zmianami, które zachodzą na nim samym.

 

Młoda uszanka galapagoska pod opieką dorosłej

© JacekŚledziński

 

STOLICA NA WYSOKOŚCI

Po intensywnym tygodniu spędzonym na niezwykłych wyspach wracamy do Quito. Otoczone wulkanami 2-milionowe miasto leży na średniej wysokości 2850 m n.p.m. Dlatego uznaje się je za najwyżej położoną stolicę na świecie. Często mylnie określa się w ten sposób La Paz w Boliwii (mniej więcej 3625 m n.p.m.). Rzeczywiście znajduje się w nim siedziba rządu i prezydenta, ale konstytucyjną stolicą jest Sucre.

 

Znaczna wysokość daje się we znaki, kiedy spacerujemy stromymi uliczkami historycznej części Quito. Postanawiamy chwilę odpocząć na głównym placu miasta – Plaza de la Independencia (Plaza Grande). Pod rozłożystymi palmami i pokrytymi różowofioletowymi kwiatami drzewami kładzie się przyjemny cień. Podziwiamy monumentalną Katedrę Metropolitalną (Catedral Metropolitana y Primada de Quito) i imponującą oficjalną rezydencję prezydenta (Palacio de Carondelet). Wokół nas panuje typowy miejski gwar. Uliczni sprzedawcy zachwalają swoje przysmaki i kolorowe wyroby. Dzieci z radością gonią gołębie wokół fontanny. Pod arkadami budynków stanowiska mają liczni pucybuci, a ich klienci czytają poranne gazety. 

 

Historyczne serce Quito skrywa wiele perełek architektury kolonialnej, w tym jeden z najwspanialszych obiektów sakralnych całej Ameryki Południowej – Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús). W zachwyt wprawia już jego bogato rzeźbiona barokowa fasada. Jeszcze większe wrażenie robi wręcz ociekające złotem wnętrze świątyni. Zabytkowa zabudowa ekwadorskiej stolicy trafiła w 1978 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako jeden z pierwszych 12 obiektów. Znalazła się w tym gronie razem z wyspami Galapagos, a także krakowskim Starym Miastem i kopalnią soli w Wieliczce. 

 

Późnym popołudniem znajomi zabierają nas na wzgórze El Panecillo (z hiszp. Mały Chlebek). Na jego szczycie stoi posąg skrzydlatej Matki Boskiej (Virgen de Quito, Virgen de El Panecillo), która zdaje się chronić Quito i pozdrawiać jego mieszkańców gestem wyciągniętej dłoni. To jeden z najlepszych punktów widokowych w stolicy. Spoglądamy na gęstą plątaninę uliczek zabytkowego centrum, strzeliste wieżowce dzielnicy finansowej i niskie, kolorowe domy biedniejszej części miasta. W pogodny dzień można dostrzec stąd również ośnieżone szczyty wulkanów.

 

 Ze wzgórza El Panecillo turyści mogą podziwiać wspaniałą panoramę ekwadorskiej stolicy

© JacekŚledziński

 

MAGICZNY LAS

Z Quito ruszamy na północ, prawie pod samą granicę z Kolumbią. Wąską szutrówką pniemy się na wysokość ponad 3500 m n.p.m. Temperatura znacznie spada. Tuż przed zmierzchem dojeżdżamy do Polylepis Lodge na skraju Rezerwatu Ekologicznego El Ángel (Reserva Ecológica El Ángel). Po wyjściu z samochodu zaczynamy lekko trząść się z zimna, więc wyciągamy kolejne ubrania. Przyjechaliśmy tu na zaproszenie naszego znajomego, Juana, który zapewnia nas, że to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Choć jesteśmy nastawieni trochę sceptycznie, rano przekonujemy się, iż nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Momentami wydaje się nam, że znaleźliśmy się na innej planecie.

 

Po śniadaniu ruszamy na spacer do magicznego lasu o dziwnie powykręcanych drzewach z rodzaju Polylepis. Często nazywa się je także drzewami z papieru, ponieważ mają wiele cienkich warstw silnie łuszczącej się kory. Są typowe dla krajobrazu andyjskiego, nigdzie jednak nie znajdziemy ich tak dużo jak na północy Ekwadoru. Wędrujemy ścieżką, a pokryte mchem gałęzie tworzą nad nami swoisty labirynt. Mijamy urokliwe jeziorko, liczne strumyki i wodospad. Mamy wrażenie, że zaraz zza krzaków wyskoczą elfy lub inne baśniowe stworzenia.

 

Tam, gdzie kończy się zaczarowany las, zaczyna się páramo. To specyficzny ekosystem występujący w Andach na wysokości powyżej 3000 m n.p.m., ale poniżej granicy lodu. Charakteryzuje go duża wilgotność, pełni on funkcję specyficznej gąbki i gromadzi zapasy wody. Najważniejszym elementem krajobrazu jest tu nietypowa roślina – frailejón (Espeletia pycnophylla). Z wyglądu przypomina trochę kaktusa zwieńczonego bujną czupryną. Przed nami rozciąga się całe morze frailejones, ciągną się aż po horyzont. Chłoniemy ten widok tak długo, aż przykrywa go mgła.

 

 Osobliwe drzewa z papieru tworzą prawdziwie baśniową scenerię na północy Ekwadoru

 © JacekŚledziński

 

SŁYNNY TARG AMERYKI POŁUDNIOWEJ 

W drodze powrotnej do Quito nie możemy nie zatrzymać się w Otavalo. To jeden z obowiązkowych przystanków podczas podróży po Ekwadorze. Malowniczo położone, 40-tysięczne miasto otaczają trzy wulkany: Imbabura (4609 m n.p.m.), Cotacachi (4944 m n.p.m.) i Mojanda (4263 m n.p.m.). Największą atrakcją jest tutaj słynny kolorowy targ rękodzieła. Odbywa się codziennie na Plaza de los Ponchos (Mercado Centenario), ale najlepiej odwiedzić go w sobotę (od 7.00 do 18.00), gdy rozlewa się na okoliczne ulice i place. Można na nim znaleźć wszystko: ubrania, koce, dywany, hamaki, torby, plecaki, biżuterię, ceramikę… Od mnogości kolorów i wzorów łatwo dostać oczopląsu. To idealne miejsce, żeby zaopatrzyć się w oryginalne pamiątki z podróży i poćwiczyć swoje zdolności negocjacyjne. Dla tutejszych mieszkańców sobota stanowi dzień handlowy. Nie mniej ważny od targu rękodzieła jest targ zwierzęcy, na którym nie ma stoisk, a na sprzedaż wystawiane są konie, krowy, lamy i świnki morskie (kawie domowe).

 

W okolicach Otavalo znajduje się wiele małych wiosek rozsianych na zboczach Andów, gdzie rdzenni mieszkańcy oprócz hiszpańskiego posługują się językiem keczua i pielęgnują tradycyjne zwyczaje. Trafiamy do takiej niewielkiej społeczności – 70 rodzin mieszka tu z widokiem na imponujący wulkan Imbabura. Naszą gospodynią jest Virginia. Ma 37 lat, dwie nastoletnie córki i dwuletniego syna o pięknym, kruczoczarnym warkoczu, który wystaje mu spod małego kapelusza. Rano idziemy zbierać kukurydzę. Z lekkim zdziwieniem patrzymy na jej strój. Ma na sobie białą, ręcznie wyszywaną bluzkę, ciemną spódnicę zdobioną kolorowym pasem, a na rękach i szyi złote i pomarańczowe koraliki. Naszym zdaniem wygląda pięknie i odświętnie. To tradycyjny strój kobiet w okolicach Otavalo. Zawsze tak pracuję. Moje córki noszą spodnie i kolorowe koszulki, ale ja nie mam innych ubrań – wyjaśnia nam ze śmiechem.

 

Po południu ruszamy zebrać warzywa na kolację. Każdy z nas ma swój kawałek ziemi. U mnie rosną buraki, brokuły, kalafior i cukinia. Moja sąsiadka przynosi mi marchewkę i się wymieniamy. Rzeczywiście, po chwili pojawia się Susana z zawiniętą w chustę wnuczką na plecach. Kobiety chwilę rozmawiają i umawiają się na wieczorną sesję haftowania w szkolnej świetlicy. Przy pożegnaniu Virginia poleca nam jeszcze, żebyśmy odwiedzili warsztaty jej znajomych. José ma tradycyjny zakład tkacki, rodzina w San Rafael wyplata najlepsze maty i meble, a Fausto tworzy muzyczne instrumenty i wydobywa z nich piękne dźwięki.

Kobieta na polu kukurydzy w okolicy Otavalo

© Jacek Śledzińsi

 

 

PRZYGODA W AMAZONII

Po powrocie do Quito postanawiamy na chwilę zmienić otoczenie i spełnić marzenie o przygodzie w tropikalnym lesie. Myśl o Amazonii od lat rozbudzała naszą podróżniczą wyobraźnię. Bramą do tego regionu w Ekwadorze jest 35-tysięczna Tena – stolica prowincji Napo, położona nad rzeką o tej samej nazwie (wpadającą do Napo, jednego z dopływów Amazonki). Okolice toną w bujnej zieleni, między gałęziami drzew można zobaczyć tutaj małpy i papugi. Trudno jednak zapomnieć o cywilizacji, kiedy ma się świadomość, iż w odległości zaledwie kilku kilometrów ciągnie się asfaltowa droga gładka jak stół. Wiemy, że musimy się wybrać dalej. Naszym celem jest Park Narodowy Yasuní.

 

Według naukowców Yasuní to jedno z najbardziej bioróżnorodnych miejsc na świecie. Wilgotny las równikowy charakteryzujące go ogromne bogactwo fauny i flory zawdzięcza swojemu położeniu. Leży na równiku, na pograniczu Andów i Niziny Amazonki. Obecnie teren parku zajmuje ponad 10 tys. km2. Aby do niego dotrzeć, dojeżdżamy do sennego i upalnego 50-tysięcznego miasta Puerto Francisco de Orellana, nazwanego tak na cześć odkrywcy, który wraz z grupą konkwistadorów jako pierwszy przepłynął Amazonkę od jej górnego biegu aż do Oceanu Atlantyckiego (w 1542 r.). Miejscowość znana jest też pod znacznie krótszą nazwą – Coca. Na miejscu zostawiamy samochód i wchodzimy na pokład łodzi motorowej, którą płyniemy w górę rzeki Napo. Czujemy spore podekscytowanie, krajobrazy okazują się jednak dość monotonne. Po dwóch godzinach docieramy do granicy parku narodowego i przesiadamy się do niedużego czółna, którym wpływamy w wąski kanał. Sceneria zmienia się diametralnie. Wokół panuje cisza przerywana jedynie uderzeniami wiosła o wodę i trzepotem skrzydeł przestraszonych ptaków. Po 15 minutach wypływamy na piękne jezioro Garzacocha, w którego wodach odbija się bujna roślinność. Chwilę później jesteśmy już w La Selva Amazon Ecolodge & Spa, gdzie mamy spędzić cztery noce.

 

Amazonia onieśmiela. Każdy jej centymetr zdaje się tętnić życiem. Człowiek czuje się lekko zagubiony w tej plątaninie zieleni. Po zmroku rozlega się istna kakofonia dźwięków. Wsłuchujemy się w nią w milczeniu, starając się odróżnić znajome odgłosy. Dookoła nas panuje absolutna ciemność. Następnego dnia o 6.00 spotykamy się z naszym przewodnikiem Sixto. Jest niewysoki, śniady. Ma ponad 60 lat, ale kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniec. Czasami nadaje takie tempo, że ledwie możemy go dogonić. Las to jego dom. Zna ścieżki zwierząt, wie, którędy przechodzą, rozpoznaje każdy szelest. Kiedy pływamy czółnem po jeziorze, nad głowami przelatują nam piękne, kolorowe papugi. Gdzieś między gałęziami wypatrujemy tukana. Spotykamy również żółwie, czaple, przedziwne hoacyny (kośniki czubate), które ze względu na swój charakterystyczny irokez przypominają nam koguty. Dopływamy do brzegu i zanurzamy się w głąb parującej gęstwiny. Sixto nakazuje, żebyśmy byli cicho. Po chwili pokazuje nam malutkie pigmejki karłowate. Są przeurocze i możemy przyjrzeć się im z bliska. Ja nie mogę jednak oderwać wzroku od rozpromienionej twarzy naszego przewodnika. Choć spotyka te zwierzęta codziennie, patrzy na nie z nieskrywaną radością i czułością. Tak samo reaguje, kiedy udaje nam się wytropić leniwca.

 

Okolice Parku Narodowego Yasuní to miejsce, gdzie nie tylko rozwinęły się tysiące gatunków flory i fauny, ale także mieszka wiele rodzin z grup etnicznych Keczua i Huaorani (Waorani). Żyją tu w niewielkich społecznościach i pielęgnują zwyczaje przodków. Część z nich przyjmuje turystów, aby pokazać im swoje tradycje i opowiedzieć o życiu w głębi lasu tropikalnego. Niektórzy jednak muszą opuścić zamieszkiwane tereny i przenieść się do miasta. Yasuní rozpala wyobraźnię nie tylko miłośników przyrody, ale też – niestety – właścicieli koncernów naftowych. Złoża ropy na obszarze parku szacowane są na aż ok. 1,7 mld baryłek. Były prezydent kraju (w latach 2007–2017) Rafael Correa dał światu ultimatum – ogłosił, że zrezygnuje z wierceń w tej okolicy, jeśli międzynarodowa społeczność wypłaci Ekwadorowi rekompensatę. Plan się nie powiódł. Wydobywanie ropy w rejonie parku się rozpoczęło. Politycy i przedstawiciele firm przekonują, że starają się prowadzić prace tak, aby środowisko kosztowały one jak najmniej. Dla niektórych mieszkańców amazońskiej puszczy ta cena może się jednak okazać zbyt wysoka.

 

ALEJA WULKANÓW

Z Amazonii wracamy w majestatyczne Andy. Trasę naszej wyprawy wytycza słynna Aleja Wulkanów (Avenida de los Volcanes – ok. 325 km), która przecina środek Ekwadoru. Jest ich tutaj ponad 70 (w tym 27 aktywnych). Za nasz pierwszy cel stawiamy sobie Cotopaxi (5897 m n.p.m.). Należy on do najwyższych aktywnych wulkanów świata. Choć pod względem wysokości zajmuje drugie miejsce we wspomnianej alei, jego perfekcyjny, przykryty śniegiem stożek stał się jedną z wizytówek kraju. Wejść na szczyt można jedynie pod opieką wykwalifikowanego przewodnika. My decydujemy się na podejście do granicy lodu – na wysokość ok. 5100 m n.p.m. Najpierw dochodzimy do Schroniska José Ribas (Refugio José Ribas, 4864 m n.p.m.), gdzie wzmacniamy się gorącą czekoladą. Tego dnia na szlaku jest zadziwiająco dużo osób: kilka grup zagranicznych turystów, a także sporo lokalnych rodzin, które pokonują trasę kilkoma pokoleniami. Ze sporym podziwem patrzymy zarówno na kilkuletnie dzieci, jak i starszych mężczyzn. Droga do schroniska nie była dla nas zbyt wyczerpująca, powyżej 5000 m n.p.m. robi się trochę trudniej. Powietrze staje się coraz rzadsze i coraz częściej brakuje mi tchu. Odczuwam lekki ból głowy i nudności. Z wysokością nie ma żartów.

 

Kolejnym przystankiem podczas naszej wyprawy jest jezioro Quilotoa (ok. 3800 m n.p.m.) znajdujące się w kalderze wygasłego wulkanu o tej samej nazwie (3914 m n.p.m.). Jego wody przybierają w popołudniowym słońcu barwę szmaragdowoturkusową. To wyjątkowo malownicze miejsce – idealne na krótki odpoczynek i odnowienie sił przed spotkaniem z Chimborazo. Jeszcze na początku XIX stulecia ten wygasły wulkan o wysokości 6263,47 m n.p.m. uważany był za najwyższy szczyt na ziemi. Właśnie wtedy (w 1802 r.) próbował wspiąć się na niego słynny niemiecki badacz Alexander von Humboldt. Nie udało mu się zdobyć wierzchołka (dotarł na 5875 m n.p.m.), w trakcie swojej wspinaczki zaobserwował jednak piękną harmonię następujących tu po sobie pięter roślinności. Dziś Chimborazo wciąż figuruje w księdze ziemskich rekordów – ze względu na położenie blisko równika szczyt wulkanu jest najbardziej oddalonym od jądra Ziemi punktem na naszej planecie. Kiedy dojeżdżamy do bramy parku (Reserva de Producción de Fauna Chimborazo) usytuowanej na zboczach wulkanu, dostrzegamy niewielkie stado wikunii andyjskich. To jeden z czterech gatunków z rodziny wielbłądowatych występujących w Andach. Najpopularniejszym jest oczywiście lama. Pozostałe to alpaka i gwanako andyjskie (guanako).

 

Wzdłuż Alei Wulkanów w wielu rejonach wytryskują gorące źródła, w których można zrelaksować się po męczących wędrówkach w Andach. Najpopularniejszym miejscem do zażywania kąpieli jest tutaj niewielkie miasteczko Baños de Agua Santa, w skrócie Baños. To też jeden z ulubionych celów wypraw młodych podróżników, ponieważ w okolicy miejscowości czeka spora liczba atrakcji. Mają oni w czym wybierać: od licznych wodospadów, przez zjazdy na tyrolce i skoki na bungee, aż po słynną huśtawkę na końcu świata z widokiem na aktywny wulkan Tungurahua o wysokości 5023 m n.p.m. (jego nazwa w języku keczua oznacza Gardziel Ognia).

 

KOLONIALNA CUENCA

Ostatnim punktem na trasie naszej ekwadorskiej podróży jest malowniczo położona wśród andyjskich szczytów 400-tysięczna Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca, w skrócie Cuenca. To trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru (po Guayaquil i stołecznym Quito), przez wielu uważane za najpiękniejsze i najbardziej europejskie. Niektórzy porównują je nawet do słynnego peruwiańskiego Cusco (Cuzco). Ze względu na zabytkową zabudowę jego historyczna część została wpisana w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Zwiedzanie zaczynamy od serca niezmiernie klimatycznej Cuenki – Parku Calderón (Parque Calderón), gdzie podglądamy codzienne życie mieszkańców i podziwiamy imponujący budynek Nowej Katedry (Catedral Nueva). Większość miast w Ekwadorze wydała nam się dość chaotyczna i niepoukładana. To jest pod tym względem wyjątkiem (obok Quito). Gubimy się w labiryncie wąskich uliczek i przyglądamy się zadbanym kamieniczkom. Spotykamy tu wyjątkowo dużo osób z Europy i USA. Niektórzy, tak jak my, są w mieście jedynie przejazdem. Inni odnaleźli w nim swoje miejsce na ziemi. Ekwador to mały wielki kraj – mówi nam Anne z Holandii, która mieszka tutaj już od dwóch lat. Kiedy nudzi mi się duże miasto, pakuję plecak i wybieram się w góry. Gdy brakuje mi słońca, znów ruszam w drogę i po kilku godzinach znajduję się na wybrzeżu. I do tego niemal wszędzie jest tak zielono! Mam tu wszystko na wyciągniecie ręki!

 

Artykuły wybrane losowo

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na Ziemi

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive mamy obszerny artykuł Darka Sepioły, ilustrowany jego niezwykłymi zdjęciami, poświęcony magii wielkiego błękitu. Ten podróżnik, dziennikarz, fotograf i filmowiec, a przede wszystkim znany w Polsce nurek, który spędził pod wodą aż 2 tys. godzin, opowiada o najwspanialszych miejscach na świecie, jakie można znaleźć w głębinach mórz i oceanów. Jego tekst, będący cudowną podróżą po 7 kontynentach, zainspirował nas do przygotowania większego materiału na temat prawdziwych rajów dla miłośników podwodnych przygód. Postanowiliśmy zapytać kilku wybranych ekspertów i pasjonatów nurkowania o ich ulubione, najpiękniejsze miejsca pod wodą na Ziemi, jakie do tej pory odwiedzili. Dzięki nim odbywamy wspaniałą podróż po morskich głębinach…   

Więcej…

Z CZYM KOJARZY SIĘ ARCHIPELAG ZANZIBAR…?

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

To pytanie postawiliśmy trzem wybranym ekspertkom, znającym doskonale ten idylliczny archipelag na Oceanie Indyjskim, nazywany Wyspami Przypraw (Spice Islands), leżący u wybrzeży Afryki Wschodniej i należący do Tanzanii. Co istotne, tworzy go nie tylko popularna w Polsce wyspa Unguja, zwana potocznie Zanzibarem, ale także m.in. zielona, koralowa Pemba, malutka Changuu (Prison Island) z kolonią żółwi olbrzymich przywiezionych na nią w 1919 r. z Seszeli, ekskluzywna i niezmiernie czarująca Mnemba, prywatna Chumbe z otaczającymi ją spektakularnymi rafami czy wreszcie znajdująca się na jego południowym krańcu przepiękna Mafia, będąca prawdziwym rajem dla nurków, wędkarzy, miłośników dziewiczej natury i błogiego relaksu w ciszy i spokoju.    

Więcej…