HANNA BORA

www.sledznas.com

 

« Przed naszym wyjazdem do Panamy nie mieliśmy zbyt dużych oczekiwań z nią związanych. Chcieliśmy zobaczyć słynny Kanał Panamski i rajski archipelag San Blas. Ten niewielki kraj Ameryki Centralnej zaskoczył nas jednak nie tylko pięknymi krajobrazami i życzliwością mieszkańców, ale też ogromną różnorodnością kulturową. »

 

Na mapie Panama przypomina kształtem wijącego się węża: wąski fragment lądu scala Amerykę Północną z Południową i jednocześnie oddziela Pacyfik od Atlantyku. Na pierwszy rzut oka wygląda jak idealny łącznik między kontynentami. Jednak właśnie tutaj, w miasteczku Yaviza (ponad 280 km na południowy wschód od stolicy kraju i niecałe 100 km na północ od granicy panamsko-kolumbijskiej), urywa się słynna Autostrada Panamerykańska (Carretera Panamericana) biegnąca z północy Alaski aż na południe Argentyny. Dostanie się do sąsiedniej Kolumbii drogą lądową jest niemal niemożliwe. Na przeszkodzie stoi owiany złą sławą przesmyk Darién (Tapón del Darién). Ten niewielki, bagnisto-leśny obszar porośnięty bujną selwą uchodzi za jeden z najbardziej malarycznych i niebezpiecznych rejonów na świecie. Według wielu źródeł stanowi doskonałą kryjówkę dla partyzantów i handlarzy narkotyków.

 

Panama to idealne miejsce na rozpoczęcie przygody z Ameryką Łacińską. Jest tu stosunkowo bezpiecznie, a ludzie są przyjaźni. Choć kraj ma niewielką powierzchnię (ponad 75 tys. km²) – prawie cztery razy mniejszą od Polski – skrywa ogromną różnorodność. Znajdziemy w nim góry i wulkany, tropikalne lasy i egzotyczną roślinność, piękne wybrzeże i rafy koralowe. Dodajmy do tego jeszcze setki wysp i wysepek. To prawdziwy raj dla przyrodników, ponieważ mieszają się tutaj gatunki zwierząt i roślin z obu Ameryk. Mniej więcej 40 proc. terytorium kraju zajmują obszary leśne, a Ciudad de Panamá jest jedyną stolicą na świecie, w której granicach znajduje się bujny las deszczowy.

 

DROGA ŁĄCZĄCA OCEANY

Nie da się jednak ukryć, że prawdziwa wizytówka tego państwa to słynny Kanał Panamski, pozostający do dziś jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Ma 82 km długości, łączy Atlantyk z Pacyfikiem i w znaczący sposób usprawnił transport morski. Na pomysł budowy kanału wpadli już kilkaset lat temu Hiszpanie. Do jego realizacji przystąpiono jednak dopiero pod koniec XIX w. Pracami kierował budowniczy Kanału Sueskiego, Francuz Ferdinand de Lesseps (1805–1894). Pierwsza próba skończyła się fiaskiem ze względu na trudny teren, błędy inżynieryjne oraz choroby, które pochłonęły wiele ofiar. Szacuje się, że przy budowie zginęło ok. 22 tys. osób.

 

Jeszcze na początku XX stulecia Panama była częścią Kolumbii. Odrębne państwo powstało w listopadzie 1903 r. przy wsparciu Stanów Zjednoczonych. Rok później Amerykanie wznowili prace nad budową kanału. Po 10 latach zakończyły się one sukcesem, nowy szlak był gotowy. Przez kolejne dekady pozostawał pod kontrolą USA. Dopiero od 31 grudnia 1999 r. zarządzać drogą wodną zaczęły władze Panamy. Obecnie stanowi ona nie tylko główne źródło wpływów do budżetu kraju, ale też jego największą atrakcję turystyczną. W 2014 r. obchodzono stulecie jej powstania. Choć Kanał Panamski wciąż uważany jest za cud inżynierii, jego znaczenie dla transportu morskiego zaczęło powoli spadać. Aby przystosować go na potrzeby większych statków i zwiększyć przepustowość szlaku, w 2006 r. postanowiono przeprowadzić konieczną rozbudowę. Prace trwały blisko 10 lat i zakończono je w czerwcu 2016 r.

 

Jesteśmy na tarasie widokowym i liczymy na to, że zobaczymy mechanizm działania śluzy Miraflores. Statki będą przepływać dopiero po południu, koło 15.00. Możecie najpierw obejrzeć krótki film o historii kanału i muzeum – informuje nas z uśmiechem na twarzy sympatyczna dziewczyna z obsługi, kiedy kupujemy bilety.

 

Zobaczyliśmy całą wystawę, wszystkie eksponaty i makiety. Teraz już tylko czekamy i wypatrujemy, a razem z nami spora grupa innych turystów z różnych stron świata. W końcu zaczyna się coś dziać. Pierwszy etap to wyrównywanie poziomu wody. Dopiero kiedy się zakończy, śluzy powoli się otwierają. Najpierw przepływa grupa trzech niewielkich jednostek. Następny jest ogromny kontenerowiec, który zdaje się ledwie mieścić w ciasnym torze. Pokonanie tego odcinka zajmuje mu dobre kilkanaście minut. To dość powolny proces. Na początku zastanawiamy się, czy statek rzeczywiście jest w ruchu. Cały spektakl robi jednak na nas spore wrażenie. Cieszymy się, że możemy zobaczyć na własne oczy konstrukcję, o której kilkanaście lat temu uczyliśmy się w szkole.

 

STOLICA O WIELU OBLICZACH

Śluza Miraflores znajduje się zaledwie ok. 14 km od stolicy. Do miasta wracamy lokalnym autobusem zwanym diablo rojo („czerwony diabeł”). W Panamie słynne chicken busy – emerytowane szkolne autobusy z USA, które dostały drugie życie w krajach Ameryki Centralnej – dorobiły się własnej nazwy. Pewne elementy się jednak nie zmieniają: są pomalowane na jaskrawe kolory (na naszym dominuje róż), Matka Boska sąsiaduje w nich ze zmysłowymi kobietami w bikini, a z głośników wylewają się donośne rytmy reggaetonu. Ogromny napis Fast & Furious (Szybki i wściekły) na wehikule, którym się poruszamy, wzbudza w nas lekki niepokój. Na szczęście spory ruch zdaje się poskramiać fantazję kierowcy. Jeden z naszych panamskich znajomych wspomniał nam, że już niedługo te charakterystyczne autobusy mają zniknąć z ulic kraju. Jakoś nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić.

 

Pierwsze spotkanie z Panamą (Ciudad de Panamá) zaskakuje. Do tej pory raczej omijaliśmy stolice krajów Ameryki Centralnej. Wolimy urok spokojnych, mniejszych miasteczek, nie zachęcały nas również historie innych podróżników. Panama zdaje się być wyjątkiem w tym gronie. Jesteśmy w nowoczesnej i dobrze zorganizowanej metropolii. Strzeliste, szklane wieżowce stojące przy nabrzeżu i wysmukłe palmy przywołują na myśl amerykańskie filmy. W moich wyobrażeniach właśnie tak wygląda amerykańskie Miami. Szybko jednak okazuje się, że to tylko jedno z obliczy stolicy. Odnajdujemy tu też charakterystyczny latynoski bałagan i rozgardiasz. 

 

Miasto założył 15 sierpnia 1519 r. hiszpański konkwistador Pedro Arias de Ávila (1440–1531). Ośrodek szybko zaczął się wzbogacać oraz nabierać znaczenia dla administracji kolonialnej i kościelnej. Stał się także ważnym portem, co przyciągnęło uwagę piratów. Najsłynniejszego ataku dopuścił się Henry Morgan (ok. 1635–1688). Walijski bukanier słynął z charyzmy i waleczności. Jego legenda była tak silna, że jedną z marek rumu nazwano Captain Morgan. W styczniu 1671 r. przewodził największej w historii wyprawie bukanierów (złożonej z mniej więcej 1400 ludzi) i zdobył Panamę. Dawne centrum miasta zostało splądrowane i spalone. Dwa lata później odbudowano je, jednak nie w tym samym miejscu, a 8 km dalej (na południowy zachód), na skalistym cyplu. Dziś ten obszar znany jest jako Casco Viejo lub Casco Antiguo (czyli Stare Miasto) i to właśnie tutaj bije turystyczne serce stolicy.

 

Spacerujemy wąskimi, brukowanymi uliczkami i przyglądamy się kolonialnej architekturze. Pastelowe kamienice są urocze, ale jednocześnie nadgryzione zębem czasu. Przez chwilę mamy wrażenie, że przenieśliśmy się do Starej Hawany (La Habana Vieja). Obszar Casco Viejo nie jest rozległy, znajdziemy tu jednak wiele imponujących budynków i malowniczych placów. Za najbardziej znany uchodzi plac Niepodległości (Plaza de la Independencia). To właśnie w tym miejscu świętowano ogłoszenie niezależności Panamy od Hiszpanii (w listopadzie 1821 r.) i Kolumbii (w 1903 r.). Warto tutaj odwiedzić Katedrę Metropolitalną, gmach Muzeum Transoceanicznego Kanału Panamskiego (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i neoklasycystyczny Pałac Miejski (Palacio Municipal). W pobliżu wznosi się również niewielki Kościół św. Józefa (Iglesia de San José), w którym zobaczymy słynny imponujący Złoty Ołtarz (Altar de Oro). Według legendy lokalny ksiądz przemalował go na czarno, dzięki czemu cenny zabytek nie stał się łupem piratów Henry’ego Morgana.

 

Jednym z naszych ulubionych rejonów Casco Viejo jest tutejszy urokliwy pasaż – Paseo de Las Bóvedas. To spokojny zakątek, z którego roztacza się wspaniała panorama nowoczesnej części miasta. Stanowi też świetne miejsce dla wszystkich miłośników zakupów. Na licznych straganach tradycyjnie ubrane kobiety z grupy etnicznej Guna (Kuna) sprzedają oryginalne rękodzieło artystyczne. Najbardziej znane są molas – piękne, ręcznie haftowane tkaniny ozdobione barwnymi wzorami. 

 

Po kilku godzinach spaceru po Casco Viejo zdążyliśmy porządnie zgłodnieć, więc nasze kroki kierujemy na słynny rybny targ o nazwie Mercado de Mariscos. Siadamy przy jednej z licznych knajpek i zamawiamy mieszankę owoców morza. Ceny nie są tu już tak niskie jak kilka lat temu, ale smak dań jest rewelacyjny. Idealnie pasuje do nich schłodzone piwo marki Panama lub Balboa. Wieczorem kontynuujemy spacer wzdłuż wybrzeża. Nieznośny upał zelżał. Mijają nas biegacze i pary na rolkach. Przed nami rysują się rozświetlone sylwetki wieżowców.

 Avenida Balboa i wybrzeże w Ciudad de Panamá

 

RAJ ODNALEZIONY

Następnego dnia budzimy się wcześnie, jeszcze przed wschodem słońca. Czeka nas długa i dość męcząca wyprawa, ale mamy nadzieję, że uroki docelowego miejsca wynagrodzą nam trudy podróży. O rajskim archipelagu San Blas usłyszeliśmy pierwszy raz kilka lat temu. Tworzy go ok. 365 pięknych wysepek rozsianych na Morzu Karaibskim. Zdjęcia znalezione w internecie potwierdzają opowieści znajomych – widnieją na nich idealne, piaszczyste plaże otoczone turkusową wodą oraz hamaki rozwieszone w cieniu palm. Naszą ciekawość jeszcze bardziej rozbudzają historia tego miejsca i jego mieszkańcy.

 

Archipelag San Blas należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala) położonego w północno-wschodniej części Panamy. Jest on zamieszkany i zarządzany przez Indian Guna (Kuna). Obecnie są oni jedną z najbardziej autonomicznych rdzennych społeczności w całej Ameryce Łacińskiej. Nie zawsze jednak tak było. Pierwsze 20 lat niepodległości Panamy to historia wielu konfliktów i kolizji sprzecznych interesów. Rząd nie szanował lokalnych tradycji i dążył do pozbawienia Indian Guna ich tożsamości i ziemi. Doprowadziło to w lutym i marcu 1925 r. do buntu (tzw. rewolucji Guna). Wreszcie we wrześniu 1938 r. stworzono autonomiczne terytorium (wówczas pod nazwą San Blas), a jego mieszkańcom zapewniono bezpieczeństwo oraz poszanowanie ich zwyczajów, kultury i decyzji.

 

Wszystkie reguły dotyczące życia na wyspach i ich odwiedzania ustalają Gunowie. Nie ma tu ekskluzywnych resortów ani eleganckich restauracji. Choć turystyka obok rybołówstwa, rolnictwa i rękodzieła stanowi podstawę lokalnej gospodarki, rdzenni mieszkańcy nie zgadzają się na obecność wielkich sieci hotelowych na archipelagu. Starają się chronić go przed wchłonięciem przez zachodnią cywilizację. Nie ma tutaj dostępu do internetu, a prąd pochodzi z generatorów. Właśnie dzięki temu atmosfera na wyspach jest iście sielankowa i można na nich rzeczywiście odciąć się od świata.

 

Droga do raju nie należy niestety do łatwych. Pierwszy etap to dojazd z Panamy do Puerto de Carti, skąd na archipelag odpływają łodzie. Na mapie odcinek ten wygląda niepozornie – ciągnie się przez ok. 110 km, z czego 70 pokonuje się wygodną Autostradą Panamerykańską. Następne 40 km trzeba już przebyć po dziurawej nawierzchni, a kręta trasa wiedzie przez tropikalny las. Lepiej nie wyruszać na tę wyprawę innym autem niż samochód terenowy. Cały przejazd zajmuje nam blisko 2,5 godz. Na kilka kilometrów przed portem musimy się jeszcze zatrzymać przy niewielkim punkcie kontrolnym, gdzie przedstawiciele Indian Guna sprawdzają nasze dokumenty i pobierają opłatę za wjazd na ich teren. 

 

Razem z kilkoma innymi osobami wsiadamy do niewielkiej łodzi i odpływamy w stronę naszego raju – wyspy Chichime. Rejs trwa zaledwie 35 minut, ale ze względu na wysokie fale oblewające nas z każdej strony nie możemy już doczekać się chwili, kiedy postawimy stopę na stałym lądzie. Po drodze staramy się przyjrzeć innym wyspom. Jedynie ok. 40 jest zamieszkanych. Zdecydowana większość to nic więcej jak kawałek plaży i kilka palm. Gdy docieramy na Chichime, nasi gospodarze kierują nas do niewielkiej chatki z bambusa. Nie ma ona okien, ale zupełnie nam to nie przeszkadza – w końcu znajdujemy się zaledwie kilka kroków od najpiękniejszej plaży, jaką widzieliśmy w życiu. 

 

Życie turysty na archipelagu jest proste. Dzień zaczynamy od wschodu słońca. Następnie spacerujemy – obejście całej wyspy zajmuje nam niecałą godzinę. Przyglądamy się życiu mieszkańców i bawimy się z roześmianymi i ciekawskimi dzieciakami. Sporo czasu spędzamy w krystalicznie czystej wodzie lub w hamaku. Nie musimy się nigdzie spieszyć ani szukać restauracji. Posiłki przygotowują nam nasi gospodarze z produktów dostępnych na wyspie. Zazwyczaj jest to świeża ryba z dodatkiem smażonych platanów i juki. Raz trafia nam się nawet wspaniały homar. Kiedy nadchodzi dzień powrotu, czujemy ogromny żal. Chcielibyśmy móc zostać w tym raju kilka dni dłużej.

 

ŚPIĄCA INDIANKA

Po powrocie do stolicy postanawiamy zmienić krajobraz i wybieramy się w góry. Ruszamy do El Valle de Antón. To niewielkie miasteczko znajduje się w kraterze lub kalderze wygasłego wulkanu. Otoczone jest bujną zielenią i stanowi idealne miejsce zarówno na odpoczynek, jak i uprawianie wielu aktywności. Zatrzymujemy się na spokojnym kempingu. Jego właściciel – Miguel – ma chińskie pochodzenie. Moi dziadkowie przybyli z Chin do Panamy w trakcie budowy Kanału Panamskiego – opowiada nam. Sami przy nim nie pracowali, ale wyczuli, że to może być dla nich szansa na nowe życie. To nie jest jakaś wyjątkowa historia, na pewno już zdążyliście zauważyć, że wiele sklepów i restauracji należy tu do Chińczyków – dodaje, śmiejąc się. Kiedy pytamy o najciekawsze szlaki w okolicy, odpowiada krótko: Idźcie na górę India Dormida (w tłumaczeniu na polski jej nazwa brzmi Śpiąca Indianka). Nie znajdziecie w okolicy lepszych widoków, a skoro lubicie górskie wycieczki, będzie to dla was przyjemny spacer.

 

Charakterystyczny zarys wzniesienia widać już z naszego kempingu. Jeśli dobrze się przyjrzeć, można dostrzec twarz i sylwetkę śpiącej kobiety. Według legendy należą do pięknej indiańskiej księżniczki – Flor del Aire. Młoda dziewczyna zakochała się w jednym z hiszpańskich przybyszów, którzy planowali podbić ziemię jej ojca. Zaślepiona tym uczuciem odrzuciła miłość najdzielniejszego wojownika swojego ludu. Młodzieniec z rozpaczy rzucił się w przepaść na oczach wybranki serca. Flor del Aire nie chciała zdradzić swoich bliskich i postanowiła uciec. Przez góry i doliny dotarła aż do wybrzeża Morza Karaibskiego. Tam umarła z wycieńczenia.

 

Śpiąca Indianka nie imponuje wysokością. To właściwie bardziej wzgórze, mierzy ok. 800–900 m n.p.m. Trasa jest łatwa i przyjemna. Wejście na szczyt zajmuje nam mniej niż godzinę. Po drodze spotykamy kilka rodzin z dziećmi. Wszyscy się do nas uśmiechają i pozdrawiają nas serdecznie. Niektórzy podpytują, skąd jesteśmy i czy podoba nam się ich kraj. Mieszkańcy Panamy są sympatyczni i radośni. Często pojawiają się w czołówce rankingów najszczęśliwszych narodów świata (ostatnio zajęli 31 miejsce, zaraz za Hiszpanami i przed Brazylijczykami). 

 Wyprawa trekkingowa w okolicy miasteczka El Valle de Antón leżącego w wulkanicznym kraterze

© PANAMATOURISTBOARD/BRANLYBRUNETH

 

Atelopus zeteki, endemiczna panamska złota żaba
© PANAMATOURISTBOARD/BRANLYBRUNETH
 

GÓRY I PLANTACJE KAWY

Jeszcze zanim dotarliśmy do Panamy, usłyszeliśmy od kilkunastu osób, że koniecznie musimy pojechać do Boquete (Bajo Boquete). To niewielkie miasteczko leży u stóp wulkanu Barú (znanego także jako Chiriquí) – najwyższego szczytu kraju, o wysokości 3475 m n.p.m. Słynie z bardzo przyjemnego klimatu – można powiedzieć, że panuje tu wieczna wiosna, pięknych górskich krajobrazów, niesamowitej roślinności, jazzu i kawy. Przy takiej mieszance niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Miasteczko nazywane jest też kwiatową stolicą Panamy. Najlepiej przyjechać do niego w styczniu, kiedy odbywa się Festiwal Kwiatów i Kawy (Feria de las Flores y del Café). Wydarzenie trwa aż 10 dni. Profesjonalni ogrodnicy na brzegach rzeki wystawiają tysiące rozmaitych kwiatów. Tworzą one prawdziwą eksplozję barw i zapachów. Największym zainteresowaniem cieszy się wystawa orchidei. 

 

Do Boquete można dojechać z David – dusznego, zakurzonego miasta, w którym raczej nikt nie ma ochoty zatrzymać się na dłużej. Pokonujemy zaledwie 50 km, ale krajobraz zmienia się diametralnie. Droga pnie się w górę. Dookoła nas robi się coraz bardziej zielono, powietrze staje się rześkie. Miasteczko położone jest na wysokości mniej więcej 1200 m n.p.m. Łagodny klimat i żyzna gleba wulkaniczna sprawiają, że wygląda jak piękny, tropikalny ogród. Największe jego bogactwo stanowi kawa. W okolicy znajdują się liczne plantacje leżące na górskich zboczach. Ich widok wywołuje szybsze bicie serca u prawdziwych kawoszy. To właśnie tu uprawia się jedną z najrzadszych i najdroższych odmian o nazwie geisha. Odkryto ją w Etiopii w południowo-zachodnim dystrykcie Gesha w latach 30. XX w. Ze względu na niewielkie zbiory i słabą wydajność nie była zbyt popularna. Do Panamy (do regionu Boquete) trafiła przez Kostarykę. Stosunkowo niedawno, bo w 2004 r., została uznana za objawienie i zrobiła furorę na światowym rynku. Słynie z wyjątkowego i złożonego profilu smakowego. Charakteryzuje ją wysoka kwasowość, pikantny, cytrusowy smak i wyczuwalne nuty jaśminu. Na aukcji Best of Panama w lipcu 2018 r. padł kolejny rekord cenowy – za funt (0,453 kg) kawy geisha pochodzącej z upraw Lamastus Family Estates (Luito Geisha Estate) zapłacono 803 dolary amerykańskie.

 

Każdy dzień w Boquete zaczynamy od filiżanki małej czarnej. Nie trzeba od razu pić naparu z najdroższej odmiany, aby docenić jego smak. Poza kawą największą atrakcją regionu są trekkingi. Najpopularniejszą wyprawę stanowi nocne wejście na szczyt wulkanu Barú, z którego można podziwiać niesamowity wschód słońca. Przy dobrej widoczności to też jedno z nielicznych miejsc, skąd zobaczymy zarówno wybrzeże Pacyfiku, jak i Morza Karaibskiego. Szlak jest długi i dość męczący, do tego niektórym daje się we znaki wysokość. Za drugą najczęściej wybieraną trasę uchodzi Sendero Los Quetzales, czyli Szlak Kwezali (o długości 9,6 km). Prowadzi przez bujny las deszczowy, niedaleko siedlisk tych wspaniałych i rzadkich ptaków. Kwezale herbowe mają piękne ubarwienie: ich pióra są soczyście zielone, a brzuch – karmazynowy. Dla Majów stanowiły symbol wolności. Podobno ptaki te nie potrafią żyć w niewoli. Po kilku godzinach ich serce przestaje bić.

 

KARAIBSKI LUZ

Ostatnim punktem naszej podróży po Panamie jest archipelag Bocas del Toro. Po kilku dniach w chłodniejszym klimacie marzymy o powrocie pod palmy. Aby dostać się do tego karaibskiego raju usytuowanego niedaleko granicy z Kostaryką, trzeba najpierw dojechać do mało przyjemnego miasteczka Almirante, skąd kursują wodne taksówki. Główna wyspa – Isla Colón (61 km² powierzchni) – wita nas typowym dla Karaibów widokiem kolorowych domków wznoszących się na palach tuż nad wodą. To tutaj znajduje się największe miasto i stolica całej prowincji – 13-tysięczne Bocas del Toro. Mijamy kolejne hotele, pensjonaty i restauracje. Trochę tu dla nas zbyt tłoczno, zbyt głośno. Decydujemy się popłynąć od razu na kolejną wyspę – Bastimentos, zwaną pieszczotliwie Basti.

 

Na niej zamiast hoteli widzimy skromne domki. Niektóre ładne i zadbane, inne trochę brzydsze, zbudowane przy użyciu blachy falistej. Większość mieszkańców niewielkiej miejscowości Old Bank (nazywanej również Bastimentos Town) jest pochodzenia afrokaraibskiego. Przebiegają koło nas roześmiane dzieci, jakiś mężczyzna śpi w hamaku, z kolejnego domu dobiega dość głośna muzyka. Zdążyliśmy już zgłodnieć, więc wchodzimy do jednej z rodzinnych jadłodajni. Do wyboru mamy kokosowy ryż ze smażonymi platanami i rybą lub kurczakiem. Do tego zamawiamy orzeźwiającą lemoniadę. Posiłek wydawany jest w leniwym tempie, ale nie przeszkadza nam to, bo rozkoszujemy się widokiem na morze rozciągającym się z tarasu.

 

Po obiedzie przechodzimy na drugą stronę wyspy, gdzie panuje większy spokój. Wysokie palmy kołyszą się nad przejrzystą, turkusową wodą. Tak trafiamy do The Firefly, gdzie przyjmują nas Lauren i Ryan – para z USA, która odnalazła swoje miejsce na ziemi właśnie na Bastimentos. Na ich hotelik składają się zaledwie trzy pokoje i dwa bungalowy. Znajduje się tu także świetna restauracja, uważana za jedną z najlepszych nie tylko na wyspie, ale też w całej Panamie, niewielki basen i spory taras z leżakami i hamakami. Od razu czujemy, że to miejsce, w którym idealnie się odpoczywa.

 

Właściciele zapraszają nas na poncz owocowy. Siadamy wszyscy przy stoliku i zaczynamy rozmowę o Bastimentos. Pomysł, żeby stworzyć coś swojego gdzieś na Karaibach, mieliśmy już od dawna – wyjaśnia Ryan. I tak pewnego dnia trafiliśmy na Basti. To miejsce powstało siedem lat temu. Wciąż zmagamy się z wieloma przeciwnościami. Każda wyspa ma to do siebie, że czas płynie na niej wolniej. Czasami czekamy na dostawę produktów, a ona pojawia się dopiero po dwóch dniach. Staramy się być jak najbardziej przyjaźni dla środowiska. Niektórzy goście jednak nie rozumieją, dlaczego nie mamy klimatyzacji, nie mogą użyć suszarki do włosów lub kupić wody w plastikowej butelce. Serce nas boli, kiedy widzimy, ile śmieci gromadzi się na archipelagu. Dlatego aktywnie działamy w lokalnej społeczności, staramy się też edukować mieszkańców, aby dbali o swoje otoczenie. Musiało minąć trochę czasu zanim nas zaakceptowali, ale teraz traktują nas już jak swoich – opowiada z uśmiechem.

 

Archipelag Bocas del Toro przyciąga nie tylko pięknymi plażami i karaibskim luzem, ale także niesamowitą przyrodą. Można tu spacerować po lesie deszczowym, spotkać urocze leniwce, pływać z delfinami. To również raj dla miłośników nurkowania – bogactwo podwodnego świata jest oszałamiające. Nie trzeba zresztą nurkować czy uprawiać snorkelingu, żeby wypatrzeć w przejrzystej wodzie liczne rozgwiazdy. Warto też wybrać się na rajskie Cayos Zapatillas położone na południowy wschód od Bastimentos. To dwie malutkie, niezamieszkane wysepki otoczone piękną rafą koralową.

Błogi wypoczynek na archipelagu Bocas del Toro

© JACEKŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.COM

 

Artykuły wybrane losowo

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…

Brazylijskie wakacje w rytmie samby

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl 

 

« Brazylia słynie głównie z eksportu kawy, wyśmienitych piłkarzy, kolorowego karnawału, który odbywa się co roku w Rio de Janeiro, oraz z tego, że na jej terenie znajduje się puszcza amazońska zwana płucami świata. Lasy tropikalne pokrywają znaczny obszar kraju, ale jest tu do zobaczenia dużo więcej. Oprócz wypoczywania na rajskich plażach i wypraw w porośnięte bujną roślinnością góry można np. zwiedzać nowoczesne centra dużych miast. »

Więcej…

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

Wietnam

Victor Borsuk na Morzu Południowochińskim u wybrzeży Phan Rang w Wietnamie

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

 Dzięki rozbudowanej ofercie rozmaitych linii lotniczych sporty wodne można uprawiać praktycznie cały rok. Dotyczy to również kitesurfingu, który cieszy się dużą popularnością wśród Polaków, mimo iż u nas odpowiednie warunki klimatyczne panują jedynie przez kilka wiosennych i letnich miesięcy. Dla wielu naszych rodaków ślizganie się po falach na desce z latawcem stało się prawdziwą pasją, a kto raz połknie bakcyla, ten zawsze będzie śnił o tych wspaniałych miejscach na ziemi, gdzie natura sama stworzyła wymarzone warunki do wykonywania widowiskowych akrobacji na wodzie.

 

Jednym z najważniejszych czynników w kitesurfingu jest moc wiatru. Powiewy do 9 węzłów są zbyt słabe do uprawiania tego sportu. Wiatr o prędkości od 9 do 15 węzłów będzie dobry dla osób początkujących i tych wszystkich, którzy lubią czuć się bezpiecznie na wodzie i stabilnie poruszać latawcem. W takich warunkach ryzyko nieprzewidzianych sytuacji bywa raczej niskie. Prędkość 15–28 węzłów idealnie nadaje się dla średnio zaawansowanych kitesurferów. Można przy niej próbować wysokich skoków i porządnych ewolucji. Wiatr o prędkości powyżej 28 węzłów jest już bardzo silny. Czasem zrywa dachówki, łamie gałęzie i wieje piaskiem w oczy. Poradzą z nim sobie tylko doświadczeni kitesurferzy, którzy mierzą się w tej sytuacji z siłami natury.

Przy wyborze 12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu kierowałem się głównie statystyczną ilością i siłą wiatru oraz warunkami panującymi na wodzie. Pod uwagę brałem także wygląd okolicy i możliwości spędzania czasu nie poświęconego na ewolucje na desce.

 

1

Guajiru

Brazylia

 

To jedno z najwietrzniejszych miejsc na świecie. W brazylijskim stanie Ceará, w którym leży wioska Guajiru, wieje od czerwca do końca grudnia codziennie. Wiatr osiąga prędkość od 18 do 30 węzłów. Znajdują się tu liczne laguny z płaską taflą, na których możemy bez obaw próbować wszystkiego, o czym marzymy. Woda jest bardzo ciepła (ma mniej więcej taką temperaturę jak powietrze), więc wystarczą tylko krótkie spodenki i kostium kąpielowy. Nie wolno zapomnieć o użyciu kremu do opalania (aplikację warto powtórzyć kilka razy w ciągu dnia) i zaopatrzeniu się w wodę do picia.

 

2

Phan Rang

Wietnam

 

Okolica miasta Phan Rang (Phan Rang-Tháp Chàm) jest jeszcze mało popularna wśród amatorów akrobacji na desce z latawcem. Działa w niej zaledwie kilka szkół kitesurfingu. Miejsce to odkrył mój przyjaciel mieszkający w Wietnamie i właśnie tutaj zabieram widzów w podróż w czasie najnowszego filmu realizowanego przez Virgin Mobile W pogoni za wiatrem. Od listopada do lutego prędkość wiatru wiejącego na wybrzeżu wynosi 18–35 węzłów. Woda jest przezroczysta i jak okiem sięgnąć zupełnie płaska. Dopiero w odległości mniej więcej 800–1000 m od brzegu pojawia się rafa koralowa, która stanowi granicę dla pięknych równych fal, na których można uprawiać kitesurfing. Powietrze nagrzewa się zazwyczaj do ok. 30°C, ale silny wiatr powoduje, że w ciągu dnia i nocy nie odczuwa się upału. Dlatego do torby podróżnej warto zapakować klapki, krótkie spodenki i przewiewną koszulkę. Muszę przyznać, że to jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi. Właśnie tu zorganizowałem w minionym roku imprezę sylwestrową i przywitaliśmy nowy, 2018 r.

 

3

Woodman Point

Australia

 

Gdy miałem 18 lat, spędziłem w tym rejonie pół roku. Zaraz po maturze kupiłem bilet i poleciałem sprawdzić, jak wygląda to legendarne dla kitesurferów miejsce w Australii Zachodniej. Przed wyjazdem oglądałem filmy o nim i bardzo dużo czytałem. Uczciwie mogę przyznać, że długo marzyłem, aby tutaj przyjechać, a ponieważ była to daleka wyprawa, postanowiłem zatrzymać się w okolicy aż na pół roku. Mając zaledwie parę groszy przy duszy i głowę pełną nadziei, wyruszyłem w podróż. Na miejscu okazało się, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Zastałem ogromne przestrzenie z płaską wodą i wiatr o prędkości 18–25 węzłów wiejący codziennie od godz. 14.00. Dlaczego właśnie o tej porze? Bo w tym rejonie występuje przede wszystkim wiatr termiczny zwany tu sea breeze (bryzą). Żadna prognoza nie podaje odpowiedniej siły wiatru, gdyż nie bierze pod uwagę różnicy temperatury między zimną wodą a bardzo mocno nagrzanym lądem. Oczywiście, poza tym, że był to jeden z najciekawszych okresów w moim życiu, odczuwałem również stres związany z występowaniem przy brzegu wielu rekinów i strach przed wywracaniem się na dużej głębokości. Jednak statystyki działały na moją korzyść, a kilka ataków na ludzi zdarzających się w ciągu roku w całej Australii nie mogło mnie wystraszyć na tyle mocno, żebym zrezygnował z ukochanego sportu. Zatem jeżeli ktoś nie boi się opowieści o rekinach i chłodnej (orzeźwiającej!) oceanicznej wodzie, cypel Woodman Point koło miasta Perth jest dla niego bez wątpienia jednym z miejsc do zaliczenia.

 

4

Prasonisi, Rodos

Grecja

 

Żywienie się konserwami i zupkami chińskimi oraz spanie na łonie przyrody – tak właśnie spędzałem wakacje jako nastolatek, aby zamknąć cały dwutygodniowy wyjazd w kwocie 1,2 tys. złotych i móc pływać przez 6–8 godzin dziennie. Półwysep Prasonisi na wyspie Rodos to jedna z najlepszych okolic do uprawiania kitesurfingu na świecie. Idealne miejsce dla amatorów tego sportu znajduje się między dwoma wzgórzami, które codziennie się nagrzewają, co sprawia, że powstaje schodzący z nich wiatr termiczny. Wzniesienia łączy piaszczysty wał, dzięki czemu tworzy się tu tzw. efekt Venturiego (wiatr przyspiesza w przewężeniu). Ze względu na te czynniki przez pół roku codziennie wieje w tym rejonie równy, ciepły i silny wiatr. Woda z jednej strony wału jest płaska jak stół, z drugiej powstają duże fale. Każdy ma inne wspomnienia z okresu nastoletniego, ja swoje pierwsze kroki w stronę dorosłości stawiałem właśnie na wyspie Rodos.

 

5

Mierzeja Helska

Polska

 

W tym przypadku moja ocena będzie siłą rzeczy bardziej subiektywna. Jest całkiem prawdopodobne, że wpływają na nią wspomnienia z 22 lat, przez które przyjeżdżałem na Hel, ale uważam tę część Polski za jedno z najlepszych miejsc, aby rozpocząć przygodę z kitesurfingiem. Przede wszystkim od strony Zatoki Puckiej mamy tutaj prawie 1 km płaskiej i płytkiej wody oraz rozległe przestrzenie. Nie bez znaczenia pozostaje też towarzystwo niesamowitych ludzi, których łączy zamiłowanie do sportów wodnych. Ja kocham to miejsce i nie wyobrażam sobie innej okolicy na spędzenie lata. Właśnie tu moje życie zaczęło nabierać obecnego kształtu. Na początku uczyłem się na Helu pływać, teraz prowadzę obozy dla dzieci od 9 do 18 lat i organizuję wyjazdy integracyjno-motywacyjne dla firm. Staram się zainspirować wszystkich swoją pasją.

 

6

Boracay

Filipiny

 

Filipińska wysepka Boracay kojarzy się z wysmukłymi palmami opadającymi do morza, błękitną wodą i białym piaskiem. To miejsce ma jednak także duszę. W ciągu dnia wszyscy żyją tutaj kitesurfingiem, a wieczorem zaczyna kwitnąć życie nocne. Wówczas każdy poddaje się magii, która otacza tę wyspę. Nie przez przypadek mówi się na niej: what happens on Boracay, stays in Boracay („co wydarzyło się na Boracay, zostaje na Boracay”). Uważam ten rejon Filipin za jeden z moich najbardziej ulubionych zakątków na świecie.

 

polska1

Victor Borsuk na Helu, gdzie często zapoznaje innych z kitesurfingiem

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

7

Auckland i Northland

Nowa Zelandia

 

Północna część nowozelandzkiej Wyspy Północnej (regiony: Auckland i Northland) należy do najpiękniejszych miejsc na ziemi, w których do tej pory byłem. Wzdłuż wschodniego i zachodniego wybrzeża znajduje się wiele zupełnie dzikich okolic do uprawiania kitesurfingu. W wodzie można dostrzec wieloryby, a na lądzie spotkać ptaki kiwi i tyle owiec, że trzeba by liczyć je do snu do końca życia. Przyleciałem do tego kraju w odwiedziny do swojego bardzo dobrego kolegi, który pływanie na desce z latawcem traktuje jako pasję, a żyje z koncertów (występuje jako gitarzysta i wokalista). Ten niesamowity człowiek zabrał mnie w podróż po północnej Nowej Zelandii. Swoją wizytę w tych stronach zacząłem od Auckland, czyli największego miasta w kraju (ponad półtoramilionowego). Wynająłem w nim auto i pojechałem do nadmorskiego kurortu Paihia, gdzie poza sezonem żyje ok. 2 tys. osób, a latem przebywa prawie 30 tys. ludzi. W tym mieście mieszka na co dzień mój kolega Robin, tu codziennie gra w golfa czy tenisa i wieczorami występuje na koncertach w knajpach na wodzie. Utrzymuje się też z lokalnej turystyki. W kurorcie warto zatrzymać się na dwa dni, jednak najbliższe miejsca do uprawiania kitesurfingu oddalone są stąd przynajmniej o 20 min. jazdy na północ. W takiej odległości znajdował się nasz secret spot, położony między dwoma wzgórzami na terenie należącym do znajomych mojego kolegi. Była to rewelacyjna okolica. Wiatr wiał do brzegu, a na wodzie nie spotkaliśmy nikogo. Dzień później wybraliśmy się bardziej na północ na plażę, po której można jeździć autem (Ninety Mile Beach). Tutaj również spędziliśmy czas na falach. Pływaliśmy, ścigając się z samochodami. W Nowej Zelandii przebywałem tydzień, z czego przez cztery dni nie wiało. Cisza, spokój i piękne widoki rekompensowały jednak brak wiatru. Jeżeli moim głównym celem wyjazdów nie byłby kitesurfing, ale podróż w głąb siebie i obcowanie z naturą, ponownie wybrałbym się do Nowej Zelandii.

 

8

Maui

Hawaje, USA

 

Maui powinien odwiedzić każdy, niezależnie od tego, czy uprawia jakiekolwiek sporty wodne, czy podróżuje w celach czysto turystycznych. Ta wulkaniczna wyspa przekracza wszelkie wyobrażenia. Zacznę od tego, co najbardziej mnie zaskoczyło. Po wylądowaniu w mieście Kahului wychodzimy na lotnisko, gdzie wita nas od razu parne, gorące powietrze (nie ma czekających kobiet z kwiatami na szyi), więc od samego początku czujemy, że znaleźliśmy się w miejscu naprawdę egzotycznym. Całą wyspę można objechać w zaledwie 4 godz., ale każda jej część zdumiewa innym mikroklimatem. Po jednej stronie lądu codziennie pada (czasem 15 min., innym razem cały dzień), między lasami bambusowymi wyrastają palmy, wzgórza i skały pokrywa zieleń, a po drugiej opady są rzadkie i pola golfowe muszą być sztucznie nawadniane. Wzdłuż północnego wybrzeża leżą najsłynniejsze miejsca dla amatorów ewolucji na desce z latawcem, takie jak Ho’okipa, Kite Beach, Haiku itd. Tu zobaczymy nie tylko kitesurferów, ale przede wszystkim najlepszych sportowców na świecie startujących w zawodach surfingowych i windsurfingowych. Widoki przypominają kadry z okładek magazynów sportowych. W okolicy codziennie wieje, jest ciepło i egzotycznie, ale spoty są tak małe, że aż trudno uwierzyć. Wszyscy żyją tutaj powoli, to prawdziwi surferzy. Niestety, muszę zmartwić osoby, które jeszcze nie miały styczności ze sportami wodnymi. Maui nie nadaje się dla stawiających swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie. Warunki są w tym rejonie bardzo wymagające, powiedziałbym nawet, że bywa niebezpiecznie. W wodzie łatwo zorientować się, iż znajdujemy się na Pacyfiku i nie należy lekceważyć jego siły, bo skończy się to tragicznie. Jeżeli ktoś chce sprawdzić się w tym miejscu, musi zdobyć doświadczenie. Dlatego polecam zacząć od Polski, potem warto wybrać się za granicę, polecieć do Brazylii i na spokojnie zmierzyć się z falami o wysokości 1–3 m, a na koniec dopiero można udać się na Hawaje.

 

9

Bintan

Indonezja

 

Wyspa Bintan leży w odległości zaledwie godziny rejsu promem od Singapuru (w archipelagu Riau). Kiedyś planowałem dotrzeć na nią na Puchar Azji (Kiteboard Tour Asia – KTA), ale termin wydarzenia kolidował z moim wcześniej zorganizowanym wyjazdem do Wenezueli. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na ziemi. Ze względu na bliskość Singapuru jakość i ceny tutejszych hoteli przekraczają wszelkie wyobrażenia, ale my nocowaliśmy w domkach na palach, do których dochodziło się 200-metrowym drewnianym mostem. Jego deski wyglądały, jakby miały się zaraz złamać. Obiekt nazywał się Bintan Laguna Restaurant & Resort. Pobyt kosztował nas zaledwie 20 dolarów amerykańskich za noc (ze śniadaniem)! Na śniadanie podawano makaron z jajkiem, ale serwowano go na stole ustawionym nad wodą, co tworzyło niesamowitą atmosferę. W pokojach nie było okien z szybami, tylko otwory. Do środka wpadała przez nie bryza i ciepłe powietrze. Spędzanie dnia i nocy w tym miejscu stanowiło czystą przyjemność. Zaledwie 10 min. skuterem od obiektu znajduje się Bintan Agro Beach Resort, w którym mój kolega z Singapuru ma szkołę kitesurfingu. Okolica idealnie nadaje się na rozpoczęcie przygody z tym sportem, ponieważ woda jest tu płytka na obszarze rozciągającym się od brzegu do prawie 200 m w głąb morza. Ze względu jednak na bliskość równika kitesurferzy są zależni od pływów. Czasem w odległości 50 m od lądu fale odsłaniają suche dno. Ja na wyspie Bintan zupełnie się wyciszyłem. Nie ma na niej alkoholu (poza wytwarzanym przez mieszkańców winem ryżowym), auto można zobaczyć raz na godzinę, wszędzie panuje błoga cisza i spokój. Warto spędzić tutaj trochę czasu, aby porządnie wypocząć.

 

Cabarete 002

Klimatyczne Cabarete to popularne miejsce profesjonalnych zawodów w kitesurfingu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

10

Cabarete

Dominikana

 

Miasteczko Cabarete w Republice Dominikańskiej uchodzi za jedno z najbardziej znanych miejsc do uprawiania kitesurfingu na świecie. Szaleństwo na falach przy odpowiednim wietrze i w promieniach gorącego tropikalnego słońca można tu połączyć z wieczornymi imprezami na plaży. Sama okolica nie jest zbyt dobra do rozpoczęcia nauki, to raczej rejon dla zaawansowanych. Miejscowi wykonują naprawdę niesamowite ewolucje na desce. Odkąd zobaczyłem pierwszy film z zawodów Pucharu Świata w kitesurfingu w Dominikanie, marzyłem o tym, żeby kiedyś do niej pojechać. Czekały na mnie smukłe palmy, biały piasek na plaży i błękitna woda. Kitesurferzy reprezentowali najwyższy światowy poziom. Moje wyobrażenia o tym miejscu okazały się całkowicie zgodne z rzeczywistością. Jeżeli ktoś nauczył się podstaw kitesurfingu i opanował halsowanie, powinien chociaż raz w życiu odwiedzić ten kraj. Atmosfera Karaibów łączy się tutaj z surferskim duchem rywalizacji na wysokim poziomie. Nie brakuje też rumu, ale warto mieć świadomość, że w Republice Dominikańskiej wypoczywa mnóstwo turystów, więc nie należy liczyć na ciszę i spokój umilające pobyt w Indonezji.

 

Renę Egli Airview

Przepiękna plaża Sotavento na Fuerteventurze, mekka kitesurferów z całego świata

© RENÉ EGLI

 

11

Fuerteventura

Hiszpania

 

Niewątpliwą zaletę Fuerteventury (jednej z Wysp Kanaryjskich) stanowi fakt, że można na nią dość szybko dotrzeć za niewielkie pieniądze. Tanie linie lotnicze często oferują bilety od 200 zł w górę w obie strony i czasem aż trudno uwierzyć, jak małe są koszty dostania się z kontynentalnej Europy na archipelag położony nieopodal północno-zachodnich wybrzeży Afryki. Ja trafiłem tu po raz pierwszy 10 lat temu, kiedy startowałem w Pucharze Świata na Playa Barca i Sotavento (Fuerteventura Windsurfing & Kitesurfing World Cup). To właśnie jedno z tych miejsc, które można obejrzeć na filmach z najlepszymi kite- i windsurferami na świecie. Sama wyspa nie jest zbyt bogata w szatę roślinną, w jej krajobrazie dominują skały i piach, jednak należy do bardzo wietrznych rejonów. Najmocniej zaskakują tutaj tłumy ludzi kochających sporty wodne. Zjeżdżają oni głównie do południowo-wschodniej części Fuerteventury. Wzdłuż plaży Sotavento przy odpowiednim poziomie wody powstaje olbrzymia laguna (płytki akwen z płaską taflą) o długości ponad 4 km i szerokości powyżej 200 m, na której można zacząć swoją przygodę z kitesurfingiem. Jeżeli ktoś nie ma czasu na dalekie podróże, a liczy na słońce i dobry wiatr podczas wyjazdu, to bardzo mu polecam właśnie tę sympatyczną kanaryjską wyspę.

 

12

Sardynia

Włochy

 

Włoska Sardynia to wspaniałe miejsce, które potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Jest pełna tajemnic i ma bogatą historię. Niektóre okolice bywają tutaj bardzo surowe, ale napotkamy też zakątki jak z bajki. Na wyspie, podobnie jak w wielu rejonach południowej Europy, obowiązuje sjesta – w tym czasie często nie działają sklepy ani restauracje. Morze Śródziemne wokół Sardynii przybiera kolor błękitny, a piasek na plażach jest biały. Aż chce się wskoczyć do wody. Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia do dobrego wiatru podczas swoich odwiedzin na tej malowniczej wyspie. Udawało mi się popływać dwa lub trzy dni w ciągu trwającego tydzień wyjazdu, ale nie jest to tak naprawdę nic niezwykłego, bo i w popularnym wśród kitesurferów Egipcie zdarzają się podobne okresy bez odpowiednich podmuchów. Uważam, że naprawdę warto zawitać na Sardynię. Istnieje na niej wiele świetnych centrów kite- i windsurfingu, a okoliczne wody słyną z wymarzonych wręcz warunków do uprawiania tych sportów. Ja korzystałem z usług profesjonalnej polskiej bazy SKYHIGH znajdującej się w Porto Botte, miejscowości położonej na południowo-zachodnim wybrzeżu, niedaleko czarującej wysepki Sant’Antioco. Chętnie odwiedzę gościnną Sardynię ponownie, żeby spróbować szczęścia w łapaniu wiatru. Poza tym potrawy lokalnej kuchni są przepyszne, miasteczka wyglądają niezmiernie urokliwie, a sami Sardyńczycy to wyjątkowi ludzie, jakby z innego świata.