LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl 

 

« Natura obdarowała ten kraj niemal wszystkim, co można sobie wymarzyć. Pustynne wybrzeże Pacyfiku („costa”) ciągnie się przez niemal 2,3 tys. km. Równolegle do linii brzegowej, w niedużej od niej odległości, wznosi się surowy, wyżynny region („altiplano”), a zaraz za nim pasmo Andów („sierra”) z najwyższym szczytem w peruwiańskich granicach – masywem Huascarán (6768 m n.p.m.). Leżącą za majestatycznym łańcuchem górskim wschodnią część kraju pokrywa wilgotny las równikowy („selva”). »

 

W tych czterech krainach geograficznych znajdziemy kaniony, pustynie, wulkany i najwyżej położone żeglowne jezioro na ziemi. Jeśli dodać do tego światowego formatu zabytki kultury, nie tylko inkaskiej, smaczną kuchnię czy kolorowe stroje mieszkańców, powstaje wspaniała mieszanka atrakcji, dzięki którym każda wizyta w Peru będzie udana. Najlepiej przekonać się o tym samemu.

 

Współczesne państwo, które wyłoniło się z hiszpańskiej kolonii, jest stosunkowo młode. Niepodległość ogłosiło w 1821 r. Od tego czasu funkcję jego stolicy pełni Lima, wcześniej odgrywająca tę samą rolę w kolonialnym Wicekrólestwie Peru (istniejącym od 1542 r.).

 

CENTRUM WSZYSTKIEGO

Naszą podróż zaczniemy od centrum inkaskiego świata, gdzie pośród łagodnych, nagich wzgórz z monumentalnymi, przykrytymi śniegiem andyjskimi szczytami w tle leży Cusco (Cuzco). O mieście tym mieszkańcy Limy mówią z nutą lekkiej zazdrości. W porównaniu z często zasnutą mgłą stolicą tu przez większą część roku świeci słońce. Piękna pogoda (ze średnią roczną temperaturą powietrza 13°C) to jedno. W przypadku Cusco ważne jest także położenie. Miasto znajduje się na ok. 3400 m n.p.m., należy więc pamiętać o aklimatyzacji. Jeśli lecimy z terenów położonych niżej, warto odpocząć na miejscu przez dwa, trzy dni, zanim rozpoczniemy zwiedzanie. Choroba wysokościowa może dotknąć każdego, niezależnie od wieku czy kondycji fizycznej. 

 

Chociaż mniej więcej 83 proc. mieszkańców Peru posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle w użyciu pozostaje kilkanaście języków indiańskich. Drugim najczęściej używanym językiem w kraju jest keczua (ponad 13,5 proc. Peruwiańczyków). I to właśnie w nim według jednej z hipotez Cusco ma oznaczać „pępek świata”. Takie tłumaczenie wydaje się bardzo sensowne. Wokół miasta zorganizowane było nie tylko całe państwo, ale i cały inkaski świat, zarówno w sensie metaforycznym, jak i dosłownym. Centrum stanowił plac, od którego biegły cztery główne drogi, tworzące osie imperium. Żyjąca w Cusco ludność również różniła się od tej z innych osad. Mieszkali tutaj przede wszystkim władcy i kapłani, choć nie mogło też zabraknąć członków ich świty, rzemieślników, wojskowych i przedstawicieli różnych nacji. Kolejni królowie wznosili w mieście swoje pałace i nowe świątynie. Pomimo upływu lat, licznych trzęsień ziemi i niszczycielskich wojen wiele z nich zachowało się do dzisiaj i nawet obecny plan ulic centrum Cusco nie odbiega zbytnio od tego z czasów Inków. 

 

Ważnym punktem była tu Coricancha, najważniejsza świątynia w całym imperium, przybytek poświęcony Inti, bogu słońca. Jej charakterystyczny łukowaty mur jest nadal widoczny. W czasach Inków to wspaniałe dzieło kamieniarzy zasłaniało pokrycie ze złotej blachy. Piękno tej konstrukcji zostało odkryte dopiero wtedy, gdy Hiszpanie zdarli blaszane płyty. Na fundamentach świątyni zbudowali następnie Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) jako znak swojego panowania.

 

ŚWINKA NA TALERZU

W bocznej nawie monumentalnej Katedry w Cusco (Catedral del Cusco) umieszczono obraz miejscowego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na stole przed Jezusem i uczniami na talerzu leży pieczona… świnka morska (kawia domowa). Zwierzę zostało namalowane prawdopodobnie po to, aby scenie nadać lokalnego charakteru i uczynić ją bardziej przystępną dla odbiorców. Gryzonie znane nam z domowych klatek i terrariów uchodzą w tym kraju za przysmak jadany przy szczególnych okazjach (choć coraz częściej słyszy się od Peruwiańczyków, że dziś hoduje się je już tylko na potrzeby ciekawych nowych doznań turystów). 

 

Natura nie stworzyła sama świnki morskiej, co najmniej ok. 2,5 tys. lat p.n.e. na terytorium dzisiejszego Peru jej przodka udomowił człowiek. Zwierzęta te bardzo szybko się rozmnażają i nie są zbyt wymagające, jeśli chodzi o pożywienie. Hodowane w domach w Europie osiągają wagę maksymalnie 1,2 tys. g, peruwiańskie potrafią przekraczać nawet 2 kg. Kawie piecze się w piecu, grilluje lub opieka na ognisku i podaje najczęściej w całości. W niektórych restauracjach można również zamówić zupę przygotowywaną na bazie wywaru z tych gryzoni.

 

MISTRZOWIE KAMIENIARSTWA

Podczas wędrówki wąskimi uliczkami pięknego, starego Cusco warto odnaleźć calle Hatun Rumiyoq (Hatun Rumiyoc). W murze przy tej ulicy widoczny jest głaz o 12 narożach uchodzący za najsławniejsze osiągnięcie inkaskiej sztuki kamieniarskiej. Ten i inne kamienie w ścianie zostały dopasowane tak dokładnie, że nie wymagały łączenia żadną zaprawą, której Inkowie zwyczajnie nie znali. Obecnie mur stanowi część pałacu arcybiskupiego, pierwotnie jednak znajdowała się tu królewska rezydencja XIV-wiecznego władcy zwanego Incą Rocą. 

 

Z kolei od strony otwartego płaskowyżu, czyli w najsłabszym pod względem obronnym punkcie Cusco, strzegła jego mieszkańców cytadela Sacsayhuamán (przypominająca z lotu ptaka głowę pumy, której resztą ciała jest miasto). Także i ten wielki zespół forteczny wzniesiony został ze starannie dopasowanych, nieregularnych bloków kamiennych. Największe z zachowanych kamieni ważą nawet do 350 t, co budzi podziw i dziś, zwłaszcza jeśli wiemy, że inkascy budowniczowie nie znali koła ani nie używali zwierząt pociągowych. Ogromne, potrójne mury obronne twierdzy Sacsayhuamán biegną zygzakiem, dzięki czemu obrońcy mieli możliwość odparcia ataku ogniem krzyżowym. W miejscu tym Inkowie i Hiszpanie starli się w 1536 r. w trakcie ostatniej, decydującej bitwy o Cusco (tzw. oblężenia Cusco).

Cytadela Sacsayhuamán składa się z trzech potężnych murów w układzie tarasowym, jeden nad drugim

© PROMPERÚ/CARLOSSAL

 

W ŚWIĘTEJ DOLINIE

Wspaniałe przykłady architektury inkaskiej znajdziemy nie tylko w dawnym najważniejszym mieście imperium. Prawdziwe perełki skrywa dolina Urubamby, czyli Święta Dolina Inków (Valle Sagrado de los Incas). Należą do nich m.in. Machu Picchu, Písac (Pisaq), Ollantaytambo czy Wiñay Wayna (Huiñay Huayna). Ośrodki te łączyły funkcje rezydencjonalne, religijne i obronne. Zbudowane na górskich zboczach wprost nad rzeką mogły strzec również ważnych przejść. Charakterystyczną cechą ich wszystkich są przepiękne, często koncentrycznie położone tarasy uprawne. Zgodnie z założeniami miały być one użyteczne i jednocześnie charakteryzować się walorami estetycznymi. 

 

Obowiązkowym przystankiem w trakcie wszystkich wycieczek po Peru jest Machu Picchu (w keczua Stary Szczyt), usytuowane w zapierającej dech w piersiach scenerii: wysoko, bo aż 450 m nad płynącą w dole rzeką Urubambą (2430 m n.p.m.), pośród strzelistych wierzchołków obrośniętych bujną zielenią. Ta dawna posiadłość rodziny królewskiej stała się znanym na całym świecie symbolem inkaskiej cywilizacji. Według opinii wielu archeologów i historyków ośrodek założył ok. 1450 r. władca Inków Pachacutec (Pachacuti). Składały się na niego rezydencje członków domu królewskiego i ich świty, świątynie, łaźnie, pomieszczenia dla służby i tarasy uprawne. Po upadku Cusco Machu Picchu służyło, podobnie jak inne królewskie posiadłości położone na stromych stokach, jako kryjówka dla inkaskich wygnańców. Choć leży zaledwie ok. 80 km od dawnej stolicy imperium, nigdy nie zostało odnalezione przez konkwistadorów. Co więcej, Hiszpanie ani razu nie trafili w te niedostępne rejony. Jednak w XVI stuleciu Machu Picchu całkowicie opustoszało, wciąż nie wiadomo dlaczego. Może stało się tak z powodu epidemii lub suszy. Górskie ścieżki prowadzące do miasta przemierzało w ciągu kolejnych kilkuset lat niewielu miejscowych. Dla świata Machu Picchu odkryte zostało dopiero w lipcu 1911 r. przez ekspedycję z Uniwersytetu Yale pod kierownictwem Hirama Binghama (1875–1956). 

 

Miasto wzniesiono na powierzchni ok. 5 km2. Inkowie, tak jak przy innych ośrodkach, wykorzystali na swoje potrzeby naturalne ukształtowanie terenu. Na skalnych półkach powstały nie tylko tarasy, ale i całe założenie urbanistyczne. Dzisiaj Machu Picchu porasta bardzo dobrze przystrzyżona trawa. Nie jest to jednak efekt zastosowania kosiarek, lecz… wypasu lam, które zaglądają w każdy zakątek z ciekawości i w poszukiwaniu pożywienia. 

 

Do dziś przetrwało tu w doskonałym stanie wiele budowli, m.in. Rezydencja Królewska (Residencia Real) czy Świątynia Słońca (Templo del Sol). Wśród zachowanych struktur znajduje się także kamień Intihuatana, najważniejszy obiekt w każdej świątyni boga słońca. Mógł on jednocześnie pełnić funkcję przyrządu astronomicznego i odgrywać rolę rytualną. 

 

O wyjątkowości Machu Picchu świadczy przypuszczalna, bardzo duża jak na tamte czasy, liczba mieszkańców (nawet mniej więcej tysiąc osób) oraz nagromadzenie budowli o charakterze sakralnym. Ciekawie wypada również analiza materiałów wykopaliskowych z tutejszego cmentarza – odkryto na nim dziesięć razy więcej szczątków kobiet niż mężczyzn. Czyżby ośrodek był sanktuarium dziewic słońca (Acllahuasi)…? To miasto, jak widać, skrywa jeszcze wiele tajemnic.

Zapierające dech w piersiach Machu Picchu uważa się za arcydzieło architektury i inżynierii

© PROMPERú/ALEXbRYCE

 

UPADEK I NARODZINY ŚWIATA

Podczas zwiedzania wspaniałych budowli i oglądania regularnych tarasów uprawnych pamiętać należy o losie, jaki spotkał mieszkańców tego regionu. Francisco Pizarro (1478–1541), jeden z najsłynniejszych konkwistadorów, przybył z Hiszpanii do Nowego Świata jako młodzieniec i biedny analfabeta, miał jednak wielkie ambicje. Wzbogacił się dopiero w Ameryce, na handlu bydłem i niewolnikami na Przesmyku Panamskim. Tutaj też dowiedział się o niepodbitym dotąd imperium (Aztekowie w Meksyku zostali już pokonani). Franciscowi Pizarze w zdobyciu inkaskiego państwa pomogła epidemia ospy, która doprowadziła do śmierci prawie 80 proc. lokalnej ludności w tej części kontynentu. Chorobę przywieźli ze sobą w te strony nieświadomi tego Europejczycy na 40 lat przed podbojami konkwistadora. Mimo epidemii Hiszpanie musieli stoczyć jeszcze wiele walk, aby mogli ogłosić sukces.

 

Choć dla większości miejscowej ludności okres wczesnego kolonializmu był katastrofą, dla niektórych okazał się jednak całkiem korzystny. Inkowie rządzili społecznościami, które sami podbili, więc sporo ludzi uważało Hiszpanów za wyzwolicieli. Europejczycy przywieźli zdobycze techniki, a także nieznane w Ameryce zwierzęta (konie, bydło i kozy) i rośliny uprawne (pszenicę i jęczmień). Z drugiej strony sami szybko zasmakowali w indiańskim zbożu, czyli kukurydzy, oraz w ziemniakach (od nazwy Peru pochodzi prawdopodobnie wielkopolski regionalizm „pyra” oznaczający ziemniaka). 

 

LINIE NA ZIEMI

Wspaniałość inkaskich miast może utwierdzić turystę w przekonaniu, że Inkowie byli jedynymi godnymi uwagi twórcami peruwiańskiej kultury. Nie ma nic bardziej mylnego. Tak naprawdę stanowili oni spadkobierców wielu cywilizacji andyjskich. Na terytorium dzisiejszego Peru współistniały i następowały po sobie kultury Norte Chico (Caral), Paracas, Nasca, Chavín, Mochica, Vicús, Lambayeque (Sicán), Wari (Huari), Chimú i wiele innych. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie dużo zabytków świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Wśród nich znajdują się zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu w Nowym Świecie są znaki na pustyniach południowego wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie występuje na płaskowyżach w okolicy miasta Nasca (Nazca). Powstawały w różnym czasie, między 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Na temat pochodzenia i przeznaczenia tych geoglifów istnieje wiele hipotez, od budzących rozbawienie do popartych naukową argumentacją. Według badaczy do wyrysowania większości linii wystarczyło dwóch ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek, czyli najprostsze przyrządy miernicze, oraz miotłę. Po odsunięciu większych kamieni i wymieceniu zewnętrznej, cienkiej warstwy pyłu ukazuje się również i dzisiaj ciemno zabarwiona ziemia kontrastująca z podłożem. W jakim jednak celu powstały te geoglify, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

W pobliżu Naski znajdują się setki linii i rysunków naziemnych pokrywających powierzchnię ok. 450 km², ale wyróżnić wśród nich da się tylko mniej więcej 30 zarysów konkretnych figur, np. kolibra, kondora, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, pająka, małpy, ślimaka, wieloryba, lamy, iguany, węża, psa czy ryby. Ze względu na swoje gigantyczne rozmiary (samo tylko odnóże pająka mierzy 40 m) rysunki w całości można podziwiać wyłącznie z samolotu. Loty organizowane są w Nasce.

 

ZIELEŃ PO HORYZONT

Suchy krajobraz wnętrza Peru bardzo kontrastuje z jego wschodnią częścią. Z lotu ptaka obszar Amazonii wygląda jak niekończąca się masa zieleni. Położone w sercu puszczy blisko 400-tysięczne Iquitos, stolica regionu Loreto, to największe na świecie miasto, do którego nie prowadzą drogi kołowe czy kolejowe łączące je z resztą kraju (wyjątkiem jest jedynie długa autostrada – Ruta Departamental LO-103 – prowadząca do Nauty na południu i San Antonio del Estrecho na północy). Z okolic innych peruwiańskich atrakcji turystycznych można się tu dostać wyłącznie samolotem lub statkiem. W Iquitos zachowały się ślady z czasów kauczukowego boomu (tzw. fiebre del caucho) z przełomu XIX i XX w. Wtedy wzniesiono w nim wspaniałe rezydencje przy głównym placu (Plaza de Armas) i nad rzeką, pokryte płytkami azulejos, sprowadzanymi z Europy wraz z innymi artykułami luksusowymi. Jednak tylko część miasta wygląda tak europejsko. Są miejsca, takie jak dystrykt Belén (należący do obszaru metropolitalnego Iquitos), gdzie domy wybudowano na drewnianych tratwach. Można do nich dotrzeć wyłącznie łodzią przez istny labirynt kanałów. 

 

Iquitos to znakomita baza wypadowa do wypraw w głąb selwy. Im dłuższa wycieczka, tym więcej ma się szansę zobaczyć: różowe delfiny (inie amazońskie), sotalie amazońskie (tucuxi), piranie, leniwce, tapiry, kajmany, rzadkie gatunki roślin. Choć wokół Iquitos nie jest to jeszcze specjalnie widoczne, w ciągu ostatnich 50 lat ponad 20 proc. lasów tropikalnych w Amazonii zostało zniszczonych. W okresie od 2000 do 2013 r. w Peru wycinano rocznie średnio ok. 113 tys. ha amazońskiej selwy, co odpowiada stracie mniej więcej 17 boisk piłkarskich na godzinę. Doprowadziła do tego rabunkowa gospodarka rolna i wydobywcza. W celu ratowania zagrożonych, ale i niezmiernie cennych obszarów peruwiańskie władze postanowiły utworzyć w regionie Loreto kilka rezerwatów przyrody oraz trzy parki narodowe (w 2018 r. powstał Parque Nacional Yaguas, w 2015 r. – Parque Nacional Sierra del Divisor, a w 2012 r. – Parque Nacional Güeppí-Sekime). Coraz bardziej zwiększa się także świadomość ekologiczna samych mieszkańców kraju, którzy tworzą tzw. rezerwaty produkcyjne, gdzie w sposób kontrolowany uprawia się m.in. orzesznice brazylijskie (orzesznice wyniosłe, bertolecje), kauczukowce i inne rośliny. Poza tym równolegle rozwija się tu ekoturystyka. Ta nowa, przyjazna środowisku forma wypoczynku ma przyciągać turystów, których pieniądze wspierałyby ochronę wilgotnych lasów równikowych. 

Iquitos otaczają rzeki Amazonka, Nanay i Itaya

© PROMPERú/RENZOTASSO

 

CZERWIEŃ WŚRÓD BIAŁYCH MURÓW

Urocze uliczki, jasne mury, elegancki, nienaganny styl XVIII-wiecznego Peru – tak opisać można Arequipę, miasto zwane perłą w koronie peruwiańskiej architektury kolonialnej. To, co stanowi o jej urodzie, czyli biały kamień, z którego wzniesiono niemal wszystkie tutejsze budynki, arkady i zdobione fontanny, w pewnym sensie jest również jej przekleństwem. Skała wulkaniczna sillar pochodzi z widocznego na horyzoncie wulkanu Misti (5822 m n.p.m.). I właśnie aktywność sejsmiczna, dzięki której miejscowi pozyskiwali wyjątkowy budulec, kilkakrotnie stawała się przyczyną wielkich katastrof. Za każdym jednak razem miasto potrafiło odżyć po klęsce żywiołowej. 

 

Arequipa to przede wszystkim otoczone ogrodami rezydencje możnych obywateli. Ale znajdują się w niej także niebywałej urody miejsca i budowle publiczne. W czasach konkwistadorów miasto stanowiło ważny węzeł na szlakach komunikacyjnych. Właśnie tędy przechodziły niezliczone transporty srebra z boliwijskich kopalń w drodze do Hiszpanii. Stąd brało się bogactwo niegdysiejszych mieszkańców Arequipy. 

 

Sercem miasta jest Plaza de Armas (Plaza Mayor). To na tym placu, pośród roślinności i fontann, od wieków toczy się życie miejscowych. W historycznym centrum można również wstąpić do jezuickiego kościoła (Iglesia de la Compañía), perły peruwiańskiego baroku. Świątynię zdobi oczywiście biała fasada. Jest jednak jedna budowla w Arequipie, której mury są w kolorze czerwonym. To Monasterio de Santa Catalina de Siena. W ufundowanym w 1579 r. Klasztorze św. Katarzyny ze Sieny miały pełnić służbę Bogu jedynie córki zamożnych mieszkańców. Tak też było. Aby zostać przyjęte do zakonu, peruwiańskie panny, a właściwie ich rodziny, musiały wkupić się do zgromadzenia bardzo hojnym wianem.

 

Monasterio de Santa Catalina de Siena to niezwykłe miejsce. Klasztor stanowił niegdyś zamknięte i niemal samowystarczalne miasto w mieście. Bogaci rodzice córek nie szczędzili środków na wyposażenie wnętrz w drogie dywany i eleganckie meble. Posiłki spożywano na kosztownej zastawie. Dopiero w drugiej połowie XIX w. wprowadzono surową regułę, a mieszkankom klasztoru zabroniono wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym. Z kolei w latach 70. XX w. nastąpił odwrót od tych zasad. W murach klasztornych pojawili się pierwsi turyści. Warto więc skorzystać z okazji, aby przejść się po cichych krużgankach i podziwiać czerwień murów w białym mieście. 

 

KONDORY O PORANKU

Z Arequipy bardzo łatwo dostać się do jednego z najbardziej niesamowitych zakątków na świecie. Kanion Colca (Cañon del Colca), bo o nim mowa, należy do najgłębszych na ziemi (nawet 4160 m od brzegów do poziomu rzeki). Dla porównania Wielki Kanion Kolorado w Stanach Zjednoczonych jest od niego ponad dwa razy płytszy. Cañon del Colca został zbadany pod względem głębokości przez polską ekspedycję Canoandes’79 z Andrzejem Piętowskim na czele. W 1981 r. uczestnicy wyprawy przepłynęli kajakami dziką rzekę Colca w 33 dni, co było prawdziwym wyczynem, który wpisano do Księgi rekordów Guinnessa. Ponieważ Polacy przyczynili się do rozsławienia tego cudu natury, mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay, stolicy prowincji Caylloma, w dowód wdzięczności nadali jednej z ulic nazwę Avenida Polonia (to właśnie stąd wyruszyła wyprawa kajakowa Canoandes’79). Dzisiaj można zarezerwować sobie z wyprzedzeniem miejsce na spływie tą rzeką. Płynie się wówczas przez najgłębszą na świecie skalną dolinę. Wiele odcinków na trasie jest jednak bardzo trudnych technicznie, nawet dla osób doświadczonych i z dobrą kondycją. 

 

Najczęściej odwiedzany punkt kanionu stanowi Cruz del Cóndor, z którego można podziwiać majestatyczne kondory wielkie. Te olbrzymie ptaki, o rozpiętości skrzydeł mierzącej nawet do 3,3 m, przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. Wówczas zimne powietrze z dna kanionu ogrzewa się coraz mocniejszymi promieniami słońca, w wyniku czego powstają wznoszące prądy powietrzne. Kondory chętnie wykorzystują te sprzyjające warunki.

 

Kanion Colca z punktem widokowym Cruz del Cóndor

© PROMPERú/JAMESPOSSO

 

PŁYWAJĄCE WYSPY, TKAJĄCY MĘŻCZYŹNI

Na granicy z Boliwią leży kolejny peruwiański cud natury – jezioro Titicaca. Było ono najbardziej czczonym zbiornikiem wodnym w imperium Inków. Jest to też jedno z niewielu miejsc na świecie, w których można cierpieć na chorobę morską i wysokościową jednocześnie. Jezioro znajduje się na średniej wysokości 3812 m n.p.m. Ma powierzchnię przekraczającą 8,3 tys. km², co czyni je najwyżej położonym żeglownym jeziorem na ziemi. Dla porównania warto wspomnieć, że największe polskie jezioro, Śniardwy, jest ok. 74 razy mniejsze od Titicaki.

 

Doskonałą bazę wypadową do zwiedzania okolicy stanowi 130-tysięczna miejscowość Puno. Można w niej wynająć małe łodzie motorowe. Najczęstszym celem wycieczek turystycznych są sztuczne, wykonane z trzciny totora, pływające wyspy Uros (Urus). Część z nich jest niedostępna dla przybyszów z zewnątrz, kilka bywa odwiedzanych. Sprzedaje się tu lokalne wyroby. Poza tym można również zobaczyć, w jaki sposób powstają wyspy i postawione na nich zabudowania. 

 

Po archipelagu chodzi się, czasami dość niezgrabnie, jak po gąbczastej powierzchni. Wszystko lekko faluje. Podłoże wymieniane jest nieustannie. Niższe warstwy gniją w wodzie i są zastępowane od góry nowymi. Po ok. 20 latach wyspę buduje się na nowo.

 

Z trzciny wykonuje się także łodzie. Przypominają one sporych rozmiarów czółna. Taka łódź nasiąka stopniowo wodą przez osiem miesięcy i mniej więcej tyle samo trwa skonstruowanie nowej, tak więc buduje się je praktycznie bez przerwy. 

 

Turyści wyruszają też na jezioro Titicaca, aby odwiedzić tutejsze naturalne wyspy. Jedna z nich, Taquile (5,72 km² powierzchni), słynie ze zręcznych tkaczy. Można na niej kupić dobre jakościowo wyroby z wełny oraz kolorowe ubrania, ozdobione wzorami informującymi np. o stanie cywilnym noszącej je osoby. Wyjątkowość tych produktów polega głównie na tym, że tkaniny wykonują przede wszystkim mężczyźni. To oni tkają i… robią na drutach. Kobiety zajmują się głównie przygotowywaniem przędzy. W 2008 r. rzemiosło mieszkańców wyspy Taquile wpisane zostało na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

MIASTO KRÓLÓW

Nie można oczywiście zapomnieć o stolicy Peru. Lima, największa aglomeracja miejska w kraju (zamieszkuje ją ok. 10 mln ludzi), jest bardziej zatłoczona niż pozostałe jego miasta. Jednak i tutaj znajdziemy ciekawe i spokojne miejsca. W 1988 r. najstarsza część metropolii trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Hiszpańscy konkwistadorzy podjęli decyzję o założeniu nowej stolicy w 1535 r. Chcieli mieć możliwość w należyty sposób administrować podbitymi ziemiami. Pierwotna nazwa ośrodka brzmiała Ciudad de los Reyes (Miasto Królów) – założono go 18 stycznia, zaledwie 12 dni po uroczystości Objawienia Pańskiego zwanej świętem Trzech Króli. W krótkim czasie miasto zyskało iście królewski wygląd. Centralną część Limy, podobnie jak w przypadku innych ośrodków zakładanych przez Hiszpanów, stanowił główny plac – Plaza de Armas, obecnie Plaza Mayor. Wokół niego rozmieszczone są wszystkie najważniejsze budowle peruwiańskiej stolicy: Katedra z grobem Francisca Pizarra (Catedral de Lima), Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú lub Casa de Gobierno), przed którym codziennie o 12.00 odbywa się widowiskowa zmiana warty, czy Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z przecudnymi balkonami. 

 

Kiedy zmęczą nas zabytki starego, kolonialnego centrum, powinniśmy przenieść się do nowoczesnego i bogatego dystryktu prowincji Lima rozciągającego się przy rozległych plażach. Miraflores jest bez wątpienia najpopularniejszym wśród turystów i zamożnych limian miejscem na robienie zakupów, zatrzymanie się czy zamieszkanie. Można tu relaksować się w kawiarniach, próbować pysznych potraw w wyśmienitych restauracjach, bawić się w jednym z wielu barów i klubów, delektować życiem kulturalnym oraz spacerować po pełnych kwiatów i palm promenadach nad Oceanem Spokojnym. Warto zajść do Larcomar, jedynego w okolicy centrum handlowego położonego na klifie ze spektakularnym widokiem na Pacyfik. W tym rejonie Prąd Humboldta zderza się z innymi prądami morskimi wybrzeża, co sprawia, że Peruwiańczycy mogą poławiać mnóstwo różnorodnych ryb. Dlatego w lokalach Miraflores podaje się najlepsze w kraju dania rybne i z owoców morza. 

 

Najbardziej znaną potrawą w peruwiańskim pasie nadmorskim jest ceviche (cebiche), czyli surowa, posiekana ryba w pikantnej marynacie z soku z limonki, cebuli i czasami ostrej papryki. Lepiej unikać kupowania tej przekąski na ulicy, ponieważ trudno przewidzieć, czy będzie świeża. W Miraflores z pewnością znajdziemy jednak odpowiednią restaurację serwującą tę smaczną i oryginalną potrawę. 

 

ZASMAKUJ W KRAJU PERUWIAŃCZYKÓW

Skoro już jesteśmy przy kuchni, warto wspomnieć, że każdy region Peru ma odmienne tradycje kulinarne. Specjalność Cusco i innych górskich miast stanowi trucha, czyli pstrąg tęczowy, występujący powszechnie w rzekach i jeziorach. W rejonie dorzecza Amazonki za najsmaczniejszą rybę uchodzi paiche (pirarucú) – arapaima, osiągająca często bardzo duże rozmiary i charakteryzująca się delikatnym, białym mięsem. W miejscowościach położonych na przybrzeżnych pustyniach poza daniami ze sprowadzanych ryb i owoców morza przygotowuje się wiele pysznych potraw z kurczaka, kaczki czy koźliny. W restauracjach w Arequipie zjemy rocoto relleno, czyli faszerowaną paprykę (rocoto) z lokalnym serem. W całym Peru królują jednak ziemniaki. Roślina ta występuje tutaj w ponad 3 tys. odmian, które różnią się nie tylko smakiem, ale i kolorem bulw, przybierających barwę od brązu i żółci po fiolet i czerwień. W niektórych okolicach jeziora Titicaca Ajmarowie nadal rytualnie faszerują ziemniaki liśćmi koki.

 

Nabierzmy więc apetytu na peruwiańską kuchnię oraz krajobrazy, zabytki i kulturę. Pomyślmy o odwiedzeniu tego bardzo zróżnicowanego kraju. Zaplanujmy urlop w pełnym skarbów Peru.

 

Artykuły wybrane losowo

RPA – Afryka nie taka dzika

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

 FOT. CAPE TOWN TOURISM

<< Republikę Południowej Afryki trudno porównać do jakiegokolwiek innego kraju. Na poły europejska, na poły afrykańska, nie daje wtłoczyć się w ciasne ramy żadnej kategorii i na przekór wszystkim zachowuje własny charakter, ukształtowany przez lata niełatwej historii. Dlatego tak trudno odmówić sobie spotkania z fascynującą południowoafrykańską przygodą. >>

Na współczesne oblicze RPA znaczący wpływ wywarli niewątpliwie holenderscy i brytyjscy kolonizatorzy, którzy z jednej strony przywieźli ze sobą zdobycze bardziej rozwiniętej cywilizacji, a z drugiej pogłębili nierówność społeczną, pozbawiając praw rdzennych mieszkańców tych ziem. Dziś to leżące najdalej na południe państwo Czarnego Lądu zaprasza do poznania nie tylko jego burzliwej historii, lecz także wspaniałych krajobrazów i niesamowitej przyrody.

Więcej…

Artystyczna Katalonia

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

<< Piękna Katalonia jest tradycyjna i nowoczesna jednocześnie. Z gracją przechadza się wśród secesyjnych kamienic. Popija cavę i wermut. W sobotę tańczy rumbę, a w niedzielę, jak już się obudzi, sardanę. Opala się na plaży, częstuje tapasami i dumnie prezentuje swoich mistrzów pędzla, świetnie gra w piłkę nożną. Można się w niej zakochać. Kto raz ją zobaczy, już zawsze będzie chciał ją odwiedzać. „Carpe diem!” („Chwytaj dzień!”) – zdaje się mówić do każdego, kto składa jej wizytę. >>

 

Fragment niesamowitej ekspozycji Teatre-Museu Dalí w Figueres

© IMAGEN M.A.S./AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

Mimo referendum przeprowadzonego w październiku 2017 r. i późniejszego kryzysu konstytucyjnego Katalonia jest wciąż wspólnotą autonomiczną Hiszpanii. Od północy graniczy z Francją i Andorą, od zachodu z Aragonią, a od południa z Walencją. Jej stolicę stanowi ponad 1,6-milionowa Barcelona, największe miasto regionu.

W Katalonii warto odwiedzić wiele miejsc. Turyści chętnie odpoczywają w urokliwych miejscowościach położonych na tutejszym wybrzeżu. Większość z nich przybywa na lotnisko El Prat leżące pod Barceloną. To właśnie ona bywa najczęściej pierwszym przystankiem podczas wizyty w Katalonii. My również rozpoczniemy od niej poznawanie regionu.

 

NA DOBRY POCZĄTEK

Naszą podróż po Barcelonie zacznijmy od śniadania. To nie będzie zwykły posiłek, bo kto zazwyczaj raczy się z rana winem musującym i ostrygami… Za chwilę czeka nas jednak zwiedzanie miasta, dlaczego więc nie rozpocząć dnia w iście barcelońskim stylu.

Wystarczy wybrać się na targ La Boqueria (który i tak powinien się znaleźć w planach każdego turysty). To tutaj robią zakupy szefowie renomowanych restauracji i zwykłych tawern, gospodynie domowe i hipsterzy. Stragany podzielono tematycznie. W jednej części piętrzą się owoce i warzywa, w drugiej – ryby i owoce morza, w jeszcze innej – wędliny. Są też słodycze, a wśród nich wspaniałe kolorowe makaroniki (wszak Francja znajduje się tuż za rogiem). La Boqueria wygląda jak martwa natura uwieczniona na obrazie.

My zmierzamy do małego baru, który od 6.00 serwuje wspomniane nietypowe śniadanie. Katalonia słynie z cavy. Nie ma ona jednak nic wspólnego z małą czarną. To wino musujące wytwarza się tą samą metodą, co szampan, ale kosztuje ono znacznie mniej, choć jest bajecznie pyszne. Warto zestawić je właśnie z ostrygami. Bar nazywa się „Pinotxo” i serwuje także inne specjały kuchni katalońskiej. Poza tym w Katalonii również w hotelach często podaje się cavę do śniadania.

 

PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA

Mniej więcej 600-metrowy dystans dzieli La Boquerię od wielkiej rzeźby kota Fernanda Botera w dzielnicy El Raval. Podobno wdrapanie się na niego przynosi szczęście. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, bo opasłe stworzenie ma zaokrąglone boki i trudno o podparcie dla stóp. Ale niektórym udała się ta trudna sztuka! Czy przyniosło im to szczęście? Na pewno za prawdziwy uśmiech losu mogą uznać pobyt w Barcelonie.

El Raval przechodzi niesamowitą metamorfozę. Nazywana kiedyś dzielnicą chińską (Barri Xino), gdzie królowe nocy miały swoje enklawy, szybko zmienia swoje oblicze. Znajdziemy tu świetne Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu d’Art Contemporani de Barcelona – MACBA), eleganckie lofty, różnorakie pracownie artystyczne, wytworne butiki. Ten rejon katalońskiej stolicy uwielbiał Ryszard Kapuściński, a Eduardo Mendoza chętnie umieszczał w nim akcję własnych powieści. Warto zajrzeć do tej części miasta. Wbrew różnym obawom jej mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni do innych. Spacer po tutejszych uliczkach stanowi małą podróż dookoła świata i uczy tolerancji wobec różnych kultur i religii. Choć to niewielki skrawek Barcelony, mówi się tu ponad 50 językami.

 

SMOK, RÓŻE I KSIĄŻKI

Według legendy św. Jerzy (Sant Jordi, patron Katalonii) zabił smoka i uratował księżniczkę. Ze smoczej krwi wyrosła róża. Dlatego dziś 23 kwietnia, w dzień wspomnienia świętego, mężczyźni wręczają te piękne kwiaty kobietom. One odwdzięczają się im za to książkami (22 kwietnia przypada rocznica śmierci hiszpańskiego pisarza Miguela de Cervantesa).

Ze względu na popularność tej niezmiernie romantycznej tradycji stoiska z książkami są wówczas wszędzie. Najwięcej znajduje się ich jednak w rejonie dwóch ulic – La Rambli i Passeig de Gràcia. To właśnie wtedy warto wybrać się na spacer tą pierwszą, będącą najsłynniejszym barcelońskim deptakiem (właściwie złożonym z kilku mniejszych uliczek). La Rambla z okazji dnia św. Jerzego dosłownie tonie w różach. Zarówno kwiaty, jak i książki sprzedają się w tym czasie świetnie, a Barcelona staje się wielką kwiaciarnio-kawiarnią pod gołym, najczęściej słonecznym niebem. Spacerowicze szukają książek nie tylko dla ukochanej osoby, ale także dla rodziny czy przyjaciół. To doskonała okazja, aby kupić nowości wydawnicze i spotkać znanego autora podpisującego egzemplarze swoich dzieł. Do tego wszędzie unosi się zniewalający zapach kwiatów.

Podczas przechadzki po La Rambli warto skierować się w stronę Starego Portu (Port Vell). W jego pobliżu przywita nas figura Krzysztofa Kolumba zapatrzonego gdzieś daleko w morze. Ten słynny żeglarz i odkrywca pojawił się w Barcelonie w 1493 r., po swojej pierwszej wyprawie w poszukiwaniu nowej drogi do Indii. Pomnik, który powstał z okazji wystawy światowej 1888 r., ma upamiętniać to wydarzenie. Na kolumnie znajduje się taras widokowy, można na niego wjechać windą.

Dziś Stary Port wygląda zupełnie inaczej niż pod koniec lat 80. XX w. Wszystko zmieniły XXV Letnie Igrzyska Olimpijskie z 1992 r. Wcześniej to miejsce przypominało wielkie złomowisko z porzuconymi składami i pustymi kontenerami. Dzięki wielkiej międzynarodowej imprezie sportowej Port Vell rozpoczął nowe życie.

Warto tu wstąpić do starej stoczni królewskiej. Ten pięknie odnowiony średniowieczny budynek mieści obecnie Muzeum Morskie (Museu Marítim de Barcelona). Zwiedzających zachwyca imponująca architektura i repliki wspaniałych statków (część z nich została odtworzona w skali 1:1). W XVI stuleciu wodowano w tej okolicy podobno aż 30 galeonów naraz! Nieopodal kładki Rambla de Mar można zobaczyć panią mórz – odrestaurowany trzymasztowiec z 1919 r. o nazwie Santa Eulàlia. Z tutejszej 78-metrowej wieży (Torre de Sant Sebastià) wagoniki kolejki linowej wwożą pasażerów na Montjuïc (w tłumaczeniu na polski Wzgórze Żydowskie). Podczas przejażdżki podziwia się niesamowite widoki.

 

MORZA SZUM, PAPUG ŚPIEW

Złote piaski pośród palm – Barceloneta jest tylko jedna. Kochają ją chyba wszyscy, szczególnie o zachodzie słońca. Warto tu przyjść przed zapadnięciem zmroku w gronie przyjaciół lub z ukochaną osobą, usiąść na kocu, napić się wina i zapatrzeć się w morze.

Rano opanowana przez biegaczy, w ciągu dnia rozbrzmiewająca radością, pod wieczór ta dawna dzielnica rybaków i marynarzy przyciąga romantycznym nastrojem. Poza tym kusi też przysmakami. Do dziś panuje przekonanie, że najlepsze ryby w Barcelonie podaje się właśnie tutaj. Koniecznie trzeba przekonać się o tym samemu! W Barcelonecie stare miesza się z nowym (jak w wielu miejscach w tym mieście). Obok wąskich uliczek i wiekowych kamienic stoją przykłady sztuki współczesnej. Przy Deptaku Kolumba (Passeig de Colom) można zobaczyć rzeźbę Głowa Barcelony, autorstwa jednego z najbardziej znanych amerykańskich artystów pop-artu – Roya Lichtensteina (1923–1997). Dalej, w pobliżu Port Olímpic umieszczono Rybę architekta Franka Gehry’ego.

 

WZGÓRZE SZTUKI

Montjuïc najbardziej spektakularnie prezentuje się od strony placu Hiszpanii (Plaça d’Espanya). Warto tu przyjść po zmierzchu, aby obejrzeć pokaz fontann – spektakl wody, światła i dźwięku. Turyści docierający kolejką ze Starego Portu najpierw trafiają do ogrodów i Muzeum Fundació Joan Miró, gdzie można zapoznać się z twórczością tego katalońskiego malarza, ceramika i rzeźbiarza tworzącego jedyne w swoim rodzaju dzieła.

Zbiory sztuki, stadion i basen olimpijski, wspaniałe ogrody – dla mieszkańców Barcelony zbocza Montjuïc stanowią miejsce wykorzystywane do rekreacji i idealne na odpoczynek od miejskiego hałasu. Już od czasów rzymskich odbywały się tutaj rozmaite wydarzenia. W 1929 r. na wzgórzu zorganizowano wystawę światową, a w 1992 r. stało się ono areną zmagań olimpijskich. Na potrzeby tej pierwszej zbudowano Palau Nacional, dziś mieszczący Muzeum Narodowe Sztuki Katalonii (Museu Nacional d’Art de Catalunya – MNAC). Obok znajduje się modernistyczny Pawilon Barcelony (Pavelló de Barcelona, powstał również na wystawę światową 1929 r., jako pawilon niemiecki). Zaprojektował go Ludwig Mies van der Rohe (1886–1969), współautor projektu wystawionego tu fotela Barcelona (krzesła barcelońskiego), będącego jedną z ikon dizajnu. Dziś własny oryginalny egzemplarz tego mebla może kupić każdy, choć kosztuje on niemało. Zarówno pawilon, jak i sam fotel zachwycają klasyczną formą – proste linie, szlachetne materiały i brak dekoracji są charakterystyczne dla prac niemieckiego architekta, kierującego się dewizą mniej znaczy więcej.

Montjuïc to także Poble Espanyol, czyli hiszpańska osada w miniaturze. Można w niej spacerować wąskimi uliczkami andaluzyjskiej wioski, wśród bielonych ścian i kwitnących bugenwilli, czy obok kamiennych domów z zielonymi okiennicami kojarzących się z Majorką. Są też sklepy i restauracje, da się więc tutaj spędzić i pół dnia.

 

MALARZ I KOTY

To miała być restauracja inna niż wszystkie w Barcelonie. Powstała trochę jako kontynuacja „Le Chat Noir” w Paryżu. Szybko została ulubionym miejscem barcelońskiej bohemy. Bywali w niej Pablo Picasso, Antonio Gaudí i Julio González, mistrzowie pióra, apologeci modernizmu i jego wielcy przeciwnicy. „Els Quatre Gats”(„4 Gats”) otwarto w czerwcu 1897 r. Dwa lata później młody Pablo Picasso pozostawił tu swój ślad – zaprojektował grafikę menu. Lokal znajduje się w Dzielnicy Gotyckiej (Barri Gòtic) przy Carrer de Montsió i jest obowiązkowym punktem wyprawy śladami hiszpańskiego artysty.

Picassa wiązała z Barceloną bardzo szczególna więź. To w niej rozwinął skrzydła jako twórca i wypracował własny, niepowtarzalny styl. W mieście znajduje się największe na świecie muzeum tego artysty (Museu Picasso). Otwarte w 1963 r., było spełnieniem życzenia Picassa, aby właśnie w Barcelonie powstała galeria jego twórczości z okresu, który znawcy sztuki nazywają błękitnym. Można w niej obejrzeć niezmiernie ekspresyjne prace Hiszpana. Sam budynek muzeum, położony w części Starego Miasta (Ciutat Vella) zwanej La Ribera, również należy do nietuzinkowych. Muzeum Picassa mieści się w pięciu przylegających do siebie średniowiecznych pałacach. Po zwiedzaniu warto wybrać się do „Els Quatre Gats” na cavę i tapas.

 

SYMBOL NIEZŁOMNOŚCI

To była końcówka 1899 r. Młody Pablo Picasso w „Els Quatre Gats” chłonął atmosferę artystycznej społeczności. W innej części miasta pewien architekt pracował nad parkiem na specjalne zamówienie przedsiębiorcy Eusebiego Güella (1846–1918). W nowo zaprojektowanej dzielnicy Eixample (Powiększenie) wznoszono mury kościoła Sagrada Família (Temple Expiatori de la Sagrada Família – Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny). Barcelona nie była jeszcze wielką metropolią, ale wyczuwało się w niej ducha rozwoju. Być może dlatego Szwajcar Hans Maximilian Gamper (Joan Gamper, 1877–1930) postanowił stworzyć drużynę piłkarską. Razem z osobami, które odpowiedziały na jego ogłoszenie w gazecie, 29 listopada 1899 r. w sali gimnastycznej przy La Rambli założył Foot-Ball Club Barcelona. Prawie trzy lata później, 13 maja 1902 r., piłkarze FC Barcelony zagrali swój pierwszy mecz z drużyną nowo powstałego klubu, nazwanego Madrid Foot-Ball Club (dziś Real Madrid Club de Fútbol), którą pokonali 3:1.

Kiedy Hiszpania znalazła się pod rządami generała Francisco Franco (w latach 1936–1975), barceloński klub sportowy stał się dla Katalończyków narzędziem walki politycznej. Mecze z jego udziałem stwarzały okazję do demonstrowania patriotyzmu. Dlatego na stadionie Camp Nou kolorowe krzesełka tworzą w języku katalońskim napis brzmiący Més que un club („Więcej niż klub”). Nic więc dziwnego, że FC Barcelona to dla Katalończyków ważny symbol walki o wolność, nieustępliwości i dążenia do celu.

 

VICKY I CRISTINA

Do wyjazdu do Barcelony można się przygotować w różnorodny sposób. Najbardziej znanym jest czytanie przewodników lub artykułów turystycznych. Warto też zapoznać się z książkami, których akcja dzieje się w tym mieście. My proponujemy jednak ruszyć śladami Woody’ego Allena i jego filmu z 2008 r. Vicky Cristina Barcelona.

Zacznijmy od Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny. Sagrada Família jest w budowie od 1882 r. Jej projektant, Antoni Gaudí (1852–1926), był wizjonerem, a jednocześnie bacznym obserwatorem natury. Wymarzył sobie budowlę o organicznej formie i niepowtarzalnych detalach architektonicznych. W przyrodzie nic nie bywa przecież identyczne.

Bohaterki filmu wchodzą również na dach muzeum sztuki współczesnej poświęconego Joanowi Miró (1893–1983). Można tu obejrzeć niesamowite rzeźby. Miejsce to uchodzi za jedną z najciekawszych placówek muzealnych Barcelony.

Kolejny symbol miasta – Casa Milà – pojawia się w produkcji Woody’ego Allena wielokrotnie. Ten budynek także zaprojektował Antoni Gaudí. W filmie można oglądać też Dzielnicę Gotycką. Cristina (grana przez Scarlett Johansson) zafascynowana jej wąskimi uliczkami spędza tutaj długie chwile na robieniu zdjęć detali i utrwalaniu jedynej w swoim rodzaju atmosfery miejsca.

W scenach filmowych uwieczniono poza tym Park Güell i słynną Salamandrę, obok której bohaterowie prowadzą dialog, oraz wzgórze Tibidabo, skąd rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na miasto. W tej okolicy warto przejechać się najstarszą karuzelą w Barcelonie.

Parc de la Ciutadella reżyser pokazał przez moment. Gdy Cristina robi zdjęcie Maríi Elenie (w tej roli występuje Penélope Cruz), widać kaskadę tryskającą wodą. Ta fontanna jest bardzo charakterystyczna. Bohaterowie spacerują znanymi ulicami, takimi jak La Rambla w Ciutat Vella czy Passeig de Gràcia i innymi w dzielnicy Eixample. Ta ostatnia część miasta słynie z eleganckich budynków. Wśród nich (choć już na terenie sąsiedniej dzielnicy Gràcia) znajduje się Casa Fuster – do dziś symbol luksusu okresu modernizmu. Działa tu jeden z najdroższych hoteli w Barcelonie (Hotel Casa Fuster). W nim Vicky, przyjaciółka Cristiny (grana przez Rebeccę Hall), odbywa szczerą rozmową ze swoją krewną Judy (w tej roli Patricia Clarkson), która gości dziewczyny w swoim domu. Dzięki temu widzowie mogą przyjrzeć się wspaniałym hotelowym wnętrzom.

Barcelona Woody’ego Allena jest miejscem barwnym, energetycznym, pełnym barów, restauracji, tarasów, niezwykłych zabytków i – oczywiście – wyśmienitego wina. Naprawdę warto poznać takie oblicze miasta, a po powrocie do domu zobaczyć film jeszcze raz.

Katalonia to jednak nie tylko jej słynna i pełna atrakcji stolica. W tym regionie trzeba odwiedzić też inne miejsca, szczególnie te położone na wybrzeżu Morza Śródziemnego.

 

Barcelońskie obserwatorium astronomiczne (Observatori Fabra) na tle panoramy miasta

© ESPAI D'IMATGE/TURISME DE BARCELONA

 

KURORT NA WYBRZEŻU

Sitges od Barcelony dzieli jedynie ok. 40 km. To słoneczne i eleganckie niemal 30-tysięczne miasto wyróżnia się artystycznym charakterem. Nie bez powodu zresztą, bo przyciągało i przyciąga pisarzy, architektów i bohemę skupioną wokół artystów. Od lat 60. XX w. jest także ulubionym miejscem społeczności homoseksualnej w Hiszpanii.

Co ciekawe, prawie 35 proc. mieszkańców Sitges stanowią osoby rozmaitych narodowości. Są wśród nich m.in. Brytyjczycy, Francuzi czy Holendrzy. To wielokulturowe miasto kusi wspaniałymi plażami, pysznym jedzeniem i warunkami idealnymi do odpoczynku. Dlatego przyjeżdżają tu zarówno turyści zagraniczni, jak i sami barcelończycy.

                Do końca XVIII stulecia Sitges było spokojną wioską rybacką. Wszystko zmieniło się, kiedy władze w Madrycie zezwoliły katalońskim kupcom na bezpośredni handel z amerykańskimi koloniami w 1778 r. Największy rozwój miejscowości przypada na XIX w. Wówczas powrócili do niej americanos – producenci wina, którzy zbili fortunę za granicą na handlu z Ameryką. W mieście można wybrać się na wycieczkę szlakiem ich willi.

Również artyści uprawiający malarstwo upodobali sobie Sitges i pod koniec XIX stulecia założyli w nim swoją nieformalną szkołę. Kiedy Santiago Rusiñol (1861–1931), kataloński malarz, pisarz, kolekcjoner, dziennikarz i dramaturg, kupił tu dom, okrzyknięto je mekką modernizmu.

 

W kurorcie Sitges znajdują się aż trzy mariny – Port Ginesta, Garraf i Aiguadolç

© FELIPE J. ALCOCEBA/AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

WINNYM SZLAKIEM

Podczas pobytu w Sitges nie wolno zmarnować okazji do odwiedzenia okolicznych urokliwych winnic. Katalonia stanowi jeden z najważniejszych obszarów produkcji wina w Hiszpanii. Jej flagowy produkt – cava – śmiało może konkurować ze słynnym francuskim szampanem. Sitges leży w samym centrum regionu winiarskiego Penedès, a do miasta Vilafranca del Penedès, uznawanego za jego stolicę, dojedziemy stąd w pół godziny.

W Penedès znajdują się piękne parki, góry, malownicze wioski rybackie i miasteczka. Tutejszy klimat służy uprawie winogron bardzo wysokiej jakości i dlatego właśnie pochodząca stąd cava jest taka wyśmienita. Koniecznie należy odwiedzić winnicę wytwórni Codorníu (powstałą już w 1551 r.). Wizyta w niej będzie ucztą nie tylko dla podniebienia, ale też dla oczu. Modernistyczny budynek winiarni zaprojektował sam Josep Puig i Cadafalch (1867–1956), znany kataloński architekt i historyk sztuki.

 

PRZYCIĄGAJĄCA GÓRA

W czasach rzymskich w okolicy masywu Montserrat (1236 m n.p.m.) stała ponoć świątynia ku czci Wenus. Pierwszą kapliczkę zbudowano tu w IX w. Do założonego później przez benedyktynów klasztoru pielgrzymowali Johann Wolfgang von Goethe, Miguel Cervantes czy Félix Lope de Vega. W okresie dyktatury Francisco Franco miejsce to było schronieniem dla opozycjonistów, drukowano w nim katalońskie książki. Sylwetka postrzępionej góry (Montserrat po katalońsku oznacza Przepiłowaną Górę) jest widoczna z odległości kilkudziesięciu kilometrów.

Z masywem wiąże się wiele legend. Według jednej z nich Parsifal, rycerz Okrągłego Stołu, ukrył tutaj św. Graala. Pod koniec XIX stulecia sam Antoni Gaudí szukał w tej okolicy inspiracji w kształtach stalaktytów i stalagmitów. To także ważna góra dla członkiń Katalońskiego Związku Czarownic, a imię Montserrat przez lata cieszyło się ogromną popularnością w Katalonii – nadawano je bardzo wielu dziewczynkom.

 

RZYMSKIE MIASTO

Girona jest ośrodkiem uniwersyteckim i ostoją katalońskości. Położone w dolinie pomiędzy morzem a górami miasto przecinają aż cztery rzeki: Ter, Güell, Galligants i Onyar (Oñar). W wodach ostatniej z nich przeglądają się kolorowe, bardzo charakterystyczne fasady domów historycznego centrum.

Historia Girony zaczęła się ok. 77 r. p.n.e. To właśnie wtedy rzymski wódz Pompejusz założył w tym miejscu obwarowaną osadę obronną Gerunda. Przez wieki zamieszkiwali ją m.in. chrześcijanie, Wizygoci czy Arabowie. W IX w. miasto stało się częścią Marchii Hiszpańskiej. Później osiedlili się w nim Żydzi, którzy stworzyli dużą społeczność.

Koniecznie trzeba zwiedzić historyczne centrum Girony. Należy ono do najlepiej zachowanych i najbardziej rozpoznawalnych w Hiszpanii. Jego najstarsze fragmenty oraz pozostałości murów obronnych pochodzą z IX stulecia. Wąskie uliczki, szczególnie w okresie majowego święta kwiatów, prezentują się bajecznie. Warto również odwiedzić oryginalne łaźnie arabskie. Mimo upływu ponad 800 lat znajdują się w bardzo dobrym stanie. Łaźnie składają się z trzech sal. W każdej z nich można było zażywać kąpieli w wodzie o innej temperaturze: gorącej w caldarium, ciepłej w tepidarium i zimnej w frigidarium.

Nad miastem góruje Katedra Najświętszej Maryi Panny (Catedral de Santa Maria de Girona). W jej pobliżu leży El Call. Ta jedna z największych i najlepiej zachowanych dzielnic żydowskich w Europie swoimi początkami sięga także IX w. Wśród plątaniny wąskich uliczek i stromych schodów kryją się tu liczne kawiarnie i restauracje.

 

Pieszy most św. Feliksa łączący brzegi rzeki Onyar w pełnej cennych zabytków Gironie

© ÀLEX TREMPS/COSTA BRAVA GIRONA TOURISM BOARD IMAGE ARCHIVE

 

WŚRÓD ZŁOTYCH PLAŻ

Lloret de Mar na Dzikim Wybrzeżu (Costa Brava) należy do najatrakcyjniejszych kurortów w Hiszpanii. Tę opinię zawdzięcza 9 km plaż. Główna z nich (Lloret) jest położona w samym centrum miasta i wyposażona w pełną infrastrukturę. Druga co do wielkości – złocista Platja de Fenals – ma ponad 700 m długości. Poza tym znajduje się tu też plaża dla nudystów i Water World, jeden z największych parków wodnych w Europie.

Lloret de Mar to również miasto artystyczne. Od lat 20. XX stulecia przyciągało swoimi urokami barcelończyków. Josep Carner (1884–1970), jeden z wielkich poetów katalońskich, nazywał je „miłym rajem” (paradís gentil). Osobom lubiącym romantyczne historie spodoba się średniowieczny Zamek św. Jana (Castell de Sant Joan). Jego załoga niejednokrotnie odpierała ataki tureckich, angielskich i francuskich najeźdźców i piratów. Nie wolno także przegapić rzeźby Dona Marinera, zwanej Wenus z Lloret, stojącej na wybrzeżu. Przedstawia ona żonę wyczekującą z niepokojem na swojego męża wracającego z połowu i stanowi symbol miejscowych kobiet, których małżonkowie trudnili się rybołówstwem.

Wielbiciele pięknych widoków i spacerów powinni koniecznie wybrać się na pieszą wędrówkę trasą Camí de Ronda 1. Prowadzi ona wzdłuż klifu z końca plaży Fenals, niekiedy po stromych, kamiennych stopniach. Po drodze można podziwiać wiele interesujących miejsc, jak chociażby urokliwą skalistą zatoczkę (Cala Banys) i wspomniany zamek. Wycieczka tym szlakiem trwa ok. 40 min.

 

ARTYSTA I JEGO MUZA

Z kosmosem łączył się za pomocą podwiniętych charakterystycznie wąsów. Z reżyserem Luisem Buñuelem (1900–1983) tworzył surrealistyczne filmy. Jego żona Gala była dla niego całym światem. Możliwe, że gdyby nie jej wsparcie, Salvador Dalí nie odniósłby tak spektakularnego sukcesu. Zamek w Púbol to jeden z punktów tzw. Trójkąta Dalego. Artysta kupił go dla swojej ukochanej.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od Figueres. To tutaj 11 maja 1904 r. przyszedł na świat Salvador Dalí. W 1919 r. w miejscowym teatrze odbyła się jego pierwsza wystawa. W latach 60. wrócił, aby urządzić w nim swoje muzeum. Obecnie znajduje się tu jedna z największych kolekcji prac artysty (Teatre-Museu Dalí).

Architektonicznie muzeum odzwierciedla wyobraźnię twórcy. Słynne wielkie jajka na dachu to tylko skromna zapowiedź tego, co czeka na zwiedzających wewnątrz. To istny labirynt dzieł sztuki, bez znanych z innych galerii tabliczek i strzałek wskazujących kierunek poruszania się.

Z Figueres udajmy się do Cadaqués i pobliskiego Portlligat (Port Lligat). Drogi są tutaj kręte i wąskie, dlatego trzeba bardzo uważać podczas prowadzenia samochodu. Do Cadaqués Dalí przyjeżdżał od dzieciństwa na wakacje. Później zamieszkał w Port Lligat razem ze swoją muzą Galą. Ich dom położony jest malowniczo w gaju oliwnym nad zatoką. Artysta często malował ten krajobraz. Również miejscowość Cadaqués była dla niego inspiracją. Przyjeżdżali tu także inni wybitni twórcy. Wśród nich był Pablo Picasso. Port Lligat stanowił osobisty azyl Dalego. W swoim domu mógł w spokoju malować i spędzać czas z ukochaną Galą.

W 1969 r. artysta kupił żonie w prezencie zamek w Púbol. Nie odwiedzał go jednak bez jej pisemnego zaproszenia. Kiedy Gala zmarła w czerwcu 1982 r., Dalí bardzo cierpiał. Aby złagodzić swoją tęsknotę za żoną, przeniósł się do zamku, w którym została pochowana. Chciał być bliżej miłości swojego życia.

 

RYBA O SMAKU CZEKOLADY

Na Dzikim Wybrzeżu jest jeszcze jedno szczególne miejsce związane z geniuszem. Tym razem chodzi o twórcę kuchni molekularnej, za którego uchodzi Ferran Adrià. W wieku 22 lat pracował on jako kucharz liniowy w słynnej już wtedy restauracji „El Bulli” w Roses. Gdy nie gotował, zajmował się głównie podrywaniem dziewcząt na pobliskich plażach. Po niespełna dwóch latach został szefem kuchni i sprawił, że „El Bulli” wspięła się na wyżyny sztuki kulinarnej. Restaurację zamknięto 31 lipca 2011 r. Ferran Adrià tłumaczył później, że aby stymulować swoją kreatywność, musiał zmienić sposób pracy, bo zadaniem jego życia stało się załatwienie komuś stolika w „El Bulli”.

        W Katalonii znajduje się jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Złote Wybrzeże (Costa Daurada) oprócz urokliwego Salou przyciąga rzymską Tarragoną i piaszczystymi plażami. Costa Brava zaprasza do zjawiskowych ogrodów botanicznych w Blanes (Marimurtra i Pinya de Rosa). Trochę dalej na północny wschód leży małe miasteczko Tossa de Mar, które malarz Marc Chagall (1887–1985) nazywał „błękitnym rajem” (el paraíso azul). Na koniec wyprawy po Katalonii wróćmy jeszcze na chwilę do Barcelony, miasta otwartego na innych, bez względu na ich światopogląd czy wygląd. W niej każdy czuje się miłym gościem.

 

Wydanie Lato 2018

 

Tajlandia – w kraju uśmiechów

ALINA WOŹNIAK

<< Każdego roku przyjeżdżają tu miliony turystów spragnionych słońca, złotych plaż, wyśmienitej kuchni, wielowiekowych zabytków, egzotycznych pejzaży i wszelkiego rodzaju atrakcji: od kursów medytacji przez górskie wędrówki po zabawę w nocnych klubach. Moda na Tajlandię nie przeminęła i jeszcze długo będzie się utrzymywać. >>

Królestwo Tajlandii to monarchia konstytucyjna, na której czele stoi król (aktualnie Rama IX – Bhumibol Adulyadej). Leży w Azji Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim i części Półwyspu Malajskiego. Należą do niego również setki wysp w Zatoce Tajlandzkiej i na Morzu Andamańskim. Duża różnorodność stref roślinności (lasy monsunowe, równikowe, namorzynowe, sawanny) sprawia, że w granicach tego państwa żyje wiele gatunków zwierząt, m.in. słoń indyjski, niedźwiedź malajski, lotokot, lampart czy zagrożony wyginięciem tygrys.

Więcej…