MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

 

Ta pierwsza kolonia hiszpańska w Ameryce ma do zaoferowania obecnie wiele wspaniałych atrakcji: pozostałości po Indianach Taino, liczne zabytki architektury kolonialnej, porośnięte bujną roślinnością najwyższe góry Antyli (Kordyliera Środkowa na czele z Pico Duarte), jedne z najpiękniejszych plaż i najlepszych resortów typu all inclusive (w skali całego świata), szalone imprezy karnawałowe (słynny Carnaval Vegano w La Vega), wspaniałą muzykę i tańce (merengue i bachata), wyśmienite trunki i cygara, aromatyczną kawę czy doskonałe pola golfowe. Dominikana to także cudowni ludzie – zawsze uśmiechnięci, cieszący się życiem, przyjaźni, życzliwi, gościnni, rozśpiewani i roztańczeni. Ich dewizą jest no hay problema, czyli nie ma problemu, oraz todo bienwszystko w porządku. Dominikańczycy przywiązują dużą uwagę do swojego wyglądu zewnętrznego (zwłaszcza kobiety). Niezależnie od statusu społecznego i materialnego, każdy chodzi tu schludnie i czysto ubrany. Mieszkańcy Dominikany uwielbiają świętować przy głośnej muzyce, tańcach i śpiewach oraz dobrym jedzeniu i piciu.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

O Dominikańczykach mówi się, że ich dzieci zanim nauczą się dobrze chodzić, znają już podstawowe kroki merengue. Nic w tym dziwnego, bowiem muzyka i taniec są tu wszechobecne – w biurach, szkołach, sklepach, na ulicach, w środkach transportu, domach czy na plażach. Niemal wszędzie słyszy się żywe i radosne rytmy merengue, które wpadają szybko w ucho i wprawiają każdego w dobry nastrój. Dominikana dała też światu, coraz popularniejszą również i w Polsce, spokojną, sentymentalną i romantyczną bachatę. Nie możemy zapominać, że twa dwa rodzaje muzyki korzystają z instrumentów i rytmów dawnych Indian Taino. Wystarczy choćby wspomnieć o używaniu przez współczesnych wykonawców tarki (güira) czy marakasów (maracas). A kim byli ci tajemniczy Tainowie, którym zawdzięczają tak wiele dzisiejsi Dominikańczycy…?  

 

ZIEMIA TAINÓW

Przed przybyciem Hiszpanów na terenie wyspy La Española (dzisiejszych krajów Haiti i Republiki Dominikańskiej) żyli od wielu stuleci Indianie Taino, rdzenni mieszkańcy Karaibów. Ten wymarły prekolumbijski lud dotarł tu z obszarów obecnego wschodniego wybrzeża Wenezueli, głównie ze słynnej delty rzeki Orinoko. Co o nim wiemy w dzisiejszych czasach? Otóż Tainowie zajmowali się głównie rolnictwem, uprawiali m.in. maniok jadalny, ziemniaki, kukurydzę, orzechy ziemne, pieprz, ananasy, bataty, bawełnę czy tytoń. Polowali na małe gryzonie, iguany, pewne gatunki ptaków i węży. Łowili też ryby przy użyciu różnych technik – haczyków, sieci czy trucizn. Wyrabiali również np. czółna (kanu – canoa) mogące pomieścić od 2 do 150 osób (zazwyczaj ok. 15–20), gliniane naczynia, bawełniane hamaki, drewniane krzesła (duho) i łóżka (coyes). Fermentowali maniok, żeby otrzymać napój alkoholowy nazywany uicú lub cusubí. Z mąki pochodzącej z tej rośliny uprawnej (tapioki) wytwarzali casabe de yuca (casabe) – rodzaj cienkiego i okrągłego bezdrożdżowego chleba, wypiekanego na słońcu albo ogniu, który stanowił ważną część ich codziennej diety i który jest do dzisiaj chętnie spożywany w regionie Karaibów (głównie w Republice Dominikańskiej, Wenezueli i na wschodzie Kuby). Kolumb opisywał Tainów jako ludzi łagodnych i spokojnych, o wielkiej prostocie. Według niego La Española miała być pełna zasobów naturalnych, wielkich bogactw, które czekały tu na konkwistadorów i koronę hiszpańską. Niestety, przybysze z Hiszpanii zaczęli źle traktować miejscową ludność oraz przywlekli ze sobą nieznane wcześniej w Nowym Świecie choroby z Europy (przede wszystkim ospę i tyfus). Biali kolonizatorzy, owładnięci wizją szybkiego wzbogacenia się, zburzyli spokojne życie Tainów. Przynieśli na wyspę chaos, zniszczenie, nienawiść, cierpienie i śmierć. W 1508 r. – według hiszpańskiego zakonnika Bartolomé de Las Casas (1484–1566), kronikarza i obrońcy Indian, autora słynnej książki Brevísima relación de la destrucción de las Indias (Krótka relacja o wyniszczeniu Indian) – żyło tutaj jeszcze ok. 60 tys. rdzennych mieszkańców. Jednak w wyniku ich niewolniczej eksploatacji przez Hiszpanów oraz epidemii chorób pochodzenia europejskiego, na które nie byli odporni, liczba ta zaczęła gwałtownie spadać, aby dojść do tylko 600 osób w 1531 r. W końcu biedni Tainowie zniknęli zupełnie z powierzchni ziemi...     

 

INDIAŃSKIE KORZENIE

Pozostawili po sobie jednak wiele cennych pamiątek, które możemy odkrywać i podziwiać teraz na wyspie La Española, nazywanej przez nich Quisqueya, co oznacza wielką matkę Ziemi. Warto wspomnieć choćby o kilku z nich. Otóż na podstawie badań DNA przeprowadzonych w latach 2006–2008 szacuje się, że wśród ok. 15–18 proc. Dominikańczyków dominują geny pochodzące bezpośrednio od wymarłych Tainów. Mieli je zachować w najwyższym stopniu mieszkańcy położonego na północy kraju regionu Cibao (prowincji Puerto Plata, Espaillat i Santiago). Nic w tym dziwnego, bowiem według dawnych archiwów już w 1514 r. aż 40 proc. hiszpańskich konkwistadorów posiadało indiańskie żony. W dzisiejszych czasach nadal używa się do określenia Republiki Dominikańskiej słowa pochodzącego z języka Tainów Quisqueya. Dominikańczycy lubią zresztą mówić na siebie Quisqueyanos. Ta nazwa pojawia się nawet na początku hymnu narodowego: Quisqueyanos valientes… (Dzielni synowie wyspy Quisqueya). Do języka hiszpańskiego (a dzięki temu i polskiego) przeszły setki słów zaczerpniętych od Indian Taino, m.in. canoa (kanu), huracán (huragan), hamaca (hamak), caimán (kajman), barbacoa (barbecue), tabaco (tytoń), maraca (marakas), iguana (iguana), manatí (manat) czy Caribe (Karaiby). Bardzo wiele miast, osad, rzek, gór i jaskiń na wyspie nosi indiańskie nazwy, np. Nagua, Samaná, Ozama, Sosua czy Yaque. Większość drzew i owoców określa się w dalszym ciągu słowami z języka Tainów – cajuil (nerkowiec), caoba (mahoń), ceiba (puchowiec), guayaba (gujawa, gruszla), guanábana (flaszowiec miękkociernisty, guanabana, graviola) itd. To samo tyczy się zresztą różnych roślin oraz setek owadów, ptaków, ryb i innych zwierząt. Uprawa tytoniu (tabaco) i zwyczaj jego palenia (niezmiernie popularny w całej Republice Dominikańskiej) wywodzi się także z kultury Indian Taino. Rząd Dominikany wykorzystuje obecnie wizerunki znanych indiańskich kacyków (wodzów) jako bohaterów narodowych na znaczkach pocztowych, banknotach i monetach. Warto wspomnieć w tym miejscu, że kiedy Krzysztof Kolumb dotarł na wyspę Quisqueya, jej terytorium było podzielone na 5 cacicazgos – Marién, Maguá, Maguana, Higüey i Jaragua. Należały one do kacyków (caciques), którzy mieli władzę absolutną. I tak Marién rządził wówczas Guacanagarix, Maguá – Guarionex, Maguana – Caonabo, Higüey – Cayacoa, a Jaragua znajdowała się pod kontrolą Bohechío (po jego śmierci ok. 1502 r. zastąpiła go siostra Anacaona). Postaci sławnych wodzów indiańskich używa się dzisiaj na Dominikanie także jako pewnego rodzaju maskotek firmujących następujące produkty: Soda Enriquillo, Guarina Saladitas (słone krakersy), Ron Siboney (jeden z najlepszych dominikańskich rumów) czy galletas Hatuey (pyszne herbatniki). Istnieje tu też popularne piwo – Cerveza Quisqueya. Nazwa pochodząca od Tainów ma gwarantować Dominikańczykom powodzenie biznesu. Widać to dziś również w turystyce – wierzy w to wielu przedsiębiorców hotelowych. Zwiedzając wyspę, widziałem choćby skromny Hotel Cacique w mieście Barahona (Santa Cruz de Barahona) w południowej części kraju, nad Oceanem Atlantyckim, czy też komfortowy Hotel Be Live Grand Marién przy przepięknym Costa Dorada (Złotym Wybrzeżu) koło Puerto Plata oraz luksusowy ośrodek wypoczynkowy Gran Bahía Príncipe Cayacoa rozłożony nad malowniczą zatoką Samaná. Jak więc widać, korzenie tradycyjnej dominikańskiej kultury wywodzą się właśnie z cywilizacji Indian Taino. Tak naprawdę ta rdzenna ludność Dominikany nigdy nie zginęła. Spotkamy ją tutaj na każdym kroku. Wystarczy tylko bacznie rozejrzeć się dookoła, a wszędzie odkryjemy pamiątki po niej. Odwiedzając Republikę Dominikańską, warto pamiętać o tym, że obecni mieszkańcy tego kraju w dużej mierze pochodzą właśnie od Tainów.     

 

KARNAWAŁ NA WYSPIE QUISQUEYA                          FOT. DOMINICAN REPUBLIC, MINISTRY OF TOURISM

Zaskakujący jest fakt, jak wiele indiańskich tradycji, zwyczajów i praktyk przetrwało do naszych czasów. Możemy to zobaczyć wyraźnie w okresie karnawału. Dominikańskie kobiety zakładają wówczas często stroje, które nosiły niegdyś Indianki Taino. Malują też twarze w taki sam sposób, jak czyniły to one ponad 600 lat temu.

                A jak obchodzi się karnawał na Dominikanie? Za jeden z najsłynniejszych i najstarszych (nie tylko na wyspie, ale w całej Ameryce) uważa się Carnaval Vegano odbywający się w mieście Concepción de La Vega (La Vega) w środkowej części kraju. Charakterystyczne jest to, że uroczystości karnawałowe w Republice Dominikańskiej łączy się ze świętami narodowymi – Dniem Niepodległości (27 lutego) i Dniem Restauracji (16 sierpnia). Wiele miejscowości organizuje wtedy huczne karnawały. Jednak największe i najpopularniejsze wydarzenie tego typu ma miejsce w lutym i sierpniu właśnie w La Vega. Carnaval Vegano słynie z wielkiego bogactwa artystycznego, radosnych fiest na ulicach, barwnych parad oraz wyborów króla i królowej karnawału.

 

500 LAT SZALONEJ ZABAWY

Concepción de La Vega jest stolicą prowincji La Vega i szóstym pod względem liczby mieszkańców miastem Republiki Dominikańskiej (po stołecznym Santo Domingo, Santiago de los Caballeros, San Felipe de Puerto Plata, La Romana i San Cristóbal). Leży w malowniczej i żyznej dolinie La Vega Real. Tą dzisiaj niemal 250-tysięczną miejscowość założył w 1494 r. sam Krzysztof Kolumb. Jej historia zaczyna się wraz z powstaniem tu twierdzy La Concepción. Miasto musiało zostać jednak trochę przesunięte w stosunku do swojego pierwotnego położenia po wielkim trzęsieniu ziemi, które nawiedziło te okolice w 1562 r. Przeniesiono je wówczas na drugi brzeg rzeki Camú. Concepción de La Vega rozwijała się na początku dzięki odlewni złota oraz uprawie i przetwórstwie trzciny cukrowej. To właśnie tutaj wybito pierwszą monetę na Dominikanie, a w 1512 r. utworzono siedzibę najstarszego biskupstwa na wyspie. W związku z tym zostali wysłani do tego miasta dominikanie Bartolomé de Las Casas i Pedro de Córdoba – sławni obrońcy praw Indian. Dokonano tu pierwszego podziału ziemi, którą przekazano do uprawy Tainom.

Historię karnawału w La Vega zapoczątkowali hiszpańscy kolonizatorzy już na początku XVI w. Według niektórych badaczy zorganizowano go w mieście (dzisiejszych ruinach La Vega Vieja) w lutym 1520 r. z okazji wizyty brata Bartolomé de Las Casas. Mieszkańcy mieli się wówczas przebrać za Maurów i chrześcijan oraz przygotować specjalne zabawy, które we współczesnej formie możemy oglądać również i dzisiaj. Niemal 500-letni Carnaval Vegano zachował w większości charakter typowy dla karnawałów hiszpańskich z fiestą Moros y Cristianos, ekspresyjną teatralnością, bogatymi strojami czy tańcem ze wstążkami. Dominują tu jednak Diablos Cojuelos – kolorowe postacie (na ogół czerwone, niebieskie, żółte lub zielone) z maskami typowymi dla średniowiecznych wizerunków diabła, makabrycznymi i odstraszającymi, z wielkimi uszami, otwartą buzią i wystającymi strasznymi zębami. Często dodaje się też charakterystyczne dla kultury kreolskiej koźle elementy, np. capią brodę. Każdej lutowej niedzieli wieczorem Diablos Cojuelos wychodzą na ulicę, uzbrojeni w baty z byczej skóry, strasząc i bijąc nimi lekko wszystkich tych, którzy ośmielą się opuścić swoje domostwa, pomijając jedynie osoby przebywające i bawiące się cały czas na chodniku lub jezdni. Centrum karnawałowego szaleństwa stanowi ulica Padre Adolfo Nouel (nazwana tak na cześć słynnego dominikańskiego księdza i pedagoga, prezydenta kraju w latach 1912–1913), niezmiernie barwne korowody przebierańców przechodzą również przez Parque de las Flores (Park Kwiatów). To właśnie tutaj diabły chłoszczą przechodniów, którzy ich prowokują lub opuszczą jezdnię. To tu także ma miejsce kulminacja kolorowej i wesołej parady. Ostatnio wzięło w niej udział ponad 80 grup przebierańców. W tych widowiskowych uroczystościach, będących spadkiem po czasach kolonialnych, odnajdziemy też obecnie elementy kultury afroamerykańskiej, które przynieśli ze sobą imigranci z Kuby oraz mieszkańcy biedniejszych dzielnic miasta. Warto również dodać, że w trzecią i ostatnią niedzielę lutego odbyły się w tym roku spektakularne koncerty karnawałowe na Stadionie Olimpijskim (Estadio Olímpico) w La Vega. Zgromadziły one łącznie ponad 65 tys. widzów, którzy bawili się doskonale podczas występów znanych gwiazd muzyki latynoamerykańskiej (reggaeton i merengue): Portorykańczyków Rakim & Ken-Y, Zion & Lennox, Cosculluela, Tito El Bambino i Dominikańczyka El Cata. Mniej popularna w trakcie karnawału jest spokojna, romantyczna i niezmiernie uczuciowa bachata (słucha się jej wówczas na ogół w domu). Królują zdecydowanie żywe, doskonałe do tańczenia rytmy – wszędzie słychać więc reggaeton i merengue.

Carnaval Vegano został uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional) przez dominikański parlament. Nic w tym dziwnego, bowiem jest to dzisiaj najważniejsze wydarzenie kulturalne w całej Republice Dominikańskiej, mające prawie 500 lat historii. Aby je obejrzeć i wziąć udział w szalonej zabawie razem z sympatycznymi i radosnymi Dominikańczykami, do miejscowości La Vega zjeżdżają tłumnie w lutym i sierpniu turyści ze wszystkich zakątków świata (ostatnio podczas karnawału spotkałem nawet Słoweńców, Rosjan, Czechów i Węgrów!).   

Pobyt na pasjonującej Dominikanie, nazywanej słusznie „rajem Karaibów”, szczycącej się cennymi pamiątkami po Indianach Taino, wspaniałą muzyką i tańcami (merengue i bachata), niesamowitym karnawałem (Carnaval Vegano), doskonałymi (i tanimi tutaj!) rumami i cygarami, z pewnością pozostanie na długo w pamięci każdego turysty. Jeszcze wiele miesięcy po powrocie do domu przed naszymi oczami przewijać się będą niemal przez cały czas obrazy nie tylko białych, bajecznych tropikalnych plaż o delikatnym piasku, ocienionych wysmukłymi palmami kokosowymi i oblewanych ciepłymi, krystalicznie czystymi, turkusowymi wodami, ale także wesołych, nieustannie uśmiechniętych, rozśpiewanych, roztańczonych i życzliwych przybyszom Dominikańczyków. Natomiast w naszych uszach na naprawdę długo zagoszczą skoczne, radosne, słoneczne i niezmiernie pozytywne rytmy merengue...    


          

Artykuły wybrane losowo

Tajlandia – w kraju uśmiechów

ALINA WOŹNIAK

<< Każdego roku przyjeżdżają tu miliony turystów spragnionych słońca, złotych plaż, wyśmienitej kuchni, wielowiekowych zabytków, egzotycznych pejzaży i wszelkiego rodzaju atrakcji: od kursów medytacji przez górskie wędrówki po zabawę w nocnych klubach. Moda na Tajlandię nie przeminęła i jeszcze długo będzie się utrzymywać. >>

Królestwo Tajlandii to monarchia konstytucyjna, na której czele stoi król (aktualnie Rama IX – Bhumibol Adulyadej). Leży w Azji Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim i części Półwyspu Malajskiego. Należą do niego również setki wysp w Zatoce Tajlandzkiej i na Morzu Andamańskim. Duża różnorodność stref roślinności (lasy monsunowe, równikowe, namorzynowe, sawanny) sprawia, że w granicach tego państwa żyje wiele gatunków zwierząt, m.in. słoń indyjski, niedźwiedź malajski, lotokot, lampart czy zagrożony wyginięciem tygrys.

Więcej…

RPA – jeden raz to za mało

JAKUB WOLSKI

 

Republika Południowej Afryki (RPA), najdalej na południe położone państwo afrykańskie, jest rodzinnym krajem m.in. Johna Maxwella Coetzee’ego, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Obowiązuje tu aż jedenaście języków urzędowych. W okolicznych wodach można spotkać np. wieloryby, a w miejscowych parkach i rezerwatach – tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli słonie, nosorożce czarne, lwy, bawoły i lamparty. Krajobraz RPA współtworzą sawanny, tereny górskie i wybrzeża dwóch oceanów – Atlantyckiego i Indyjskiego. Różnorodność stanowi nie tylko największy walor tego kraju, lecz także sprawia, że lista miejsc wartych odwiedzenia wydaje się tutaj nie mieć końca... Dlatego też wiele osób wraca w te strony wielokrotnie.

Pamiętam, jak kilka lat temu podróżowałem autobusem na trasie z południowoafrykańskiego Upington do Namibii. Usypiałem zmęczony podróżą, gdy przysiadł się do mnie pastor o buszmeńskich rysach, wracający do swojego domu na północy kraju. Zagadnął do mnie przyjaźnie i tak przez kilka kolejnych godzin rozmawialiśmy o realiach panujących w tej części świata. Po latach od tego spotkania detale toczonej dyskusji zupełnie zatarły się w mojej pamięci, ale pozostało jedno bardzo ważne zdanie: Always be aware, you’re in Africa. W wolnym tłumaczeniu: W Afryce zawsze miej oczy dookoła głowy.

Więcej…

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.