SYLWIA JEDLAK

 

<<Polakom ciągle jeszcze Kolumbia kojarzy się dość stereotypowo. Dlatego dużo rzadziej wybierają ją jako kierunek swoich podróży niż inne dalekie kraje. W ten sposób jednak tracą szansę na to, aby przekonać się, jak bardzo błędne są powszechnie powtarzane opinie o tym południowoamerykańskim państwie. Tylko ten, kto odwiedzi pachnącą kawą kolumbijską ziemię, na której rozbrzmiewają rytmy salsy, wznoszą się kolorowe miasta z zabytkami architektury kolonialnej i żyją otwarci, serdeczni ludzie, pozna prawdę. Nie wierzmy więc powtarzanym często stereotypom, nie bójmy się poznać rzeczywistości i z ufnością ruszajmy odkrywać urzekającą Kolumbię! >>

FOT. PROEXPORT COLOMBIA

 

Spoglądając do atlasu, bardzo szybko zauważymy, że państwo to posiada niezwykle strategiczne położenie geograficzne. Znajduje się w centralnym punkcie obu Ameryk, co czyni je interesującym przede wszystkim dla inwestorów. Ale nie tylko, bowiem kraj ten stanowi również prawdziwy raj dla turystów…

Ja już wiem, że Kolumbia to kraina moich marzeń. Na stałe zagościła w moim sercu. Chciałabym więc podzielić się tym uczuciem z innymi miłośnikami podróży i zaprosić Was do tego najbardziej niesamowitego miejsca na ziemi!

 

Świat w miniaturze

Kolumbia to jedyny kraj Ameryki Południowej posiadający granice nad wodami obydwu oceanów: Spokojnego (1448 km) i Atlantyckiego (1760 km), co przekłada się w praktyce na 3208 km przepięknych plaż, dostępnych przez 365 dni w roku. Linia brzegowa jest niezmiernie zróżnicowana. Wybrzeże Atlantyku (Morza Karaibskiego) pokrywa biały piasek i otacza ciepłe lazurowe morze, o którym zwykło się mówić, że mieni się siedmioma różnymi odcieniami niebieskiego. Plaże nad Oceanem Spokojnym cieszą się z kolei popularnością wśród miłośników surfingu. Dzika przyroda nadaje im rys niezdobytej przez nikogo krainy.

  FOT. PROEXPORT COLOMBIA

W tej części Ameryki znajdziemy również trzy łańcuchy Andów – Kordylierę Zachodnią, Kordylierę Środkową i Kordylierę Wschodnią, a w górach malownicze miasteczka zagubione wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów. Urzekną nas w nich niezwykli, sympatyczni mieszkańcy, tradycyjna kuchnia i rękodzieło artystyczne.

Ponad połowę obszaru kraju porastają wiecznie zielone lasy tropikalne i rozległa sawanna. Tylko tutaj można naprawdę odpocząć od cywilizacji i poczuć jedność z naturą. Poza tym w granicach Kolumbii odkryjemy też pustynie, wulkany i najdłuższą rzekę świata – Amazonkę.

Pod względem ludności państwo to przedstawia się niezwykle barwnie. Mieszka w nim ok. 90 różnych społeczności indiańskich, posiadających własne języki, stroje i kulturę, jakże różniącą się od zachodniej.

Jednocześnie na terytorium kraju powstały ogromne miasta (Bogota, Medellín, Cali, Cartagena de Indias i Barranquilla), gdzie nowoczesność łączy się z historią, a zabytki sięgają czasów hiszpańskiej kolonii. Znajduje się tu także największe na świecie Muzeum Złota (Museo del Oro del Banco de la República w kolumbijskiej stolicy).

Kolumbijczycy mówią, że ich ojczyzna posiada najlepsze położenie geograficzne na ziemi. Z tego stwierdzenia narodziła się jedna ze słynnych reklam Kolumbii. Bez wątpienia doskonale obrazuje ona, czego można oczekiwać po wizycie w tym fascynującym kraju: Jeśli chcesz poznać Karaiby, wybierz się na Kubę lub Dominikanę. Jeśli chcesz poznać Ocean Spokojny, wybierz się do Chile. Jeśli chcesz poznać Andy, wybierz się do Ekwadoru. Jeśli chcesz poznać amazońską puszczę, wybierz się do Brazylii. Jeśli chcesz poznać kultury prekolumbijskie, wybierz się do Meksyku lub Peru. Ale jeśli chcesz zobaczyć to wszystko razem, wybierz się do Kolumbii.

 

Pogoda dla każdego

Kiedy myślimy o kraju równikowym, pierwsze skojarzenia na temat panującego w nim klimatu, jakie przychodzą nam do głowy, to silne słońce, tropikalne deszcze i wręcz nieziemski upał. Kolumbia, mimo swojego równikowego położenia, jest jednak wyjątkowa. Niezmiernie wysokie pasma Andów wpływają na dość duże zróżnicowanie warunków klimatycznych. Możemy więc wygrzewać się na karaibskich plażach chłodzeni morską bryzą, ale także wspinać się po ośnieżonych górskich szczytach. Podczas podziwiania zachodu słońca nad brzegiem oceanu w Narodowym Parku Naturalnym Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) za plecami będziemy mieć pokryte wiecznym śniegiem góry Sierra Nevada de Santa Marta, a w dość bliskiej odległości – pustynny krajobraz półwyspu Guajira.

Ta różnorodność klimatu Kolumbii sprzyja występowaniu ogromnego bogactwa flory i fauny (w tym największej liczby gatunków ptaków na świecie, jaką można spotkać tylko w jednym kraju). Temperatura powietrza jest tutaj stała przez cały rok i bardzo przewidywalna, bowiem zależy przede wszystkim od wysokości nad poziomem morza. Nie wyróżnia się zatem czterech pór roku, jak w Europie, a jedynie dwie: deszczową i suchą. Pierwsza z nich, czyli tzw. kolumbijska zima (invierno), trwa od kwietnia do czerwca i od sierpnia do listopada. Przez resztę roku panuje pora sucha, czyli tutejsze lato (verano). O szczególnym zróżnicowaniu Kolumbii pod względem klimatu świadczy fakt, że wydziela się tutaj 4 piętra klimatyczne: gorące, umiarkowane, chłodne i zimne. Dzięki temu, podróżując po tym kraju, na własnej skórze możemy odczuć każdy typ pogody, jaki spotkamy na kuli ziemskiej.

 

Dla gości

Kolumbia posiada dobrze rozwiniętą i nowoczesną bazę hotelową. Każdy na pewno znajdzie tu idealne miejsce dla siebie. Lubiący komfortowy wypoczynek z dala od gwaru tłumów turystów powinni wybrać eleganckie, klimatyczne hotele butikowe na bardzo wysokim poziomie, z zaledwie kilkoma (maksymalnie kilkudziesięcioma) luksusowymi pokojami i apartamentami oraz dyskretną obsługą.

FOT. PROEXPORT COLOMBIA

 

Dla wielbicieli bliższego kontaktu z lokalną kulturą i przyrodą powstały ośrodki z indiańskimi chatami na palach z bezpośrednim dostępem do plaży i zniewalającym widokiem na jedną z najpiękniejszych zatok świata, komfortowymi domkami w całości wykonanymi z bambusa (łącznie z meblami), romantyczne kawowe hacjendy w zacisznych miejscach, andyjskie klasztory przekształcone w ekskluzywne hotele czy też drewniane kwatery na 40-metrowych drzewach w amazońskiej puszczy. Ci, którzy przywykli do europejskich standardów, mogą skorzystać natomiast z 5-gwiazdkowych resortów światowych sieci.

 

Kolumbijskie cuda

Ten południowoamerykański kraj pozostaje ciągle jeszcze nieodkrytym przez podróżników regionem. Zupełnie niezasłużenie, ponieważ znajduje się w nim wiele niesamowitych miejsc, których nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie.

Przez góry Serranía de la Macarena na kolumbijskiej sawannie przepływa rzeka Caño Cristales, o której mówi się, że potrafi przybrać aż pięć różnych kolorów (niebieski, czerwony, zielony, żółty i czarny). Przez wielu uważana jest za najpiękniejszą na ziemi. Wybrańcy mogą odwiedzić świętą wioskę Indian Kogui (inne nazwy Kagaba lub Kogi) w paśmie Sierra Nevada de Santa Marta. Jej mieszkańcy żyją na trudno dostępnym terenie i bronią się przed wpływem zachodniej cywilizacji. Przykładają dużą wagę do życia w zgodzie z naturą i kultywowania swoich wierzeń. Na rzece Magdalenie natomiast znajduje się inna zapomniana ludzka siedziba – miasto Mompox. O jego losie zadecydowało przesunięcie się koryta rzecznego. Do XIX w. rozwijało się ono dzięki szlakowi transportowemu na Magdalenie. Gdy rzeka zmieniła swój główny bieg, miasto straciło na znaczeniu. Dzięki temu kolonialne Mompox zachowało się w doskonałym stanie, w takim, w jakim znane było w XIX stuleciu. Do archipelagu San Bernardo na Morzu Karaibskim należy za to najgęściej zaludniona wyspa świata – Santa Cruz del Islote (ma powierzchnię 0,01 km² i żyje na niej aż 1250 osób!). Jej mieszkańcy mówią, że śpią tak blisko siebie, że śnią o tym samym. Aby powiększyć powierzchnię lądu, wyrzuca się tu na brzeg ogromne muszle. Niedaleko Nuquí w departamencie Chocó, w samym sercu puszczy nad Pacyfikiem, można wykąpać się w wodach źródeł termalnych i naturalnych basenach. Między lipcem a październikiem w oddali da się zaobserwować 18-metrowe wieloryby wyłaniające się z oceanu. Miłośników przygód zachwyci wyprawa nad jezioro Guatavita, położone malowniczo w górach o godzinę drogi od stołecznej Bogoty. Żyjący w okolicy Indianie mieli zwyczaj składania w ofierze darów ze złota i klejnotów, które wrzucał do wody ich wódz (kacyk – cacique) pokryty wcześniej złotym pyłem. Te obrzędy dały początek słynnej legendzie o El Dorado (od hiszpańskiego el hombre dorado – złoty człowiek), mitycznej krainie złota. Przez wiele lat kolejni poszukiwacze skarbów próbowali wydobyć cenne przedmioty z dna jeziora. Obecnie obowiązuje zakaz przeszukiwania tego akwenu. Rajem dla wielbicieli kawy będzie za to rejon kawowy Eje Cafetero, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío. W tradycyjnych hacjendach można się tutaj napić świeżo palonej kolumbijskiej kawy. Jej smak jest niepowtarzalny, najlepszy na świecie!  

 

Pomysły na wyjazdy firmowe

Ze względu na swoją wyjątkowość i egzotykę, Kolumbia stanowi doskonały kierunek podróży motywacyjnych (incentive trips) i wyjazdów integracyjnych dla firm. Dzięki dużej różnorodności poszczególnych regionów kraju istnieje możliwość zorganizowania wycieczek tematycznych, koncentrujących się wokół takich haseł, jak przemysł kawowy, regionalna kuchnia, tańce latynoamerykańskie, świat Indian, wydobywanie złota i szmaragdów czy sporty ekstremalne. Ofertę warto wzbogacić o typowo lokalne atrakcje, np. degustacje kawy, kursy kolumbijskiej salsy, lekcje języka hiszpańskiego, zajęcia z gotowania z szefami kuchni, poznawanie pracy na plantacji czy tradycyjne połowy ryb na Karaibach.  

 

Bezpiecznie jak w domu

Bezpieczeństwo to temat najczęściej poruszany przez osoby zainteresowane podróżą do tej części Ameryki. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ tutejsza sytuacja polityczna budzi niepokój Polaków, do których docierają pojawiające się w polskich mediach sensacyjne wiadomości na temat Kolumbii. Trudno natomiast natrafić w naszej telewizji na rzetelne programy o pięknie jej przyrody, wspaniałych plażach (ta w Narodowym Parku Naturalnym Tayrona znajduje się w pierwszej dziesiątce najpiękniejszych plaż świata według rankingu National Geographic), nowoczesnych miastach, niezmiernie interesujących muzeach, rozwijającej się prężnie turystyce, kolumbijskich pisarzach, rzeźbiarzach czy malarzach. To wszystko stanowi jednak właśnie o uroku i niezwykłości tego wspaniałego kraju. Niesamowicie zróżnicowana Kolumbia potrafi rozkochać każdego, kto porzuci obawy i przekroczy jej granice, i jest doskonale przygotowana na przyjęcie zagranicznych turystów.

Ogromna większość Kolumbijczyków to otwarci, uczciwi, weseli i sympatyczni ludzie, niezwykle gościnni, chętni do pomocy, którzy ciężko pracują i którym leży na sercu jak najlepszy wizerunek ich ojczyzny. Wielu Europejczyków słyszało historie o podrzucaniu kokainy do bagażu osobom opuszczającym Kolumbię. Obecnie takie sytuacje zdarzają się niezmiernie rzadko. Jeśli jednak obawiamy się, że może nas to spotkać, wystarczy, że będziemy przestrzegać kilku zasad. Nie zgadzajmy się na przewiezienie do Europy paczek od nieznajomych, pakujmy osobiście swój bagaż przed powrotem do domu i miejmy go na lotnisku zawsze na oku. Przy zachowaniu takich środków ostrożności oraz po wybraniu sprawdzonego, wiarygodnego biura podróży możemy być pewni, że pobyt w tym kraju okaże się cudownym, niezapomnianym i pozytywnym doświadczeniem. A my sami zrozumiemy wtedy, co kryje się pod hasłem kolumbijskiej kampanii promującej turystykę, które brzmi Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał zostać.

 

JAK DOTRZEĆ DO KOLUMBII?

Od kilku lat kolumbijska stolica – Bogota – posiada dobre i korzystne cenowo połączenia lotnicze z Europą i Stanami Zjednoczonymi. Turyści z Polski dolecą do niej m.in. Lufthansą z wielu polskich międzynarodowych portów lotniczych (np. Warszawy, Gdańska, Katowic, Poznania czy Wrocławia) z przesiadką we Frankfurcie, Iberią z Warszawy lub Berlina przez Madryt , Air France z Warszawy lub Berlina z międzylądowaniem w Paryżu, narodową linią lotniczą Kolumbii – Aviancą – z Madrytu, do którego można dostać się bez problemu z naszego kraju, lub holenderskim KLM-em – wówczas czeka nas lot via Amsterdam i wyspa Aruba. Dla posiadaczy wizy amerykańskiej istnieje ekonomiczna możliwość dotarcia do tego południowoamerykańskiego państwa przez Stany Zjednoczone (z przesiadką w Nowym Jorku, Miami lub Houston).

 


 

Artykuły wybrane losowo

Ale Meksyk!

ROBERT PAWEŁEK

 

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< W promieniach gorącego tropikalnego słońca podróżnicy wyruszają przez półwysep Jukatan śladami dawnej cywilizacji Majów. Gdzieś tutaj praktykowano tajemnicze obrzędy. Układ gwiazd i planet decydował o życiu tysięcy ludzi. Dziś wspaniałym piramidom schodkowym, zamiast ołtarzy ofiarnych, towarzyszą stragany z pamiątkami. W głębi dżungli kuszą nurków fascynujące podziemne jaskinie – cenoty. A na strudzonych wędrowców czekają miękkie złote piaski Riwiery Majów (Riviera Maya). Czy można sobie wyobrazić lepszą wyprawę? >>

 

Na pierwszy rzut oka półwysep Jukatan wydaje się płaski jak… tortilla. W zdecydowanej większości wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziomem morza. Z lotu ptaka widać niewysokie lasy tropikalne i sawanny przecięte prostymi jak strzała drogami. W pasie nadmorskim królują namorzyny. Ten z pozoru mało urozmaicony widok nie zapowiada wielkich atrakcji, jakie tu na nas czekają...

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

Z plecakiem przez Papuę-Nową Gwineę

KAROLINA SYPNIEWSKA

 

<< Papua-Nowa Gwinea stawia przed podróżnikiem wiele wyzwań. Nie jest to kraj na odbycie pierwszej dalekiej wyprawy za granicę. Niedostępna informacja turystyczna, niezbyt stabilna sytuacja polityczna i korupcja nie wróżą najlepiej początkującym globtroterom. To właśnie dlatego zdecydowałam się wybrać ten kierunek na moją kolejną egzotyczną podróż. W państwie, w którym praktycznie nic nie zostało przygotowane na przyjęcie turystów, każde doświadczenie będzie niezmiernie autentyczne. Za cel wyjazdu postawiłam sobie poznanie uderzająco pięknej przyrody i obcowanie z przedstawicielami lokalnej ludności, niezwykle niejednolitej pod względem kulturowo-etnicznym. >>

Więcej…