MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

« W jednym słowie „Karaiby” można poniekąd zawrzeć wszystko. Ten wyraz magnetyzuje i rozbudza zmysły. Ożywia niczym słona bryza mierzwiąca grzywy wybujałych palm kokosowych. Przywołuje skryte marzenia albo najgorętsze wspomnienia chwil spędzonych w tropikalnej zieleni i nad lazurowym morzem w blasku słońca, które sprawia, że życie ulega słodkiemu spowolnieniu. Przywodzi na myśl pirackie ekscesy na skrzypiących, posępnych brygach wypełnionych łupami i beczkami z rumem, morskie potyczki kolonialnych potęg, mapy wiodące do skarbów ukrytych na wyspach strzeżonych przez wojowniczych Indian. »

Z drugiej strony jedna, nawet najzgrabniejsza definicja nie odda całego uroku Karaibów. Zadziwiają one niesłychaną różnorodnością i bogactwem. Oszałamiają krajobrazami i zaciekawiają śladami kolonialnej przeszłości, w której znaczącą rolę odegrali Brytyjczycy, Francuzi, Hiszpanie czy Holendrzy oraz mieszkańcy Afryki. Z tej fascynującej i barwnej mieszanki kulturowej zrodziła się pełna energii muzyka, żywiołowy i nierzadko frywolny taniec, zaskakujące feerią barw malarstwo, a także doceniana na świecie literatura. Zjawiskowy lokalny folklor, często czerpiący całymi garściami z magii czy rytuałów religijnych przywiezionych przez afrykańskich niewolników, tradycyjne sposoby świętowania i czczenia niezliczonych patronów, szaleństwo karnawałowe oraz kuchnia gwarantująca intensywne doznania smakowe sprawiają, że ten jeden z najbardziej malowniczych regionów na naszym globie potrafi przyciągnąć każdego, nawet turystów z ograniczonym budżetem. Dla wielu osób Karaiby są spełnieniem wyobrażeń o raju. Dzisiaj dzięki znacznej liczbie połączeń lotniczych (regularnych lub czarterowych) i morskich można się na nie dostać dosyć szybko, wygodnie i niekoniecznie za duże pieniądze. A gdy już się tu trafi, nie pozostaje nic innego, jak rozpocząć własną niepowtarzalną przygodę na lekkim rumowym rauszu.

Czym są więc Karaiby i co składa się na ich magiczną esencję? We wstępie do Hebanu Ryszard Kapuściński pisał o Afryce: Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody mówimy – Afryka (Ryszard Kapuściński, Heban, Warszawa 1998). Można to z powodzeniem odnieść również do Karaibów. Spróbujemy uchwycić tę karaibską esencję podczas przyglądania się kilkunastu miejscom w regionie, gdzie niegdyś ścierały się siły kolonialnych mocarstw. Nie sposób opisać tutaj wszystkiego, choć to niezmiernie kuszące, jak ciepło Morza Karaibskiego.

 

KUBA

HEMINGWAY TU BYŁ

To, że pojechałem na Kubę, zawdzięczam w dużej mierze Ernestowi Hemingwayowi (1899–1961). Ten amerykański pisarz i dziennikarz pozostaje dla mnie do dzisiaj ważną osobistością. Niekoniecznie ze względu na jego twórczość, bo bywał w różnej pisarskiej formie, raczej z powodu tego, gdzie i jak żył. Z jego losów można by wykroić śmiało kilka życiorysów. Hemingway kreował swoich bohaterów na miarę własnych czasów. Uważał, że pisanie o czymś, czego samemu się nie doznało, nie ma sensu. Zależało mu na intensywnych przeżyciach, które potem mógłby opisać i opublikować. Oczywiście ubarwiał swoje opowieści. I miał do tego prawo, gdyż pozwalała mu na to licentia poetica. Poza tym, że był pierwszej wody awanturnikiem, wiecznie poszukującym przygód, jego powołanie stanowiło przede wszystkim pisarstwo. Hemingway dawał swoim czytelnikom możliwość przeżycia czegoś ekstremalnego bez ruszania się z fotela. To, co wówczas wyszło spod jego pióra, rozchodziło się jak mrożone daiquiri w piekle. Obecnie proza tego pisarza, choć wciąż należy do klasyki i kanonu lektur szkolnych, nie jest zbyt popularna. Wielu pożegnało się z nią jeszcze w szkole podstawowej. Innych umęczyły późniejsze próby zapoznania się z utworami Amerykanina. Za to mnie Hemingway zaciągnął na Kubę i choćby tego nie mogę mu zapomnieć...

 

CO SIĘ ZDARZYŁO W COJÍMAR

Za kurs z przepięknej piaszczystej plaży Santa María del Mar, której nazwa kojarzy się z tytułem rzewnego bolera, do Cojímar taksówkarz policzył w 2011 r. 10 pesos convertibles (peso kubańskich wymienialnych – CUC). I co niezwykłe, nigdy nie słyszał o Hemingwayu! A ten przecież mieszkał i pisał na Kubie przez ponad 20 lat. Osiadł w San Francisco de Paula, niewielkim pueblo pod Hawaną (dziś części kubańskiej stolicy), gdzie miał swoje „ranczo obserwacyjne” Finca Vigía, z chińskim kucharzem i kocim haremem. Poza tym, jak sam podkreślał, stał się prawie Kubańczykiem z krwi i kości: mówił po hiszpańsku, hodował koguty bojowe i nosił tradycyjną tropikalną koszulę z czterema kieszeniami – guayaberę. Tej ostatniej przypisuje się pochodzenie kubańskie, warto coś tu o nim opowiedzieć.

 

Otóż, jak wieść niesie, pewien chłopak, gdy umawiał się na randki z dziewczyną, zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Wkładał do nich owoce gwajawy (guawy), jeden dla siebie, drugi dla wybranki. Być może chciał, aby uczucie rozwijało się zdrowo. Któregoś dnia otrzymał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Ponieważ nie mógł do nich iść z pustymi rękami, pomyślał znowu o gwajawach. Tym razem musiał jednak zabrać cztery sztuki, a przecież miał tylko dwie kieszenie! Jego wspaniałomyślna matka doszyła mu na szczęście dodatkowe dwie. I tak zrodziła się guayabera.

 

Taksówkarz sprawiał wrażenie, jakby zupełnie ignorował fantastyczną historię Hemingwaya (i jakże chwytliwy temat dla turystów!) albo zwyczajnie zapomniano mu przekazać, że niegdyś kręcił się po Cojímar, najczęściej blisko przystani, łodzi i pośród charakternych rybaków, pewien ogromy jankes, który potem (w 1951 r.) przedstawił to miejsce w opowiadaniu Stary człowiek i morze. A przecież ten Amerykanin trzymał tu przy kei własną łódź, ochrzczoną imieniem Pilar, i wypływał nią na połowy marlinów, tuńczyków czy barakud. Rybacy w portowej tawernie tyle mu opowiadali o morskich wyczynach i gigantycznych rybach, że w końcu musiał o tym napisać, co ponoć przesądziło o przyznaniu mu w 1954 r. Literackiej Nagrody Nobla. 

 

Jak podają biografie, nagrodzonemu pisarzowi, choć uszczęśliwionemu takim obrotem sprawy, nie spieszyło się na noblowskie salony. Ponoć ciężko mu było zrzucić bermudy upaprane rybią krwią i tłuszczem. Poza tym wiadomo, że nie znosił chodzenia w smokingu i... wkładania bielizny, co uważał za podejście zbyt oficjalne. W rzeczywistości jednak zdecydował on, że nie poleci w październiku do Sztokholmu, aby odebrać nagrodę, bo w tym samym roku uczestniczył w Afryce w dwóch wypadkach lotniczych, na skutek których doznał obrażeń głowy, wstrząśnienia mózgu i poparzeń rąk.  

 

HAWAŃSKIE KLASYKI BAROWE 

W Hawanie Hemingway chadzał regularnie do ulubionych barów, gdzie lubił tęgo popić. Kiedyś jasno określił swoje preferencje co do tropikalnych trunków: My mojito in La Bodeguita, My daiquiri in El Floridita. Poszedłem do baru „La Bodeguita del Medio”, mieszczącego się od zawsze przy ulicy Empedrado, aby skosztować słynnego koktajlu, jakim dawniej raczył się amerykański pisarz. Miejsce oblegają turyści z całego świata. Barmani w odprasowanych guayaberach serwują zza ciemnego, wysłużonego kontuaru jedyną w swoim rodzaju mieszankę: mojito przygotowane z trzyletniego rumu Havana Club, podobnych w smaku do naszej mięty liści „dobrego zioła” (yerba buena lub hierbabuena), brązowego cukru, soku limonowego i wody sodowej. Koktajl jest przyrządzany w ilościach niemal fabrycznych, lecz trzeba przyznać, iż jego jakość nie rozczarowuje, a raczej uzależnia.

 

Jeśli komuś przyjdzie ochota kontynuować radosne hemingwayowskie wędrówki od baru do baru, powinien udać się do jego drugiej hawańskiej przystani, czyli przybytku zwanego „El Floriditą” przy ulicy Obispo. W nim będzie mógł spróbować daiquiri. Ta rozkoszna mieszanka jest najlepszym dowodem na to, że rum i limonka są stworzone do wiecznego romansu. Hemingway zamawiał specjalnie dla niego stworzoną wersję drinka (papa doble) – bez cukru, ale z podwójnym rumem, kapką soku z dojrzałego grejpfruta i sześcioma kroplami likieru maraschino (maraskino). Obecnie naturalnej wielkości figura pisarza strzeże jego dawnego stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani nieustannie miksują koktajle dla nowych turystów napływających falami.

 

Słyszałem też taką anegdotę. Jakiś początkujący dziennikarz miał przeprowadzić wywiad z Hemingwayem. Chciał się do niego solidnie przygotować. Kombinował, czym zaskoczyć swojego rozmówcę, jak zyskać w jego oczach. Wreszcie wymyślił – to musi być daiquiri! Podglądał barmanów, ćwiczył i nauczył się przyrządzać ten koktajl. Nastał dzień wywiadu, Hemingway przyszedł na zaproszenie do domu dziennikarza. Zacierając ręce, już w progu zagaił: To co pijemy?. Jego gospodarz tylko na to czekał i od razu wystrzelił: Daiquiri!. Pisarz spojrzał na niego zdumiony i wycedził: O dziesiątej rano?!. Jak widać, przestrzeganie kultury picia, choćby takich kuszących trunków, to ważna rzecz.

 

LATAWCE, DMUCHAWCE, TRINIDAD

Z Hawany warto pojechać do Trinidadu. Chyba wszyscy odwiedzający Kubę podróżnicy planują do niego dotrzeć. Pełne wąskich uliczek i kolorowej kolonialnej zabudowy miasto wabi ich niesamowitą karaibską atmosferą. Wydaje się jakby zawieszone w czasie od wieków. W 1514 r. założył je przeprowadzający podbój wyspy Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar (1465–1524). Wtedy nazywało się Villa de la Santísima Trinidad. Było jedną z ośmiu osad, które z początkiem XVI stulecia powstały z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, od 1511 r. pierwszego gubernatora Kuby. 

 

Trinidad zdobył renomę i wielkie bogactwa na fali cukrowej bonanzy w XVIII i pierwszej połowie XIX w., kiedy tony słodkiego towaru wysyłano do Europy. Po okresie prosperity nadszedł kryzys i o mieście właściwie zapomniano. Jednak dzięki temu zachowało ono swój oryginalny, magiczny charakter i dziś uchodzi za jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem dużych dochodów dla gospodarki kraju. W Trinidadzie nierzadko malowniczy widok stanowią chłopcy puszczający latawce, zbierający się choćby w okolicy Plaza Mayor – głównego placu przy Kościele Trójcy Świętej (Iglesia de la Santísima Trinidad). Całkowicie oddani swojej zabawie zapominają prosić turystów o cokolwiek. Liczy się tylko to, jak złapać dobry wiatr. Warto poobserwować tych spryciarzy w akcji.

Panorama Trinidadu z wieżą kościoła należącego do dawnego Klasztoru św. Franciszka z Asyżu w tle

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

RAKIETY W TROPIKU

Przed wyjazdem na wyspę przeczytałem zajmującą książkę brytyjskiego pisarza i polityka Michaela Dobbsa Za minutę północ, poświęconą kryzysowi kubańskiemu, który rozgrywał się między 16 a 28 października 1962 r. Autor przedstawia wiele ciekawych faktów o tamtych wydarzeniach z perspektywy trzech stron uczestniczących, tj. USA, ZSRR i Kuby. Dobbs znalazł byłych radzieckich żołnierzy, których Nikita Chruszczow (1894–1971) wysłał wtedy na wyspę, niekoniecznie w celach wakacyjnych. Tę niebeletrystyczną książkę czyta się jak polityczny thriller pierwszej klasy. W pewnym momencie trafiamy w niej na następujący fragment: Pięć kilometrów na północ od Casildy konwój dotarł do Trynidadu, architektonicznej perełki zbudowanej przez osiemnastowiecznych baronów cukrowniczych i właścicieli niewolników. Ponieważ transportery z rakietami na pewno nie zmieściłyby się w starych uliczkach kolonialnego miasteczka, żołnierze radzieccy i kubańscy zbudowali wokół niego obwodnicę (Michael Dobbs, Za minutę północ, Warszawa 2010).

 

Wspomniana Casilda jest niewielką wioską z przystanią rybacką, malowniczo położoną w zatoce o tej samej nazwie na południowym wybrzeżu Kuby. Podobno w lutym 1519 r. Hernán Cortés (1485–1547), ówczesny sekretarz gubernatora Diega Velázqueza de Cuéllara, skłócony ze swoim pryncypałem, wyruszył stąd na podbój Meksyku. Burzliwe dzieje Casildy związane są z działalnością piratów i handlem niewolnikami. W dobie cukrowej hossy była ona tętniącym życiem portem przeładunkowym dla pobliskiego Trinidadu i otaczających go licznych plantacji w Dolinie Cukrowni (Valle de los Ingenios) – razem z miastem wpisanych zresztą w 1988 r. przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Wioska chroniona długim ramieniem zjawiskowego półwyspu Ancón pełniła swoją funkcję idealnie. Obecnie już tylko wspomina czasy świetności.

 

Jednak na początku września 1962 r. Casilda miała swoje pięć minut. Na pokładzie frachtowca Omsk zostały tu dostarczone pierwsze radzieckie pociski balistyczne R-12. Ich transport z ZSRR na Kubę stanowił kluczową część dużej operacji logistycznej, która trwała już od lipca. Nadano jej kryptonim Anadyr – od nazwy miasta leżącego na wschodnim krańcu dzisiejszej Rosji. Aby skutecznie wyprowadzić w pole szpiegów, na statki szykujące się do rejsu w tropiki ładowano... zimowe walonki i osprzęt narciarski. Później, już na kubańskiej ziemi, po udanym przerzucie, zbędny ekwipunek układano w triumfalne stosy i palono.

 

Po dwutygodniowej podróży przez Atlantyk załoga Omska ujrzała południowo-wschodnie wybrzeże Kuby w rejonie Guantánamo. Słynną bazę marynarki wojennej USA (używaną od 1898 r.) minęła bez zbędnych prowokacji. Z raportów CIA wynikało, że podstawowy ładunek na pokładzie stanowił... olej napędowy w baryłkach. Casilda znalazła się w gronie kilkunastu kubańskich portów wybranych przez radzieckich planistów pracujących przy operacji. Do pozostałych należały m.in. Cienfuegos, Matanzas czy położony w sąsiedztwie Hawany Mariel (później, bo w 1980 r., właśnie stąd Kubańczycy emigrowali masowo w akcie desperacji do USA, na Florydę, co nazwano potem exodusem z Mariel – hiszp. éxodo del Mariel).

 

Doki Casildy, stworzone dla kutrów rybackich, nie były przystosowane do obsługi tak dużej jednostki pływającej. W 1962 r. wielokrotnie manewrowano Omskiem, aby siermiężne portowe dźwigi mogły dostać się do osobliwej zawartości jego luków towarowych. Następnie rakiety przewożono lądem do docelowego miejsca – w okolice miasta Sagua la Grande, leżącego ponad 150 km na północ od Casildy. Konwój musiał jechać krętymi szlakami, pośród gór i bujnej tropikalnej roślinności. Realizację planu utrudniały gwałtowne zmiany pogody – w rejonie Karaibów panowała wówczas pora huraganowa z obfitymi opadami.

 

Spacerując starymi, brukowanymi uliczkami w czarującym Trinidadzie, pośród pastelowych kolonialnych domów krytych czerwoną dachówką, spróbujmy wyobrazić sobie... radzieckie pociski R-12 u wrót tego zabytkowego miasta – mają ponad 22 m długości, każdy waży niemal 42 t... Na szczęście, nigdy tu nie przyjechały. Za to dzisiaj do Trinidadu zjeżdżają się turyści na intensywne zwiedzanie. Większość z nich przybywa w ciągu dnia, aby późnym popołudniem powrócić do komfortowych hoteli, w których wykupili pobyt w formule all inclusive. Gdy już odjadą, robi się luźniej, spokojniej, bardziej swojsko i przyjemnie. 

 

KREW PRZODKÓW

Po zachodzie słońca warto wyskoczyć na Kubie gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do pobliskiej dyskoteki. Można popatrzeć na wywijających salseros (tańczących salsę) albo spróbować swoich sił na parkiecie. Jednak konkurencja jest dosyć mocna, czego wyjaśniać nie trzeba. Zresztą kubańska muzyka to prawdziwy żywioł, często gwałtowny i lubieżny, mieszanka wilgotnej zmysłowości i słodkiej pokusy. 

 

Muzyka ta zrodziła się w duszach Kubańczyków z afrykańskim pochodzeniem już dawno temu. Dziś potrzeba, która ją stworzyła, wciąż przenoszona jest w genach i ujawnia się w utalentowanych tancerzach, bębniarzach czy pieśniarzach. Często ten zew natury eksploduje jakimś kinetycznym szaleństwem, balansującym na granicy transu. My, Europejczycy, potrafimy się tą muzyką zainteresować i przetworzyć ją po naszemu, gdyż opanowanie rzemiosła przychodzi nam łatwo. Umiemy obejść się z gorącymi rytmami, ograć te dźwięki do bólu i wydobyć z nich nową jakość. To możemy. Tylko że nie potrafimy odtworzyć pierwotnej, nieokrzesanej energii, autentycznego szału. Nie sposób tego podrobić. To właśnie jest gorąca kubańska krew.

 

DOMINIKANA

PIGUŁKA DOMINIKAŃSKA

Pamiętam, że jeszcze jako dzieciak znalazłem na półce mojego ojca książkę Ciudad Trujillo Andrzeja Wydrzyńskiego (1921–1992). Zaintrygował mnie jej egzotyczny tytuł. Oczywiście niczego mi nie mówił, brzmiał bardziej jak niezrozumiałe zaklęcie. Kiedy po latach odkryłem ją ponownie i po raz pierwszy przeczytałem, okazało się, że zrobiłem w ten sposób znaczący krok w stronę Dominikany. Wtedy zrodziła się moja wielka fascynacja tym krajem. Potem wyruszyłem do niego szukać śladów bohaterów tej powieści. W Santo Domingo, czyli tytułowym Ciudad Trujillo (tak nazywała się dominikańska stolica w latach 1936–1961), wylądowałem dokładnie 30 maja w kolejną rocznicę el tiranicidio, czyli tyranobójstwa. Tego dnia w 1961 r. zgładzono dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillę, który sprawował rządy, stosując przemoc i represje, de facto przez 31 lat.

 

Wówczas zakochałem się w urokliwym chaosie dominikańskiej ulicy. Zafascynowała mnie ta niesamowita gęstość zdarzeń na każdym metrze kwadratowym. Miałem przed oczami kawałek żywego mikrokosmosu, ciągle pulsującego, zmieniającego się raptownie. Widziałem ludzi, słyszałem ich historie, poznawałem wszelkie uroki i przekleństwa południa: ryczące klaksony, woń butwiejącej cebuli i dojrzałych ananasów. Jedna prosta ulica w Santo Domingo wydawała mi się nieskończona. Była poligonem dla zmysłów. Wystarczyło stanąć na niej, oprzeć się o mur liczący ponad 500 lat i chłonąć łapczywie wszystko. Czułem, jakbym brał pobudzającą pigułkę o nazwie „Dominikana”.

 

CIĄGŁE POWROTY

Później na dominikańskiej prowincji, w niewielkim Río San Juan, wyczułem zapachy znane mi doskonale z dzieciństwa. Całkiem mnie to rozczuliło. Coś wibrowało tu w powietrzu, było nieuchwytne, lecz tak bardzo swojskie. A znajdowałem się przecież jakieś 8,5 tys. km od domu! Oczywiście zamiast wierzb płaczących widziałem palmy królewskie, zamiast rozłożystych gruszy czy jabłoni – mango i tamaryndowce. Przyroda i klimat były inne, tak jak ludzie. Jednak odnalazłem tutaj ślady czegoś, co mocno osiadło mi w pamięci i za czym faktycznie tęsknię. Karaiby to jakby stan ciągłego zawieszenia między jawą a snem, obszar uwikłany w jakąś wszechobecną magię. W Polsce miejscem, gdzie świat wydawał mi się równie odrealniony, a zarazem inspirujący, była wioska moich dziadków. Ale do niej już nie wrócę; do dziadkowej chaty, która miała cztery sypialnie, każdą na inną porę roku... Dlatego wracam na Karaiby. Zresztą w tego rodzaju powrotach widzę głębszy sens podróżowania.

 

Przeszło 13 lat żyję Dominikaną i staram się, aby wciągnęła każdego, zdobyła go swoim kolorytem, ludzkimi historiami, lokalną kuchnią. Ten kraj zawsze był dla mnie wyznaczoną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego czy zimowego marazmu. Stanowił odniesienie dla innych wypraw i podstawę do niekończących się porównań. Zawsze próbowałem odkrywać go po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskim kontakcie z Dominikańczykami. Czasem przestaję o nim myśleć jak o celu podróży. Moje odczucia dość trafnie oddaje karaibski poeta i dramaturg Derek Walcott, zmarły w marcu 2017 r. noblista z wyspy Saint Lucia. Pisał on, że jeśli podróżnik pokochał jakieś miejsce i ciągle do niego wraca, to przestaje być podróżnikiem i zmienia się w miejscowego.

 

GŁĘBOKIE POŁUDNIE

Ostatnio przemierzyłem w Dominikanie ponad 1,3 tys. km w trakcie wyprawy przez 10 prowincji: od Monte Plata po Pedernales. W końcu dotarłem nad wygiętą w półksiężyc kilkukilometrową Zatokę Orłów (Bahía de las Águilas), znajdującą się na krańcu południowo-zachodniej części kraju. Leży ona w granicach Parku Narodowego Jaragua. Ponoć jej nazwa wzięła się od tego, że w okolicy występuje ponad 130 gatunków ptaków, w tym rybołów zwyczajny – águila pescadora (Pandion haliaetus). Można się tu dostać pieszo, samochodem terenowym (albo osobowym!) czy łodzią. Każdy sposób ma swój urok. Ja wybrałem łódź. Wcześniej odwiedziłem malownicze plantacje kawy w górskich rejonach wokół miasta Jarabacoa, kopalnię błękitnego kamienia półszlachetnego larimar w rejonie łańcucha Sierra de Bahoruco i słoną lagunę Oviedo zadziwiającą fluorescencyjnym żółtym kolorem, gdzie spotyka się m.in. flamingi.

 

Część Dominikany leżąca na zachód od stołecznego Santo Domingo zawsze mnie przyciągała – jest mniej oczywista, rzadziej eksponowana w turystycznych folderach. Tu umysł może w spokoju odpocząć, a człowiek natknąć się na miejscowych, a nie turystów. To rzeczywistość jakby zatopiona w letargu. W tym rejonie wciąż da się odczuć jakieś pierwotne szczęście wynikające z samego podróżowania, przemieszczania się. Jest tu biednie, trzeba to podkreślić, ale to ubóstwo ma w sobie coś... literackiego, nie zostało pozbawione godności. Człowiek nim naznaczony pomaga drugiemu człowiekowi. 

 

Spotkałem w Dominikanie wielu szoferów, lecz tylko David znał na pamięć prawie każdy kawałek puszczany w radio, czy była to bachata, merengue, reggaeton czy salsa. Podśpiewywał sobie, wtórował, wyciągał własne linie wokalne. Gdzieś między wioską Colonia Juancho a Oviedo w prowincji Pedernales, w drodze na dominikańskie Głębokie Południe – El Sur Profundo, odkrywałem nowe wersje znanych piosenek w aranżacjach rozśpiewanego (i zdolnego!) kierowcy. 

 

W podróży, jak wiadomo, należy próbować przede wszystkim tego, co lokalne: owoców, dań, trunków. Warto też zabrać do domu coś miejscowego, a przy okazji wesprzeć ludzi, którzy wkładają w swoją pracę zarówno wysiłek i serce, jak i talent, np. kulinarny. Między Paraíso a Barahoną znajduje się miasteczko La Ciénaga, gdzie działa spółdzielnia De Mí Siembra – w tłumaczeniu na polski Z Mojego Zbioru. Już przy jej bramie wjazdowej bujnie i zapraszająco rozkwita drzewo guanábana (flaszowiec miękkociernisty). Pracujące tu kobiety produkują fantastyczne marmolady o smaku guanábany, mango, gwajawy, marakui z bananem i gorzkiej pomarańczy. Wyroby te idealnie pasują do świeżych polskich drożdżówek popijanych wyśmienitą dominikańską kawą (najlepiej Café Santo Domingo).

 

Dominikana jest fascynującym tropikalnym krajem. Od lat w kampaniach promocyjnych tutejszego Ministerstwa Turystyki pojawia się hasło: República Dominicana, lo tiene todo („Republika Dominikańska ma wszystko”). Nie doszukamy się w nim przesady. Obłędna przyroda, zmieniające się krajobrazy, 500-letnie mury, ciekawa kultura, wspaniali ludzie i ich historie, znakomity rum i rozpierająca każdego karaibska energia – tego trzeba się tu spodziewać. Włóczęga po Dominikanie będzie zawsze pełną wrażeń przygodą.

 

GWADELUPA

PRZY SZKLANECZCE RUMU

Gwadelupa jest zamorskim departamentem Francji, czyli częścią Unii Europejskiej (jej regionem peryferyjnym). Polak może się więc do niej dostać za okazaniem… dowodu osobistego. Połączenie lotnicze z lotniska Paryż-Orly ma status lotu krajowego. Dwie główne gwadelupskie wyspy, położone bardzo blisko siebie, wyglądają jak motyl, który wyrwał się z siatki zapalonego entomologa i z tego powodu nieco uszkodził skrzydła. Jedno z nich, zachodnie, nazywa się Basse-Terre, drugie, wschodnie, to Grande-Terre. Dzieli je jedynie odległość mostu, przerzuconego nad wąską, naturalną cieśniną zwaną Rivière Salée, czyli Słoną Rzeką. Można na nich spędzać czas w rozmaity sposób: uprawiać trekking, degustować świeże kakao lub leniuchować na rajskich plażach. Ja jednak skusiłbym się na wyprawę na mniejsze gwadelupskie wyspy (Marie-Galante, La Désirade czy Les Saintes). Co prawda plażowaniem nudzę się bardzo szybko, lecz gdyby kazano mi leżakować na miałkim piasku w kolorze mąki kukurydzianej, wybrałbym bez wahania morski brzeg w Capesterre na Marie-Galante (Capesterre-de-Marie-Galante).

 

Gwadelupę zwano przed wojażami Krzysztofa Kolumba Karukerą. Rdzenni mieszkańcy widzieli w niej ponoć „wyspę pięknych wód”. Zapewne chodziło w tym przypadku o wodospady – ich łoskot słyszano na statkach nawet w sporej odległości od wybrzeży. Kroniki podają, że przybysze z Europy wypatrzyli tu mnóstwo niezwykłych owoców, których sok wiele lat później stał się jednym z głównych składników koktajlu piña colada. Ananasy, bo o nich mowa, przypominały im przerośnięte, niedojrzałe szyszki rosnące na krzakach podobnych do aloesu. Nazwę Marie-Galante (hiszp. Marigalante) nadał tutejszej wyspie Krzysztof Kolumb (1451–1506), gdyż tak ochrzczono jego flagowy okręt, na którym wyruszył we wrześniu 1493 r. na drugą wyprawę do Nowego Świata. Odkrywca wylądował na niej prawdopodobnie od strony południowo-zachodniej, gdzie zakotwiczył i zszedł na ląd blisko dzisiejszego miasteczka Grand-Bourg, witającego dzisiaj przybyszów fantazyjnym muralem. Na intrygującej i płaskiej jak naleśnik Marie-Galante wciąż uprawia się na dużą skalę trzcinę cukrową. Dawniej, aby wytłoczyć z jej łodyg sok, używano kół młyńskich, do których zaprzęgano woły. Duch postępu usprawnił metody produkcji i później to samo robiły młyny napędzane wiatrem lub parą. Słodkawy, mętny sok fermentował, zmieniając się w białe złoto, czyli cukier, albo tzw. rum rolniczy – rhum agricole. Zdarzyło mi się radośnie ściskać w dłoniach wytwory lokalnych destylarni – butelki z rumem Bielle, Père Labat czy Bellevue. Ten rodzaj trunku cechuje aromat niezwykle wyrazisty. Smakiem różni się on od rumów destylowanych z melasy. Łatwo zatracić się w rumowych koktajlach Ti’ Punch (Mały Poncz). Rhum agricole jest mocny (co najmniej 40 proc. alkoholu, a zazwyczaj 59 proc.). Klientowi podaje się go w butelce na jego własną odpowiedzialność – każdy pijący dozuje sobie ognisty trunek wedle gustu. Potem doprawia się go limonką i szczyptą brązowego cukru i chłodzi kostką lodu. Planowanie, że na Gwadelupie będzie się stronić od alkoholu, nie ma sensu. Dobrego rumu jest na niej za dużo i za szybko łamie on silną wolę.

Plaża Feuillère w Capesterre na Marie­Galante wygląda niczym fragment utraconego przez ludzi raju

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

GRENADA

WYSPA KORZENNA

Grenada to jedyny kraj w regionie, który dumnie prezentuje na swojej fladze... przyprawę. Poziomem finezji mogłaby jej dorównać co najwyżej Dominika, bo jej flagę zdobi... amazonka cesarska (Amazona imperialis). Tą intrygującą przyprawą jest gałka muszkatołowa, której aromat, rozbudzający marzenia o dalekich, egzotycznych lądach, pamiętamy jeszcze z babcinych piernikowych wypieków. Niewielka Grenada plasuje się w czołówce światowych eksporterów nasion muszkatołowca, a także cynamonu, goździków, imbiru i ziela angielskiego, co sprawia, że wizyta tutaj jawi się jako fascynująca podróż do krainy zapachów niesionych orzeźwiającą karaibską bryzą. 

 

Kroniki podają, że Krzysztof Kolumb ujrzał główną wyspę dzisiejszego kraju w sierpniu 1498 r. podczas trzeciej wyprawy do Nowego Świata (i nazwał ją Concepción), ale nie istnieją dowody na to, że na niej wylądował. Hiszpanie nigdy się w tym miejscu nie osiedlili, a kolonizacja udała się dopiero francuskim osadnikom w połowie XVII w. Przez dziesięciolecia opór stawiali tu Karaibowie, którym dodatkowo przypisuje się praktykowanie ludożerstwa. Potem (w drugiej połowie XVIII stulecia) Grenada trafiła w ręce Brytyjczyków. Niepodległość uzyskała w 1974 r. W październiku 1983 r. wojska USA wysłane przez prezydenta Ronalda Reagana (1911–2004) wylądowały na niej z misją powstrzymania radykalnych ruchów lewicowych w regionie. We wrześniu 2004 r. Grenady nie oszczędził huragan Ivan. Za to w 2007 r. wspólnie z kilkoma karaibskimi sąsiadami gościła ona spotkania Mistrzostw Świata w Krykiecie – mającej długą tradycję grze drużynowej, rozgrzewającej fanów zwłaszcza w byłych koloniach brytyjskich. 

 

Główną siłę ekonomiczną tego kraju, niestety borykającego się z dużym zadłużeniem, stanowi rozwój turystyki. Szczęśliwie wybrzeże Grenady wypełniają idylliczne plaże. Jedna z nich, licząca 3 km Grand Anse, położona w okolicy stołecznego miasta St. George’s, należy do najpiękniejszych na świecie i regularnie trafia do czołówki rozmaitych rankingów. Skarbem Grenady są również ukryte wśród bujnej zielonej roślinności zjawiskowe wodospady, np. Annandale, Concord, Seven Sisters albo Tufton Hall i Royal Mount Carmel. Realizuje się tu też liczne projekty ekoturystyczne, jak choćby zainicjowana w 2014 r. interesująca impreza Grenada Chocolate Fest (najbliższa jej edycja odbędzie się w terminie od 1 do 6 maja 2020 r.), podczas której turyści mogą odwiedzić usytuowane w lasach deszczowych plantacje kakaowców sięgające swoją historią początków XX w. Mieszkańcy kraju to w większości potomkowie francuskich kolonistów, afrykańskich niewolników i imigrantów z Indii. Wpływy przywiezionych przez nich kultur przejawiają się w architekturze, języku, szeroko pojętej sztuce i kuchni. Niezwykle popularnym daniem jest aromatyczny jednogarnkowy gulasz oil down z owoców chlebowca, solonego mięsa, kurczaka, pierożków i rozmaitej zieleniny, duszony w mleku kokosowym z mnóstwem ziół i przypraw. Jego nazwa, czyli „olej na dół”, wzięła się stąd, że mleko kokosowe podczas gotowania odparowuje, w wyniku czego oddziela się tłuszcz. Nie istnieje uniwersalny przepis na tę potrawę. Każda rodzina, uliczna garkuchnia, bar czy restauracja przyrządza ją wedle swoich preferencji.

 

DOMINIKA

TROPEM PIRATÓW

W kwietniu i maju 2005 r. na położnej w archipelagu Małych Antyli (w grupie Wysp Nawietrznych) Dominice, okazałej i pięknej wyspie, zasnutej lasem deszczowym, rozpanoszyła się ekipa kręcąca amerykański film Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka. Pogoda dopisała, a aktorzy, z Johnnym Deppem, Orlandem Bloomem i Keirą Knightley na czele, oraz statyści odegrali wspaniale swoje role. Nie było to łatwe w parnym tropiku – musieli nosić stroje z epoki, pełne makijaże i piracki ekwipunek. Ta hollywoodzka produkcja stanowi poniekąd efektowną kampanię promocyjną wyspy, bo ukazuje jej niebywałe przyrodnicze i krajobrazowe bogactwo. Dominika pozostaje nadal Karaibami nienaruszonymi, miejscami dzikimi i tajemniczymi. Filmowcy doskonale wiedzieli, gdzie powinni się udać. 

 

Wiele scen zapierających dech w piersiach pod względem wizualnym nakręcono w oszałamiających plenerach w okolicy miasta Portsmouth, dawnej stolicy wyspy (w 1760 r.), na Indiańskiej Rzece (Indian River). Ci, którzy widzieli film, na pewno pamiętają zamglone czeluście bagiennych rozlewisk, gdzie urzędowała zagadkowa (i do tego całkiem seksowna!) wiedźma Tia Dalma (grana przez Naomie Harris). Wyprawa po Indian River jest „miniaturą amazońskiej przygody”, jak miał powiedzieć znany tutejszy historyk i polityk Lennox Honychurch, piewca urody Dominiki, popularyzator jej bogatych dziejów, jeden z najbardziej prominentnych obywateli tego kraju. We wrześniu 2017 r. wyspę spotkała ogromna tragedia. Nad tym kawałkiem karaibskiego raju, wciśniętym między Gwadelupę a Martynikę, rozpętało się piekło huraganu Maria. Straty były ogromne i odbudowa kraju jeszcze potrwa. Jednak ludzie są tu silni. Trudno ich złamać. Starsi pamiętają jeszcze huragan David z końca sierpnia 1979 r. Wówczas także było ciężko, lecz Dominika się nie poddała. Teraz też powoli się odradza. Warto dać jej szansę i odkryć niewymowny urok takich miejsc jak Soufrière, Scotts Head, Pointe Michel, Roseau (15-tysięczna stolica kraju), Castle Bruce, wspomniane już miasto Portsmouth czy Calibishie oraz Terytorium Karaibów (znane również pod nazwą Rezerwat Karaibów lub Terytorium Kalinago).

 

SAINT LUCIA

FIGA Z RYBĄ

Pierwszymi Europejczykami, którzy po zawarciu paktu z Karaibami osiedlili się na stałe na Saint Lucii (Świętej Łucji), byli Francuzi (wcześniej przed nimi, w 1605 r., pojawili się na wyspie Brytyjczycy, ale szybko zostali zmuszeni do jej opuszczenia). Miejscowi zwali ją wówczas Hewanorrą (Ioüanalao), co ponoć odnosiło się do dużej liczby występujących na niej legwanów. Dziś przypomina o tym nazwa międzynarodowego portu lotniczego (Hewanorra International Airport – UVF) działającego na południu Saint Lucii (obok miasta Vieux Fort). Przez długi czas o kontrolę nad wyspą walczyli ze sobą Francuzi i Brytyjczycy. W 1814 r. ostatecznie zwyciężyli ci ostatni. I jedni, i drudzy czerpali olbrzymie korzyści z uprawy trzciny cukrowej, a do ciężkiej pracy na plantacjach wykorzystywali niewolników. Po ostatecznym zniesieniu niewolnictwa, co nastąpiło 1 sierpnia 1834 r., okazało się, że mieszkańców pochodzenia afrykańskiego jest znacznie więcej niż tych z korzeniami europejskimi. W 1979 r. Saint Lucia stała się niepodległa. 

 

W kulturze wyspy łączą się ze sobą elementy afrykańskich, francuskich i brytyjskich zwyczajów i tradycji. Co roku w maju odbywa się Saint Lucia Jazz & Arts Festival (w 2020 r. według wstępnych planów zostanie zorganizowany w dniach od 2 do 10 maja), przyciągający artystów i melomanów z całego świata. Poza muzyką wydarzenie to prezentuje też m.in. sztuki wizualne czy lokalną kuchnię. Z Saint Lucii pochodzą także dwaj laureaci Nagrody Nobla. Są nimi zmarły w 1991 r. ekonomista Arthur Lewis (1979 r.) i wspomniany literat Derek Walcott (1992 r.), którego twórczość pełną karaibskich odniesień poznaliśmy w Polsce dzięki antologii wierszy Mapa Nowego Świata.

 

Kto dotrze na tę czarującą wyspę, skojarzy zapewne bez problemu, dlaczego na fladze państwa widnieją dwa trójkąty – duży i mały, wyłaniające się z tła w kolorze rajskiej laguny. Na południowym zachodzie oczom przybyszy ukazują się dwa sięgające nieba stożki pokryte soczystą, tropikalną zielenią – Gros Piton (ok. 771 m n.p.m.) i Petit Piton (743 m n.p.m.). W 2004 r. te położone w okolicy miasta Soufrière (założonej przez Francuzów w XVIII stuleciu pierwszej stolicy Saint Lucii) cuda natury wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oba wulkaniczne szczyty stanowią ogromną atrakcję dla aktywnych turystów, choć większą popularnością cieszy się ten wyższy, a to ze względu na fakt, że zdobycie go nie wymaga korzystania ze specjalistycznego sprzętu. Cała wyprawa (przejście trasy w obie strony) zajmuje mniej więcej 5–6 godz. Ten, kto wybierze się na Petit Piton, przy dobrej widoczności dostrzeże w oddali wyspy Dominika, Martynika, Barbados i Saint Vincent. Komu zabraknie siły i chęci, aby zostać alpinistą na Karaibach, może „zdobyć” oba szczyty w inny sposób – wychylając butelkę lodowatego lokalnego piwa Piton, na którego etykiecie widnieją. Warto też spróbować, choćby na bazarze w Castries, stolicy kraju, narodowego dania green fig and salt fish z gotowanych zielonych bananów (zwanych tu zielonymi figami) i solonej ryby (np. dorsza) duszonej z cebulą, papryką, tymiankiem i innymi aromatycznymi przyprawami. Często podaje się do niego sałatkę z ogórków lub sałaty oraz pomidora i awokado. Poza tym z rozmaitych rosnących na Saint Lucii owoców (od mango po karambole) wyciska się orzeźwiające soki.

 

Większość turystów odwiedza wyspę w trakcie rejsu ogromnymi, luksusowymi statkami wycieczkowymi, zawijającymi do wielu portów karaibskich. Po przybiciu do brzegu spędzają leniwie czas w Castries, Marigot Bay lub Rodney Bay. Bardziej wymagające osoby dotrą z pewnością do Sulphur Springs koło Soufrière, gorących źródeł buchających parą o zapachu... zepsutych jaj. To specyficzne miejsce otrzymało równie osobliwą nazwę – drive-in volcano, czyli „wulkan, do którego da się wjechać”. Poniżej poziomu źródeł, gdzie temperatura wody nieco spada (choć wciąż wynosi ok. 45°C), śmiałkowie mogą zażywać kąpieli błotnych, mających ponoć właściwości lecznicze.

 

WENEZUELA 

PRAWDZIWA PERŁA

Serce na Karaibach można zostawić nie tylko na Wielkich bądź Małych Antylach. Najlepszym na to przykładem są wyspy Margarita, Coche i Cubagua tworzące wspólnie wyjątkowy wenezuelski stan o nazwie Nueva Esparta. Blisko wybrzeża Wenezueli (mniej więcej 130 km na północ od portowego miasta La Guaira) leży także porywający archipelag Los Roques, szczycący się największymi rafami koralowymi na Karaibach (o łącznej powierzchni aż 1,5 tys. km²!). 

 

Margarita została odkryta przez Krzysztofa Kolumba 15 sierpnia 1498 r. w czasie jego trzeciej wyprawy. Nazwał ją La Asunción, gdyż w tym dniu przypadało święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Później została przemianowana na Margaritę z powodu dużych ilości pereł znajdowanych w jej pobliżu (Margarita to żeńskie imię pochodzące od greckiego słowa margaritari oznaczającego perłę). Niezmiernie zróżnicowana pod względem krajobrazowym wyspa dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń miłośnikom dzikiej przyrody. Zadziwia ogromną różnorodnością występującej na niej fauny. Spotyka się tu rozmaite zwierzęta: od pochodzącego stąd mulaka (Odocoileus margaritae, hiszp. venado enano de Margarita), przez będącą symbolem Margarity przepięknie ubarwioną amazonkę wenezuelską (podgatunek Amazona barbadensis rothschildi, hiszp. cotorra margariteña), po legwana zielonego (Iguana iguana, hiszp. iguana verde). Niestety wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem, jak choćby wspomniany legwan, którego populacja drastycznie zmalała wskutek polowań (nie brakuje bezwzględnych smakoszy jaj i mięsa tego majestatycznego gada). Na wyspie występuje również guacharaca, czyli czakalaka rdzaworzytna (podgatunek Ortalis ruficauda ruficauda). Hiszpańska nazwa tego ptaka nawiązuje do dźwięku, jaki w okresie godowym wydaje samica. Przypomina on brzmienie instrumentu guacharaca – kluczowego dla gatunku muzycznego vallenato, pochodzącego z karaibskiego wybrzeża Kolumbii.

 

Ciekawostkę przyrodniczą, tym razem dotyczącą flory, stanowi fakt, że na wyspie rośnie wiele okazów niezwykle toksycznego i niebezpiecznego drzewa manzanilla de la muerte – „jabłuszko śmierci” (Hippomane mancinella). Tę roślinę spotyka się też w innych miejscach w regionie, od Gwadelupy po Florydę. Kontakt z jakąkolwiek częścią tego drzewa może okazać się fatalny w skutkach. Sok wypływający z pnia jest tak trujący, że powoduje powstawanie wysypki i pęcherzy na skórze, a zaaplikowany na oczy potrafi spowodować ślepotę. Nie warto także chronić się pod tym drzewem w czasie deszczu.

 

Margarita, nazywana słusznie Perłą Karaibów (hiszp. Perla del Caribe), stanowi jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych w Wenezueli, choć ostatnio bywa rzadziej odwiedzana przez turystów z Europy ze względu na ogromną zapaść ekonomiczną kraju i jego polityczną niestabilność. Jednak wielbiciele surfingu, wind- i kitesurfingu, nurkowania, żeglarstwa i innych sportów wodnych mogą na niej liczyć na doskonałe warunki pogodowe i odpowiednią infrastrukturę. Wyspa przyciąga również zabytkowymi kolonialnymi miastami, takimi jak La Asunción (stolica stanu), oraz wiekowymi hiszpańskimi fortyfikacjami (m.in. Castillo Santa Rosa, Castillo San Carlos de Borromeo czy Fortín La Galera).

 

MEKSYK

PO MEKSYKAŃSKU

Turyści lądujący w meksykańskim Cancún na półwyspie Jukatan marzą zwykle o błogim wypoczynku w luksusowych kurortach z bogatą ofertą all inclusive. Zaciekawiają ich też malownicze ruiny prekolumbijskiego miasta Majów Tulum. Jednak w pakiecie wakacyjnym otrzymują znacznie więcej. Z jednej strony dostają sam barwny Meksyk z archeologicznymi skarbami i szalonymi kulinarnymi rozmaitościami, a z drugiej – Karaiby rozkołysane gorącymi rytmami, rozweselone rumem, odzwierciedlające wyobrażenia o ziemskim raju. 

 

Kilka mil od wybrzeża Jukatanu, tam, gdzie wody Zatoki Meksykańskiej łączą się z Morzem Karaibskim, leży niewielka Wyspa Kobiet – Isla Mujeres (mająca 4,22 km² powierzchni i 13 tys. mieszkańców). W 1517 r. odkrył ją dla Starego Świata hiszpański konkwistador Francisco Hernández de Córdoba (ok. 1467–1517). Przed podbojami Europejczyków stanowiła miejsce kultu, gdzie czczono Ixchel (Ix Chel), majańską boginię, opiekunkę wszystkiego, co kobiece, patronkę miłości, płodności, macierzyństwa, medycyny i tkactwa. Każda młoda dziewczyna zmierzająca ku dorosłości miała obowiązek odbyć tu pielgrzymkę w ramach obrzędu przejścia. Do Ixchel należała jedyna w uniwersum Majów wyrocznia, lecz wszelkie proroctwa mogły odnosić się tylko do spraw kobiet. Kiedy hiszpańscy zdobywcy dostrzegli na plażach wyspy mnóstwo porzuconych figurek ofiarnych o kobiecych kształtach, nadali jej adekwatną nazwę, funkcjonującą i obecnie. Ponoć temu przychylnemu żeńskiemu bóstwu zdarzało się również ujawniać swoją drugą, gniewną i bezlitosną naturę. Przypisywano mu wtedy np. rozpętywanie tropikalnej burzy. Ruiny majańskiego sanktuarium poświęconego Ixchel zachowały się na Punta Sur, przylądku położonym na południowym krańcu wyspy. Za to w jej centrum znajdują się pozostałości wytwornej hacjendy (Hacienda Mundaca), niegdyś należącej do Fermína Antonia Mundaca y Marecheaga (1825–1880), odkrywcy i najemnika pochodzenia baskijskiego, a także niechlubnej sławy handlarza, który podobno dorobił się fortuny na dostarczaniu niewolników z Afryki na Kubę, gdzie mieli pracować na plantacjach trzciny cukrowej. Obecnie tej turystycznej atrakcji przydałaby się gruntowna rewitalizacja, choć spacerującym po niej legwanom jej stan najwyraźniej nie przeszkadza.

 

Ciepłe i przejrzyste wody wokół Wyspy Kobiet przyciągają delfiny, w których towarzystwie można tu popływać (stanowi to lokalną rozrywkę), oraz żółwie morskie. Dla tych ostatnich stworzono specjalny ośrodek rehabilitacji i hodowli (Tortugranja), ponieważ ich populacja gwałtownie spadła z powodu polowań. Obiekt jest dostępny dla zwiedzających. Oprócz tego wyspa sąsiaduje z majestatycznymi rafami, zamieszkiwanymi przez bogatą morską faunę. Leżą one w granicach Parku Przyrodniczego Raf Garrafón (Parque Natural de Arrecifes Garrafón). W okolicy można uprawiać snorkeling i nurkowanie z akwalungiem lub popływać kajakiem. 

 

Gratką dla wędkarzy dalekomorskich, amatorów połowów sportowych i komercyjnych są pobliskie najlepsze na naszym globie łowiska do łapania żaglicy (Istiophorus platypterus), drugiej najszybciej pływającej ryby na świecie (osiągającej prędkość nawet 110 km/godz.), zaraz po ostronosie atlantyckim (rekinie ostronosym). Na wyspie znajduje się wiele punktów gastronomicznych, zarówno prostych barów, jak i droższych, ekskluzywnych restauracji, w których podaje się świeże owoce morza, przyrządzane według lokalnych, tradycyjnych przepisów. Oferta kulinarna jest niezmiernie szeroka – obejmuje różnorodne potrawy: od meksykańskich po tajskie czy żydowskie. Zdarzają się też oryginalne dania powstające zgodnie z dawnymi recepturami jukatańskimi lub wywodzące się z codziennego menu... Majów.

 

Kilkanaście kilometrów od jukatańskiego wybrzeża z klimatycznym miastem o dźwięcznej nazwie Playa del Carmen leży inna zachwycająca karaibska wyspa Meksyku – Cozumel. Jest płaska i utworzona z wapienia pochodzącego z rafy koralowej, w dużej części pokryta lasem namorzynowym. Żyje na niej blisko 30 endemicznych gatunków zwierząt, w tym szop karłowaty (Procyon pygmaeus, hiszp. mapache de Cozumel), którego, jak potwierdzają badania archeologiczne, znali już Majowie. Obecnie na Cozumel przybywają licznie entuzjaści nurkowania zwabieni wielkim bogactwem raf koralowych i zjawiskowym pięknem podwodnego świata. Z kolei doświadczeni nurkowie jaskiniowi wyruszają na eksplorację słynnych cenotów, czyli naturalnych studni krasowych, zasilanych wodami gruntowymi, utworzonych w skałach wapiennych. Znakomitym urozmaiceniem wizyty na wyspie będzie udział w lokalnym karnawale (Carnaval de Cozumel w 80-tysięcznym San Miguel de Cozumel), uznawanym za jeden z najstarszych (świętowanym od 1873 r.) i najbardziej reprezentatywnych dla Meksyku. Wyróżnienie to dzieli on z podobnymi fiestami z miast Veracruz, Mazatlán, Campeche, Mérida, Morelos, Tlaxcala i Oaxaca. Gorące rytmy i taneczne szaleństwo odzwierciedlają kulturę półwyspu Jukatan i Karaibów. Na Cozumel usytuowany jest również najbardziej wysunięty na wschód punkt kraju – Punta Molas.

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum powstałe na 12 ­metrowym klifie muskanym przez turkusowe fale

 

ANTIGUA I BARBUDA

PLAŻE I FREGATY

Antigua i Barbuda to państwo, w którego granicach leżą dwie większe wyspy (Antigua i Barbuda) i mniejsze wysepki (np. Great Bird, Green, Guiana, Long czy Redonda). Znajduje się na północ od Gwadelupy, na północny wschód od Montserrat i na południowy wschód od Saint Kitts i Nevis. Ponoć Hiszpanie nie skolonizowali Antigui, bo brakowało na niej słodkiej wody oraz dawali im się we znaki agresywni Karaibowie. Krzysztof Kolumb ujrzał tę wyspę podczas swojej drugiej podróży do Nowego Świata w 1493 r. Ochrzcił ją na cześć Matki Boskiej z Antigui, do której w Katedrze w Sewilli (Catedral de Sevilla) modlili się marynarze proszący o pomyślne wiatry. W pierwszej połowie XVII w. osiedlili się tu Brytyjczycy (w 1632 r. na Antigui, a dopiero w 1685 r. na Barbudzie), aby kilka dekad później zacząć czerpać olbrzymie dochody z plantacji trzciny cukrowej prosperujących dzięki pracy niewolników przywiezionych z Afryki. Brytyjskie rządy trwały ponad trzy i pół wieku. Dzisiejsza stolica (jednocześnie największe miasto kraju, blisko 25-tysięczne), St. John’s, była wówczas główną bazą morską i wojskową w regionie. Potężne twierdze chroniły kluczowe zatoki i porty. Obecnie forty Barrington i James są dostępne dla zwiedzających. Antigua i Barbuda uzyskała niepodległość (w ramach Wspólnoty Narodów zrzeszającej dawne brytyjskie kolonie) w listopadzie 1981 r. Kultura tego wyspiarskiego kraju stanowi przede wszystkim mieszankę wpływów Afryki Zachodniej i Wielkiej Brytanii. Karnawał (Antigua’s Carnival) odbywający się co roku na przełomie lipca i sierpnia upamiętnia zniesienie niewolnictwa i sam w sobie jest atrakcją turystyczną.

 

Obie największe wyspy mają charakter nizinny, bardziej wapienny niż wulkaniczny. Są otoczone rafami, a ich linie brzegowe składają się z malowniczych plaż, lagun i naturalnych portów idealnych dla niezliczonych jachtów. Antigua szczyci się wybrzeżem z miałkim, białym piaskiem, oblewanym turkusową, krystalicznie czystą wodą. Nie pozostaje tu nic innego, jak oddać się błogiemu lenistwu z fantazyjnym koktajlem na bazie rumu English Harbour lub lokalnym piwem Wadadli (tak zwali wyspę jej rdzenni mieszkańcy, Arawakowie) w dłoni. 

 

Sugestywnym hasłem zachęcającym turystów do wizyty na Antigui jest to mówiące, że leży na niej 365 plaż, po jednej na każdy dzień roku. Z kolei Barbuda, znacznie spokojniejsza od swojej rozrywkowej siostry, zachęca do obcowania z dziką przyrodą, szczególnie osoby lubiące obserwować tropikalne ptaki w ich naturalnym środowisku. W rezerwacie Frigate Bird Sanctuary nad laguną Codrington znajduje się najliczniejsza na półkuli zachodniej kolonia lęgowa fregaty wielkiej (Fregata magnificens). Gardło ptaka zdobi niesamowity purpurowy worek z nagiej skóry, który gdy wypełni się powietrzem, przypomina rozpięty na wietrze żagiel. Niestety, we wrześniu 2017 r. większa część Barbudy została zniszczona przez huragan Irma. Prędkość wiatru sięgała 257 km/godz. Na skutek przejścia huraganu mocno ucierpiała zabudowa i infrastruktura wyspy oraz jej cenna przyroda.

 

Na Antigui znajdują się uprawy tzw. czarnego ananasa, bardzo słodkiego i soczystego. Dojrzała skóra owocu zachowuje ciemnozielony kolor – stąd wzięła się jego nazwa. Ananasy uprawiali tu w epoce prekolumbijskiej już Arawakowie, podobnie zresztą jak kukurydzę czy słodkie ziemniaki, odgrywające dziś w miejscowej kuchni bardzo ważną rolę. Popularnym daniem na wyspie jest ducana – rodzaj pieroga lub zawijanego naleśnika z tartych słodkich ziemniaków, z kokosem, cukrem, mleczkiem kokosowym, przyprawami i mąką. Masę zawija się w liście bananowe (albo kokkoloby) lub folię i gotuje do stwardnienia. Potrawę tę serwuje się np. z soloną bądź duszoną rybą (głównie dorszem, nazywanym tutaj bacalą) oraz porcją chop-up, czyli najczęściej siekanego szpinaku, bakłażana i okry (piżmianu jadalnego). W okresie świąt Bożego Narodzenia pija się Ponche Kuba Cream Liqueur – gęsty kremowy likier w kolorze jasnobrązowym, bardzo słodki i zawierający na ogół 9 proc. alkoholu.

 

JAMAJKA

„JAMAICA, NO PROBLEM!”

Jamajka uchodzi za esencję karaibskiego luzu, wyspę bajecznych plaż i zrelaksowanych mieszkańców, od których warto nauczyć się cennej sztuki spowolnienia. Kojarzy się z Bobem Marleyem (1945–1981) w typowym scenicznym transie, muzyką reggae i kulturą rastafarian, popalających grube skręty z marihuaną, których słodkawy zapach łatwo rozpoznać w różnych miejscach. Jeśli ktoś nie wie, jak powinien wyglądać standardowy joint, niech zerknie na okładkę Catch a Fire – piątego albumu studyjnego jamajskiego zespołu Bob Marley & The Wailers (wydanego w 1973 r.). Dzięki swojej olbrzymiej charyzmie ten dorastający w Trench Town, slumsach na przedmieściach Kingston, jamajskiej stolicy, Jamajczyk rozsławił małą karaibską wyspę (zajmującą powierzchnię blisko 11 tys. km²) na cały świat, wraz z jej płynącą z serca, rytmiczną, ogrzaną słońcem muzyką i niezmiernie barwnym dziedzictwem kulturowym. 

 

Niewielu kojarzy, że 3 grudnia 1976 r. Boba Marleya miały dosięgnąć kule zamachowców. Wtargnęli oni do jego domu przy Hope Road 56 w Kingston, gdzie mieściło się także studio nagraniowe, i oddali strzały do zgromadzonych w nim osób, lecz artyście udało się ujść z życiem. Kto wie, czy owa nadzieja (hope) w adresie zamieszkania nie okazała się wówczas prorocza. Ten nieudany zamach opisał Marlon James, gwiazda jamajskiej prozy. Jego błyskotliwą, będącą językowym majstersztykiem, ponad 700-stronnicową powieść Krótka historia siedmiu zabójstw możemy przeczytać po polsku dzięki genialnemu tłumaczeniu Roberta Sudoła. Na nasz język przetłumaczono jeszcze dwie inne powieści tego autora: Księga nocnych kobiet i Diabeł Urubu. 

 

Przy Hope Road 56 mieści się obecnie Muzeum Boba Marleya. Fani z całego świata mogą oglądać tu zdjęcia, plakaty z lat 70. XX w., płyty czy też fragmenty opraw scenicznych z jego koncertów. Dla ubogich, walczących o każdy grosz Jamajczyków ten artysta, syn mającego brytyjskie pochodzenie białego nadzorcy plantacji i ciemnoskórej piosenkarki z rodziny o muzycznych korzeniach, stanowi krzepiący duszę symbol niezwykłego awansu społecznego. Marley przez całe swoje życie, szczególnie to sceniczne, starał się dbać o los słabych i pokrzywdzonych, nigdy nie zapominał o najbiedniejszych i był orędownikiem praw czarnoskórych. Zmarł pokonany przez raka w maju 1981 r. Jego przesłanie przetrwało, a takie przeboje jak No Woman, No Cry, Get Up, Stand Up, Could You Be Loved, Is This Love czy Redemption Song (słynna Pieśń odkupienia zagrana pierwotnie w wersji akustycznej) rozbrzmiewają nadal w rozgłośniach radiowych na całym świecie i są chętnie wykonywane w nowych aranżacjach. Na Jamajce warto ruszyć szlakiem bogatej twórczości Boba Marleya, a po drodze posilić się typowo jamajskim daniem – jerk chicken. Obtoczone w przyprawach kawałki kurczaka marynuje się przez noc, a następnie piecze na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczny dla tej potrawy. Na koniec trzeba pomyśleć o porządnym odpoczynku. Najlepiej urozmaicić go sobie wyśmienitym koktajlem rum punch (ponczem na bazie rumu). Idealnym miejscem na zrelaksowanie się po podróży będzie jedna z oszałamiających karaibskich plaż w okolicy Negril lub Montego Bay. Trudną sztukę odpoczywania na pewno opanujemy bez problemu. W końcu to Jamajka, a to przecież magiczne, wyluzowane Karaiby!

 Bar w luksusowym resorcie Sandals negril, w którym można raczyć się koktajlami nad samym morzem

© SANDALS®NEGRIL

Artykuły wybrane losowo

Aktywny wypoczynek na Wyspach Kanaryjskich

 

Filip Werstler

 

 Parque Rural del Nublo we wnętrzu górzystej wyspy Gran Canaria

3700

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/ALEX BRAMWELL

 

Wyspy Kanaryjskie znane były już starożytnym, którzy określali je mianem Wysp Szczęśliwych. Trudno się zresztą z nimi nie zgodzić. Archipelag położony na Oceanie Atlantyckim należy do najpiękniejszych miejsc na świecie. Panujący tu klimat czyni go jednym z najbardziej przyjaznych dla ludzi regionów na ziemi. Liczba słonecznych dni w ciągu roku zdecydowanie przekracza 300 na większości z wysp. Rzadkie opady deszczu występują głównie późną jesienią, zimą i na początku wiosny. Temperatura powietrza utrzymuje się w granicach 17–25°C przez okrągłe 12 miesięcy. Te wyjątkowo sprzyjające warunki klimatyczne nie tylko wprowadzają przybyszów w dobry nastrój, ale także stwarzają znakomite możliwości do uprawiania rozmaitych sportów. A gdy aktywnie spędzamy czas, czujemy się przecież szczęśliwsi.

 

Na archipelag składa się siedem głównych wysp (Teneryfa, Fuerteventura, Gran Canaria, Lanzarote, La Palma, La Gomera i El Hierro) i okoliczne małe wysepki. Region należy do Hiszpanii, chociaż bliżej stąd do Afryki niż Europy. Największe jego miasta to Santa Cruz de Tenerife (ponad 200 tys. mieszkańców) i Las Palmas de Gran Canaria (ok. 380 tys.).

 

Najważniejszy atut tego archipelagu stanowi jego różnorodność. Każda wyspa jest inna, dlatego warto dowiedzieć się, jakie rodzaje sportu można uprawiać w konkretnych miejscach. Wybór mamy naprawdę duży. Wszelcy amatorzy aktywnego wypoczynku z pewnością znajdą tu coś dla siebie.

 

Ferteventura i silne wiatry

 

Według niektórych teorii malownicza Fuerteventura, leżąca zaledwie ok. 100 km od północno-zachodniego wybrzeża Afryki, wzięła swoją nazwę od hiszpańskich słów fuerte („silny”) i viento („wiatr”). Dziś wyspa jest prawdziwą mekką wind- i kitesurferów z całego świata. Panują na niej wręcz wymarzone warunki dla pasjonatów tych sportów, dotyczy to zwłaszcza wschodnich brzegów. Wiatr wiejący z zachodu osiąga w tej okolicy dość dużą siłę, ale jednocześnie powoduje, że powierzchnia wody staje się dość płaska. Szczególną popularnością cieszy się miejscowość Costa Calma (Spokojne Wybrzeże). Wynika to z faktu, że leży ona w najwęższej części Fuerteventury, gdzie wiatry są najmocniejsze. Ze względu na tak sprzyjające warunki powstały tutaj liczne ośrodki wind- i kitesurfingu. Największe na wyspie jest działające od 1984 r. centrum René Egli by Meliã położone w tym samym niezmiernie urokliwym miejscu, co luksusowy Hotel Meliã Gorriones (4 gwiazdki plus) wyróżniający się pełnymi tropikalnej roślinności ogrodami i dużym wyborem basenów, a mianowicie tuż przy bajkowej plaży Sotavento, którą uważa się nawet za jedną z najpiękniejszych na całym globie. Wzdłuż niej ciągnie się płytka 4-kilometrowa laguna, nadająca się wyśmienicie do nauki pływania na desce z żaglem lub latawcem (także pod czujnym okiem profesjonalnych polskich instruktorów!). W tej części Fuerteventury, dzięki zjawisku tunelu wietrznego, wieje praktycznie przez cały rok oraz panują wysokie temperatury powietrza i wody. Na całym archipelagu naprawdę trudno znaleźć lepsze warunki do uprawiania tych widowiskowych sportów. Dlatego też już od 1986 r. (zwykle na przełomie lipca i sierpnia) odbywają się tutaj Mistrzostwa Świata w Windsurfingu i Kiteboardingu (Fuerteventura Windsurfing & Kiteboarding World Cup). Przybywają na nie najlepsi sportowcy, a również liczni kibice i dziennikarze sportowi z różnych krajów. Oprócz podziwiania na żywo ekscytujących zmagań zawodników można się w tym czasie także rozerwać. Zawodom, które trwają zazwyczaj od ok. 10.00 do 18.00, towarzyszą dodatkowe atrakcje – specjalny namiot z przysmakami lokalnej kuchni, występy muzyków na żywo i bogaty program dla całych rodzin. Wieczorami, od godz. 21.00, zaczynają się klimatyczne szalone imprezy do białego rana i ciekawe koncerty. Te mistrzostwa, świetnie zorganizowane przez René Egli by Meliã (pod kierownictwem niezmiernie profesjonalnej Anniki Ingwersen), warto polecić każdemu.

 

Jednak na Fuerteventurę można wybrać się nie tylko w okresie wspomnianego wydarzenia. Sezon na uprawianie sportów panuje na niej właściwie przez cały rok. Obok przepięknej plaży Sotavento wind- i kitesurferzy odwiedzają również inne miejsca na wyspie. Wielu z nich zatrzymuje się w wysuniętych na południe miasteczkach Jandía i Morro Jable (należących razem ze wspomnianą już miejscowością Costa Calma do gminy Pájara), gdzie z uwagi na położenie geograficzne także wieją silne wiatry. Niektóre osoby udają się natomiast na północ, w okolice Dunas de Corralejo, czyli spektakularnych wydm leżących niedaleko 20-tysięcznego kurortu Corralejo, będącego stolicą turystyczną tej części Fuerteventury. Tutejsze wybrzeże jest wielką atrakcją nie tylko dla amatorów sportów wodnych, ale i dla wszystkich marzących o wypoczynku w malowniczym otoczeniu. Bezkresne piaski przyciągają turystów z całej wyspy. W tym miejscu można uprawiać m.in. surfing, wind- i kitesurfing, stand up paddling (SUP) oraz grać w gry plażowe, biegać czy spacerować. To jedyny w swoim rodzaju zakątek, z pewnością warty odwiedzenia podczas aktywnych wakacji.

 

Zachodnie brzegi Fuerteventury są mniej popularne. Świetnie odnajdą się tu surferzy, choć ta część lądu jest słabiej skomunikowana. Jednak wysokie fale, powstające pod wpływem silnego wiatru wiejącego znad Atlantyku, rekompensują wszelkie trudności związane z dojazdem. Do głównych ośrodków surfingowych na wyspie należą La Pared czy El Cotillo. Mimo iż to niewielkie miejscowości, mają szczęście znajdować się w idealnych miejscach. Dzięki ich małej popularności nie przybywają do nich tłumy turystów, co sprawia, że warunki do szaleństw na wodzie są w tym rejonie doskonałe. Poza tym na wyróżnienie zasługuje też z pewnością Park Naturalny Jandía (Parque Natural de Jandía) z niesamowicie urokliwą plażą Cofete. Kręcono na niej sceny do filmu Ridleya Scotta Exodus: Bogowie i królowie z 2014 r. Nad niemal 14-kilometrowym piaszczystym brzegiem unosi się nigdy nieopadająca mżawka wywołana uderzeniami fal, a w tle widać góry oddzielające wybrzeże od reszty lądu. Prowadzącą tutaj malowniczą trasę pokrywa w dużej części nawierzchnia szutrowa.

 

Na Fuerteventurze popularnością cieszy się też stand up paddling

SUP Pic by John Carter PWA

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/LEX THOONEN

 

Trekking na GRAN CANARII

 

Gran Canaria, obok Fuerteventury i Teneryfy, uchodzi za jedną z najpopularniejszych wysp wśród turystów z Europy. W 2015 r. odwiedziło ją ponad 3,2 mln ludzi z kilkudziesięciu krajów. Na jej atrakcyjność wpływa duże zróżnicowanie pod względem klimatycznym i przyrodniczym. Co roku ściąga tu mnóstwo osób nastawionych na aktywny wypoczynek. Podobnie jak na Fuerteventurze także na Gran Canarii spotkamy licznych miłośników surfingu, wind- i kitesurfingu, choć warunki do uprawiania tych sportów są na niej mniej stabilne.

 

Na wyspie można również z powodzeniem odbywać wyprawy trekkingowe. Pokrywa ją wiele odpowiednich do tego celu tras. Zainteresowaniem cieszą się m.in. wycieczki do Roque Nublo (1813 m n.p.m.) – wznoszącej się pod niebo niemal 80-metrowej wulkanicznej skały (przywodzi ona na myśl Maczugę Herkulesa z Ojcowskiego Parku Narodowego). Przypominająca kolumnę formacja stoi nad głęboką przepaścią. Prezentuje się naprawdę imponująco, dlatego turyści często decydują się przyjrzeć się jej z bliska. W okolicy warto też wejść na znajdujący się nieopodal Pico de las Nieves – najwyższy szczyt Gran Canarii, wznoszący się na wysokość 1956 m. n.p.m. Można do niego dojechać głównie samochodem albo rowerem. Rozpościera się stąd wspaniała panorama, koniecznie trzeba więc zabrać ze sobą aparat fotograficzny.

 

Zupełnie niepopularna jest natomiast wyprawa na dziewiczą plażę Güigüi (Guguy), którą miejscowi uznają za najpiękniejszą na wyspie. Być może zasłużyła sobie na tak pochlebną opinię dlatego, że nie została usypana z białego piasku i nie udaje Karaibów jak pobliskie Playa de los Amadores czy Playa de Anfi del Mar. Prezentuje prawdziwe oblicze archipelagu – ciemny wulkaniczny brzeg otaczają wysokie majestatyczne klify i oblewają spienione fale Oceanu Atlantyckiego. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że ta wycieczka wymaga lepszej kondycji. My naszą wyprawę rozpoczęliśmy jeszcze przed świtem. Ok. godz. 5.00–5.30 wsiedliśmy w autobus w miejscowości Puerto de Mogán. Podaliśmy nazwę interesującej nas plaży, a kierowca dowiózł nas na przystanek na rozstaju dróg położony najbliżej naszego celu. Stąd mieliśmy do pokonania pieszo ok. 25-kilometrową trasę wiodącą głównie przez góry.

 

Na początku przemierzyliśmy 8 km po asfalcie do miejscowości Tasártico. Tu warunki się zmieniły. Dalej szliśmy już po szutrze i skałach aż do samego końca. Gdy trasa zaczęła piąć się pod górę, zauważyliśmy drogowskaz informujący o tym, że do celu zostało nam jeszcze 17 km. Ta część wyprawy była najbardziej wymagająca. Najpierw musieliśmy pokonać kilka kilometrów ostrego podejścia po średnio wyrobionej ścieżce. Zajęło nam to mniej więcej 2 godz. z jedną krótką przerwą na nabranie sił. Jednak po dotarciu na szczyt czekała nas wspaniała nagroda – cudowny widok na leżącą w dole zatokę i pobliską Teneryfę z górującym wulkanem Teide. Przez jakąś godzinę odpoczywaliśmy i cieszyliśmy się tym miejscem, po czym ruszyliśmy w dół. Ten ostatni odcinek wyglądał równie pięknie i osobliwie. Wokół nie dało się dostrzec żadnych śladów cywilizacji, zabudowań czy sklepów. Na ścieżce także nie spotkaliśmy nikogo. Nasze telefony nie łapały również zasięgu sieci komórkowych. Po drodze napotykaliśmy natomiast coraz więcej lokalnej roślinności.

 

Po dotarciu na plażę mogliśmy rozkoszować się jej niezwykłą urodą. Kilkusetmetrowe klify odgradzały resztę lądu od oceanu. Na rozległym i czystym piaszczystym brzegu byliśmy sami. W spokoju przyglądaliśmy się Teneryfie oddalonej od nas o niecałe 200 km. Najcudowniejszy moment tego dnia stanowił zachód słońca. Chowa się ono tutaj za szczytami sąsiedniej wyspy. To widok jedyny w swoim rodzaju, wręcz idylliczny.

 

Podczas planowania wycieczki na plażę Güigüi (Guguy) należy pamiętać o zapewnieniu sobie transportu powrotnego. Do wyboru mamy dwa wyjścia: wrócić tą samą drogą, ale będzie to bardzo męczące, albo dzień wcześniej umówić się z miejscowym rybakiem, aby przypłynął po nas o wskazanej porze. Naszą trójkę taka usługa kosztowała ok. 15 euro za osobę.

 

Oprócz uprawiania trekkingu na Gran Canarii można np. grać w golfa (choćby w jedynym na całym archipelagu resorcie z dwoma profesjonalnymi 18-dołkowymi polami golfowymi – Sheraton Gran Canaria Salobre Golf Resort!), nurkować (działa na niej nawet w kurorcie Puerto de Mogán polska szkoła Delphinus, a także nowatorskie centrum Sea TREK Spain w resorcie Anfi del Mar, zapraszające na spacery po dnie oceanu bez sprzętu nurkowego i uczestniczenia w specjalistycznym kursie!) albo jeździć konno. Na wyspie pojawia się zresztą coraz więcej firm oferujących ten ostatni rodzaj aktywności. Zazwyczaj takie wyprawy trwają 1–4 godz. i odbywają się w różnych częściach lądu. Ceny wahają się od 20 do 90 euro w zależności od organizatora i długości trasy. Kilka firm wyróżnia się wysokim standardem, profesjonalizmem i rozbudowaną ofertą. Jedną z nich jest bez wątpienia El Salobre Horse Riding. Należące do niej ranczo z kilkunastoma wierzchowcami leży na południu, nieopodal turystycznej stolicy Gran Canarii – Maspalomas (ok. 10 minut od niej). W okolicy znajdują się przepiękne wydmy, wulkaniczne szlaki i tropikalne plantacje. Poza tym ten rejon charakteryzuje się oryginalną florą i fauną. To wszystko przyciąga wielu miłośników jazdy konnej z różnych krajów (w tym i z Polski!). Zdecydowanie warto rozważyć wybranie się na wycieczkę po wyspie na końskim grzbiecie, tym bardziej że tutejsze zapierające dech w piersiach krajobrazy czynią z niej ekscytujące przeżycie.

 

Na archipelagu wzrasta też zainteresowanie kolarstwem, dotyczy to zwłaszcza Gran Canarii i Teneryfy. Uprawianiu tego sportu sprzyjają m.in. duże różnice wysokości i przyjazny klimat przez okrągły rok. Poza tym znajdują się tu niezmiernie malownicze i kręte drogi. Wielbicieli jazdy na rowerze przyciągają wymagające trasy ze spektakularnymi widokami. Na Gran Canarii prowadzą one zazwyczaj przez jej wnętrze, które jest w mniejszym stopniu zamieszkane i rzadziej odwiedzane przez turystów. Wyspa charakteryzuje się znaczną różnorodnością szlaków. Lokalne firmy oferują usługi na wysokim poziomie – zajmują się nie tylko wypożyczaniem sprzętu, ale także organizują wycieczki czy nawet specjalne obozy kolarskie, które trwają zazwyczaj od 5 do 10 dni. Pakiety obejmują zakwaterowanie w komfortowym hotelu, transport i częściowe wyżywienie (half board, czyli śniadanie i obiadokolację). Jeżeli chcemy jedynie wypożyczyć rower górski lub kolarzówkę, będzie nas to kosztować od ok. 12 euro za dzień (70 euro za tydzień).

 

Surowa Lanzarote

 

Jak na większości wysp w archipelagu, również na Lanzarote bardzo dużą popularnością cieszą się surfing, wind- i kitesurfing oraz stand up paddling (SUP). Amatorzy tych dyscyplin zjeżdżają głównie do miejscowości Famara (Caleta de Famara). Jednak można tutaj robić jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy.

 

Lanzarote znana jest choćby z zawodów triatlonowych. W ciągu roku odbywa się na niej kilka takich imprez sportowych, z których największą sławą na całym świecie cieszą się te z serii IRONMAN. Od ich uczestników wymaga się naprawdę bardzo dobrego przygotowania. Muszą oni przepłynąć 3,86 km, pokonać na rowerze dystans 180,25 km i przebiec odcinek 42,20 m (maraton) bez żadnej przerwy. Dlatego też ten wyścig uchodzi za wyjątkowo trudny i budzi niemałe zainteresowanie nie tylko wśród osób chcących sprawdzić swoją wytrzymałość, lecz także i widzów. Club La Santa IRONMAN Lanzarote (jego tegoroczna edycja odbędzie się 20 maja) to jedna z imprez cyklu zawodów organizowanych przez World Triathlon Corporation. Stanowi nie lada gratkę dla amatorów triatlonu i kibiców sportowych.

 

Okolice wyspy odwiedzają również chętnie nurkowie. Nic więc dziwnego, że na jej południowym krańcu, na słynnym wybrzeżu Playa Blanca, znajdziemy nawet polskie centrum Delphinus Lanzarote, dawne Cool Dive. Miłośnicy wielkiego błękitu mogą tu podziwiać faunę typową dla Oceanu Atlantyckiego. Poza tym ostatnio, 11 stycznia 2017 r., w sąsiedztwie Lanzarote (w Bahía de Las Coloradas, na głębokości mniej więcej 12–14 m) otwarto zupełnie nowe, pierwsze w Europie, podwodne muzeum – Museo Atlántico. Składa się na nie imponujący zbiór celowo zatopionych rzeźb brytyjskiego artysty Jasona deCairesa Taylora. Można przyjrzeć im się z bliska podczas ok. 1-godzinnej wyprawy nurkowej wyruszającej z Mariny Rubicón (cena 12 euro od osoby dorosłej) lub z trochę dalszej odległości w trakcie rejsu wolno płynącym statkiem ze szklanym dnem.

 

Kolejną unikatową na skalę europejską propozycją są firmowane przez system Sea TREK niesamowite spacery po dnie Atlantyku bez sprzętu dla nurków i ukończenia specjalistycznego szkolenia. Dzięki kaskowi z doprowadzanym tlenem wizytę w podwodnym królestwie Wysp Kanaryjskich złożymy już po przejściu 10-minutowego instruktażu, nawet jeżeli nie potrafimy pływać. Na tego typu rozrywkę zaprasza wszystkich chętnych szkoła nurkowa Native Diving w modnym kurorcie Costa Teguise na wschodnim wybrzeżu Lanzarote (oraz wspomniane centrum Sea Trek Spain w Anfi del Mar na Gran Canarii). Schodzi się wówczas na maksymalną głębokość 6 m, a cała przyjemność trwa 45 minut i kosztuje 60 euro od osoby dorosłej.

 

Na wyspie znajduje się również mnóstwo tras dla miłośników trekkingu i jazdy na rowerze. Szlaki są wyjątkowo atrakcyjne ze względu na tutejsze malownicze powulkaniczne krajobrazy. Na terenie miejscowego Parku Narodowego Timanfaya (Parque Nacional de Timanfaya) doszło do jednej z najdłuższych erupcji w dziejach nowożytnych (w latach 1730–1736 codziennie z ok. 300 kraterów wypływały olbrzymie ilości lawy). Surowa okolica wywiera na zwiedzających ogromne wrażenie. Wspaniałe piesze wycieczki można organizować nie tylko na obszarze parku (ponad 51 km² powierzchni). Zabronione jest poruszanie się po nim na rowerze górskim, ale dozwolone – na szosowym. Na tym ostatnim pojeździmy po głównej drodze parkowej, która stanowi zresztą część trasy słynnego wyścigu triatlonowego Club La Santa IRONMAN Lanzarote. Na całej wyspie znajdziemy wiele urokliwych i dobrze przygotowanych tras rowerowych, choćby Costa Teguise – Arrieta (42 km, dość trudny do pokonania odcinek, na tę wyprawę należy przeznaczyć ok. 5–6 godzin) czy Costa Teguise – Los Cocoteros (30 km, szlak średnio trudny, ok. 3,5–4-godzinny).

 

Jazda rowerem górskim na Lanzarote dostarcza ekscytujących wrażeń

12822

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/SERAFÍN ARGIBAY CARBALLADA

 

Pełna atrakcji Teneryfa

 

Zdaniem wielu turystów Teneryfa ma ze wszystkich kanaryjskich sióstr najwięcej do zaoferowania. To świetne miejsce do uprawiania rozmaitych sportów wodnych, trekkingu po zróżnicowanym terenie czy jazdy na rowerze wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów. Z pewnością jedną z ciekawszych i mniej typowych form aktywności jest golf. W ostatnich latach cieszy się on tutaj coraz większą popularnością. Profesjonalne pola do gry znajdziemy na kilku wyspach. Najwięcej powstało ich na Teneryfie i Gran Canarii (na tej ostatniej na uwagę zasługuje m.in. jedyny na całym archipelagu resort z dwoma 18-dołkowymi polami golfowymi – Sheraton Gran Canaria Salobre Golf Resort, położony niedaleko opisywanego już nieco szerzej rancza z końmi El Salobre Horse Riding). Cenią je sobie zarówno doświadczeni golfiści, jak i osoby początkujące.

 

Ośrodki na Teneryfie leżą w jej południowej części, w pobliżu znanych turystycznych kurortów takich jak Playa de Las Américas, Costa Adeje i Los Cristianos (słynących również z doskonałych warunków do uprawiania surfingu, nurkowania, żeglarstwa czy sportów motorowodnych), oraz w rejonie północnym i zachodnim. Warto tu wymienić choćby Golf Costa Adeje i Golf Las Américas oraz Golf del Sur i Amarilla Golf & Marina na terenie gminy San Miguel de Abona. Charakteryzują się one nie tylko wysoką jakością oferowanych usług czy zróżnicowanym stopniem trudności, lecz także wyjątkowo malowniczym położeniem. W trakcie gry można podziwiać wspaniałe widoki np. na Ocean Atlantycki. Oprócz tego niewątpliwy atut profesjonalnych pól golfowych w tym regionie stanowią panujące tutaj warunki klimatyczne. Jak już wspominałem, przez zdecydowaną większość roku na archipelagu jest słonecznie i wystarczająco ciepło, aby spędzać czas na świeżym powietrzu. Dlatego na golfa na Teneryfę warto przylecieć zawsze, w listopadzie, marcu bądź lipcu. Poza nią równie korzystnymi warunkami szczyci się południe Gran Canarii. Na obu wyspach turystyka golfowa z roku na rok coraz bardziej się rozwija.

 

Piękna i różnorodna Teneryfa, największa i najludniejsza w archipelagu (2034 km² powierzchni i ok. 900 tys. mieszkańców), to również znakomity region na ciekawe wędrówki piesze. Miejscowe agencje turystyczne oferują też wycieczki objazdowe do najbardziej spektakularnych punktów widokowych czy wyprawy na wulkan Teide (3718 m n.p.m.). Wejście na ten najwyższy szczyt Wysp Kanaryjskich i całej Hiszpanii powinno być obowiązkowym zadaniem dla wszystkich spędzających aktywnie urlop w tym rejonie.

 

La Palma pod gwiazdami

 

Na północny zachód od Teneryfy leży La Palma. Turystyka masowa dopiero na nią dociera. Znajdziemy tu wciąż niewiele rozległych kompleksów hotelowych w porównaniu z opisanymi już czterema największymi wyspami. Dla odmiany mocno rozwija się w tym miejscu turystyka alternatywna. Ten zakątek archipelagu budzi więc zainteresowanie osób, które preferują ruch na świeżym powietrzu.

 

La Palma słynie z malowniczych zielonych terenów i dużej aktywności wulkanicznej. Ze względu na bogatą florę i faunę często wybierają się na nią miłośnicy przyrody i amatorzy długich pieszych wycieczek. Zwiedzających przyciąga zwłaszcza położony w centrum wyspy Park Narodowy Kaldery Taburiente (Parque Nacional de la Caldera de Taburiente), lubiany zarówno przez polskich, jak i zagranicznych turystów. Trasy na jego obszarze mają od kilku do kilkunastu kilometrów, dlatego na wyprawę najlepiej zarezerwować sobie cały dzień. Trzeba także pamiętać o odpowiednim obuwiu i sprzęcie do pieszych wędrówek. Z uwagi na znaczne różnice wysokości sugeruje się wynajęcie przewodnika, gdyż pokonywanie niektórych szlaków bywa czasami dość niebezpieczne.

 

Na tego typu wycieczki można udać się również do Bosque de Los Tilos (Los Tiles) – bujnego lasu wawrzynowego zamieszkanego przez endemiczne gatunki zwierząt, jak np. gołębie kanaryjskie i laurowe czy liczne rzadkie bezkręgowce. Inne popularne miejsce stanowi okolica szczytu Roque de los Muchachos (2426 m n.p.m.), gdzie aktywny wypoczynek urozmaica podziwianie nocnego nieba. W tej części La Palmy znajduje się obserwatorium astronomiczne (Observatorio del Roque de los Muchachos – 2396 m n.p.m.), uchodzące za jedną z największych jej atrakcji. Powszechnie wiadomo, że Wyspy Kanaryjskie znakomicie nadają się do obserwowania gwiazd (mogłem się o tym przekonać m.in. na dziewiczej plaży Güigüi). Jednak właśnie w tym rejonie archipelagu panują najlepsze do tego warunki, dzięki czemu tutejszy kompleks cieszy się sporym zainteresowaniem turystów.

 

Wybrzeże La Palmy chętnie odwiedzają też zapaleni surferzy. Ze względu na niespokojne wody Atlantyku cenią je zwłaszcza osoby bardziej zaawansowane. Choć istnieje tu kilka punktów, w których wynajmiemy deski czy wykupimy kurs dla początkujących, to miejsce rekomendowane jest raczej dla doświadczonych pogromców fal. Do najpopularniejszych należy mniej więcej 500-metrowa Playa de Los Guirres (Playa Nueva), znajdująca się na zachodnim brzegu La Palmy. Wspaniałe warunki panują także w pobliżu dzikiej plaży Nogales, leżącej na północnym wschodzie.

 

Niepozorne El hierro i la gomera

 

Park Narodowy Garajonay, La Gomera

3917

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/CARLOS SPOTTORNO

 

Dwie najmniejsze z siedmiu głównych wysp archipelagu nie zostały jeszcze opanowane przez turystykę masową. Uczestnicy licznych wycieczek fakultatywnych przybywają na nie na ogół promami lub samolotami z Teneryfy, Gran Canarii czy La Palmy (na El Hierro i La Gomerze działają małe lotniska). Dlatego zazwyczaj pojawiają się tutaj ludzie nastawieni na konkretne aktywności. Dużym zainteresowaniem cieszą się rejsy jachtami i wyprawy na obserwowanie waleni biskajskich, płetwali Bryde’a, grindwali, delfinków pręgobokich czy delfinów. Spokojna El Hierro jest najdalej wysunięta w głąb oceanu, dlatego fascynuje eksploratorów podwodnego świata.

 

La Gomera przyciąga uwagę przybyszów przede wszystkim swoimi zapierającymi dech w piersiach krajobrazami – na południu położone są skaliste tereny, centrum i północ natomiast pokrywają rozległe lasy wawrzynowe, w których występują różne rzadkie gatunki roślin i zwierząt. Spodoba się tu również miłośnikom geologii i wulkanologii, a to ze względu na dużą aktywność wulkaniczną w tym regionie. Zróżnicowanie terenu sprzyja odbywaniu wycieczek pieszych i rowerowych, które stanowią popularną aktywność na wyspie. W jej środkowej i północnej, bardziej zielonej części znakomicie jeździ się na rowerach górskich.

 

El Hierro doceniają z kolei wielbiciele podwodnych przygód. Ściągają oni przede wszystkim do miejsca o nazwie Punta de La Restinga (Punta Restinga) – najdalej na południe wysuniętego punktu Hiszpanii. To bodajże najlepszy rejon do nurkowania na całym archipelagu ze względu na wielkie bogactwo flory i fauny oraz znaczną różnorodność form skalnych. W tej okolicy, na terenie Rezerwatu Morskiego La Restinga – Morze Spokoju (Reserva Marina La Restinga – Mar de Las Calmas), można natknąć się na rozmaite gatunki rekinów czy mant, a także wiele innych stworzeń, niespotykanych gdzie indziej w regionie. Pod wodę schodzi się tutaj zazwyczaj na głębokość od kilkunastu do nawet 50 m, co czyni to miejsce jeszcze bardziej atrakcyjnym. Punta de La Restinga i Mar de Las Calmas muszą się znaleźć w planie wyprawy na Wyspy Kanaryjskie każdego zapalonego nurka.

 

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…

Pod czeskim niebem

KATARZYNA BYRTEK
<< Ten kraj serdecznych ludzi, gdzie przepyszne piwo leje się strumieniami od południa do późnej nocy, słynie przede wszystkim ze swojej stolicy, nazywanej Miastem Stu Wież i Złotą Pragą, obowiązkowego przystanku w podróży dla turystów przyjeżdżających do niego z całego świata – od Japonii przez Rosję po państwa Ameryki Południowej. Znajdziemy w nim jednak także wiele romantycznych zabytkowych zamków i dobrze zachowanych wiekowych miasteczek czy też idealne tereny do aktywnego wypoczynku. Dlatego warto zostać na czeskiej ziemi tak długo, jak to tylko możliwe. >>

Czechy jako kierunek wyjazdowy są atrakcyjne przez cały rok. Wiosna to najlepszy czas na wizytę w Pradze, gdzie przed sezonem noclegi bywają tańsze, a po moście Karola przechadza się dwa razy mniej przyjezdnych. Latem nie będą się tu nudzić amatorzy turystyki rowerowej, wodnej czy pieszej oraz miłośnicy festiwali muzycznych (np. Colours of Ostrava), teatralnych czy wreszcie historycznych, które organizuje się na licznych zamkach. Na jesieni można wziąć udział w winobraniu w jednym z morawskich miasteczek, a zimą zapakować narty zjazdowe lub popularne tutaj biegówki i wybrać się do górskiego Harrachova czy Pecu pod Śnieżką. Jedno jest pewne – piwo i knedliki z gulaszem smakują u naszych sąsiadów tak samo dobrze przez 365 dni w roku.

Więcej…