HANNA BORA

www.sledznas.com

 

« Przed naszym wyjazdem do Panamy nie mieliśmy zbyt dużych oczekiwań z nią związanych. Chcieliśmy zobaczyć słynny Kanał Panamski i rajski archipelag San Blas. Ten niewielki kraj Ameryki Centralnej zaskoczył nas jednak nie tylko pięknymi krajobrazami i życzliwością mieszkańców, ale też ogromną różnorodnością kulturową. »

 

Na mapie Panama przypomina kształtem wijącego się węża: wąski fragment lądu scala Amerykę Północną z Południową i jednocześnie oddziela Pacyfik od Atlantyku. Na pierwszy rzut oka wygląda jak idealny łącznik między kontynentami. Jednak właśnie tutaj, w miasteczku Yaviza (ponad 280 km na południowy wschód od stolicy kraju i niecałe 100 km na północ od granicy panamsko-kolumbijskiej), urywa się słynna Autostrada Panamerykańska (Carretera Panamericana) biegnąca z północy Alaski aż na południe Argentyny. Dostanie się do sąsiedniej Kolumbii drogą lądową jest niemal niemożliwe. Na przeszkodzie stoi owiany złą sławą przesmyk Darién (Tapón del Darién). Ten niewielki, bagnisto-leśny obszar porośnięty bujną selwą uchodzi za jeden z najbardziej malarycznych i niebezpiecznych rejonów na świecie. Według wielu źródeł stanowi doskonałą kryjówkę dla partyzantów i handlarzy narkotyków.

 

Panama to idealne miejsce na rozpoczęcie przygody z Ameryką Łacińską. Jest tu stosunkowo bezpiecznie, a ludzie są przyjaźni. Choć kraj ma niewielką powierzchnię (ponad 75 tys. km²) – prawie cztery razy mniejszą od Polski – skrywa ogromną różnorodność. Znajdziemy w nim góry i wulkany, tropikalne lasy i egzotyczną roślinność, piękne wybrzeże i rafy koralowe. Dodajmy do tego jeszcze setki wysp i wysepek. To prawdziwy raj dla przyrodników, ponieważ mieszają się tutaj gatunki zwierząt i roślin z obu Ameryk. Mniej więcej 40 proc. terytorium kraju zajmują obszary leśne, a Ciudad de Panamá jest jedyną stolicą na świecie, w której granicach znajduje się bujny las deszczowy.

 

DROGA ŁĄCZĄCA OCEANY

Nie da się jednak ukryć, że prawdziwa wizytówka tego państwa to słynny Kanał Panamski, pozostający do dziś jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Ma 82 km długości, łączy Atlantyk z Pacyfikiem i w znaczący sposób usprawnił transport morski. Na pomysł budowy kanału wpadli już kilkaset lat temu Hiszpanie. Do jego realizacji przystąpiono jednak dopiero pod koniec XIX w. Pracami kierował budowniczy Kanału Sueskiego, Francuz Ferdinand de Lesseps (1805–1894). Pierwsza próba skończyła się fiaskiem ze względu na trudny teren, błędy inżynieryjne oraz choroby, które pochłonęły wiele ofiar. Szacuje się, że przy budowie zginęło ok. 22 tys. osób.

 

Jeszcze na początku XX stulecia Panama była częścią Kolumbii. Odrębne państwo powstało w listopadzie 1903 r. przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Rok później Amerykanie wznowili prace nad budową kanału. Po 10 latach zakończyły się one sukcesem, nowy szlak był gotowy. Przez kolejne dekady pozostawał pod kontrolą USA. Dopiero od 31 grudnia 1999 r. zarządzać drogą wodną zaczęły władze Panamy. Obecnie stanowi ona nie tylko główne źródło wpływów do budżetu kraju, ale też jego największą atrakcję turystyczną. W 2014 r. obchodzono stulecie jej powstania. Choć Kanał Panamski wciąż uważany jest za cud inżynierii, jego znaczenie dla transportu morskiego zaczęło powoli spadać. Aby przystosować go na potrzeby większych statków i zwiększyć przepustowość szlaku, w 2006 r. postanowiono przeprowadzić konieczną rozbudowę. Prace trwały blisko 10 lat i zakończono je w czerwcu 2016 r.

 

Jesteśmy na tarasie widokowym i liczymy na to, że zobaczymy mechanizm działania śluzy Miraflores. Statki będą przepływać dopiero po południu, koło 15.00. Możecie najpierw obejrzeć krótki film o historii kanału i muzeum – informuje nas z uśmiechem na twarzy sympatyczna dziewczyna z obsługi, kiedy kupujemy bilety.

 

Zobaczyliśmy całą wystawę, wszystkie eksponaty i makiety. Teraz już tylko czekamy i wypatrujemy, a razem z nami spora grupa innych turystów z różnych stron świata. W końcu zaczyna się coś dziać. Pierwszy etap to wyrównywanie poziomu wody. Dopiero kiedy się zakończy, śluzy powoli się otwierają. Najpierw przepływa grupa trzech niewielkich jednostek. Następny jest ogromny kontenerowiec, który zdaje się ledwie mieścić w ciasnym torze. Pokonanie tego odcinka zajmuje mu dobre kilkanaście minut. To dość powolny proces. Na początku zastanawiamy się, czy statek rzeczywiście jest w ruchu. Cały spektakl robi jednak na nas spore wrażenie. Cieszymy się, że możemy zobaczyć na własne oczy konstrukcję, o której kilkanaście lat temu uczyliśmy się w szkole.

 

STOLICA O WIELU OBLICZACH

Śluza Miraflores znajduje się zaledwie ok. 14 km od stolicy. Do miasta wracamy lokalnym autobusem zwanym diablo rojo („czerwony diabeł”). W Panamie słynne chicken busy – emerytowane szkolne autobusy z USA, które dostały drugie życie w krajach Ameryki Centralnej – dorobiły się własnej nazwy. Pewne elementy się jednak nie zmieniają: są pomalowane na jaskrawe kolory (na naszym dominuje róż), Matka Boska sąsiaduje w nich ze zmysłowymi kobietami w bikini, a z głośników wylewają się donośne rytmy reggaetonu. Ogromny napis Fast & Furious (Szybki i wściekły) na wehikule, którym się poruszamy, wzbudza w nas lekki niepokój. Na szczęście spory ruch zdaje się poskramiać fantazję kierowcy. Jeden z naszych panamskich znajomych wspomniał nam, że już niedługo te charakterystyczne autobusy mają zniknąć z ulic kraju. Jakoś nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić.

 

Pierwsze spotkanie z Panamą (Ciudad de Panamá) zaskakuje. Do tej pory raczej omijaliśmy stolice krajów Ameryki Centralnej. Wolimy urok spokojnych, mniejszych miasteczek, nie zachęcały nas również historie innych podróżników. Panama zdaje się być wyjątkiem w tym gronie. Jesteśmy w nowoczesnej i dobrze zorganizowanej metropolii. Strzeliste, szklane wieżowce stojące przy nabrzeżu i wysmukłe palmy przywołują na myśl amerykańskie filmy. W moich wyobrażeniach właśnie tak wygląda amerykańskie Miami. Szybko jednak okazuje się, że to tylko jedno z obliczy stolicy. Odnajdujemy tu też charakterystyczny latynoski bałagan i rozgardiasz. 

 

Miasto założył 15 sierpnia 1519 r. hiszpański konkwistador Pedro Arias de Ávila (1440–1531). Ośrodek szybko zaczął się wzbogacać oraz nabierać znaczenia dla administracji kolonialnej i kościelnej. Stał się także ważnym portem, co przyciągnęło uwagę piratów. Najsłynniejszego ataku dopuścił się Henry Morgan (ok. 1635–1688). Walijski bukanier słynął z charyzmy i waleczności. Jego legenda była tak silna, że jedną z marek rumu nazwano Captain Morgan. W styczniu 1671 r. przewodził największej w historii wyprawie bukanierów (złożonej z mniej więcej 1400 ludzi) i zdobył Panamę. Dawne centrum miasta zostało splądrowane i spalone. Dwa lata później odbudowano je, jednak nie w tym samym miejscu, a 8 km dalej (na południowy zachód), na skalistym cyplu. Dziś ten obszar znany jest jako Casco Viejo lub Casco Antiguo (czyli Stare Miasto) i to właśnie tutaj bije turystyczne serce stolicy.

 

Spacerujemy wąskimi, brukowanymi uliczkami i przyglądamy się kolonialnej architekturze. Pastelowe kamienice są urocze, ale jednocześnie nadgryzione zębem czasu. Przez chwilę mamy wrażenie, że przenieśliśmy się do Starej Hawany (La Habana Vieja). Obszar Casco Viejo nie jest rozległy, znajdziemy tu jednak wiele imponujących budynków i malowniczych placów. Za najbardziej znany uchodzi plac Niepodległości (Plaza de la Independencia). To właśnie w tym miejscu świętowano ogłoszenie niezależności Panamy od Hiszpanii (w listopadzie 1821 r.) i Kolumbii (w 1903 r.). Warto tutaj odwiedzić Katedrę Metropolitalną, gmach Muzeum Transoceanicznego Kanału Panamskiego (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i neoklasycystyczny Pałac Miejski (Palacio Municipal). W pobliżu wznosi się również niewielki Kościół św. Józefa (Iglesia de San José), w którym zobaczymy słynny imponujący Złoty Ołtarz (Altar de Oro). Według legendy lokalny ksiądz przemalował go na czarno, dzięki czemu cenny zabytek nie stał się łupem piratów Henry’ego Morgana.

 

Jednym z naszych ulubionych rejonów Casco Viejo jest tutejszy urokliwy pasaż – Paseo de Las Bóvedas. To spokojny zakątek, z którego roztacza się wspaniała panorama nowoczesnej części miasta. Stanowi też świetne miejsce dla wszystkich miłośników zakupów. Na licznych straganach tradycyjnie ubrane kobiety z grupy etnicznej Guna (Kuna) sprzedają oryginalne rękodzieło artystyczne. Najbardziej znane są molas – piękne, ręcznie haftowane tkaniny ozdobione barwnymi wzorami. 

 

Po kilku godzinach spaceru po Casco Viejo zdążyliśmy porządnie zgłodnieć, więc nasze kroki kierujemy na słynny rybny targ o nazwie Mercado de Mariscos. Siadamy przy jednej z licznych knajpek i zamawiamy mieszankę owoców morza. Ceny nie są tu już tak niskie jak kilka lat temu, ale smak dań jest rewelacyjny. Idealnie pasuje do nich schłodzone piwo marki Panama lub Balboa. Wieczorem kontynuujemy spacer wzdłuż wybrzeża. Nieznośny upał zelżał. Mijają nas biegacze i pary na rolkach. Przed nami rysują się rozświetlone sylwetki wieżowców.

 Avenida Balboa i wybrzeże w Ciudad de Panamá

 

RAJ ODNALEZIONY

Następnego dnia budzimy się wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Czeka nas długa i dość męcząca wyprawa, ale mamy nadzieję, że uroki docelowego miejsca wynagrodzą nam trudy podróży. O rajskim archipelagu San Blas usłyszeliśmy pierwszy raz kilka lat temu. Tworzy go ok. 365 pięknych wysepek rozsianych na Morzu Karaibskim. Zdjęcia znalezione w internecie potwierdzają opowieści znajomych – widnieją na nich idealne, piaszczyste plaże otoczone turkusową wodą oraz hamaki rozwieszone w cieniu palm. Naszą ciekawość jeszcze bardziej rozbudzają historia tego miejsca i jego mieszkańcy.

 

Archipelag San Blas należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala) położonego w północno-wschodniej części Panamy. Jest on zamieszkany i zarządzany przez Indian Guna (Kuna). Obecnie są oni jedną z najbardziej autonomicznych rdzennych społeczności w całej Ameryce Łacińskiej. Nie zawsze jednak tak było. Pierwsze 20 lat niepodległości Panamy to historia wielu konfliktów i kolizji sprzecznych interesów. Rząd nie szanował lokalnych tradycji i dążył do pozbawienia Indian Guna ich tożsamości i ziemi. Doprowadziło to w lutym i marcu 1925 r. do buntu (tzw. rewolucji Guna). Wreszcie we wrześniu 1938 r. stworzono autonomiczne terytorium (wówczas pod nazwą San Blas), a jego mieszkańcom zapewniono bezpieczeństwo oraz poszanowanie ich zwyczajów, kultury i decyzji.

 

Wszystkie reguły dotyczące życia na wyspach i ich odwiedzania ustalają Gunowie. Nie ma tu ekskluzywnych resortów ani eleganckich restauracji. Choć turystyka obok rybołówstwa, rolnictwa i rękodzieła stanowi podstawę lokalnej gospodarki, rdzenni mieszkańcy nie zgadzają się na obecność wielkich sieci hotelowych na archipelagu. Starają się chronić go przed wchłonięciem przez zachodnią cywilizację. Nie ma tutaj dostępu do internetu, a prąd pochodzi z generatorów. Właśnie dzięki temu atmosfera na wyspach jest iście sielankowa i można na nich rzeczywiście odciąć się od świata.

 

Droga do raju nie należy niestety do łatwych. Pierwszy etap to dojazd z Panamy do Puerto de Carti, skąd na archipelag odpływają łodzie. Na mapie odcinek ten wygląda niepozornie – ciągnie się przez ok. 110 km, z czego 70 pokonuje się wygodną Autostradą Panamerykańską. Następne 40 km trzeba już przebyć po dziurawej nawierzchni, a kręta trasa wiedzie przez tropikalny las. Lepiej nie wyruszać na tę wyprawę innym autem niż samochód terenowy. Cały przejazd zajmuje nam blisko 2,5 godz. Na kilka kilometrów przed portem musimy się jeszcze zatrzymać przy niewielkim punkcie kontrolnym, gdzie przedstawiciele Indian Guna sprawdzają nasze dokumenty i pobierają opłatę za wjazd na ich teren. 

 

Razem z kilkoma innymi osobami wsiadamy do niewielkiej łodzi i odpływamy w stronę naszego raju – wyspy Chichime. Rejs trwa zaledwie 35 minut, ale ze względu na wysokie fale oblewające nas z każdej strony nie możemy już doczekać się chwili, kiedy postawimy stopę na stałym lądzie. Po drodze staramy się przyjrzeć innym wyspom. Jedynie ok. 40 jest zamieszkanych. Zdecydowana większość to nic więcej jak kawałek plaży i kilka palm. Gdy docieramy na Chichime, nasi gospodarze kierują nas do niewielkiej chatki z bambusa. Nie ma ona okien, ale zupełnie nam to nie przeszkadza – w końcu znajdujemy się zaledwie kilka kroków od najpiękniejszej plaży, jaką widzieliśmy w życiu. 

 

Życie turysty na archipelagu jest proste. Dzień zaczynamy od wschodu słońca. Następnie spacerujemy – obejście całej wyspy zajmuje nam niecałą godzinę. Przyglądamy się życiu mieszkańców i bawimy się z roześmianymi i ciekawskimi dzieciakami. Sporo czasu spędzamy w krystalicznie czystej wodzie lub w hamaku. Nie musimy się nigdzie spieszyć ani szukać restauracji. Posiłki przygotowują nam nasi gospodarze z produktów dostępnych na wyspie. Zazwyczaj jest to świeża ryba z dodatkiem smażonych platanów i juki. Raz trafia nam się nawet wspaniały homar. Kiedy nadchodzi dzień powrotu, czujemy ogromny żal. Chcielibyśmy móc zostać w tym raju kilka dni dłużej.

 

ŚPIĄCA INDIANKA

Po powrocie do stolicy postanawiamy zmienić krajobraz i wybieramy się w góry. Ruszamy do El Valle de Antón. To niewielkie miasteczko znajduje się w kraterze lub kalderze wygasłego wulkanu. Otoczone jest bujną zielenią i stanowi idealne miejsce zarówno na odpoczynek, jak i uprawianie wielu aktywności. Zatrzymujemy się na spokojnym kempingu. Jego właściciel – Miguel – ma chińskie pochodzenie. Moi dziadkowie przybyli z Chin do Panamy w trakcie budowy Kanału Panamskiego – opowiada nam. Sami przy nim nie pracowali, ale wyczuli, że to może być dla nich szansa na nowe życie. To nie jest jakaś wyjątkowa historia, na pewno już zdążyliście zauważyć, że wiele sklepów i restauracji należy tu do Chińczyków – dodaje, śmiejąc się. Kiedy pytamy o najciekawsze szlaki w okolicy, odpowiada krótko: Idźcie na górę India Dormida (w tłumaczeniu na polski jej nazwa brzmi Śpiąca Indianka). Nie znajdziecie w okolicy lepszych widoków, a skoro lubicie górskie wycieczki, będzie to dla was przyjemny spacer.

 

Charakterystyczny zarys wzniesienia widać już z naszego kempingu. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można dostrzec twarz i sylwetkę śpiącej kobiety. Według legendy należą do pięknej indiańskiej księżniczki – Flor del Aire. Młoda dziewczyna zakochała się w jednym z hiszpańskich przybyszów, którzy planowali podbić ziemię jej ojca. Zaślepiona tym uczuciem odrzuciła miłość najdzielniejszego wojownika swojego ludu. Młodzieniec z rozpaczy rzucił się w przepaść na oczach wybranki serca. Flor del Aire nie chciała zdradzić swoich bliskich i postanowiła uciec. Przez góry i doliny dotarła aż do wybrzeża Morza Karaibskiego. Tam umarła z wycieńczenia.

 

Śpiąca Indianka nie imponuje wysokością. To właściwie bardziej wzgórze, mierzy ok. 800–900 m n.p.m. Trasa jest łatwa i przyjemna. Wejście na szczyt zajmuje nam mniej niż godzinę. Po drodze spotykamy kilka rodzin z dziećmi. Wszyscy się do nas uśmiechają i pozdrawiają nas serdecznie. Niektórzy podpytują, skąd jesteśmy i czy podoba nam się ich kraj. Mieszkańcy Panamy są sympatyczni i radośni. Często pojawiają się w czołówce rankingów najszczęśliwszych narodów świata (ostatnio zajęli 31 miejsce, zaraz za Hiszpanami i przed Brazylijczykami). 

 Wyprawa trekkingowa w okolicy miasteczka El Valle de Antón leżącego w wulkanicznym kraterze

© PANAMATOURISTBOARD/BRANLYBRUNETH

 

Atelopus zeteki, endemiczna panamska złota żaba
© PANAMATOURISTBOARD/BRANLYBRUNETH
 

GÓRY I PLANTACJE KAWY

Jeszcze zanim dotarliśmy do Panamy, usłyszeliśmy od kilkunastu osób, że koniecznie musimy pojechać do Boquete (Bajo Boquete). To niewielkie miasteczko leży u stóp wulkanu Barú (znanego także jako Chiriquí) – najwyższego szczytu kraju, o wysokości 3475 m n.p.m. Słynie z bardzo przyjemnego klimatu – można powiedzieć, że panuje tu wieczna wiosna, pięknych górskich krajobrazów, niesamowitej roślinności, jazzu i kawy. Przy takiej mieszance niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Miasteczko nazywane jest też kwiatową stolicą Panamy. Najlepiej przyjechać do niego w styczniu, kiedy odbywa się Festiwal Kwiatów i Kawy (Feria de las Flores y del Café). Wydarzenie trwa aż 10 dni. Profesjonalni ogrodnicy na brzegach rzeki wystawiają tysiące rozmaitych kwiatów. Tworzą one prawdziwą eksplozję barw i zapachów. Największym zainteresowaniem cieszy się wystawa orchidei. 

 

Do Boquete można dojechać z David – dusznego, zakurzonego miasta, w którym raczej nikt nie ma ochoty zatrzymać się na dłużej. Pokonujemy zaledwie 50 km, ale krajobraz zmienia się diametralnie. Droga pnie się w górę. Dookoła nas robi się coraz bardziej zielono, powietrze staje się rześkie. Miasteczko położone jest na wysokości mniej więcej 1200 m n.p.m. Łagodny klimat i żyzna gleba wulkaniczna sprawiają, że wygląda jak piękny, tropikalny ogród. Największe jego bogactwo stanowi kawa. W okolicy znajdują się liczne plantacje leżące na górskich zboczach. Ich widok wywołuje szybsze bicie serca u prawdziwych kawoszy. To właśnie tu uprawia się jedną z najrzadszych i najdroższych odmian o nazwie geisha. Odkryto ją w Etiopii w południowo-zachodnim dystrykcie Gesha w latach 30. XX w. Ze względu na niewielkie zbiory i słabą wydajność nie była zbyt popularna. Do Panamy (do regionu Boquete) trafiła przez Kostarykę. Stosunkowo niedawno, bo w 2004 r., została uznana za objawienie i zrobiła furorę na światowym rynku. Słynie z wyjątkowego i złożonego profilu smakowego. Charakteryzuje ją wysoka kwasowość, pikantny, cytrusowy smak i wyczuwalne nuty jaśminu. Na aukcji Best of Panama w lipcu 2018 r. padł kolejny rekord cenowy – za funt (0,453 kg) kawy geisha pochodzącej z upraw Lamastus Family Estates (Luito Geisha Estate) zapłacono 803 dolary amerykańskie.

 

Każdy dzień w Boquete zaczynamy od filiżanki małej czarnej. Nie trzeba od razu pić naparu z najdroższej odmiany, aby docenić jego smak. Poza kawą największą atrakcją regionu są trekkingi. Najpopularniejszą wyprawę stanowi nocne wejście na szczyt wulkanu Barú, z którego można podziwiać niesamowity wschód słońca. Przy dobrej widoczności to też jedno z nielicznych miejsc, skąd zobaczymy zarówno wybrzeże Pacyfiku, jak i Morza Karaibskiego. Szlak jest długi i dość męczący, do tego niektórym daje się we znaki wysokość. Za drugą najczęściej wybieraną trasę uchodzi Sendero Los Quetzales, czyli Szlak Kwezali (o długości 9,6 km). Prowadzi przez bujny las deszczowy, niedaleko siedlisk tych wspaniałych i rzadkich ptaków. Kwezale herbowe mają piękne ubarwienie: ich pióra są soczyście zielone, a brzuch – karmazynowy. Dla Majów stanowiły symbol wolności. Podobno ptaki te nie potrafią żyć w niewoli. Po kilku godzinach ich serce przestaje bić.

 

KARAIBSKI LUZ

Ostatnim punktem naszej podróży po Panamie jest archipelag Bocas del Toro. Po kilku dniach w chłodniejszym klimacie marzymy o powrocie pod palmy. Aby dostać się do tego karaibskiego raju usytuowanego niedaleko granicy z Kostaryką, trzeba najpierw dojechać do mało przyjemnego miasteczka Almirante, skąd kursują wodne taksówki. Główna wyspa – Isla Colón (61 km² powierzchni) – wita nas typowym dla Karaibów widokiem kolorowych domków wznoszących się na palach tuż nad wodą. To tutaj znajduje się największe miasto i stolica całej prowincji – 13-tysięczne Bocas del Toro. Mijamy kolejne hotele, pensjonaty i restauracje. Trochę tu dla nas zbyt tłoczno, zbyt głośno. Decydujemy się popłynąć od razu na kolejną wyspę – Bastimentos, zwaną pieszczotliwie Basti.

 

Na niej zamiast hoteli widzimy skromne domki. Niektóre ładne i zadbane, inne trochę brzydsze, zbudowane przy użyciu blachy falistej. Większość mieszkańców niewielkiej miejscowości Old Bank (nazywanej również Bastimentos Town) jest pochodzenia afrokaraibskiego. Przebiegają koło nas roześmiane dzieci, jakiś mężczyzna śpi w hamaku, z kolejnego domu dobiega dość głośna muzyka. Zdążyliśmy już zgłodnieć, więc wchodzimy do jednej z rodzinnych jadłodajni. Do wyboru mamy kokosowy ryż ze smażonymi platanami i rybą lub kurczakiem. Do tego zamawiamy orzeźwiającą lemoniadę. Posiłek wydawany jest w leniwym tempie, ale nie przeszkadza nam to, bo rozkoszujemy się widokiem na morze rozciągającym się z tarasu.

 

Po obiedzie przechodzimy na drugą stronę wyspy, gdzie panuje większy spokój. Wysokie palmy kołyszą się nad przejrzystą, turkusową wodą. Tak trafiamy do The Firefly, gdzie przyjmują nas Lauren i Ryan – para z USA, która odnalazła swoje miejsce na ziemi właśnie na Bastimentos. Na ich hotelik składają się zaledwie trzy pokoje i dwa bungalowy. Znajduje się tu także świetna restauracja, uważana za jedną z najlepszych nie tylko na wyspie, ale też w całej Panamie, niewielki basen i spory taras z leżakami i hamakami. Od razu czujemy, że to miejsce, w którym idealnie się odpoczywa.

 

Właściciele zapraszają nas na poncz owocowy. Siadamy wszyscy przy stoliku i zaczynamy rozmowę o Bastimentos. Pomysł, żeby stworzyć coś swojego gdzieś na Karaibach, mieliśmy już od dawna – wyjaśnia Ryan. I tak pewnego dnia trafiliśmy na Basti. To miejsce powstało siedem lat temu. Wciąż zmagamy się z wieloma przeciwnościami. Każda wyspa ma to do siebie, że czas płynie na niej wolniej. Czasami czekamy na dostawę produktów, a ona pojawia się dopiero po dwóch dniach. Staramy się być jak najbardziej przyjaźni dla środowiska. Niektórzy goście jednak nie rozumieją, dlaczego nie mamy klimatyzacji, nie mogą użyć suszarki do włosów lub kupić wody w plastikowej butelce. Serce nas boli, kiedy widzimy, ile śmieci gromadzi się na archipelagu. Dlatego aktywnie działamy w lokalnej społeczności, staramy się też edukować mieszkańców, aby dbali o swoje otoczenie. Musiało minąć trochę czasu zanim nas zaakceptowali, ale teraz traktują nas już jak swoich – opowiada z uśmiechem.

 

Archipelag Bocas del Toro przyciąga nie tylko pięknymi plażami i karaibskim luzem, ale także niesamowitą przyrodą. Można tu spacerować po lesie deszczowym, spotkać urocze leniwce, pływać z delfinami. To również raj dla miłośników nurkowania – bogactwo podwodnego świata jest oszałamiające. Nie trzeba zresztą nurkować czy uprawiać snorkelingu, żeby wypatrzeć w przejrzystej wodzie liczne rozgwiazdy. Warto też wybrać się na rajskie Cayos Zapatillas położone na południowy wschód od Bastimentos. To dwie malutkie, niezamieszkane wysepki otoczone piękną rafą koralową.

Błogi wypoczynek na archipelagu Bocas del Toro

© JACEKŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.COM

 

Artykuły wybrane losowo

W Nowej Zelandii – krainie Władcy Pierścieni i Hobbita

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, zwą ją Aotearoą, czyli Krainą Długiego Białego Obłoku. Zachwyca ona wspaniałymi krajobrazami i unikatową kulturą ludzi Kiwi, kochających wypoczynek na świeżym powietrzu. Choć Europejczykom niełatwo się do niej dostać, coraz chętniej wyprawiają się w te strony i zawsze wracają z bagażem cudownych wspomnień. >>

Więcej…

Egzotyczny Madagaskar czekający na odkrycie

MICHAŁ SZULIM

www.miejscezamiejscem.pl

 

<< Nazwę tej wyspy znają niemal wszyscy Polacy, a jednak niewielu z nich na nią dotarło. To ogromna szkoda, bo jeśli ktoś ceni sobie prawdziwą egzotykę i jednocześnie szuka pięknych, niebiańskich plaż, a poza tym chce spędzić czas w kontakcie z niewiarygodnie wręcz cudowną przyrodą, powinien jak najszybciej wybrać się na Madagaskar. A spieszyć się trzeba, bo zapewne lada chwila ten kraj zostanie odkryty przez masową turystykę, która prędko zamieni wciąż rajski kawałek świata w kolejny zatłoczony i nieprzyzwoicie komercyjny, jak dla mnie, Zanzibar. >>

 

Słynną aleję koło Morondavy tworzy ok. 250 endemicznych baobabów Grandidiera

© ONTM

 

Na początek zagrajmy w skojarzenia. Gdy słyszymy nazwę „Madagaskar”, w głowach wielu z nas pojawia się pewnie postać sympatycznego lemura katta króla Juliana z popularnego filmu animowanego czy też polskiego podróżnika, żołnierza i awanturnika Maurycego Augusta Beniowskiego (1746–1786), który w drugiej połowie XVIII w. dotarł tu po długiej wędrówce, a gdy wrócił w to miejsce, został obwołany jego władcą. Pierwsza myśl jest jak najbardziej słuszna – na Madagaskarze żyje kilkadziesiąt rodzajów lemurowatych. Jednak o Beniowskim dzisiaj już nikt tutaj nie pamięta, a przypomina o nim tylko niewielka tabliczka zawieszona na jednym z budynków w stolicy kraju.

Poza tym wyspa kojarzy się także z polskimi zamiarami jej kolonizacji i projektem przesiedlenia na nią Żydów z Europy. Mimo to plany odkupienia Madagaskaru od Francji (do której należał aż do początku lat 60. XX w.) przez Polskę trzeba traktować przede wszystkim jako mrzonkę ówczesnych polityków, którzy chcieli podbudować nieco znaczenie naszej ojczyzny i uważali, że osiągną ten cel, jeśli przyłączą do niej egzotyczne terytorium zamorskie. Zresztą nawet słynny pisarz i podróżnik Arkady Fiedler (rząd polski oddelegował go w 1937 r. na wyspę jako jednego z ekspertów) odradzał ten pomysł, pogrzebany ostatecznie przez wybuch II wojny światowej. Tak oto zakończyły się marzenia Polski o kolonii. Choć w sumie chyba dobrze się stało. Na pewno nie przyniosłaby nam zbyt wielkich zysków. Ropy tutaj nie znaleziono, region zalicza się raczej do biedniejszych części świata, a dodatkowo w tamtych czasach podróż statkiem na wyspę musiała trwać bardzo długo, skoro dzisiaj, w dobie nowoczesnych technologii, z Polski leci się na nią najkrócej ok. 10,5 godz. (od 22 czerwca 2018 r. pojawiło się bezpośrednie połączenie czarterowe biura Itaka z Warszawy na Nosy Be).

 

Nosy Iranja to właściwie dwie wysepki połączone piaszczystą mierzeją

© ONTM

 

RAJ NA ZIEMI

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pierwszym miejscem, do którego dotrzemy w tym wyspiarskim państwie położonym na Oceanie Indyjskim, u południowo-wschodnich brzegów Afryki, będzie wulkaniczna wysepka Nosy Be usytuowana w odległości mniej więcej 8 km od północno-zachodniego wybrzeża Madagaskaru i połączona z nim regularnie kursującym promem czy łodziami. Tu właśnie, w miejscowości Fascene, znajduje się lotnisko, gdzie ląduje sporo samolotów z Europy, głównie z Mediolanu i ostatnio również z Warszawy. Sama wyspa jest naprawdę dość niewielka, zajmuje powierzchnię powyżej 320 km² (zamieszkiwaną przez ponad 75 tys. ludzi), ale przecież nie chodzi o jej rozmiar. Nosy Be wyróżnia się głównie swoją urodą. Kiedy już na niej wylądujemy, z pewnością stwierdzimy, że… znaleźliśmy się w raju na ziemi! Plaże są bardzo szerokie i piaszczyste. Część z nich zagospodarowały hotele i ośrodki wypoczynkowe, ale niektóre pozostają zupełnie dzikie i puste. Woda ma turkusowy kolor i zachęca do pływania, bo ocean jest tutaj wyjątkowo ciepły.

Nosy Be to jakby przedsionek Madagaskaru, idealne miejsce na początek naszej przygody z tym egzotycznym krajem. Plasuje się gdzieś pomiędzy znanymi z Europy standardami a afrykańskimi realiami. Możemy tu spokojnie przeczekać kilka pierwszych dni, zanim oswoimy się nieco z zupełnie innym światem. To także najbardziej turystyczna i komercyjna wysepka Madagaskaru i najbardziej europejska w swoim charakterze (wiele firm z sektora usług otworzyli na niej Europejczycy). Tutaj nawet drogi są najlepsze w całym kraju, a pod względem widoków i plaż Nosy Be nie ustępuje w niczym innym sielskim wyspom na naszym globie z Mauritiusem, Seszelami i Zanzibarem na czele. Przewyższa je za to tym, że biznes wakacyjny dopiero na niej raczkuje. Ten raj nie został jeszcze odkryty przez masową turystykę – nie ma w nim tłumów ludzi okupujących każdy wolny skrawek piasku, niewiele jest też ogromnych i luksusowych resortów, które miejscami dominują w krajobrazie jej konkurentów i kawałek po kawałku anektują i odgradzają co piękniejsze fragmenty wybrzeża. Owszem, miejscowość Ambatoloaka to typowa nadmorska wioska żyjąca z turystów, ale i tak czujemy się w niej swojsko. Spokojnie można więc ją potraktować jako bazę wypadową na czas pobytu na Nosy Be.

A zdecydowanie jest tutaj co robić. Leżenie plackiem na plaży, nawet urozmaicone najbardziej wymyślnymi tropikalnymi drinkami z palemką, w końcu się znudzi. Wtedy warto poszukać innych zajęć. Z Nosy Be możemy popłynąć na jedną z okolicznych małych wysepek, takich jak dziewicze Nosy Iranja, Nosy Komba, Nosy Tanga czy Nosy Sakatia, gdzie będziemy mieli okazję popływać wokół przepięknej rafy koralowej. Dużo miejscowych biur podróży organizuje całodniowe wycieczki na nie, obejmujące nie tylko transport, ale też posiłek z pysznych ryb i owoców morza oraz wypożyczenie sprzętu do nurkowania. Warto również wybrać się w głąb Nosy Be. Do tego celu najlepiej wypożyczyć skuter. Wysepkę spokojnie można objechać w jeden dzień. Po drodze będziemy wspinać się na wulkaniczne wzniesienia i podziwiać z nich fantastyczne widoki (najwyższym szczytem jest Mont Lokobe – 455 m n.p.m.), a także obejrzymy kilka z 11 tutejszych jezior kraterowych. Polecam poza tym wizytę w największym mieście na Nosy Be, czyli 40-tysięcznym Andoany (Hell-Ville), w którym panuje typowy madagaskarski gwar i afrykański chaos. Odwiedziny na lokalnym targu pozostaną na długo w naszej pamięci, nie tylko ze względu na… szczególnie intensywny zapach ryb. Z przystani promowej odpływają łodzie i motorówki na wyspę Madagaskar.

 

Sifaka biało-kasztanowa na Nosy Be

© ONTM

 

KIEPSKIE DROGI I PIĘKNA PRZYRODA

Po opuszczeniu rajskiej Nosy Be udajemy się na Madagaskar gotowi na przygodę. Na początku musimy się – niestety – przygotować na twarde lądowanie, bo tutejsze drogi są fatalne. Jeśli ktoś narzeka na stan infrastruktury drogowej w Polsce, w tym kraju szybko zmieni punkt widzenia. Dziury mające 40 cm głębokości niekiedy bywają szersze niż sama droga. Jazda samochodem przypomina slalom – raz szosa schodzi do rzeki, a innym razem prowadzi po prowizorycznym mostku złożonym z dwóch kawałków drewna. Większość dróg wybudowali jeszcze Francuzi i nie były remontowane od ok. 60 lat. Najgorzej jest w porze deszczowej (od końca listopada do marca lub początku kwietnia), kiedy ulewy podmywają część tras i podróż wydłuża się czasem do kilku dni. Po stosunkowo dobrych szosach na Nosy Be sytuacja na Madagaskarze potrafi zaskoczyć. Na rajskiej wysepce jednak turyści zostawiają większość swoich pieniędzy, więc rząd postanowił jej infrastrukturę utrzymywać w lepszym stanie.

Nic dziwnego, że wielu podróżujących decyduje się na wynajem jeepa wraz z kierowcą. To jedyny sposób, żeby w miarę szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce. Koszt jest dość spory, ale jeśli rozbije się go na kilka osób, pomysł okazuje się całkiem korzystny. Alternatywą są taksówki (często w katastrofalnym stanie, również technicznym), a dla najbardziej odważnych – taxi-brousse, czyli zawsze przepełnione busy, które przewożą pasażerów stłoczonych jak sardynki w 40-stopniowym upale i poruszają się w żółwim tempie. Tym środkiem transportu można pokonać co najwyżej 100 km dziennie. Na więcej nie pozwala – niestety – jakość tutejszych dróg…

Co właściwie poza przepięknymi plażami zasługuje na zainteresowanie na Madagaskarze? Warto już na początku zaznaczyć, że zabytków nie ma tu prawie wcale (poza stolicą – Antananarywą, gdzie znajdują się m.in. dwa pałace Andafiavaratra i Ambohitsorohitra oraz kilka innych ciekawych budynków). Turystów przyciąga w te strony przede wszystkim niesamowita przyroda. Pod tym względem wyspa uchodzi za prawdziwy fenomen w skali światowej! Mniej więcej 80 proc. tutejszej fauny i 90 proc. flory to organizmy endemiczne, czyli niewystępujące nigdzie indziej na ziemi. Na dodatek każdego roku odkrywa się kolejne, nieznane wcześniej gatunki roślin i zwierząt, dlatego ten kraj jest rajem dla miłośników przyrody. Zaręczam, że nawet jeśli biologia w szkole kogoś nudziła, tutaj nie da się pozostać obojętnym na wdzięki natury. Pierwszym spotkaniem z egzotyką na Madagaskarze bywa zwykle zetknięcie się z kameleonem. Ten sympatyczny gad powinien być umieszczony w godle państwa, bo na wyspie występuje niemal wszędzie. Co ciekawe, wśród mieszkańców cieszy się on szacunkiem graniczącym nawet… ze strachem. Nie wolno nigdy pokazywać kameleona palcem, ponieważ według wierzeń przynosi to nieszczęście. Trzeba zgiąć palec wskazujący i dopiero wtedy skierować go na zwierzę. Kameleon przechodzący przez ulicę na Madagaskarze odgrywa rolę naszego czarnego kota. Należy poczekać, aż sobie spokojnie pójdzie, żeby nie igrać z losem…

 

PRAWDZIWY SKARB

O ile kameleona spotkamy praktycznie wszędzie, o tyle z innymi zwierzętami i unikatowymi roślinami nie pójdzie nam tak łatwo. Już podczas podróży samochodem terenowym przez wyspę można zauważyć, że… praktycznie nie ma na niej drzew. Powód jest smutny, ale prozaiczny: kolejne rządy prowadziły zakrojony na szeroką skalę wyręb lasów i handlowały drewnem na potęgę. Poza tym wśród Malgaszów dużą popularnością cieszy się rolnictwo żarowe polegające na wypalaniu obszarów leśnych i przekształcaniu ich w pola ryżowe. Szacuje się, że w wyniku tych działań ludzkich z powierzchni Madagaskaru zniknęło… niemal 90 proc. drzewostanu o charakterze pierwotnym! Dlatego właśnie, aby poznać wyjątkową faunę i florę wyspy, trzeba udać się do jednego z parków narodowych lub rezerwatów, których powstało w kraju kilkadziesiąt. Jeden z nich – Lokobe (Réserve Naturelle Intégrale de Lokobe) – znajdziemy nawet na południowym wschodzie wspomnianej wcześniej Nosy Be (słynie on z lemurii czarnej i kameleona lamparciego), ale ja radzę odwiedzić położone na północy Madagaskaru Park Narodowy Ankarana (Parc National Ankarana, Réserve Spéciale Ankarana) czy też Park Narodowy Montagne d’Ambre (Parc National Montagne d’Ambre). Warto zdawać sobie sprawę, że tutejsze tereny parkowe są naprawdę dzikie. Nie wjedziemy na nie samochodem, dlatego trzeba się przygotować na wycieczki piesze. Do wyboru mamy zwykle kilkanaście tras ekoturystycznych: od kilkukilometrowych po nawet kilkunastokilometrowe, których przebycie zajmuje cały dzień.

Obowiązkowo należy także wynająć przewodnika. Koszt takiej usługi rozkłada się na całą grupę, ale – proszę mi wierzyć – są to chyba najlepiej wydane pieniądze podczas pobytu na wyspie. Po pierwsze dlatego, że przewodnicy mówią po angielsku, co na Madagaskarze nie jest wcale takie oczywiste. Po drugie, ci ludzie cechują się niewyobrażalną wręcz spostrzegawczością. Gdy idziemy w towarzystwie takiego przewodnika przez park, potrafi on w pewnym momencie nagle przerwać rozmowę i polecić nam być cicho, aby po chwili wpatrywania się gdzieś w dal pokazać małego ptaszka na odległym drzewie w głębi lasu albo lemura siedzącego na gałęzi wysoko nad naszymi głowami.

Jeśli wybieramy się więc do rezerwatu lub parku narodowego, musimy przygotować się na solidną dawkę emocji i częste spotkania ze zwierzętami nie występującymi nigdzie indziej na ziemi. Oprócz oglądania rzadkich ptaków, owadów, kilkudziesięciu rodzajów lemurów czy kameleonów (tych ostatnich do czerwca 2015 r. odkryto aż 202 gatunki!) będziemy mogli jeszcze podziwiać przepiękne widoki na naturalne wąwozy, wyjątkowe formacje skalne z wapienia zwane po malgasku tsingy bądź majestatyczne wodospady (na czele z 62-metrowym Cascade d’Antomboka w Parku Narodowym Montagne d’Ambre) i wulkaniczne jeziora lub przejść się zwodzonym mostem (w Parku Narodowym Ankarana) i pohuśtać na zwisających między drzewami lianach. Poza tym możemy odwiedzić jeden z bujnych lasów deszczowych, które wycina się bezlitośnie na całym świecie. Gorąco polecam zwiedzić kilka parków narodowych i rezerwatów, żeby zrozumieć, dlaczego tutejszy świat przyrodniczy należy do najbardziej fascynujących na naszym globie. Odrębną ciekawostką jest słynna Aleja Baobabów położona na drodze między Morondavą a Belon’i Tsiribihina w regionie Menabe na zachodzie Madagaskaru, chyba jedna z najczęściej fotografowanych przez turystów atrakcji w kraju.

 

ZAPACH KAKAO I ZGIEŁK MIASTA

Podczas pobytu na północy wyspy możemy również poświęcić 3–4 godz. na wizytę na plantacji kakao Millot w Andzavibe koło miasta Ambanja (założonej w 1904 r.), która zaopatruje w ziarna kakaowca m.in. wytwórnie słynnej francuskiej ekskluzywnej czekolady Valrhona. Mamy tu szansę zobaczyć, jak wygląda cały proces produkcji, począwszy od zerwania owoców, przez poddanie ich fermentacji i suszenie, na pakowaniu skończywszy. Plantacja jest spora, a jeśli dopisze nam szczęście, to obwiezie nas po niej sama niebywale charyzmatyczna właścicielka, która opowie z pasją o swoim przedsięwzięciu. Przy okazji będziemy mieć możliwość spróbowania takich specjałów jak pieprz czerwony (zerwany prosto z drzewa), zobaczenia, jak rośnie wanilia, a nawet skosztowania dojrzałych owoców kakaowca przed obróbką. Zwiedzanie kończy wyborny obiad, do którego podaje się ciasto zrobione z czekolady wytworzonej na bazie pochodzącego stąd surowca, a także likier czekoladowy z ziaren kakaowych. Proszę mi uwierzyć, że po wizycie tutaj każda tabliczka czekolady zjedzona po przyjeździe do domu będzie smakować inaczej i kojarzyć się już na zawsze z tym miejscem.

Jeśli ktoś jest z natury mieszczuchem i ciągnie go do dużych skupisk ludzi, to na Madagaskarze też znajdzie coś dla siebie. W stolicy kraju, wspomnianej już Antananarywie (zwanej potocznie Taną), oprócz kilku większych zabytkowych obiektów można znaleźć całkiem dużo budynków w stylu kolonialnym i doświadczyć prawdziwie afrykańskiego tłoku na ulicach (jej obszar metropolitalny zamieszkuje ok. 2,7 mln osób). Niestety, przy obecnym katastrofalnym stanie dróg podróż z Nosy Be do miasta potrafi zająć kilka dni. Dlatego amatorzy życia miejskiego powinni rozważyć wizytę w położonym na północy dawnym Diego-Suarez, w 1975 r. przemianowanym na Antsirananę. Miłośnicy architektury kolonialnej, zakochani w charakterystycznych łukach i zdobieniach, znajdą tu całe kwartały z zabudową w tym stylu. To pozostałość po panowaniu Francuzów na wyspie. Zresztą europejską atmosferę wyczuwa się w tym mieście bardzo wyraźnie. Antsiranana jest również dobrą bazą wypadową na wspaniałe plaże, których nie brakuje w pobliżu. Symbol tego 130-tysięcznego miasta stanowi Głowa Cukru (Pain de Sucre), czyli charakterystyczna wulkaniczna wysepka wystająca z wody na środku tutejszej zatoki Diego-Suarez (Baie de Diego-Suarez), będąca najpopularniejszym obiektem ze zdjęć z tej okolicy.

 

EGZOTYKA W STYLU AFRYKI

Madagaskar kusi jednak nie tylko osoby lubiące błogi wypoczynek na plaży, nurkowanie, wędkarstwo, kajakarstwo, surfing, kite- i windsurfing, żeglarstwo czy spędzanie czasu w otoczeniu przyrody. Ten kraj fascynuje swoją egzotyką i karmi nas widokami, których nie mamy szansy zobaczyć w Europie. Po pierwsze, musimy tu przyzwyczaić się do afrykańskiego stylu życia i zupełnie innych standardów, dotyczących nie tylko stanu dróg. W małych miejscowościach dominuje zabudowa złożona z chat zrobionych z blachy falistej czy bambusa. Przed domami wylegują się Malgasze, którzy spędzają większość dnia na słodkim nicnierobieniu. Trzeba także przywyknąć do wszechobecnego chaosu, widoku zebu (garbatych krów) chodzących sobie spokojnie pomiędzy samochodami na ulicach, podobnie zresztą jak ludzi mających w zwyczaju iść środkiem szosy. Kolejnym szczegółem, który rzuca się w oczy, jest fakt, że wszyscy ciągle coś tu sprzedają. Na wyspie obowiązuje zasada mówiąca, iż kto handluje, ten żyje. Punktem sprzedaży może być kawałek blachy falistej na ulicy czy prowizoryczny stołek. Kobiety sprzedają towary, które noszą w wielkich misach na głowie. Nie tylko owoce i warzywa są przedmiotem transakcji, w obiegu jest dosłownie wszystko.

Na Madagaskarze nic się nie marnuje. Stare, rozklejone buty, podziurawiona koszula lub wyszczerbiona ze starości miotła – te przedmioty mają tutaj po kilka żyć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić. Procedury handlowe są mocno uproszczone i nikt nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak dokładne ważenie towarów. Na bazarze obowiązują tylko dwie miary: duża i mała puszka po kawie. To nimi odmierza się kolejne porcje ryżu, soli czy cukru. Z drugiej strony wszędzie można odczuć wpływ kultury Francuzów, więc jeśli znamy francuski, poczujemy się na Madagaskarze jak ryba w wodzie. Większość jego mieszkańców posługuje się tym językiem, a kiedy otworzymy menu w restauracji, znajdziemy w nim francuskie nazwy potraw. Nic więc dziwnego, że wielu emerytów z Francji osiedla się na wyspie na starość.

Jednak najbardziej rzucają się tu w oczy samochody. Jak powszechnie wiadomo, jednymi z symboli Kuby są amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Na Madagaskarze za ich odpowiedniki uchodzą równie stare francuskie auta – pozostałość po kolonizatorach z Europy. Leciwe pojazdy marki Citroën, Renault czy Peugeot wciąż pozostają w tym kraju w użytku. Ich karoserie zamalowuje się kolejnymi warstwami lakieru, przykrywającymi ogromne płaty rdzy. Stan techniczny madagaskarskich samochodów mógłby wywołać szok u europejskiego mechanika. Popękane szyby, brak kilku przełożeń w skrzyni biegów, zbite reflektory, lusterka czy oderwany zderzak to cechy charakterystyczne tutejszych aut. Pomiędzy nimi jeżdżą po ulicach żółte pojazdy napędzane silnikiem motorowym – odpowiedniki azjatyckich tuk-tuków, które pełnią funkcję taksówek. W dużych miastach możemy również przejechać się rikszą.

Przy okazji warto też wspomnieć o zwyczaju wręczania łapówek, który na Madagaskarze jest czymś najzupełniej normalnym. Nikt się tu nie dziwi, gdy na drodze przy prowizorycznym szlabanie zrobionym z bambusowych kijów i sznurka, czyli spontanicznie ustanowionym punkcie kontrolnym, ustawia się dwóch policjantów. Każdy kierowca wie, że tym stróżom prawa zawsze chodzi o jedno i to samo, dlatego ma przyszykowane kilka groszy schowanych w brudnym dowodzie rejestracyjnym. Także wręczenie na lotnisku dolara czy dwóch funkcjonariuszowi, który nagle zainteresował się tym, gdzie kupiliśmy cynamon i czy posiadamy odpowiedni certyfikat (nawet jeśli takowy nie istnieje), to normalna praktyka. Zwykle mała łapówka skutecznie ucina ciekawość służb kontrolnych.

 

Kobiety sprzedające turystom kolorowe chusty na madagaskarskiej plaży

© ONTM

 

NA KAŻDĄ KIESZEŃ

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną rzecz, o której warto wspomnieć. Madagaskar to bajecznie tani kraj, szczególnie w porównaniu z pobliskim Mauritiusem, a nawet z Grecją czy Portugalią. Czysty pokój w hotelu lub pensjonacie z bardzo podstawowym wyposażeniem możemy tutaj wynająć już za równowartość 40–50 złotych. Podobnie ma się rzecz z jedzeniem, za które – nawet w dobrych restauracjach – zapłacimy mniej więcej jedną trzecią tego, co musielibyśmy wydać na wakacjach w Europie. Jeśli ktoś lubi świeże owoce morza, to na wyspie Nosy Be poczuje się jak w niebie. Można tu spróbować dziesiątek gatunków ryb oceanicznych, krewetek, ośmiornic, kalmarów i wszystkiego, co tylko ocean daje człowiekowi, a ceny są bardzo rozsądne. Tropikalne drinki na plaży kosztują w przeliczeniu kilka (!) złotych (lokalna waluta to ariary). Nic w tym zresztą dziwnego, skoro za litr tutejszego rumu (marki Dzama lub Madi Rum) w sklepie trzeba dać... równowartość 7 złotych, bo alkohol na Madagaskarze jest również bajecznie tani. Stosunkowo drogo wychodzi jedynie wynajęcie jeepa z kierowcą. Ceny biletów do parków narodowych i rezerwatów przyrody są z kolei mniej więcej takie jak w przypadku wstępu do muzeów w Europie.

Jeśli więc ktoś nie ma pomysłu na urlop, a marzą mu się wakacje w egzotycznym i stosunkowo mało popularnym rejonie, z całego serca polecam Madagaskar. To wyspa, której największym skarbem obok przepięknych, niebiańskich plaż jest fascynująca natura. Obserwowanie codziennego życia Malgaszów pozwala poznać prawdziwie afrykański charakter tego miejsca. Najlepiej udać się tutaj w okresie od końca marca do listopada, aby móc w pełni skorzystać z uroków pory suchej. Radzę się jednak pospieszyć, bo lada chwila także i to wyspiarskie państwo zostanie odkryte przez miliony turystów, czego, szczerze mówiąc, wcale mu nie życzę.

 

Wydanie Lato 2018

Cała prawda o Jamajce

PRZEMYSŁAW BOCZARSKI

<< Jamajka jest niewielką wyspą pośrodku Morza Karaibskiego, która uzyskała niepodległość zaledwie 56 lat temu – 6 sierpnia 1962 r. W ciągu tego czasu nie rozwinęła się znacząco gospodarczo ani kulturalnie. Szczerze mówiąc, nie dzieje się tu za wiele. Mimo to Jamajczycy uważają siebie za naród wybrany, a swoją ojczyznę za centrum wydarzeń kulturalnych i kraj kreujący trendy. >>

 

Zjeżdżalnia wodna w kompleksie na Mystic Mountain w Ocho Rios

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Jamajka to jedna z mniej znanych Polakom wysp Karaibów. Chociaż znajduje się w samym centrum archipelagu Wielkich Antyli, a z wielu europejskich miast regularnie kursują na nią samoloty, wciąż wydaje się mało dostępna i położona trochę za daleko. Faktem jest, że urlop w tym kraju kosztuje nieco więcej niż w przypadku popularnych wśród polskich turystów Dominikany czy Kuby. Trudniej także dolecieć z Polski na wyspę poza sezonem zimowym, w którym funkcjonuje bezpośrednie połączenie czarterowe z Warszawy. Poza tym okresem zazwyczaj Polacy muszą przesiadać się na jednym z lotnisk europejskich, co wiąże się – oczywiście – z wydłużonym czasem podróży.

Na niekorzyść Jamajki działa też ciągnąca się za nią opinia miejsca niezbyt bezpiecznego. Sytuacji nie poprawia fakt wprowadzenia w styczniu 2018 r. stanu wyjątkowego w Montego Bay. Został on ogłoszony z powodu wzrostu przestępczości w tej turystycznej stolicy wyspy. Mimo iż w praktyce sprowadza się głównie do rewidowania samochodów wjeżdżających i opuszczających miasto, co nie jest zbyt uciążliwe i nie wpływa w żaden znaczący sposób na życie mieszkańców czy turystów, widok żołnierzy uzbrojonych w karabiny M16 wywołuje uczucie niepewności i wzbudza ciekawość. Oczywiście, pojawienie się w Montego Bay dodatkowych patroli komentują wszystkie media i użytkownicy na portalach dla podróżników. Jednak choć w mieście odnotowano wzrost przestępczości, turyści nie mają się czego obawiać. Wyspa żyje z turystyki, z czego doskonale zdaje sobie sprawę większość Jamajczyków, którzy starają się nie niepokoić niepotrzebnie przyjezdnych.

 

NA MIEJSCU

Mimo iż Jamajkę uważa się za dość niebezpieczne miejsce, prawda wygląda nieco inaczej. Mieszkam tutaj od 11 lat i chociaż to kraj trzeciego świata, większość przewodników turystycznych wyolbrzymia zagrożenie. Wyspa jest zupełnie inna niż zazwyczaj myślą odwiedzający ją po raz pierwszy turyści. Jamajka zachwyca kolorami, ale również zaskakuje kontrastami i absurdami, które dostrzec można w każdym aspekcie życia Jamajczyków już kilka chwil po przylocie.

Moje pierwsze wspomnienia z tego kraju sięgają 2006 r., kiedy przyjechałem tu do pracy jako przewodnik. Najpierw spadł na mnie lejący się z nieba żar – ten gorący klimat od dawna przyciąga podróżników z całego świata. Potem przyszło nieprzyjemne uczucie zimna panującego w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jamajczycy mają w zwyczaju ustawiać klimatyzatory na najniższą temperaturę, co stwarza wręcz komiczny kontrast między chłodem wewnątrz a upałem na zewnątrz. Turyści nie do końca są zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Niskie temperatury utrzymuje się nie tylko w hotelach, lecz także w autokarach. Miejscowi korzystają z dobrodziejstw klimatyzacji, ile mogą.

 

ROZMOWY JAMAJCZYKÓW

Do zderzenia z obcą kulturą dochodzi np. przy próbach komunikowania się, ponieważ na wyspie angielski wcale nie jest powszechnie używany. Mimo iż pełni funkcję języka urzędowego, między sobą Jamajczycy zwykle porozumiewają się w patois (jamajskim kreolskim), który powstał na bazie angielskiego z wpływami języków afrykańskich, jakimi posługiwali się niewolnicy sprowadzeni z Afryki do pracy na plantacjach. Podczas pobytu za granicą często za trudności w nawiązaniu rozmowy z miejscowymi obwiniamy siebie, a to ze względu na nasze niedostateczne umiejętności językowe. Warto więc zdawać sobie sprawę, że na Jamajce możemy znaleźć się raczej w odwrotnej sytuacji. Nie wszyscy Jamajczycy potrafią mówić poprawnie po angielsku i nie zawsze rozumieją wypowiedzi w tym języku. Większość z nich wplata w rozmowie słowa pochodzące z patois, co skutkuje tym, że komunikacja bywa bardzo często utrudniona. W rzeczywistości rzadko można spotkać miejscowych, którzy rozmawiają ze sobą na co dzień w języku angielskim, ponieważ się z nim nie identyfikują. To patois odgrywa rolę nośnika ich kultury i zwyczajów, spaja tutejsze społeczeństwo – słychać go w telewizji, teatrze i coraz częściej w szkołach, napisy w nim pojawiają się na reklamach w miastach. Sam język jest niezmiernie ciekawy i niezwykle ekspresywny. Jamajczycy wspierają się w czasie rozmowy elementami niewerbalnymi takimi jak gestykulacja. Bardzo często oprócz słów posługują się dźwiękami, które oznaczają m.in. lekceważenie, niezadowolenie czy brak porozumienia z drugą osobą. Patois trudno się nauczyć, dlatego że funkcjonuje on głównie w formie ustnej i brak jest jakichkolwiek materiałów, które pomogłyby w jego opanowaniu.

Turyści mają często wrażenie, że Jamajczycy mówią wyjątkowo szybko i robią to celowo, aby nie zdradzać szczegółów swoich dyskusji. Ponieważ miejscowi są w większości osobami bilingwalnymi, potrafią płynnie przechodzić z jednego tutejszego języka urzędowego na drugi. Przykładowo w sklepach z pamiątkami mają zwyczaj zwracania się do klientów w patois nawet w przypadku obcokrajowców. Czasami robią to z nadzieją, że zagadany kupujący może przepłaci. W swoje wypowiedzi Jamajczycy nagminnie wplatają wyrażenie Yeah, mon!, którego da się użyć niemal w każdej sytuacji. W zależności od kontekstu oznacza ono różne rzeczy, bywa zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem. Z tego powodu turyści wychodzą z założenia, że Yeah, mon! ma bardzo wiele znaczeń i na każde pytanie miejscowych odpowiadają właśnie za pomocą tego wyrażenia.

  

Stoisko ze świeżymi owocami i warzywami

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NA TARGU

Zazwyczaj obcokrajowcy są również zaskoczeni lokalnymi metodami płacenia za towary i usługi. Mimo iż na Jamajce obowiązującą walutę stanowi dolar jamajski (JMD), praktycznie wszędzie przyjmuje się dolary amerykańskie (USD). Turystów dziwi jednak fakt, że resztę wydaje się w dolarach jamajskich. Przelicznik jest dość egzotyczny i wielu ludzi gubi się w kalkulacjach. Sporo mówi on na temat sytuacji ekonomicznej w kraju. Dolar jamajski traci często na wartości z dnia na dzień – obecnie za 1 USD otrzymuje się w banku ok. 125 JMD. Oczywiście, gdy wartość lokalnej waluty spada, ceny w sklepach stają się wyższe. Dzieje się tak ze względu na to, że większość produktów Jamajka importuje. Obcokrajowcom nierzadko wydaje się, że wyspa stanowi prawdziwy raj dla rolników z racji tropikalnego klimatu i wysokich temperatur powietrza. Jednak jamajska ziemia bogata jest w boksyt (rudę glinu) i dlatego nie charakteryzuje się zbytnią żyznością. Uprawia się tutaj m.in. słodkie ziemniaki, dynię, cebulę oraz ignam (pochrzyn) i maniok – warzywa bulwowe bogate w skrobię i podawane do śniadania czy obiadu. Popularnością cieszą się przeróżne odmiany papryki, w tym ostra scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), która wchodzi w skład marynaty do przyprawiania kurczaka lub wieprzowiny w stylu jerk w lokalnych restauracjach.

Owoce dostępne na wyspie smakują naprawdę wspaniale. Tutejsze ananasy, papaje i banany są po prostu nieporównywalnie lepsze niż te sprzedawane w Polsce. Mają bardzo słodki smak, zresztą wszystko, co Jamajczycy piją bądź jedzą, bywa z reguły dosładzane. Turyści często narzekają na przesłodzone drinki, soki z koncentratu oraz desery, do których dodaje się więcej cukru niż potrzeba. Wyspiarze lubią słodkie i na przekąskę czy drugie śniadanie dla dzieci serwują bułki i ciasta. Owoce są tu jednak przepyszne i każdy, kto dotrze na wyspę, powinien koniecznie spróbować tych oferowanych na lokalnym targu lub przydrożnym straganie. Import produktów, co oczywiste, kosztuje i ceny w sklepach bywają bardzo wysokie.

  

Jamajczyk sprzedający rękodzieło przy pomoście nad brzegiem morza

© MAGAZYN ALL INCLUSIVE

 

KURCZAK W MARYNACIE

Jamajczycy spoza stołecznego Kingston – m.in. mieszkańcy innych największych miast w kraju: Montego Bay i Ocho Rios – zazwyczaj nie odwiedzają zbyt często restauracji z dwóch powodów. Po pierwsze, jest w nich drogo. W nielicznych lepszych lokalach za danie trzeba zapłacić ok. 30 USD. Po drugie, nie ma ich zbyt dużo. Większość turystów nie opuszcza swoich rozbudowanych hoteli oferujących pobyty typu all inclusive, a miejscowych nie stać na stołowanie się w restauracjach. Popularne i niezmiernie smaczne jedzenie kupuje się w małych barach, które serwują kurczaka czy wieprzowinę jerk. Pikantne mięso piecze się na grillu opalanym drewnem z korzennika lekarskiego (jego owoce występują pod nazwą ziela angielskiego). Najlepszą taką knajpką jest według mnie „Scotchies” (Falmouth Road, Montego Bay), gdzie można przypatrzeć się, jak przygotowuje się takie danie. Jamajczycy nie mają w zwyczaju krojenia na plasterki – kurczaka bądź wieprzowinę porcjuje się tasakiem łącznie z kośćmi. Mięso podaje się z dodatkami: smażonymi kluskami z mąki kukurydzianej, maniokiem, warzywami duszonymi na parze, słodkimi ziemniakami lub smacznym ryżem gotowanym z grochem i mlekiem kokosowym. Potrawa smakuje przepysznie, dlatego polecam przywiezienie ze sobą z Jamajki przypraw do marynaty jerk – są one dostępne w postaci suchej, jak i mokrej.

Ciekawostkę stanowi fakt, że mieszkańcy tego wyspiarskiego w końcu kraju nie spożywają dużo ryb ani owoców morza. Można je dostać u lokalnych rybaków, którzy chwalą się swoimi zdobyczami przy drodze, ale kosztują one o wiele więcej niż mięso. Przyrządza się głównie krewetki w sosie curry, na ostro, smażone z mlekiem kokosowym i podawane z ryżem. Miłośnicy świeżych owoców morza będą rozczarowani wyborem, ale na pewno zostaną miło zaskoczeni smakiem. Najpopularniejszą rybą jest lucjan czerwony (northern red snapper), którego smaży się lub gotuje na parze z warzywami. Bezapelacyjnie w miejscowej kuchni króluje jednak kurczak, przygotowywany na bardzo wiele sposobów i przy różnych okazjach. Do niego trzeba koniecznie wypić naprawdę dobre jamajskie piwo Red Stripe. Sprzedaje się je w szklanych butelkach, które przypominają te, w jakich kiedyś kupowało się syropy w polskich aptekach. Lokalne piwo, tak jak rum, z pewnością docenią wszyscy.

 

Z GÓR NAD WODOSPADY

Jamajczycy z reguły nie są zbyt zamożni. Zarabiają niewiele, a koszt życia znacznie przewyższa ich zarobki. Dlatego często dorabiają sobie na boku lub utrzymują się z napiwków, które zostawiają turyści. Choć przyjęło się, że drobne kwoty pieniędzy oferuje się po wykonaniu usługi, na Jamajce wręcza się je raczej na początku, co niejednokrotnie przyśpiesza bądź w ogóle umożliwia zrealizowanie czegokolwiek. Warto podzielić się dolarem z kierowcą, zwłaszcza autobusu, ponieważ oni pracują naprawdę długo i dosyć ciężko. W kraju nie ma transportu publicznego, z miasta do miasta można dostać się jedynie lokalnymi taksówkami, a warunki podróży daleko odbiegają od europejskich standardów. Kierowcy pokonują długie i męczące trasy, bo choć wyspa jest niewielka (10 991 km² powierzchni), stan dróg pozostawia sporo do życzenia – pełno na nich dziur i są bardzo kręte. Jednak tutejsze widoki zapierają dech w piersiach, więc zdecydowanie warto wybrać się na wycieczkę.

Wbrew pozorom na Jamajce nie ma aż tak wielu atrakcji. Większość z nich to miejsca ciekawe pod względem przyrodniczym i krajobrazowym: wodospady, rzeki (na których organizuje się spływy tratwami z bambusa) czy zatoki. Poza tym jedną z ważniejszych pozycji na liście rejonów do odwiedzenia są Góry Błękitne (z najwyższym szczytem Blue Mountain Peak, 2256 m n.p.m.), w których uprawia się słynną arabicę nazywaną Jamaican Blue Mountain Coffee. Wyjątkową jakość tej kawy doceniają smakosze z całego świata. Podczas zwiedzania plantacji można podziwiać niezapomniane widoki i odetchnąć powietrzem o wiele bardziej rześkim niż to w dole. Góry Błękitne są naprawdę doskonałe na spacery czy dłuższe wędrówki. Chociaż wciąż pozostają stosunkowo mało popularne, powoli wchodzą do ofert lokalnych biur podróży. Wizyta w tym rejonie Jamajki pozwala poznać ją z trochę innej strony, nie tej prezentowanej na zdjęciach z turystycznych folderów. Jest także okazją, aby na chwilę odpocząć od tłumów turystów na plaży oraz zgiełku miasta. Okolicę gór można również przemierzać na rowerze, co na pewno przypadnie do gustu osobom lubiącym aktywnie spędzać czas.

Inną atrakcją, której nie wolno ominąć w trakcie pobytu na Jamajce, są spektakularne wodospady. Warto tu odwiedzić nie tylko te najsłynniejsze, czyli Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, ale też mniej popularne Reach Falls, Mayfield Falls, Bath Fountain lub Reggae Falls, które prezentują się równie zjawiskowo. W takich miejscach trudno nie zachwycić się pięknem jamajskiej przyrody,

 

RUM I MUZYKA

Poza kawą z Jamajki zdecydowanie warto przywieźć lokalny rum. To duma każdego Jamajczyka. W radiu czy telewizji co chwilę puszczane są reklamy z hasłem We are rum people, które znakomicie oddaje przywiązanie miejscowych do tego trunku. Rum stanowi integralny element tutejszej kultury. Jamajczykom towarzyszy na co dzień i od święta od wielu lat.

Pod pewnym względem rum przypomina wino – im starszy, tym lepszy. Warto wiedzieć, że jedyną kobietą na świecie będącą specjalistką od niego jest właśnie Jamajka – Joy Spence (pracująca dla Appleton® Estate), która zajmuje się tworzeniem unikatowych blendów, czyli mieszanek różnych gatunków tego trunku. Poza rumami wyborowymi na wyspie można dostać też likiery na bazie rumu. Zadowolą one każdego smakosza słodkich alkoholi. Likiery rumowe przypominają słynny irlandzki Baileys, jednak są o wiele łagodniejsze i delikatniejsze. Występują w różnych smakach, np. bananowym, kokosowym, kawowym albo czekoladowym.

                Na Jamajce oprócz wszelkich standardowych pamiątek, np. magnesów i koszulek z podobiznami Boba Marleya i Usaina Bolta bądź z napisem Jamaica, można kupić ciekawe rękodzieło artystyczne. Obok popularnych masek czy wazoników sprzedaje się tu wyroby z mahoniu, drewna mango lub cedru takie jak długopisy, breloczki i podstawki na stół. Z wyspy warto przywieźć również popularne ostatnio w Polsce płyty winylowe. W Kingston, w domu należącym niegdyś do Boba Marleya (56 Hope Road), znajduje się historyczna siedziba wytwórni Tuff Gong (założonej w 1970 r.), w której nagrywał i tworzył król reggae (od ponad 30 lat mieści się tutaj muzeum artysty). Po odwiedzeniu jej można zaopatrzyć się w winyle z piosenkami legendarnego wokalisty, gitarzysty i kompozytora, które na pewno będą oryginalnym prezentem z Karaibów. Wytwórnia Tuff Gong działa w dalszym ciągu w jamajskiej stolicy, ale już pod adresem 220 Marcus Garvey Drive. Nowe studio, nadal zajmujące się nagrywaniem płyt, udostępniono też do zwiedzania.

Muzyka jest na Jamajce niezmiernie ważna. Oprócz legendarnego Boba Marleya pochodzą stąd także Sean Paul czy Shaggy, gwiazdy rozpoznawalne na całym świecie. Płyty z lokalnymi utworami można nabyć praktycznie na każdym parkingu, gdzie wśród zaparkowanych samochodów miejscowi wykonawcy sprzedają swoje składanki w cenie ok. 200 JMD (w przeliczeniu ponad 1,5 USD). Muzyka ta brzmi naprawdę ciekawie. Takie płyty kupują sami Jamajczycy, którzy zazwyczaj słuchają ich później z odpowiednio zmodyfikowanych odtwarzaczy w swoich samochodach.

 

NIECO INNE PAMIĄTKI

Z Jamajki przywieziemy też interesujące książki. W tutejszych księgarniach można znaleźć prawdziwe perełki pochodzące z utworzonego w 1948 r. Uniwersytetu Indii Zachodnich (University of the West Indies), który jest wiodącą tego typu placówką w anglojęzycznej części Karaibów i jedną ze swoich trzech obecnych siedzib ma właśnie w tym kraju (w podmiejskim obszarze Kingston – położonej u podnóża Gór Błękitnych Monie; poza tym działa jeszcze filia w Montego Bay). Wśród nich są pozycje na temat kolonizacji, rewolucji niewolników czy tożsamości Jamajczyków. Wszystkie napisali lokalni uczeni i choć książki nie należą do tanich, będą ciekawą pamiątką dla tych, którzy chcą zapamiętać Jamajkę na dłużej i dowiedzieć się o niej znacznie więcej niż zawierają kolorowe przewodniki turystyczne. Wiele publikacji dotyczy także karaibskiej sztuki kulinarnej – na pewno spodobają się miłośnikom gotowania. W przypadku większości dań trzeba korzystać z miejscowych produktów, ale po małych modyfikacjach uda się je przygotować również i w Polsce.

                Jeszcze innym pomysłem na ciekawą pamiątkę z wyspy są kosmetyki z dodatkiem lokalnych produktów, np. mydła na bazie oleju kokosowego, papai czy aktywnego węgla. Na Jamajce, podobnie jak i w wielu krajach na świecie, rozpowszechniła się ostatnio moda na naturalną pielęgnację. Do najbardziej interesujących składników zalicza się – oczywiście – wspomniany już olej kokosowy, który pozyskiwany jest na zimno z uprawianych na miejscu kokosów. Dodaje się go do mydeł i kremów sprzedawanych w aptekach i drogeriach. Balsamy z ekstraktami z mango, ananasa, aloesu czy trawy cytrynowej stanowią obowiązkowe wyposażenie kosmetyczki każdej jamajskiej kobiety. Warto przywieźć ze sobą do domu takie ręcznie produkowane naturalne specyfiki, na pewno będą oryginalniejsze niż magnes na lodówkę bądź kolejny otwieracz do butelek.

Niestety, tak jak życie na wyspie również pamiątki są dość drogie, ale za to można je kupić w większości sklepów w miastach oraz w sklepikach działających przy popularnych atrakcjach turystycznych. Sami Jamajczycy chętnie o nich opowiadają i z pewnością doradzą nam w czasie zakupów. Dobrze pamiętać, że nie musimy decydować się na importowane z Chin magnesy lub koszulki, które dominują na jamajskich straganach. Poza tym targować można się praktycznie wszędzie, oczywiście, oprócz sklepów spożywczych i hipermarketów.

 

Pocztówkowe bliźniacze zatoki w Port Antonio

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NIEZNANA WYSPA

Mimo iż Jamajkę dosłownie zalewają turyści, co widać zwłaszcza na jej północnym wybrzeżu, gdzie usytuowana jest większość komfortowych hoteli i rozległych resortów, wciąż są tutaj miejsca, które zachwycą osoby szukające błogiego spokoju. Należy do nich niewątpliwie nieopanowany jeszcze przez masową turystykę region Portland, położony na wschód od miasta Ocho Rios. Znajdują się w nim wille największych hollywoodzkich sław, w tym posiadłość znanego amerykańskiego aktora, producenta filmowego i rapera Willa Smitha. Nie ma w tej okolicy olbrzymich resortów all inclusive ani zbyt wielu hoteli, są za to małe pensjonaty czy domki, w których można wynająć pokój na kilka dni, aby rozkoszować się odgłosami Morza Karaibskiego i śpiewem ptaków. Poza tym organizuje się tu też jednodniowe wycieczki dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda nieturystyczna Jamajka. Niewielkie dziewicze plaże, ukryte w gąszczu wysmukłych palm, wydają się być miejscami nie istniejącymi na mapach czy w informatorach turystycznych. W Portland znajdują się wioski, w których mieszkańcy handlują owocami i warzywami z okolicznych upraw – to tutaj leży większość plantacji bananów, ananasów, kokosów, mango i bligii pospolitej (ackee). Stolicą regionu jest Port Antonio. Miasto upodobał sobie amerykański aktor australijskiego pochodzenia Errol Flynn (1909–1959). W marinie nazwanej jego imieniem cumują luksusowe jachty i łodzie. Malowniczy zachód słońca nad zatoką można podziwiać przy szklaneczce rumu z coca-colą z pobliskiego baru lub po prostu filiżance doskonałej kawy z Gór Błękitnych. Osoby zainteresowane lokalną kuchnią powinny spróbować tutejszych deserów. Warto wybrać się do położonej nieopodal przystani lodziarni „Devon House I-Scream”, w której podaje się olbrzymie porcje naprawdę bardzo dobrych lodów.

Pobyt w urokliwym Portland – niestety – ma swoją cenę, którą jest dość ciężki dojazd. Region leży na wschód od modnych kurortów, dlatego na dotarcie do niego samochodem trzeba przeznaczyć ok. 5 godz. Jeśli jednak ktoś chce zobaczyć mniej popularne oblicze Jamajki, taka niedogodność nie powinna go odstraszyć. Tę pasjonującą karaibską wyspę warto poznać z każdej strony.

 

Wydanie Wiosna 2018