MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

 

Ta pierwsza kolonia hiszpańska w Ameryce ma do zaoferowania obecnie wiele wspaniałych atrakcji: pozostałości po Indianach Taino, liczne zabytki architektury kolonialnej, porośnięte bujną roślinnością najwyższe góry Antyli (Kordyliera Środkowa na czele z Pico Duarte), jedne z najpiękniejszych plaż i najlepszych resortów typu all inclusive (w skali całego świata), szalone imprezy karnawałowe (słynny Carnaval Vegano w La Vega), wspaniałą muzykę i tańce (merengue i bachata), wyśmienite trunki i cygara, aromatyczną kawę czy doskonałe pola golfowe. Dominikana to także cudowni ludzie – zawsze uśmiechnięci, cieszący się życiem, przyjaźni, życzliwi, gościnni, rozśpiewani i roztańczeni. Ich dewizą jest no hay problema, czyli nie ma problemu, oraz todo bienwszystko w porządku. Dominikańczycy przywiązują dużą uwagę do swojego wyglądu zewnętrznego (zwłaszcza kobiety). Niezależnie od statusu społecznego i materialnego, każdy chodzi tu schludnie i czysto ubrany. Mieszkańcy Dominikany uwielbiają świętować przy głośnej muzyce, tańcach i śpiewach oraz dobrym jedzeniu i piciu.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

O Dominikańczykach mówi się, że ich dzieci zanim nauczą się dobrze chodzić, znają już podstawowe kroki merengue. Nic w tym dziwnego, bowiem muzyka i taniec są tu wszechobecne – w biurach, szkołach, sklepach, na ulicach, w środkach transportu, domach czy na plażach. Niemal wszędzie słyszy się żywe i radosne rytmy merengue, które wpadają szybko w ucho i wprawiają każdego w dobry nastrój. Dominikana dała też światu, coraz popularniejszą również i w Polsce, spokojną, sentymentalną i romantyczną bachatę. Nie możemy zapominać, że twa dwa rodzaje muzyki korzystają z instrumentów i rytmów dawnych Indian Taino. Wystarczy choćby wspomnieć o używaniu przez współczesnych wykonawców tarki (güira) czy marakasów (maracas). A kim byli ci tajemniczy Tainowie, którym zawdzięczają tak wiele dzisiejsi Dominikańczycy…?  

 

ZIEMIA TAINÓW

Przed przybyciem Hiszpanów na terenie wyspy La Española (dzisiejszych krajów Haiti i Republiki Dominikańskiej) żyli od wielu stuleci Indianie Taino, rdzenni mieszkańcy Karaibów. Ten wymarły prekolumbijski lud dotarł tu z obszarów obecnego wschodniego wybrzeża Wenezueli, głównie ze słynnej delty rzeki Orinoko. Co o nim wiemy w dzisiejszych czasach? Otóż Tainowie zajmowali się głównie rolnictwem, uprawiali m.in. maniok jadalny, ziemniaki, kukurydzę, orzechy ziemne, pieprz, ananasy, bataty, bawełnę czy tytoń. Polowali na małe gryzonie, iguany, pewne gatunki ptaków i węży. Łowili też ryby przy użyciu różnych technik – haczyków, sieci czy trucizn. Wyrabiali również np. czółna (kanu – canoa) mogące pomieścić od 2 do 150 osób (zazwyczaj ok. 15–20), gliniane naczynia, bawełniane hamaki, drewniane krzesła (duho) i łóżka (coyes). Fermentowali maniok, żeby otrzymać napój alkoholowy nazywany uicú lub cusubí. Z mąki pochodzącej z tej rośliny uprawnej (tapioki) wytwarzali casabe de yuca (casabe) – rodzaj cienkiego i okrągłego bezdrożdżowego chleba, wypiekanego na słońcu albo ogniu, który stanowił ważną część ich codziennej diety i który jest do dzisiaj chętnie spożywany w regionie Karaibów (głównie w Republice Dominikańskiej, Wenezueli i na wschodzie Kuby). Kolumb opisywał Tainów jako ludzi łagodnych i spokojnych, o wielkiej prostocie. Według niego La Española miała być pełna zasobów naturalnych, wielkich bogactw, które czekały tu na konkwistadorów i koronę hiszpańską. Niestety, przybysze z Hiszpanii zaczęli źle traktować miejscową ludność oraz przywlekli ze sobą nieznane wcześniej w Nowym Świecie choroby z Europy (przede wszystkim ospę i tyfus). Biali kolonizatorzy, owładnięci wizją szybkiego wzbogacenia się, zburzyli spokojne życie Tainów. Przynieśli na wyspę chaos, zniszczenie, nienawiść, cierpienie i śmierć. W 1508 r. – według hiszpańskiego zakonnika Bartolomé de Las Casas (1484–1566), kronikarza i obrońcy Indian, autora słynnej książki Brevísima relación de la destrucción de las Indias (Krótka relacja o wyniszczeniu Indian) – żyło tutaj jeszcze ok. 60 tys. rdzennych mieszkańców. Jednak w wyniku ich niewolniczej eksploatacji przez Hiszpanów oraz epidemii chorób pochodzenia europejskiego, na które nie byli odporni, liczba ta zaczęła gwałtownie spadać, aby dojść do tylko 600 osób w 1531 r. W końcu biedni Tainowie zniknęli zupełnie z powierzchni ziemi...     

 

INDIAŃSKIE KORZENIE

Pozostawili po sobie jednak wiele cennych pamiątek, które możemy odkrywać i podziwiać teraz na wyspie La Española, nazywanej przez nich Quisqueya, co oznacza wielką matkę Ziemi. Warto wspomnieć choćby o kilku z nich. Otóż na podstawie badań DNA przeprowadzonych w latach 2006–2008 szacuje się, że wśród ok. 15–18 proc. Dominikańczyków dominują geny pochodzące bezpośrednio od wymarłych Tainów. Mieli je zachować w najwyższym stopniu mieszkańcy położonego na północy kraju regionu Cibao (prowincji Puerto Plata, Espaillat i Santiago). Nic w tym dziwnego, bowiem według dawnych archiwów już w 1514 r. aż 40 proc. hiszpańskich konkwistadorów posiadało indiańskie żony. W dzisiejszych czasach nadal używa się do określenia Republiki Dominikańskiej słowa pochodzącego z języka Tainów Quisqueya. Dominikańczycy lubią zresztą mówić na siebie Quisqueyanos. Ta nazwa pojawia się nawet na początku hymnu narodowego: Quisqueyanos valientes… (Dzielni synowie wyspy Quisqueya). Do języka hiszpańskiego (a dzięki temu i polskiego) przeszły setki słów zaczerpniętych od Indian Taino, m.in. canoa (kanu), huracán (huragan), hamaca (hamak), caimán (kajman), barbacoa (barbecue), tabaco (tytoń), maraca (marakas), iguana (iguana), manatí (manat) czy Caribe (Karaiby). Bardzo wiele miast, osad, rzek, gór i jaskiń na wyspie nosi indiańskie nazwy, np. Nagua, Samaná, Ozama, Sosua czy Yaque. Większość drzew i owoców określa się w dalszym ciągu słowami z języka Tainów – cajuil (nerkowiec), caoba (mahoń), ceiba (puchowiec), guayaba (gujawa, gruszla), guanábana (flaszowiec miękkociernisty, guanabana, graviola) itd. To samo tyczy się zresztą różnych roślin oraz setek owadów, ptaków, ryb i innych zwierząt. Uprawa tytoniu (tabaco) i zwyczaj jego palenia (niezmiernie popularny w całej Republice Dominikańskiej) wywodzi się także z kultury Indian Taino. Rząd Dominikany wykorzystuje obecnie wizerunki znanych indiańskich kacyków (wodzów) jako bohaterów narodowych na znaczkach pocztowych, banknotach i monetach. Warto wspomnieć w tym miejscu, że kiedy Krzysztof Kolumb dotarł na wyspę Quisqueya, jej terytorium było podzielone na 5 cacicazgos – Marién, Maguá, Maguana, Higüey i Jaragua. Należały one do kacyków (caciques), którzy mieli władzę absolutną. I tak Marién rządził wówczas Guacanagarix, Maguá – Guarionex, Maguana – Caonabo, Higüey – Cayacoa, a Jaragua znajdowała się pod kontrolą Bohechío (po jego śmierci ok. 1502 r. zastąpiła go siostra Anacaona). Postaci sławnych wodzów indiańskich używa się dzisiaj na Dominikanie także jako pewnego rodzaju maskotek firmujących następujące produkty: Soda Enriquillo, Guarina Saladitas (słone krakersy), Ron Siboney (jeden z najlepszych dominikańskich rumów) czy galletas Hatuey (pyszne herbatniki). Istnieje tu też popularne piwo – Cerveza Quisqueya. Nazwa pochodząca od Tainów ma gwarantować Dominikańczykom powodzenie biznesu. Widać to dziś również w turystyce – wierzy w to wielu przedsiębiorców hotelowych. Zwiedzając wyspę, widziałem choćby skromny Hotel Cacique w mieście Barahona (Santa Cruz de Barahona) w południowej części kraju, nad Oceanem Atlantyckim, czy też komfortowy Hotel Be Live Grand Marién przy przepięknym Costa Dorada (Złotym Wybrzeżu) koło Puerto Plata oraz luksusowy ośrodek wypoczynkowy Gran Bahía Príncipe Cayacoa rozłożony nad malowniczą zatoką Samaná. Jak więc widać, korzenie tradycyjnej dominikańskiej kultury wywodzą się właśnie z cywilizacji Indian Taino. Tak naprawdę ta rdzenna ludność Dominikany nigdy nie zginęła. Spotkamy ją tutaj na każdym kroku. Wystarczy tylko bacznie rozejrzeć się dookoła, a wszędzie odkryjemy pamiątki po niej. Odwiedzając Republikę Dominikańską, warto pamiętać o tym, że obecni mieszkańcy tego kraju w dużej mierze pochodzą właśnie od Tainów.     

 

KARNAWAŁ NA WYSPIE QUISQUEYA                          FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

Zaskakujący jest fakt, jak wiele indiańskich tradycji, zwyczajów i praktyk przetrwało do naszych czasów. Możemy to zobaczyć wyraźnie w okresie karnawału. Dominikańskie kobiety zakładają wówczas często stroje, które nosiły niegdyś Indianki Taino. Malują też twarze w taki sam sposób, jak czyniły to one ponad 600 lat temu.

                A jak obchodzi się karnawał na Dominikanie? Za jeden z najsłynniejszych i najstarszych (nie tylko na wyspie, ale w całej Ameryce) uważa się Carnaval Vegano odbywający się w mieście Concepción de La Vega (La Vega) w środkowej części kraju. Charakterystyczne jest to, że uroczystości karnawałowe w Republice Dominikańskiej łączy się ze świętami narodowymi – Dniem Niepodległości (27 lutego) i Dniem Restauracji (16 sierpnia). Wiele miejscowości organizuje wtedy huczne karnawały. Jednak największe i najpopularniejsze wydarzenie tego typu ma miejsce w lutym i sierpniu właśnie w La Vega. Carnaval Vegano słynie z wielkiego bogactwa artystycznego, radosnych fiest na ulicach, barwnych parad oraz wyborów króla i królowej karnawału.

 

500 LAT SZALONEJ ZABAWY

Concepción de La Vega jest stolicą prowincji La Vega i szóstym pod względem liczby mieszkańców miastem Republiki Dominikańskiej (po stołecznym Santo Domingo, Santiago de los Caballeros, San Felipe de Puerto Plata, La Romana i San Cristóbal). Leży w malowniczej i żyznej dolinie La Vega Real. Tą dzisiaj niemal 250-tysięczną miejscowość założył w 1494 r. sam Krzysztof Kolumb. Jej historia zaczyna się wraz z powstaniem tu twierdzy La Concepción. Miasto musiało zostać jednak trochę przesunięte w stosunku do swojego pierwotnego położenia po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło te okolice w 1562 r. Przeniesiono je wówczas na drugi brzeg rzeki Camú. Concepción de La Vega rozwijała się na początku dzięki odlewni złota oraz uprawie i przetwórstwie trzciny cukrowej. To właśnie tutaj wybito pierwszą monetę na Dominikanie, a w 1512 r. utworzono siedzibę najstarszego biskupstwa na wyspie. W związku z tym zostali wysłani do tego miasta dominikanie Bartolomé de Las Casas i Pedro de Córdoba – sławni obrońcy praw Indian. Dokonano tu pierwszego podziału ziemi, którą przekazano do uprawy Tainom.

Historię karnawału w La Vega zapoczątkowali hiszpańscy kolonizatorzy już na początku XVI w. Według niektórych badaczy zorganizowano go w mieście (dzisiejszych ruinach La Vega Vieja) w lutym 1520 r. z okazji wizyty brata Bartolomé de Las Casas. Mieszkańcy mieli się wówczas przebrać za Maurów i chrześcijan oraz przygotować specjalne zabawy, które we współczesnej formie możemy oglądać również i dzisiaj. Niemal 500-letni Carnaval Vegano zachował w większości charakter typowy dla karnawałów hiszpańskich z fiestą Moros y Cristianos, ekspresyjną teatralnością, bogatymi strojami czy tańcem ze wstążkami. Dominują tu jednak Diablos Cojuelos – kolorowe postacie (na ogół czerwone, niebieskie, żółte lub zielone) z maskami typowymi dla średniowiecznych wizerunków diabła, makabrycznymi i odstraszającymi, z wielkimi uszami, otwartą buzią i wystającymi strasznymi zębami. Często dodaje się też charakterystyczne dla kultury kreolskiej koźle elementy, np. capią brodę. Każdej lutowej niedzieli wieczorem Diablos Cojuelos wychodzą na ulicę, uzbrojeni w baty z byczej skóry, strasząc i bijąc nimi lekko wszystkich tych, którzy ośmielą się opuścić swoje domostwa, pomijając jedynie osoby przebywające i bawiące się cały czas na chodniku lub jezdni. Centrum karnawałowego szaleństwa stanowi ulica Padre Adolfo Nouel (nazwana tak na cześć słynnego dominikańskiego księdza i pedagoga, prezydenta kraju w latach 1912–1913), niezmiernie barwne korowody przebierańców przechodzą również przez Parque de las Flores (Park Kwiatów). To właśnie tutaj diabły chłoszczą przechodniów, którzy ich prowokują lub opuszczą jezdnię. To tu także ma miejsce kulminacja kolorowej i wesołej parady. Ostatnio wzięło w niej udział ponad 80 grup przebierańców. W tych widowiskowych uroczystościach, będących spadkiem po czasach kolonialnych, odnajdziemy też obecnie elementy kultury afroamerykańskiej, które przynieśli ze sobą imigranci z Kuby oraz mieszkańcy biedniejszych dzielnic miasta. Warto również dodać, że w trzecią i ostatnią niedzielę lutego odbyły się w tym roku spektakularne koncerty karnawałowe na Stadionie Olimpijskim (Estadio Olímpico) w La Vega. Zgromadziły one łącznie ponad 65 tys. widzów, którzy bawili się doskonale podczas występów znanych gwiazd muzyki latynoamerykańskiej (reggaeton i merengue): Portorykańczyków Rakim & Ken-Y, Zion & Lennox, Cosculluela, Tito El Bambino i Dominikańczyka El Cata. Mniej popularna w trakcie karnawału jest spokojna, romantyczna i niezmiernie uczuciowa bachata (słucha się jej wówczas na ogół w domu). Królują zdecydowanie żywe, doskonałe do tańczenia rytmy – wszędzie słychać więc reggaeton i merengue.

Carnaval Vegano został uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional) przez dominikański parlament. Nic w tym dziwnego, bowiem jest to dzisiaj najważniejsze wydarzenie kulturalne w całej Republice Dominikańskiej, mające prawie 500 lat historii. Aby je obejrzeć i wziąć udział w szalonej zabawie razem z sympatycznymi i radosnymi Dominikańczykami, do miejscowości La Vega zjeżdżają tłumnie w lutym i sierpniu turyści ze wszystkich zakątków świata (ostatnio podczas karnawału spotkałem nawet Słoweńców, Rosjan, Czechów i Węgrów!).   

Pobyt na pasjonującej Dominikanie, nazywanej słusznie „rajem Karaibów”, szczycącej się cennymi pamiątkami po Indianach Taino, wspaniałą muzyką i tańcami (merengue i bachata), niesamowitym karnawałem (Carnaval Vegano), doskonałymi (i tanimi tutaj!) rumami i cygarami, z pewnością pozostanie na długo w pamięci każdego turysty. Jeszcze wiele miesięcy po powrocie do domu przed naszymi oczami przewijać się będą niemal przez cały czas obrazy nie tylko białych, bajecznych tropikalnych plaż o delikatnym piasku, ocienionych wysmukłymi palmami kokosowymi i oblewanych ciepłymi, krystalicznie czystymi, turkusowymi wodami, ale także wesołych, nieustannie uśmiechniętych, rozśpiewanych, roztańczonych i życzliwych przybyszom Dominikańczyków. Natomiast w naszych uszach na naprawdę długo zagoszczą skoczne, radosne, słoneczne i niezmiernie pozytywne rytmy merengue...    


          

Artykuły wybrane losowo

SKARBY SRI LANKI

ALINA WOŹNIAK

 

<< Ogromne bogactwo tropikalnej przyrody, ziół i przypraw, bezcenne pamiątki przeszłości, kamienie szlachetne i wyśmienita herbata – wszystko to znajdziemy na niewielkiej wyspie, która niczym łza opada z Półwyspu Indyjskiego. A powitają nas na niej ludzie, którym spokoju ducha może pozazdrościć każdy Europejczyk. >>

  FOT. SRI LANKA TOURISM

Mimo iż położona na wyspie Cejlon Sri Lanka ma zaledwie ok. 65,6 tys. km2, to jest ogromnie zróżnicowana, pulsuje kolorami, a krajobrazy zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: od wiecznie zielonych lasów po góry wysokie jak Tatry, suche równiny, malownicze rzeki i wodospady, laguny, plantacje herbaty i tropikalnych owoców oraz skąpane w słońcu, długie i piaszczyste plaże z rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. To prawdziwie rajski zakątek dla spragnionych błogiego leniuchowania, kontaktu z dziewiczą naturą i wspaniałymi zabytkami. Aż 8 tutejszych obiektów znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – starożytne miasta Polonnaruwa, Sigiriya, Anuradhapura i Kandy, Rezerwat Leśny Sinharaja, Stare Miasto Galle i jego fortyfikacje, buddyjska Złota Świątynia Dambulla i Płaskowyż Centralny.

Więcej…

Bliższe spotkanie z Węgrami

ANNA BUTRYM

www.annabutrym.pl

 

<< Na pytanie, co szczególnie zachwyca mnie w Węgrzech, odpowiadam niezmiennie od lat: przyroda, zabytki i kuchnia. Wydaje się, że to klasyczna trójka, jednak my, Polacy, znamy smaki Włoch, krajobrazy Grecji i atrakcje Hiszpanii, a o skarbach kraju tak bliskich nam Madziarów nie wiemy zbyt wiele. Dlatego jeśli ktoś marzy o odwiedzeniu miejsca, gdzie odpocznie w otoczeniu natury, pozna inspirującą kulturę oraz rozsmakuje się w lokalnych daniach i wyśmienitym winie, a przede wszystkim spotka ludzi o sercach otwartych dla polskich braci, powinien już teraz zacząć planować niezapomnianą i pełną wspaniałych odkryć podróż do niespełna dziesięciomilionowej ojczyzny Węgrów. >>

 

Widok na most Łańcuchowy (Széchenyiego) z balkonu Pałacu Greshama w Budapeszcie

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

Ciepłe relacje między naszymi narodami nie są kwestią jedynie zgodności charakterów. Gdy w 1370 r. w katedrze wawelskiej koronowano na króla Polski władcę Węgier Ludwika I Wielkiego (znanego u nas jako Ludwika Węgierskiego), oba kraje złączone zostały unią personalną. I choć niewiele osób pamięta o tym fakcie, warto mieć świadomość, że losy Węgrów i Polaków przeplatały się w przeszłości wielokrotnie.

Od Budapesztu, jednej z najpiękniejszych stolic świata, której urokiem zachwycają się rzesze turystów, dzieli nas niespełna półtoragodzinny lot z Krakowa lub Warszawy. Czy trzeba lepszego pretekstu, aby zaplanować choćby weekendowy pobyt na gościnnych Węgrzech? Naszą przygodę zacznijmy zatem od samego Budapesztu, którym nie sposób się rozczarować.

 

ZACHWYCAJĄCY BUDAPESZT

Najważniejsze zabytki i atrakcje węgierskiej stolicy, podzielonej Dunajem na górzystą, spokojną Budę i płaski, rozrywkowy Peszt, znajdują się w centrum miasta, zwiedzać warto więc głównie na piechotę, żeby móc dobrze przyjrzeć się zbliżonej do wiedeńskiej architekturze. Na wznoszącą się nad rzeką sylwetkę Budy składa się przede wszystkim rozległe Wzgórze Zamkowe z urokliwymi kamieniczkami starówki, białą Basztą Rybacką (Halászbástya) i Kościołem Macieja (Mátyás-templom), krytym kolorową dachówką, a także Wzgórze Gellérta (Gellérthegy), skąd rozciąga się najpiękniejsza panorama miasta i słynnych mostów. Magicznie oświetlone centrum warto podziwiać również wieczorami, spacerując naddunajskim bulwarem lub delektując się węgierską kolacją przy świecach na pokładzie rejsowego statku.

Szczególne wrażenie po stronie peszteńskiej robi Parlament (Országház), należący do największych na świecie. Jego jasna sylwetka pojawia się na większości zdjęć ze stolicy. Na lewym brzegu Dunaju znajduje się także druga największa na naszym globie i największa w Europie synagoga, a obok niej bije turystyczne i rozrywkowe serce miasta – dzielnica klubów, pubów i restauracji. Trzecia ikona Pesztu to Bazylika św. Stefana (Szent István-bazilika), wyznaczająca maksymalną wysokość budynków w centrum – Budapeszt zaskakuje brakiem drapaczy chmur i uporządkowaną zabudową. Jednak i po stronie peszteńskiej można podziwiać panoramę stolicy, np. z wieży bazyliki, licznych sky-barów czy wagonika BudapestEye.

Peszt słynie też z popularnych ulic. Równoległa do Dunaju Váci (Váci utca) jest ponad kilometrowym, turystycznym deptakiem, kuszącym tysiącami mniej lub bardziej oryginalnych pamiątek i przysmaków. Prawdziwą perełkę stanowi długa aleja Andrássyego (Andrássy út), wiodąca do placu Bohaterów (Hősök tere) i Lasku Miejskiego (Városliget), pełnego atrakcji dla całej rodziny. Do tych dwóch miejsc warto jednak podjechać najstarszym metrem na kontynencie, które zachowało swój urok sprzed ponad 120 lat.

Po intensywnym dniu można odpocząć na Wyspie Małgorzaty (Margitsziget) – to prawdziwa oaza zieleni pośrodku Dunaju, idealna na piknik, z przyciągającą turystów grającą fontanną. Słodkiemu lenistwu oddamy się też w zabytkowych kąpieliskach (Széchenyi gyógyfürdő, Gellért gyógyfürdő, Király gyógyfürdő). Z całą rodziną warto udać się do jednego z największych krytych parków wodnych w Europie, należącego do nowoczesnego kompleksu Aquaworld Resort Budapest, gdzie czeka na nas 19 basenów i 11 zjeżdżalni. Gdy dzieci będą szaleć w wodzie, dorośli mogą skorzystać z luksusowego, trzypoziomowego Oriental Spa. Chwila odpoczynku przyda się z pewnością przed odkrywaniem kolejnych atrakcji Węgier.

 

Pięknie oświetlone Zamek Budański na Wzgórzu Zamkowym i most Łańcuchowy

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

WAKACJE MARZEŃ

Jest coś, czego Węgrzy zazdroszczą Polakom – to dostęp do morza. Nie wiem jednak, czy w referendum nie oddalibyśmy im chłodnego i kapryśnego Bałtyku za największe (ok. 600 km² powierzchni) jezioro Europy Środkowej: ciepły, czysty i szmaragdowy Balaton, cel letnich wycieczek Madziarów, nazywany przez nich samych węgierskim morzem. Gdy w dodatku weźmiemy pod uwagę, że średnia temperatura wody w lecie wynosi w nim 23°C, a pod względem liczby słonecznych godzin ten region nie ustępuje Riwierze Francuskiej, to wakacje na Węgrzech zaczynają plasować się na szczycie podróżniczej listy marzeń. Co więcej, niejednokrotnie znajdziemy w tym rejonie oferty pobytu korzystniejsze cenowo niż w przypadku polskiego wybrzeża czy pojezierzy.

Zróżnicowana głębokość Balatonu sprawia, że panują tu idealne warunki zarówno dla miłośników sportów wodnych, żeglarzy czy wędkarzy, jak i rodzin z dziećmi (w południowej części płycizna sięga nawet 300 m w głąb jeziora). Pomysłów na spędzenie niezapomnianych, spokojnych lub szalonych wakacji w tej okolicy jest tak wiele, że nigdy nie potrafię polecić konkretnej miejscowości. Jezioro okala cały łańcuch miast i miasteczek, w których znajdziemy mnóstwo zróżnicowanych atrakcji, kilka perełek postaram się jednak wyłowić.

Nad Balatonem koniecznie trzeba skosztować miejscowej zupy rybnej (halászlé), bo przepis na ten niekwestionowany symbol madziarskiej kuchni różni się w zależności od regionu. Na deser proponuję zjeść „łabędzia” (hattyú). Pod tą nazwą kryje się rodzaj pączka o kształcie tych powszechnie zdobiących jezioro ptaków, których karmienie staje się niemal codziennym rytuałem dla wielu rodzin podczas długich, relaksujących spacerów.

 

Dzieje neobarokowego pałacu Festeticsów w Keszthely nad Balatonem sięgają 1745 r.

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

MORZE ATRAKCJI

Szczególnie wartym uwagi rejonem w tych stronach jest zachodnia część Balatonu, gdzie znajduje się choćby słynne Keszthely, nierozerwalnie związane z dziedzictwem jednego z najznamienitszych węgierskich rodów arystokratycznych – rodziną Festeticsów. Nieprzypadkowo jego miasto partnerskie stanowi m.in. Łańcut, także słynący z wyjątkowej rezydencji magnackiej i angielskiego parku. Neobarokowy pałac w Keszthely (Festetics-kastély), w którym mieści się dziś muzeum (Helikon Kastélymúzeum) i zachowała się niespotykana w skali kraju biblioteka, to najczęściej odwiedzany tego typu obiekt na Węgrzech. W tutejszym mauzoleum znajdziemy kolejny akcent polski: spoczywają w nim szczątki arystokratki z Polski, Marii von Haugwitz (1900–1972), matki jednego z ostatnich żyjących potomków Festeticsów. W całym mieście i okolicy istnieje niewiele takich zabytków czy miejsc, których powstania nie zainicjowałby słynny magnacki ród. Na terenie pałacowego parku rozpoczyna się również trasa kulturalno-historycznego spaceru, prezentującego losy i spuściznę ośmiu pokoleń rodziny Festeticsów, wiodąca przez Keszthely i nad brzeg Balatonu. W jego trakcie mamy możliwość podążać śladami, jakie zostawili po sobie członkowie rodu, poznać historię ich życia i dowiedzieć się, jak znaczącą rolę odgrywali na Węgrzech. Nie brakuje opowieści o wspaniałych ślubach, znamienitych gościach, wspieraniu nauki czy magnackich rozrywkach.

W Keszthely nie ma czasu na nudę. Po zwiedzeniu pałacu i przygotowanych przez Muzeum Pałacowe Helikon (Helikon Kastélymúzeum) ekspozycji – wystawy powozów (hintókiállítás), wystawy myśliwskiej (vadászati kiállítás) i wystawy historycznych modeli kolejek (történelmi modellvasút kiállítás) – oraz odnowionego zaledwie kilka lat temu historycznego centrum czeka na nas ogrom fascynujących muzeów: Cadillaca (Cadillac Múzeum), Zabawek (Játékmúzeum), Marcepana (Marcipán Múzeum), Tortur (Horrorárium és Kínzó múzeum), Nostalgii i Kiczu (Nosztalgia Múzeum – Látványtár és giccs múzeum), Lalek i Strojów Ludowych (NépviseletesBabamúzeum), Radia i Telewizji (Rádió és Televízió Múzeum). Są tu również panoptika: historyczne i erotyczne oraz wyjątkowa w skali światowej makieta budapeszteńskiego Parlamentu, budowana przez 14 lat z 4,5 mln ślimaczych muszli (Csigaparlament).

W samym Keszthely i jego sąsiedztwie nie tylko przeniesiemy się do przeszłości, ale także wypoczniemy aktywnie na wysokim poziomie. I to dosłownie, bo tutejsze gęsto zalesione pogórze usiane jest licznymi wieżami obserwacyjnymi, z których podziwiać można piękno całej okolicy. Dobrze oznakowane szlaki wiodą od jednego punktu widokowego do drugiego – w trakcie takiej wyprawy koniecznie trzeba wejść na wieżę noszącą znane nam już nazwisko Festeticsów, z której rozpościera się wspaniała panorama balatońskiej zatoki. Warto odszukać również punkt Szép-kilátó. Przymiotnik „piękny” (szép) w swojej nazwie zawdzięcza on rozciągającemu się stąd zachwycającemu widokowi, stanowiącemu natchnienie dla niejednego poety i malarza.

 

WERSJA MINI

Z ogromnym Balatonem sąsiaduje jego miniatura, czyli Mały Balaton (Kis-Balaton), którego obszar w większości został objęty ochroną, głównie ze względu na występujące tu ptactwo. W okolicy jeziora zobaczymy całoroczną stację obrączkowania, ptasią klinikę oraz unikatowe zbiory gniazd i jajek. Ze ścieżek edukacyjnych i punktów widokowych można obserwować nie tylko ptaki, ale też wiele innych gatunków zwierząt, zamieszkujących okoliczne dziewicze lasy.

Mały Balaton nie byłby jednak prawdziwie węgierski, gdyby w jego rejonie nie znajdowały się gorące źródła. W niedalekim miasteczku Zalakaros działa kompleks basenów z wodami termalnymi o wyjątkowym na skalę europejską składzie i właściwościach leczniczych. To znakomite miejsce dla całej rodziny – czekają w nim zarówno atrakcje dla maluchów, jacuzzi dla marzących o relaksie dorosłych, jak i zjeżdżalnie (Magic Tunnel, Rafting-Inga, Ufo, Kamikaze i Turbo), które powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych miłośników wrażeń podnoszących poziom adrenaliny.

 

WIZYTA W JASKINIACH

Na stosunkowo niewielkich Węgrzech istnieje tak dużo możliwości zrelaksowania się w ciepłych bądź zimnych wodach, że jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę hasło „Tapolca” i „jaskinie”, to na liście wyników znajdziemy dwa różne miejsca: termalne baseny w grotach w Miszkolcu (Miskolc-Tapolca) oraz nadbalatońskie miasteczko Tapolca, idealne na niezapomniany odpoczynek. W tym drugim można nie tylko skorzystać z kąpieli w gorących źródłach, ale również przeżyć wyjątkową przygodę – wyprawę łódką po podziemnym jeziorze, położonym w rozciągającym się pod miejską zabudową systemie jaskiń. Towarzysząca tej atrakcji wystawa pozwala lepiej poznać tajemnice tego ukrytego świata. Dzień spędzony w Tapolcy warto zwieńczyć lampką regionalnego wina w jednej z piwniczek ulokowanych pod domami w centrum miasta.

 

ZAPACH LAWENDY

Miejscem, gdzie powracam podczas każdej, nawet najkrótszej wycieczki nad Balaton, jest miasteczko Tihany, nieodłącznie związane z dwoma symbolami regionu – górującym nad okolicą opactwem benedyktynów i polami lawendy. Miejscowość zachwyca imponującym widokiem na jezioro, które stąd rzeczywiście wygląda jak morze. Tihany kusi echem odbijającym się od murów klasztoru, wiankami papryczek, oryginalną ceramiką, bogactwem obłędnie pachnących produktów z lawendą i warzonym przez zakonników lawendowym piwem.


RAJ DLA ROWERZYSTÓW

Balaton powinien koniecznie znaleźć się na liście marzeń rowerzystów. Całe jezioro okala świetnie przygotowana i chwalona przez cyklistów trasa, ciągnąca się przez ok. 200 km. Wycieczkę wokół Balatonu można rozszerzyć o wyprawy po okolicznych winnicach (należących m.in. do słynnego obszaru winiarskiego Badacsony, porównywanego przez wielu do Toskanii) i na liczne festiwale.

Dla tych, którzy wolą mniej intensywne przejażdżki, w zachodnim regionie balatońskim przygotowano wyjątkową w skali kraju ofertę. W biurach informacji turystycznej (Tourinform) można wypożyczyć rower, który po zwiedzaniu miasta lub okolicy oddaje się w tym samym lub kolejnym punkcie informacyjnym. Stacje rozmieszczono w atrakcyjnych dla turystów lokalizacjach, punkty serwisowe zorganizowano w przyjaznych cyklistom miejscach, takich jak restauracje czy pensjonaty, stworzono 12 oznaczonych szlaków, udostępniono darmowe mapy i specjalną infolinię telefoniczną, postawiono tablice informacyjne oraz zadbano o schronienie w razie deszczu. Dzięki takim udogodnieniom aż trudno nie skusić się na aktywne spędzanie czasu i odkrywanie nadbalatońskich krajobrazów na dwóch kółkach. Warto więc zostawić samochód i wyruszyć rowerem na wyprawę od plaży do plaży i od muzeum do muzeum, w okolicy wielkiego Balatonu i jego miniatury, Małego Balatonu.

 

WYJĄTKOWA ATRAKCJA

Wspomniana trasa dla rowerzystów zawiedzie nas także do Hévíz, położonego zaledwie kilka kilometrów od wspaniałego Keszthely i również związanego z Festeticsami. Miasteczko słynie jednak przede wszystkim ze stworzonej przez naturę wyjątkowej atrakcji, przyciągającej rocznie milion gości z 42 krajów, czyli największego na świecie dostępnego dla kąpielowiczów naturalnego jeziora termalnego o powierzchni 4,44 ha. Można z niego korzystać o każdej porze roku: zimą temperatura wody wynosi ok. 24°C, a latem dochodzi nawet do 38°C.

Nie wszyscy lubią kąpiel w jeziorze z powodu powolnej wymiany wody. Hévíz to jednak nie dotyczy, ponieważ ciągłe wirowanie w zbiorniku zapewnia całkowitą jej wymianę co 72 godz. Dodatkowo nieustanne wzbijanie się ciepłej wody do góry daje przyjemne uczucie naturalnego masażu. Ze względu na sprzyjającą kąpielom temperaturę jeziora cieszy się ono popularnością przez cały rok. Niektórzy turyści chętniej ściągają tu w chłodniejsze miesiące, gdy kąpielisko spowijają obłoki pary, bo wdychanie unoszącego się nad taflą powietrza wypełnionego mikroelementami ma dobroczynny wpływ na organizm.

 

Hévíz, największe na świecie dostępne dla kąpielowiczów naturalne jezioro termalne

© HÉVÍZI TURISZTIKAI NONPROFIT KFT.

 

BŁOGI WYPOCZYNEK

Nad Hévíz w nie mniejszym stopniu przyciąga jego przepiękne położenie oraz fakt, że lecznicze kąpiele bierze się wśród kwiatów, a dokładniej – indyjskich czerwonych lilii wodnych. Warto jednak pamiętać, że to naturalny zbiornik, którego głębokość sięga 38 m i już nawet 2 m od brzegu woda potrafi nas zakryć po czubek głowy, dlatego ta atrakcja nie jest polecana dla dzieci. Rodzinom tę niedogodność wynagrodzi wizyta w kompleksie spa. Można w nim zrelaksować się w jacuzzi, oddać się w ręce jednego ze 100 masażystów, wyspecjalizowanych w technikach z całego świata, uprawiać sporty wodne czy skorzystać z oferty nowoczesnej strefy wellness, gdzie czekają kriokomory i zabiegi laserowe.

Wybór obiektów hotelowych odpowiednich na dłuższy odpoczynek jest naprawdę szeroki. W bazie noclegowej znajduje się ok. 10 tys. miejsc, które oferowane są zarówno przez pensjonaty, jak i 5-gwiazdkowe hotele. Po uzdrawiających ciało i duszę kąpielach w jeziorze (ze względu na temperaturę wody nie powinny przekraczać półtorej godziny w ciągu dnia) można przedłużyć chwile relaksu muzycznymi seansami w saunie, zajęciami jogi, wizytą w parku linowym, wycieczkami po okolicy (pieszymi, rowerowymi lub segwayem) czy nawet lotami balonem. Idealnym zwieńczeniem dnia będzie z pewnością typowo węgierska atrakcja, czyli degustacja win z całego kraju i samego regionu balatońskiego.

 

WIELOWIEKOWA TRADYCJA

Podczas poznawania uroków okolicy warto zainteresować się początkami uzdrowiska. Swój rozwój zawdzięcza ono hrabiemu Györgyowi Festeticsowi (1755–1819), który w 1795 r. rozpoczął jego budowę w oparciu o kuracyjne właściwości tego miejsca. Kąpielisko stopniowo zdobywało coraz większe uznanie, a wzrostowi popularności towarzyszyło ciągłe poszerzanie i uwspółcześnianie oferty leczniczej i wypoczynkowej, nierozłącznie związanej z największą tutejszą naturalną atrakcją, jaką jest jezioro termalne. Dziś Hévíz to współczesny, komfortowy kurort, w którym gdzieniegdzie znajdziemy jeszcze pamiątki z przeszłości. Niezmienna pozostała choćby część elementów architektonicznych uzdrowiska, jak strzegące wejścia dwa gryfy, wykonane na zlecenie rodziny Festeticsów. Jak głosi legenda, rzeźby przemówią, jeśli pomiędzy nimi przejdzie ktoś, kto nie przeżył miłosnej przygody podczas pobytu w tej miejscowości – to jednak, zdaniem miejscowych, nigdy jeszcze się nie zdarzyło.

 

CUDOWNA MOC

Z jeziorem związanych jest też kilka innych legend i podań o cudownych właściwościach lokalnych wód. Jedna z nich, pochodząca jeszcze z czasów rzymskich, głosi, że dające początek Hévíz źródło wytrysnęło dzięki modlitwie pewnej chrześcijanki, piastunki sparaliżowanego dziecka. Lecznicze wody uzdrowiły chłopca – był nim sam Teodozjusz I Wielki (347–395), ostatni władca wschodniej i zachodniej części cesarstwa rzymskiego, który uczynił chrześcijaństwo religią państwową. Wiele innych podań, zarówno z czasów starożytnych, jak i średniowiecznych, przywołuje kolejne przykłady uzdrawiających i odmładzających mocy jeziora. Nieustannie narzekająca na reumatyzm żona rzymskiego skryby Dubiusa pozbyła się nie tylko tej dolegliwości, ale i innych oznak upływającego czasu dzięki kąpieli w Hévíz, do której namówił ją mąż, obserwujący wcześniej na spacerach, jak okoliczne zwierzęta leczą obolałe kończyny w charakterystycznie pachnącej wodzie. Kilkanaście wieków później zastępca kapitana na zamku Pápa usłyszał od Cyganki, że bitwę z Turkami wygra tylko wtedy, jeśli uprzednio wykąpie się w niezwykłym jeziorze. Péter Huszár poszedł za radą kobiety i rzeczywiście pokonał niełatwego przeciwnika. Cudowne właściwości tutejszych wód uratowały też małżeństwo sparaliżowanej od pasa w dół Kláry Pethő i Sándora Reziego. Im również z pomocą przyszła pewna Cyganka, doradzając młodej mężatce częste kąpiele w jeziorze, dzięki którym dziewczyna całkowicie ozdrowiała.

RELAKS W TERMACH

Nieustającą popularnością wśród Polaków cieszy się od wielu lat słynne uzdrowisko Hajdúszoboszló. Ja jednak uważam, że warto wciąż odkrywać inne, nie mniej atrakcyjne węgierskie kurorty, takie jak choćby drugi największy w kraju kompleks basenów termalnych w miejscowości Bük. Jeśli ktoś chce z kolei połączyć odpoczynek w gorących źródłach, korzystanie z leczniczego wpływu uzyskanych z nich kryształków i zabawę w parku wodnym ze zwiedzaniem świetnie zachowanego średniowiecznego zamku, powinien koniecznie odwiedzić Sárvár.

 

TO NIE WSZYSTKO

Po spędzeniu kilku dni na podziwianiu zabytków stolicy i odwiedzinach w mniejszych miastach, relaksie w łaźniach termalnych i wypłynięciu na wody węgierskiego morza wydawać by się mogło, że poznaliśmy Węgry już dość dobrze. Nic bardziej mylnego – te doświadczenia odsłaniają zaledwie ułamek bogactwa, jakim wita nas kraj bratanków. Przyjrzyjmy się więc jeszcze kilku atrakcjom, choć zapewniam, że do ojczyzny Madziarów można powracać wiele razy i podczas każdej wizyty odkrywać kolejne powody do zachwytu i ponownego przyjazdu.

 

NIEZAPOMNIANE SMAKI

Magiczną siłę przyciągania ma w sobie chociażby węgierska kuchnia – nielekka, to prawda, bo wykorzystująca smalec i pełnotłustą śmietanę, za to pełna aromatycznej, słodkiej czerwonej papryki (pikantną każdy dodaje według swojego gustu) i dojrzewających w słońcu warzyw, najczęściej duszonych lub gotowanych, stawiająca na sycące potrawy i pyszne desery. Tradycyjna zupa gulaszowa (gulyásleves), pörkölt (nazywany w Polsce gulaszem) oraz dobrze nam znane leczo (lecsó) to zaledwie początek listy dań, których koniecznie trzeba spróbować. Nie należy jednak szukać tutaj placka po węgiersku, bo to nasz rodzimy wymysł – jeśli chcemy chwycić na szybko coś treściwego, powinniśmy sięgnąć po madziarski fast food, czyli langosza (lángos). Smakowity węgierski obiad warto zakończyć słodkimi naleśnikami à la Gundel, purée z kasztanów lub tortem Dobosa, a jeśli je się w biegu, można kupić kurtoszkołacza (kürtőskalács) – kominowe ciasto obtoczone w różnych posypkach.

 

WINO KRÓLÓW

Na liście największych skarbów Madziarów bogactwo kulinarnych tradycji ustępuje pierwszeństwa jedynie mnogości wspaniałych win, wytwarzanych z miłością w 22 regionach winiarskich dzięki sprzyjającemu klimatowi, odpowiednim glebom i dużemu nasłonecznieniu. Każdy z łatwością odnajdzie na Węgrzech swój ulubiony trunek, jednak prawdziwą perłą w koronie jest tokaj aszú (tokaji aszú). Jeżeli ktoś gustuje w mocnych alkoholach, powinien spróbować węgierskiej wódki na owocach – palinki – oraz Unicum, gorzkiego likieru ziołowego o magicznej mocy, który można pić i jako aperitif, i jako lekarstwo, gdy zje się zbyt wiele dokładek madziarskich przysmaków.

 

FASCYNUJĄCY BEZKRES

Wytrawny podróżnik sprytnie połączy rozsmakowywanie się w lokalnej kuchni z poznawaniem kolejnych atrakcji Węgier. W jego planach znajdzie się więc prawdopodobnie wycieczka do największego (zajmującego powierzchnię 82 tys. ha) i najstarszego w kraju (założonego w 1973 r.) Parku Narodowego Hortobágy (Hortobágyi Nemzeti Park). Można w nim podziwiać bezkresną równinę, zwaną pusztą, i przenieść się w czasie dzięki kultywowanym tu zwyczajom węgierskich pasterzy. Kto zawita do tej krainy, spotka madziarskich kowbojów, da się omamić fatamorganie, będzie miał szansę obserwować mnóstwo gatunków ptaków i zobaczy słynne węgierskie zwierzęta hodowlane, m.in. bydło węgierskie szare (magyar szürkemarha), długowłose świnie – mangalice – czy znane na całym świecie rasy psów, spośród których serca Polaków niejednokrotnie już podbił puli, czyli pokryty dredami pies mop.

 

MIASTA I GÓRY

Z regionu Hortobágy w kilka chwil można dotrzeć do Debreczyna (Debrecen), drugiego największego miasta Węgier, które już na początku zaskoczy nas niewielką liczbą mieszkańców (nieco ponad 200 tys.) w porównaniu do stolicy (niemal 2 mln ludzi). Kolejny urok tego kraju polega właśnie na tym, że znajduje się w nim dużo niewielkich miast i miasteczek. Segedyn (Szeged), Pecz (Pécs), Székesfehérvár, Veszprém, Eger, Vác, Szentendre czy Ostrzyhom (Esztergom) to tylko kilka miejsc idealnych dla tych, którzy cenią połączenie bogatej historii i spokojnej atmosfery niezatłoczonych miejscowości.

Jeśli jednak po płaskim i nizinnym krajobrazie puszty będziemy mieli ochotę na pewną odmianę, zawsze możemy wybrać się na wycieczkę do Wyszehradu (Visegrád). Z murów tutejszego zamku, który odegrał znaczącą rolę w dziejach Polski i Węgier, rozpościera się przepiękna panorama Zakola Dunaju (Dunakanyar). Ciekawą propozycją jest też trekking po paśmie Mátra lub Górach Bukowych. Choć nie są tak wysokie jak polskie (najwyższy szczyt Węgier – Kékes – wznosi się na 1014 m n.p.m.), potrafią zachwycić niejednego miłośnika górskich wędrówek.

 

NA POŻEGNANIE

Do domu warto zabrać ze sobą z Węgier takie przysmaki i pamiątki, które już za chwilę skłonią nas do planowania kolejnej wizyty w kraju Madziarów. Aromatyczne salami, butelka wspaniałego i niedrogiego wina, łagodna lub pikantna, ale zawsze soczyście czerwona papryka, fantazyjne marcepany, przepiękna porcelana z Herend, słynne na cały świat hafty z naddunajskiej Kalocsy czy bogracz (bogrács), kociołek do powieszenia nad ogniskiem, sprawią, że powracanie w te strony stanie się uzależnieniem i największą przyjemnością. Dlaczego jestem tego tak pewna? Bo moja miłość do węgierskiej kultury, kuchni i krajobrazów pozostaje głęboka i niezmienna od kilkunastu lat, a i tak każdego dnia przekonuję się, jak wiele mam jeszcze do odkrycia.

 

Wydanie Lato 2018

Teneryfa – wyspa wiecznej wiosny

WIOLETTA KRAWIEC

 

Marzy wam się takie miejsce, gdzie przez okrągły rok panują doskonałe warunki pogodowe – jest ciepło i słonecznie, ale nie upalnie, a twarze owiewa orzeźwiająca morska bryza? Chcecie wybrać się na wyspiarskie wakacje, ale wyprawa w odległe tropikalne kraje wydaje się zbyt daleką i męczącą podróżą? A może oprócz leżenia na plaży i kąpieli w morzu macie także ochotę zobaczyć cuda przyrody i ciekawe zabytki? Jeśli tak wygląda wasz sen o wakacyjnym raju, zapraszamy na Teneryfę – jedną z Wysp Kanaryjskich!

Więcej…