MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

« W jednym słowie „Karaiby” można poniekąd zawrzeć wszystko. Ten wyraz magnetyzuje i rozbudza zmysły. Ożywia niczym słona bryza mierzwiąca grzywy wybujałych palm kokosowych. Przywołuje skryte marzenia albo najgorętsze wspomnienia chwil spędzonych w tropikalnej zieleni i nad lazurowym morzem w blasku słońca, które sprawia, że życie ulega słodkiemu spowolnieniu. Przywodzi na myśl pirackie ekscesy na skrzypiących, posępnych brygach wypełnionych łupami i beczkami z rumem, morskie potyczki kolonialnych potęg, mapy wiodące do skarbów ukrytych na wyspach strzeżonych przez wojowniczych Indian. »

Z drugiej strony jedna, nawet najzgrabniejsza definicja nie odda całego uroku Karaibów. Zadziwiają one niesłychaną różnorodnością i bogactwem. Oszałamiają krajobrazami i zaciekawiają śladami kolonialnej przeszłości, w której znaczącą rolę odegrali Brytyjczycy, Francuzi, Hiszpanie czy Holendrzy oraz mieszkańcy Afryki. Z tej fascynującej i barwnej mieszanki kulturowej zrodziła się pełna energii muzyka, żywiołowy i nierzadko frywolny taniec, zaskakujące feerią barw malarstwo, a także doceniana na świecie literatura. Zjawiskowy lokalny folklor, często czerpiący całymi garściami z magii czy rytuałów religijnych przywiezionych przez afrykańskich niewolników, tradycyjne sposoby świętowania i czczenia niezliczonych patronów, szaleństwo karnawałowe oraz kuchnia gwarantująca intensywne doznania smakowe sprawiają, że ten jeden z najbardziej malowniczych regionów na naszym globie potrafi przyciągnąć każdego, nawet turystów z ograniczonym budżetem. Dla wielu osób Karaiby są spełnieniem wyobrażeń o raju. Dzisiaj dzięki znacznej liczbie połączeń lotniczych (regularnych lub czarterowych) i morskich można się na nie dostać dosyć szybko, wygodnie i niekoniecznie za duże pieniądze. A gdy już się tu trafi, nie pozostaje nic innego, jak rozpocząć własną niepowtarzalną przygodę na lekkim rumowym rauszu.

Czym są więc Karaiby i co składa się na ich magiczną esencję? We wstępie do Hebanu Ryszard Kapuściński pisał o Afryce: Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody mówimy – Afryka (Ryszard Kapuściński, Heban, Warszawa 1998). Można to z powodzeniem odnieść również do Karaibów. Spróbujemy uchwycić tę karaibską esencję podczas przyglądania się kilkunastu miejscom w regionie, gdzie niegdyś ścierały się siły kolonialnych mocarstw. Nie sposób opisać tutaj wszystkiego, choć to niezmiernie kuszące, jak ciepło Morza Karaibskiego.

 

KUBA

HEMINGWAY TU BYŁ

To, że pojechałem na Kubę, zawdzięczam w dużej mierze Ernestowi Hemingwayowi (1899–1961). Ten amerykański pisarz i dziennikarz pozostaje dla mnie do dzisiaj ważną osobistością. Niekoniecznie ze względu na jego twórczość, bo bywał w różnej pisarskiej formie, raczej z powodu tego, gdzie i jak żył. Z jego losów można by wykroić śmiało kilka życiorysów. Hemingway kreował swoich bohaterów na miarę własnych czasów. Uważał, że pisanie o czymś, czego samemu się nie doznało, nie ma sensu. Zależało mu na intensywnych przeżyciach, które potem mógłby opisać i opublikować. Oczywiście ubarwiał swoje opowieści. I miał do tego prawo, gdyż pozwalała mu na to licentia poetica. Poza tym, że był pierwszej wody awanturnikiem, wiecznie poszukującym przygód, jego powołanie stanowiło przede wszystkim pisarstwo. Hemingway dawał swoim czytelnikom możliwość przeżycia czegoś ekstremalnego bez ruszania się z fotela. To, co wówczas wyszło spod jego pióra, rozchodziło się jak mrożone daiquiri w piekle. Obecnie proza tego pisarza, choć wciąż należy do klasyki i kanonu lektur szkolnych, nie jest zbyt popularna. Wielu pożegnało się z nią jeszcze w szkole podstawowej. Innych umęczyły późniejsze próby zapoznania się z utworami Amerykanina. Za to mnie Hemingway zaciągnął na Kubę i choćby tego nie mogę mu zapomnieć...

 

CO SIĘ ZDARZYŁO W COJÍMAR

Za kurs z przepięknej piaszczystej plaży Santa María del Mar, której nazwa kojarzy się z tytułem rzewnego bolera, do Cojímar taksówkarz policzył w 2011 r. 10 pesos convertibles (peso kubańskich wymienialnych – CUC). I co niezwykłe, nigdy nie słyszał o Hemingwayu! A ten przecież mieszkał i pisał na Kubie przez ponad 20 lat. Osiadł w San Francisco de Paula, niewielkim pueblo pod Hawaną (dziś części kubańskiej stolicy), gdzie miał swoje „ranczo obserwacyjne” Finca Vigía, z chińskim kucharzem i kocim haremem. Poza tym, jak sam podkreślał, stał się prawie Kubańczykiem z krwi i kości: mówił po hiszpańsku, hodował koguty bojowe i nosił tradycyjną tropikalną koszulę z czterema kieszeniami – guayaberę. Tej ostatniej przypisuje się pochodzenie kubańskie, warto coś tu o nim opowiedzieć.

 

Otóż, jak wieść niesie, pewien chłopak, gdy umawiał się na randki z dziewczyną, zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Wkładał do nich owoce gwajawy (guawy), jeden dla siebie, drugi dla wybranki. Być może chciał, aby uczucie rozwijało się zdrowo. Któregoś dnia otrzymał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Ponieważ nie mógł do nich iść z pustymi rękami, pomyślał znowu o gwajawach. Tym razem musiał jednak zabrać cztery sztuki, a przecież miał tylko dwie kieszenie! Jego wspaniałomyślna matka doszyła mu na szczęście dodatkowe dwie. I tak zrodziła się guayabera.

 

Taksówkarz sprawiał wrażenie, jakby zupełnie ignorował fantastyczną historię Hemingwaya (i jakże chwytliwy temat dla turystów!) albo zwyczajnie zapomniano mu przekazać, że niegdyś kręcił się po Cojímar, najczęściej blisko przystani, łodzi i pośród charakternych rybaków, pewien ogromy jankes, który potem (w 1951 r.) przedstawił to miejsce w opowiadaniu Stary człowiek i morze. A przecież ten Amerykanin trzymał tu przy kei własną łódź, ochrzczoną imieniem Pilar, i wypływał nią na połowy marlinów, tuńczyków czy barakud. Rybacy w portowej tawernie tyle mu opowiadali o morskich wyczynach i gigantycznych rybach, że w końcu musiał o tym napisać, co ponoć przesądziło o przyznaniu mu w 1954 r. Literackiej Nagrody Nobla. 

 

Jak podają biografie, nagrodzonemu pisarzowi, choć uszczęśliwionemu takim obrotem sprawy, nie spieszyło się na noblowskie salony. Ponoć ciężko mu było zrzucić bermudy upaprane rybią krwią i tłuszczem. Poza tym wiadomo, że nie znosił chodzenia w smokingu i... wkładania bielizny, co uważał za podejście zbyt oficjalne. W rzeczywistości jednak zdecydował on, że nie poleci w październiku do Sztokholmu, aby odebrać nagrodę, bo w tym samym roku uczestniczył w Afryce w dwóch wypadkach lotniczych, na skutek których doznał obrażeń głowy, wstrząśnienia mózgu i poparzeń rąk.  

 

HAWAŃSKIE KLASYKI BAROWE 

W Hawanie Hemingway chadzał regularnie do ulubionych barów, gdzie lubił tęgo popić. Kiedyś jasno określił swoje preferencje co do tropikalnych trunków: My mojito in La Bodeguita, My daiquiri in El Floridita. Poszedłem do baru „La Bodeguita del Medio”, mieszczącego się od zawsze przy ulicy Empedrado, aby skosztować słynnego koktajlu, jakim dawniej raczył się amerykański pisarz. Miejsce oblegają turyści z całego świata. Barmani w odprasowanych guayaberach serwują zza ciemnego, wysłużonego kontuaru jedyną w swoim rodzaju mieszankę: mojito przygotowane z trzyletniego rumu Havana Club, podobnych w smaku do naszej mięty liści „dobrego zioła” (yerba buena lub hierbabuena), brązowego cukru, soku limonowego i wody sodowej. Koktajl jest przyrządzany w ilościach niemal fabrycznych, lecz trzeba przyznać, iż jego jakość nie rozczarowuje, a raczej uzależnia.

 

Jeśli komuś przyjdzie ochota kontynuować radosne hemingwayowskie wędrówki od baru do baru, powinien udać się do jego drugiej hawańskiej przystani, czyli przybytku zwanego „El Floriditą” przy ulicy Obispo. W nim będzie mógł spróbować daiquiri. Ta rozkoszna mieszanka jest najlepszym dowodem na to, że rum i limonka są stworzone do wiecznego romansu. Hemingway zamawiał specjalnie dla niego stworzoną wersję drinka (papa doble) – bez cukru, ale z podwójnym rumem, kapką soku z dojrzałego grejpfruta i sześcioma kroplami likieru maraschino (maraskino). Obecnie naturalnej wielkości figura pisarza strzeże jego dawnego stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani nieustannie miksują koktajle dla nowych turystów napływających falami.

 

Słyszałem też taką anegdotę. Jakiś początkujący dziennikarz miał przeprowadzić wywiad z Hemingwayem. Chciał się do niego solidnie przygotować. Kombinował, czym zaskoczyć swojego rozmówcę, jak zyskać w jego oczach. Wreszcie wymyślił – to musi być daiquiri! Podglądał barmanów, ćwiczył i nauczył się przyrządzać ten koktajl. Nastał dzień wywiadu, Hemingway przyszedł na zaproszenie do domu dziennikarza. Zacierając ręce, już w progu zagaił: To co pijemy?. Jego gospodarz tylko na to czekał i od razu wystrzelił: Daiquiri!. Pisarz spojrzał na niego zdumiony i wycedził: O dziesiątej rano?!. Jak widać, przestrzeganie kultury picia, choćby takich kuszących trunków, to ważna rzecz.

 

LATAWCE, DMUCHAWCE, TRINIDAD

Z Hawany warto pojechać do Trinidadu. Chyba wszyscy odwiedzający Kubę podróżnicy planują do niego dotrzeć. Pełne wąskich uliczek i kolorowej kolonialnej zabudowy miasto wabi ich niesamowitą karaibską atmosferą. Wydaje się jakby zawieszone w czasie od wieków. W 1514 r. założył je przeprowadzający podbój wyspy Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar (1465–1524). Wtedy nazywało się Villa de la Santísima Trinidad. Było jedną z ośmiu osad, które z początkiem XVI stulecia powstały z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, od 1511 r. pierwszego gubernatora Kuby. 

 

Trinidad zdobył renomę i wielkie bogactwa na fali cukrowej bonanzy w XVIII i pierwszej połowie XIX w., kiedy tony słodkiego towaru wysyłano do Europy. Po okresie prosperity nadszedł kryzys i o mieście właściwie zapomniano. Jednak dzięki temu zachowało ono swój oryginalny, magiczny charakter i dziś uchodzi za jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem dużych dochodów dla gospodarki kraju. W Trinidadzie nierzadko malowniczy widok stanowią chłopcy puszczający latawce, zbierający się choćby w okolicy Plaza Mayor – głównego placu przy Kościele Trójcy Świętej (Iglesia de la Santísima Trinidad). Całkowicie oddani swojej zabawie zapominają prosić turystów o cokolwiek. Liczy się tylko to, jak złapać dobry wiatr. Warto poobserwować tych spryciarzy w akcji.

Panorama Trinidadu z wieżą kościoła należącego do dawnego Klasztoru św. Franciszka z Asyżu w tle

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

RAKIETY W TROPIKU

Przed wyjazdem na wyspę przeczytałem zajmującą książkę brytyjskiego pisarza i polityka Michaela Dobbsa Za minutę północ, poświęconą kryzysowi kubańskiemu, który rozgrywał się między 16 a 28 października 1962 r. Autor przedstawia wiele ciekawych faktów o tamtych wydarzeniach z perspektywy trzech stron uczestniczących, tj. USA, ZSRR i Kuby. Dobbs znalazł byłych radzieckich żołnierzy, których Nikita Chruszczow (1894–1971) wysłał wtedy na wyspę, niekoniecznie w celach wakacyjnych. Tę niebeletrystyczną książkę czyta się jak polityczny thriller pierwszej klasy. W pewnym momencie trafiamy w niej na następujący fragment: Pięć kilometrów na północ od Casildy konwój dotarł do Trynidadu, architektonicznej perełki zbudowanej przez osiemnastowiecznych baronów cukrowniczych i właścicieli niewolników. Ponieważ transportery z rakietami na pewno nie zmieściłyby się w starych uliczkach kolonialnego miasteczka, żołnierze radzieccy i kubańscy zbudowali wokół niego obwodnicę (Michael Dobbs, Za minutę północ, Warszawa 2010).

 

Wspomniana Casilda jest niewielką wioską z przystanią rybacką, malowniczo położoną w zatoce o tej samej nazwie na południowym wybrzeżu Kuby. Podobno w lutym 1519 r. Hernán Cortés (1485–1547), ówczesny sekretarz gubernatora Diega Velázqueza de Cuéllara, skłócony ze swoim pryncypałem, wyruszył stąd na podbój Meksyku. Burzliwe dzieje Casildy związane są z działalnością piratów i handlem niewolnikami. W dobie cukrowej hossy była ona tętniącym życiem portem przeładunkowym dla pobliskiego Trinidadu i otaczających go licznych plantacji w Dolinie Cukrowni (Valle de los Ingenios) – razem z miastem wpisanych zresztą w 1988 r. przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Wioska chroniona długim ramieniem zjawiskowego półwyspu Ancón pełniła swoją funkcję idealnie. Obecnie już tylko wspomina czasy świetności.

 

Jednak na początku września 1962 r. Casilda miała swoje pięć minut. Na pokładzie frachtowca Omsk zostały tu dostarczone pierwsze radzieckie pociski balistyczne R-12. Ich transport z ZSRR na Kubę stanowił kluczową część dużej operacji logistycznej, która trwała już od lipca. Nadano jej kryptonim Anadyr – od nazwy miasta leżącego na wschodnim krańcu dzisiejszej Rosji. Aby skutecznie wyprowadzić w pole szpiegów, na statki szykujące się do rejsu w tropiki ładowano... zimowe walonki i osprzęt narciarski. Później, już na kubańskiej ziemi, po udanym przerzucie, zbędny ekwipunek układano w triumfalne stosy i palono.

 

Po dwutygodniowej podróży przez Atlantyk załoga Omska ujrzała południowo-wschodnie wybrzeże Kuby w rejonie Guantánamo. Słynną bazę marynarki wojennej USA (używaną od 1898 r.) minęła bez zbędnych prowokacji. Z raportów CIA wynikało, że podstawowy ładunek na pokładzie stanowił... olej napędowy w baryłkach. Casilda znalazła się w gronie kilkunastu kubańskich portów wybranych przez radzieckich planistów pracujących przy operacji. Do pozostałych należały m.in. Cienfuegos, Matanzas czy położony w sąsiedztwie Hawany Mariel (później, bo w 1980 r., właśnie stąd Kubańczycy emigrowali masowo w akcie desperacji do USA, na Florydę, co nazwano potem exodusem z Mariel – hiszp. éxodo del Mariel).

 

Doki Casildy, stworzone dla kutrów rybackich, nie były przystosowane do obsługi tak dużej jednostki pływającej. W 1962 r. wielokrotnie manewrowano Omskiem, aby siermiężne portowe dźwigi mogły dostać się do osobliwej zawartości jego luków towarowych. Następnie rakiety przewożono lądem do docelowego miejsca – w okolice miasta Sagua la Grande, leżącego ponad 150 km na północ od Casildy. Konwój musiał jechać krętymi szlakami, pośród gór i bujnej tropikalnej roślinności. Realizację planu utrudniały gwałtowne zmiany pogody – w rejonie Karaibów panowała wówczas pora huraganowa z obfitymi opadami.

 

Spacerując starymi, brukowanymi uliczkami w czarującym Trinidadzie, pośród pastelowych kolonialnych domów krytych czerwoną dachówką, spróbujmy wyobrazić sobie... radzieckie pociski R-12 u wrót tego zabytkowego miasta – mają ponad 22 m długości, każdy waży niemal 42 t... Na szczęście, nigdy tu nie przyjechały. Za to dzisiaj do Trinidadu zjeżdżają się turyści na intensywne zwiedzanie. Większość z nich przybywa w ciągu dnia, aby późnym popołudniem powrócić do komfortowych hoteli, w których wykupili pobyt w formule all inclusive. Gdy już odjadą, robi się luźniej, spokojniej, bardziej swojsko i przyjemnie. 

 

KREW PRZODKÓW

Po zachodzie słońca warto wyskoczyć na Kubie gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do pobliskiej dyskoteki. Można popatrzeć na wywijających salseros (tańczących salsę) albo spróbować swoich sił na parkiecie. Jednak konkurencja jest dosyć mocna, czego wyjaśniać nie trzeba. Zresztą kubańska muzyka to prawdziwy żywioł, często gwałtowny i lubieżny, mieszanka wilgotnej zmysłowości i słodkiej pokusy. 

 

Muzyka ta zrodziła się w duszach Kubańczyków z afrykańskim pochodzeniem już dawno temu. Dziś potrzeba, która ją stworzyła, wciąż przenoszona jest w genach i ujawnia się w utalentowanych tancerzach, bębniarzach czy pieśniarzach. Często ten zew natury eksploduje jakimś kinetycznym szaleństwem, balansującym na granicy transu. My, Europejczycy, potrafimy się tą muzyką zainteresować i przetworzyć ją po naszemu, gdyż opanowanie rzemiosła przychodzi nam łatwo. Umiemy obejść się z gorącymi rytmami, ograć te dźwięki do bólu i wydobyć z nich nową jakość. To możemy. Tylko że nie potrafimy odtworzyć pierwotnej, nieokrzesanej energii, autentycznego szału. Nie sposób tego podrobić. To właśnie jest gorąca kubańska krew.

 

DOMINIKANA

PIGUŁKA DOMINIKAŃSKA

Pamiętam, że jeszcze jako dzieciak znalazłem na półce mojego ojca książkę Ciudad Trujillo Andrzeja Wydrzyńskiego (1921–1992). Zaintrygował mnie jej egzotyczny tytuł. Oczywiście niczego mi nie mówił, brzmiał bardziej jak niezrozumiałe zaklęcie. Kiedy po latach odkryłem ją ponownie i po raz pierwszy przeczytałem, okazało się, że zrobiłem w ten sposób znaczący krok w stronę Dominikany. Wtedy zrodziła się moja wielka fascynacja tym krajem. Potem wyruszyłem do niego szukać śladów bohaterów tej powieści. W Santo Domingo, czyli tytułowym Ciudad Trujillo (tak nazywała się dominikańska stolica w latach 1936–1961), wylądowałem dokładnie 30 maja w kolejną rocznicę el tiranicidio, czyli tyranobójstwa. Tego dnia w 1961 r. zgładzono dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillę, który sprawował rządy, stosując przemoc i represje, de facto przez 31 lat.

 

Wówczas zakochałem się w urokliwym chaosie dominikańskiej ulicy. Zafascynowała mnie ta niesamowita gęstość zdarzeń na każdym metrze kwadratowym. Miałem przed oczami kawałek żywego mikrokosmosu, ciągle pulsującego, zmieniającego się raptownie. Widziałem ludzi, słyszałem ich historie, poznawałem wszelkie uroki i przekleństwa południa: ryczące klaksony, woń butwiejącej cebuli i dojrzałych ananasów. Jedna prosta ulica w Santo Domingo wydawała mi się nieskończona. Była poligonem dla zmysłów. Wystarczyło stanąć na niej, oprzeć się o mur liczący ponad 500 lat i chłonąć łapczywie wszystko. Czułem, jakbym brał pobudzającą pigułkę o nazwie „Dominikana”.

 

CIĄGŁE POWROTY

Później na dominikańskiej prowincji, w niewielkim Río San Juan, wyczułem zapachy znane mi doskonale z dzieciństwa. Całkiem mnie to rozczuliło. Coś wibrowało tu w powietrzu, było nieuchwytne, lecz tak bardzo swojskie. A znajdowałem się przecież jakieś 8,5 tys. km od domu! Oczywiście zamiast wierzb płaczących widziałem palmy królewskie, zamiast rozłożystych gruszy czy jabłoni – mango i tamaryndowce. Przyroda i klimat były inne, tak jak ludzie. Jednak odnalazłem tutaj ślady czegoś, co mocno osiadło mi w pamięci i za czym faktycznie tęsknię. Karaiby to jakby stan ciągłego zawieszenia między jawą a snem, obszar uwikłany w jakąś wszechobecną magię. W Polsce miejscem, gdzie świat wydawał mi się równie odrealniony, a zarazem inspirujący, była wioska moich dziadków. Ale do niej już nie wrócę; do dziadkowej chaty, która miała cztery sypialnie, każdą na inną porę roku... Dlatego wracam na Karaiby. Zresztą w tego rodzaju powrotach widzę głębszy sens podróżowania.

 

Przeszło 13 lat żyję Dominikaną i staram się, aby wciągnęła każdego, zdobyła go swoim kolorytem, ludzkimi historiami, lokalną kuchnią. Ten kraj zawsze był dla mnie wyznaczoną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego czy zimowego marazmu. Stanowił odniesienie dla innych wypraw i podstawę do niekończących się porównań. Zawsze próbowałem odkrywać go po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskim kontakcie z Dominikańczykami. Czasem przestaję o nim myśleć jak o celu podróży. Moje odczucia dość trafnie oddaje karaibski poeta i dramaturg Derek Walcott, zmarły w marcu 2017 r. noblista z wyspy Saint Lucia. Pisał on, że jeśli podróżnik pokochał jakieś miejsce i ciągle do niego wraca, to przestaje być podróżnikiem i zmienia się w miejscowego.

 

GŁĘBOKIE POŁUDNIE

Ostatnio przemierzyłem w Dominikanie ponad 1,3 tys. km w trakcie wyprawy przez 10 prowincji: od Monte Plata po Pedernales. W końcu dotarłem nad wygiętą w półksiężyc kilkukilometrową Zatokę Orłów (Bahía de las Águilas), znajdującą się na krańcu południowo-zachodniej części kraju. Leży ona w granicach Parku Narodowego Jaragua. Ponoć jej nazwa wzięła się od tego, że w okolicy występuje ponad 130 gatunków ptaków, w tym rybołów zwyczajny – águila pescadora (Pandion haliaetus). Można się tu dostać pieszo, samochodem terenowym (albo osobowym!) czy łodzią. Każdy sposób ma swój urok. Ja wybrałem łódź. Wcześniej odwiedziłem malownicze plantacje kawy w górskich rejonach wokół miasta Jarabacoa, kopalnię błękitnego kamienia półszlachetnego larimar w rejonie łańcucha Sierra de Bahoruco i słoną lagunę Oviedo zadziwiającą fluorescencyjnym żółtym kolorem, gdzie spotyka się m.in. flamingi.

 

Część Dominikany leżąca na zachód od stołecznego Santo Domingo zawsze mnie przyciągała – jest mniej oczywista, rzadziej eksponowana w turystycznych folderach. Tu umysł może w spokoju odpocząć, a człowiek natknąć się na miejscowych, a nie turystów. To rzeczywistość jakby zatopiona w letargu. W tym rejonie wciąż da się odczuć jakieś pierwotne szczęście wynikające z samego podróżowania, przemieszczania się. Jest tu biednie, trzeba to podkreślić, ale to ubóstwo ma w sobie coś... literackiego, nie zostało pozbawione godności. Człowiek nim naznaczony pomaga drugiemu człowiekowi. 

 

Spotkałem w Dominikanie wielu szoferów, lecz tylko David znał na pamięć prawie każdy kawałek puszczany w radio, czy była to bachata, merengue, reggaeton czy salsa. Podśpiewywał sobie, wtórował, wyciągał własne linie wokalne. Gdzieś między wioską Colonia Juancho a Oviedo w prowincji Pedernales, w drodze na dominikańskie Głębokie Południe – El Sur Profundo, odkrywałem nowe wersje znanych piosenek w aranżacjach rozśpiewanego (i zdolnego!) kierowcy. 

 

W podróży, jak wiadomo, należy próbować przede wszystkim tego, co lokalne: owoców, dań, trunków. Warto też zabrać do domu coś miejscowego, a przy okazji wesprzeć ludzi, którzy wkładają w swoją pracę zarówno wysiłek i serce, jak i talent, np. kulinarny. Między Paraíso a Barahoną znajduje się miasteczko La Ciénaga, gdzie działa spółdzielnia De Mí Siembra – w tłumaczeniu na polski Z Mojego Zbioru. Już przy jej bramie wjazdowej bujnie i zapraszająco rozkwita drzewo guanábana (flaszowiec miękkociernisty). Pracujące tu kobiety produkują fantastyczne marmolady o smaku guanábany, mango, gwajawy, marakui z bananem i gorzkiej pomarańczy. Wyroby te idealnie pasują do świeżych polskich drożdżówek popijanych wyśmienitą dominikańską kawą (najlepiej Café Santo Domingo).

 

Dominikana jest fascynującym tropikalnym krajem. Od lat w kampaniach promocyjnych tutejszego Ministerstwa Turystyki pojawia się hasło: República Dominicana, lo tiene todo („Republika Dominikańska ma wszystko”). Nie doszukamy się w nim przesady. Obłędna przyroda, zmieniające się krajobrazy, 500-letnie mury, ciekawa kultura, wspaniali ludzie i ich historie, znakomity rum i rozpierająca każdego karaibska energia – tego trzeba się tu spodziewać. Włóczęga po Dominikanie będzie zawsze pełną wrażeń przygodą.

 

GWADELUPA

PRZY SZKLANECZCE RUMU

Gwadelupa jest zamorskim departamentem Francji, czyli częścią Unii Europejskiej (jej regionem peryferyjnym). Polak może się więc do niej dostać za okazaniem… dowodu osobistego. Połączenie lotnicze z lotniska Paryż-Orly ma status lotu krajowego. Dwie główne gwadelupskie wyspy, położone bardzo blisko siebie, wyglądają jak motyl, który wyrwał się z siatki zapalonego entomologa i z tego powodu nieco uszkodził skrzydła. Jedno z nich, zachodnie, nazywa się Basse-Terre, drugie, wschodnie, to Grande-Terre. Dzieli je jedynie odległość mostu, przerzuconego nad wąską, naturalną cieśniną zwaną Rivière Salée, czyli Słoną Rzeką. Można na nich spędzać czas w rozmaity sposób: uprawiać trekking, degustować świeże kakao lub leniuchować na rajskich plażach. Ja jednak skusiłbym się na wyprawę na mniejsze gwadelupskie wyspy (Marie-Galante, La Désirade czy Les Saintes). Co prawda plażowaniem nudzę się bardzo szybko, lecz gdyby kazano mi leżakować na miałkim piasku w kolorze mąki kukurydzianej, wybrałbym bez wahania morski brzeg w Capesterre na Marie-Galante (Capesterre-de-Marie-Galante).

 

Gwadelupę zwano przed wojażami Krzysztofa Kolumba Karukerą. Rdzenni mieszkańcy widzieli w niej ponoć „wyspę pięknych wód”. Zapewne chodziło w tym przypadku o wodospady – ich łoskot słyszano na statkach nawet w sporej odległości od wybrzeży. Kroniki podają, że przybysze z Europy wypatrzyli tu mnóstwo niezwykłych owoców, których sok wiele lat później stał się jednym z głównych składników koktajlu piña colada. Ananasy, bo o nich mowa, przypominały im przerośnięte, niedojrzałe szyszki rosnące na krzakach podobnych do aloesu. Nazwę Marie-Galante (hiszp. Marigalante) nadał tutejszej wyspie Krzysztof Kolumb (1451–1506), gdyż tak ochrzczono jego flagowy okręt, na którym wyruszył we wrześniu 1493 r. na drugą wyprawę do Nowego Świata. Odkrywca wylądował na niej prawdopodobnie od strony południowo-zachodniej, gdzie zakotwiczył i zszedł na ląd blisko dzisiejszego miasteczka Grand-Bourg, witającego dzisiaj przybyszów fantazyjnym muralem. Na intrygującej i płaskiej jak naleśnik Marie-Galante wciąż uprawia się na dużą skalę trzcinę cukrową. Dawniej, aby wytłoczyć z jej łodyg sok, używano kół młyńskich, do których zaprzęgano woły. Duch postępu usprawnił metody produkcji i później to samo robiły młyny napędzane wiatrem lub parą. Słodkawy, mętny sok fermentował, zmieniając się w białe złoto, czyli cukier, albo tzw. rum rolniczy – rhum agricole. Zdarzyło mi się radośnie ściskać w dłoniach wytwory lokalnych destylarni – butelki z rumem Bielle, Père Labat czy Bellevue. Ten rodzaj trunku cechuje aromat niezwykle wyrazisty. Smakiem różni się on od rumów destylowanych z melasy. Łatwo zatracić się w rumowych koktajlach Ti’ Punch (Mały Poncz). Rhum agricole jest mocny (co najmniej 40 proc. alkoholu, a zazwyczaj 59 proc.). Klientowi podaje się go w butelce na jego własną odpowiedzialność – każdy pijący dozuje sobie ognisty trunek wedle gustu. Potem doprawia się go limonką i szczyptą brązowego cukru i chłodzi kostką lodu. Planowanie, że na Gwadelupie będzie się stronić od alkoholu, nie ma sensu. Dobrego rumu jest na niej za dużo i za szybko łamie on silną wolę.

Plaża Feuillère w Capesterre na Marie­Galante wygląda niczym fragment utraconego przez ludzi raju

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

GRENADA

WYSPA KORZENNA

Grenada to jedyny kraj w regionie, który dumnie prezentuje na swojej fladze... przyprawę. Poziomem finezji mogłaby jej dorównać co najwyżej Dominika, bo jej flagę zdobi... amazonka cesarska (Amazona imperialis). Tą intrygującą przyprawą jest gałka muszkatołowa, której aromat, rozbudzający marzenia o dalekich, egzotycznych lądach, pamiętamy jeszcze z babcinych piernikowych wypieków. Niewielka Grenada plasuje się w czołówce światowych eksporterów nasion muszkatołowca, a także cynamonu, goździków, imbiru i ziela angielskiego, co sprawia, że wizyta tutaj jawi się jako fascynująca podróż do krainy zapachów niesionych orzeźwiającą karaibską bryzą. 

 

Kroniki podają, że Krzysztof Kolumb ujrzał główną wyspę dzisiejszego kraju w sierpniu 1498 r. podczas trzeciej wyprawy do Nowego Świata (i nazwał ją Concepción), ale nie istnieją dowody na to, że na niej wylądował. Hiszpanie nigdy się w tym miejscu nie osiedlili, a kolonizacja udała się dopiero francuskim osadnikom w połowie XVII w. Przez dziesięciolecia opór stawiali tu Karaibowie, którym dodatkowo przypisuje się praktykowanie ludożerstwa. Potem (w drugiej połowie XVIII stulecia) Grenada trafiła w ręce Brytyjczyków. Niepodległość uzyskała w 1974 r. W październiku 1983 r. wojska USA wysłane przez prezydenta Ronalda Reagana (1911–2004) wylądowały na niej z misją powstrzymania radykalnych ruchów lewicowych w regionie. We wrześniu 2004 r. Grenady nie oszczędził huragan Ivan. Za to w 2007 r. wspólnie z kilkoma karaibskimi sąsiadami gościła ona spotkania Mistrzostw Świata w Krykiecie – mającej długą tradycję grze drużynowej, rozgrzewającej fanów zwłaszcza w byłych koloniach brytyjskich. 

 

Główną siłę ekonomiczną tego kraju, niestety borykającego się z dużym zadłużeniem, stanowi rozwój turystyki. Szczęśliwie wybrzeże Grenady wypełniają idylliczne plaże. Jedna z nich, licząca 3 km Grand Anse, położona w okolicy stołecznego miasta St. George’s, należy do najpiękniejszych na świecie i regularnie trafia do czołówki rozmaitych rankingów. Skarbem Grenady są również ukryte wśród bujnej zielonej roślinności zjawiskowe wodospady, np. Annandale, Concord, Seven Sisters albo Tufton Hall i Royal Mount Carmel. Realizuje się tu też liczne projekty ekoturystyczne, jak choćby zainicjowana w 2014 r. interesująca impreza Grenada Chocolate Fest (najbliższa jej edycja odbędzie się w terminie od 1 do 6 maja 2020 r.), podczas której turyści mogą odwiedzić usytuowane w lasach deszczowych plantacje kakaowców sięgające swoją historią początków XX w. Mieszkańcy kraju to w większości potomkowie francuskich kolonistów, afrykańskich niewolników i imigrantów z Indii. Wpływy przywiezionych przez nich kultur przejawiają się w architekturze, języku, szeroko pojętej sztuce i kuchni. Niezwykle popularnym daniem jest aromatyczny jednogarnkowy gulasz oil down z owoców chlebowca, solonego mięsa, kurczaka, pierożków i rozmaitej zieleniny, duszony w mleku kokosowym z mnóstwem ziół i przypraw. Jego nazwa, czyli „olej na dół”, wzięła się stąd, że mleko kokosowe podczas gotowania odparowuje, w wyniku czego oddziela się tłuszcz. Nie istnieje uniwersalny przepis na tę potrawę. Każda rodzina, uliczna garkuchnia, bar czy restauracja przyrządza ją wedle swoich preferencji.

 

DOMINIKA

TROPEM PIRATÓW

W kwietniu i maju 2005 r. na położnej w archipelagu Małych Antyli (w grupie Wysp Nawietrznych) Dominice, okazałej i pięknej wyspie, zasnutej lasem deszczowym, rozpanoszyła się ekipa kręcąca amerykański film Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka. Pogoda dopisała, a aktorzy, z Johnnym Deppem, Orlandem Bloomem i Keirą Knightley na czele, oraz statyści odegrali wspaniale swoje role. Nie było to łatwe w parnym tropiku – musieli nosić stroje z epoki, pełne makijaże i piracki ekwipunek. Ta hollywoodzka produkcja stanowi poniekąd efektowną kampanię promocyjną wyspy, bo ukazuje jej niebywałe przyrodnicze i krajobrazowe bogactwo. Dominika pozostaje nadal Karaibami nienaruszonymi, miejscami dzikimi i tajemniczymi. Filmowcy doskonale wiedzieli, gdzie powinni się udać. 

 

Wiele scen zapierających dech w piersiach pod względem wizualnym nakręcono w oszałamiających plenerach w okolicy miasta Portsmouth, dawnej stolicy wyspy (w 1760 r.), na Indiańskiej Rzece (Indian River). Ci, którzy widzieli film, na pewno pamiętają zamglone czeluście bagiennych rozlewisk, gdzie urzędowała zagadkowa (i do tego całkiem seksowna!) wiedźma Tia Dalma (grana przez Naomie Harris). Wyprawa po Indian River jest „miniaturą amazońskiej przygody”, jak miał powiedzieć znany tutejszy historyk i polityk Lennox Honychurch, piewca urody Dominiki, popularyzator jej bogatych dziejów, jeden z najbardziej prominentnych obywateli tego kraju. We wrześniu 2017 r. wyspę spotkała ogromna tragedia. Nad tym kawałkiem karaibskiego raju, wciśniętym między Gwadelupę a Martynikę, rozpętało się piekło huraganu Maria. Straty były ogromne i odbudowa kraju jeszcze potrwa. Jednak ludzie są tu silni. Trudno ich złamać. Starsi pamiętają jeszcze huragan David z końca sierpnia 1979 r. Wówczas także było ciężko, lecz Dominika się nie poddała. Teraz też powoli się odradza. Warto dać jej szansę i odkryć niewymowny urok takich miejsc jak Soufrière, Scotts Head, Pointe Michel, Roseau (15-tysięczna stolica kraju), Castle Bruce, wspomniane już miasto Portsmouth czy Calibishie oraz Terytorium Karaibów (znane również pod nazwą Rezerwat Karaibów lub Terytorium Kalinago).

 

SAINT LUCIA

FIGA Z RYBĄ

Pierwszymi Europejczykami, którzy po zawarciu paktu z Karaibami osiedlili się na stałe na Saint Lucii (Świętej Łucji), byli Francuzi (wcześniej przed nimi, w 1605 r., pojawili się na wyspie Brytyjczycy, ale szybko zostali zmuszeni do jej opuszczenia). Miejscowi zwali ją wówczas Hewanorrą (Ioüanalao), co ponoć odnosiło się do dużej liczby występujących na niej legwanów. Dziś przypomina o tym nazwa międzynarodowego portu lotniczego (Hewanorra International Airport – UVF) działającego na południu Saint Lucii (obok miasta Vieux Fort). Przez długi czas o kontrolę nad wyspą walczyli ze sobą Francuzi i Brytyjczycy. W 1814 r. ostatecznie zwyciężyli ci ostatni. I jedni, i drudzy czerpali olbrzymie korzyści z uprawy trzciny cukrowej, a do ciężkiej pracy na plantacjach wykorzystywali niewolników. Po ostatecznym zniesieniu niewolnictwa, co nastąpiło 1 sierpnia 1834 r., okazało się, że mieszkańców pochodzenia afrykańskiego jest znacznie więcej niż tych z korzeniami europejskimi. W 1979 r. Saint Lucia stała się niepodległa. 

 

W kulturze wyspy łączą się ze sobą elementy afrykańskich, francuskich i brytyjskich zwyczajów i tradycji. Co roku w maju odbywa się Saint Lucia Jazz & Arts Festival (w 2020 r. według wstępnych planów zostanie zorganizowany w dniach od 2 do 10 maja), przyciągający artystów i melomanów z całego świata. Poza muzyką wydarzenie to prezentuje też m.in. sztuki wizualne czy lokalną kuchnię. Z Saint Lucii pochodzą także dwaj laureaci Nagrody Nobla. Są nimi zmarły w 1991 r. ekonomista Arthur Lewis (1979 r.) i wspomniany literat Derek Walcott (1992 r.), którego twórczość pełną karaibskich odniesień poznaliśmy w Polsce dzięki antologii wierszy Mapa Nowego Świata.

 

Kto dotrze na tę czarującą wyspę, skojarzy zapewne bez problemu, dlaczego na fladze państwa widnieją dwa trójkąty – duży i mały, wyłaniające się z tła w kolorze rajskiej laguny. Na południowym zachodzie oczom przybyszy ukazują się dwa sięgające nieba stożki pokryte soczystą, tropikalną zielenią – Gros Piton (ok. 771 m n.p.m.) i Petit Piton (743 m n.p.m.). W 2004 r. te położone w okolicy miasta Soufrière (założonej przez Francuzów w XVIII stuleciu pierwszej stolicy Saint Lucii) cuda natury wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oba wulkaniczne szczyty stanowią ogromną atrakcję dla aktywnych turystów, choć większą popularnością cieszy się ten wyższy, a to ze względu na fakt, że zdobycie go nie wymaga korzystania ze specjalistycznego sprzętu. Cała wyprawa (przejście trasy w obie strony) zajmuje mniej więcej 5–6 godz. Ten, kto wybierze się na Petit Piton, przy dobrej widoczności dostrzeże w oddali wyspy Dominika, Martynika, Barbados i Saint Vincent. Komu zabraknie siły i chęci, aby zostać alpinistą na Karaibach, może „zdobyć” oba szczyty w inny sposób – wychylając butelkę lodowatego lokalnego piwa Piton, na którego etykiecie widnieją. Warto też spróbować, choćby na bazarze w Castries, stolicy kraju, narodowego dania green fig and salt fish z gotowanych zielonych bananów (zwanych tu zielonymi figami) i solonej ryby (np. dorsza) duszonej z cebulą, papryką, tymiankiem i innymi aromatycznymi przyprawami. Często podaje się do niego sałatkę z ogórków lub sałaty oraz pomidora i awokado. Poza tym z rozmaitych rosnących na Saint Lucii owoców (od mango po karambole) wyciska się orzeźwiające soki.

 

Większość turystów odwiedza wyspę w trakcie rejsu ogromnymi, luksusowymi statkami wycieczkowymi, zawijającymi do wielu portów karaibskich. Po przybiciu do brzegu spędzają leniwie czas w Castries, Marigot Bay lub Rodney Bay. Bardziej wymagające osoby dotrą z pewnością do Sulphur Springs koło Soufrière, gorących źródeł buchających parą o zapachu... zepsutych jaj. To specyficzne miejsce otrzymało równie osobliwą nazwę – drive-in volcano, czyli „wulkan, do którego da się wjechać”. Poniżej poziomu źródeł, gdzie temperatura wody nieco spada (choć wciąż wynosi ok. 45°C), śmiałkowie mogą zażywać kąpieli błotnych, mających ponoć właściwości lecznicze.

 

WENEZUELA 

PRAWDZIWA PERŁA

Serce na Karaibach można zostawić nie tylko na Wielkich bądź Małych Antylach. Najlepszym na to przykładem są wyspy Margarita, Coche i Cubagua tworzące wspólnie wyjątkowy wenezuelski stan o nazwie Nueva Esparta. Blisko wybrzeża Wenezueli (mniej więcej 130 km na północ od portowego miasta La Guaira) leży także porywający archipelag Los Roques, szczycący się największymi rafami koralowymi na Karaibach (o łącznej powierzchni aż 1,5 tys. km²!). 

 

Margarita została odkryta przez Krzysztofa Kolumba 15 sierpnia 1498 r. w czasie jego trzeciej wyprawy. Nazwał ją La Asunción, gdyż w tym dniu przypadało święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Później została przemianowana na Margaritę z powodu dużych ilości pereł znajdowanych w jej pobliżu (Margarita to żeńskie imię pochodzące od greckiego słowa margaritari oznaczającego perłę). Niezmiernie zróżnicowana pod względem krajobrazowym wyspa dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń miłośnikom dzikiej przyrody. Zadziwia ogromną różnorodnością występującej na niej fauny. Spotyka się tu rozmaite zwierzęta: od pochodzącego stąd mulaka (Odocoileus margaritae, hiszp. venado enano de Margarita), przez będącą symbolem Margarity przepięknie ubarwioną amazonkę wenezuelską (podgatunek Amazona barbadensis rothschildi, hiszp. cotorra margariteña), po legwana zielonego (Iguana iguana, hiszp. iguana verde). Niestety wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem, jak choćby wspomniany legwan, którego populacja drastycznie zmalała wskutek polowań (nie brakuje bezwzględnych smakoszy jaj i mięsa tego majestatycznego gada). Na wyspie występuje również guacharaca, czyli czakalaka rdzaworzytna (podgatunek Ortalis ruficauda ruficauda). Hiszpańska nazwa tego ptaka nawiązuje do dźwięku, jaki w okresie godowym wydaje samica. Przypomina on brzmienie instrumentu guacharaca – kluczowego dla gatunku muzycznego vallenato, pochodzącego z karaibskiego wybrzeża Kolumbii.

 

Ciekawostkę przyrodniczą, tym razem dotyczącą flory, stanowi fakt, że na wyspie rośnie wiele okazów niezwykle toksycznego i niebezpiecznego drzewa manzanilla de la muerte – „jabłuszko śmierci” (Hippomane mancinella). Tę roślinę spotyka się też w innych miejscach w regionie, od Gwadelupy po Florydę. Kontakt z jakąkolwiek częścią tego drzewa może okazać się fatalny w skutkach. Sok wypływający z pnia jest tak trujący, że powoduje powstawanie wysypki i pęcherzy na skórze, a zaaplikowany na oczy potrafi spowodować ślepotę. Nie warto także chronić się pod tym drzewem w czasie deszczu.

 

Margarita, nazywana słusznie Perłą Karaibów (hiszp. Perla del Caribe), stanowi jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych w Wenezueli, choć ostatnio bywa rzadziej odwiedzana przez turystów z Europy ze względu na ogromną zapaść ekonomiczną kraju i jego polityczną niestabilność. Jednak wielbiciele surfingu, wind- i kitesurfingu, nurkowania, żeglarstwa i innych sportów wodnych mogą na niej liczyć na doskonałe warunki pogodowe i odpowiednią infrastrukturę. Wyspa przyciąga również zabytkowymi kolonialnymi miastami, takimi jak La Asunción (stolica stanu), oraz wiekowymi hiszpańskimi fortyfikacjami (m.in. Castillo Santa Rosa, Castillo San Carlos de Borromeo czy Fortín La Galera).

 

MEKSYK

PO MEKSYKAŃSKU

Turyści lądujący w meksykańskim Cancún na półwyspie Jukatan marzą zwykle o błogim wypoczynku w luksusowych kurortach z bogatą ofertą all inclusive. Zaciekawiają ich też malownicze ruiny prekolumbijskiego miasta Majów Tulum. Jednak w pakiecie wakacyjnym otrzymują znacznie więcej. Z jednej strony dostają sam barwny Meksyk z archeologicznymi skarbami i szalonymi kulinarnymi rozmaitościami, a z drugiej – Karaiby rozkołysane gorącymi rytmami, rozweselone rumem, odzwierciedlające wyobrażenia o ziemskim raju. 

 

Kilka mil od wybrzeża Jukatanu, tam, gdzie wody Zatoki Meksykańskiej łączą się z Morzem Karaibskim, leży niewielka Wyspa Kobiet – Isla Mujeres (mająca 4,22 km² powierzchni i 13 tys. mieszkańców). W 1517 r. odkrył ją dla Starego Świata hiszpański konkwistador Francisco Hernández de Córdoba (ok. 1467–1517). Przed podbojami Europejczyków stanowiła miejsce kultu, gdzie czczono Ixchel (Ix Chel), majańską boginię, opiekunkę wszystkiego, co kobiece, patronkę miłości, płodności, macierzyństwa, medycyny i tkactwa. Każda młoda dziewczyna zmierzająca ku dorosłości miała obowiązek odbyć tu pielgrzymkę w ramach obrzędu przejścia. Do Ixchel należała jedyna w uniwersum Majów wyrocznia, lecz wszelkie proroctwa mogły odnosić się tylko do spraw kobiet. Kiedy hiszpańscy zdobywcy dostrzegli na plażach wyspy mnóstwo porzuconych figurek ofiarnych o kobiecych kształtach, nadali jej adekwatną nazwę, funkcjonującą i obecnie. Ponoć temu przychylnemu żeńskiemu bóstwu zdarzało się również ujawniać swoją drugą, gniewną i bezlitosną naturę. Przypisywano mu wtedy np. rozpętywanie tropikalnej burzy. Ruiny majańskiego sanktuarium poświęconego Ixchel zachowały się na Punta Sur, przylądku położonym na południowym krańcu wyspy. Za to w jej centrum znajdują się pozostałości wytwornej hacjendy (Hacienda Mundaca), niegdyś należącej do Fermína Antonia Mundaca y Marecheaga (1825–1880), odkrywcy i najemnika pochodzenia baskijskiego, a także niechlubnej sławy handlarza, który podobno dorobił się fortuny na dostarczaniu niewolników z Afryki na Kubę, gdzie mieli pracować na plantacjach trzciny cukrowej. Obecnie tej turystycznej atrakcji przydałaby się gruntowna rewitalizacja, choć spacerującym po niej legwanom jej stan najwyraźniej nie przeszkadza.

 

Ciepłe i przejrzyste wody wokół Wyspy Kobiet przyciągają delfiny, w których towarzystwie można tu popływać (stanowi to lokalną rozrywkę), oraz żółwie morskie. Dla tych ostatnich stworzono specjalny ośrodek rehabilitacji i hodowli (Tortugranja), ponieważ ich populacja gwałtownie spadła z powodu polowań. Obiekt jest dostępny dla zwiedzających. Oprócz tego wyspa sąsiaduje z majestatycznymi rafami, zamieszkiwanymi przez bogatą morską faunę. Leżą one w granicach Parku Przyrodniczego Raf Garrafón (Parque Natural de Arrecifes Garrafón). W okolicy można uprawiać snorkeling i nurkowanie z akwalungiem lub popływać kajakiem. 

 

Gratką dla wędkarzy dalekomorskich, amatorów połowów sportowych i komercyjnych są pobliskie najlepsze na naszym globie łowiska do łapania żaglicy (Istiophorus platypterus), drugiej najszybciej pływającej ryby na świecie (osiągającej prędkość nawet 110 km/godz.), zaraz po ostronosie atlantyckim (rekinie ostronosym). Na wyspie znajduje się wiele punktów gastronomicznych, zarówno prostych barów, jak i droższych, ekskluzywnych restauracji, w których podaje się świeże owoce morza, przyrządzane według lokalnych, tradycyjnych przepisów. Oferta kulinarna jest niezmiernie szeroka – obejmuje różnorodne potrawy: od meksykańskich po tajskie czy żydowskie. Zdarzają się też oryginalne dania powstające zgodnie z dawnymi recepturami jukatańskimi lub wywodzące się z codziennego menu... Majów.

 

Kilkanaście kilometrów od jukatańskiego wybrzeża z klimatycznym miastem o dźwięcznej nazwie Playa del Carmen leży inna zachwycająca karaibska wyspa Meksyku – Cozumel. Jest płaska i utworzona z wapienia pochodzącego z rafy koralowej, w dużej części pokryta lasem namorzynowym. Żyje na niej blisko 30 endemicznych gatunków zwierząt, w tym szop karłowaty (Procyon pygmaeus, hiszp. mapache de Cozumel), którego, jak potwierdzają badania archeologiczne, znali już Majowie. Obecnie na Cozumel przybywają licznie entuzjaści nurkowania zwabieni wielkim bogactwem raf koralowych i zjawiskowym pięknem podwodnego świata. Z kolei doświadczeni nurkowie jaskiniowi wyruszają na eksplorację słynnych cenotów, czyli naturalnych studni krasowych, zasilanych wodami gruntowymi, utworzonych w skałach wapiennych. Znakomitym urozmaiceniem wizyty na wyspie będzie udział w lokalnym karnawale (Carnaval de Cozumel w 80-tysięcznym San Miguel de Cozumel), uznawanym za jeden z najstarszych (świętowanym od 1873 r.) i najbardziej reprezentatywnych dla Meksyku. Wyróżnienie to dzieli on z podobnymi fiestami z miast Veracruz, Mazatlán, Campeche, Mérida, Morelos, Tlaxcala i Oaxaca. Gorące rytmy i taneczne szaleństwo odzwierciedlają kulturę półwyspu Jukatan i Karaibów. Na Cozumel usytuowany jest również najbardziej wysunięty na wschód punkt kraju – Punta Molas.

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum powstałe na 12 ­metrowym klifie muskanym przez turkusowe fale

 

ANTIGUA I BARBUDA

PLAŻE I FREGATY

Antigua i Barbuda to państwo, w którego granicach leżą dwie większe wyspy (Antigua i Barbuda) i mniejsze wysepki (np. Great Bird, Green, Guiana, Long czy Redonda). Znajduje się na północ od Gwadelupy, na północny wschód od Montserrat i na południowy wschód od Saint Kitts i Nevis. Ponoć Hiszpanie nie skolonizowali Antigui, bo brakowało na niej słodkiej wody oraz dawali im się we znaki agresywni Karaibowie. Krzysztof Kolumb ujrzał tę wyspę podczas swojej drugiej podróży do Nowego Świata w 1493 r. Ochrzcił ją na cześć Matki Boskiej z Antigui, do której w Katedrze w Sewilli (Catedral de Sevilla) modlili się marynarze proszący o pomyślne wiatry. W pierwszej połowie XVII w. osiedlili się tu Brytyjczycy (w 1632 r. na Antigui, a dopiero w 1685 r. na Barbudzie), aby kilka dekad później zacząć czerpać olbrzymie dochody z plantacji trzciny cukrowej prosperujących dzięki pracy niewolników przywiezionych z Afryki. Brytyjskie rządy trwały ponad trzy i pół wieku. Dzisiejsza stolica (jednocześnie największe miasto kraju, blisko 25-tysięczne), St. John’s, była wówczas główną bazą morską i wojskową w regionie. Potężne twierdze chroniły kluczowe zatoki i porty. Obecnie forty Barrington i James są dostępne dla zwiedzających. Antigua i Barbuda uzyskała niepodległość (w ramach Wspólnoty Narodów zrzeszającej dawne brytyjskie kolonie) w listopadzie 1981 r. Kultura tego wyspiarskiego kraju stanowi przede wszystkim mieszankę wpływów Afryki Zachodniej i Wielkiej Brytanii. Karnawał (Antigua’s Carnival) odbywający się co roku na przełomie lipca i sierpnia upamiętnia zniesienie niewolnictwa i sam w sobie jest atrakcją turystyczną.

 

Obie największe wyspy mają charakter nizinny, bardziej wapienny niż wulkaniczny. Są otoczone rafami, a ich linie brzegowe składają się z malowniczych plaż, lagun i naturalnych portów idealnych dla niezliczonych jachtów. Antigua szczyci się wybrzeżem z miałkim, białym piaskiem, oblewanym turkusową, krystalicznie czystą wodą. Nie pozostaje tu nic innego, jak oddać się błogiemu lenistwu z fantazyjnym koktajlem na bazie rumu English Harbour lub lokalnym piwem Wadadli (tak zwali wyspę jej rdzenni mieszkańcy, Arawakowie) w dłoni. 

 

Sugestywnym hasłem zachęcającym turystów do wizyty na Antigui jest to mówiące, że leży na niej 365 plaż, po jednej na każdy dzień roku. Z kolei Barbuda, znacznie spokojniejsza od swojej rozrywkowej siostry, zachęca do obcowania z dziką przyrodą, szczególnie osoby lubiące obserwować tropikalne ptaki w ich naturalnym środowisku. W rezerwacie Frigate Bird Sanctuary nad laguną Codrington znajduje się najliczniejsza na półkuli zachodniej kolonia lęgowa fregaty wielkiej (Fregata magnificens). Gardło ptaka zdobi niesamowity purpurowy worek z nagiej skóry, który gdy wypełni się powietrzem, przypomina rozpięty na wietrze żagiel. Niestety, we wrześniu 2017 r. większa część Barbudy została zniszczona przez huragan Irma. Prędkość wiatru sięgała 257 km/godz. Na skutek przejścia huraganu mocno ucierpiała zabudowa i infrastruktura wyspy oraz jej cenna przyroda.

 

Na Antigui znajdują się uprawy tzw. czarnego ananasa, bardzo słodkiego i soczystego. Dojrzała skóra owocu zachowuje ciemnozielony kolor – stąd wzięła się jego nazwa. Ananasy uprawiali tu w epoce prekolumbijskiej już Arawakowie, podobnie zresztą jak kukurydzę czy słodkie ziemniaki, odgrywające dziś w miejscowej kuchni bardzo ważną rolę. Popularnym daniem na wyspie jest ducana – rodzaj pieroga lub zawijanego naleśnika z tartych słodkich ziemniaków, z kokosem, cukrem, mleczkiem kokosowym, przyprawami i mąką. Masę zawija się w liście bananowe (albo kokkoloby) lub folię i gotuje do stwardnienia. Potrawę tę serwuje się np. z soloną bądź duszoną rybą (głównie dorszem, nazywanym tutaj bacalą) oraz porcją chop-up, czyli najczęściej siekanego szpinaku, bakłażana i okry (piżmianu jadalnego). W okresie świąt Bożego Narodzenia pija się Ponche Kuba Cream Liqueur – gęsty kremowy likier w kolorze jasnobrązowym, bardzo słodki i zawierający na ogół 9 proc. alkoholu.

 

JAMAJKA

„JAMAICA, NO PROBLEM!”

Jamajka uchodzi za esencję karaibskiego luzu, wyspę bajecznych plaż i zrelaksowanych mieszkańców, od których warto nauczyć się cennej sztuki spowolnienia. Kojarzy się z Bobem Marleyem (1945–1981) w typowym scenicznym transie, muzyką reggae i kulturą rastafarian, popalających grube skręty z marihuaną, których słodkawy zapach łatwo rozpoznać w różnych miejscach. Jeśli ktoś nie wie, jak powinien wyglądać standardowy joint, niech zerknie na okładkę Catch a Fire – piątego albumu studyjnego jamajskiego zespołu Bob Marley & The Wailers (wydanego w 1973 r.). Dzięki swojej olbrzymiej charyzmie ten dorastający w Trench Town, slumsach na przedmieściach Kingston, jamajskiej stolicy, Jamajczyk rozsławił małą karaibską wyspę (zajmującą powierzchnię blisko 11 tys. km²) na cały świat, wraz z jej płynącą z serca, rytmiczną, ogrzaną słońcem muzyką i niezmiernie barwnym dziedzictwem kulturowym. 

 

Niewielu kojarzy, że 3 grudnia 1976 r. Boba Marleya miały dosięgnąć kule zamachowców. Wtargnęli oni do jego domu przy Hope Road 56 w Kingston, gdzie mieściło się także studio nagraniowe, i oddali strzały do zgromadzonych w nim osób, lecz artyście udało się ujść z życiem. Kto wie, czy owa nadzieja (hope) w adresie zamieszkania nie okazała się wówczas prorocza. Ten nieudany zamach opisał Marlon James, gwiazda jamajskiej prozy. Jego błyskotliwą, będącą językowym majstersztykiem, ponad 700-stronnicową powieść Krótka historia siedmiu zabójstw możemy przeczytać po polsku dzięki genialnemu tłumaczeniu Roberta Sudoła. Na nasz język przetłumaczono jeszcze dwie inne powieści tego autora: Księga nocnych kobiet i Diabeł Urubu. 

 

Przy Hope Road 56 mieści się obecnie Muzeum Boba Marleya. Fani z całego świata mogą oglądać tu zdjęcia, plakaty z lat 70. XX w., płyty czy też fragmenty opraw scenicznych z jego koncertów. Dla ubogich, walczących o każdy grosz Jamajczyków ten artysta, syn mającego brytyjskie pochodzenie białego nadzorcy plantacji i ciemnoskórej piosenkarki z rodziny o muzycznych korzeniach, stanowi krzepiący duszę symbol niezwykłego awansu społecznego. Marley przez całe swoje życie, szczególnie to sceniczne, starał się dbać o los słabych i pokrzywdzonych, nigdy nie zapominał o najbiedniejszych i był orędownikiem praw czarnoskórych. Zmarł pokonany przez raka w maju 1981 r. Jego przesłanie przetrwało, a takie przeboje jak No Woman, No Cry, Get Up, Stand Up, Could You Be Loved, Is This Love czy Redemption Song (słynna Pieśń odkupienia zagrana pierwotnie w wersji akustycznej) rozbrzmiewają nadal w rozgłośniach radiowych na całym świecie i są chętnie wykonywane w nowych aranżacjach. Na Jamajce warto ruszyć szlakiem bogatej twórczości Boba Marleya, a po drodze posilić się typowo jamajskim daniem – jerk chicken. Obtoczone w przyprawach kawałki kurczaka marynuje się przez noc, a następnie piecze na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczny dla tej potrawy. Na koniec trzeba pomyśleć o porządnym odpoczynku. Najlepiej urozmaicić go sobie wyśmienitym koktajlem rum punch (ponczem na bazie rumu). Idealnym miejscem na zrelaksowanie się po podróży będzie jedna z oszałamiających karaibskich plaż w okolicy Negril lub Montego Bay. Trudną sztukę odpoczywania na pewno opanujemy bez problemu. W końcu to Jamajka, a to przecież magiczne, wyluzowane Karaiby!

 Bar w luksusowym resorcie Sandals negril, w którym można raczyć się koktajlami nad samym morzem

© SANDALS®NEGRIL

Artykuły wybrane losowo

Nieodparty urok Tanzanii i Zanzibaru

 

ROBERT PAWEŁEK 

www.trevelcompass.pl

 

Od pokrytych śniegiem szczytów Kilimandżaro, najwyższej góry Afryki, po idylliczne plaże i rafy koralowe Zanzibaru, ruiny pokryte mchem i fascynujące kultury – wschodnioafrykańska Tanzania kusi całym kalejdoskopem atrakcji. To tutaj rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych i zarazem dramatycznych spektakli przyrody na ziemi, czyli imponujący przemarsz setek tysięcy dzikich zwierząt w poszukiwaniu pożywienia nazywany Wielką Migracją. Wielu podróżników za punkt honoru stawia sobie upolowanie w kadrze fotograficznym tzw. Wielkiej Piątki Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta). Natomiast odwiedziny na słynnej tanzańskiej wyspie Zanzibar przypominają wizytę w prawdziwym raju.

Więcej…

Kuba pełna atrakcji

 

EWA SERWICKA

www.dalekoniedaleko.pl

 

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

Imponująca barokowa fasada hawańskiej Katedry z XVIII stulecia

© CUBA TOURIST BOARD

 

Stara Hawana z zabytkowymi kolorowymi kamienicami, malownicze uliczki miasta Trinidad, klub salsy z unoszącym się dymem kubańskich cygar i zapachem rumu, długa, biała plaża z wysmukłymi palmami kokosowymi i krystalicznie czysta, błękitna woda, amerykańskie samochody z ubiegłego wieku na drogach i ludzie uśmiechnięci pomimo trudów życia – tak wygląda Kuba. W tym karaibskim kraju można jednak zobaczyć o wiele więcej. Wyspa jak wulkan gorąca to idealne miejsce na urlop pełen wrażeń.

 

Terytorium Republiki Kuby (ok. 110 tys. km² powierzchni) otaczają wody Zatoki Meksykańskiej, Cieśniny Jukatańskiej, Cieśniny Florydzkiej, Cieśniny Wiatrów (Zawietrznej), Kanału Starobahamskiego i Morza Karaibskiego. W ciągu roku występuje tu pora sucha i deszczowa. Główna wyspa, nieco przypominająca swoim kształtem jaszczurkę, i sąsiadujące z nią mniejsze wysepki wchodzą w skład archipelagu Wielkich Antyli podobnie jak Jamajka, Portoryko czy Haiti (Hispaniola). Funkcję stolicy pełni położona u północno-zachodnich wybrzeży ponad 2,1-milionowa Hawana, zwrócona w stronę półwyspu Floryda, należącego do Stanów Zjednoczonych.

 

Kuba jest krajem fascynującym, pełnym kontrastów, nieco zanurzonym w przeszłości. Zachwycą się nim zarówno miłośnicy zabytków i ciekawostek historycznych, jak i osoby chcące odpocząć na rajskich plażach czy amatorzy sportów wodnych. Serdeczność, otwartość i radość życia Kubańczyków sprawią, że każdy będzie się tu czuł jak miły gość.

 

SPACER PO STAREJ HAWANIE

 

Serce Kuby bije w starej części Hawany – La Habana Vieja. Wypełniają ją zabytkowe place, kolonialne kamienice i uliczki, po których jeżdżą amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Ubrane w kolorowe stroje Kubanki pozują z turystami do zdjęć. La Habana Vieja ma swój wyjątkowy urok.

 

To kubańskie miasto zostało założone na początku XVI stulecia przez konkwistadora z Hiszpanii – Diega Velázqueza de Cuéllara – jako port handlowy. Niecałe 100 lat później stało się stolicą kolonii hiszpańskiej na Kubie. Ponieważ szybko się rozwijało, wkrótce zaczęło pełnić funkcję najważniejszego portu w tej okolicy. Dzieje Hawany są dość burzliwe – często padała celem ataków piratów, przez krótki czas należała do Wielkiej Brytanii (w okresie wojny siedmioletniej, w latach 1762–1763), a na przełomie XIX i XX w. znajdowała się pod okupacją amerykańską. W 1902 r. miasto ogłoszono stolicą Republiki Kuby, a 8 stycznia 1959 r. Fidel Castro praktycznie przejął w nim władzę w państwie.

 

Wpisane w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO historyczne centrum Hawany i jego system fortyfikacji powinien obowiązkowo odwiedzić każdy, kto trafi na wyspę. Spacer można zacząć przy placu Broni (Plaza de Armas). Przylega do niego pierwsza twierdza miasta – Castillo de la Real Fuerza. Zaczęto ją budować w 1558 r. na ruinach starszych umocnień zniszczonych trzy lata wcześniej przez francuskich korsarzy. Tuż obok znajduje się El Templete, świątynia upamiętniająca miejsce założenia Hawany w listopadzie 1519 r. Środek placu stanowi niewielki skwer, wokół którego rozkładają swoje towary sprzedawcy książek, plakatów i płyt winylowych. Dominuje tematyka rewolucyjna, a z okładek nierzadko spoglądają dumnie wielcy przywódcy rewolucji kubańskiej z lat 1953–1959 – Fidel Castro i Ernesto Che Guevara.

 

Nieopodal leży plac św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), przy którym wznosi się barokowa bazylika pod wezwaniem tego świętego. Kościół i pobliski klasztor wybudowano pod koniec XVI w. Na obrzeżu placu znaleźć można niewielki pomnik Fryderyka Chopina, a przy wejściu do świątyni stoi brązowy posąg Kawalera z Paryża (El Caballero de París), przedstawiający zmarłego w 1985 r. pacjenta tutejszego szpitala psychiatrycznego. José María López Lledín całymi dniami kręcił się po ulicach Hawany. Nie wiadomo, skąd wziął się jego przydomek, ale podobno jednoczesne złapanie posągu za brodę i palec przynosi szczęście.

 

Przepiękny jest także plac Stary (Plaza Vieja). Co ciekawe, kiedy utworzono go w 1559 r., nadano mu nazwę plac Nowy (Plaza Nueva). Przez lata odbywały się w jego okolicy liczne fiesty, walki byków, procesje i egzekucje oglądane przez zamożnych mieszkańców z pobliskich balkonów. Później przez jakiś czas działał tutaj popularny targ miejski. Dzisiaj przy placu funkcjonują kawiarenki. Turyści spacerują po nim i przyglądają się częściowo odrestaurowanym fasadom starych kolonialnych budynków.

 

Przy placu Katedralnym (Plaza de la Catedral) dominuje sylwetka wybudowanej w barokowym stylu Katedry (Catedral de La Habana). W jej pobliżu można często spotkać starsze Kubanki, chętnie pozujące do zdjęć z cygarem w dłoni lub ustach w zamian za kilka peso. Tuż za rogiem znajduje się jeden z dwóch ulubionych barów amerykańskiego pisarza Ernesta Hemingwaya (przynajmniej według narosłych wokół niego legend) – „La Bodeguita del Medio”. Warto też przespacerować się pod Hotel Ambos Mundos, w którym pomieszkiwał w latach 1932–1939 słynny Amerykanin, a następnie przejść się wzdłuż głównego deptaka Starej Hawany – ulicy Obispo, ciągnącej się od placu Broni prawie po Park Centralny.

 

Parque Central to oaza zieleni. Wzdłuż niego biegnie reprezentacyjna hawańska aleja – Paseo de Martí (Paseo del Prado). To w tej okolicy znaleźć można jedne z najdroższych hawańskich hoteli. W tym rejonie również stoi Kapitol (Capitolio de La Habana) z 1929 r., wzorowany na waszyngtońskim gmachu Kongresu Stanów Zjednoczonych, Panteonie w Paryżu i Bazylice św. Piotra na Watykanie. Do rewolucji był siedzibą rządu kraju. Nieopodal natrafimy także na postój starych amerykańskich samochodów. Przejażdżka takim autem będzie na pewno ciekawym doświadczeniem.

 

PISARZ I RUM

 

Kuba była ukochaną wyspą Ernesta Hemingwaya. Po raz pierwszy zawitał on tutaj przypadkiem w 1928 r., kiedy parowiec, którym wracał z Francji do Stanów Zjednoczonych, z przyczyn technicznych musiał zatrzymać się w Hawanie. Tak zaczęło się szczególne przywiązanie pisarza do kraju będącego jeszcze wówczas pod ogromnymi wpływami amerykańskimi. Uważany za awanturnika, człowieka rozrywkowego i nie wylewającego za kołnierz Amerykanin doskonale czuł się w luźnej atmosferze miasta. Chętnie przypływał tu łodzią rybacką Pilar, a zwykł zatrzymywać się w swoim ulubionym pokoju numer 511 Hotelu Ambos Mundos, leżącego w starej części Hawany. To właśnie w tym miejscu zaczęła powstawać nominowana do Nagrody Pulitzera powieść Komu bije dzwon (ukończona w 1940 r.), na której ponoć wzorował się Fidel Castro przy organizowaniu działań rewolucyjnej partyzantki.

 

Z Hemingwayem i jego silnymi związkami z Kubą kojarzy się przypisywane mu powiedzenie Moje mojito w „Bodeguicie”, moje daiquiri we „Floridicie”, chociaż wielu twierdzi, że tak naprawdę pisarz pił wszystko, co miało w składzie alkohol. Te dwa kubańskie koktajle znane są na całym świecie. Mojito to drink przygotowywany w wysokiej szklance, do której wsypuje się łyżeczkę brązowego cukru trzcinowego lub wlewa guarapo – sok z trzciny cukrowej. Następnie dodaje się liście mięty, sok z limonki, kostki lodu, biały rum i wodę gazowaną. Z kolei daiquiri jest koktajlem na bazie kruszonego lodu z dodatkiem cukru, soku z limonki i – oczywiście – białego rumu. W barze „Floridita”, znajdującym się przy ulicy Obispo, można spróbować różnych wariantów tego drinka, w tym ulubionej wersji Hemingwaya – Papa Hemingway (Papa Doble), z sześcioma kroplami likieru maraschino, sokiem grejpfrutowym, podwójnym rumem i bez cukru.

 

W OBŁOKACH DYMU

 

Kuba słynie też z produkcji cygar doskonałej jakości. Plantacji tytoniu tu nie brakuje. Warto wybrać się do żyznej doliny Viñales (Valle de Viñales), położonej w zachodniej części wyspy, w prowincji Pinar del Río. Na tym obszarze tytoń uprawia się tradycyjnymi metodami, bez użycia maszyn. Nierzadkim widokiem jest tutaj byk ciągnący pług. Podczas wizyty na jednej z takich tradycyjnych plantacji jej pracownik opowiada i pokazuje, jak wygląda cały proces produkcji: od zasiewu małych nasion przypominających nieco zmieloną kawę aż po skręcanie cygara.

 

Ciekawa będzie także wizyta w którejś z fabryk rozsianych po Kubie. Tu wszystko z reguły zaczyna się od pomieszczenia, gdzie kilka kobiet selekcjonuje liście i usuwa z nich grube żyłki. Jakość cygara zależy właśnie od liści użytych do jego produkcji. W głównej sali pracują zwijacze. Na jednym z jej końców znajduje się miejsce dla czytacza – to osoba, która czytaniem gazet czy książek umila innym nudną i monotonną pracę. Cygara rolowane są błyskawicznie na drewnianych pulpitach zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn. Najsprawniejsze osoby potrafią wykonać dziennie nawet kilkaset sztuk o identycznej jakości.

 

Dolina Viñales to jednak nie tylko plantacje tytoniu. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu są mogoty – malownicze skalne ostańce będące częścią pasma górskiego Sierra de los Órganos. Te stare formacje krasowe powstały w okresie jury pod wpływem erozji. Woda wypłukała bardziej miękkie fragmenty skał wapiennych, w efekcie czego ukształtowały się ogromne kopułowate lub stożkowate wzgórza. Porastają je gęste, intensywnie zielone zarośla i drzewa. To idealne miejsce na piesze wędrówki, przejażdżki konne czy wspinaczkę. Już samo podziwianie okolicy z punktu widokowego sprawia wielką przyjemność.

 

MALOWNICZE MIASTO

 

W pobliżu miasta Trinidad znajduje się inna przepiękna kubańska dolina – Valle de los Ingenios. Trzcina cukrowa, która przecież tak mocno kojarzy się z Karaibami, na Kubie pojawiła się wraz z przybyciem kolonizatorów. Pierwsze sadzonki przywiózł tu w 1511 r. Diego Velázquez de Cuéllar i od razu okazało się, że wilgotny tropikalny klimat, żyzne gleby i stosunkowo płaski teren stanowią doskonałe warunki do uprawy tej rośliny. Mimo to początkowo cukier produkowano wyłącznie na rynek lokalny. Dopiero w 1762 r. okupujący wyspę Brytyjczycy wprowadzili nowe technologie. W dodatku błyskawicznie podwojono liczbę sprowadzanych na Kubę niewolników i – niestety – zaczęto zmuszać ich do dużo cięższej pracy. Przyczyniło się to do szybkiego wzrostu produkcji, a kraj stał się jednym z największych eksporterów cukru, dzięki czemu właściciele plantacji z Doliny Cukrowni opływali w dostatki.

 

Dzisiaj o tym dobrobycie przypomina Trinidad. Miasto uznawane jest obecnie za jedno z najpiękniejszych na wyspie. Założony w 1514 r. ośrodek bardzo długo cieszył się swojego rodzaju autonomią ze względu na położenie na uboczu i brak dobrych dróg łączących go z innymi częściami Kuby. Okres jego świetności przypadł na XVIII stulecie i związany był właśnie z produkcją cukru. Cukrowi baronowie mieli w mieście wspaniałe rezydencje. W jednej z nich (Palacio Cantero) urządzono muzeum (Museo Municipal de Trinidad) pokazujące, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Warto również zwrócić uwagę na szerokie, brukowane ulice – kamienie sprowadzono aż z Bostonu, co dla ówczesnych zamożnych mieszkańców nie stanowiło dużego wydatku. Polecam przejść się tymi ulicami. Stoją przy nich pomalowane na jasne, ciepłe i radosne kolory domy z charakterystycznymi zakratowanymi oknami – to kolejna pamiątka po okresie kolonialnej świetności. Pięknie wyglądają na ich tle stare samochody.

 

AMERYKAŃSKIE KRĄŻOWNIKI

 

Wspomniane już kilka razy oldtimery nieodłącznie kojarzą się z Kubą. Rzeczywiście na ulicach kubańskich miast można spotkać wiele takich zabytkowych pojazdów, choć coraz częściej pojawiają się też nowoczesne samochody. Skąd stare amerykańskie krążowniki szos wzięły się na wyspie? Przed rewolucją większość sprowadzanych aut pochodziła z USA. Przywożono tu popularne wówczas chevrolety, fordy, buicki, chryslery, oldsmobile, plymouthy, dodge’e czy cadillaki. Gdy do władzy doszedł Fidel Castro, Stany Zjednoczone wprowadziły embargo na eksport do Kuby. Jednocześnie w państwie ustanowiono prawo, które zezwalało na posiadanie prywatnie jedynie samochodów nabytych jeszcze przed zwycięską rewolucją (przed 1959 r.).

 

Po wprowadzeniu obostrzeń dotyczących importu aut i części zamiennych z USA zaczęto sprowadzać pojazdy głównie z zaprzyjaźnionych krajów komunistycznych, najczęściej ze Związku Radzieckiego, dlatego dzisiaj na kubańskich ulicach można zobaczyć również łady, wołgi albo nasze polskie maluchy. Ponieważ jednak zakup nowego samochodu przez dłuższy czas był mocno utrudniony, Kubańczycy starali się dbać o swoje stare wozy, żeby służyły im jak najdłużej.

 

W trakcie spaceru po tutejszych miastach nieraz zauważymy wypolerowane, dopieszczone i błyszczące historyczne pojazdy, które jeżdżą głównie jako taksówki wożące turystów. Taka przejażdżka jest na pewno ogromną atrakcją, w szczególności dla miłośników motoryzacji. Oprócz zadbanych stylowych oldtimerów można także dostrzec nadgryzione zębem czasu, poddane licznym prowizorycznym naprawom i połatane gruchoty. Z daleka nadal wyglądają na auta z klasą, ale z bliska widać, że lakier się łuszczy, karoseria rdzewieje, a samochód właściwie powinien trafić na złomowisko, a nie jeździć po drogach. Takich pojazdów bywa więcej na prowincji niż w głównych ośrodkach Kuby.

 

ZWIEDZANIE WYSPY

 

Chociaż to Hawana i Trinidad wiodą prym wśród miast najchętniej odwiedzanych przez turystów wypoczywających na pełnej kolonialnych zabytków gorącej kubańskiej ziemi, w tym karaibskim kraju jest wiele równie pięknych i ciekawych miejscowości. Dobry przykład stanowi Cienfuegos, nazywane Perłą Południa (La Perla del Sur), założone w 1819 r. przez francuskich imigrantów. Przywieźli oni ze sobą kolejne unowocześnienia produkcji cukru i szybko sprawili, że to właśnie to miasto odebrało Trinidadowi miano stolicy cukrowej Kuby. W trakcie spaceru tutejszymi ulicami od razu można zauważyć odmienny charakter okolicy i ślady po Francuzach. Dzisiaj eleganckie i finezyjne budynki przykrywa warstwa kurzu, ale mimo to nadal przypominają o dawnej kolonialnej świetności Cienfuegos, którego historyczne centrum zostało wpisane w 2005 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Urokliwe jest też blisko 350-tysięczne miasto Camagüey, pełne niewielkich, co chwilę rozwidlających się uliczek łączących miejskie place, czasem prowadzących do ślepych zaułków. Ma ono wyjątkowy plan urbanistyczny, niespotykany w innych kolonialnych ośrodkach, które zazwyczaj charakteryzują się geometrycznym układem ulic i budynków. Camagüey wygląda, jakby rozwijało się bez żadnego projektu, zupełnie chaotycznie, ale to tylko pozory. Oryginalną osadę założono bliżej północnego wybrzeża w lutym 1514 r. i nosiła ona wówczas nazwę Santa María del Puerto del Príncipe. Ciągłe ataki piratów i grabieże sprawiły, że przeniesiono ją w głąb lądu i tak zaplanowano ulice, aby stanowiły one labirynt, w którym atakujący gubiliby się, stając się łatwym celem dla znających doskonale plątaninę zaułków mieszkańców.

 

W planie zwiedzania nie można pominąć prawie półmilionowego Santiago de Cuba, powstałego jako piąta z kolei osada założona przez Diega Velázqueza de Cuéllara na Kubie 25 lipca 1515 r. Nazwa miasta pochodzi od patrona tego dnia – św. Jakuba Większego (hiszp. Santiago el Mayor). Zostało ono stolicą hiszpańskiej kolonii, lecz pełniło tę funkcję tak naprawdę dość krótko, jedynie do 1556 r., kiedy to ówczesny gubernator Diego de Mazariegos przeniósł swoją oficjalną rezydencję do Hawany. Oprócz spaceru po przepięknych ulicach warto odwiedzić także koszary Moncada, gdzie 26 lipca 1953 r. niejako rozpoczęła się rewolucja kubańska. Tego dnia młodzi i niedoświadczeni członkowie organizacji Fidela Castro zaatakowali wojskowy obiekt, żeby zdobyć broń do walki z dyktaturą Fulgencia Batisty. Ponieśli jednak sromotną klęskę, niektórzy stracili życie, wielu aresztowano i torturowano. Do więzienia trafił sam Fidel Castro. Zwolniono go w 1955 r. Wyjechał więc do Meksyku, gdzie stworzył Ruch 26 Lipca (Movimiento 26 de Julio). W Santiago de Cuba trzeba również zajrzeć do tutejszego potężnego zamku (Castillo de San Pedro de la Roca, znanego też jako Castillo del Morro), od 1997 r. znajdującego się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z twierdzy rozciąga się bardzo ładny widok na zabudowania miejskie z zatoką Santiago de Cuba na pierwszym planie.

 

Warto także odwiedzić urokliwe Sancti Spíritus, jedno z najstarszych kubańskich miast, założone 4 czerwca 1514 r. Wyróżnia je przepiękny stary most zbudowany na rzece Yayabo w 1815 r. Konstrukcję o długości 85 m wzniesiono w całości z cegieł, a środkowy z pięciu łuków ma aż 9 m wysokości. Z wieży tutejszego kościoła (Iglesia Parroquial Mayor del Espíritu Santo) rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Sancti Spíritus jest nieco rzadziej odwiedzane przez turystów, ale na pewno nie można mu odmówić dużego uroku.

 

Poszukiwacze wspaniałych punktów widokowych powinni też udać się na Wzgórze Krzyża (Loma de la Cruz, 261 m n.p.m.). Rozpościera się z niego fantastyczna panorama miasta Holguín. Doskonale widać stąd, jak jego precyzyjnie rozplanowane ulice przecinają się pod kątem prostym. Ze szczytu wzniesienia w dół prowadzi 458 schodów. Na północny wschód od Holguín znajduje się zatoka Bariay, która pretenduje do miana miejsca, gdzie Krzysztof Kolumb przybył 28 października 1492 r. i pierwszy raz postawił stopę na przepięknej kubańskiej ziemi. W swoich dziennikach wspomina on o charakterystycznym wzgórzu przypominającym kowadło, a taki właśnie kształt ma górujące nad nią wzniesienie.

 

NA WSCHODZIE

 

O status pierwszego miejsca na Kubie, do którego dotarł odkrywca Ameryki, konkuruje z zatoką Bariay położone na wschodnim końcu wyspy miasto Baracoa. Tu również znajduje się wzgórze wyglądające jak kowadło, taką zresztą nosi nazwę – El Yunque (575 m n.p.m.). Baracoa, leżąca na peryferiach kraju, jest bardziej zaniedbana i uboższa niż Hawana czy Trinidad, ale warto ją odwiedzić. Przez wiele lat była faktycznie odcięta od reszty Kuby, gdyż jeszcze do czasów rewolucji nie prowadziły do niej żadne porządne drogi.

 

Być może nigdy nie uda się ostatecznie ustalić, gdzie na wyspie po raz pierwszy Krzysztof Kolumb zszedł na ląd. Jedno jest jednak pewne – Baracoa to najstarsze kubańskie miasto i pierwsza stolica kolonii. Diego Velázquez de Cuéllar założył ją 15 sierpnia 1511 r. W późniejszych stuleciach Hiszpanie wznieśli tutaj kilka potężnych fortyfikacji, m.in. twierdzę Matachín (w 1802 r.), w której działa obecnie muzeum prezentujące eksponaty związane z historią okolicy (Museo Municipal de Baracoa). Od fortecy wzdłuż wybrzeża biegnie dwukilometrowa ulica zwana Malecón, podobnie jak słynny nadmorski bulwar w Hawanie (z tym że ten w stolicy Kuby ma długość 8 km). Tutejsza promenada jest na pewno mniej reprezentacyjna i cztery razy krótsza niż stołeczna, ale nadal czarująca. Stoją przy niej mocno podniszczone kolorowe budynki. Niektóre z nich znajdują się w trakcie renowacji po wysokiej fali, jaka kilka lat temu zalała nabrzeże.

 

Baracoa nie może się poszczycić piękną piaszczystą plażą, ale nieopodal leży Playa Maguana, ulubione miejsce wypoczynku kubańskich rodzin z okolicy. Wygląda zupełnie jak kadr z rajskiej wyspy – miękki, jasny piasek kontrastuje z błękitną, krystalicznie czystą wodą. Zachwycająca jest dzikość Maguany – brak tu wysokich hoteli i barów plażowych z dudniącą muzyką. W pobliskiej prowizorycznej knajpce można zamówić grillowaną langustę i cieszyć się jej smakiem w błogim spokoju.

 

71 Sailing 2584 2 14x9 M1

Modny kurort Varadero na półwyspie Hicacos

© CUBA TOURIST BOARD

 

RAJSKIE PLAŻE

 

Miłośnicy zapierających dech w piersiach piaszczystych plaż powinni bez wątpienia odwiedzić niewielki archipelag Sabana-Camagüey leżący u północnych wybrzeży Kuby, znany bardziej jako Ogrody Króla (Jardines del Rey). Składa się on z koralowych wysepek (cayos) usytuowanych wzdłuż brzegu. Jedną z najpiękniejszych jest Cayo Coco (370 km² powierzchni), słynąca z luksusowych kompleksów hotelowych. Dodatkową atrakcją w tym rejonie są zachwycające rafy koralowe, które przyciągają płetwonurków z całego świata.

 

Cudownych plaż nie brakuje także na położonej w pobliżu południowo-zachodniego wybrzeża Cayo Largo (Cayo Largo del Sur). Coś dla siebie znajdą tu zarówno osoby oczekujące rozbudowanej infrastruktury i zaplecza do uprawiania sportów wodnych, jak i ci, którzy wolą odpoczywać w dziewiczym otoczeniu. Północną część tej wysepki o powierzchni 37,5 km² porastają przepiękne lasy namorzynowe.

 

Najsłynniejszy kubański kurort stanowi niemal 30-tysięczne Varadero na półwyspie Hicacos, uznawane za jedną z największych miejscowości wypoczynkowych na całych Karaibach. Nie ma się co dziwić, gdyż w okolicy turyści mogą odpoczywać na 22 km piaszczystych plaż, przy których znajdują się hotele dopasowane do najprzeróżniejszych wymagań turystów. Wśród atrakcji tutejszego półwyspu warto wymienić też jaskinie (np. Muzułmanów – Cueva de los Musulmanes), niewielkie wysepki czy wspaniałe rafy koralowe.

 

90 Scenic bay El Junque Baracoa  NOY4451 F1

Zatoka koło najstarszego kubańskiego miasta Baracoa ze wzgórzem El Yunque w tle
© CUBA TOURIST BOARD

 

 

Na Cyprze, wyspie Afrodyty

GRZEGORZ MICUŁA

 

Cypr to wymarzone miejsce dla romantyków i amatorów historii lubiących zwiedzać antyczne ruiny, stare zamki i zaciszne górskie klasztory. Przyjemność oglądania zabytków jest tym większa, że przy okazji można wygrzać się na słońcu, które świeci w tym rejonie przez ponad 300 dni w roku. Znajduje się tu też wiele malowniczych plaż, a ciepłe morze zachęca do kąpieli i relaksu.

Więcej…