LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl 

 

« Natura obdarowała ten kraj niemal wszystkim, co można sobie wymarzyć. Pustynne wybrzeże Pacyfiku („costa”) ciągnie się przez niemal 2,3 tys. km. Równolegle do linii brzegowej, w niedużej od niej odległości, wznosi się surowy, wyżynny region („altiplano”), a zaraz za nim pasmo Andów („sierra”) z najwyższym szczytem w peruwiańskich granicach – masywem Huascarán (6768 m n.p.m.). Leżącą za majestatycznym łańcuchem górskim wschodnią część kraju pokrywa wilgotny las równikowy („selva”). »

 

W tych czterech krainach geograficznych znajdziemy kaniony, pustynie, wulkany i najwyżej położone żeglowne jezioro na ziemi. Jeśli dodać do tego światowego formatu zabytki kultury, nie tylko inkaskiej, smaczną kuchnię czy kolorowe stroje mieszkańców, powstaje wspaniała mieszanka atrakcji, dzięki którym każda wizyta w Peru będzie udana. Najlepiej przekonać się o tym samemu.

 

Współczesne państwo, które wyłoniło się z hiszpańskiej kolonii, jest stosunkowo młode. Niepodległość ogłosiło w 1821 r. Od tego czasu funkcję jego stolicy pełni Lima, wcześniej odgrywająca tę samą rolę w kolonialnym Wicekrólestwie Peru (istniejącym od 1542 r.).

 

CENTRUM WSZYSTKIEGO

Naszą podróż zaczniemy od centrum inkaskiego świata, gdzie pośród łagodnych, nagich wzgórz z monumentalnymi, przykrytymi śniegiem andyjskimi szczytami w tle leży Cusco (Cuzco). O mieście tym mieszkańcy Limy mówią z nutą lekkiej zazdrości. W porównaniu z często zasnutą mgłą stolicą tu przez większą część roku świeci słońce. Piękna pogoda (ze średnią roczną temperaturą powietrza 13°C) to jedno. W przypadku Cusco ważne jest także położenie. Miasto znajduje się na ok. 3400 m n.p.m., należy więc pamiętać o aklimatyzacji. Jeśli lecimy z terenów położonych niżej, warto odpocząć na miejscu przez dwa, trzy dni, zanim rozpoczniemy zwiedzanie. Choroba wysokościowa może dotknąć każdego, niezależnie od wieku czy kondycji fizycznej. 

 

Chociaż mniej więcej 83 proc. mieszkańców Peru posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle w użyciu pozostaje kilkanaście języków indiańskich. Drugim najczęściej używanym językiem w kraju jest keczua (ponad 13,5 proc. Peruwiańczyków). I to właśnie w nim według jednej z hipotez Cusco ma oznaczać „pępek świata”. Takie tłumaczenie wydaje się bardzo sensowne. Wokół miasta zorganizowane było nie tylko całe państwo, ale i cały inkaski świat, zarówno w sensie metaforycznym, jak i dosłownym. Centrum stanowił plac, od którego biegły cztery główne drogi, tworzące osie imperium. Żyjąca w Cusco ludność również różniła się od tej z innych osad. Mieszkali tutaj przede wszystkim władcy i kapłani, choć nie mogło też zabraknąć członków ich świty, rzemieślników, wojskowych i przedstawicieli różnych nacji. Kolejni królowie wznosili w mieście swoje pałace i nowe świątynie. Pomimo upływu lat, licznych trzęsień ziemi i niszczycielskich wojen wiele z nich zachowało się do dzisiaj i nawet obecny plan ulic centrum Cusco nie odbiega zbytnio od tego z czasów Inków. 

 

Ważnym punktem była tu Coricancha, najważniejsza świątynia w całym imperium, przybytek poświęcony Inti, bogu słońca. Jej charakterystyczny łukowaty mur jest nadal widoczny. W czasach Inków to wspaniałe dzieło kamieniarzy zasłaniało pokrycie ze złotej blachy. Piękno tej konstrukcji zostało odkryte dopiero wtedy, gdy Hiszpanie zdarli blaszane płyty. Na fundamentach świątyni zbudowali następnie Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) jako znak swojego panowania.

 

ŚWINKA NA TALERZU

W bocznej nawie monumentalnej Katedry w Cusco (Catedral del Cusco) umieszczono obraz miejscowego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na stole przed Jezusem i uczniami na talerzu leży pieczona… świnka morska (kawia domowa). Zwierzę zostało namalowane prawdopodobnie po to, aby scenie nadać lokalnego charakteru i uczynić ją bardziej przystępną dla odbiorców. Gryzonie znane nam z domowych klatek i terrariów uchodzą w tym kraju za przysmak jadany przy szczególnych okazjach (choć coraz częściej słyszy się od Peruwiańczyków, że dziś hoduje się je już tylko na potrzeby ciekawych nowych doznań turystów). 

 

Natura nie stworzyła sama świnki morskiej, co najmniej ok. 2,5 tys. lat p.n.e. na terytorium dzisiejszego Peru jej przodka udomowił człowiek. Zwierzęta te bardzo szybko się rozmnażają i nie są zbyt wymagające, jeśli chodzi o pożywienie. Hodowane w domach w Europie osiągają wagę maksymalnie 1,2 tys. g, peruwiańskie potrafią przekraczać nawet 2 kg. Kawie piecze się w piecu, grilluje lub opieka na ognisku i podaje najczęściej w całości. W niektórych restauracjach można również zamówić zupę przygotowywaną na bazie wywaru z tych gryzoni.

 

MISTRZOWIE KAMIENIARSTWA

Podczas wędrówki wąskimi uliczkami pięknego, starego Cusco warto odnaleźć calle Hatun Rumiyoq (Hatun Rumiyoc). W murze przy tej ulicy widoczny jest głaz o 12 narożach uchodzący za najsławniejsze osiągnięcie inkaskiej sztuki kamieniarskiej. Ten i inne kamienie w ścianie zostały dopasowane tak dokładnie, że nie wymagały łączenia żadną zaprawą, której Inkowie zwyczajnie nie znali. Obecnie mur stanowi część pałacu arcybiskupiego, pierwotnie jednak znajdowała się tu królewska rezydencja XIV-wiecznego władcy zwanego Incą Rocą. 

 

Z kolei od strony otwartego płaskowyżu, czyli w najsłabszym pod względem obronnym punkcie Cusco, strzegła jego mieszkańców cytadela Sacsayhuamán (przypominająca z lotu ptaka głowę pumy, której resztą ciała jest miasto). Także i ten wielki zespół forteczny wzniesiony został ze starannie dopasowanych, nieregularnych bloków kamiennych. Największe z zachowanych kamieni ważą nawet do 350 t, co budzi podziw i dziś, zwłaszcza jeśli wiemy, że inkascy budowniczowie nie znali koła ani nie używali zwierząt pociągowych. Ogromne, potrójne mury obronne twierdzy Sacsayhuamán biegną zygzakiem, dzięki czemu obrońcy mieli możliwość odparcia ataku ogniem krzyżowym. W miejscu tym Inkowie i Hiszpanie starli się w 1536 r. w trakcie ostatniej, decydującej bitwy o Cusco (tzw. oblężenia Cusco).

Cytadela Sacsayhuamán składa się z trzech potężnych murów w układzie tarasowym, jeden nad drugim

© PROMPERÚ/CARLOSSAL

 

W ŚWIĘTEJ DOLINIE

Wspaniałe przykłady architektury inkaskiej znajdziemy nie tylko w dawnym najważniejszym mieście imperium. Prawdziwe perełki skrywa dolina Urubamby, czyli Święta Dolina Inków (Valle Sagrado de los Incas). Należą do nich m.in. Machu Picchu, Písac (Pisaq), Ollantaytambo czy Wiñay Wayna (Huiñay Huayna). Ośrodki te łączyły funkcje rezydencjonalne, religijne i obronne. Zbudowane na górskich zboczach wprost nad rzeką mogły strzec również ważnych przejść. Charakterystyczną cechą ich wszystkich są przepiękne, często koncentrycznie położone tarasy uprawne. Zgodnie z założeniami miały być one użyteczne i jednocześnie charakteryzować się walorami estetycznymi. 

 

Obowiązkowym przystankiem w trakcie wszystkich wycieczek po Peru jest Machu Picchu (w keczua Stary Szczyt), usytuowane w zapierającej dech w piersiach scenerii: wysoko, bo aż 450 m nad płynącą w dole rzeką Urubambą (2430 m n.p.m.), pośród strzelistych wierzchołków obrośniętych bujną zielenią. Ta dawna posiadłość rodziny królewskiej stała się znanym na całym świecie symbolem inkaskiej cywilizacji. Według opinii wielu archeologów i historyków ośrodek założył ok. 1450 r. władca Inków Pachacutec (Pachacuti). Składały się na niego rezydencje członków domu królewskiego i ich świty, świątynie, łaźnie, pomieszczenia dla służby i tarasy uprawne. Po upadku Cusco Machu Picchu służyło, podobnie jak inne królewskie posiadłości położone na stromych stokach, jako kryjówka dla inkaskich wygnańców. Choć leży zaledwie ok. 80 km od dawnej stolicy imperium, nigdy nie zostało odnalezione przez konkwistadorów. Co więcej, Hiszpanie ani razu nie trafili w te niedostępne rejony. Jednak w XVI stuleciu Machu Picchu całkowicie opustoszało, wciąż nie wiadomo dlaczego. Może stało się tak z powodu epidemii lub suszy. Górskie ścieżki prowadzące do miasta przemierzało w ciągu kolejnych kilkuset lat niewielu miejscowych. Dla świata Machu Picchu odkryte zostało dopiero w lipcu 1911 r. przez ekspedycję z Uniwersytetu Yale pod kierownictwem Hirama Binghama (1875–1956). 

 

Miasto wzniesiono na powierzchni ok. 5 km2. Inkowie, tak jak przy innych ośrodkach, wykorzystali na swoje potrzeby naturalne ukształtowanie terenu. Na skalnych półkach powstały nie tylko tarasy, ale i całe założenie urbanistyczne. Dzisiaj Machu Picchu porasta bardzo dobrze przystrzyżona trawa. Nie jest to jednak efekt zastosowania kosiarek, lecz… wypasu lam, które zaglądają w każdy zakątek z ciekawości i w poszukiwaniu pożywienia. 

 

Do dziś przetrwało tu w doskonałym stanie wiele budowli, m.in. Rezydencja Królewska (Residencia Real) czy Świątynia Słońca (Templo del Sol). Wśród zachowanych struktur znajduje się także kamień Intihuatana, najważniejszy obiekt w każdej świątyni boga słońca. Mógł on jednocześnie pełnić funkcję przyrządu astronomicznego i odgrywać rolę rytualną. 

 

O wyjątkowości Machu Picchu świadczy przypuszczalna, bardzo duża jak na tamte czasy, liczba mieszkańców (nawet mniej więcej tysiąc osób) oraz nagromadzenie budowli o charakterze sakralnym. Ciekawie wypada również analiza materiałów wykopaliskowych z tutejszego cmentarza – odkryto na nim dziesięć razy więcej szczątków kobiet niż mężczyzn. Czyżby ośrodek był sanktuarium dziewic słońca (Acllahuasi)…? To miasto, jak widać, skrywa jeszcze wiele tajemnic.

Zapierające dech w piersiach Machu Picchu uważa się za arcydzieło architektury i inżynierii

© PROMPERú/ALEXbRYCE

 

UPADEK I NARODZINY ŚWIATA

Podczas zwiedzania wspaniałych budowli i oglądania regularnych tarasów uprawnych pamiętać należy o losie, jaki spotkał mieszkańców tego regionu. Francisco Pizarro (1478–1541), jeden z najsłynniejszych konkwistadorów, przybył z Hiszpanii do Nowego Świata jako młodzieniec i biedny analfabeta, miał jednak wielkie ambicje. Wzbogacił się dopiero w Ameryce, na handlu bydłem i niewolnikami na Przesmyku Panamskim. Tutaj też dowiedział się o niepodbitym dotąd imperium (Aztekowie w Meksyku zostali już pokonani). Franciscowi Pizarze w zdobyciu inkaskiego państwa pomogła epidemia ospy, która doprowadziła do śmierci prawie 80 proc. lokalnej ludności w tej części kontynentu. Chorobę przywieźli ze sobą w te strony nieświadomi tego Europejczycy na 40 lat przed podbojami konkwistadora. Mimo epidemii Hiszpanie musieli stoczyć jeszcze wiele walk, aby mogli ogłosić sukces.

 

Choć dla większości miejscowej ludności okres wczesnego kolonializmu był katastrofą, dla niektórych okazał się jednak całkiem korzystny. Inkowie rządzili społecznościami, które sami podbili, więc sporo ludzi uważało Hiszpanów za wyzwolicieli. Europejczycy przywieźli zdobycze techniki, a także nieznane w Ameryce zwierzęta (konie, bydło i kozy) i rośliny uprawne (pszenicę i jęczmień). Z drugiej strony sami szybko zasmakowali w indiańskim zbożu, czyli kukurydzy, oraz w ziemniakach (od nazwy Peru pochodzi prawdopodobnie wielkopolski regionalizm „pyra” oznaczający ziemniaka). 

 

LINIE NA ZIEMI

Wspaniałość inkaskich miast może utwierdzić turystę w przekonaniu, że Inkowie byli jedynymi godnymi uwagi twórcami peruwiańskiej kultury. Nie ma nic bardziej mylnego. Tak naprawdę stanowili oni spadkobierców wielu cywilizacji andyjskich. Na terytorium dzisiejszego Peru współistniały i następowały po sobie kultury Norte Chico (Caral), Paracas, Nasca, Chavín, Mochica, Vicús, Lambayeque (Sicán), Wari (Huari), Chimú i wiele innych. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie dużo zabytków świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Wśród nich znajdują się zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Jednym z najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu w Nowym Świecie są znaki na pustyniach południowego wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie występuje na płaskowyżach w okolicy miasta Nasca (Nazca). Powstawały w różnym czasie, między 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Na temat pochodzenia i przeznaczenia tych geoglifów istnieje wiele hipotez, od budzących rozbawienie do popartych naukową argumentacją. Według badaczy do wyrysowania większości linii wystarczyło dwóch ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek, czyli najprostsze przyrządy miernicze, oraz miotłę. Po odsunięciu większych kamieni i wymieceniu zewnętrznej, cienkiej warstwy pyłu ukazuje się również i dzisiaj ciemno zabarwiona ziemia kontrastująca z podłożem. W jakim jednak celu powstały te geoglify, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

W pobliżu Naski znajdują się setki linii i rysunków naziemnych pokrywających powierzchnię ok. 450 km², ale wyróżnić wśród nich da się tylko mniej więcej 30 zarysów konkretnych figur, np. kolibra, kondora, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, pająka, małpy, ślimaka, wieloryba, lamy, iguany, węża, psa czy ryby. Ze względu na swoje gigantyczne rozmiary (samo tylko odnóże pająka mierzy 40 m) rysunki w całości można podziwiać wyłącznie z samolotu. Loty organizowane są w Nasce.

 

ZIELEŃ PO HORYZONT

Suchy krajobraz wnętrza Peru bardzo kontrastuje z jego wschodnią częścią. Z lotu ptaka obszar Amazonii wygląda jak niekończąca się masa zieleni. Położone w sercu puszczy blisko 400-tysięczne Iquitos, stolica regionu Loreto, to największe na świecie miasto, do którego nie prowadzą drogi kołowe czy kolejowe łączące je z resztą kraju (wyjątkiem jest jedynie długa autostrada – Ruta Departamental LO-103 – prowadząca do Nauty na południu i San Antonio del Estrecho na północy). Z okolic innych peruwiańskich atrakcji turystycznych można się tu dostać wyłącznie samolotem lub statkiem. W Iquitos zachowały się ślady z czasów kauczukowego boomu (tzw. fiebre del caucho) z przełomu XIX i XX w. Wtedy wzniesiono w nim wspaniałe rezydencje przy głównym placu (Plaza de Armas) i nad rzeką, pokryte płytkami azulejos, sprowadzanymi z Europy wraz z innymi artykułami luksusowymi. Jednak tylko część miasta wygląda tak europejsko. Są miejsca, takie jak dystrykt Belén (należący do obszaru metropolitalnego Iquitos), gdzie domy wybudowano na drewnianych tratwach. Można do nich dotrzeć wyłącznie łodzią przez istny labirynt kanałów. 

 

Iquitos to znakomita baza wypadowa do wypraw w głąb selwy. Im dłuższa wycieczka, tym więcej ma się szansę zobaczyć: różowe delfiny (inie amazońskie), sotalie amazońskie (tucuxi), piranie, leniwce, tapiry, kajmany, rzadkie gatunki roślin. Choć wokół Iquitos nie jest to jeszcze specjalnie widoczne, w ciągu ostatnich 50 lat ponad 20 proc. lasów tropikalnych w Amazonii zostało zniszczonych. W okresie od 2000 do 2013 r. w Peru wycinano rocznie średnio ok. 113 tys. ha amazońskiej selwy, co odpowiada stracie mniej więcej 17 boisk piłkarskich na godzinę. Doprowadziła do tego rabunkowa gospodarka rolna i wydobywcza. W celu ratowania zagrożonych, ale i niezmiernie cennych obszarów peruwiańskie władze postanowiły utworzyć w regionie Loreto kilka rezerwatów przyrody oraz trzy parki narodowe (w 2018 r. powstał Parque Nacional Yaguas, w 2015 r. – Parque Nacional Sierra del Divisor, a w 2012 r. – Parque Nacional Güeppí-Sekime). Coraz bardziej zwiększa się także świadomość ekologiczna samych mieszkańców kraju, którzy tworzą tzw. rezerwaty produkcyjne, gdzie w sposób kontrolowany uprawia się m.in. orzesznice brazylijskie (orzesznice wyniosłe, bertolecje), kauczukowce i inne rośliny. Poza tym równolegle rozwija się tu ekoturystyka. Ta nowa, przyjazna środowisku forma wypoczynku ma przyciągać turystów, których pieniądze wspierałyby ochronę wilgotnych lasów równikowych. 

Iquitos otaczają rzeki Amazonka, Nanay i Itaya

© PROMPERú/RENZOTASSO

 

CZERWIEŃ WŚRÓD BIAŁYCH MURÓW

Urocze uliczki, jasne mury, elegancki, nienaganny styl XVIII-wiecznego Peru – tak opisać można Arequipę, miasto zwane perłą w koronie peruwiańskiej architektury kolonialnej. To, co stanowi o jej urodzie, czyli biały kamień, z którego wzniesiono niemal wszystkie tutejsze budynki, arkady i zdobione fontanny, w pewnym sensie jest również jej przekleństwem. Skała wulkaniczna sillar pochodzi z widocznego na horyzoncie wulkanu Misti (5822 m n.p.m.). I właśnie aktywność sejsmiczna, dzięki której miejscowi pozyskiwali wyjątkowy budulec, kilkakrotnie stawała się przyczyną wielkich katastrof. Za każdym jednak razem miasto potrafiło odżyć po klęsce żywiołowej. 

 

Arequipa to przede wszystkim otoczone ogrodami rezydencje możnych obywateli. Ale znajdują się w niej także niebywałej urody miejsca i budowle publiczne. W czasach konkwistadorów miasto stanowiło ważny węzeł na szlakach komunikacyjnych. Właśnie tędy przechodziły niezliczone transporty srebra z boliwijskich kopalń w drodze do Hiszpanii. Stąd brało się bogactwo niegdysiejszych mieszkańców Arequipy. 

 

Sercem miasta jest Plaza de Armas (Plaza Mayor). To na tym placu, pośród roślinności i fontann, od wieków toczy się życie miejscowych. W historycznym centrum można również wstąpić do jezuickiego kościoła (Iglesia de la Compañía), perły peruwiańskiego baroku. Świątynię zdobi oczywiście biała fasada. Jest jednak jedna budowla w Arequipie, której mury są w kolorze czerwonym. To Monasterio de Santa Catalina de Siena. W ufundowanym w 1579 r. Klasztorze św. Katarzyny ze Sieny miały pełnić służbę Bogu jedynie córki zamożnych mieszkańców. Tak też było. Aby zostać przyjęte do zakonu, peruwiańskie panny, a właściwie ich rodziny, musiały wkupić się do zgromadzenia bardzo hojnym wianem.

 

Monasterio de Santa Catalina de Siena to niezwykłe miejsce. Klasztor stanowił niegdyś zamknięte i niemal samowystarczalne miasto w mieście. Bogaci rodzice córek nie szczędzili środków na wyposażenie wnętrz w drogie dywany i eleganckie meble. Posiłki spożywano na kosztownej zastawie. Dopiero w drugiej połowie XIX w. wprowadzono surową regułę, a mieszkankom klasztoru zabroniono wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym. Z kolei w latach 70. XX w. nastąpił odwrót od tych zasad. W murach klasztornych pojawili się pierwsi turyści. Warto więc skorzystać z okazji, aby przejść się po cichych krużgankach i podziwiać czerwień murów w białym mieście. 

 

KONDORY O PORANKU

Z Arequipy bardzo łatwo dostać się do jednego z najbardziej niesamowitych zakątków na świecie. Kanion Colca (Cañon del Colca), bo o nim mowa, należy do najgłębszych na ziemi (nawet 4160 m od brzegów do poziomu rzeki). Dla porównania Wielki Kanion Kolorado w Stanach Zjednoczonych jest od niego ponad dwa razy płytszy. Cañon del Colca został zbadany pod względem głębokości przez polską ekspedycję Canoandes’79 z Andrzejem Piętowskim na czele. W 1981 r. uczestnicy wyprawy przepłynęli kajakami dziką rzekę Colca w 33 dni, co było prawdziwym wyczynem, który wpisano do Księgi rekordów Guinnessa. Ponieważ Polacy przyczynili się do rozsławienia tego cudu natury, mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay, stolicy prowincji Caylloma, w dowód wdzięczności nadali jednej z ulic nazwę Avenida Polonia (to właśnie stąd wyruszyła wyprawa kajakowa Canoandes’79). Dzisiaj można zarezerwować sobie z wyprzedzeniem miejsce na spływie tą rzeką. Płynie się wówczas przez najgłębszą na świecie skalną dolinę. Wiele odcinków na trasie jest jednak bardzo trudnych technicznie, nawet dla osób doświadczonych i z dobrą kondycją. 

 

Najczęściej odwiedzany punkt kanionu stanowi Cruz del Cóndor, z którego można podziwiać majestatyczne kondory wielkie. Te olbrzymie ptaki, o rozpiętości skrzydeł mierzącej nawet do 3,3 m, przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. Wówczas zimne powietrze z dna kanionu ogrzewa się coraz mocniejszymi promieniami słońca, w wyniku czego powstają wznoszące prądy powietrzne. Kondory chętnie wykorzystują te sprzyjające warunki.

 

Kanion Colca z punktem widokowym Cruz del Cóndor

© PROMPERú/JAMESPOSSO

 

PŁYWAJĄCE WYSPY, TKAJĄCY MĘŻCZYŹNI

Na granicy z Boliwią leży kolejny peruwiański cud natury – jezioro Titicaca. Było ono najbardziej czczonym zbiornikiem wodnym w imperium Inków. Jest to też jedno z niewielu miejsc na świecie, w których można cierpieć na chorobę morską i wysokościową jednocześnie. Jezioro znajduje się na średniej wysokości 3812 m n.p.m. Ma powierzchnię przekraczającą 8,3 tys. km², co czyni je najwyżej położonym żeglownym jeziorem na ziemi. Dla porównania warto wspomnieć, że największe polskie jezioro, Śniardwy, jest ok. 74 razy mniejsze od Titicaki.

 

Doskonałą bazę wypadową do zwiedzania okolicy stanowi 130-tysięczna miejscowość Puno. Można w niej wynająć małe łodzie motorowe. Najczęstszym celem wycieczek turystycznych są sztuczne, wykonane z trzciny totora, pływające wyspy Uros (Urus). Część z nich jest niedostępna dla przybyszów z zewnątrz, kilka bywa odwiedzanych. Sprzedaje się tu lokalne wyroby. Poza tym można również zobaczyć, w jaki sposób powstają wyspy i postawione na nich zabudowania. 

 

Po archipelagu chodzi się, czasami dość niezgrabnie, jak po gąbczastej powierzchni. Wszystko lekko faluje. Podłoże wymieniane jest nieustannie. Niższe warstwy gniją w wodzie i są zastępowane od góry nowymi. Po ok. 20 latach wyspę buduje się na nowo.

 

Z trzciny wykonuje się także łodzie. Przypominają one sporych rozmiarów czółna. Taka łódź nasiąka stopniowo wodą przez osiem miesięcy i mniej więcej tyle samo trwa skonstruowanie nowej, tak więc buduje się je praktycznie bez przerwy. 

 

Turyści wyruszają też na jezioro Titicaca, aby odwiedzić tutejsze naturalne wyspy. Jedna z nich, Taquile (5,72 km² powierzchni), słynie ze zręcznych tkaczy. Można na niej kupić dobre jakościowo wyroby z wełny oraz kolorowe ubrania, ozdobione wzorami informującymi np. o stanie cywilnym noszącej je osoby. Wyjątkowość tych produktów polega głównie na tym, że tkaniny wykonują przede wszystkim mężczyźni. To oni tkają i… robią na drutach. Kobiety zajmują się głównie przygotowywaniem przędzy. W 2008 r. rzemiosło mieszkańców wyspy Taquile wpisane zostało na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

MIASTO KRÓLÓW

Nie można oczywiście zapomnieć o stolicy Peru. Lima, największa aglomeracja miejska w kraju (zamieszkuje ją ok. 10 mln ludzi), jest bardziej zatłoczona niż pozostałe jego miasta. Jednak i tutaj znajdziemy ciekawe i spokojne miejsca. W 1988 r. najstarsza część metropolii trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Hiszpańscy konkwistadorzy podjęli decyzję o założeniu nowej stolicy w 1535 r. Chcieli mieć możliwość w należyty sposób administrować podbitymi ziemiami. Pierwotna nazwa ośrodka brzmiała Ciudad de los Reyes (Miasto Królów) – założono go 18 stycznia, zaledwie 12 dni po uroczystości Objawienia Pańskiego zwanej świętem Trzech Króli. W krótkim czasie miasto zyskało iście królewski wygląd. Centralną część Limy, podobnie jak w przypadku innych ośrodków zakładanych przez Hiszpanów, stanowił główny plac – Plaza de Armas, obecnie Plaza Mayor. Wokół niego rozmieszczone są wszystkie najważniejsze budowle peruwiańskiej stolicy: Katedra z grobem Francisca Pizarra (Catedral de Lima), Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú lub Casa de Gobierno), przed którym codziennie o 12.00 odbywa się widowiskowa zmiana warty, czy Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z przecudnymi balkonami. 

 

Kiedy zmęczą nas zabytki starego, kolonialnego centrum, powinniśmy przenieść się do nowoczesnego i bogatego dystryktu prowincji Lima rozciągającego się przy rozległych plażach. Miraflores jest bez wątpienia najpopularniejszym wśród turystów i zamożnych limian miejscem na robienie zakupów, zatrzymanie się czy zamieszkanie. Można tu relaksować się w kawiarniach, próbować pysznych potraw w wyśmienitych restauracjach, bawić się w jednym z wielu barów i klubów, delektować życiem kulturalnym oraz spacerować po pełnych kwiatów i palm promenadach nad Oceanem Spokojnym. Warto zajść do Larcomar, jedynego w okolicy centrum handlowego położonego na klifie ze spektakularnym widokiem na Pacyfik. W tym rejonie Prąd Humboldta zderza się z innymi prądami morskimi wybrzeża, co sprawia, że Peruwiańczycy mogą poławiać mnóstwo różnorodnych ryb. Dlatego w lokalach Miraflores podaje się najlepsze w kraju dania rybne i z owoców morza. 

 

Najbardziej znaną potrawą w peruwiańskim pasie nadmorskim jest ceviche (cebiche), czyli surowa, posiekana ryba w pikantnej marynacie z soku z limonki, cebuli i czasami ostrej papryki. Lepiej unikać kupowania tej przekąski na ulicy, ponieważ trudno przewidzieć, czy będzie świeża. W Miraflores z pewnością znajdziemy jednak odpowiednią restaurację serwującą tę smaczną i oryginalną potrawę. 

 

ZASMAKUJ W KRAJU PERUWIAŃCZYKÓW

Skoro już jesteśmy przy kuchni, warto wspomnieć, że każdy region Peru ma odmienne tradycje kulinarne. Specjalność Cusco i innych górskich miast stanowi trucha, czyli pstrąg tęczowy, występujący powszechnie w rzekach i jeziorach. W rejonie dorzecza Amazonki za najsmaczniejszą rybę uchodzi paiche (pirarucú) – arapaima, osiągająca często bardzo duże rozmiary i charakteryzująca się delikatnym, białym mięsem. W miejscowościach położonych na przybrzeżnych pustyniach poza daniami ze sprowadzanych ryb i owoców morza przygotowuje się wiele pysznych potraw z kurczaka, kaczki czy koźliny. W restauracjach w Arequipie zjemy rocoto relleno, czyli faszerowaną paprykę (rocoto) z lokalnym serem. W całym Peru królują jednak ziemniaki. Roślina ta występuje tutaj w ponad 3 tys. odmian, które różnią się nie tylko smakiem, ale i kolorem bulw, przybierających barwę od brązu i żółci po fiolet i czerwień. W niektórych okolicach jeziora Titicaca Ajmarowie nadal rytualnie faszerują ziemniaki liśćmi koki.

 

Nabierzmy więc apetytu na peruwiańską kuchnię oraz krajobrazy, zabytki i kulturę. Pomyślmy o odwiedzeniu tego bardzo zróżnicowanego kraju. Zaplanujmy urlop w pełnym skarbów Peru.

 

Artykuły wybrane losowo

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.

 

 

Muli shani? Witajcie w Zambii!

NORBERT SKRZYŃSKI

 

8. etap sztafety śladami Kazimierza Nowaka wiódł przez Zambię – do słynnych wodospadów Wiktorii (Victoria Falls) na rzece Zambezi. Jakie było pierwsze wrażenie jego uczestników po dotarciu do tego południowoafrykańskiego kraju? Wszyscy odpowiadają zgodnie: Zambia jest cudowna! Tutejsi kierowcy są życzliwi, a ludzie tak serdeczni i otwarci, że niemal ochrypliśmy od odwzajemniania pozdrowień. Jako pierwszy punkt programu obraliśmy Chimfunshi – rezerwat-schronisko dla szympansów. Miejsce niezwykłe...

Od mijanych po drodze uśmiechniętych Zambijczyków słyszeliśmy co chwilę pozdrowienia: Muli shani!, co oznacza w języku ludu Bemba (najliczniejszej grupy etnicznej w tym kraju) Witaj! Czasami zadawali nam oni także tak samo brzmiące pytanie: Muli shani? – jak się okazało, zwrot ten to z kolei polskie Jak się masz? Szybko nauczyliśmy się im odpowiadać bwino, czyli dobrze.   

Uczestnicy zambijskiego etapu sztafety „Afryka Nowaka” początkowo obrali trasę Chingola –Chimfunshi – Kansoka – Kitwe – Ndola, która ciągnie się przez środkowo-północną część kraju, wzdłuż granicy z Demokratyczną Republiką Konga. Jest to zagłębie miedziowe, najbardziej uprzemysłowiony region Zambii, oddalony od popularnych tras turystycznych, mający jednak wspaniałą atrakcję, jaką jest największy na świecie rezerwat-przytułek dla szympansów.

Więcej…

Mała Chorwacja na wielkie wakacje

AGNIESZKA I WOJCIECH TYLUSIOWIE

www.crolove.pl

 

<< Hasło promujące ten kraj przed kilku laty brzmiało: „Chorwacja – mały kraj na wielkie wakacje”. Kolejne – „Chorwacja pełna życia” – okazało się równie trafne. Polakom tej nadadriatyckiej republiki rekomendować nie trzeba. Co roku ściągają do niej na odpoczynek setki tysięcy naszych rodaków. >>

Więcej…