ALEKSANDRA ANDRZEJEWSKA 

www.polkawkolumbii.com 

 

« Kiedy wspominam, że mieszkam w Kolumbii, większość osób łapie się za głowę i mówi, że lubię mieć pod górkę. Przecież to kraj baronów narkotykowych, gdzie w nieprzebytych lasach tropikalnych można zostać porwanym. Poza wyśmienitą kolumbijską kawą, piłkarzami i znaną na całym świecie piosenkarką Shakirą niewiele innych pozytywnych rzeczy zwykle się z nim kojarzy. Skoro w programach informacyjnych pokazuje się zdjęcia z Kolumbii z paczkami kokainy umieszczonymi nawet w kartonach po bananach, trudno jest uwierzyć mi na słowo, że czuję się tu jak ryba w wodzie, miejsce to zamieszkują radośni ludzie i należy ono do najbardziej rozpieszczanych przez matkę naturę zakątków na naszym globie. »

 

Mimo zmian klimatycznych w tym rozległym kraju Ameryki Południowej (ponad 1,1 mln km² powierzchni) nadal znajdują się bogate zasoby wody. Przez cały rok panuje w nim stały klimat, na tutejszych ziemiach można uprawiać niemal wszystkie znane owoce i warzywa, a osiągają one wielkie rozmiary. Jako jedno z nielicznych państw na świecie (jedyne na kontynencie południowoamerykańskim) Kolumbia ma wybrzeże nad dwoma oceanami (Pacyfikiem i Atlantykiem, a dokładnie Morzem Karaibskim). Poza tym są w niej m.in. spore fragmenty bujnej amazońskiej selwy, cztery pustynie (La Guajira, Tatacoa, La Candelaria i Occidente), ośnieżone szczyty majestatycznych Andów i rajski karaibski Archipelag Wysp San Andrés, Providencia i Santa Catalina (Archipiélago de San Andrés, Providencia y Santa Catalina). Wbrew pozorom zatem to jedno z najciekawszych turystycznie miejsc na ziemi.

 

Na początku chcę zaznaczyć, że wyprawa do Kolumbii jest raczej przygodą dla znawców, wytrawnych podróżników. Osoby szukające luksusowych resortów na Karaibach po prostu nie znajdą ich tutaj zbyt wielu (z wyjątkiem tak popularnych turystycznie miejsc jak Cartagena de Indias, Santa Marta, półwysep Barú, nazywany też wyspą Barú, czy wreszcie San Andrés). Rozległe kompleksy w standardzie 5-gwiazdkowym położone nad białą plażą zastępują w tym kraju zazwyczaj romantyczne ekohotele z widokiem na morze lub te ukryte w górach, do których nierzadko trzeba dojść kawałek pieszo, ponieważ żaden pojazd nas tam nie zawiezie. Kolumbię trudno także uznać za miejsce dla osób starszych. Chodniki w większych miastach stanowią na ogół prawdziwy tor przeszkód, a wiele turystycznych atrakcji wciąż nie zostało przygotowanych pod względem infrastruktury do potrzeb osób z jakąkolwiek niepełnosprawnością ruchową, choć należy podkreślić, iż zmienia się to w ostatnim czasie. W lipcu 2018 r. na wyspie San Andrés, w malowniczej zatoce El Cove, oddano oficjalnie do użytku nowe molo (Muelle Turístico El Cove), przy którym mogą cumować luksusowe statki wycieczkowe, łodzie dla turystów i nurków. W wydarzeniu udział brali m.in. ówczesny prezydent Republiki Kolumbii Juan Manuel Santos i wiceminister turystyki Sandra Howard Taylor. Wcześniej starsi i niepełnosprawni albo samodzielnie wdrapywali się do tańczącej na falach motorówki, albo byli do niej wnoszeni przez krzepkich lokalnych przewodników. Z tego samego powodu również osobom podróżującym z małymi dziećmi nie polecam zbytnio zakątków kraju położonych daleko od głównych dróg. Kolumbia – moim zdaniem – nie jest wreszcie odpowiednim celem podróży dla ludzi nie lubiących aktywności ani zmęczonych pracoholików chcących na urlopie po prostu odpocząć przy basenie i wygrzać się na plaży. Będzie jednak znakomitym wyborem dla turystów spragnionych nowych wrażeń i niezrażających się dość częstymi zmianami podczas wyprawy.

 

ZMIENNA I RÓŻNORODNA

W tym kraju plan podróży nierzadko należy dopasowywać do okoliczności, ponieważ w Andach wciąż zdarzają się obsunięcia ziemi, co może opóźnić dojazd do danego punktu o nawet kilka dni. Kolumbia to raj dla osób lubiących ruch i emocje, amatorów lotów na paralotni, jazdy na rowerze, wycieczek konnych, wspinaczek na wulkany, nurkowania czy wywołujących gęsią skórkę wypraw po bujnym lesie tropikalnym. Zdecydowanie przypadnie do gustu turystom żądnym przygód i chętnie spędzającym czas w otoczeniu dziewiczej natury.

 

Klimat i temperatura zmieniają się tutaj w zależności od wysokości nad poziomem morza. Wyższe partie gór porastają mchy i porosty, na obszarach nizinnych królują wiecznie zielone lasy tropikalne. Dlatego podczas podróży przez Kolumbię zawsze będziemy się przebierać. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy, w 2006 r., mieliśmy z przyjaciółmi pokonać trasę z wysoko położonej Bogoty (leżącej na średniej wysokości ok. 2640 m n.p.m.) do ciepłego Girardot w departamencie Cundinamarca (mniej więcej 326 m n.p.m.), trudno było mi zrozumieć, dlaczego każą mi zapakować zarówno ciepłą kurtkę, jak i klapki. Jak się okazało, rano przenikał nas górski chłód stolicy, a po południu trafiliśmy w sam środek upalnego lata.

 

Kolumbia zaskakuje wielkim bogactwem przyrodniczym. Tuż nad Pacyfikiem, w departamencie Chocó (i sąsiednim Antioquia), leży jeden z najwilgotniejszych obszarów leśnych na świecie (selwa Darién). W kraju odkryto ponad 1920 rozmaitych gatunków ptaków i wciąż znajduje się nowe. Z jednej strony w wysokich górach spotkamy ogromne kondory wielkie o rozpiętości skrzydeł sięgającej nawet 3,3 m, z drugiej w wielu miejscach natkniemy się na maleńkich przedstawicieli któregoś z aż blisko 400 gatunków kolibrów żyjących w Kolumbii. Miłośnicy kwiatów mogą podziwiać różnorodne orchidee. Wyróżniono tu niemal 4,3 tys. ich gatunków. Wśród występujących w tym południowoamerykańskim kraju motyli warto wymienić tego o nazwie Morpho sulkowskyi. Odkrył go na początku lat 40. XIX stulecia polski książę bielski Maksymilian Sułkowski (1816–1848) podczas swojej wyprawy do tej części Ameryki Południowej. W tropikalnych lasach nad Pacyfikiem, na terenie departamentów Chocó, Cauca i Valle del Cauca, żyje endemiczny liściołaz żółty, nazywany straszliwym (Phyllobates terribilis), najbardziej trujący płaz na ziemi.

 

ATRAKCJE TURYSTYCZNE

Są takie miejsca w Kolumbii, które trzeba koniecznie odwiedzić. Należy do nich bez wątpienia Cartagena de Indias, określana mianem Romantycznej Stolicy Ameryki (La Capital Romántica de América), położona malowniczo na karaibskim wybrzeżu. Jej wspaniała kolonialna architektura przenosi zwiedzających w czasy konkwisty. Na spacer najlepiej udać się na aż 11-kilometrowe, wysokie na średnio 6–8 m, stare mury obronne, zbudowane ze skały koralowej. Niezmiernie urokliwe uliczki miasta spodobają się z pewnością zakochanym parom. W Cartagenie de Indias temperatury przez cały rok oscylują wokół 30°C. Gorące powietrze ochładza świeża i rześka bryza morska. Liczne lokalne restauracje mają w swojej ofercie rozmaite pyszne dania, których zdecydowanie warto spróbować.

 

Z Cartageny de Indias jest już dość blisko na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario). Rejs na nie odbywa się zawsze wcześnie rano szybką motorówką. Można odwiedzić tu wyspy Múcura, Maravilla lub Grande albo piękną Białą Plażę (Playa Blanca) na pobliskim półwyspie Barú, znanym także jako wyspa Barú (Isla de Barú). Na San Martín de Pajarales działa oceanarium, gdzie w turkusowej wodzie pływają karaibskie ryby, rekiny i delfiny. Cartagena de Indias leży też stosunkowo niedaleko (ok. 230 km na zachód) Narodowego Parku Naturalnego Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) rozciągającego się nad samym wybrzeżem Morza Karaibskiego. Spotkamy w nim Indian Arhuaco. Kobiety tkają słynne torby mochilas arhuacas (tutu iku), a mężczyźni, żujący liście koki, zapisują myśli na naczyniach poporos, obecnie wykonywanych głównie z tykwy. 

 

Interesującą kolumbijską atrakcją jest również Szlak Kawowy (Ruta del Café). Znaną i cenioną na całym świecie kawę uprawia się w okolicy czterech dużych miast: Armenii, Pereiry, Manizales i Ibagué. Zbocza gór porośnięte są plantacjami, zacienionymi gdzieniegdzie rozłożystymi bananowcami lub melonowcami. Na szczytach wzniesień stoją kolorowe domy, zawsze okolone balustradami w żywych barwach i wyposażone w dobrane do nich okiennice. Krajobraz kulturowy regionu kawy w 2011 r. trafił na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Na Szlaku Kawowym, w departamencie Quindío, leży miasteczko Salento, skąd w ciągu pół godziny dojeżdża się do Valle de Cocora z licznymi palmami woskowymi (palma de cera del Quindío), które są jednym z narodowych symboli Kolumbii. Ten gatunek drzewa znajduje się pod ścisłą ochroną. Palmy woskowe osiągają wiek kilkuset lat i wysokość 70 m. Nad doliną przy odrobinie szczęścia wypatrzymy przez dobrą lornetkę kołującego kondora wielkiego. Na obiad warto zjeść typową dla tych okolic potrawę ze świeżo złowionego pstrąga tęczowego i wypić sok z andyjskiego słodko-kwaśnego i orzeźwiającego owocu lulo. W Valle de Cocora można zdobyć się na dodatkowy wysiłek, aby po trekkingu przez las wiecznej mgły – bosque de niebla – dotrzeć do rezerwatu kolibrów (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), które całymi chmurami furkoczą nad głowami zachwyconych gości.

 

Poza tymi emblematycznymi atrakcjami Kolumbia skrywa inne, wcale nie tak oczywiste skarby. Wśród nich znajduje się tęczowa rzeka Caño Cristales, która od czerwca do końca listopada kwitnie w pięciu kolorach (żółtym, zielonym, niebieskim, czarnym i przede wszystkim czerwonym). Podwodna roślinność w barwach tęczy łączy się z soczystą zielenią roślin na lądzie i błękitem nieba i tworzy jedyny w swoim rodzaju widok. Z tego powodu rzeka bywa nazywana najpiękniejszą na świecie. 

 

Skoro o kolorach już mowa, w Kolumbii zobaczymy też siedmiokolorowe morze (tzw. el mar de los siete colores). Szukać trzeba go w okolicy Archipiélago de San Andrés, Providencia y Santa Catalina. Wchodzące w jego skład maleńkie wysepki leżą niedaleko Nikaragui (ok. 110 km od jej wschodnich wybrzeży). Dostaniemy się na nie samolotem ze stołecznej Bogoty. Kursuje on kilka razy w ciągu dnia, a lot trwa ponad 2 godz. Podczas liczenia odcieni barwy morza można się tu pogubić. Wokół wyspy Providencia znajduje się jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania w kraju.

 

Nad kolumbijskie wybrzeże Pacyfiku (Parque Nacional Natural Uramba Bahía Málaga, Isla Gorgona, Parque Nacional Natural Ensenada de Utría) od czerwca do listopada przypływają humbaki, aby wydać na świat młode. W tym czasie polecam przylecieć w te okolice awionetką z Medellín i dopłynąć motorówką do jednego z zagubionych w tropikalnym lesie ekohoteli. Po spacerze po dziewiczej plaży i świeżym, pysznym posiłku kolejnego dnia wyrusza się na spotkanie z tryskającymi wodą waleniami.

 Kolorowo ubrana palenquera sprzedająca owoce na ulicy w zabytkowym centrum Cartageny de Indias

© PROCOLOMBIA

 

 Koralowa wyspa Múcura w archipelagu San Bernardo

© PROCOLOMBIA

 

 Wyprawa Szlakiem Kawowym (Ruta del Café)

© PROCOLOMBIA

 

 Chocó, Parque Nacional Natural Ensenada de utría

© PROCOLOMBIA/VICEMINISTERIODETURISMO

 

 

SKARBY NATURY

Kolumbijskiej kawy nie trzeba raczej nikomu specjalnie przedstawiać, bo jest znana na całym świecie. Na terenie kraju uprawia się wyłącznie gatunek arabica. Plantacje znajdują się pod ścisłą kontrolą federacji producentów (Federación Nacional de Cafeteros de Colombia). Kolumbijska kawa rośnie na zboczach Andów na ogół na terenach usytuowanych na wysokości od ok. 1300 do mniej więcej 2000 m n.p.m. Zbiera się ją zawsze ręcznie, bez użycia maszyn. Do koszy trafiają tylko czerwone, dojrzałe owoce i jedynie takie poddawane są dalszej obróbce. Tak pieczołowicie uprawiana, zbierana i selekcjonowana kawa cieszy się opinią jednej z najlepszych na świecie. Obecnie eksperymentuje się z nowymi wysokościami plantacji, zacienieniem i mikroklimatami. W tych specyficznych warunkach dojrzewają ziarna kaw specialty, które wygrywają wiele międzynarodowych konkursów jakości.

 

Dużo mniej osób wie, że Kolumbia należy dziś do największych producentów kakao specjalistycznego na świecie. Popyt na ziarno kakaowca rośnie niemal w każdym kraju. Kolumbijskie kakao ma wspaniały smak i aromat. Ze względu na różnorodność klimatyczną i ogromną powierzchnię Kolumbia może produkować naprawdę duże ilości ziaren kakaowca. Pulpę z jego owoców poddaje się fermentacji i odsącza. Z suchych ziaren powstaje potem masa kakaowa. Oba kolumbijskie cuda natury – kawa i kakao – pachną wybornie i są towarem poszukiwanym na całym świecie. Wcześniej Kolumbia eksportowała je jedynie jako surowiec. Obecnie zajmuje się również ich przetwarzaniem i zaczyna z powodzeniem sprzedawać je za granicę pod własną marką. 

 

Jeszcze bardziej zaskakująca jest inna ciekawostka. Otóż z Kolumbii pochodzi niemal połowa goździków i róż dostępnych w naszych, polskich kwiaciarniach. Już z okien samolotu kołującego nad Bogotą można dostrzec całe pola pokryte dziwnymi, białymi dachami z plastiku. Te trudne do zidentyfikowania obiekty to nic innego jak szklarnie. Goździki, hortensje, chryzantemy i róże najlepiej rosną na płaskowyżu niedaleko stolicy, na wysokości ok. 2600 m n.p.m. Mimo panujących w Andach warunków rośliny wcale nie marzną. Przez 365 dni w roku codziennie mogą liczyć na 12 słonecznych godzin, a temperatura nigdy nie spada tu poniżej zera. Dzięki zawsze wrześniowej pogodzie róże są ogromne i przepięknie wybarwione, a krzewy kwitną przez okrągłe 12 miesięcy. Nic więc dziwnego, że kolumbijskie kwiaty wyprzedzają pod względem jakości kenijskie i holenderskie. Kolumbia przegoniła nawet najsilniejszy do niedawna na południowoamerykańskim rynku Ekwador. Wielki popyt na tutejsze kwiaty cięte czyni kraj najważniejszym ich eksporterem na świecie (zaraz po Holandii, a właśnie przed Ekwadorem i Kenią). W Amsterdamie codziennie lądują całe samoloty wypełnione kartonami świeżych kolumbijskich róż, hortensji, chryzantem, goździków czy alstremerii (krasnolic). Co ciekawe, uważane za najlepsze targi kwiatów ciętych na naszym globie – Proflora – odbywają się co dwa lata właśnie w Bogocie (najbliższą ich edycję zaplanowano w dniach 2–4 października 2019 r.).

 

OWOCE NIE Z TEGO ŚWIATA

Jeśli chodzi o dary natury, to jeszcze nie wszystkie kolumbijskie cuda. Osobiście najbardziej cenię w Kolumbii fakt, że każdego dnia w roku można zjeść w niej inny owoc. Stragany bogotańskiego targu Paloquemao, gdzie uwielbiam robić zakupy, uginają się pod ciężarem kolorowych owoców i warzyw, a o istnieniu wielu z nich przyjezdni najczęściej nie mieli wcześniej pojęcia. Tropikalne skarby natury kuszą barwami i nazwami, takimi jak borojó czy corozo. Owoce w Kolumbii są dostępne na każdym rogu i towarzyszą mieszkańcom przez cały dzień. Rano obowiązkowo pije się świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Na drugie śniadanie Kolumbijczycy lubią jeść sałatkę owocową, posypaną dużą ilością startego, słonego sera i polaną syropami owocowymi. Do obiadu popija się sok ze świeżo zmiksowanych owoców. Jako przekąskę chrupie się kupione na ulicznym straganie, pokrojone mango, najlepiej jeszcze niedojrzałe, polane sokiem z cytryny i posypane solą.

 

Ze względu na dużą dostępność owoców przez cały rok w Kolumbii istnieje mnóstwo dotyczących ich mitów i legend oraz przekazywanych sobie nawzajem ich zastosowań. To tutaj wynaleziono frutoterapię, czyli metodę leczenia owocami. Według niej awokado leczy bezpłodność i wszelkie choroby intymne, a jaskraworóżowy miąższ guawy (gujawy, gruszli) jest bogatszy w witaminę C niż wszystkie cytrusy razem wzięte. Ceniące piękny wygląd Kolumbijki nie wyrzucają skórki z ananasa, ale gotują ją i popijają powstały z niej wywar, aby szybko stracić niepotrzebne kilogramy. Papaję stosują z kolei w tym samym celu, co my marchewkę – ma ona pomagać w zapewnieniu słonecznej opalenizny przez cały rok.

 

KUCHNIA PACHNĄCA KOLENDRĄ

W Bogocie na targu Paloquemao znajdziemy również gotowe dania typowe dla tego kraju. Tam, gdzie już z oddali widać unoszącą się parę wodną, w wielkim garnku gotują się tamales. Najłatwiej porównać je do naszych gołąbków. Różnica między tymi dwiema potrawami polega na tym, że farsz (tu masę z ciecierzycy, boczku, mięsa wieprzowego, kurczaka i kukurydzy) zawija się w przypadku tamales colombianos w aromatyczne liście banana lub bijao. Kuchnia Kolumbii jest prosta i łagodna w smaku, dlatego uważam, że bez problemu zaspokoi wymagania polskich podniebień. Tak jak u nas dania pachną posiekaną pietruszką, tak tutaj unosi się nad nimi zapach kolendry. 

 

W Bogocie należy spróbować rozgrzewającego specjału, który postawi na nogi nawet najbardziej zmęczonych podróżników. Mam na myśli zupę ajiaco, znaną powszechnie na płaskowyżu dookoła kolumbijskiej stolicy. To rodzaj rosołu zagęszczonego rozgotowanymi młodymi ziemniakami bądź też zupa ziemniaczana z kurczakiem – oba opisy są tak samo trafne. Jest pyszna i gęsta, a podaje się ją z ryżem, awokado i kaparami. Ważny składnik potrawy stanowi żółtlica drobnokwiatowa, występująca tu pod nazwą guasca, która w polskich ogródkach uchodzi za chwast, a w rzeczywistości zawiera witaminę C i sole mineralne i ma właściwości odżywcze, odtruwające czy przeciwzapalne.

 

W Medellín i całym departamencie Antioquia oraz Trójkącie Kawy (Triángulo del Café), regionie rozciągającym się między dolinami rzek Campoalegre, Otún i La Vieja, polecam spróbować słynnego dania eksportowego Kolumbii. Bandeja paisa to dawna potrawa rolników i arrieros, czyli tragarzy np. kawy, którzy kompensowali nią sobie wydatek energetyczny w ciągu dnia. W jej skład wchodzi ryż, porcja mięsa, smażona świńska skóra – chicharrón, smażony banan, sadzone jajko, obowiązkowa w tym regionie fasola, placek kukurydziany, czyli arepa, i awokado.

 

W Kolumbii gotuje się ze świeżych produktów, które są przetwarzane bezpośrednio przed spożyciem. Stały klimat i dostępność jedzenia nigdy nie zmusiły mieszkańców do konserwowania żywności na zimę, dlatego brak tutaj tradycyjnych specjałów suszonych, wędzonych czy kiszonych. Smak i zapach dojrzewających serów przeciętnemu Kolumbijczykowi kojarzy się z czymś zepsutym. Nie liczmy także na to, że potrafiłby docenić nasze kiszonki. Chrupanie sfermentowanej kapusty nie spotka się raczej ze zrozumieniem typowego mieszkańca Kolumbii.

 

SZCZĘŚLIWI LUDZIE

Pewnego dnia jadłyśmy kolację z zaprzyjaźnioną turystką z Polski w restauracji w Bogocie. Pod koniec posiłku koleżanka z niedowierzaniem szepnęła mi do ucha: Słuchaj, Olu, czy oni są naprawdę tacy mili, czy zachowują się tak dlatego, że muszą?. Trudno dziwić się jej zaskoczeniu, skoro kelnerzy w kolumbijskich restauracjach starają się zazwyczaj gościom nieba przychylić, a ekspedientki w tutejszych sklepach zawsze się uśmiechają. Osoby z obsługi rozpieszczają klientów i ich koledzy po fachu z innych miejsc na świecie śmiało mogą uczyć się od Kolumbijczyków tej postawy. Mieszkańcy Kolumbii po prostu tacy są: z natury serdeczni i grzeczni dla drugiego człowieka. 

 

Jak to możliwe w kraju, którego obywatele według amerykańskiego serialu telewizyjnego Narcos i licznych doniesień o działalności narkotykowych karteli doświadczyli tyle przemocy? Dlaczego Kolumbijczycy do niedawna znajdowali się w czołówce rankingów najszczęśliwszych narodów na świecie (według aktualnego badania przeprowadzonego przez Instytut Gallupa na zlecenie ONZ zajmują 43 miejsce, zaraz za Litwinami i przed Słoweńcami)? Być może to za sprawą naturalnej potrzeby niesienia pomocy, jaką ma większość z nich. Dawanie rad jest w tym kraju sportem narodowym. Jeśli powiemy, że boli nas gardło, natychmiast dostaniemy poradę, jak powinniśmy temu zaradzić, oraz listę domowych środków na kaszel, które pomogły już wielu ciotkom. Przyjęcie takiej informacji z uśmiechem wdzięczności wcale nie wystarcza – należy wręcz obiecać, że się te zalecenia zastosuje. Czasem nie ma zresztą innego wyjścia, ponieważ radząca osoba staje na progu z zachwalanym specyfikiem w dłoni, więc nie sposób go już nie zażyć. 

 

Na dodatek w Kolumbii… się nie narzeka. A przecież znajdą się do tego powody. Pomoc socjalna jest minimalna. Szkoły i uniwersytety są płatne. Dobre ubezpieczenie zdrowotne to przywilej bogatszych, a nie obowiązkowe świadczenie dla wszystkich. Nie ma tutaj zasiłków dla bezrobotnych, pomocy dla rodzin z dziećmi ani wysokich emerytur. Zamiast jednak utyskiwać, należy zakasać rękawy i znaleźć dodatkowe źródło dochodu. Trzeba trzymać się razem, dlatego bardzo ważne są więzy rodzinne i koneksje. Narzekanie w Kolumbii jest nudne i nikogo nie interesuje. Jeśli życie daje kwaśne cytryny, najlepiej zrobić z nich lemoniadę. Poza tym wielu Kolumbijczyków nie czuje potrzeby planowania przyszłości, lecz woli, aby los ich zaskoczył. My, zapobiegliwi Polacy, nie zaśniemy spokojnie, jeśli nie odłożymy choćby odrobiny pieniędzy na czarną godzinę. Mieszkańcy Kolumbii dopiero się tego uczą. Wydaje mi się, że to dlatego, że żywność jest tu zawsze dostępna i nikt nie musi gromadzić zapasów na gorsze czasy. Kolumbijczycy nie nastawiają się więc na wielkie oszczędzanie, ale oszczędzają sobie zmartwień na zapas. I żyje im się lżej i przyjemniej.

 

NIEPERFEKCYJNY IDEAŁ

Kolumbia nie jest idealna, bo gdyby taka była, to wszyscy chcielibyśmy się w niej osiedlić. Kolumbijczycy są z natury niepunktualni – ci, którzy przestrzegają terminów, albo mieszkali, studiowali lub pracowali za granicą, albo stanowią po prostu wyjątek od reguły. Do większości z nich należy odnosić się uprzejmie. Bezpośredniość, do której jesteśmy przyzwyczajeni, np. używanie zwrotów w rodzaju Idź!, Zrób to! lub Oszalałeś?!, traktuje się jako obrazę i oznakę zupełnego braku manier. Tutaj każdą krytykę trzeba ubrać w wiele amortyzujących wyrazów. Również słowo nie trudno przechodzi przez kolumbijskie gardło. 

 

Kolumbijczycy uwielbiają topić tłusty, żółty ser w gorącej czekoladzie i wyjadać go łyżeczką dopiero wtedy, gdy porządnie się rozpuści. I w większości nie mają zbytniego dystansu do siebie, a już na pewno brakuje im go w odniesieniu do swojego kraju. Nigdy im nie dość, gdy zachwala się piękno tutejszej przyrody, bogactwo kulturowe, serdeczność mieszkańców i pyszne ajiaco. Przecież tak bardzo się starają, abyśmy my, obcokrajowcy, przywieźli z Kolumbii cudowne wspomnienia. Zacietrzewiają się trochę z kolei, kiedy ktoś krytykuje np. kolumbijski system podatkowy czy służbę zdrowia i mówi o korupcji. Nawet jeśli w rzeczywistości zgadzają się z rozmówcą, to duma narodowa nakazuje im bronić reputacji ojczyzny. W takich przypadkach zwykle odpowiadają, że jeżeli komuś się tutaj nie podoba, to przecież nikt go nie trzyma siłą. Jedyne krytyczne uwagi, jakie są w stanie przyjąć, dotyczą ruchu ulicznego, zwłaszcza w Bogocie, oraz płatnej edukacji.

 

Mimo to Kolumbijczyk i Polak na pewno znajdą wspólny język. Połączy ich zamiłowanie do dużych porcji jedzenia i łagodnych smaków. W Kolumbii lubią dobrze zjeść i choć warzyw i owoców jest pod dostatkiem, w kuchni używa się sporo mięsa. Zarówno Kolumbijczycy, jak i Polacy są również przywiązani do rodziny, a szczególnym szacunkiem darzą matki. Poza tym z pewnością polubią się za ciekawość świata i innych kultur. Oba narody dopiero od niedawna mogą swobodnie podróżować. Nieprzewidywalna Kolumbia stanowi więc świetne miejsce na wyprawę dla Polaków, bo z jednej strony wyda im się całkiem swojska, a z drugiej nigdy nie przestanie ich zaskakiwać. Tu za każdym zakrętem czeka nowa, wspaniała przygoda.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Kibic w podróży

ANDRZEJ KLEMBA

WWW.SPORT.PL


W Polsce wielką popularnością cieszy się obecnie reprezentacja piłki nożnej prowadzona przez trenera Adama Nawałkę. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy Polacy powalczą o awans do XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018, które zaplanowano w Rosji. Mecze eliminacyjne odbędą się m.in. w Rumunii, Czarnogórze, Danii i Armenii. Należący do naszej  drużyny narodowej piłkarze grają w najlepszych klubach Europy, np. Bayernie Monachium czy Paris Saint-Germain. Podpowiadamy, gdzie warto pojechać w kolejnych miesiącach, a także co poza stadionami zobaczyć w odwiedzonych miastach.

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

Armenia – powabna córa Kaukazu

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

« Armenia bywa często niesłusznie niedoceniana i omijana w trakcie wypraw na Kaukaz na rzecz swojej słynnej sąsiadki, Gruzji. Jednak ten niewielki kraj, położony na pograniczu Europy i Azji, zupełnie sobie na to nie zasłużył. Na turystów, którzy mimo wszystko do niego trafią, czekają fascynująca stolica – Erywań, przepyszne jedzenie, niekończące się toasty, jedna z najlepszych brandy świata, ogromne jezioro Sewan czy liczne monastyry. W dodatku terytorium państwa wynosi niecałe 30 tys. km², więc w 10–14 dni da się zobaczyć główne tutejsze atrakcje. »

Więcej…