KUBA KUCHARSKI

www.wusciskukatriny.pl

www.kubakucharski.pl

 

« Gdyby ktoś kilkanaście lat temu, kiedy byłem jeszcze studentem, zapytał mnie, z jakimi miastami kojarzą mi się Stany Zjednoczone, wymieniłbym Nowy Jork i Los Angeles. Znałem je wówczas jedynie ze scen filmowych i idealnie oddawały moje wyobrażenia o Ameryce jako kraju, w którym spełniają się najskrytsze marzenia, szczególnie te o byciu bogatym, sławnym i pięknym. Tu każdy mógł zostać kimś. »

 

Dziś, gdy mam nieco większy bagaż doświadczeń, wiem, że american dream (dosłownie „amerykańskie marzenie”) da się zrealizować nie tylko w tych dwóch miastach. Śmiem też twierdzić, że w większości przypadków nie będzie to związane ze zrobieniem kariery i zdobyciem majątku. Stany Zjednoczone są krajem tak różnorodnym, jak jego obywatele. Można w nim odkryć siebie i zmienić swoje postrzeganie świata, ale żeby zrozumieć, jak tego dokonać, trzeba go odwiedzić.

 

W USA warto zobaczyć wiele miejsc. Aby dotrzeć do nich wszystkich, na pewno nie wystarczy jedna wizyta. Dobrze jednak wcześniej dowiedzieć się, co nas w tym kraju czeka.

 

PRZYSTANEK ALASKA

Pierwsze skojarzenie, które zapewne przychodzi do głowy wielu osobom na myśl o tym amerykańskim stanie, to kultowy serial z lat 90. XX w. I choć Przystanku Alaska wcale nie kręcono w tej części USA, już pierwsze jego sceny doskonale oddają charakter tego oddzielonego od pozostałego terytorium kraju obszaru. Ludzie żyją tu po swojemu. Przekonuje się o tym główny bohater serialu, doktor Joel Fleischman, który przybywa na Alaskę, aby odpracować studia medyczne. Jego nowoczesne spojrzenie na świat zderza się z zupełnie innym, naturalnym podejściem do życia mieszkańców fikcyjnego miasteczka Cicely. Alaska to przede wszystkim spokój, kontakt z przyrodą – mówi Kathryn, Amerykanka, która mieszka w tych stronach od ponad 25 lat. 

 

Nazwa stanu wywodzi się od słowa Alyaska z języka Indian Atabasków, znaczącego „wielka ziemia na zachodzie”. To kraina olbrzymich ośnieżonych gór i pól lodowych, rozległej tundry, bujnych lasów, utworzonych przez lodowiec wąwozów, głębokich fiordów i wciąż czynnych wulkanów. Dzika przyroda, w wielu miejscach na ziemi zagrożona, tu osiąga pełnię rozkwitu. W tym regionie wciąż żyją liczne niedźwiedzie grizli mające nawet 3,5 m wysokości, gdy stoją na tylnych łapach. Nocami można usłyszeć wycie wilków, a za dnia ruch uliczny w niemal 300-tysięcznym Anchorage zakłócają łosie. Gdyby terytorium Alaski nałożyć na mapie na pozostałą kontynentalną część USA, sięgałoby ono od Atlantyku po Pacyfik. Niemal wszystkie najwyższe szczyty górskie Stanów Zjednoczonych znajdują się właśnie tutaj. Wśród nich jest Denali (6190 m n.p.m.) – najwyższa góra całej Ameryki Północnej.

 

Wbrew potocznym wyobrażeniom Alaska nie przypomina wielkiej chłodziarkozamrażarki, mimo iż zimą w usytuowanym w interiorze Fairbanks temperatura powietrza dochodzi do –45°C, a miasta leżące na północy pozbawione są światła słonecznego przez prawie trzy miesiące w roku. W najpopularniejszych regionach turystycznych, czyli na południowym wschodzie i półwyspie Kenai, panuje klimat morski – termometry pokazują ok. 15–25°C, a w centralnym obszarze potrafią latem wskazać nawet ponad 30°C. Tę część kraju najlepiej zwiedzać od połowy czerwca do końca sierpnia, choć trzeba się wtedy liczyć z wyższymi cenami noclegów.

 

Największym ośrodkiem i głównym węzłem komunikacyjnym stanu jest Anchorage, położone nad Zatoką Cooka. Za jedną z większych atrakcji w okolicy uchodzi Tony Knowles Coastal Trail, szlak nadmorski ciągnący się wzdłuż 18-kilometrowego wybrzeża miasta. Z Parku Point Woronzof rozpościera się malowniczy widok na Zatokę Cooka, a przy sprzyjającej pogodzie można dostrzec stąd nawet Denali. Jeszcze niedawno szczyt nosił nazwę McKinley, ale w 2015 r. przywrócono indiański toponim, który tłumaczy się jako Wysoki. W Muzeum Anchorage znajdują się m.in. dioramy związane z historią Alaski. W Earthquake Park powstała z kolei wystawa poświęcona niszczycielskiemu trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło stan w marcu 1964 r. Gdyby ktoś chciał na własnej skórze poczuć wstrząsy, w Alaska Experience Theatre podczas seansu filmowego przeprowadza się symulację tego zjawiska. 

 

Na południe od miasta położony jest rozległy półwysep Kenai, zwany placem zabaw Anchorage. Można na nim podziwiać przepiękne krajobrazy, pozostałości po rosyjskich osadnikach, fiordy, lodowce i wysokie szczyty górskie. Co ciekawe, mieszkańcy Alaski przyjeżdżają tu głównie po to, aby łowić ryby, choć wyciągnięcie z wody kilkunastokilogramowego łososia królewskiego (czawyczy) stanowi nie lada wyzwanie. Ze znajdującego się ok. 200 km od Anchorage miasteczka Seward, otoczonego przez lodowce i góry, wyruszają statki do Parku Narodowego Fiordy Kenai (Kenai Fjords National Park). Jego największą atrakcją są niewątpliwie fiordy i żyjące na ich obszarze wydry morskie (kałany morskie), morsy, foki, uchatki grzywiaste, pływacze szare, płetwale (finwale) i ptaki. Ważnym celem turystów jest również lodowiec Exit, z którego można podziwiać widok na pokryte śniegiem alaskie olbrzymy.

 

Mniej więcej 480 km trzeba pokonać, aby z Anchorage dotrzeć do leżącej na wschodzie Małej Szwajcarii. Tak ze względu na otaczające je góry, lodowce i wodospady tworzące wspaniałe krajobrazy określa się okolice miasteczka Valdez. To doskonałe miejsce na wyprawy kajakowe lub piesze. Jeśli z Valdez wyruszymy Richardson Highway, czyli liczącą prawie 600 km malowniczą autostradą, jedną z najstarszych na Alasce, dojedziemy do ponad 30-tysięcznego Fairbanks, największego miasta położonego w samym środku stanu. Jest ono świetną bazą wypadową dla osób planujących wycieczki do kopalni złota czy gorących źródeł. Jednak największą tutejszą atrakcją, pojawiającą się w większość zimowych dni, są zorze polarne. 

 

Zwiedzający Alaskę muszą też obowiązkowo złożyć wizytę w rozległym Denali National Park and Preserve. Większa część licznych turystów, którzy mieli okazję do niego zawitać, opowiada potem o spotkaniu z niedźwiedziami grizli, karibu (reniferami tundrowymi), łosiami alaskańskimi czy wilkami. Nazwa parku pochodzi od znajdującego się na jego obszarze wspomnianego już szczytu Denali, który wchodzi w skład Korony Ziemi.

Park Narodowy Katmai słynie z niedźwiedzi grizli

©  STATEOFALASKA/CHRISMCLENNAN

 

HAWAJSKIE „ALOHA”

Blisko 3,5 tys. km na południowy zachód od amerykańskiego wybrzeża Oceanu Spokojnego leżą Hawaje. Ze swoimi czynnymi wulkanami, wspaniałymi plażami, zielonymi dolinami i malowniczym wybrzeżem klifowym stanowią prawdziwy cud natury. To jednocześnie najmłodszy z 50 stanów USA (dołączony w sierpniu 1959 r.) i podobnie jak Alaska zupełnie odmienny od pozostałej części kraju. Wciąż panuje w nim tradycyjne, hawajskie podejście do życia. Ludzie cenią sobie wartości rodzinne, spokój i przyrodę, która ich otacza. Na Hawajach czujesz się, jakby czas się zatrzymał. Tutaj żyje duchem „aloha” – mówi Paweł, Polak od ponad 20 lat na stałe mieszkający w Nowym Jorku, a od niedawna w Los Angeles. Przez pewien okres miał szczęście pomieszkiwać także w wyspiarskim raju na Pacyfiku. Aloha jest nie tylko pozdrowieniem, którym witają się Hawajczycy. To przede wszystkim filozofia życia, w której zawierają się takie wartości jak szacunek do ziemi czy życzliwość w stosunku do drugiego człowieka.

 

Można powiedzieć, że w tym stanie panuje wieczne lato. Temperatury powietrza w ciągu całego roku niewiele się różnią. W lipcu wynoszą średnio 27°C, a w styczniu – 23°C. Temperatura wody oscyluje w granicach 25°C. 

 

Niemal trzy czwarte Hawajczyków (ok. 1 mln osób) mieszka na Oahu (O’ahu). W północnej części wyspy rozciągają się plaże surfingowe, w tym m.in. słynna Banzai Pipeline. Stolicą Hawajów i jednocześnie największym miastem archipelagu jest leżące na niej 400-tysięczne Honolulu. Większość turystów gromadzi się w nadmorskiej dzielnicy Waikiki (Waikīkī). Z plaży rozciąga się widok na stożek wygasłego wulkanu Diamond Head (232 m n.p.m.). W południowo-wschodniej części miasta znajduje się zatoka Hanauma słynąca z rafy koralowej uważanej za raj dla miłośników nurkowania. W okolicy zlokalizowana jest też morsko-lotnicza baza wojskowa Pearl Harbor (Joint Base Pearl Harbor-Hickam). Po jej zbombardowaniu przez Japończyków w grudniu 1941 r. Stany Zjednoczone przystąpiły do II wojny światowej.

 

Drugą pod względem powierzchni wyspę archipelagu stanowi Maui (zajmuje ona 1883 km²). Wielu Amerykanów z kontynentalnej części USA osiedla się na niej na stałe. Wybierają ją nie bez powodu – znajduje się tu najwięcej plaż na całych Hawajach. Główną atrakcją Maui jest wulkan Haleakalā (Dom Słońca) o wysokości 3055 m n.p.m. W jego rozległym kraterze, mającym ok. 30 km w obwodzie, można byłoby zmieścić cały nowojorski Manhattan. 

 

Największa wyspa stanu to Hawaii (Hawai’i) – jej powierzchnia wynosi 10 430 km². Wyróżnia się na niej kilka stref klimatycznych. W odległości kilkuset metrów od wilgotnych lasów deszczowych rozciągają się tu piaszczyste plaże, a w tle piętrzą się wysokie szczyty, omiatane przez porywiste, zimne wiatry. Niewątpliwą atrakcją na Hawaii są również czynne wulkany (Hualālai, Mauna Loa czy Kīlauea). 

 

W okolicach największego miasta na wyspie, 45-tysięcznego Hilo, znajdują się m.in. Rainbow Falls, czyli Tęczowy Wodospad (24 m wysokości), oraz gorące źródła (Boiling Pots) na rzece Wailuku, a także dolina Waipio z drzewami owocowymi i ścieżkami wiodącymi nad brzeg oceanu. Ekscytujący widok tworzy Akaka Falls, blisko 135-metrowy wodospad, od którego leśnym szlakiem można dotrzeć do innych ukrytych w bujnej roślinności kaskad. Wartym polecenia miejscem dla aktywnych turystów jest też Park Narodowy Wulkany Hawai’i (Hawai’i Volcanoes National Park), urzekający krajobrazami wulkanicznymi i pustynnymi oraz tropikalnym lasem czy arktyczną tundrą.

 

Do najstarszych wysp archipelagu należy Kauai (Kaua’i). Procesy erozji trwały tutaj miliony lat, dzięki czemu powstały niesamowite formy geologiczne. Każdego roku wyspa przyciąga miłośników windsurfingu, nurkowania i trekkingu. O niezwykłości Kauai świadczy choćby fakt, że właśnie na niej kręcono słynny amerykański film Jurassic Park. 

 

Z kolei Lanai (Lāna’i) to jedno z tych miejsc, gdzie można odpocząć w spokoju od zgiełku i tłumów turystów. Licznym plantacjom ananasów zakładanym na niej w przeszłości zawdzięcza ona swoją potoczną nazwę Wyspa Ananasowa. Zamieszkiwana raptem przez kilka tysięcy osób, urzeka piaszczystymi plażami, z których rozciągają się widoki na surowe klify. 

 

Turyści chcący spotkać rdzennych mieszkańców Hawajów powinni udać się na wyspę Molokai (Moloka’i). Można na niej pograć w golfa, powędkować czy wybrać się na wycieczkę kajakiem. Znajduje się tu najwyższy klif na świecie o wysokości ponad 1000 m nad taflą wody oraz jeden z najwyższych wodospadów na naszym globie – 900-metrowa Oloupena (Olo’upena). 

Modna plaża Waikiki i zabudowania Honolulu na tle wygasłego stożka wulkanicznego Diamond Head

© HAWAIITOURISmAUTHORITy(HTA)/TORJOHNSON

 

ZŁOTY STAN

Słynna Kalifornia to nie tylko słoneczny raj na ziemi, ale także wysokie pasma górskie, ogromne skupiska miejskie, obszary leśne czy nawet pustynie. Ten stan daje ogromne możliwości. Rano pływasz w oceanie, a po południu jesteś już w górach i jeździsz na nartach – opowiada Paweł. Mówi się, że ludzie mieszkający na Zachodnim Wybrzeżu (West Coast) żyją chwilą. W obliczu takich zagrożeń jak trzęsienia ziemi czy nieustające pożary tego rodzaju podejście wydaje się zrozumiałe.

 

Gdy po raz pierwszy przybywa się do Los Angeles, czyli Miasta Aniołów, można odnieść wrażenie, że jego centra handlowe, plaże, drzewa palmowe i ulice wyglądają znajomo. To trafne spostrzeżenie, bo większość tych widoków pojawiła się w niezliczonych filmach. Właśnie tutaj ludzie albo spełniają swoje sny o sławie i bogactwie, albo przeżywają największe rozczarowania –najpopularniejszą dzielnicą Miasta Aniołów jest Hollywood, najważniejszy ośrodek światowej kinematografii. Zwiedzanie śladami historii filmu warto rozpocząć od Alei Gwiazd (Hollywood Walk of Fame). Każdego roku miliony turystów przymierzają swoje dłonie do wylanych w chodniku odcisków rąk największych postaci kina. Niedaleko od słynnej alei znajduje się Dolby Theatre, gdzie odbywa się coroczna ceremonia rozdania Oscarów. Podczas zwiedzania Los Angeles warto odwiedzić też studia filmowe, takie jak Paramount Pictures, Warner Bros. czy Universal Studios Hollywood. Mają one w swojej ofercie komercyjne wizyty, można więc przez chwilę poczuć się jak bohaterowie serialu komediowego Przyjaciele czy podziwiać pojazdy Batmana. Na odpoczynek świetnie nadają się plaże w dzielnicy Venice lub miastach Santa Monica i Long Beach, gdzie oprócz wylegiwania się na piasku skorzystamy z wymyślnych rozrywek wodnych.

 

Inną ważną metropolię leżącą na Zachodnim Wybrzeżu stanowi San Francisco, miasto wzgórz. Położone na półwyspie i oblewane przez wody Pacyfiku, zatoki San Francisco i cieśniny Golden Gate, od zawsze wyznaczało światowe trendy. Jego historia związana jest z gorączką złota, awangardowym ruchem literacko-kulturowym bitników, hipisami, walką o prawa mniejszości seksualnych, a także rozwojem nowych technologii. Tutaj swoją siedzibę ma m.in. serwis społecznościowy Twitter, a kilkadziesiąt minut jazdy samochodem od centrum znajdują się kompleksy takich gigantów jak Google czy Apple. Golden Gate Bridge, słynny wiszący most uwieczniany na tysiącach pocztówek, łączy San Francisco z hrabstwem Marin. Każdego roku przyciąga miliony turystów, ale staje się również celem samobójców. Najbardziej znane więzienie na świecie, w którym wyrok odsiadywał np. Al Capone, leży na wyspie Alcatraz. Ten zakład karny o zaostrzonym rygorze został już zamknięty (w marcu 1963 r.). Dziś można go zwiedzać. Poza tym ważną tutejszą atrakcją jest Park Golden Gate, najpopularniejszy z ponad 220 istniejących w San Francisco. Każdego roku odwiedza go mnóstwo turystów, podobnie jak Coit Tower – wieżę widokową zbudowaną w 1933 r. za pieniądze Lillie Hitchcock Coit, która chciała za sprawą budowli uatrakcyjnić swoje ukochane miasto. Obiekt ma 64 m wysokości, a w jego wnętrzu znajdują się freski 25 lokalnych artystów. Z wieży rozciąga się widok na okolice, m.in. na most Golden Gate czy Alcatraz. W San Francisco można też przejechać się wyjątkowym tramwajem. Pojazd wchodzi w skład taboru ostatniego działającego na świecie ręcznie sterowanego linowego systemu tramwajowego. Trasa jednej z linii (Powell-Hyde) prowadzi do uwielbianego przez turystów nabrzeża portowego – Fisherman’s Wharf. Znajdują się przy nim restauracje, parki, sklepy, a nawet muzea. Przedłużeniem owego nabrzeża jest Pier 39, popularne molo z centrum handlowym. 

 

Trudno w kilku zdaniach opisać wszystkie uroki Kalifornii. Niemniej poza wizytami we wspomnianych słynnych miastach (Los Angeles i San Francisco) warto zaplanować tu sobie podróż autostradą stanową nr 1 – State Route 1 (SR 1). Wzdłuż tej malowniczo położonej trasy góry wręcz wyrastają z oceanu. Kolejnymi atrakcjami zasługującymi na zainteresowanie są parki narodowe: Yosemite i Sekwoi. Pierwszy z nich jest stworzony do górskich wędrówek wśród wodospadów, potoków i dzikich zwierząt. Występuje tutaj ponad 400 gatunków fauny, np. baribale (niedźwiedzie czarne) czy rysie rude. W tym parku znajduje się także znany na świecie granitowy monolit El Capitan (mający 914 m wysokości), miejsce rywalizacji ekstremalnych wspinaczy. W jego okolicy rozgrywają się sceny nagrodzonego w 2019 r. Oscarem amerykańskiego filmu dokumentalnego Free Solo. Z kolei Sequoia National Park słynie z rosnących w nim mamutowców olbrzymich. Te ogromne drzewa osiągają nawet 95 m wysokości. Warte uwagi są również Joshua Tree National Park z drzewami Jozuego (jukkami krótkolistnymi) oraz dolina Napa (Napa Valley), w której znajdują się kalifornijskie winnice. Nie wolno też zapomnieć o Salton Sea, największym jeziorze Kalifornii (ok. 900 km² powierzchni), czy Tahoe, jednym z najczystszych jezior na świecie (zachwycał się nim pisarz Mark Twain).

 Golden Gate Bridge – symbol San Francisco

© BRANDUSA/ARNAUDmULLER-BOGDANZLATKOV

SŁOŃCE PRZEZ CAŁY ROK

Do najpopularniejszych amerykańskich stanów należy Floryda. Z jednej strony otaczają ją wody Zatoki Meksykańskiej, z drugiej oblewa Ocean Atlantycki. Słońce świeci tu przez cały rok. Florydzkie plaże ciągną się kilometrami. Poza nimi są także inne ciekawe miejsca, takie jak Park Narodowy Everglades, gdzie można stanąć oko w oko z amerykańskimi aligatorami czy krokodylami, Kennedy Space Center (Centrum Kosmiczne Johna F. Kennedy’ego) na przylądku Canaveral, Muzeum Salvadora Dalego w mieście St. Petersburg, Edison and Ford Winter Estates w Fort Myers, oraz liczne atrakcje dla najmłodszych, w tym park rozrywki Walt Disney World Resort w Bay Lake i Lake Buena Vista. Na Florydzie znajduje się też Key West, wyspa sąsiadująca z jedną z najpiękniejszych raf koralowych na świecie. Warto przy okazji zaznaczyć, że od maja do końca października tę część USA nawiedzają huragany. 

 

Florydzkie Miami znane jest choćby z popularnego serialu kryminalnego z lat 80. XX w. emitowanego w polskiej telewizji pod tytułem Policjanci z Miami (w oryginale Miami Vice). Jego fabuła została zainspirowana ówczesną sytuacją w mieście, które było głównym ośrodkiem przemytu narkotyków do Stanów Zjednoczonych, co doprowadziło do rozwoju zorganizowanej przestępczości. W ponad 470-tysięcznym Miami, nazywanym stolicą Ameryki Łacińskiej, żyje duża społeczność emigrantów z Kuby (ok. 35 proc. mieszkańców). Dziś już powyżej 70 proc. jego ludności deklaruje, że hiszpański jest ich językiem ojczystym. Jedną z najstarszych i najbardziej charakterystycznych części zespołu miejskiego Miami (Greater Miami Area lub South Florida) stanowi South Beach w nadmorskim kurorcie Miami Beach, słynące z zabytkowej architektury, popularnej plaży, a także bogatego życia nocnego. Tu biegnie ulica Ocean Drive z wytwornymi restauracjami i hotelami w budynkach w stylu art déco. W Miami oprócz plażowania można odwiedzić zoo (The Miami-Dade Zoological Park and Gardens) czy należące do najstarszych oceanariów w USA Miami Seaquarium (otwarte w 1955 r.). Osoby zainteresowane kulturą kubańską powinny udać się do dzielnicy Little Havana (hiszp. Pequeña Habana), czyli Mała Hawana, gdzie znajduje się wiele klubów, restauracji czy stoisk z kubańskimi cygarami. Od czerwca 2019 r. na tutejsze międzynarodowe lotnisko (Miami International Airport – MIA) latają bezpośrednio samoloty Polskich Linii Lotniczych LOT z Warszawy. 

BIG EASY 

Przy okazji pobytu na Florydzie warto wybrać się do jednego z najbardziej magicznych (dosłownie!) miast w USA – blisko 400-tysięcznego Nowego Orleanu w stanie Luizjana, noszącego przydomek Big Easy. Można się do niego dostać samolotem lub autobusem słynnego przewoźnika Greyhound. Nie ma tu co prawda zbyt wielu drapaczy chmur, wielkomiejskiego tłumu, ulic z ekskluzywnymi butikami czy tylu miejsc do odpoczynku nad wodą co w Miami lub Los Angeles, ale nikt nie powinien być zawiedziony.

Nowy Orlean został założony przez Francuzów w 1718 r. (jako La Nouvelle-Orléans). Później z rąk francuskich trafił do hiszpańskich (na mocy traktatu pokojowego podpisanego w Paryżu w 1763 r.). Gdy znów znalazł się pod rządami Francji, szybko sprzedano go Amerykanom wraz z całą Luizjaną (w 1803 r.). W XIX stuleciu ze względu na swoje wyjątkowe położenie był najbogatszym i trzecim co do wielkości miastem w Stanach Zjednoczonych. Handel morski kwitł, Nowy Orlean słynął także z pobliskich plantacji trzciny cukrowej, ale nie tylko. Na kartach jego historii zapisało się również powszechnie praktykowane niewolnictwo. Na targowiskach za kwotę ówczesnych kilkuset dolarów można było niemal każdego dnia kupić czarnoskórego człowieka. Aby przetrwać, niewolnicy musieli nauczyć się… improwizować. Gdy trafiali do tego miasta, zastawali w nim zupełnie nową rzeczywistość – nie znali języka ani lokalnej kultury. Starali się jednak zaznaczyć swoją obecność, choćby za pomocą muzyki. W ten sposób powstał gatunek muzyczny nazwany jazzem, będący połączeniem afrykańskich i latynoskich rytmów. Mówi się, że budził się do życia w wielu miejscach, ale narodził się właśnie w Nowym Orleanie pod koniec XIX w. Tu zaczynali karierę Louis Armstrong czy Buddy Bolden. 

Aby poczuć magię miasta, trzeba w nim spędzić trochę czasu. Jeśli mamy go mało, udajmy się po prostu na spacer. Wycieczkę możemy rozpocząć od historycznej Dzielnicy Francuskiej (French Quarter), która słynie z niezwykłej architektury nawiązującej jeszcze do czasów rządów Francuzów i Hiszpanów. W zabytkowym parku Jackson Square posłuchamy ulicznych muzyków, a przy Bourbon Street oddamy się szalonej zabawie w lokalnych klubach i pubach, otwartych do białego rana. Nowy Orlean kojarzy się też z festiwalem Mardi Gras (Tłusty Wtorek), który odbywa się w zależności od roku w lutym lub marcu, dzień przed Środą Popielcową, w ostatni dzień karnawału. Przez miasto suną wówczas wielobarwne parady. Mardi Gras jest symbolem jedności jego mieszkańców, a także okazją do kultywowania starej tradycji, sięgającej czasów francuskich. 

Do tutejszych atrakcji zaliczają się poza tym przejażdżka historycznym tramwajem z drewnianymi ławkami wzdłuż Canal Street, rejs parowcem po rzece Missisipi, zaopatrzenie się w pamiątki związane z kultem voodoo na French Market, wizyta w muzeum poświęconym II wojnie światowej (The National WWII Museum), Audubon Aquarium of the Americas lub Audubon Zoo (placówkach należących do Audubon Nature Institute) czy zwiedzanie charakterystycznych nekropolii. Na nowoorleańskim cmentarzu (Saint Louis Cemetery No. 1) pochowano Marie Laveau (1794–1881) – Królową Voodoo. W okolicy można podziwiać ciekawe mosty, np. Lake Pontchartrain Causeway (zbudowany na jeziorze Pontchartrain), czyli jedną z najdłuższych przepraw na świecie (niemal 38,5 km). 

Ważnym wydarzeniem we współczesnej historii Nowego Orleanu było przejście w sierpniu 2005 r. potężnego huraganu Katrina. Spowodował on zalanie 80 proc. powierzchni miasta, a życie w jego wyniku straciło blisko 2 tys. osób. Straty oszacowano na ponad 100 mld dolarów amerykańskich. Mimo tej ogromnej katastrofy Nowy Orlean stanął na nogi i obecnie przyjeżdża do niego więcej turystów niż w czasach przed Katriną. Tak się złożyło, że jako jeden z nielicznych Polaków przebywałem tu w momencie uderzenia huraganu i wspólnie z mieszkańcami walczyłem o przetrwanie. Opis tych dramatycznych wydarzeń zawarłem w książce W uścisku Katriny. Jednak ta historia jest także moim poznawaniem Nowego Orleanu i miejscowej kultury, dzięki której szczyci się on mianem najbardziej nieamerykańskiego miasta w USA, oczarowującego niemal każdego przybysza. 

Tramwaje kursujące wzdłuż Canal Street, nowoorleańskiej ulicy prowadzącej do rzeki Missisipi

© FOTOLIA.COm

CENTRUM ŚWIATA

O Nowym Jorku można byłoby pisać bez końca. Zapewne nie ma drugiego podobnego miejsca na świecie, tak zróżnicowanego etnicznie, kulturowo, społecznie i ekonomicznie. Położona na wybrzeżu Atlantyku ok. 8,5-milionowa metropolia stanowi najludniejsze miasto w Stanach Zjednoczonych. Gdy mieszkasz w Nowym Jorku, masz wrażenie, że znalazłeś się w samym centrum rzeczywistości – mówi Paweł. To trochę tak, jakbyś połączył wszystkie smaki świata i umieścił je w jednej potrawie – precyzuje. 

Coś w tym jest, bo znajduje się tu tak wiele atrakcyjnych miejsc, że nie sposób ich wszystkich wymienić przy okazji krótkiej prezentacji. Co roku Big Apple, bo taki przydomek nosi miasto, odwiedza mniej więcej 65 mln turystów – pora roku nie odgrywa dla nich znaczenia. Panorama Nowego Jorku dzięki licznym drapaczom chmur stała się powszechnie rozpoznawalna. Jeszcze nie tak dawno to właśnie w nim powstawały najwyższe budynki na świecie. Ta amerykańska metropolia jest również symbolem wolności reprezentowanym przez słynny monument na Liberty Island. Sylwetka kobiety z wzniesioną pochodnią była pierwszą rzeczą, jaką dostrzegały osoby przybywające do Ameryki drogą morską w ubiegłym stuleciu. Statua Wolności została zaprojektowana przez rzeźbiarza Frédérica Auguste’a Bartholdiego i odsłonięta w 1886 r. Dziś uchodzi za jedną z największych atrakcji turystycznych Nowego Jorku. Na wyspę można dostać się promem, z którego pokładu w czasie rejsu rozpościera się przepiękna panorama miasta. 

W owej panoramie dominuje ukończony w 1931 r. Empire State Building, niegdyś najwyższy budynek na świecie (ponad 443 m). Do jego wzniesienia potrzebowano ok. 60 tys. t stali i 10 mln cegieł. Punkty obserwacyjne usytuowane są na 86 i 102 piętrze. Doskonałym miejscem na spacery, z którego jednocześnie rozpościera się znakomity widok na Nowy Jork, jest most Brookliński, znany z wielu hollywoodzkich filmów.

Nowojorski Manhattan słynący z żółtych taksówek, wieżowców i rozświetlonego neonami Times Square przyciąga nie tylko polityków, biznesmenów i gwiazdy, lecz także tłumy turystów. Na Dolnym Manhattanie (Lower Manhattan) znajduje się m.in. Dzielnica Finansowa (Financial District, FiDi) z Wall Street czy Strefa Zero (Ground Zero), przypominająca o zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. W miejscu bliźniaczych drapaczy chmur World Trade Center wzniesiono tu One World Trade Center – Wieżę Wolności (Freedom Tower) o wysokości ponad 541 m. Obecnie to najwyższy budynek w mieście i całych Stanach Zjednoczonych. W środkowej części Manhattanu (Midtown Manhattan) wznosi się wspomniany Empire State Building, położone są teatralny rejon Broadway i Rockefeller Center oraz mieści się kwatera główna ONZ. 

W tym gąszczu wieżowców i ulic kryje się również zielona przystań. Na powierzchni 3,41 km² rozciąga się Central Park. Jego budowa była ogromnym wyzwaniem, ponieważ przeznaczony pod niego obszar leżał na podmokłych terenach. Ostatecznie pierwsze tereny parkowe otwarto pod koniec 1858 r. Dziś ukończony w 1876 r. Central Park stanowi ulubione miejsce nowojorczyków do wypoczynku, spotkań i uprawiania sportu. Znajdują się tu jeziora, zoo i place zabaw dla dzieci. 

***

Moi bohaterowie spełnili się w Stanach Zjednoczonych. Dzięki przyrodzie, bliskości z tym, co jeszcze nie zostało do końca zniszczone przez człowieka, właśnie na Alasce realizuje się moje amerykańskie marzenie. Nie zamienię tego na nic innego – podsumowuje Kathryn. Dla mnie „american dream” to poczucie wolności. W Stanach Zjednoczonych mogę robić to, co kocham, i być, kim chcę. Dziś jestem w Nowym Jorku, jutro w Los Angeles, a za chwilę na Hawajach lub w innym miejscu na świecie. Pracuję dla amerykańskiej firmy, w której nie muszę siedzieć za biurkiem codziennie od rana do wieczora. I choć nie zarabiam milionów, czuję się szczęśliwy – puentuje Paweł. 

 

Artykuły wybrane losowo

WAKACJE Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. TOURISMUSVERBAND MECKLEMBURG-VORPOMMERN

Aktywny wypoczynek staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Z roku na rok przybywa w Polsce zwolenników turystyki rowerowej. Zamiana czterech kółek na dwa jest korzystna nie tylko ze względu na nasze zdrowie czy ochronę środowiska naturalnego. Rowerem można często dotrzeć w miejsca, do których samochodem nie da się po prostu dojechać, i to na dodatek dużo tańszym kosztem. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że zamknięci w aucie tracimy możliwość nawiązania więzi z otoczeniem. Rowerzysta ma szansę na bezpośredni kontakt z przyrodą, a także przypadkowo spotkanymi na trasie ludźmi, co często staje się okazją do przełamania barier kulturowych i językowych. Wszystko, czego potrzebujemy do uprawiania tego rodzaju turystyki, to solidny rower. Podróżując w ten sposób, nie tylko oszczędzamy pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na paliwo, i dbamy o nasze samopoczucie, lecz także poznajemy świat z zupełnie innej, niezmiernie interesującej perspektywy.

Więcej…

Nieprzewidywalna Islandia

MICHAŁ MOC

www.icelandic.pl

 

<< Islandia, patetycznie nazywana krainą ognia i lodu, w rzeczywistości okazuje się przede wszystkim mozaiką kolorowych krajobrazów, zadziwiającej roślinności bohatersko wdzierającej się na pola lawy i miejscem, gdzie nawet najbardziej doświadczony obieżyświat musi odrzucić swoje przyzwyczajenia. Tutaj zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej racji może narazić na śmieszność, a nawet sprowadzić na przybysza poważne kłopoty. Za to na uważnych obserwatorów, podróżników otwartych i wyrozumiałych (głównie wobec siebie) i osoby, które właściwie przygotowały się do wyprawy, czeka rzeczywistość nadająca życiu nowy wymiar. >>

 

Wycieczka w głąb południowej części wyspy

©MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Na Islandii będziemy podziwiać widoki, jakich nie widzieliśmy nawet w snach, spotkamy ludzi silnych i potrafiących walczyć z przeciwnościami losu jak nikt inny w Europie oraz zwierzęta (konie islandzkie, owce, maskonury, wieloryby, lisy polarne, renifery, ogrom ptaków) żyjące z nimi w niezwykłej symbiozie. Kraj ten stał się nowym turystycznym rajem, a jego popularność wciąż rośnie. I trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na swoją wysoką pozycję w rankingach na idealny cel podróży życia!

Na wyspę można dotrzeć bez przesiadek samolotem z kilku miast Polski (Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Gdańska) – lot trwa od 3,5 do 4 godz. Jedyne międzynarodowe lotnisko to Port Lotniczy Keflavík, który zapewnia blisko 100 bezpośrednich połączeń, w tym z większością europejskich stolic.

 

PO PRZYLOCIE

Na miejscu warto wypożyczyć samochód. Oprócz znanych światowych korporacji na Islandii działają też cieszące się dobrą opinią firmy lokalne, w których łatwo trafić na polskich pracowników, a nawet… właścicieli. Wybór pojazdu, obok zakwaterowania, należy do strategicznych decyzji osób planujących zwiedzanie. Wielkość budżetu wyprawy determinuje sposób eksplorowania wyspy. Koszty są bardzo mocno zróżnicowane w zależności od miesiąca i typu wypożyczanego samochodu. Od połowy czerwca do mniej więcej połowy września za wynajem na tydzień małego auta odpowiedniego do poruszania się po głównych drogach asfaltowych trzeba zapłacić kilkaset euro. Wypożyczenie standardowego samochodu z napędem na cztery koła i prześwitem większym niż 20 cm, umożliwiającego wjazd na drogi wewnątrz lądu (w szczególności te oznaczone literą F, zarezerwowaną dla traktów trudniejszych, górskich, kamienistych lub poprzecinanych brodami i rzekami) kosztuje już… kilka tysięcy euro. Z nastaniem chłodniejszych i bardziej deszczowych miesięcy ceny wynajmu stopniowo maleją, aby osiągnąć poziom europejski, ale równocześnie – szczególnie w zimie – rośnie ryzyko znacznego pogorszenia się warunków pogodowych (zdarzają się silne opady śniegu i huraganowe wiatry). Wiele dróg, w tym głównych i wydawałoby się zawsze przejezdnych, może wówczas być zamkniętych. Czasem nie sposób nawet wyjechać ze stołecznego Reykjavíku.

                Pierwszą noc po przylocie warto spędzić w Keflavíku lub okolicach (np. Grindavíku – portowym miasteczku na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes, ze świetnym basenem, komfortowym kempingiem, a także knajpką „Bryggjan Kaffihús” słynącą z niesamowitej… zupy z owoców morza). Ceny są tu niższe niż w Reykjavíku, można zacząć się aklimatyzować i przyjrzeć nieco otoczeniu, a poza tym w przypadku większości korzystnych cenowo połączeń przylot zaplanowany jest na późny wieczór. Następny dzień dobrze rozpocząć od wizyty w tutejszych sklepach tanich sieci Bonus lub Netto. Wbrew obiegowym opiniom nie warto zapełniać bagażu zabieranego z Polski dużymi zapasami jedzenia (istnieją zresztą istotne prawne ograniczenia dotyczące wwożenia na wyspę produktów spożywczych). Korzystniej postawić na zdrową i niewiele droższą islandzką żywność kupowaną na miejscu. Owszem, cena bagietki (w przeliczeniu ok. 6–9 złotych) czy bochenka chleba (10–24 złotych) nie wydaje się zbyt zachęcająca, ale jakość większości produktów (pieczywo bywa niechlubnym wyjątkiem od tej zasady) jest porównywalna do tych kupowanych w ekskluzywnych sklepach spożywczych w naszym kraju. Warto jedynie zwrócić uwagę, czy artykuły w koszyku są faktycznie lokalne, a nie importowane z Danii, Norwegii, USA lub… Polski (jak popularny tutaj od lat znany polski batonik w złotym opakowaniu). Produkty, które rzeczywiście kosztują więcej, to przede wszystkim alkohol (dostępny w niezbyt dużym wyborze w specjalnych sklepach Vínbúðin) i wyroby tytoniowe. Szczęśliwie używki nie stanowią o magnetycznej sile Islandii. Na spożywanie trunków w trakcie zwiedzania zwykle nie wystarcza czasu (choć smak lokalnych piw bywa niezapomniany, podobnie jak wysokość rachunku), a palenie rzucić tu szczególnie łatwo – przekonują do tego ceny papierosów i znakomita jakość islandzkiego powietrza. Po zakupach pozostaje zadbać o pełen bak paliwa (najtańsze stacje to Orkan oraz Olís i ÓB – w czerwcu 2018 r. litr benzyny bezołowiowej kosztował na nich w przeliczeniu ok. 8 zł).

 

WŁASNYMI SIŁAMI

Alternatywą dla podróży samolotem i wypożyczenia auta na miejscu jest przyjazd własnym samochodem (jedyny prom M/S Norröna, przewoźnika Smyril Line z Wysp Owczych, pływa z duńskiego Hirtshals do portu Seyðisfjörður na wschodzie Islandii raz na tydzień). Podróż trwa niemal 3 doby w jedną stronę, a pod jej koniec można podziwiać niezmiernie urokliwe, ociekające dziesiątkami wodospadów wschodnie fiordy. Niemniej na niekorzyść tego rozwiązania przemawiają koszty takiej przeprawy (szczególnie w lecie), jej czas (należy jeszcze doliczyć dojazd z Polski do północnej Danii) oraz ryzyko ekstremalnych przeżyć na morzu (głównie poza sezonem). Jest to więc dobry pomysł dla osób zakochanych w Islandii i odwiedzających ją po raz kolejny. Dzięki własnemu autu mają szansę poznać ją lepiej, odkryć skarby ukryte przed oczami większości turystów i wejść w bliski kontakt z tutejszą naturą.

                Oczywiście, można spotkać śmiałków przemierzających wyspę na własnych nogach. Gdzieniegdzie podróżowanie autostopem jest popularne lub wręcz oficjalnie sugerowane za pomocą specjalnych znaków drogowych. Jednak poza turystycznym południem ten sposób zwiedzania może też wymagać spędzania na poboczach w trudnym do opisania deszczu i przy huraganowym wietrze wielu godzin, szczególnie jeśli nie sprawdzimy wcześniej, ile aut przejeżdża wybraną drogą. Ogromna dobowa zmienność islandzkiej pogody i występowanie skrajnych zjawisk wyjątkowo silnie kłócą się z nieprzewidzianymi postojami w oczekiwaniu na okazję. Poprzedzone przygotowaniami i poważnym rozeznaniem modne na Islandii letnie wędrówki są warte polecenia, ale wycieczki stopem na wschód, północ albo Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) poza sezonem lub w przypadku osób bez dużego doświadczenia łatwo mogą przerodzić się w walkę z czasem, ciężkimi warunkami pogodowymi i własnymi słabościami. Respekt budzi przemierzanie kraju na rowerze (głośnym wyczynem była wyprawa Kuby Witka z 2016 r., po której w kolejnym roku powstał Isoland – wyreżyserowany przez niego film dokumentalny o polskich emigrantach), ale to już zdecydowanie propozycja dla osób z doświadczeniem, siłą woli i świetną kondycją. Niemniej rowerzystów na wyspie spotyka się w wielu rejonach więcej niż autostopowiczów i można odnieść wrażenie, że ten sposób jej poznawania, choć ambitny i nieco ekstremalny, zyskuje na popularności.

 

W RĘKACH LOSU

Zamiast wypożyczać samochód po przylocie mamy wreszcie możliwość wykupienia wycieczek (pojedynczych lub w pakiecie) w lokalnych biurach podroży. To bardzo rozsądna propozycja, w szczególności dla osób, które doceniają, że tutejszy przewodnik trafia od razu we właściwe miejsca, wie, ile czasu na nie poświęcić, zna aktualny stan ścieżek, szlaków i dróg, stale obserwuje najdokładniejszą prognozę pogody oraz przekazuje więcej informacji niż przewodniki książkowe. Podróż po Islandii jest trudna do planowania. Choć wydany w minionym roku przewodnik informuje, że jedyna w promieniu 50 km restauracja serwuje posiłki do 21.00, to może się zdarzyć, iż o 18.30 zastaniemy zamknięte drzwi. Na wyspie wszystko cały czas się zmienia. Droga do konkretnej atrakcji staje się nieprzejezdna, lodowa jaskinia zawala się pod wpływem skoków temperatury, a właściciel gruntu, na którym leży słynny wrak samolotu, ogradza go ze względu na zniszczenia powodowane przez turystów. Niewiele ponad 350 tys. mieszkańców nie jest w stanie sprawnie obsługiwać milionów gości z całego świata, szybko naprawiać bocznych dróg i zużytych samochodów czy remontować hoteli. Jednak to nie komfort stanowi o wyjątkowości tego kraju. Lokalny przewodnik lub farmer oferujący pokój w swoim gospodarstwie zawsze poradzi sobie z codziennymi niedogodnościami albo sprawi, żeby były one jak najmniej uciążliwe. O ostrzeżeniu przed powodzią lodowcową poinformuje swoich gości, zanim otrzymają mrożące krew w żyłach oficjalne SMS-y o niebezpieczeństwie, podpowie też, gdzie widziano renifery, obudzi przyjezdnych podczas zimowego spektaklu zorzy polarnej i wskaże najlepsze miejsce do jej podziwiania.

Samodzielny, nawet najbardziej oczytany turysta (lub korzystający z europejskiego biura podróży z niezbyt zorientowanym przewodnikiem) ma na poznanie prawdziwej Islandii mniejsze szanse. Potwierdzającym to przykładem niech będzie stosunek do pogody i planu wyprawy. Myślący po europejsku przybysze rozplanowują zwiedzanie z dokładnością co do godziny – wyliczają, jak szybko zamierzają się przemieszczać i na jak długo się zatrzymywać. Zakładają, że najpierw dotrą do interesującego ich miejsca, a potem je dokładnie obejrzą. Jednak na Islandii nie podróżuje się od punktu do punktu, tu po prostu się jest!

Warto więc nastawić się na pogodzenie się z warunkami pogodowymi i odkrywanie widoków za kolejnym zakrętem. Na stronie internetowej www.vedur.is dostępna jest najdokładniejsza islandzka prognoza pogody, zawierająca szczegóły dotyczące prędkości wiatru, stopnia zachmurzenia, prawdopodobieństwa opadów czy też… pojawienia się zorzy. Obok www.vegagerdin.is –z podglądem dróg i wiadomościami o ich przejezdności – to podstawowe źródło niezbędnych codziennych informacji dla Islandczyków. Dzięki tej wiedzy można często spędzić w słońcu (lub przynajmniej nie w deszczu) większą część pobytu, ciesząc wzrok cudownymi kolorami i krajobrazami. Prawdziwy urok Islandii tkwi w tym, że chłonie się chwilę, zostaje na dłużej tam, gdzie nam się spodoba, zatrzymuje się w miejscach rozświetlonych promieniami słońca. Często takie spontaniczne, niezaplanowane postoje zapisują się w pamięci jako najpiękniejsze momenty podróży, nie mniej emocjonujące niż oglądanie atrakcji znanych z pocztówek i przyciągających ludzi z całego świata. Przemierzać wyspę i przyglądać się jej to najlepszy sposób na zwiedzanie. Czasem gdy upartemu turyście trudno porzucić przyzwyczajenia, natura sama go ogrywa: akurat na te pół godziny zasłania lodowiec, przemacza poziomym deszczem trzy warstwy podobno nieprzemakalnej odzieży, boleśnie przewraca spontanicznym podmuchem o prędkości 90 km/godz. na nieutwardzonej (a jakże!) ścieżce lub z pomocą silnego wiatru… wyrywa z auta drzwi, zaledwie lekko uchylone z myślą o otwarciu. Śledzenie prognozy pogody, rozsądek i dbanie o swoje bezpieczeństwo są tu ważniejsze niż plan, a nawet pozorne oszczędności. Nagrodą za poddanie się siłom natury jest niezapomniana przygoda na Islandii, która ze sloganowej krainy ognia i lodu zmienia się w krainę marzeń i niesamowitości!

 

CENNE ATRAKCJE

Dzięki temu, że w czasie turystycznego sezonu słońce potrafi świecić niemal całą dobę (na początku lata przy dobrej pogodzie ciemno nie robi się wcale), kluczowe islandzkie atrakcje można odwiedzać w porach innych niż robią to autokary biur podróży, szczególnie iż nie ma tutaj bram, płotów, kas itp. Oferowane na miejscu wycieczki z doświadczonymi lokalnymi przewodnikami nie są tanie (od kilkuset złotych np. za rejs połączony z obserwowaniem wielorybów, spacer po lodowcu czy nurkowanie w międzykontynentalnej szczelinie pomiędzy płytami tektonicznymi, do 1,5 tys. złotych za wyjazd w interior lub pokonanie oszałamiającej górskiej drogi i przejażdżkę śnieżnymi skuterami). Jednak warto ponieść te koszty. Na Islandii turysta zostawia zazwyczaj znacznie więcej pieniędzy niż zakładał, przy czym trzeba przyznać, że wcale tego nie żałuje, a nawet – w miarę możliwości – usiłuje ów wyczyn z nie mniejszym rozmachem powtórzyć. Z kolei Islandczycy uważają, że ceny są takie, jakie być powinny: po prostu rzecz lub usługa kosztuje tyle, ile jest warta i ile ktoś chce za nią otrzymać, zatem właśnie tyle należy mu zapłacić. Poza stołecznym Reykjavíkiemzniżki – afsláttur – stosuje się tu dużo rzadziej niż w kontynentalnej Europie, najczęściej w sklepach spożywczych przy żywności z kończącym się terminem przydatności do spożycia.

 

NA POŁUDNIE, NA ZACHÓD

W przypadku pobytu na wyspie trwającego od pięciu do siedmiu dni, zorganizowanego samodzielnie, mamy do wyboru właściwie dwa kierunki zwiedzania – wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża lub w stronę półwyspu Snæfellsnespołożonego na zachodzie. W ich trakcie nie trzeba wjeżdżać w głąb wyspy ani przekraczać rzek. Żadna z nich generalnie nie wymaga poruszania się autem z napędem na cztery koła (korzystanie z takiego samochodu rekomendowane jest od listopada do marca z uwagi na możliwe oblodzenie dróg, silne wiatry i zmienny stan nawierzchni). W przypadku obu wypraw można po drodze odwiedzić słynne kąpielisko termalne Błękitna Laguna (Blue Lagoon), Reykjavík i Golden Circle – Złoty Krąg. Na ten ostatni składają się trzy główne popularne atrakcje: obszar Þingvellir (gdzie w 930 r. po raz pierwszy obradował narodowy parlament Althing), gejzery – Geysir (to od niego wzięła się nazwa tego typu gorącego źródła) i Strokkur (w przeciwieństwie do pierwszego ten wciąż jest aktywny i regularnie wyrzuca strumień wody) – i w końcu Gullfoss, jeden z najbardziej znanych islandzkich wodospadów (ogląda się go zarówno z platform widokowych, jak i – w miesiącach letnich – z głazów wcinających się w przyspieszającą przed kipielą wodę).

Wyprawę po regionie południowym kontynuuje się, podążając drogą nr 1 ponad 300 km na wschód wzdłuż wybrzeża aż do słynnych lodowcowych zatok. Warte obejrzenia są m.in. wodospady: Seljalandsfoss, który obchodzi się ścieżką wokół, Gljúfrabúi (Gljúfrafoss) ukryty w szczelinie skalnej czy Skógafoss tworzący opadającą ścianę wody o wymiarach ok. 15 x 60 m, wciąż czynny wulkan Eyjafjallajökull, wrak samolotu Douglas C-47 Skytrain (zwanego Dakotą) spoczywający na plaży Sólheimasandur, klify na półwyspie Dyrhólaey i sąsiednia czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi skałami, grotą i wystającymi z wody ostańcami znanymi z teledysków islandzkiej piosenkarki Björk. Za Vík í Mýrdal zachwycają: spektakularny, niezmiernie fotogeniczny kanion Fjaðrárgljúfur, pola mchu, Skaftafell (rejon popularnych pieszych wędrówek wokół jęzorów lodowca Vatnajökull i po nich, gdzie można też – poza sezonem letnim – wykupić wycieczki do jaskiń lodowych), jezioro Fjallsárlón, a nieco dalej laguna Jökulsárlón (to tutaj pływa się amfibią lub pontonem wśród gór lodowych z cielącego się lodowca, a po przeciwnej stronie drogi, od strony morza, przechadza się między lśniącymi bryłami lodu o futurystycznych kształtach).

Do wypadów w południowym regionie wyspy dobrą bazą są okolice miejscowości Hella. Na tle nielicznych (i zazwyczaj absurdalnie drogich) ofert zakwaterowania gdzieś wzdłuż lodowców te wypadają zdecydowanie korzystniej pod względem ceny i dostępności. Odpocząć lub przeczekać złą pogodę można w otwartym w 2017 r. nowoczesnym interaktywnym muzeum LAVA Centre w Hvolsvöllur. Godny uwagi jest także znajdujący się obok dobrze wyposażony sklep z islandzkim rękodziełem. W razie niesprzyjających prognoz dla odleglejszych części wybrzeża warto wybrać się na krótki rejs na malowniczo piętrzący się archipelag Vestmannaeyjar. Główna z wysp – Heimaey – wciąż pozostaje zamieszkana mimo widocznych do dziś skutków wybuchu tutejszego wulkanu Eldfell w styczniu 1973 r.

Jeśli zamiast eksplorowania południa Islandii wybraliśmy wycieczkę na Snæfellsnes, wówczas z okolic obszaru Þingvellir warto wyruszyć na północ nowym asfaltowym fragmentem drogi 550 (na niektórych mapach 52) z widokiem na interior. Po ok. 25 km najlepiej odbić w lewo w stronę Borgarnes i podążać dalej na północny zachód w kierunku półwyspu. Jeszcze przed wspomnianym miasteczkiem (dobrym miejscem na nocleg i zakupy) można odwiedzić pola geotermalne Deildartunguhver, wzgórze trolli w Fossatún lub drogą 520 dotrzeć na okalającą pobliski fiord – Hvalfjörður – trasę 47, skąd prowadzi dość wymagająca, ale bardzo ceniona przez piechurów ścieżka do wysokiego na 198 m wodospadu Glymur. Na Snæfellsnes czekają za to kolonie fok (m.in. na prawo od parkingu przy plaży Ytri Tunga), lawowa jaskinia Vatnshellir, niezliczone ptaki wokół przepięknych, postrzępionych nadbrzeżnych skał w wiosce Arnarstapi, urokliwe zatoki pamiętające świetność niewidocznych dziś osad rybackich, których historie znaczą wraki statków. Po północnej stronie półwyspu na wyróżnienie zasługują malownicze pole lawowe Berserkjahraun, Muzeum Rekina (na farmie Bjarnarhöfn, gdzie można spróbować specyficznego sfermentowanego mięsa z tej ryby), prom Baldur ze Stykkishólmur pływający na odizolowaną wysepkę Flatey i Fiordy Zachodnie czy znana z wielu turystycznych folderów góra Kirkjufell (463 m n.p.m.). W drodze powrotnej warto zajrzeć nieco w głąb lądu nad rozłożysty wodospad Hraunfossar oraz skorzystać z najpopularniejszej z nowych islandzkich atrakcji – wycieczki na lodowiec Langjökull potężnym busem z napędem na wszystkie osiem kół i spaceru do wnętrza lodowca specjalnie wyżłobionym tunelem (Into the Glacier).

 

Kirkjufellsfoss, wodospad w sąsiedztwie góry Kirkjufell na półwyspie Snæfellsnes

© PROMOTE ICELAND

 

GORĄCA ZIEMIA

Kto ma 10–14 dni na zwiedzanie Islandii, może już pokusić się o objechanie wyspy dookoła niemal w pełni wyasfaltowaną drogą nr 1. Jeśli jest się gotowym na planowanie noclegów na bieżąco, przy wyborze kierunku najrozsądniej zdać się na… pogodę. Wydaje się to rozwiązaniem nieco droższym, ale w rzeczywistości uwalnia od kłopotliwego pokonywania dziesiątek lub setek kilometrów do zarezerwowanych wcześniej miejsc zakwaterowania i pozwala zobaczyć wiele atrakcji przy akurat sprzyjających warunkach pogodowych. Wschodnie i północne rejony Islandii są światami dalece odmiennymi od turystycznego południa. Należałoby im poświęcać odrębne przewodniki. Fiordy wschodnie czy księżycowe krajobrazy między miastem Egilsstaðir a jeziorem Mývatn, potężny wodospad Dettifoss na rzece Jökulsá á Fjöllum, wulkaniczne obszary wokół miejscowości Reykjahlíð – widoki przekraczają tu możliwości wyobraźni, choć wizyta na południu wyspy już była dla niej ogromną dawką inspiracji. Nieograniczone przestrzenie przynoszą szczególne poczucie wolności, ale i uświadamiają małość i kruchość człowieka. Gdzieniegdzie odnosi się wrażenie, że dane miejsce aż po horyzont zostało przygotowane… tylko dla nas. Tutaj, zaraz za wzniesieniami oddzielającymi zabudowania od gorących jeszcze pól lawowych Krafla i bulgoczącej ziemi Hverarönd (Hverir), znajduje się konkurujące ze słynną Błękitną Laguną (ceną, widokami i kameralnym charakterem) kąpielisko termalne Jarðböðin (Mývatn Nature Baths). Nad jeziorem Mývatn lub w Akureyri (wspaniałym, młodym duchem akademickim mieście, gdzie zamiast czerwonych świateł na skrzyżowaniach zapalają się czerwone serduszka) wykupimy niezapomnianą wycieczkę do wnętrza lądu, np. do kaldery Askja, aby po przeprawie specjalnym busem przez rzeki i marsjańskie krajobrazy podziwiać polodowcowe jezioro Öskjuvatn, wykąpać się w ciepłej, mlecznej wodzie wypełniającej wulkaniczny krater, a nieopodal obejrzeć rozległe pola lawy Holuhraun powstałe w wyniku erupcji wulkanu Bárðarbunga z lat 2014–2015. Jeżeli ktoś ma więcej czasu, w trakcie wyprawy wokół Islandii powinien też rozważyć wypłynięcie na obserwowanie wielorybów ze słynącego z tej atrakcji Húsavíku, choć trzeba przyznać, że podobne rejsy oferuje się w wielu islandzkich portach otwartych na północne wody i to najczęściej w niższej cenie.


NIEPRZYSTĘPNA KRAINA

Najbardziej odizolowane i tajemnicze są imponujące ogromem przewyższeń i klifów, wzbudzające szczególne emocje w oglądających Fiordy Zachodnie, według miejscowych legend kraina… magii i czarów (Strandagaldur, Museum of Icelandic Sorcery & Witchcraft – Muzeum Islandzkiej Magii i Czarów znajduje się w miasteczku Hólmavík). Północno-zachodnie krańce wyspy, jeszcze kilkanaście lat temu niemal niedostępne przez znaczną część roku ze względu na strome i zasypywane śniegiem szutrowe drogi wijące się wzdłuż brzegu morza i przez wysoko położone przełęcze, obecnie stały się nieco łatwiejsze do przemierzania (za wyjątkiem wyłączonego z ruchu i działalności człowieka Rezerwatu Naturalnego Hornstrandir) dzięki prawie w całości utwardzonym drogom 60 i 61. To chyba najbardziej lubiany cel wycieczek samych Islandczyków. Znajdują się tu gorące baseny i naturalne oczka kąpielowe, głębokie fiordy (które można oglądać także z perspektywy kajaka, wypożyczonego np. w Ísafjörður, albo końskiego grzbietu), najrzadziej odwiedzane jary i wodospady, małe rybackie osady i w końcu opuszczone przetwórnie rybne czy wraki (statków, samochodów i samolotów). To Islandia ze wspomnień, bez śladów przemysłu, ufna i prosta – z jajkami i marmoladami wystawianymi na sprzedaż w okolicy samotnych farm, jagodowymi krzewami opanowującymi we wrześniu ciągnące się kilometrami zbocza, pokazująca jak zwyczajne było życie dawniej. To raj dla ptaków i wolnych ludzi, a jednocześnie koniec świata, który jesienna lub wiosenna śnieżyca potrafi odciąć od reszty wyspy albo podzielić na odizolowane od siebie enklawy na długie dni. Mieszkańcy tej części kraju traktują jej trudne warunki jako zwykłą kolej rzeczy, wielu z nich lubi tę surowość, ciszę i siłę, również w niełatwych zimowych miesiącach, mimo szczególnie depresyjnego wówczas nastroju. Z perspektywy turystów magia Fiordów Zachodnich może jednak wyglądać inaczej. Utknąć w śniegu na 10 godz. lub w zapomnianym hoteliku na cztery nieplanowane dni tylko dlatego, że nie śledziło się kilka razy dziennie zmieniającej się dynamicznie prognozy pogody, to nie dla wszystkich atrakcyjne doświadczenie.

 

WIELKA SIŁA PRZYCIĄGANIA

Na turystycznej mapie świata łatwo znaleźć wiele miejsc, gdzie za określoną kwotę można się zrelaksować, wygrzać w słońcu, zaznać komfortu i spokoju, wyłączyć myśli. Jest to formuła tak popularna, jak przewidywalna – kierując się doświadczeniami przyjaciół, opiniami z internetu, artykułu lub przewodnika, decydujemy się na sprawdzoną wycieczkę organizowaną samodzielnie lub przez biuro podróży w formie pakietu all inclusive, dopasowaną do naszych gustów i możliwości. Islandia zachęca do uprawiania zupełnie innego typu turystyki, opartej na eksploracji, ruszaniu w nieznane, odmienności i zmienności. To znamienne, że trudno trafić na osoby, które odwiedziły ten kraj i nie chciałyby do niego wrócić. Nawet 10 lat regularnych turystycznych wypraw w te strony nie daje przekonania, iż poznało się wszystkie malownicze zakątki, a magnetyczna moc wyspy – nigdy ponownie takiej samej – potrafi wielu zawrócić w głowie. Islandia zmienia się jak topniejące lodowce: rok po roku traci odrobinę północnego charakteru, ale równocześnie gdzie może walczy, aby czas i turyści nie pokonali jej zbyt łatwo. Warto przyjechać tu, żeby spojrzeć na świat z szerszej perspektywy i poznać… samego siebie. Nie wolno zwlekać zbyt długo, bo Islandczycy coraz dotkliwiej odczuwają skutki popularności swojej ojczyzny, którą nie każdy przybysz należycie szanuje, czym wywołuje niekiedy frustrację właścicieli tutejszych terenów i doprowadza do zamknięcia czy ogrodzenia kolejnych atrakcji. Mimo dużego zainteresowania Islandią wśród obcokrajowców oraz wysokich cen lokalnych usług i towarów jej mieszkańcy wciąż nie traktują turystów jako dostawców świeżej gotówki lub co gorsza intruzów. Pozostaje więc tylko życzyć sobie odpowiedzialnych przygotowań i dobrej pogody oraz aby wspomnianego ognia i lodu nigdy nie spotkać w jednym miejscu i czasie. Po wizycie na tej niesamowitej wyspie postrzeganie świata i podróżowanie nie jest już takie jak wcześniej. I wyjątkowo często korci, żeby znów stanąć wśród lawy i mchów, oko w oko ze zdziwionymi baranami, wyłuskując z kieszeni grubej kurtki kolejnego lukrecjowego cukierka.

 

Fiordy Zachodnie są jednym z najmniej zaludnionych obszarów wyspy

© MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Wydanie Lato 2018

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018