IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

« Muzyka, taniec, śpiew, piękne góry, źródła wody mineralnej, temperament mieszkańców, doskonałe jedzenie i oczywiście wino – te właśnie rzeczy wymieniają najczęściej osoby pytane o to, co kojarzy im się z Gruzją. Ja do powyższej listy skojarzeń mogę dorzucić jeszcze gruzińskie toasty i ośrodki narciarskie Kaukazu. Czeka tu na nas naprawdę mnóstwo atrakcji. »

Charakterystyczny szczyt Uszba (4710 m n.p.m.), tzw. Matterhorn Kaukazu, w regionie Swanetia

© BESSARIONCHAKHVADZE/ŁUKASZHATŁAS

 

Gruzini kochają swoją ojczyznę i uważają, że jest najpiękniejsza na świecie. Z wielką chęcią przytaczają legendę o jej powstaniu. Według niej kiedy Bóg rozdzielał ziemie między narody, które tłoczyły się niecierpliwie i dopraszały o jak najlepsze tereny, lud gruziński bawił się i pił wino. Gdy Stworzyciel przydzielił terytoria, jego uwagę zwrócili radośni, roześmiani ludzie. Zachwycony ich podejściem do życia postanowił podarować im najpiękniejszą krainę na świecie, którą początkowo miał zostawić sobie. Mówi się, że w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. W Gruzji niemal wszędzie ujrzymy widoki zapierające dech w piersiach. 

 

Po gruzińsku nazwa tego niewielkiego kaukaskiego kraju brzmi Sakartvelo. Oznacza ona ziemię Kartwelów. Według mitologii Gruzini pochodzą od Kartlosa, który miał być praprawnukiem samego Noego.

KIELICHY W GÓRĘ

Gruzja to kraj winem płynący. Wszystkie ważne spotkania, wyzwania, problemy, poważne decyzje poprzedzane są odprężającym kieliszkiem szlachetnego trunku. Zwyczaj picia i wytwarzania wina liczy sobie tutaj tysiące lat i jest prawdopodobnie najstarszy na świecie, co Gruzini z dumą podkreślają. Tradycyjnie przy jego produkcji używa się glinianych amfor o nazwie kwewri. Do zakopanych w ziemi naczyń, czasem mających pojemność nawet kilku tysięcy litrów, wkłada się całe kiście winogron, które przez dwa tygodnie fermentują. Następnie amfory szczelnie się zamyka, aby po dwóch latach uzyskać doceniane przez znawców wino. 

 

Winiarskie tradycje tego kraju powiązane są nieodłącznie z gruzińskimi toastami. Każdy z nich to osobna historia, opowiedziana z lekkim przekąsem, zakończona wyszukaną puentą i głębokim przesłaniem. Wznosić powinien je tzw. tamada, czyli mistrz ceremonii. Przed ucztą zapoznaje się on z informacjami dotyczącymi honorowych gości, aby móc wspomnieć o nich w swoich przemowach. Na każdym spotkaniu musi zostać wygłoszonych kilka najważniejszych toastów. Przede wszystkim należy wypić za przodków. Dla Gruzinów bardzo ważne jest poczucie narodowej tożsamości. Każda przemowa kończy się gromkim Gaumardżos!, co dosłownie oznacza „Za twoje zwycięstwo!” (to odpowiednik naszego Na zdrowie!). Tradycja wznoszenia toastów odgrywała ważną rolę w czasach Imperium Rosyjskiego. Gruzini zbierali się w domach, ucztowali i pili wino. Ten zwyczaj pomagał im przetrwać pod obcymi rządami. Podczas tradycyjnej gruzińskiej supry, czyli uczty, obowiązują niepisane zasady. Przykładowo kielich z winem trzyma się zawsze w prawej dłoni, goście nie wygłaszają toastów, jeśli nie zostali wskazani przez tamadę, nie należy nikogo krytykować. Poza tym niemile widziane jest również doprowadzenie się do upojenia alkoholowego, dlatego warto odpowiednio dawkować sobie posiłki i ilość trunku. Trochę trudniej będzie zachować umiar, kiedy trzeba pić z tradycyjnego rogu – nie da się tego naczynia nie opróżnić za jednym razem, gdyż nie można go odstawić. 

 

W Gruzji występuje ok. 540 gatunków wina. Każdy z nich ma wyjątkowy smak. Za najważniejszy winiarski region uchodzi Kachetia, w której znajduje się ponad 70 proc. upraw winorośli w kraju. Kto nie odwiedził tej wschodniej krainy, nie może powiedzieć, że poznał Gruzję. Tak twierdził Akaki Cereteli (1840–1915), poeta, prozaik i publicysta, uważany za twórcę współczesnego gruzińskiego języka literackiego. Z pewnością miał rację, bo ze względu na swoje położenie, kuchnię, krajobrazy i winiarskie tradycje ten region jest miejscem, które koniecznie trzeba zwiedzić podczas podróży po ojczyźnie Gruzinów.

KRAINA WINA

Znaczną część Kachetii stanowi rozległa dolina, na północy sąsiadująca z dagestańskim Kaukazem, a od południa dochodząca do azerbejdżańskich mokradeł. Stolicą regionu jest blisko 25-tysięczne Telawi, jednak turyści najchętniej odwiedzają niewielką miejscowość malowniczo położoną na zboczu wzniesienia. Górujące nad doliną Sighnaghi, usytuowane na średniej wysokości ok. 790 m n.p.m., nazywane bywa miastem miłości. Rzeczywiście urok tego miejsca skłania do podejmowania romantycznych decyzji. W Sighnaghi koniecznie trzeba przespacerować się pięknie odrestaurowanym historycznym centrum. Warto też odwiedzić muzeum miejskie, w którym obejrzymy m.in. bogaty zbiór dzieł Niko Pirosmaniego (Niko Pirosmanaszwilego). Historia życia tego najwybitniejszego gruzińskiego malarza samouka to świetny materiał na film. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny ze wsi Mirzaani w Kachetii. Żeby zarobić na chleb, m.in. malował szyldy na zlecenie. Swoje dzieła tworzył na tym, co znajdowało się pod ręką: na kartonach, kawałkach blachy, płótnach, deskach. Niestety zmarł również w biedzie w kwietniu 1918 r. w Tbilisi. Plotka głosi, że to właśnie wydarzenie z życia gruzińskiego Nikifora (jak często zwie się w Polsce Niko Pirosmaniego) było inspiracją do powstania w 1982 r. rosyjskiej piosenki Milion purpurowych róż wykonywanej przez Ałłę Pugaczową. Malarz miał podarować ogromne ilości kwiatów pewnej kobiecie, ale aby je zdobyć, musiał sprzedać wszystko. Jak to często bywa, dopiero po śmierci artysty doceniono jego twórczość. Dziś odnalezione w różnych miejscach szyldy Pirosmaniego są bardzo popularne w Gruzji, a motywy z jego obrazów zdobią liczne gruzińskie wnętrza, w tym niemal każdy lokal gastronomiczny. 

 

Podczas wizyty w Kachetii nie sposób nie zajrzeć do słynnego kompleksu Dawit Garedża (Dawid Garedża). Jego nazwę utworzono od imienia pochodzącego z Syrii mnicha Dawida, który w VI w. założył pierwszy monastyr na górze Garedża. Dziś kompleks klasztorny leży na granicy gruzińsko-azerbejdżańskiej (część znajduje się na terenie Azerbejdżanu). W XII stuleciu udał się tutaj po przymusowej abdykacji Dymitr I (ok. 1093–1156), najstarszy syn Dawida IV Budowniczego (1073–1125). To właśnie ten ostatni władca zjednoczył kaukaski naród. Za jego panowania stworzono silną armię, zreformowano Kościół, przeprowadzono zmiany w administracji. Dawid IV był królem tolerancyjnym, dzięki czemu w jego państwie w zgodzie mogli żyć obok siebie muzułmanie, żydzi i chrześcijanie. Za jego czasów rozpoczęła się epoka zwana złotym wiekiem Gruzji, która trwała do XIII stulecia.

 

MIASTO NIEZWYKŁE

Wspomniany Dawid IV ufundował m.in. kompleks klasztorny Gelati, położony ok. 8 km na północny wschód od Kutaisi. Ten wpisany w 1994 r., razem z kutaiską Katedrą Bagrata (usuniętą następnie w 2017 r. z powodu zakończonej rekonstrukcji, która naruszyła historyczną autentyczność obiektu), na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO zabytek koniecznie należy zobaczyć. W przeszłości działała tu akademia nazywana Nową Grecją. To właśnie w niej studiowali wybitni naukowcy i myśliciele. Podobno na terenie kompleksu znajduje się nie tylko grób Dawida IV Budowniczego, ale i (w jakimś sekretnym miejscu) Tamar I Wielkiej (1160–1213) – władczyni, która nosiła tytuł króla królów tak jak jej poprzednicy. 

 

Główną świątynią Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego i Apostolskiego jest wznosząca się w Tbilisi Katedra Sioni. Przechowuje się w niej najcenniejszą relikwię w kraju, czyli krzyż św. Nino, według tradycji zrobiony z dwóch gałązek winorośli splecionych kosmykiem jej włosów. To właśnie z tym krzyżem święta miała głosić nauki Jezusa. Będący pod wrażeniem jej pobożności król Kartlii (dawnej Iberii) Mirian III ustanowił w 337 r. chrześcijaństwo religią państwową (Gruzja stała się drugim chrześcijańskim krajem na świecie, po Armenii). Podczas spaceru po gruzińskiej stolicy z pewnością powinniśmy zajrzeć do Katedry Sioni. 

 

Tbilisi jest wyjątkowym miastem o niepowtarzalnej atmosferze. Wpływa na to m.in. jego położenie na zboczach Małego Kaukazu, nad rzeką Kurą. Stolica Gruzji najpiękniej wygląda nocą, gdy większość najważniejszych obiektów zostaje podświetlona. Na punkcie iluminacji mieszkańcy Tbilisi są pozytywnie zakręceni. Przykładem ich osobliwego zamiłowania jest chociażby otwarty jedynie dla ruchu pieszego Most Pokoju zwany potocznie podpaską, łączący zabytkową część miasta z nowoczesną. Rozświetlają go tysiące diod LED. 

 

Wyjątkowość stolicy przejawia się także w jej wielokulturowości. Znajdują się tu świątynie Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego i Apostolskiego oraz Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, meczet, synagoga i katolicki kościół. Co ciekawe, we wspomnianym meczecie modlą się wyznawcy islamu szyickiego i sunnickiego.

 

W Tbilisi obowiązkowo należy wjechać kolejką gondolową za symboliczne lari pod pomnik Matka Gruzja z 1958 r. usytuowany na szczycie grzbietu górskiego Sololaki. Monumentalny, 20-metrowy posąg przedstawia kobietę, która w jednej ręce trzyma miecz do obrony przed wrogami, a w drugiej puchar wina dla przyjaciół. Rozpościera się stąd niezapomniany, zapierający dech w piersiach widok na miasto. Można dostrzec wspomniany Most Pokoju czy nowoczesny Park Rike z tańczącymi fontannami, a w nim futurystyczną konstrukcję przypominającą wielkie, stalowe rury – to teatr muzyczny i przestrzeń wystawiennicza. Najwyższym wzniesieniem w Tbilisi jest Mtatsminda (770 m n.p.m.). Na tę górę też wjedziemy kolejką (linowo-szynową). Znajdują się na niej wieża telewizyjna, park rozrywki (Mtatsminda Park), restauracje, kawiarnie i sklepy z pamiątkami. 

 

W stolicy warto zatrzymać się na nieco dłużej choćby po to, żeby skorzystać z bogatej oferty klubów nocnych. Aby się zrelaksować, należy udać się do zbudowanych w stylu perskim łaźni siarkowych w Abanotubani. Podczas wizyty w nich można zamówić wino i coś do jedzenia. 

Nad rzeką Kurą leży również inne słynne gruzińskie miasto – Bordżomi. Lecznicze właściwości wody mineralnej Borjomi są znane na całym świecie. Liczne badania udowadniają, że jej skład jest identyczny jak ponad 100 lat temu. Bardzo dba się o to, aby wydobywać taką ilość wody, która nie wyczerpie źródła artezyjskiego wypływającego na wysokości ok. 2300 m n.p.m. nad kurortem Bakuriani. 

Tbilisi z wijącą się przez nie rzeką Kurą (po gruzińsku Mtkwari) poprzecinaną mostami

© GEORGIANNATIONALTOURISMADMINISTRATION

 

Założony w VI w. kompleks monastyrów Dawit Garedża znajduje się na granicy z Azerbejdżanem

© BESSARIONCHAKHVADZE/ŁUKASZHATŁAS

CZARNOMORSKI KURORT

Gruzini żyją pełną piersią i chyba dlatego tak łatwo zakochać się w ich kraju i kulturze. Kochają jeść, tańczyć i śpiewać. Najczęściej ich mocne, głębokie głosy usłyszymy po którymś z kolejnych toastów. Mile widziana jest wymiana repertuaru przy stole. Gruzini nie marnują darów natury. Wytłoki winogronowe wykorzystują do produkcji miejscowego wysokoprocentowego alkoholu. Czacza, bo o niej mowa, ma od 40 do nawet 65 proc. etanolu. Znajdziemy ją na każdym rogu. Jednak z degustacją warto wstrzymać się do czasu natrafienia na sprawdzone źródło. Dobrej jakości czacza domowej produkcji jest smaczna, mocna i nie powoduje zazwyczaj żadnych przykrych dolegliwości następnego dnia.

 

Z produkcji tego alkoholu słynie Adżaria, kraina położona w południowo-zachodniej części kraju, nad Morzem Czarnym. W najsłynniejszym gruzińskim kurorcie, tutejszym 165-tysięcznym Batumi, znajduje się nawet Wieża Czaczy. Ze stojących obok niej dystrybutorów jeszcze kilka lat temu w określonym dniu tygodnia przez 10 minut lał się ten wysokoprocentowy trunek.

 

Batumi, ech, Batumi, herbaciane pola Batumi. Cykadami dźwięczący świt świadkiem był szczęścia chwil. Tekst piosenki Filipinek z 1964 r. nuciło pół Polski (dziś można ją usłyszeć codziennie wieczorem w okolicy śpiewających fontann przy jednym z głównych wejść na batumski bulwar nadmorski). Nic więc dziwnego, że Polacy przyjeżdżający do tego adżarskiego kurortu często rozglądają się za uprawami herbaty. Dla miejscowych, szczególnie tych z młodszego pokolenia, to jednak dość zaskakujące zachowanie, ponieważ po herbacianych polach ślad prawie zaginął. Skąd w ogóle się tutaj wzięły? W drugiej połowie XIX w. w sąsiednim Azerbejdżanie odkryto złoża ropy naftowej i rozpoczęto wydobywać ją na skalę przemysłową. W okolice Baku ściągali zagraniczni inwestorzy i ludzie szukający pracy. Wkrótce ropa, najpierw pociągami, następnie pierwszymi rurociągami zaczęła trafiać do Batumi, które dzięki swojemu położeniu nad Morzem Czarnym stało się oknem na świat. Szybko powstały tu piękne hotele, stylowe kamienice i klimatyczne kawiarnie, a miasto zyskało status kurortu. Ponieważ do pracy przy budowie ropociągów brakowało już rąk, sprowadzono siłę roboczą z Chin. Jak nietrudno się domyślić, wraz z Chińczykami do Batumi trafiła herbata. Herbaciane krzewy szybko przyjęły się w czarnomorskim klimacie. Posadzono je na wzgórzach otaczających portowe miasto. W czasach Związku Radzieckiego pochodzącą stąd herbatę pito we wszystkich krajach bloku wschodniego. Niestety wraz z upadkiem systemu skończył się eksport, a pola straciły na wartości. Dziś szczepy krzewów herbacianych zobaczymy w rozległym Ogrodzie Botanicznym Batumi w pobliskiej miejscowości Mtsvane Kontskhi (Zielony Przylądek). Chodzą słuchy, że uprawa herbaty ma zostać wznowiona. Może piosenka Filipinek znów stanie się zatem aktualna...

 

Batumi to nie tylko popularna miejscowość wypoczynkowa, lecz także stolica Adżarskiej Republiki Autonomicznej, regionu, w którym działają osobne urzędy i parlament (funkcję premiera pełni od lipca 2016 r. Zurab Pataradze). Położone nad Morzem Czarnym miasto stanowi również siedzibę Sądu Konstytucyjnego Gruzji. Od kilku lat kurort ponownie pięknieje, odzyskuje swój dawny blask i nabiera nowoczesnego sznytu. Wybrzeże wprawdzie jest kamieniste, nie zraża to jednak miłośników kąpieli słonecznych, ponieważ na plaży dostępne są wygodne leżaki. Turyści mogą też spędzać czas na zrewitalizowanym starym i niedawno powstałym nowym bulwarze. Wieczorem tutejsze bary, kluby i restauracje tętnią życiem. Na klimatycznym placu Piazza, stylizowanym na włoski rynek z XIX w., wysłuchamy koncertów jazzowych. Niedaleko brzegu morza, w pobliżu budynku Radisson Blu Hotel i diabelskiego młyna przypominającego London Eye, stoi kolejny z symboli Batumi – 130-metrowa Wieża Alfabetu. Jej ażurową konstrukcję oplatają dwa ciągi z 33 literami wyjątkowego pisma gruzińskiego, co przypomina strukturę DNA. Jak mówią sami Gruzini, język jest swoistym kodem genetycznym narodu. W historycznej części Batumi koniecznie należy zajrzeć do jednej z licznych knajpek, żeby spróbować jedynego w swoim rodzaju zapiekanego placka chaczapuri, który w Adżarii podaje się z serem i lekko ściętym jajkiem (żółtko ma symbolizować słońce). Na każdym kroku natkniemy się tu również na tureckie przysmaki (Turcja leży zaledwie 15 km stąd) czy niemieckie, włoskie i ukraińskie restauracje. 

 

Jednym z najbardziej znanych obiektów w mieście jest ruchoma rzeźba Ali i Nino, usytuowana w okolicy nadmorskiego bulwaru. Inspirację do niej stanowiła historia zakazanej miłości gruzińskiej chrześcijanki i muzułmanina z Azerbejdżanu opisana w powieści Ali i Nino autorstwa Lwa Nussimbauma (pseudonim Kurban Said, 1905–1942). Wieczorami co 10 minut para na chwilę splata się w miłosnym uścisku. 

 

Podczas spaceru nabrzeżem po minięciu słynnego batumskiego delfinarium i tańczących fontann dojdziemy do ulicy Lecha i Marii Kaczyńskich, wzdłuż której wyrastają jak grzyby po deszczu nowoczesne kompleksy apartamentowo-hotelowe otaczające oddany do użytku we wrześniu 2016 r. Euphoria Batumi Hotel z klubem nocnym i kasynem. Zarówno w Batumi, jak i w całym kraju znajdziemy wiele polskich akcentów. Od kilku lat Gruzja jest jednym z najpopularniejszych miejsc na wyjazdy turystyczne wśród Polaków. Odkąd pojawiły się połączenia obsługiwane przez tanie linie lotnicze, przybywa ich tu coraz więcej. Zwiększeniu zainteresowania Gruzją sprzyja też brak obowiązku posiadania paszportów przez turystów z Polski. Dziś w wielu miejscach w tym kraju usłyszymy naszą ojczystą mowę. Zresztą ta popularność działa w dwie strony. Jeszcze 10 lat temu kuchni gruzińskiej można było spróbować tylko w paru lokalach w kilku dużych miastach w Polsce. Obecnie chinkali (rodzaj tutejszych pierogów wypełnionych bulionem) przygotowane przez rodowitego Gruzina zjemy również w mniejszych miejscowościach w naszym kraju. 

 

 

JAK POLAK Z GRUZINEM

Mieszkańcy Gruzji darzą polskich turystów nieskrywaną sympatią, która nie maleje od lat. Jest to chyba jedyny kraj na świecie (obok Węgier), gdzie nasz język wywołuje szczery uśmiech na twarzach miejscowych. Na ten stan rzeczy z pewnością wpłynęła sytuacja z sierpnia 2008 r., kiedy podczas trwania konfliktu gruzińsko-osetyjskiego prezydent Lech Kaczyński pomimo wielu przeciwności przybył na wiec w Tbilisi, aby podtrzymać na duchu Gruzinów i zadeklarować swoje poparcie dla ówczesnego gruzińskiego prezydenta Micheila Saakaszwilego. Dla obywateli Gruzji był to bardzo ważny gest. 

 

Jednak to nie jedyna przyczyna, dla której w tym małym kaukaskim kraju jesteśmy pozytywnie postrzegani. Obraz walczącego o wolność, inteligentnego i wykształconego Polaka pojawił się w świadomości Gruzinów już w pierwszej połowie XIX stulecia. Po powstaniu listopadowym w Królestwie Polskim nastąpiła fala zesłań na Kaukaz i Syberię. Zesłańcy znacząco przyczynili się do rozwoju nauki, kultury, sztuki i gospodarki na ziemiach, na których przyszło im żyć. Gruzini o tym doskonale wiedzą i bardzo doceniają ten fakt. Możemy tego doświadczyć na każdym kroku. 

 

 Polacy czują się w Gruzji na tyle dobrze, że coraz częściej inwestują w niej w nieruchomości. Ten trend da się w szczególności zaobserwować właśnie w Batumi. Na polskich stronach internetowych znajdziemy coraz więcej ofert mieszkań, apartamentów i domów do kupienia w tym mieście oraz kontakt do pośredników pomagających w wyborze i załatwianiu kwestii formalnych. Ceny nieruchomości są tutaj wciąż jeszcze znacznie niższe niż w przypadku wybrzeża Bałtyku. Któż nie chciałby zresztą móc odwiedzać Batumi, gdy tylko przyjdzie mu ochota i cieszyć wzroku widokiem falującego Morza Czarnego, zwłaszcza że na wynajmowaniu apartamentu podczas swojej nieobecności ma szansę zarobić.

 

Poza tym w Gruzji można także rozpieszczać podniebienie miejscowymi przysmakami. Pyszna gruzińska kuchnia już dawno podbiła świat. Do jej najbardziej znanych potraw należą chinkali, pierogi z nadzieniem z mięsa, i badridżani (badrijani), grillowane bakłażany z pastą z orzechów włoskich posypane orzeźwiającymi pestkami granatu. Gruzja smakuje kolendrą, świeżym pieprzem i baraniną, pachnie liśćmi laurowymi. Być w tym kraju i nie spróbować chaczapuri, to jak nie zjeść bigosu w trakcie zwiedzania Polski. Placek ten w zależności od regionu różni się dodatkami. Urozmaica się go serem, pastą z czerwonej fasoli czy jajkiem. Gruzińska kuchnia podbije serca amatorów ostrych sosów. Najsłynniejszym z nich jest z pewnością adżika, rozpowszechniona we wszystkich kaukaskich krajach. To paprykowa pasta z dużą ilością czosnku, solą i mieszanką ziół. Stanowi nieodzowny dodatek do zup, większości mięs i sałatek. Dość stałym elementem supry są potrawy przyrządzane z czerwonej fasoli, np. zupa lobio, która przybiera różne formy i konsystencję w zależności od wizji kucharza. Poza tym nie ma chyba wegetarianina nie lubiącego wspomnianych bakłażanowych zawijańców badridżani. To jeden ze smakołyków skłaniających do powrotu do gruzińskiego stołu.

 

KAUKAZ W ŚNIEGU

Jeszcze kilka lat temu niewielu Polaków kojarzyło Gruzję z wyjazdami narciarskimi. Dziś jest ona jednym z coraz częściej wybieranych regionów przez amatorów białego szaleństwa. Za zimową stolicę kraju uchodzi miasteczko Gudauri (2196 m n.p.m.) w regionie Mccheta-Mtianetia, położone w pobliżu szczytu Kazbek (5033,8 m n.p.m.) i masywu Kuro. To jedna z wizytówek Gruzji. Ten rozwijający się kurort narciarski może się pochwalić rozbudowaną, nowoczesną infrastrukturą i bazą noclegową na europejskim poziomie. W jego okolicy znajduje się ponad 57 km tras o różnym stopniu trudności. Warto przybyć tutaj latem, kiedy nie ma tylu tłumów. Możemy wówczas nasycić wzrok zapierającymi dech w piersiach widokami na majestatyczny Kaukaz.

 

Do Gudauri dostaniemy się słynną Gruzińską Drogą Wojenną. Swoją nazwę zawdzięcza ona Rosjanom, którzy w XIX w. zmodernizowali używany od starożytności szlak, aby umożliwić szybkie przerzucanie wojska przez góry. Cała trasa liczy sobie ponad 208 km. Podróż Gruzińską Drogą Wojenną to spotkanie z Wielkim Kaukazem. Kilka kilometrów powyżej Gudauri leży warty zainteresowania punkt widokowy. Rozciąga się z niego przepiękna panorama gór. Znajduje się tu również wzniesiony w 1983 r. pomnik przyjaźni rosyjsko-gruzińskiej – ogromny mural upamiętniający 200-lecie traktatu gieorgijewskiego i prezentujący trudną i złożoną historię relacji między Rosjanami a Gruzinami. Jeśli wspięlibyśmy się samochodem jeszcze wyżej, przekroczylibyśmy Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.). Charakterystycznymi budowlami w pobliskim regionie Tuszetia są osobliwe wieże mieszkalno-obronne.

 

W Gruzji można się z łatwością zatracić. Pisać i opowiadać o niej da się bez końca. To kolorowy kraj muzyki, tańca i śpiewu, pięknych i gościnnych ludzi kochających swoje tradycje, życie i wino. Na zakończenie naszej gruzińskiej podróży wznieśmy więc toast: Przed ścięciem drzewa rosną długo. Wypijmy za te, z których będą zrobione nasze trumny. Oby człowiek mający je zasadzić jeszcze się nie narodził. „Gaumardżos!”. 

 

Artykuły wybrane losowo

Kibic w podróży

ANDRZEJ KLEMBA

WWW.SPORT.PL


W Polsce wielką popularnością cieszy się obecnie reprezentacja piłki nożnej prowadzona przez trenera Adama Nawałkę. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy Polacy powalczą o awans do XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018, które zaplanowano w Rosji. Mecze eliminacyjne odbędą się m.in. w Rumunii, Czarnogórze, Danii i Armenii. Należący do naszej  drużyny narodowej piłkarze grają w najlepszych klubach Europy, np. Bayernie Monachium czy Paris Saint-Germain. Podpowiadamy, gdzie warto pojechać w kolejnych miesiącach, a także co poza stadionami zobaczyć w odwiedzonych miastach.

Więcej…

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Uganda – prawdziwa perła Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Więcej…