ALEKSANDRA WIŚNIEWSKA 

www.peryferie.com 

 

<< To drugie najbardziej zaludnione i siódme największe pod względem powierzchni państwo świata. Indie są krajem kontrastów. Kojarzą się z duchowymi przeżyciami, seansami medytacji i jogi w zacisznych świątyniach, ale też z wieczną wojną z dostarczycielami usług, którzy na każdym kroku starają się oskubać turystę z ostatnich pieniędzy. Jedni przyjeżdżają tu w poszukiwaniu cudów przyrody – niebosiężnych gór, wymagających pustyń i dzikiej dżungli, inni zachwycają się niesamowitymi wytworami rąk ludzkich, takimi jak Tadź Mahal, fort Kumbhalgarh czy niebieski Dźodhpur. Dla niektórych ten kraj to przede wszystkim przepych i bogactwo na miarę maharadżów, dla innych – ubóstwo i slumsy. Pojechaliśmy się więc przekonać, czym okaże się dla nas. >>

 

Przygodę z Indiami rozpoczynamy w iście bollywoodzkim stylu. Razem z rozśpiewanym tłumem tańczymy na środku ulicy do rytmu chwytliwych indyjskich hitów. Potężne głośniki ogłuszają nas piosenkami. Wokół szaleje masa ludzka złożona z postaci w kolorowych sari oraz miejscowych i turystów z narodowymi barwami Indii wymalowanymi na twarzach. Tak wygląda pierwsza część ceremonii granicznej na przejściu Attari – Wagah. Tu Pakistan spotyka się z Indiami. 

 

Część oficjalną ceremonii oglądamy już z wysokości trybun amfiteatru okalającego przejście graniczne. Przed nami paradują celnicy. Ich psy kłaniają się publiczności. Po obu stronach granicy żołnierze w galowych mundurach prześcigają się, kto wyżej wyrzuci nogę ponad głowę w czasie marszu. Ceremonię kończy trzykrotny i bardzo energiczny uścisk prawicy nad cienką linią oddzielającą oba państwa, które jeszcze do 1947 r. były jedną kolonią. Brama graniczna zamyka się. Następnego dnia rytuał symbolizujący rywalizację, a jednocześnie braterstwo i współpracę między krajami odbędzie się znowu. Tak jak dzieje się to nieustannie od 60 lat.

Mehendi, czyli hinduski zwyczaj ozdabiania rąk i nóg panny młodej misternym wzorem z henny

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

Mauzoleum Tadź Mahal, nazywane świątynią miłości, wzniesione w Agrze, nad brzegiem rzeki Jamuna

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

NOC WYSZYWANA ZŁOTEM

W przygranicznym mieście Amritsar planujemy być tylko przejazdem. Wizyta w XVII-wiecznej Złotej Świątyni (Harmandir Sahib) zmienia nasze plany. Tutaj znajduje się święta księga sikhów. Ściągają do niej pielgrzymki z najdalszych zakątków świata.

 

Dzień w Złotej Świątyni upływa pod znakiem tłumów i walki o znalezienie wolnego miejsca nad Nektarowym Stawem (Amrit-sar). Nurt pielgrzymów unosi nas tam, gdzie nie chcemy dotrzeć. Przyglądamy się oczyszczającym ablucjom, zachwycamy lśniącą złotem i bielą marmurów budowlą. Spod masywnych turbanów spoglądają na nas życzliwie wąsaci mężczyźni. W kantynie świątynnej dzielimy się ze współbiesiadnikami darmową porcją dalu (dhalu). Noc w Złotej Świątyni wypełnia cisza. Eteryczny, nieziemski monument oświetlony tysiącem latarni odcina się od czerni stawu i nieba. Noc wyszywa obraz Złotej Świątyni w pamięci oglądających.

 

STOLICA CHAOSU

Dwa dni później znajdujemy się w Delhi, położonym nad rzeką Jamuną, będącym częścią ponad 27-milionowego regionu stołecznego (trzeciego największego pod względem populacji obszaru miejskiego na świecie). Jego historia sięga 3 tys. lat p.n.e. Jest jednym z najstarszych istniejących miast na naszym globie. Mówi się o nim, że powstało na siedmiu osadach. Każdą z nich rządził inny władca. Przez setki lat istnienia ośrodka panowali w nim indyjscy królowie, muzułmańscy zdobywcy czy brytyjscy kolonizatorzy (budowniczy Nowego Delhi). Ślady ich rządów do dziś są widoczne w poszczególnych częściach miasta.

 

Delhi wita nas kakofonią klaksonów i kompletnym chaosem na ulicach. Obowiązuje na nich prawo większego. Zapach kurzu wzbijanego przez setki tuk-tuków – zmotoryzowanych riksz – miesza się z wonią owoców i oleistych, mocno przyprawionych potraw curry gotowanych na ulicznych stoiskach. Wokoło biegają dzieci proszące o słodycze, długopisy i pieniądze. Wyciągają ręce do każdego, kto chociaż trochę przypomina turystę.

 

Z długim spisem miejsc do zobaczenia wtapiamy się w chaos miasta. Na pierwszy ogień idą pozycje z Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zabytkowy kompleks z Kutb Minar zwiedzamy w deszczu. Ocieka nim XIII-wieczny, niemal 73-metrowy minaret i ruiny przylegającego do niego meczetu. To pierwsze w Delhi budowle muzułmańskie wzniesione zaraz po przejęciu władzy przez najeźdźców. Zbudowano je na miejscu zburzonych świątyń hinduistycznych i z użyciem materiałów z ich rozbiórki. Grobowiec Humajuna – kopulastą budowlę z czerwonego piaskowca, wykończoną białym marmurem – oglądamy na tle gorejących w zachodzie słońca ogrodów w stylu perskim, które go otaczają. Piękno architektury mauzoleum XVI-wiecznego władcy z dynastii Wielkich Mogołów docenili również jego spadkobiercy. Wzorowali się na nim przy budowie samego Tadź Mahal w Agrze. Krwisty Czerwony Fort z XVII stulecia hipnotyzuje nas emanującą z niego potęgą. U stóp ogromnych baszt Bramy Lahori jesteśmy jedynie mizernymi, bezbronnymi mrówkami. Zadzierając głowy, staramy się w pełni ogarnąć splendor budowli, która powstała z inicjatywy Szahdżahana z dynastii Mogołów – budowniczego Tadź Mahal. Wnętrze fortecy – przestronny ogród z na wpół otwartymi salami audiencyjnymi i marmurowymi komnatami królewskimi – wciąż imponuje. Mimo iż po licznych najazdach i grabieżach jest już tylko echem dawnej świetności.

 

Do kolejnej budowli wzniesionej z rozkazu Szahdżahana – Meczetu Piątkowego – zmierzamy wśród ścisku stoisk Chandni Chowk. Zamiast obiecanych przez nawigację 10 minut droga przez jeden z najstarszych bazarów Delhi zajmuje pół godziny. Ktoś chce nam sprzedać stosy chlebków naan. Ktoś inny podtyka pod nos ociekające tłuszczem słodycze. Pewien jegomość, charakterystycznie potrząsając głową, proponuje, że uszyje dla nas garnitur very fast, very cheap!. Nie wiadomo skąd pojawia się chmara dzieci. Łapią nas za ręce, którymi staramy się odgonić od kierowców tuk-tuków oferujących podwózkę do meczetu za jedynie 150 rupii indyjskich (ok. 8 złotych). Stoi on zaledwie 50 m dalej.

 

Po stromych schodach wspinamy się do największej w Indiach muzułmańskiej świątyni. Przestronny plac zamyka ogromna budowla z bielejącymi czaszami kopuł i strzelającymi w niebo czerwieniejącymi minaretami. Ze względu na porozsadzane dookoła grupy ludzi bardziej przypomina on miejsce piknikowe niż kompleks sakralny. Przecinamy go i wchodzimy do minaretu. Klaustrofobicznie wąziutka klatka schodowa wiedzie nas do maleńkiego pomieszczenia na szczycie. Z lotu ptaka patrzymy na Stare Delhi i płonące w zachodzącym słońcu mury Czerwonego Fortu.

 

Ostatni dzień w Delhi spędzamy w tzw. ogrodach mogolskich. Otaczają obecny Pałac Prezydencki (Rashtrapati Bhavan), który zaczęto wznosić w 1912 r. oryginalnie dla gubernatora generalnego i wicekróla Indii. Godzinami chodzimy po ich rozległym terenie. Gubimy się między idealnie geometrycznymi rabatami, ozdobnymi kanałami wodnymi i fontannami w kształcie lotosu. Słodko pachnący i bajecznie kolorowy labirynt prowadzi nas do Pałacu Prezydenckiego. Neobarokowy budynek w kształcie podkowy, z potężnymi kolumnami i wieńczącą go olbrzymią kopułą, wydaje się zbyt ciężki, zbyt potężny w zestawieniu z otaczającą go delikatną przyrodą. Dokładnie taki był zamysł architektów. Silne elementy klasyczne miały podkreślać potęgę imperium brytyjskiego i status nowo wybranej stolicy Indii Brytyjskich.

 

DOWÓD MIŁOŚCI

Po kilku dniach intensywnie działająca na zmysły stolica daje nam się we znaki. Zaczynamy marzyć o odrobinie spokoju. Czy przyniesie nam go Agra…?

Kiedy docieramy do miasta, już zmierzcha. Lawirujemy kamperem pomiędzy oślepiającymi reflektorami motocykli i leniwie spacerującymi krowami. W końcu dojeżdżamy do promenady prowadzącej do Tadź Mahal. Jeszcze przed wschodem słońca stajemy w kolejce po bilety. Kasa otwiera się dopiero za pół godziny, ale ogonek już rośnie w oczach. Jeszcze po ciemku przechodzimy przez jedną z czterech bram kompleksu. Ścieżką wiodącą wzdłuż długiej fontanny docieramy do jednego z 7 Nowych Cudów Świata. Zaczyna świtać. Mrok ustępuje przed pierwszymi promieniami słońca. Mgła podnosi się. Z jej woalu, niczym blada zjawa, wyłania się kolos mauzoleum – świadectwo miłości Szahdżahana do zmarłej w 1631 r. żony Mumtaz Mahal. Ciosany z białego marmuru niczym z kości słoniowej ostro odcina się od lazuru nieba, jeszcze różowiejącego wschodem słońca. Mimo iż jest przeogromna, budowla emanuje błogim spokojem, który zdaje się udzielać nawet masie turystów. Zazwyczaj głośni i rozbiegani, teraz w skupieniu okrążają Tadź Mahal, wyrażając swój podziw i oddając mu należną cześć.

 

Po godzinach spacerowania tarasami mauzoleum przenosimy się na drugą stronę rzeki Jamuny, gdzie stoi Bacha Tadź, pieszczotliwie nazywany z angielska Baby Taj. Choć grobowiec skarbnika nadwornego jest o wiele mniejszy niż ten wzniesiony dla małżonki Szahdżahana, zachwyca nas misternością zdobień i marmurową mozaiką finezyjnie skomponowaną z różnokolorowych kawałków kamienia. Kilka godzin później zza Jamuny patrzymy, jak zachód słońca przemienia biel marmuru Tadź Mahal w płonący rubin.

 

JAK W KALEJDOSKOPIE

Agra to nasz ostatni przystanek przed słynnym regionem Radżastan. W nim ponoć znajduje się największa liczba zabytków w całych Indiach. Położony w północno-zachodniej części kraju, największy jego stan (ponad 340 tys. km² powierzchni) słynął ze swoich nieulękłych wojowników. To właśnie oni najzacieklej bronili tych ziem przed muzułmańskimi wojskami, które wkroczyły do Radżastanu w XII w. Radźputowie znani byli ze swojej waleczności, ale także wierności kodeksowi honorowemu. Nakazywał im on raczej popełnić samobójstwo niż się poddać. Ich oddane i nie mniej odważne żony dołączały do nich, rzucając się w ogień całopalnych stosów.

 

Wizytę w Radżastanie zaczynamy od jego stolicy – Dźajpuru (Jaipuru). Nieoficjalna jej nazwa to Różowe Miasto. Dźajpur zawdzięcza ją kolorowi piaskowca użytego do budowy najstarszej jego części. Za jej murami gubimy się w krętych, wąskich uliczkach. Podpatrujemy, jak wąsaty fryzjer podgala, masuje i układa w idealne spirale wąsy swojego klienta. Przez firanę mąki, unoszącej się nad kamienną stolnicą, przyglądamy się, jak sprawne ręce kucharza lepią naan. Zawoalowane kobiety w różowych sari odwracają za nami głowy dźwigające dzbany z wodą. Jakiś młodziak chce sobie zrobić z nami selfie.

 

Labirynt uliczek kończy się przy Hawa Mahal – Pałacu Wiatrów. Ta przedziwna, kilkupiętrowa budowla przypomina wielkie, różowe organy kościelne z setkami ażurowych okienek. To przez nie damy dworu maharadży przypatrywały się nieskrępowane toczącemu się na zewnątrz życiu. Nieopodal pałacu dostrzegamy inną konstrukcję, która wywołuje w nas kompletną konsternację. Jej dziedziniec znaczą półkoliste i trójkątne ściany ze schodami prowadzącymi donikąd. Druciana siatka przecina okrągłe pomieszczenia najeżone kamiennymi walcami. Ten przypominający dziwaczny plac zabaw twór to XVIII-wieczne obserwatorium astronomiczne. Szczycący się jednym z największych na świecie zegarów słonecznych Dźantar Mantar jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Bez podpowiedzi zegara wiemy, że niebawem zacznie zmierzchać. Łapiemy więc tuk-tuka do podnóża wzgórza położonego na obrzeżach miasta. Wznosi się tu majestatyczny fort Nahargarh. Każdy zakręt półgodzinnej wspinaczki przynosi coraz to nowy obraz Dźajpuru. Docieramy aż na dach ufortyfikowanego pałacu, skąd oglądamy wspaniałą panoramę miasta i niknące za horyzontem słońce. W ramach zasłużonej nagrody za wysiłek fizyczny fundujemy sobie spacer po ulicznych stoiskach z jedzeniem. Próbujemy przypominających trochę naleśniki płaskich chlebków kulcha z różnym nadzieniem: z sera paneer, ziemniaczanym i cebulowym. Dahi puri – kuleczki z kruchego ciasta wypełnione ciecierzycą, słodkim jogurtem i przyprawami – eksplodują w naszych ustach. Na koniec robimy sobie ucztę z kojarzonych z Nepalem nadziewanych warzywami lub mięsem pierożków momo. To nasz ostatni posiłek przed odwiedzinami w Puszkarze.

 

BŁĘKIT I JEZIORA

Położone ok. 150 km na południowy zachód od Dźajpuru święte miasto z miejsca łapie nas w swoje sidła, i to całkiem dosłownie. Nasz kamper wplątuje się w linki banerów i reklam, kiedy chcemy dojechać do centrum Puszkaru. Uwolniwszy się, zmierzamy plątaniną uliczek do jeziora, wokół którego rozrasta się miejska zabudowa. Według legendy powstało ono, kiedy na ziemię upadł jeden z płatków kwiatu lotosu upuszczonego przez boga Brahmę. Jego woda ma mieć właściwości lecznicze, a nieopodal wzniesiono jedną z niewielu w Indiach świątyń Brahmy. Oprócz tych obiektów, ewentualnego safari na wielbłądach na pobliską pustynię Thar i kilku małych świątyń na wzgórzach, z których można podziwiać cykl słońca, nie znajdujemy w Puszkarze więcej atrakcji. Jeśli nie liczyć fantastycznej atmosfery spokoju i nieistotności upływu czasu. Z jej powodu ciągną tutaj jak ćmy do światła specyficzni ludzie. Historia każdego z nich zaczyna się i kończy tak samo: Przyjechałem do Puszkaru na kilka dni. Jestem w nim już drugi tydzień..., miesiąc…, rok… Atmosfera miasta udziela się i nam. Godzinami spacerujemy wokół jeziora, patrząc, jak wielkookie krowy moczą w nim swoje różowe jęzory. W tafli odbijają się nasze wschody i zachody słońca. Jak gąbka chłoniemy tak rzadkie w Indiach ciszę i spokój. Zaczynamy w nie wrastać. Jednak kończąca się wiza skutecznie przywołuje nas do rzeczywistości.

 

W Dźodhpurze (Jodhpurze), znanym również jako Niebieskie Miasto, jesteśmy dwa dni później. Jego nazwa opisowa pochodzi od koloru farby, jaką mieszkańcy starej części malują swoje domy. Błękitu nie lubią ponoć owady. Podnóże wzgórza, na którym wznosi się fort Mehrangarh, tonie zatem w niebieskich domach. Do fortecy wspinamy się labiryntem wąskich uliczek historycznego centrum. Na jednej z nich, mimo iż ledwie możemy rozpostrzeć ramiona, dołączamy do dzieci grających w krykieta. Kilka domów dalej słuchamy, jak paru chłopców wygrywa skoczne rytmy na dwustronnych bębnach dhol. Za rogiem na progu jednego z mieszkań trafiamy na gromadę kobiet odzianych na biało, które rozpaczliwie zawodzą. Ktoś z grupy zgromadzonych wokół ludzi tłumaczy nam, że to płaczki wynajęte do opłakiwania zmarłego. Im więcej płaczek, tym wyższy status nieboszczyka. Ciągle przeżywając wydarzenia z błękitnego labiryntu, docieramy do celu. Największy w Radżastanie fort, wkomponowany w naturalne wzgórze, wygląda, jakby z niego wyrastał, był integralną częścią skały, której szczyt ręka olbrzyma ociosała w kształt ufortyfikowanego pałacu. Z jego murów rzucamy ostatnie spojrzenie na Dźodhpur i ruszamy do Miasta Jezior – Udajpuru.

 

Okrzyknięto go najromantyczniejszym miastem stanu. Udajpur rozciąga się nad kompleksem jezior. Część z nich stworzona została sztucznie na potrzeby gromadzenia wody pitnej. Położenie miasta jest przepiękne. Jednymi z najwspanialszych wnętrz może pochwalić się wznoszący się nad sztucznym jeziorem Pichola XVI-wieczny Pałac Miejski. Gdy patrzymy na jego masywny gmach – cały z granitu i marmuru – nawet nie spodziewamy się, jak delikatnie prezentuje się w środku. Otwiera się przed nami niczym skarbiec strzegący najcenniejszych klejnotów. Każda kolejna komnata jest piękniejsza od poprzedniej – są cudnie malowane, misternie rzeźbione, wysadzane kryształami, mienią się lustrzanymi mozaikami. Labirynty korytarzy i wąskich schodów prowadzą nas przez ażurowe krużganki, zacienione podwórce z oazami fontann. Niestety przyjemność cieszenia się bajkowym miejscem dzielimy z liczbą turystów, jakiej do tej pory nie widzieliśmy. Zdarza się, że na przejście z komnaty do komnaty trzeba czekać w kolejce. Doświadczony przewodnik jednej z grup, widząc naszą narastającą frustrację, rzuca tonem starego wygi: Trzeba było przyjść w środę. W środy prawie nikogo nie ma. Jest niedziela. W środę już dawno będziemy w Mumbaju (Bombaju).

Cenotaf Jaswant Thada i twierdza Mehrangarh

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

W LUDZKIM ULU

Drugie najludniejsze miasto Indii (ok. 23 mln mieszkańców w regionie metropolitalnym), największy port kraju i ośrodek Bollywoodu, wita nas 40-stopniowym upałem i natężeniem ruchu, jakiego nawet Delhi nie widziało. Tkwimy niemal wieczność w ogłuszającym korku i do naszej miejskiej przystani docieramy dopiero w nocy. To niesamowita pora. Światła i ogniska wyrastają na ulicach, pomiędzy domami, przed urzędami. Zebrani wokół ludzie poruszają ustami w rytm niemych modlitw. Dla odmiany ranek wrzuca nas w chaos kolorów. Zewsząd sypie się różnobarwny proszek. Ktoś z pistoletem na wodę moczy nas od stóp do głów. Oczy zalewa nam kolorowy wodospad. Ludzie dookoła przemieniają się w tęczowe, przemoczone dzieła sztuki. Fiolety, błękity, żółcie, czerwienie nie oszczędzają nikogo bez względu na pochodzenie, status czy inne podziały, które teraz giną pod warstwą jaskrawych barw. Indie obchodzą holi – hinduistyczne święto radości wyznaczające początek wiosny i początek nowych relacji z najbliższymi. Jest to czas proszenia o wybaczenie i przebaczania.

 

Po południu szaleństwo dobiega końca. Wychodzimy na spacer po gęsto znaczonych kolonialnymi budynkami dzielnicach Kala Ghoda i Fort. W tej ostatniej mieści się wzniesiony na cześć brytyjskiej królowej Wiktorii (Victoria Terminus) dworzec kolejowy (obecnie pod nazwą Dworzec Króla Śiwadźiego). Ten wspaniały obiekt w kolorze piasków pustyni, z koronką krużganków, strzelistymi wieżami i kopulastymi zwieńczeniami, jest znakomitym połączeniem neogotyku z tradycyjną architekturą indyjską. Nic więc dziwnego, że znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przekroczywszy jego progi, trafiamy do ludzkiego ulu. W gwarze, który poziomem głośności zbliża się do hałasu ze względu na świetną akustykę, przeciskamy się na perony. Ludzie potrącają nas w biegu. W ostatniej chwili wskakują do odjeżdżającego pociągu. Wagony są przepełnione. Ci, którzy nie zmieścili się w środku, kurczowo trzymają się poręczy przy drzwiach. Ktoś biega środkiem torów i wrzuca zgromadzone tam tobołki do pociągu. Wreszcie wypchany po brzegi skład znika. Obok stoi drugi. Cały spektakl zaczyna się od nowa.

 

W STRONĘ MORZA

Kolejny dzień rozpoczynamy nad zatoką Morza Arabskiego u stóp Bramy Indii. To spod tego monumentalnego łuku wzniesionego z okazji wizyty w 1911 r. brytyjskiego króla Jerzego V zabiera nas prom płynący na wyspę Elefanta (Gharapuri). Znajduje się na niej kompleks siedmiu świątyń skalnych z ok. VI–VII w. poświęconych Śiwie. Zaklęte w płaskorzeźby bóstwa hinduistyczne, wtulone w szal otaczającej je zieleni, przypominają nam momentami kambodżański zabytkowy zespół Angkor. Podobnie jak architektoniczne dzieło z Kambodży również i świątynne groty na Elefancie wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Po powrocie przenosimy się na zachód, na wybrzeże Morza Arabskiego. Ślizgamy się na mokrej posadzce kamiennej ścieżki, raz po raz zalewanej przez fale. Na całej długości usiana jest małymi stoiskami z owocami, jedzeniem i kwiatami. Po półkilometrowym, akrobatycznym spacerze docieramy do przycupniętego na końcu grobli meczetu Haji Ali Dargah. Jego bielony budynek z pojedynczym minaretem strzelającym w niebo wygląda skromnie, a mimo to od XV stulecia ta muzułmańska świątynia należy do najważniejszych w Mumbaju. Plac meczetu, podobnie jak prowadzącą do niego groblę i niestety niemal wszystkie ulice miasta, wypełniają żebracy, często niepełnosprawni. W Mumbaju znajdują się trzecie największe slumsy na świecie (Dharavi). Liczba przebywających w nich osób przekracza milion. Część z nich szuka zarobku na ulicy. Część prowadzi swoje małe biznesy, jak pralnie ręczne, do których bogacze z sąsiadujących ze slumsami szklanych wież wysyłają ubrania. Coraz częstszym zjawiskiem są slumhotele, gdzie turyści mogą spędzić noc wraz z rodziną zamieszkującą kwaterę.

 

WYCIECZKA NA PLAŻĘ

Zderzenie z rzeczywistością Mumbaju zmusza nas do pochylenia głowy z pokorą i uświadomienia sobie, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani. Skłania nas do zastanowienia się, jak bardzo powinniśmy być wdzięczni za to, że w każdej chwili mamy możliwość spakowania się i ruszenia tam, gdzie oczy poniosą. My już kilka dni później możemy czuć pod stopami rozpalony piasek plaż Goi.

 

Wjeżdżamy do małej Portugalii. Inaczej nie da się opisać atmosfery, jaka panuje w najmniejszym stanie Indii (ponad 3,7 tys. km² powierzchni). Nic dziwnego, bo położona na zachodnim wybrzeżu Goa przez ok. 450 lat (od 1510 do 1961 r.) była portugalską kolonią. Po Starej Goi (Velha Goa) – dawnej stolicy Indii Portugalskich – chodzimy jak zaklęci. Zadzieramy głowy, przyglądając się piętrowym, bajecznie kolorowym budynkom, to znowu wspinamy się na palce, żeby choć rzucić okiem na niskie, okazałe wille kryjące się w cieniu ogrodów. Wszystkie wibrują barwami, jakby festiwal holi nigdy się dla nich nie skończył. Raz po raz mijamy masywne, barokowe katolickie kościoły i kaplice. Mniej więcej 25 proc. mieszkańców stanu stanowią chrześcijanie – to również ślad po rządach Portugalczyków. Kościoły i klasztory Starej Goi trafiły na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Nowa stolica regionu – Panadźi (Panaji) – nie może się pochwalić podobnym urokiem. Za to zdecydowanie widać w niej, że Goa należy do najbogatszych stanów Indii. Szklane wieże biurowców, luksusowe jachty, samochody i sklepy zostawiamy za sobą i jedziemy w stronę południowej części wybrzeża, tam, gdzie ponoć plaże są najpiękniejsze. Zanim do nich dotrzemy, raz po raz wyskakujemy z auta z aparatem. Przed nami rozpościera się zielone morze pól ryżowych. W ich centrum brodzi grupa kobiet. W sarongach do kolan mozolnie pracują zgięte wpół. W tle widać palmy kokosowe. Plaże rzeczywiście są piękne – szerokie szarfy białego piasku, turkusowa woda. Najbardziej zaskakuje nas prawdziwy spokój i brak ścisku. Plaż Goi wystarczy dla każdego.

 

SPOTKANIE Z TYGRYSEM

Wkrótce wybrzeże zamieniamy na safari. Wracamy do stanu Maharasztra, którego stolicą jest Mumbaj. To w nim znajduje się Park Narodowy Tadoba (Rezerwat Tygrysów Tadoba Andhari) słynący z gwałtownie rosnącej populacji tygrysów (w 2010 r. było ich 43, w marcu 2019 r. – 120). O piątej rano, w otwartym dżipie przejeżdżamy przez najstarszą bramę rezerwatu – Mohali. Dookoła szumią drzewa tekowe i bambusowe zagajniki. Jest jeszcze ciemno. Do wschodu słońca mamy pół godziny. W tym czasie przypisany nam strażnik parkowy recytuje listę zasad z naciskiem na niewysiadanie z pojazdu, bo opuszczenie go grozi atakiem ze strony zwierząt. Po zakończonym regulaminowym wykładzie przyjmuje lżejszy gawędziarski ton. Opowiada o tygrysicy, którą możemy zobaczyć – Mai. Maya ma młode. Ostatnio jedno z nich zabiły „dzikie psy” (cyjony rude). Prawdopodobnie wielu ich nie zobaczymy, gdyż tygrysica z zemsty zdecydowanie przetrzebiła populację. Tymczasem ognista kula słońca wschodzi nad drzewami. Po obu stronach wyboistej drogi las zaczyna rozbrzmiewać odgłosami budzącej się fauny. Widzimy sarny, jelenie aksisy (aksisy czytale), sambary jednobarwne i bawoły indyjskie. Ktoś ze współpasażerów wymachując rękami, wskazuje gąszcz bambusów, gdzie gramoli się wargacz leniwy – ciemny niedźwiedź o bardzo ruchliwym pysku. Dojeżdżamy do niewielkiego wodopoju. Korzysta z niego stado pawi indyjskich oraz langurów z rodziny koczkodanowatych. Zaaferowani robieniem zdjęć niemal nie zauważamy leżącego opodal kształtu. Tylko czarne pasy odróżniają stworzenie od koloru roztopionej gliny, w której się wyleguje. Szerokie łapy starają się sięgnąć za półokrągłe ucho, osadzone na masywnej głowie. Tygrys w kąpieli. Maya? – pytam. Nie, to Sonam. Można poznać po paskach – odpowiada strażnik. Ba! To przecież oczywiste… – myślę sobie.

 

 

Tygrys bengalski wypoczywający w wysokiej trawie

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

KOŁO ŻYCIA

Naszym ostatnim przystankiem przed wjazdem do Nepalu jest Waranasi w stanie Uttar Pradeś (Uttar Pradesh). To jedno z najstarszych miast świata, według legendy założone przez Śiwę ok. 3 tys. lat temu, rozciąga się wzdłuż brzegów świętej rzeki Ganges. Właśnie nad jej brzegi ściągają tysiące hinduskich pielgrzymów, którzy pragną zmyć swoje grzechy albo odbyć ostatnią podróż. Dokonanie żywota w Waranasi przy Matce Ganges (Ganga Mata) jest równoznaczne z osiągnięciem nirwany.

 

Z ręcznie ciosanej, drewnianej łódki obserwujemy wschód słońca nad ghatami – szerokimi kamiennymi schodami, które ciągną się wzdłuż Gangesu. Grupa półnagich mężczyzn zanurza się trzykrotnie w wodzie, szepcząc mantry. To rytuał oczyszczania. Obok owinięte w barwne sari kobiety puszczają na fale maleńkie koszyczki z kwiatami i świeczką. Tak wygląda niema modlitwa. Wkrótce dołączają do nich sadhu – święci mężowie, wędrowni asceci. Łatwo ich poznać po długich, białych brodach, jaskrawo pomarańczowych szatach i turbanach. Medytują w pozycji kwiat lotosu. Wreszcie zaczyna się dzień roboczy. Na ghatach zbierają się praczki. Zapamiętale tłuką namydlonymi ubraniami o schody. Wyżymają i rozkładają uprane rzeczy na kamieniach do suszenia. Obok praczek pojawiają się fryzjerzy, z przenośnym lusterkiem i wyposażeniem w kieszeni. Ktoś myje w Gangesie zęby. Ktoś kąpie dzieci. Między nimi w wodzie pływają psy, bawoły indyjskie i resztki zwęglonych ciał. Ghaty służą również do palenia zwłok. Takie było ich pierwotne przeznaczenie, kiedy wieki temu budowali je dla siebie indyjscy królowie. Chcieli umrzeć przy Gangesie. Nawet wczesnym rankiem widzimy płonące stosy. Kremacje przeprowadza się tu przez całą dobę. Zamożni Hindusi kupują wystarczająco dużo drewna, aby ich krewny spłonął całkowicie. Tylko jego prochy spadną na świętą rzekę. Ci, którzy mogą pozwolić sobie jedynie na niewielką wiązkę, będą patrzeć, jak zdeformowane ogniem, przypalone ciało nieboszczyka zsuwa się do Gangesu. W tej samej rzece rodzice kąpią swoje dzieci. Koło życia się zamyka.

 

Od roku podróżujemy kamperem po świecie. Przemierzyliśmy m.in. Rosję, Mongolię, Iran i Pakistan. Do tej pory żaden z krajów nie dostarczył nam tak intensywnych przeżyć jak Indie. Za pierwszym razem nie chciałam tutaj wrócić. Za drugim przyglądałam się otoczeniu zafascynowana, ale z rezerwą. Za trzecim nie mogłam się Indii doczekać. Ten kraj uzależnia, jak uzależnia wzrost poziomu adrenaliny we krwi. Jest kolorowy jak Radżastan, dziki jak tygrysy w jego parkach, nieokiełznany jak Himalaje, niekonwencjonalny jak Waranasi i przepiękny jak Tadź Mahal. Indie nie są łatwe, jednak warto podjąć każdy wysiłek, żeby je poznać, bo kiedy się to zrobi, nie ma odwrotu, trzeba je pokochać. To miłość trudna i pełna wyzwań, ale spełniona.

 

Artykuły wybrane losowo

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

Wietnam

Victor Borsuk na Morzu Południowochińskim u wybrzeży Phan Rang w Wietnamie

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

 Dzięki rozbudowanej ofercie rozmaitych linii lotniczych sporty wodne można uprawiać praktycznie cały rok. Dotyczy to również kitesurfingu, który cieszy się dużą popularnością wśród Polaków, mimo iż u nas odpowiednie warunki klimatyczne panują jedynie przez kilka wiosennych i letnich miesięcy. Dla wielu naszych rodaków ślizganie się po falach na desce z latawcem stało się prawdziwą pasją, a kto raz połknie bakcyla, ten zawsze będzie śnił o tych wspaniałych miejscach na ziemi, gdzie natura sama stworzyła wymarzone warunki do wykonywania widowiskowych akrobacji na wodzie.

 

Jednym z najważniejszych czynników w kitesurfingu jest moc wiatru. Powiewy do 9 węzłów są zbyt słabe do uprawiania tego sportu. Wiatr o prędkości od 9 do 15 węzłów będzie dobry dla osób początkujących i tych wszystkich, którzy lubią czuć się bezpiecznie na wodzie i stabilnie poruszać latawcem. W takich warunkach ryzyko nieprzewidzianych sytuacji bywa raczej niskie. Prędkość 15–28 węzłów idealnie nadaje się dla średnio zaawansowanych kitesurferów. Można przy niej próbować wysokich skoków i porządnych ewolucji. Wiatr o prędkości powyżej 28 węzłów jest już bardzo silny. Czasem zrywa dachówki, łamie gałęzie i wieje piaskiem w oczy. Poradzą z nim sobie tylko doświadczeni kitesurferzy, którzy mierzą się w tej sytuacji z siłami natury.

Przy wyborze 12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu kierowałem się głównie statystyczną ilością i siłą wiatru oraz warunkami panującymi na wodzie. Pod uwagę brałem także wygląd okolicy i możliwości spędzania czasu nie poświęconego na ewolucje na desce.

 

1

Guajiru

Brazylia

 

To jedno z najwietrzniejszych miejsc na świecie. W brazylijskim stanie Ceará, w którym leży wioska Guajiru, wieje od czerwca do końca grudnia codziennie. Wiatr osiąga prędkość od 18 do 30 węzłów. Znajdują się tu liczne laguny z płaską taflą, na których możemy bez obaw próbować wszystkiego, o czym marzymy. Woda jest bardzo ciepła (ma mniej więcej taką temperaturę jak powietrze), więc wystarczą tylko krótkie spodenki i kostium kąpielowy. Nie wolno zapomnieć o użyciu kremu do opalania (aplikację warto powtórzyć kilka razy w ciągu dnia) i zaopatrzeniu się w wodę do picia.

 

2

Phan Rang

Wietnam

 

Okolica miasta Phan Rang (Phan Rang-Tháp Chàm) jest jeszcze mało popularna wśród amatorów akrobacji na desce z latawcem. Działa w niej zaledwie kilka szkół kitesurfingu. Miejsce to odkrył mój przyjaciel mieszkający w Wietnamie i właśnie tutaj zabieram widzów w podróż w czasie najnowszego filmu realizowanego przez Virgin Mobile W pogoni za wiatrem. Od listopada do lutego prędkość wiatru wiejącego na wybrzeżu wynosi 18–35 węzłów. Woda jest przezroczysta i jak okiem sięgnąć zupełnie płaska. Dopiero w odległości mniej więcej 800–1000 m od brzegu pojawia się rafa koralowa, która stanowi granicę dla pięknych równych fal, na których można uprawiać kitesurfing. Powietrze nagrzewa się zazwyczaj do ok. 30°C, ale silny wiatr powoduje, że w ciągu dnia i nocy nie odczuwa się upału. Dlatego do torby podróżnej warto zapakować klapki, krótkie spodenki i przewiewną koszulkę. Muszę przyznać, że to jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi. Właśnie tu zorganizowałem w minionym roku imprezę sylwestrową i przywitaliśmy nowy, 2018 r.

 

3

Woodman Point

Australia

 

Gdy miałem 18 lat, spędziłem w tym rejonie pół roku. Zaraz po maturze kupiłem bilet i poleciałem sprawdzić, jak wygląda to legendarne dla kitesurferów miejsce w Australii Zachodniej. Przed wyjazdem oglądałem filmy o nim i bardzo dużo czytałem. Uczciwie mogę przyznać, że długo marzyłem, aby tutaj przyjechać, a ponieważ była to daleka wyprawa, postanowiłem zatrzymać się w okolicy aż na pół roku. Mając zaledwie parę groszy przy duszy i głowę pełną nadziei, wyruszyłem w podróż. Na miejscu okazało się, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Zastałem ogromne przestrzenie z płaską wodą i wiatr o prędkości 18–25 węzłów wiejący codziennie od godz. 14.00. Dlaczego właśnie o tej porze? Bo w tym rejonie występuje przede wszystkim wiatr termiczny zwany tu sea breeze (bryzą). Żadna prognoza nie podaje odpowiedniej siły wiatru, gdyż nie bierze pod uwagę różnicy temperatury między zimną wodą a bardzo mocno nagrzanym lądem. Oczywiście, poza tym, że był to jeden z najciekawszych okresów w moim życiu, odczuwałem również stres związany z występowaniem przy brzegu wielu rekinów i strach przed wywracaniem się na dużej głębokości. Jednak statystyki działały na moją korzyść, a kilka ataków na ludzi zdarzających się w ciągu roku w całej Australii nie mogło mnie wystraszyć na tyle mocno, żebym zrezygnował z ukochanego sportu. Zatem jeżeli ktoś nie boi się opowieści o rekinach i chłodnej (orzeźwiającej!) oceanicznej wodzie, cypel Woodman Point koło miasta Perth jest dla niego bez wątpienia jednym z miejsc do zaliczenia.

 

4

Prasonisi, Rodos

Grecja

 

Żywienie się konserwami i zupkami chińskimi oraz spanie na łonie przyrody – tak właśnie spędzałem wakacje jako nastolatek, aby zamknąć cały dwutygodniowy wyjazd w kwocie 1,2 tys. złotych i móc pływać przez 6–8 godzin dziennie. Półwysep Prasonisi na wyspie Rodos to jedna z najlepszych okolic do uprawiania kitesurfingu na świecie. Idealne miejsce dla amatorów tego sportu znajduje się między dwoma wzgórzami, które codziennie się nagrzewają, co sprawia, że powstaje schodzący z nich wiatr termiczny. Wzniesienia łączy piaszczysty wał, dzięki czemu tworzy się tu tzw. efekt Venturiego (wiatr przyspiesza w przewężeniu). Ze względu na te czynniki przez pół roku codziennie wieje w tym rejonie równy, ciepły i silny wiatr. Woda z jednej strony wału jest płaska jak stół, z drugiej powstają duże fale. Każdy ma inne wspomnienia z okresu nastoletniego, ja swoje pierwsze kroki w stronę dorosłości stawiałem właśnie na wyspie Rodos.

 

5

Mierzeja Helska

Polska

 

W tym przypadku moja ocena będzie siłą rzeczy bardziej subiektywna. Jest całkiem prawdopodobne, że wpływają na nią wspomnienia z 22 lat, przez które przyjeżdżałem na Hel, ale uważam tę część Polski za jedno z najlepszych miejsc, aby rozpocząć przygodę z kitesurfingiem. Przede wszystkim od strony Zatoki Puckiej mamy tutaj prawie 1 km płaskiej i płytkiej wody oraz rozległe przestrzenie. Nie bez znaczenia pozostaje też towarzystwo niesamowitych ludzi, których łączy zamiłowanie do sportów wodnych. Ja kocham to miejsce i nie wyobrażam sobie innej okolicy na spędzenie lata. Właśnie tu moje życie zaczęło nabierać obecnego kształtu. Na początku uczyłem się na Helu pływać, teraz prowadzę obozy dla dzieci od 9 do 18 lat i organizuję wyjazdy integracyjno-motywacyjne dla firm. Staram się zainspirować wszystkich swoją pasją.

 

6

Boracay

Filipiny

 

Filipińska wysepka Boracay kojarzy się z wysmukłymi palmami opadającymi do morza, błękitną wodą i białym piaskiem. To miejsce ma jednak także duszę. W ciągu dnia wszyscy żyją tutaj kitesurfingiem, a wieczorem zaczyna kwitnąć życie nocne. Wówczas każdy poddaje się magii, która otacza tę wyspę. Nie przez przypadek mówi się na niej: what happens on Boracay, stays in Boracay („co wydarzyło się na Boracay, zostaje na Boracay”). Uważam ten rejon Filipin za jeden z moich najbardziej ulubionych zakątków na świecie.

 

polska1

Victor Borsuk na Helu, gdzie często zapoznaje innych z kitesurfingiem

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

7

Auckland i Northland

Nowa Zelandia

 

Północna część nowozelandzkiej Wyspy Północnej (regiony: Auckland i Northland) należy do najpiękniejszych miejsc na ziemi, w których do tej pory byłem. Wzdłuż wschodniego i zachodniego wybrzeża znajduje się wiele zupełnie dzikich okolic do uprawiania kitesurfingu. W wodzie można dostrzec wieloryby, a na lądzie spotkać ptaki kiwi i tyle owiec, że trzeba by liczyć je do snu do końca życia. Przyleciałem do tego kraju w odwiedziny do swojego bardzo dobrego kolegi, który pływanie na desce z latawcem traktuje jako pasję, a żyje z koncertów (występuje jako gitarzysta i wokalista). Ten niesamowity człowiek zabrał mnie w podróż po północnej Nowej Zelandii. Swoją wizytę w tych stronach zacząłem od Auckland, czyli największego miasta w kraju (ponad półtoramilionowego). Wynająłem w nim auto i pojechałem do nadmorskiego kurortu Paihia, gdzie poza sezonem żyje ok. 2 tys. osób, a latem przebywa prawie 30 tys. ludzi. W tym mieście mieszka na co dzień mój kolega Robin, tu codziennie gra w golfa czy tenisa i wieczorami występuje na koncertach w knajpach na wodzie. Utrzymuje się też z lokalnej turystyki. W kurorcie warto zatrzymać się na dwa dni, jednak najbliższe miejsca do uprawiania kitesurfingu oddalone są stąd przynajmniej o 20 min. jazdy na północ. W takiej odległości znajdował się nasz secret spot, położony między dwoma wzgórzami na terenie należącym do znajomych mojego kolegi. Była to rewelacyjna okolica. Wiatr wiał do brzegu, a na wodzie nie spotkaliśmy nikogo. Dzień później wybraliśmy się bardziej na północ na plażę, po której można jeździć autem (Ninety Mile Beach). Tutaj również spędziliśmy czas na falach. Pływaliśmy, ścigając się z samochodami. W Nowej Zelandii przebywałem tydzień, z czego przez cztery dni nie wiało. Cisza, spokój i piękne widoki rekompensowały jednak brak wiatru. Jeżeli moim głównym celem wyjazdów nie byłby kitesurfing, ale podróż w głąb siebie i obcowanie z naturą, ponownie wybrałbym się do Nowej Zelandii.

 

8

Maui

Hawaje, USA

 

Maui powinien odwiedzić każdy, niezależnie od tego, czy uprawia jakiekolwiek sporty wodne, czy podróżuje w celach czysto turystycznych. Ta wulkaniczna wyspa przekracza wszelkie wyobrażenia. Zacznę od tego, co najbardziej mnie zaskoczyło. Po wylądowaniu w mieście Kahului wychodzimy na lotnisko, gdzie wita nas od razu parne, gorące powietrze (nie ma czekających kobiet z kwiatami na szyi), więc od samego początku czujemy, że znaleźliśmy się w miejscu naprawdę egzotycznym. Całą wyspę można objechać w zaledwie 4 godz., ale każda jej część zdumiewa innym mikroklimatem. Po jednej stronie lądu codziennie pada (czasem 15 min., innym razem cały dzień), między lasami bambusowymi wyrastają palmy, wzgórza i skały pokrywa zieleń, a po drugiej opady są rzadkie i pola golfowe muszą być sztucznie nawadniane. Wzdłuż północnego wybrzeża leżą najsłynniejsze miejsca dla amatorów ewolucji na desce z latawcem, takie jak Ho’okipa, Kite Beach, Haiku itd. Tu zobaczymy nie tylko kitesurferów, ale przede wszystkim najlepszych sportowców na świecie startujących w zawodach surfingowych i windsurfingowych. Widoki przypominają kadry z okładek magazynów sportowych. W okolicy codziennie wieje, jest ciepło i egzotycznie, ale spoty są tak małe, że aż trudno uwierzyć. Wszyscy żyją tutaj powoli, to prawdziwi surferzy. Niestety, muszę zmartwić osoby, które jeszcze nie miały styczności ze sportami wodnymi. Maui nie nadaje się dla stawiających swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie. Warunki są w tym rejonie bardzo wymagające, powiedziałbym nawet, że bywa niebezpiecznie. W wodzie łatwo zorientować się, iż znajdujemy się na Pacyfiku i nie należy lekceważyć jego siły, bo skończy się to tragicznie. Jeżeli ktoś chce sprawdzić się w tym miejscu, musi zdobyć doświadczenie. Dlatego polecam zacząć od Polski, potem warto wybrać się za granicę, polecieć do Brazylii i na spokojnie zmierzyć się z falami o wysokości 1–3 m, a na koniec dopiero można udać się na Hawaje.

 

9

Bintan

Indonezja

 

Wyspa Bintan leży w odległości zaledwie godziny rejsu promem od Singapuru (w archipelagu Riau). Kiedyś planowałem dotrzeć na nią na Puchar Azji (Kiteboard Tour Asia – KTA), ale termin wydarzenia kolidował z moim wcześniej zorganizowanym wyjazdem do Wenezueli. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na ziemi. Ze względu na bliskość Singapuru jakość i ceny tutejszych hoteli przekraczają wszelkie wyobrażenia, ale my nocowaliśmy w domkach na palach, do których dochodziło się 200-metrowym drewnianym mostem. Jego deski wyglądały, jakby miały się zaraz złamać. Obiekt nazywał się Bintan Laguna Restaurant & Resort. Pobyt kosztował nas zaledwie 20 dolarów amerykańskich za noc (ze śniadaniem)! Na śniadanie podawano makaron z jajkiem, ale serwowano go na stole ustawionym nad wodą, co tworzyło niesamowitą atmosferę. W pokojach nie było okien z szybami, tylko otwory. Do środka wpadała przez nie bryza i ciepłe powietrze. Spędzanie dnia i nocy w tym miejscu stanowiło czystą przyjemność. Zaledwie 10 min. skuterem od obiektu znajduje się Bintan Agro Beach Resort, w którym mój kolega z Singapuru ma szkołę kitesurfingu. Okolica idealnie nadaje się na rozpoczęcie przygody z tym sportem, ponieważ woda jest tu płytka na obszarze rozciągającym się od brzegu do prawie 200 m w głąb morza. Ze względu jednak na bliskość równika kitesurferzy są zależni od pływów. Czasem w odległości 50 m od lądu fale odsłaniają suche dno. Ja na wyspie Bintan zupełnie się wyciszyłem. Nie ma na niej alkoholu (poza wytwarzanym przez mieszkańców winem ryżowym), auto można zobaczyć raz na godzinę, wszędzie panuje błoga cisza i spokój. Warto spędzić tutaj trochę czasu, aby porządnie wypocząć.

 

Cabarete 002

Klimatyczne Cabarete to popularne miejsce profesjonalnych zawodów w kitesurfingu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

10

Cabarete

Dominikana

 

Miasteczko Cabarete w Republice Dominikańskiej uchodzi za jedno z najbardziej znanych miejsc do uprawiania kitesurfingu na świecie. Szaleństwo na falach przy odpowiednim wietrze i w promieniach gorącego tropikalnego słońca można tu połączyć z wieczornymi imprezami na plaży. Sama okolica nie jest zbyt dobra do rozpoczęcia nauki, to raczej rejon dla zaawansowanych. Miejscowi wykonują naprawdę niesamowite ewolucje na desce. Odkąd zobaczyłem pierwszy film z zawodów Pucharu Świata w kitesurfingu w Dominikanie, marzyłem o tym, żeby kiedyś do niej pojechać. Czekały na mnie smukłe palmy, biały piasek na plaży i błękitna woda. Kitesurferzy reprezentowali najwyższy światowy poziom. Moje wyobrażenia o tym miejscu okazały się całkowicie zgodne z rzeczywistością. Jeżeli ktoś nauczył się podstaw kitesurfingu i opanował halsowanie, powinien chociaż raz w życiu odwiedzić ten kraj. Atmosfera Karaibów łączy się tutaj z surferskim duchem rywalizacji na wysokim poziomie. Nie brakuje też rumu, ale warto mieć świadomość, że w Republice Dominikańskiej wypoczywa mnóstwo turystów, więc nie należy liczyć na ciszę i spokój umilające pobyt w Indonezji.

 

Renę Egli Airview

Przepiękna plaża Sotavento na Fuerteventurze, mekka kitesurferów z całego świata

© RENÉ EGLI

 

11

Fuerteventura

Hiszpania

 

Niewątpliwą zaletę Fuerteventury (jednej z Wysp Kanaryjskich) stanowi fakt, że można na nią dość szybko dotrzeć za niewielkie pieniądze. Tanie linie lotnicze często oferują bilety od 200 zł w górę w obie strony i czasem aż trudno uwierzyć, jak małe są koszty dostania się z kontynentalnej Europy na archipelag położony nieopodal północno-zachodnich wybrzeży Afryki. Ja trafiłem tu po raz pierwszy 10 lat temu, kiedy startowałem w Pucharze Świata na Playa Barca i Sotavento (Fuerteventura Windsurfing & Kitesurfing World Cup). To właśnie jedno z tych miejsc, które można obejrzeć na filmach z najlepszymi kite- i windsurferami na świecie. Sama wyspa nie jest zbyt bogata w szatę roślinną, w jej krajobrazie dominują skały i piach, jednak należy do bardzo wietrznych rejonów. Najmocniej zaskakują tutaj tłumy ludzi kochających sporty wodne. Zjeżdżają oni głównie do południowo-wschodniej części Fuerteventury. Wzdłuż plaży Sotavento przy odpowiednim poziomie wody powstaje olbrzymia laguna (płytki akwen z płaską taflą) o długości ponad 4 km i szerokości powyżej 200 m, na której można zacząć swoją przygodę z kitesurfingiem. Jeżeli ktoś nie ma czasu na dalekie podróże, a liczy na słońce i dobry wiatr podczas wyjazdu, to bardzo mu polecam właśnie tę sympatyczną kanaryjską wyspę.

 

12

Sardynia

Włochy

 

Włoska Sardynia to wspaniałe miejsce, które potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Jest pełna tajemnic i ma bogatą historię. Niektóre okolice bywają tutaj bardzo surowe, ale napotkamy też zakątki jak z bajki. Na wyspie, podobnie jak w wielu rejonach południowej Europy, obowiązuje sjesta – w tym czasie często nie działają sklepy ani restauracje. Morze Śródziemne wokół Sardynii przybiera kolor błękitny, a piasek na plażach jest biały. Aż chce się wskoczyć do wody. Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia do dobrego wiatru podczas swoich odwiedzin na tej malowniczej wyspie. Udawało mi się popływać dwa lub trzy dni w ciągu trwającego tydzień wyjazdu, ale nie jest to tak naprawdę nic niezwykłego, bo i w popularnym wśród kitesurferów Egipcie zdarzają się podobne okresy bez odpowiednich podmuchów. Uważam, że naprawdę warto zawitać na Sardynię. Istnieje na niej wiele świetnych centrów kite- i windsurfingu, a okoliczne wody słyną z wymarzonych wręcz warunków do uprawiania tych sportów. Ja korzystałem z usług profesjonalnej polskiej bazy SKYHIGH znajdującej się w Porto Botte, miejscowości położonej na południowo-zachodnim wybrzeżu, niedaleko czarującej wysepki Sant’Antioco. Chętnie odwiedzę gościnną Sardynię ponownie, żeby spróbować szczęścia w łapaniu wiatru. Poza tym potrawy lokalnej kuchni są przepyszne, miasteczka wyglądają niezmiernie urokliwie, a sami Sardyńczycy to wyjątkowi ludzie, jakby z innego świata.

 

Katalonia – więcej niż region

Kurort Tossa de Mar na Costa Brava
151126 MAALV 1208

© AGENCIA CATALANA DE TURISME

ANETA KOTARSKA


Katalonia to część Hiszpanii, która kryje w sobie wiele przeciwieństw. Katalończycy obrali za swój symbol osła reprezentującego mądre i spokojne, lecz uparte dążenie do celu, Hiszpanie natomiast – byka ucieleśniającego temperament i siłę. Katalońskie tradycje mieszają się tu z hiszpańskimi, obok siebie współistnieją też dwa języki, kosmopolityzm łączy się z nacjonalizmem, sztuka z przemysłem, ruiny rzymskie z modernizmem. Nawet pod względem geograficznym region charakteryzują kontrasty – morze przeplata się w nim z górami.

Więcej…

Tajlandia – w kraju uśmiechów

ALINA WOŹNIAK

<< Każdego roku przyjeżdżają tu miliony turystów spragnionych słońca, złotych plaż, wyśmienitej kuchni, wielowiekowych zabytków, egzotycznych pejzaży i wszelkiego rodzaju atrakcji: od kursów medytacji przez górskie wędrówki po zabawę w nocnych klubach. Moda na Tajlandię nie przeminęła i jeszcze długo będzie się utrzymywać. >>

Królestwo Tajlandii to monarchia konstytucyjna, na której czele stoi król (aktualnie Rama IX – Bhumibol Adulyadej). Leży w Azji Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim i części Półwyspu Malajskiego. Należą do niego również setki wysp w Zatoce Tajlandzkiej i na Morzu Andamańskim. Duża różnorodność stref roślinności (lasy monsunowe, równikowe, namorzynowe, sawanny) sprawia, że w granicach tego państwa żyje wiele gatunków zwierząt, m.in. słoń indyjski, niedźwiedź malajski, lotokot, lampart czy zagrożony wyginięciem tygrys.

Więcej…