HANNA BORA

www.sledznas.com

 

« Przed naszym wyjazdem do Panamy nie mieliśmy zbyt dużych oczekiwań z nią związanych. Chcieliśmy zobaczyć słynny Kanał Panamski i rajski archipelag San Blas. Ten niewielki kraj Ameryki Centralnej zaskoczył nas jednak nie tylko pięknymi krajobrazami i życzliwością mieszkańców, ale też ogromną różnorodnością kulturową. »

 

Na mapie Panama przypomina kształtem wijącego się węża: wąski fragment lądu scala Amerykę Północną z Południową i jednocześnie oddziela Pacyfik od Atlantyku. Na pierwszy rzut oka wygląda jak idealny łącznik między kontynentami. Jednak właśnie tutaj, w miasteczku Yaviza (ponad 280 km na południowy wschód od stolicy kraju i niecałe 100 km na północ od granicy panamsko-kolumbijskiej), urywa się słynna Autostrada Panamerykańska (Carretera Panamericana) biegnąca z północy Alaski aż na południe Argentyny. Dostanie się do sąsiedniej Kolumbii drogą lądową jest niemal niemożliwe. Na przeszkodzie stoi owiany złą sławą przesmyk Darién (Tapón del Darién). Ten niewielki, bagnisto-leśny obszar porośnięty bujną selwą uchodzi za jeden z najbardziej malarycznych i niebezpiecznych rejonów na świecie. Według wielu źródeł stanowi doskonałą kryjówkę dla partyzantów i handlarzy narkotyków.

 

Panama to idealne miejsce na rozpoczęcie przygody z Ameryką Łacińską. Jest tu stosunkowo bezpiecznie, a ludzie są przyjaźni. Choć kraj ma niewielką powierzchnię (ponad 75 tys. km²) – prawie cztery razy mniejszą od Polski – skrywa ogromną różnorodność. Znajdziemy w nim góry i wulkany, tropikalne lasy i egzotyczną roślinność, piękne wybrzeże i rafy koralowe. Dodajmy do tego jeszcze setki wysp i wysepek. To prawdziwy raj dla przyrodników, ponieważ mieszają się tutaj gatunki zwierząt i roślin z obu Ameryk. Mniej więcej 40 proc. terytorium kraju zajmują obszary leśne, a Ciudad de Panamá jest jedyną stolicą na świecie, w której granicach znajduje się bujny las deszczowy.

 

DROGA ŁĄCZĄCA OCEANY

Nie da się jednak ukryć, że prawdziwa wizytówka tego państwa to słynny Kanał Panamski, pozostający do dziś jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Ma 82 km długości, łączy Atlantyk z Pacyfikiem i w znaczący sposób usprawnił transport morski. Na pomysł budowy kanału wpadli już kilkaset lat temu Hiszpanie. Do jego realizacji przystąpiono jednak dopiero pod koniec XIX w. Pracami kierował budowniczy Kanału Sueskiego, Francuz Ferdinand de Lesseps (1805–1894). Pierwsza próba skończyła się fiaskiem ze względu na trudny teren, błędy inżynieryjne oraz choroby, które pochłonęły wiele ofiar. Szacuje się, że przy budowie zginęło ok. 22 tys. osób.

 

Jeszcze na początku XX stulecia Panama była częścią Kolumbii. Odrębne państwo powstało w listopadzie 1903 r. przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Rok później Amerykanie wznowili prace nad budową kanału. Po 10 latach zakończyły się one sukcesem, nowy szlak był gotowy. Przez kolejne dekady pozostawał pod kontrolą USA. Dopiero od 31 grudnia 1999 r. zarządzać drogą wodną zaczęły władze Panamy. Obecnie stanowi ona nie tylko główne źródło wpływów do budżetu kraju, ale też jego największą atrakcję turystyczną. W 2014 r. obchodzono stulecie jej powstania. Choć Kanał Panamski wciąż uważany jest za cud inżynierii, jego znaczenie dla transportu morskiego zaczęło powoli spadać. Aby przystosować go na potrzeby większych statków i zwiększyć przepustowość szlaku, w 2006 r. postanowiono przeprowadzić konieczną rozbudowę. Prace trwały blisko 10 lat i zakończono je w czerwcu 2016 r.

 

Jesteśmy na tarasie widokowym i liczymy na to, że zobaczymy mechanizm działania śluzy Miraflores. Statki będą przepływać dopiero po południu, koło 15.00. Możecie najpierw obejrzeć krótki film o historii kanału i muzeum – informuje nas z uśmiechem na twarzy sympatyczna dziewczyna z obsługi, kiedy kupujemy bilety.

 

Zobaczyliśmy całą wystawę, wszystkie eksponaty i makiety. Teraz już tylko czekamy i wypatrujemy, a razem z nami spora grupa innych turystów z różnych stron świata. W końcu zaczyna się coś dziać. Pierwszy etap to wyrównywanie poziomu wody. Dopiero kiedy się zakończy, śluzy powoli się otwierają. Najpierw przepływa grupa trzech niewielkich jednostek. Następny jest ogromny kontenerowiec, który zdaje się ledwie mieścić w ciasnym torze. Pokonanie tego odcinka zajmuje mu dobre kilkanaście minut. To dość powolny proces. Na początku zastanawiamy się, czy statek rzeczywiście jest w ruchu. Cały spektakl robi jednak na nas spore wrażenie. Cieszymy się, że możemy zobaczyć na własne oczy konstrukcję, o której kilkanaście lat temu uczyliśmy się w szkole.

 

STOLICA O WIELU OBLICZACH

Śluza Miraflores znajduje się zaledwie ok. 14 km od stolicy. Do miasta wracamy lokalnym autobusem zwanym diablo rojo („czerwony diabeł”). W Panamie słynne chicken busy – emerytowane szkolne autobusy z USA, które dostały drugie życie w krajach Ameryki Centralnej – dorobiły się własnej nazwy. Pewne elementy się jednak nie zmieniają: są pomalowane na jaskrawe kolory (na naszym dominuje róż), Matka Boska sąsiaduje w nich ze zmysłowymi kobietami w bikini, a z głośników wylewają się donośne rytmy reggaetonu. Ogromny napis Fast & Furious (Szybki i wściekły) na wehikule, którym się poruszamy, wzbudza w nas lekki niepokój. Na szczęście spory ruch zdaje się poskramiać fantazję kierowcy. Jeden z naszych panamskich znajomych wspomniał nam, że już niedługo te charakterystyczne autobusy mają zniknąć z ulic kraju. Jakoś nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić.

 

Pierwsze spotkanie z Panamą (Ciudad de Panamá) zaskakuje. Do tej pory raczej omijaliśmy stolice krajów Ameryki Centralnej. Wolimy urok spokojnych, mniejszych miasteczek, nie zachęcały nas również historie innych podróżników. Panama zdaje się być wyjątkiem w tym gronie. Jesteśmy w nowoczesnej i dobrze zorganizowanej metropolii. Strzeliste, szklane wieżowce stojące przy nabrzeżu i wysmukłe palmy przywołują na myśl amerykańskie filmy. W moich wyobrażeniach właśnie tak wygląda amerykańskie Miami. Szybko jednak okazuje się, że to tylko jedno z obliczy stolicy. Odnajdujemy tu też charakterystyczny latynoski bałagan i rozgardiasz. 

 

Miasto założył 15 sierpnia 1519 r. hiszpański konkwistador Pedro Arias de Ávila (1440–1531). Ośrodek szybko zaczął się wzbogacać oraz nabierać znaczenia dla administracji kolonialnej i kościelnej. Stał się także ważnym portem, co przyciągnęło uwagę piratów. Najsłynniejszego ataku dopuścił się Henry Morgan (ok. 1635–1688). Walijski bukanier słynął z charyzmy i waleczności. Jego legenda była tak silna, że jedną z marek rumu nazwano Captain Morgan. W styczniu 1671 r. przewodził największej w historii wyprawie bukanierów (złożonej z mniej więcej 1400 ludzi) i zdobył Panamę. Dawne centrum miasta zostało splądrowane i spalone. Dwa lata później odbudowano je, jednak nie w tym samym miejscu, a 8 km dalej (na południowy zachód), na skalistym cyplu. Dziś ten obszar znany jest jako Casco Viejo lub Casco Antiguo (czyli Stare Miasto) i to właśnie tutaj bije turystyczne serce stolicy.

 

Spacerujemy wąskimi, brukowanymi uliczkami i przyglądamy się kolonialnej architekturze. Pastelowe kamienice są urocze, ale jednocześnie nadgryzione zębem czasu. Przez chwilę mamy wrażenie, że przenieśliśmy się do Starej Hawany (La Habana Vieja). Obszar Casco Viejo nie jest rozległy, znajdziemy tu jednak wiele imponujących budynków i malowniczych placów. Za najbardziej znany uchodzi plac Niepodległości (Plaza de la Independencia). To właśnie w tym miejscu świętowano ogłoszenie niezależności Panamy od Hiszpanii (w listopadzie 1821 r.) i Kolumbii (w 1903 r.). Warto tutaj odwiedzić Katedrę Metropolitalną, gmach Muzeum Transoceanicznego Kanału Panamskiego (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i neoklasycystyczny Pałac Miejski (Palacio Municipal). W pobliżu wznosi się również niewielki Kościół św. Józefa (Iglesia de San José), w którym zobaczymy słynny imponujący Złoty Ołtarz (Altar de Oro). Według legendy lokalny ksiądz przemalował go na czarno, dzięki czemu cenny zabytek nie stał się łupem piratów Henry’ego Morgana.

 

Jednym z naszych ulubionych rejonów Casco Viejo jest tutejszy urokliwy pasaż – Paseo de Las Bóvedas. To spokojny zakątek, z którego roztacza się wspaniała panorama nowoczesnej części miasta. Stanowi też świetne miejsce dla wszystkich miłośników zakupów. Na licznych straganach tradycyjnie ubrane kobiety z grupy etnicznej Guna (Kuna) sprzedają oryginalne rękodzieło artystyczne. Najbardziej znane są molas – piękne, ręcznie haftowane tkaniny ozdobione barwnymi wzorami. 

 

Po kilku godzinach spaceru po Casco Viejo zdążyliśmy porządnie zgłodnieć, więc nasze kroki kierujemy na słynny rybny targ o nazwie Mercado de Mariscos. Siadamy przy jednej z licznych knajpek i zamawiamy mieszankę owoców morza. Ceny nie są tu już tak niskie jak kilka lat temu, ale smak dań jest rewelacyjny. Idealnie pasuje do nich schłodzone piwo marki Panama lub Balboa. Wieczorem kontynuujemy spacer wzdłuż wybrzeża. Nieznośny upał zelżał. Mijają nas biegacze i pary na rolkach. Przed nami rysują się rozświetlone sylwetki wieżowców.

 Avenida Balboa i wybrzeże w Ciudad de Panamá

 

RAJ ODNALEZIONY

Następnego dnia budzimy się wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Czeka nas długa i dość męcząca wyprawa, ale mamy nadzieję, że uroki docelowego miejsca wynagrodzą nam trudy podróży. O rajskim archipelagu San Blas usłyszeliśmy pierwszy raz kilka lat temu. Tworzy go ok. 365 pięknych wysepek rozsianych na Morzu Karaibskim. Zdjęcia znalezione w internecie potwierdzają opowieści znajomych – widnieją na nich idealne, piaszczyste plaże otoczone turkusową wodą oraz hamaki rozwieszone w cieniu palm. Naszą ciekawość jeszcze bardziej rozbudzają historia tego miejsca i jego mieszkańcy.

 

Archipelag San Blas należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala) położonego w północno-wschodniej części Panamy. Jest on zamieszkany i zarządzany przez Indian Guna (Kuna). Obecnie są oni jedną z najbardziej autonomicznych rdzennych społeczności w całej Ameryce Łacińskiej. Nie zawsze jednak tak było. Pierwsze 20 lat niepodległości Panamy to historia wielu konfliktów i kolizji sprzecznych interesów. Rząd nie szanował lokalnych tradycji i dążył do pozbawienia Indian Guna ich tożsamości i ziemi. Doprowadziło to w lutym i marcu 1925 r. do buntu (tzw. rewolucji Guna). Wreszcie we wrześniu 1938 r. stworzono autonomiczne terytorium (wówczas pod nazwą San Blas), a jego mieszkańcom zapewniono bezpieczeństwo oraz poszanowanie ich zwyczajów, kultury i decyzji.

 

Wszystkie reguły dotyczące życia na wyspach i ich odwiedzania ustalają Gunowie. Nie ma tu ekskluzywnych resortów ani eleganckich restauracji. Choć turystyka obok rybołówstwa, rolnictwa i rękodzieła stanowi podstawę lokalnej gospodarki, rdzenni mieszkańcy nie zgadzają się na obecność wielkich sieci hotelowych na archipelagu. Starają się chronić go przed wchłonięciem przez zachodnią cywilizację. Nie ma tutaj dostępu do internetu, a prąd pochodzi z generatorów. Właśnie dzięki temu atmosfera na wyspach jest iście sielankowa i można na nich rzeczywiście odciąć się od świata.

 

Droga do raju nie należy niestety do łatwych. Pierwszy etap to dojazd z Panamy do Puerto de Carti, skąd na archipelag odpływają łodzie. Na mapie odcinek ten wygląda niepozornie – ciągnie się przez ok. 110 km, z czego 70 pokonuje się wygodną Autostradą Panamerykańską. Następne 40 km trzeba już przebyć po dziurawej nawierzchni, a kręta trasa wiedzie przez tropikalny las. Lepiej nie wyruszać na tę wyprawę innym autem niż samochód terenowy. Cały przejazd zajmuje nam blisko 2,5 godz. Na kilka kilometrów przed portem musimy się jeszcze zatrzymać przy niewielkim punkcie kontrolnym, gdzie przedstawiciele Indian Guna sprawdzają nasze dokumenty i pobierają opłatę za wjazd na ich teren. 

 

Razem z kilkoma innymi osobami wsiadamy do niewielkiej łodzi i odpływamy w stronę naszego raju – wyspy Chichime. Rejs trwa zaledwie 35 minut, ale ze względu na wysokie fale oblewające nas z każdej strony nie możemy już doczekać się chwili, kiedy postawimy stopę na stałym lądzie. Po drodze staramy się przyjrzeć innym wyspom. Jedynie ok. 40 jest zamieszkanych. Zdecydowana większość to nic więcej jak kawałek plaży i kilka palm. Gdy docieramy na Chichime, nasi gospodarze kierują nas do niewielkiej chatki z bambusa. Nie ma ona okien, ale zupełnie nam to nie przeszkadza – w końcu znajdujemy się zaledwie kilka kroków od najpiękniejszej plaży, jaką widzieliśmy w życiu. 

 

Życie turysty na archipelagu jest proste. Dzień zaczynamy od wschodu słońca. Następnie spacerujemy – obejście całej wyspy zajmuje nam niecałą godzinę. Przyglądamy się życiu mieszkańców i bawimy się z roześmianymi i ciekawskimi dzieciakami. Sporo czasu spędzamy w krystalicznie czystej wodzie lub w hamaku. Nie musimy się nigdzie spieszyć ani szukać restauracji. Posiłki przygotowują nam nasi gospodarze z produktów dostępnych na wyspie. Zazwyczaj jest to świeża ryba z dodatkiem smażonych platanów i juki. Raz trafia nam się nawet wspaniały homar. Kiedy nadchodzi dzień powrotu, czujemy ogromny żal. Chcielibyśmy móc zostać w tym raju kilka dni dłużej.

 

ŚPIĄCA INDIANKA

Po powrocie do stolicy postanawiamy zmienić krajobraz i wybieramy się w góry. Ruszamy do El Valle de Antón. To niewielkie miasteczko znajduje się w kraterze lub kalderze wygasłego wulkanu. Otoczone jest bujną zielenią i stanowi idealne miejsce zarówno na odpoczynek, jak i uprawianie wielu aktywności. Zatrzymujemy się na spokojnym kempingu. Jego właściciel – Miguel – ma chińskie pochodzenie. Moi dziadkowie przybyli z Chin do Panamy w trakcie budowy Kanału Panamskiego – opowiada nam. Sami przy nim nie pracowali, ale wyczuli, że to może być dla nich szansa na nowe życie. To nie jest jakaś wyjątkowa historia, na pewno już zdążyliście zauważyć, że wiele sklepów i restauracji należy tu do Chińczyków – dodaje, śmiejąc się. Kiedy pytamy o najciekawsze szlaki w okolicy, odpowiada krótko: Idźcie na górę India Dormida (w tłumaczeniu na polski jej nazwa brzmi Śpiąca Indianka). Nie znajdziecie w okolicy lepszych widoków, a skoro lubicie górskie wycieczki, będzie to dla was przyjemny spacer.

 

Charakterystyczny zarys wzniesienia widać już z naszego kempingu. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można dostrzec twarz i sylwetkę śpiącej kobiety. Według legendy należą do pięknej indiańskiej księżniczki – Flor del Aire. Młoda dziewczyna zakochała się w jednym z hiszpańskich przybyszów, którzy planowali podbić ziemię jej ojca. Zaślepiona tym uczuciem odrzuciła miłość najdzielniejszego wojownika swojego ludu. Młodzieniec z rozpaczy rzucił się w przepaść na oczach wybranki serca. Flor del Aire nie chciała zdradzić swoich bliskich i postanowiła uciec. Przez góry i doliny dotarła aż do wybrzeża Morza Karaibskiego. Tam umarła z wycieńczenia.

 

Śpiąca Indianka nie imponuje wysokością. To właściwie bardziej wzgórze, mierzy ok. 800–900 m n.p.m. Trasa jest łatwa i przyjemna. Wejście na szczyt zajmuje nam mniej niż godzinę. Po drodze spotykamy kilka rodzin z dziećmi. Wszyscy się do nas uśmiechają i pozdrawiają nas serdecznie. Niektórzy podpytują, skąd jesteśmy i czy podoba nam się ich kraj. Mieszkańcy Panamy są sympatyczni i radośni. Często pojawiają się w czołówce rankingów najszczęśliwszych narodów świata (ostatnio zajęli 31 miejsce, zaraz za Hiszpanami i przed Brazylijczykami). 

 Wyprawa trekkingowa w okolicy miasteczka El Valle de Antón leżącego w wulkanicznym kraterze

© PANAMATOURISTBOARD/BRANLYBRUNETH

 

Atelopus zeteki, endemiczna panamska złota żaba
© PANAMATOURISTBOARD/BRANLYBRUNETH
 

GÓRY I PLANTACJE KAWY

Jeszcze zanim dotarliśmy do Panamy, usłyszeliśmy od kilkunastu osób, że koniecznie musimy pojechać do Boquete (Bajo Boquete). To niewielkie miasteczko leży u stóp wulkanu Barú (znanego także jako Chiriquí) – najwyższego szczytu kraju, o wysokości 3475 m n.p.m. Słynie z bardzo przyjemnego klimatu – można powiedzieć, że panuje tu wieczna wiosna, pięknych górskich krajobrazów, niesamowitej roślinności, jazzu i kawy. Przy takiej mieszance niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Miasteczko nazywane jest też kwiatową stolicą Panamy. Najlepiej przyjechać do niego w styczniu, kiedy odbywa się Festiwal Kwiatów i Kawy (Feria de las Flores y del Café). Wydarzenie trwa aż 10 dni. Profesjonalni ogrodnicy na brzegach rzeki wystawiają tysiące rozmaitych kwiatów. Tworzą one prawdziwą eksplozję barw i zapachów. Największym zainteresowaniem cieszy się wystawa orchidei. 

 

Do Boquete można dojechać z David – dusznego, zakurzonego miasta, w którym raczej nikt nie ma ochoty zatrzymać się na dłużej. Pokonujemy zaledwie 50 km, ale krajobraz zmienia się diametralnie. Droga pnie się w górę. Dookoła nas robi się coraz bardziej zielono, powietrze staje się rześkie. Miasteczko położone jest na wysokości mniej więcej 1200 m n.p.m. Łagodny klimat i żyzna gleba wulkaniczna sprawiają, że wygląda jak piękny, tropikalny ogród. Największe jego bogactwo stanowi kawa. W okolicy znajdują się liczne plantacje leżące na górskich zboczach. Ich widok wywołuje szybsze bicie serca u prawdziwych kawoszy. To właśnie tu uprawia się jedną z najrzadszych i najdroższych odmian o nazwie geisha. Odkryto ją w Etiopii w południowo-zachodnim dystrykcie Gesha w latach 30. XX w. Ze względu na niewielkie zbiory i słabą wydajność nie była zbyt popularna. Do Panamy (do regionu Boquete) trafiła przez Kostarykę. Stosunkowo niedawno, bo w 2004 r., została uznana za objawienie i zrobiła furorę na światowym rynku. Słynie z wyjątkowego i złożonego profilu smakowego. Charakteryzuje ją wysoka kwasowość, pikantny, cytrusowy smak i wyczuwalne nuty jaśminu. Na aukcji Best of Panama w lipcu 2018 r. padł kolejny rekord cenowy – za funt (0,453 kg) kawy geisha pochodzącej z upraw Lamastus Family Estates (Luito Geisha Estate) zapłacono 803 dolary amerykańskie.

 

Każdy dzień w Boquete zaczynamy od filiżanki małej czarnej. Nie trzeba od razu pić naparu z najdroższej odmiany, aby docenić jego smak. Poza kawą największą atrakcją regionu są trekkingi. Najpopularniejszą wyprawę stanowi nocne wejście na szczyt wulkanu Barú, z którego można podziwiać niesamowity wschód słońca. Przy dobrej widoczności to też jedno z nielicznych miejsc, skąd zobaczymy zarówno wybrzeże Pacyfiku, jak i Morza Karaibskiego. Szlak jest długi i dość męczący, do tego niektórym daje się we znaki wysokość. Za drugą najczęściej wybieraną trasę uchodzi Sendero Los Quetzales, czyli Szlak Kwezali (o długości 9,6 km). Prowadzi przez bujny las deszczowy, niedaleko siedlisk tych wspaniałych i rzadkich ptaków. Kwezale herbowe mają piękne ubarwienie: ich pióra są soczyście zielone, a brzuch – karmazynowy. Dla Majów stanowiły symbol wolności. Podobno ptaki te nie potrafią żyć w niewoli. Po kilku godzinach ich serce przestaje bić.

 

KARAIBSKI LUZ

Ostatnim punktem naszej podróży po Panamie jest archipelag Bocas del Toro. Po kilku dniach w chłodniejszym klimacie marzymy o powrocie pod palmy. Aby dostać się do tego karaibskiego raju usytuowanego niedaleko granicy z Kostaryką, trzeba najpierw dojechać do mało przyjemnego miasteczka Almirante, skąd kursują wodne taksówki. Główna wyspa – Isla Colón (61 km² powierzchni) – wita nas typowym dla Karaibów widokiem kolorowych domków wznoszących się na palach tuż nad wodą. To tutaj znajduje się największe miasto i stolica całej prowincji – 13-tysięczne Bocas del Toro. Mijamy kolejne hotele, pensjonaty i restauracje. Trochę tu dla nas zbyt tłoczno, zbyt głośno. Decydujemy się popłynąć od razu na kolejną wyspę – Bastimentos, zwaną pieszczotliwie Basti.

 

Na niej zamiast hoteli widzimy skromne domki. Niektóre ładne i zadbane, inne trochę brzydsze, zbudowane przy użyciu blachy falistej. Większość mieszkańców niewielkiej miejscowości Old Bank (nazywanej również Bastimentos Town) jest pochodzenia afrokaraibskiego. Przebiegają koło nas roześmiane dzieci, jakiś mężczyzna śpi w hamaku, z kolejnego domu dobiega dość głośna muzyka. Zdążyliśmy już zgłodnieć, więc wchodzimy do jednej z rodzinnych jadłodajni. Do wyboru mamy kokosowy ryż ze smażonymi platanami i rybą lub kurczakiem. Do tego zamawiamy orzeźwiającą lemoniadę. Posiłek wydawany jest w leniwym tempie, ale nie przeszkadza nam to, bo rozkoszujemy się widokiem na morze rozciągającym się z tarasu.

 

Po obiedzie przechodzimy na drugą stronę wyspy, gdzie panuje większy spokój. Wysokie palmy kołyszą się nad przejrzystą, turkusową wodą. Tak trafiamy do The Firefly, gdzie przyjmują nas Lauren i Ryan – para z USA, która odnalazła swoje miejsce na ziemi właśnie na Bastimentos. Na ich hotelik składają się zaledwie trzy pokoje i dwa bungalowy. Znajduje się tu także świetna restauracja, uważana za jedną z najlepszych nie tylko na wyspie, ale też w całej Panamie, niewielki basen i spory taras z leżakami i hamakami. Od razu czujemy, że to miejsce, w którym idealnie się odpoczywa.

 

Właściciele zapraszają nas na poncz owocowy. Siadamy wszyscy przy stoliku i zaczynamy rozmowę o Bastimentos. Pomysł, żeby stworzyć coś swojego gdzieś na Karaibach, mieliśmy już od dawna – wyjaśnia Ryan. I tak pewnego dnia trafiliśmy na Basti. To miejsce powstało siedem lat temu. Wciąż zmagamy się z wieloma przeciwnościami. Każda wyspa ma to do siebie, że czas płynie na niej wolniej. Czasami czekamy na dostawę produktów, a ona pojawia się dopiero po dwóch dniach. Staramy się być jak najbardziej przyjaźni dla środowiska. Niektórzy goście jednak nie rozumieją, dlaczego nie mamy klimatyzacji, nie mogą użyć suszarki do włosów lub kupić wody w plastikowej butelce. Serce nas boli, kiedy widzimy, ile śmieci gromadzi się na archipelagu. Dlatego aktywnie działamy w lokalnej społeczności, staramy się też edukować mieszkańców, aby dbali o swoje otoczenie. Musiało minąć trochę czasu zanim nas zaakceptowali, ale teraz traktują nas już jak swoich – opowiada z uśmiechem.

 

Archipelag Bocas del Toro przyciąga nie tylko pięknymi plażami i karaibskim luzem, ale także niesamowitą przyrodą. Można tu spacerować po lesie deszczowym, spotkać urocze leniwce, pływać z delfinami. To również raj dla miłośników nurkowania – bogactwo podwodnego świata jest oszałamiające. Nie trzeba zresztą nurkować czy uprawiać snorkelingu, żeby wypatrzeć w przejrzystej wodzie liczne rozgwiazdy. Warto też wybrać się na rajskie Cayos Zapatillas położone na południowy wschód od Bastimentos. To dwie malutkie, niezamieszkane wysepki otoczone piękną rafą koralową.

Błogi wypoczynek na archipelagu Bocas del Toro

© JACEKŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.COM

 

Artykuły wybrane losowo

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.

 

 

GRECJA DLA KAŻDEGO

WOJCIECH KUDER

 

Gdzie wyjechać na urlop, żeby ani przez chwilę się nie nudzić? Jak połączyć marzenia o beztroskim wypoczynku, fascynującej podróży w czasie i przygodach, o których z wypiekami na twarzy opowiada się potem przez szereg długich, zimowych wieczorów? Rozwiązaniem w tym przypadku może być z pewnością Grecja… Mityczna kraina wszechmocnych bogów i odważnych bohaterów, ojczyzna poetów, słońca i wyśmienitego wina, po którym świat wygląda jakby wyszedł spod pędzla mistrzów impresjonizmu. To jedno z tych miejsc, gdzie wraca się wielokrotnie. Jest niby zaginione pośród morskich fal królestwo wiecznej szczęśliwości, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!

Więcej…

Australia – świat do góry nogami

LIDIA MIKOŁAJEWSKA

 

<< Gdy w 2006 r. hinduski reżyser Harry Baweja kręcił sceny do filmu „Love Story 2050”, przyznał w wywiadzie, że południe Australii stanowi znakomity plener zdjęciowy do jego obrazu. Właśnie tu znalazł wszystko to, czego potrzebował: wielkie miasto i małe miasteczko, czerwoną pustynię i słone jezioro, a nawet piękną wyspę. A to przecież jedynie część tego, co ma nam do zaoferowania ten najmniejszy i najbardziej odmienny kontynent świata. Witajcie po drugiej stronie globu! >>

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Dwunastu Apostołów - wapienne kolumny w Parku Narodowym Port Cambell

 

Trzeba przyznać, że w Australii jest coś urzekającego i fascynującego. To prawdziwie filmowy kraj – ogromne i dzikie przestrzenie, ciągnące się po horyzont drogi i bezdroża, piaszczyste plaże i lasy deszczowe, nasłonecznione stoki i pastwiska czy wypalone pustynie… Na dodatek tylko tu ewolucja ssaków przebiegła inaczej niż na całej planecie, dzięki czemu rozwinęły się i przetrwały do naszych czasów gatunki stekowców i torbaczy – dziobaki, kolczatki, wombaty, koale czy kangury.

Więcej…