MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

 

Ta pierwsza kolonia hiszpańska w Ameryce ma do zaoferowania obecnie wiele wspaniałych atrakcji: pozostałości po Indianach Taino, liczne zabytki architektury kolonialnej, porośnięte bujną roślinnością najwyższe góry Antyli (Kordyliera Środkowa na czele z Pico Duarte), jedne z najpiękniejszych plaż i najlepszych resortów typu all inclusive (w skali całego świata), szalone imprezy karnawałowe (słynny Carnaval Vegano w La Vega), wspaniałą muzykę i tańce (merengue i bachata), wyśmienite trunki i cygara, aromatyczną kawę czy doskonałe pola golfowe. Dominikana to także cudowni ludzie – zawsze uśmiechnięci, cieszący się życiem, przyjaźni, życzliwi, gościnni, rozśpiewani i roztańczeni. Ich dewizą jest no hay problema, czyli nie ma problemu, oraz todo bienwszystko w porządku. Dominikańczycy przywiązują dużą uwagę do swojego wyglądu zewnętrznego (zwłaszcza kobiety). Niezależnie od statusu społecznego i materialnego, każdy chodzi tu schludnie i czysto ubrany. Mieszkańcy Dominikany uwielbiają świętować przy głośnej muzyce, tańcach i śpiewach oraz dobrym jedzeniu i piciu.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

O Dominikańczykach mówi się, że ich dzieci zanim nauczą się dobrze chodzić, znają już podstawowe kroki merengue. Nic w tym dziwnego, bowiem muzyka i taniec są tu wszechobecne – w biurach, szkołach, sklepach, na ulicach, w środkach transportu, domach czy na plażach. Niemal wszędzie słyszy się żywe i radosne rytmy merengue, które wpadają szybko w ucho i wprawiają każdego w dobry nastrój. Dominikana dała też światu, coraz popularniejszą również i w Polsce, spokojną, sentymentalną i romantyczną bachatę. Nie możemy zapominać, że twa dwa rodzaje muzyki korzystają z instrumentów i rytmów dawnych Indian Taino. Wystarczy choćby wspomnieć o używaniu przez współczesnych wykonawców tarki (güira) czy marakasów (maracas). A kim byli ci tajemniczy Tainowie, którym zawdzięczają tak wiele dzisiejsi Dominikańczycy…?  

 

ZIEMIA TAINÓW

Przed przybyciem Hiszpanów na terenie wyspy La Española (dzisiejszych krajów Haiti i Republiki Dominikańskiej) żyli od wielu stuleci Indianie Taino, rdzenni mieszkańcy Karaibów. Ten wymarły prekolumbijski lud dotarł tu z obszarów obecnego wschodniego wybrzeża Wenezueli, głównie ze słynnej delty rzeki Orinoko. Co o nim wiemy w dzisiejszych czasach? Otóż Tainowie zajmowali się głównie rolnictwem, uprawiali m.in. maniok jadalny, ziemniaki, kukurydzę, orzechy ziemne, pieprz, ananasy, bataty, bawełnę czy tytoń. Polowali na małe gryzonie, iguany, pewne gatunki ptaków i węży. Łowili też ryby przy użyciu różnych technik – haczyków, sieci czy trucizn. Wyrabiali również np. czółna (kanu – canoa) mogące pomieścić od 2 do 150 osób (zazwyczaj ok. 15–20), gliniane naczynia, bawełniane hamaki, drewniane krzesła (duho) i łóżka (coyes). Fermentowali maniok, żeby otrzymać napój alkoholowy nazywany uicú lub cusubí. Z mąki pochodzącej z tej rośliny uprawnej (tapioki) wytwarzali casabe de yuca (casabe) – rodzaj cienkiego i okrągłego bezdrożdżowego chleba, wypiekanego na słońcu albo ogniu, który stanowił ważną część ich codziennej diety i który jest do dzisiaj chętnie spożywany w regionie Karaibów (głównie w Republice Dominikańskiej, Wenezueli i na wschodzie Kuby). Kolumb opisywał Tainów jako ludzi łagodnych i spokojnych, o wielkiej prostocie. Według niego La Española miała być pełna zasobów naturalnych, wielkich bogactw, które czekały tu na konkwistadorów i koronę hiszpańską. Niestety, przybysze z Hiszpanii zaczęli źle traktować miejscową ludność oraz przywlekli ze sobą nieznane wcześniej w Nowym Świecie choroby z Europy (przede wszystkim ospę i tyfus). Biali kolonizatorzy, owładnięci wizją szybkiego wzbogacenia się, zburzyli spokojne życie Tainów. Przynieśli na wyspę chaos, zniszczenie, nienawiść, cierpienie i śmierć. W 1508 r. – według hiszpańskiego zakonnika Bartolomé de Las Casas (1484–1566), kronikarza i obrońcy Indian, autora słynnej książki Brevísima relación de la destrucción de las Indias (Krótka relacja o wyniszczeniu Indian) – żyło tutaj jeszcze ok. 60 tys. rdzennych mieszkańców. Jednak w wyniku ich niewolniczej eksploatacji przez Hiszpanów oraz epidemii chorób pochodzenia europejskiego, na które nie byli odporni, liczba ta zaczęła gwałtownie spadać, aby dojść do tylko 600 osób w 1531 r. W końcu biedni Tainowie zniknęli zupełnie z powierzchni ziemi...     

 

INDIAŃSKIE KORZENIE

Pozostawili po sobie jednak wiele cennych pamiątek, które możemy odkrywać i podziwiać teraz na wyspie La Española, nazywanej przez nich Quisqueya, co oznacza wielką matkę Ziemi. Warto wspomnieć choćby o kilku z nich. Otóż na podstawie badań DNA przeprowadzonych w latach 2006–2008 szacuje się, że wśród ok. 15–18 proc. Dominikańczyków dominują geny pochodzące bezpośrednio od wymarłych Tainów. Mieli je zachować w najwyższym stopniu mieszkańcy położonego na północy kraju regionu Cibao (prowincji Puerto Plata, Espaillat i Santiago). Nic w tym dziwnego, bowiem według dawnych archiwów już w 1514 r. aż 40 proc. hiszpańskich konkwistadorów posiadało indiańskie żony. W dzisiejszych czasach nadal używa się do określenia Republiki Dominikańskiej słowa pochodzącego z języka Tainów Quisqueya. Dominikańczycy lubią zresztą mówić na siebie Quisqueyanos. Ta nazwa pojawia się nawet na początku hymnu narodowego: Quisqueyanos valientes… (Dzielni synowie wyspy Quisqueya). Do języka hiszpańskiego (a dzięki temu i polskiego) przeszły setki słów zaczerpniętych od Indian Taino, m.in. canoa (kanu), huracán (huragan), hamaca (hamak), caimán (kajman), barbacoa (barbecue), tabaco (tytoń), maraca (marakas), iguana (iguana), manatí (manat) czy Caribe (Karaiby). Bardzo wiele miast, osad, rzek, gór i jaskiń na wyspie nosi indiańskie nazwy, np. Nagua, Samaná, Ozama, Sosua czy Yaque. Większość drzew i owoców określa się w dalszym ciągu słowami z języka Tainów – cajuil (nerkowiec), caoba (mahoń), ceiba (puchowiec), guayaba (gujawa, gruszla), guanábana (flaszowiec miękkociernisty, guanabana, graviola) itd. To samo tyczy się zresztą różnych roślin oraz setek owadów, ptaków, ryb i innych zwierząt. Uprawa tytoniu (tabaco) i zwyczaj jego palenia (niezmiernie popularny w całej Republice Dominikańskiej) wywodzi się także z kultury Indian Taino. Rząd Dominikany wykorzystuje obecnie wizerunki znanych indiańskich kacyków (wodzów) jako bohaterów narodowych na znaczkach pocztowych, banknotach i monetach. Warto wspomnieć w tym miejscu, że kiedy Krzysztof Kolumb dotarł na wyspę Quisqueya, jej terytorium było podzielone na 5 cacicazgos – Marién, Maguá, Maguana, Higüey i Jaragua. Należały one do kacyków (caciques), którzy mieli władzę absolutną. I tak Marién rządził wówczas Guacanagarix, Maguá – Guarionex, Maguana – Caonabo, Higüey – Cayacoa, a Jaragua znajdowała się pod kontrolą Bohechío (po jego śmierci ok. 1502 r. zastąpiła go siostra Anacaona). Postaci sławnych wodzów indiańskich używa się dzisiaj na Dominikanie także jako pewnego rodzaju maskotek firmujących następujące produkty: Soda Enriquillo, Guarina Saladitas (słone krakersy), Ron Siboney (jeden z najlepszych dominikańskich rumów) czy galletas Hatuey (pyszne herbatniki). Istnieje tu też popularne piwo – Cerveza Quisqueya. Nazwa pochodząca od Tainów ma gwarantować Dominikańczykom powodzenie biznesu. Widać to dziś również w turystyce – wierzy w to wielu przedsiębiorców hotelowych. Zwiedzając wyspę, widziałem choćby skromny Hotel Cacique w mieście Barahona (Santa Cruz de Barahona) w południowej części kraju, nad Oceanem Atlantyckim, czy też komfortowy Hotel Be Live Grand Marién przy przepięknym Costa Dorada (Złotym Wybrzeżu) koło Puerto Plata oraz luksusowy ośrodek wypoczynkowy Gran Bahía Príncipe Cayacoa rozłożony nad malowniczą zatoką Samaná. Jak więc widać, korzenie tradycyjnej dominikańskiej kultury wywodzą się właśnie z cywilizacji Indian Taino. Tak naprawdę ta rdzenna ludność Dominikany nigdy nie zginęła. Spotkamy ją tutaj na każdym kroku. Wystarczy tylko bacznie rozejrzeć się dookoła, a wszędzie odkryjemy pamiątki po niej. Odwiedzając Republikę Dominikańską, warto pamiętać o tym, że obecni mieszkańcy tego kraju w dużej mierze pochodzą właśnie od Tainów.     

 

KARNAWAŁ NA WYSPIE QUISQUEYA                          FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

Zaskakujący jest fakt, jak wiele indiańskich tradycji, zwyczajów i praktyk przetrwało do naszych czasów. Możemy to zobaczyć wyraźnie w okresie karnawału. Dominikańskie kobiety zakładają wówczas często stroje, które nosiły niegdyś Indianki Taino. Malują też twarze w taki sam sposób, jak czyniły to one ponad 600 lat temu.

                A jak obchodzi się karnawał na Dominikanie? Za jeden z najsłynniejszych i najstarszych (nie tylko na wyspie, ale w całej Ameryce) uważa się Carnaval Vegano odbywający się w mieście Concepción de La Vega (La Vega) w środkowej części kraju. Charakterystyczne jest to, że uroczystości karnawałowe w Republice Dominikańskiej łączy się ze świętami narodowymi – Dniem Niepodległości (27 lutego) i Dniem Restauracji (16 sierpnia). Wiele miejscowości organizuje wtedy huczne karnawały. Jednak największe i najpopularniejsze wydarzenie tego typu ma miejsce w lutym i sierpniu właśnie w La Vega. Carnaval Vegano słynie z wielkiego bogactwa artystycznego, radosnych fiest na ulicach, barwnych parad oraz wyborów króla i królowej karnawału.

 

500 LAT SZALONEJ ZABAWY

Concepción de La Vega jest stolicą prowincji La Vega i szóstym pod względem liczby mieszkańców miastem Republiki Dominikańskiej (po stołecznym Santo Domingo, Santiago de los Caballeros, San Felipe de Puerto Plata, La Romana i San Cristóbal). Leży w malowniczej i żyznej dolinie La Vega Real. Tą dzisiaj niemal 250-tysięczną miejscowość założył w 1494 r. sam Krzysztof Kolumb. Jej historia zaczyna się wraz z powstaniem tu twierdzy La Concepción. Miasto musiało zostać jednak trochę przesunięte w stosunku do swojego pierwotnego położenia po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło te okolice w 1562 r. Przeniesiono je wówczas na drugi brzeg rzeki Camú. Concepción de La Vega rozwijała się na początku dzięki odlewni złota oraz uprawie i przetwórstwie trzciny cukrowej. To właśnie tutaj wybito pierwszą monetę na Dominikanie, a w 1512 r. utworzono siedzibę najstarszego biskupstwa na wyspie. W związku z tym zostali wysłani do tego miasta dominikanie Bartolomé de Las Casas i Pedro de Córdoba – sławni obrońcy praw Indian. Dokonano tu pierwszego podziału ziemi, którą przekazano do uprawy Tainom.

Historię karnawału w La Vega zapoczątkowali hiszpańscy kolonizatorzy już na początku XVI w. Według niektórych badaczy zorganizowano go w mieście (dzisiejszych ruinach La Vega Vieja) w lutym 1520 r. z okazji wizyty brata Bartolomé de Las Casas. Mieszkańcy mieli się wówczas przebrać za Maurów i chrześcijan oraz przygotować specjalne zabawy, które we współczesnej formie możemy oglądać również i dzisiaj. Niemal 500-letni Carnaval Vegano zachował w większości charakter typowy dla karnawałów hiszpańskich z fiestą Moros y Cristianos, ekspresyjną teatralnością, bogatymi strojami czy tańcem ze wstążkami. Dominują tu jednak Diablos Cojuelos – kolorowe postacie (na ogół czerwone, niebieskie, żółte lub zielone) z maskami typowymi dla średniowiecznych wizerunków diabła, makabrycznymi i odstraszającymi, z wielkimi uszami, otwartą buzią i wystającymi strasznymi zębami. Często dodaje się też charakterystyczne dla kultury kreolskiej koźle elementy, np. capią brodę. Każdej lutowej niedzieli wieczorem Diablos Cojuelos wychodzą na ulicę, uzbrojeni w baty z byczej skóry, strasząc i bijąc nimi lekko wszystkich tych, którzy ośmielą się opuścić swoje domostwa, pomijając jedynie osoby przebywające i bawiące się cały czas na chodniku lub jezdni. Centrum karnawałowego szaleństwa stanowi ulica Padre Adolfo Nouel (nazwana tak na cześć słynnego dominikańskiego księdza i pedagoga, prezydenta kraju w latach 1912–1913), niezmiernie barwne korowody przebierańców przechodzą również przez Parque de las Flores (Park Kwiatów). To właśnie tutaj diabły chłoszczą przechodniów, którzy ich prowokują lub opuszczą jezdnię. To tu także ma miejsce kulminacja kolorowej i wesołej parady. Ostatnio wzięło w niej udział ponad 80 grup przebierańców. W tych widowiskowych uroczystościach, będących spadkiem po czasach kolonialnych, odnajdziemy też obecnie elementy kultury afroamerykańskiej, które przynieśli ze sobą imigranci z Kuby oraz mieszkańcy biedniejszych dzielnic miasta. Warto również dodać, że w trzecią i ostatnią niedzielę lutego odbyły się w tym roku spektakularne koncerty karnawałowe na Stadionie Olimpijskim (Estadio Olímpico) w La Vega. Zgromadziły one łącznie ponad 65 tys. widzów, którzy bawili się doskonale podczas występów znanych gwiazd muzyki latynoamerykańskiej (reggaeton i merengue): Portorykańczyków Rakim & Ken-Y, Zion & Lennox, Cosculluela, Tito El Bambino i Dominikańczyka El Cata. Mniej popularna w trakcie karnawału jest spokojna, romantyczna i niezmiernie uczuciowa bachata (słucha się jej wówczas na ogół w domu). Królują zdecydowanie żywe, doskonałe do tańczenia rytmy – wszędzie słychać więc reggaeton i merengue.

Carnaval Vegano został uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional) przez dominikański parlament. Nic w tym dziwnego, bowiem jest to dzisiaj najważniejsze wydarzenie kulturalne w całej Republice Dominikańskiej, mające prawie 500 lat historii. Aby je obejrzeć i wziąć udział w szalonej zabawie razem z sympatycznymi i radosnymi Dominikańczykami, do miejscowości La Vega zjeżdżają tłumnie w lutym i sierpniu turyści ze wszystkich zakątków świata (ostatnio podczas karnawału spotkałem nawet Słoweńców, Rosjan, Czechów i Węgrów!).   

Pobyt na pasjonującej Dominikanie, nazywanej słusznie „rajem Karaibów”, szczycącej się cennymi pamiątkami po Indianach Taino, wspaniałą muzyką i tańcami (merengue i bachata), niesamowitym karnawałem (Carnaval Vegano), doskonałymi (i tanimi tutaj!) rumami i cygarami, z pewnością pozostanie na długo w pamięci każdego turysty. Jeszcze wiele miesięcy po powrocie do domu przed naszymi oczami przewijać się będą niemal przez cały czas obrazy nie tylko białych, bajecznych tropikalnych plaż o delikatnym piasku, ocienionych wysmukłymi palmami kokosowymi i oblewanych ciepłymi, krystalicznie czystymi, turkusowymi wodami, ale także wesołych, nieustannie uśmiechniętych, rozśpiewanych, roztańczonych i życzliwych przybyszom Dominikańczyków. Natomiast w naszych uszach na naprawdę długo zagoszczą skoczne, radosne, słoneczne i niezmiernie pozytywne rytmy merengue...    


          

Artykuły wybrane losowo

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Etiopia – ginący świat

KATARZYNA DUDEK

 

                                                                                                                 FOT. MAJKA SZURA/WWW.POLKATRAVEL.PL 

<< Etiopia to kraj, który pozostaje w sercu na zawsze, a podróżowanie po nim jest łatwiejsze niż myślimy. Powinni się o tym przekonać szczególnie ci, którzy nie odwiedzili jeszcze tzw. Rogu Afryki. Z pewnością będą zachwyceni bezcennymi skarbami dawnej Abisynii. >>

Podróżującym po Etiopii polecam wybór kompletnej trasy, tzn. zwiedzenie terenów północnych (do Aksum) połączone z wyprawą na południe (aż do granic słonego Jeziora Turkana, dawniej Jeziora Rudolfa). Ten program można wzbogacić o wycieczkę do położonego na wschodzie muzułmańskiego miasta Harar (Harer) oraz na plantacje kawy na zachodzie lub wymagający idealnego zdrowia wyjazd do Kotliny Danakilskiej (Afaru) – depresji w zapadlisku tektonicznym wchodzącym w skład Wielkich Rowów Afrykańskich. Dlaczego warto przemierzyć ten kraj wzdłuż i wszerz, żeby zobaczyć jak najwięcej miejsc? Otóż tempo zachodzących tu zmian jest tak duże, że trzeba się śpieszyć, aby zdążyć poznać prawdziwą afrykańską Etiopię. 

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018