ALEKSANDRA WIŚNIEWSKA 

www.peryferie.com 

 

<< To drugie najbardziej zaludnione i siódme największe pod względem powierzchni państwo świata. Indie są krajem kontrastów. Kojarzą się z duchowymi przeżyciami, seansami medytacji i jogi w zacisznych świątyniach, ale też z wieczną wojną z dostarczycielami usług, którzy na każdym kroku starają się oskubać turystę z ostatnich pieniędzy. Jedni przyjeżdżają tu w poszukiwaniu cudów przyrody – niebosiężnych gór, wymagających pustyń i dzikiej dżungli, inni zachwycają się niesamowitymi wytworami rąk ludzkich, takimi jak Tadź Mahal, fort Kumbhalgarh czy niebieski Dźodhpur. Dla niektórych ten kraj to przede wszystkim przepych i bogactwo na miarę maharadżów, dla innych – ubóstwo i slumsy. Pojechaliśmy się więc przekonać, czym okaże się dla nas. >>

 

Przygodę z Indiami rozpoczynamy w iście bollywoodzkim stylu. Razem z rozśpiewanym tłumem tańczymy na środku ulicy do rytmu chwytliwych indyjskich hitów. Potężne głośniki ogłuszają nas piosenkami. Wokół szaleje masa ludzka złożona z postaci w kolorowych sari oraz miejscowych i turystów z narodowymi barwami Indii wymalowanymi na twarzach. Tak wygląda pierwsza część ceremonii granicznej na przejściu Attari – Wagah. Tu Pakistan spotyka się z Indiami. 

 

Część oficjalną ceremonii oglądamy już z wysokości trybun amfiteatru okalającego przejście graniczne. Przed nami paradują celnicy. Ich psy kłaniają się publiczności. Po obu stronach granicy żołnierze w galowych mundurach prześcigają się, kto wyżej wyrzuci nogę ponad głowę w czasie marszu. Ceremonię kończy trzykrotny i bardzo energiczny uścisk prawicy nad cienką linią oddzielającą oba państwa, które jeszcze do 1947 r. były jedną kolonią. Brama graniczna zamyka się. Następnego dnia rytuał symbolizujący rywalizację, a jednocześnie braterstwo i współpracę między krajami odbędzie się znowu. Tak jak dzieje się to nieustannie od 60 lat.

Mehendi, czyli hinduski zwyczaj ozdabiania rąk i nóg panny młodej misternym wzorem z henny

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

Mauzoleum Tadź Mahal, nazywane świątynią miłości, wzniesione w Agrze, nad brzegiem rzeki Jamuna

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

NOC WYSZYWANA ZŁOTEM

W przygranicznym mieście Amritsar planujemy być tylko przejazdem. Wizyta w XVII-wiecznej Złotej Świątyni (Harmandir Sahib) zmienia nasze plany. Tutaj znajduje się święta księga sikhów. Ściągają do niej pielgrzymki z najdalszych zakątków świata.

 

Dzień w Złotej Świątyni upływa pod znakiem tłumów i walki o znalezienie wolnego miejsca nad Nektarowym Stawem (Amrit-sar). Nurt pielgrzymów unosi nas tam, gdzie nie chcemy dotrzeć. Przyglądamy się oczyszczającym ablucjom, zachwycamy lśniącą złotem i bielą marmurów budowlą. Spod masywnych turbanów spoglądają na nas życzliwie wąsaci mężczyźni. W kantynie świątynnej dzielimy się ze współbiesiadnikami darmową porcją dalu (dhalu). Noc w Złotej Świątyni wypełnia cisza. Eteryczny, nieziemski monument oświetlony tysiącem latarni odcina się od czerni stawu i nieba. Noc wyszywa obraz Złotej Świątyni w pamięci oglądających.

 

STOLICA CHAOSU

Dwa dni później znajdujemy się w Delhi, położonym nad rzeką Jamuną, będącym częścią ponad 27-milionowego regionu stołecznego (trzeciego największego pod względem populacji obszaru miejskiego na świecie). Jego historia sięga 3 tys. lat p.n.e. Jest jednym z najstarszych istniejących miast na naszym globie. Mówi się o nim, że powstało na siedmiu osadach. Każdą z nich rządził inny władca. Przez setki lat istnienia ośrodka panowali w nim indyjscy królowie, muzułmańscy zdobywcy czy brytyjscy kolonizatorzy (budowniczy Nowego Delhi). Ślady ich rządów do dziś są widoczne w poszczególnych częściach miasta.

 

Delhi wita nas kakofonią klaksonów i kompletnym chaosem na ulicach. Obowiązuje na nich prawo większego. Zapach kurzu wzbijanego przez setki tuk-tuków – zmotoryzowanych riksz – miesza się z wonią owoców i oleistych, mocno przyprawionych potraw curry gotowanych na ulicznych stoiskach. Wokoło biegają dzieci proszące o słodycze, długopisy i pieniądze. Wyciągają ręce do każdego, kto chociaż trochę przypomina turystę.

 

Z długim spisem miejsc do zobaczenia wtapiamy się w chaos miasta. Na pierwszy ogień idą pozycje z Listy Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zabytkowy kompleks z Kutb Minar zwiedzamy w deszczu. Ocieka nim XIII-wieczny, niemal 73-metrowy minaret i ruiny przylegającego do niego meczetu. To pierwsze w Delhi budowle muzułmańskie wzniesione zaraz po przejęciu władzy przez najeźdźców. Zbudowano je na miejscu zburzonych świątyń hinduistycznych i z użyciem materiałów z ich rozbiórki. Grobowiec Humajuna – kopulastą budowlę z czerwonego piaskowca, wykończoną białym marmurem – oglądamy na tle gorejących w zachodzie słońca ogrodów w stylu perskim, które go otaczają. Piękno architektury mauzoleum XVI-wiecznego władcy z dynastii Wielkich Mogołów docenili również jego spadkobiercy. Wzorowali się na nim przy budowie samego Tadź Mahal w Agrze. Krwisty Czerwony Fort z XVII stulecia hipnotyzuje nas emanującą z niego potęgą. U stóp ogromnych baszt Bramy Lahori jesteśmy jedynie mizernymi, bezbronnymi mrówkami. Zadzierając głowy, staramy się w pełni ogarnąć splendor budowli, która powstała z inicjatywy Szahdżahana z dynastii Mogołów – budowniczego Tadź Mahal. Wnętrze fortecy – przestronny ogród z na wpół otwartymi salami audiencyjnymi i marmurowymi komnatami królewskimi – wciąż imponuje. Mimo iż po licznych najazdach i grabieżach jest już tylko echem dawnej świetności.

 

Do kolejnej budowli wzniesionej z rozkazu Szahdżahana – Meczetu Piątkowego – zmierzamy wśród ścisku stoisk Chandni Chowk. Zamiast obiecanych przez nawigację 10 minut droga przez jeden z najstarszych bazarów Delhi zajmuje pół godziny. Ktoś chce nam sprzedać stosy chlebków naan. Ktoś inny podtyka pod nos ociekające tłuszczem słodycze. Pewien jegomość, charakterystycznie potrząsając głową, proponuje, że uszyje dla nas garnitur very fast, very cheap!. Nie wiadomo skąd pojawia się chmara dzieci. Łapią nas za ręce, którymi staramy się odgonić od kierowców tuk-tuków oferujących podwózkę do meczetu za jedynie 150 rupii indyjskich (ok. 8 złotych). Stoi on zaledwie 50 m dalej.

 

Po stromych schodach wspinamy się do największej w Indiach muzułmańskiej świątyni. Przestronny plac zamyka ogromna budowla z bielejącymi czaszami kopuł i strzelającymi w niebo czerwieniejącymi minaretami. Ze względu na porozsadzane dookoła grupy ludzi bardziej przypomina on miejsce piknikowe niż kompleks sakralny. Przecinamy go i wchodzimy do minaretu. Klaustrofobicznie wąziutka klatka schodowa wiedzie nas do maleńkiego pomieszczenia na szczycie. Z lotu ptaka patrzymy na Stare Delhi i płonące w zachodzącym słońcu mury Czerwonego Fortu.

 

Ostatni dzień w Delhi spędzamy w tzw. ogrodach mogolskich. Otaczają obecny Pałac Prezydencki (Rashtrapati Bhavan), który zaczęto wznosić w 1912 r. oryginalnie dla gubernatora generalnego i wicekróla Indii. Godzinami chodzimy po ich rozległym terenie. Gubimy się między idealnie geometrycznymi rabatami, ozdobnymi kanałami wodnymi i fontannami w kształcie lotosu. Słodko pachnący i bajecznie kolorowy labirynt prowadzi nas do Pałacu Prezydenckiego. Neobarokowy budynek w kształcie podkowy, z potężnymi kolumnami i wieńczącą go olbrzymią kopułą, wydaje się zbyt ciężki, zbyt potężny w zestawieniu z otaczającą go delikatną przyrodą. Dokładnie taki był zamysł architektów. Silne elementy klasyczne miały podkreślać potęgę imperium brytyjskiego i status nowo wybranej stolicy Indii Brytyjskich.

 

DOWÓD MIŁOŚCI

Po kilku dniach intensywnie działająca na zmysły stolica daje nam się we znaki. Zaczynamy marzyć o odrobinie spokoju. Czy przyniesie nam go Agra…?

Kiedy docieramy do miasta, już zmierzcha. Lawirujemy kamperem pomiędzy oślepiającymi reflektorami motocykli i leniwie spacerującymi krowami. W końcu dojeżdżamy do promenady prowadzącej do Tadź Mahal. Jeszcze przed wschodem słońca stajemy w kolejce po bilety. Kasa otwiera się dopiero za pół godziny, ale ogonek już rośnie w oczach. Jeszcze po ciemku przechodzimy przez jedną z czterech bram kompleksu. Ścieżką wiodącą wzdłuż długiej fontanny docieramy do jednego z 7 Nowych Cudów Świata. Zaczyna świtać. Mrok ustępuje przed pierwszymi promieniami słońca. Mgła podnosi się. Z jej woalu, niczym blada zjawa, wyłania się kolos mauzoleum – świadectwo miłości Szahdżahana do zmarłej w 1631 r. żony Mumtaz Mahal. Ciosany z białego marmuru niczym z kości słoniowej ostro odcina się od lazuru nieba, jeszcze różowiejącego wschodem słońca. Mimo iż jest przeogromna, budowla emanuje błogim spokojem, który zdaje się udzielać nawet masie turystów. Zazwyczaj głośni i rozbiegani, teraz w skupieniu okrążają Tadź Mahal, wyrażając swój podziw i oddając mu należną cześć.

 

Po godzinach spacerowania tarasami mauzoleum przenosimy się na drugą stronę rzeki Jamuny, gdzie stoi Bacha Tadź, pieszczotliwie nazywany z angielska Baby Taj. Choć grobowiec skarbnika nadwornego jest o wiele mniejszy niż ten wzniesiony dla małżonki Szahdżahana, zachwyca nas misternością zdobień i marmurową mozaiką finezyjnie skomponowaną z różnokolorowych kawałków kamienia. Kilka godzin później zza Jamuny patrzymy, jak zachód słońca przemienia biel marmuru Tadź Mahal w płonący rubin.

 

JAK W KALEJDOSKOPIE

Agra to nasz ostatni przystanek przed słynnym regionem Radżastan. W nim ponoć znajduje się największa liczba zabytków w całych Indiach. Położony w północno-zachodniej części kraju, największy jego stan (ponad 340 tys. km² powierzchni) słynął ze swoich nieulękłych wojowników. To właśnie oni najzacieklej bronili tych ziem przed muzułmańskimi wojskami, które wkroczyły do Radżastanu w XII w. Radźputowie znani byli ze swojej waleczności, ale także wierności kodeksowi honorowemu. Nakazywał im on raczej popełnić samobójstwo niż się poddać. Ich oddane i nie mniej odważne żony dołączały do nich, rzucając się w ogień całopalnych stosów.

 

Wizytę w Radżastanie zaczynamy od jego stolicy – Dźajpuru (Jaipuru). Nieoficjalna jej nazwa to Różowe Miasto. Dźajpur zawdzięcza ją kolorowi piaskowca użytego do budowy najstarszej jego części. Za jej murami gubimy się w krętych, wąskich uliczkach. Podpatrujemy, jak wąsaty fryzjer podgala, masuje i układa w idealne spirale wąsy swojego klienta. Przez firanę mąki, unoszącej się nad kamienną stolnicą, przyglądamy się, jak sprawne ręce kucharza lepią naan. Zawoalowane kobiety w różowych sari odwracają za nami głowy dźwigające dzbany z wodą. Jakiś młodziak chce sobie zrobić z nami selfie.

 

Labirynt uliczek kończy się przy Hawa Mahal – Pałacu Wiatrów. Ta przedziwna, kilkupiętrowa budowla przypomina wielkie, różowe organy kościelne z setkami ażurowych okienek. To przez nie damy dworu maharadży przypatrywały się nieskrępowane toczącemu się na zewnątrz życiu. Nieopodal pałacu dostrzegamy inną konstrukcję, która wywołuje w nas kompletną konsternację. Jej dziedziniec znaczą półkoliste i trójkątne ściany ze schodami prowadzącymi donikąd. Druciana siatka przecina okrągłe pomieszczenia najeżone kamiennymi walcami. Ten przypominający dziwaczny plac zabaw twór to XVIII-wieczne obserwatorium astronomiczne. Szczycący się jednym z największych na świecie zegarów słonecznych Dźantar Mantar jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Bez podpowiedzi zegara wiemy, że niebawem zacznie zmierzchać. Łapiemy więc tuk-tuka do podnóża wzgórza położonego na obrzeżach miasta. Wznosi się tu majestatyczny fort Nahargarh. Każdy zakręt półgodzinnej wspinaczki przynosi coraz to nowy obraz Dźajpuru. Docieramy aż na dach ufortyfikowanego pałacu, skąd oglądamy wspaniałą panoramę miasta i niknące za horyzontem słońce. W ramach zasłużonej nagrody za wysiłek fizyczny fundujemy sobie spacer po ulicznych stoiskach z jedzeniem. Próbujemy przypominających trochę naleśniki płaskich chlebków kulcha z różnym nadzieniem: z sera paneer, ziemniaczanym i cebulowym. Dahi puri – kuleczki z kruchego ciasta wypełnione ciecierzycą, słodkim jogurtem i przyprawami – eksplodują w naszych ustach. Na koniec robimy sobie ucztę z kojarzonych z Nepalem nadziewanych warzywami lub mięsem pierożków momo. To nasz ostatni posiłek przed odwiedzinami w Puszkarze.

 

BŁĘKIT I JEZIORA

Położone ok. 150 km na południowy zachód od Dźajpuru święte miasto z miejsca łapie nas w swoje sidła, i to całkiem dosłownie. Nasz kamper wplątuje się w linki banerów i reklam, kiedy chcemy dojechać do centrum Puszkaru. Uwolniwszy się, zmierzamy plątaniną uliczek do jeziora, wokół którego rozrasta się miejska zabudowa. Według legendy powstało ono, kiedy na ziemię upadł jeden z płatków kwiatu lotosu upuszczonego przez boga Brahmę. Jego woda ma mieć właściwości lecznicze, a nieopodal wzniesiono jedną z niewielu w Indiach świątyń Brahmy. Oprócz tych obiektów, ewentualnego safari na wielbłądach na pobliską pustynię Thar i kilku małych świątyń na wzgórzach, z których można podziwiać cykl słońca, nie znajdujemy w Puszkarze więcej atrakcji. Jeśli nie liczyć fantastycznej atmosfery spokoju i nieistotności upływu czasu. Z jej powodu ciągną tutaj jak ćmy do światła specyficzni ludzie. Historia każdego z nich zaczyna się i kończy tak samo: Przyjechałem do Puszkaru na kilka dni. Jestem w nim już drugi tydzień..., miesiąc…, rok… Atmosfera miasta udziela się i nam. Godzinami spacerujemy wokół jeziora, patrząc, jak wielkookie krowy moczą w nim swoje różowe jęzory. W tafli odbijają się nasze wschody i zachody słońca. Jak gąbka chłoniemy tak rzadkie w Indiach ciszę i spokój. Zaczynamy w nie wrastać. Jednak kończąca się wiza skutecznie przywołuje nas do rzeczywistości.

 

W Dźodhpurze (Jodhpurze), znanym również jako Niebieskie Miasto, jesteśmy dwa dni później. Jego nazwa opisowa pochodzi od koloru farby, jaką mieszkańcy starej części malują swoje domy. Błękitu nie lubią ponoć owady. Podnóże wzgórza, na którym wznosi się fort Mehrangarh, tonie zatem w niebieskich domach. Do fortecy wspinamy się labiryntem wąskich uliczek historycznego centrum. Na jednej z nich, mimo iż ledwie możemy rozpostrzeć ramiona, dołączamy do dzieci grających w krykieta. Kilka domów dalej słuchamy, jak paru chłopców wygrywa skoczne rytmy na dwustronnych bębnach dhol. Za rogiem na progu jednego z mieszkań trafiamy na gromadę kobiet odzianych na biało, które rozpaczliwie zawodzą. Ktoś z grupy zgromadzonych wokół ludzi tłumaczy nam, że to płaczki wynajęte do opłakiwania zmarłego. Im więcej płaczek, tym wyższy status nieboszczyka. Ciągle przeżywając wydarzenia z błękitnego labiryntu, docieramy do celu. Największy w Radżastanie fort, wkomponowany w naturalne wzgórze, wygląda, jakby z niego wyrastał, był integralną częścią skały, której szczyt ręka olbrzyma ociosała w kształt ufortyfikowanego pałacu. Z jego murów rzucamy ostatnie spojrzenie na Dźodhpur i ruszamy do Miasta Jezior – Udajpuru.

 

Okrzyknięto go najromantyczniejszym miastem stanu. Udajpur rozciąga się nad kompleksem jezior. Część z nich stworzona została sztucznie na potrzeby gromadzenia wody pitnej. Położenie miasta jest przepiękne. Jednymi z najwspanialszych wnętrz może pochwalić się wznoszący się nad sztucznym jeziorem Pichola XVI-wieczny Pałac Miejski. Gdy patrzymy na jego masywny gmach – cały z granitu i marmuru – nawet nie spodziewamy się, jak delikatnie prezentuje się w środku. Otwiera się przed nami niczym skarbiec strzegący najcenniejszych klejnotów. Każda kolejna komnata jest piękniejsza od poprzedniej – są cudnie malowane, misternie rzeźbione, wysadzane kryształami, mienią się lustrzanymi mozaikami. Labirynty korytarzy i wąskich schodów prowadzą nas przez ażurowe krużganki, zacienione podwórce z oazami fontann. Niestety przyjemność cieszenia się bajkowym miejscem dzielimy z liczbą turystów, jakiej do tej pory nie widzieliśmy. Zdarza się, że na przejście z komnaty do komnaty trzeba czekać w kolejce. Doświadczony przewodnik jednej z grup, widząc naszą narastającą frustrację, rzuca tonem starego wygi: Trzeba było przyjść w środę. W środy prawie nikogo nie ma. Jest niedziela. W środę już dawno będziemy w Mumbaju (Bombaju).

Cenotaf Jaswant Thada i twierdza Mehrangarh

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

W LUDZKIM ULU

Drugie najludniejsze miasto Indii (ok. 23 mln mieszkańców w regionie metropolitalnym), największy port kraju i ośrodek Bollywoodu, wita nas 40-stopniowym upałem i natężeniem ruchu, jakiego nawet Delhi nie widziało. Tkwimy niemal wieczność w ogłuszającym korku i do naszej miejskiej przystani docieramy dopiero w nocy. To niesamowita pora. Światła i ogniska wyrastają na ulicach, pomiędzy domami, przed urzędami. Zebrani wokół ludzie poruszają ustami w rytm niemych modlitw. Dla odmiany ranek wrzuca nas w chaos kolorów. Zewsząd sypie się różnobarwny proszek. Ktoś z pistoletem na wodę moczy nas od stóp do głów. Oczy zalewa nam kolorowy wodospad. Ludzie dookoła przemieniają się w tęczowe, przemoczone dzieła sztuki. Fiolety, błękity, żółcie, czerwienie nie oszczędzają nikogo bez względu na pochodzenie, status czy inne podziały, które teraz giną pod warstwą jaskrawych barw. Indie obchodzą holi – hinduistyczne święto radości wyznaczające początek wiosny i początek nowych relacji z najbliższymi. Jest to czas proszenia o wybaczenie i przebaczania.

 

Po południu szaleństwo dobiega końca. Wychodzimy na spacer po gęsto znaczonych kolonialnymi budynkami dzielnicach Kala Ghoda i Fort. W tej ostatniej mieści się wzniesiony na cześć brytyjskiej królowej Wiktorii (Victoria Terminus) dworzec kolejowy (obecnie pod nazwą Dworzec Króla Śiwadźiego). Ten wspaniały obiekt w kolorze piasków pustyni, z koronką krużganków, strzelistymi wieżami i kopulastymi zwieńczeniami, jest znakomitym połączeniem neogotyku z tradycyjną architekturą indyjską. Nic więc dziwnego, że znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przekroczywszy jego progi, trafiamy do ludzkiego ulu. W gwarze, który poziomem głośności zbliża się do hałasu ze względu na świetną akustykę, przeciskamy się na perony. Ludzie potrącają nas w biegu. W ostatniej chwili wskakują do odjeżdżającego pociągu. Wagony są przepełnione. Ci, którzy nie zmieścili się w środku, kurczowo trzymają się poręczy przy drzwiach. Ktoś biega środkiem torów i wrzuca zgromadzone tam tobołki do pociągu. Wreszcie wypchany po brzegi skład znika. Obok stoi drugi. Cały spektakl zaczyna się od nowa.

 

W STRONĘ MORZA

Kolejny dzień rozpoczynamy nad zatoką Morza Arabskiego u stóp Bramy Indii. To spod tego monumentalnego łuku wzniesionego z okazji wizyty w 1911 r. brytyjskiego króla Jerzego V zabiera nas prom płynący na wyspę Elefanta (Gharapuri). Znajduje się na niej kompleks siedmiu świątyń skalnych z ok. VI–VII w. poświęconych Śiwie. Zaklęte w płaskorzeźby bóstwa hinduistyczne, wtulone w szal otaczającej je zieleni, przypominają nam momentami kambodżański zabytkowy zespół Angkor. Podobnie jak architektoniczne dzieło z Kambodży również i świątynne groty na Elefancie wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Po powrocie przenosimy się na zachód, na wybrzeże Morza Arabskiego. Ślizgamy się na mokrej posadzce kamiennej ścieżki, raz po raz zalewanej przez fale. Na całej długości usiana jest małymi stoiskami z owocami, jedzeniem i kwiatami. Po półkilometrowym, akrobatycznym spacerze docieramy do przycupniętego na końcu grobli meczetu Haji Ali Dargah. Jego bielony budynek z pojedynczym minaretem strzelającym w niebo wygląda skromnie, a mimo to od XV stulecia ta muzułmańska świątynia należy do najważniejszych w Mumbaju. Plac meczetu, podobnie jak prowadzącą do niego groblę i niestety niemal wszystkie ulice miasta, wypełniają żebracy, często niepełnosprawni. W Mumbaju znajdują się trzecie największe slumsy na świecie (Dharavi). Liczba przebywających w nich osób przekracza milion. Część z nich szuka zarobku na ulicy. Część prowadzi swoje małe biznesy, jak pralnie ręczne, do których bogacze z sąsiadujących ze slumsami szklanych wież wysyłają ubrania. Coraz częstszym zjawiskiem są slumhotele, gdzie turyści mogą spędzić noc wraz z rodziną zamieszkującą kwaterę.

 

WYCIECZKA NA PLAŻĘ

Zderzenie z rzeczywistością Mumbaju zmusza nas do pochylenia głowy z pokorą i uświadomienia sobie, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani. Skłania nas do zastanowienia się, jak bardzo powinniśmy być wdzięczni za to, że w każdej chwili mamy możliwość spakowania się i ruszenia tam, gdzie oczy poniosą. My już kilka dni później możemy czuć pod stopami rozpalony piasek plaż Goi.

 

Wjeżdżamy do małej Portugalii. Inaczej nie da się opisać atmosfery, jaka panuje w najmniejszym stanie Indii (ponad 3,7 tys. km² powierzchni). Nic dziwnego, bo położona na zachodnim wybrzeżu Goa przez ok. 450 lat (od 1510 do 1961 r.) była portugalską kolonią. Po Starej Goi (Velha Goa) – dawnej stolicy Indii Portugalskich – chodzimy jak zaklęci. Zadzieramy głowy, przyglądając się piętrowym, bajecznie kolorowym budynkom, to znowu wspinamy się na palce, żeby choć rzucić okiem na niskie, okazałe wille kryjące się w cieniu ogrodów. Wszystkie wibrują barwami, jakby festiwal holi nigdy się dla nich nie skończył. Raz po raz mijamy masywne, barokowe katolickie kościoły i kaplice. Mniej więcej 25 proc. mieszkańców stanu stanowią chrześcijanie – to również ślad po rządach Portugalczyków. Kościoły i klasztory Starej Goi trafiły na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Nowa stolica regionu – Panadźi (Panaji) – nie może się pochwalić podobnym urokiem. Za to zdecydowanie widać w niej, że Goa należy do najbogatszych stanów Indii. Szklane wieże biurowców, luksusowe jachty, samochody i sklepy zostawiamy za sobą i jedziemy w stronę południowej części wybrzeża, tam, gdzie ponoć plaże są najpiękniejsze. Zanim do nich dotrzemy, raz po raz wyskakujemy z auta z aparatem. Przed nami rozpościera się zielone morze pól ryżowych. W ich centrum brodzi grupa kobiet. W sarongach do kolan mozolnie pracują zgięte wpół. W tle widać palmy kokosowe. Plaże rzeczywiście są piękne – szerokie szarfy białego piasku, turkusowa woda. Najbardziej zaskakuje nas prawdziwy spokój i brak ścisku. Plaż Goi wystarczy dla każdego.

 

SPOTKANIE Z TYGRYSEM

Wkrótce wybrzeże zamieniamy na safari. Wracamy do stanu Maharasztra, którego stolicą jest Mumbaj. To w nim znajduje się Park Narodowy Tadoba (Rezerwat Tygrysów Tadoba Andhari) słynący z gwałtownie rosnącej populacji tygrysów (w 2010 r. było ich 43, w marcu 2019 r. – 120). O piątej rano, w otwartym dżipie przejeżdżamy przez najstarszą bramę rezerwatu – Mohali. Dookoła szumią drzewa tekowe i bambusowe zagajniki. Jest jeszcze ciemno. Do wschodu słońca mamy pół godziny. W tym czasie przypisany nam strażnik parkowy recytuje listę zasad z naciskiem na niewysiadanie z pojazdu, bo opuszczenie go grozi atakiem ze strony zwierząt. Po zakończonym regulaminowym wykładzie przyjmuje lżejszy gawędziarski ton. Opowiada o tygrysicy, którą możemy zobaczyć – Mai. Maya ma młode. Ostatnio jedno z nich zabiły „dzikie psy” (cyjony rude). Prawdopodobnie wielu ich nie zobaczymy, gdyż tygrysica z zemsty zdecydowanie przetrzebiła populację. Tymczasem ognista kula słońca wschodzi nad drzewami. Po obu stronach wyboistej drogi las zaczyna rozbrzmiewać odgłosami budzącej się fauny. Widzimy sarny, jelenie aksisy (aksisy czytale), sambary jednobarwne i bawoły indyjskie. Ktoś ze współpasażerów wymachując rękami, wskazuje gąszcz bambusów, gdzie gramoli się wargacz leniwy – ciemny niedźwiedź o bardzo ruchliwym pysku. Dojeżdżamy do niewielkiego wodopoju. Korzysta z niego stado pawi indyjskich oraz langurów z rodziny koczkodanowatych. Zaaferowani robieniem zdjęć niemal nie zauważamy leżącego opodal kształtu. Tylko czarne pasy odróżniają stworzenie od koloru roztopionej gliny, w której się wyleguje. Szerokie łapy starają się sięgnąć za półokrągłe ucho, osadzone na masywnej głowie. Tygrys w kąpieli. Maya? – pytam. Nie, to Sonam. Można poznać po paskach – odpowiada strażnik. Ba! To przecież oczywiste… – myślę sobie.

 

 

Tygrys bengalski wypoczywający w wysokiej trawie

© INDIATOURISMFRANKFURT

 

KOŁO ŻYCIA

Naszym ostatnim przystankiem przed wjazdem do Nepalu jest Waranasi w stanie Uttar Pradeś (Uttar Pradesh). To jedno z najstarszych miast świata, według legendy założone przez Śiwę ok. 3 tys. lat temu, rozciąga się wzdłuż brzegów świętej rzeki Ganges. Właśnie nad jej brzegi ściągają tysiące hinduskich pielgrzymów, którzy pragną zmyć swoje grzechy albo odbyć ostatnią podróż. Dokonanie żywota w Waranasi przy Matce Ganges (Ganga Mata) jest równoznaczne z osiągnięciem nirwany.

 

Z ręcznie ciosanej, drewnianej łódki obserwujemy wschód słońca nad ghatami – szerokimi kamiennymi schodami, które ciągną się wzdłuż Gangesu. Grupa półnagich mężczyzn zanurza się trzykrotnie w wodzie, szepcząc mantry. To rytuał oczyszczania. Obok owinięte w barwne sari kobiety puszczają na fale maleńkie koszyczki z kwiatami i świeczką. Tak wygląda niema modlitwa. Wkrótce dołączają do nich sadhu – święci mężowie, wędrowni asceci. Łatwo ich poznać po długich, białych brodach, jaskrawo pomarańczowych szatach i turbanach. Medytują w pozycji kwiat lotosu. Wreszcie zaczyna się dzień roboczy. Na ghatach zbierają się praczki. Zapamiętale tłuką namydlonymi ubraniami o schody. Wyżymają i rozkładają uprane rzeczy na kamieniach do suszenia. Obok praczek pojawiają się fryzjerzy, z przenośnym lusterkiem i wyposażeniem w kieszeni. Ktoś myje w Gangesie zęby. Ktoś kąpie dzieci. Między nimi w wodzie pływają psy, bawoły indyjskie i resztki zwęglonych ciał. Ghaty służą również do palenia zwłok. Takie było ich pierwotne przeznaczenie, kiedy wieki temu budowali je dla siebie indyjscy królowie. Chcieli umrzeć przy Gangesie. Nawet wczesnym rankiem widzimy płonące stosy. Kremacje przeprowadza się tu przez całą dobę. Zamożni Hindusi kupują wystarczająco dużo drewna, aby ich krewny spłonął całkowicie. Tylko jego prochy spadną na świętą rzekę. Ci, którzy mogą pozwolić sobie jedynie na niewielką wiązkę, będą patrzeć, jak zdeformowane ogniem, przypalone ciało nieboszczyka zsuwa się do Gangesu. W tej samej rzece rodzice kąpią swoje dzieci. Koło życia się zamyka.

 

Od roku podróżujemy kamperem po świecie. Przemierzyliśmy m.in. Rosję, Mongolię, Iran i Pakistan. Do tej pory żaden z krajów nie dostarczył nam tak intensywnych przeżyć jak Indie. Za pierwszym razem nie chciałam tutaj wrócić. Za drugim przyglądałam się otoczeniu zafascynowana, ale z rezerwą. Za trzecim nie mogłam się Indii doczekać. Ten kraj uzależnia, jak uzależnia wzrost poziomu adrenaliny we krwi. Jest kolorowy jak Radżastan, dziki jak tygrysy w jego parkach, nieokiełznany jak Himalaje, niekonwencjonalny jak Waranasi i przepiękny jak Tadź Mahal. Indie nie są łatwe, jednak warto podjąć każdy wysiłek, żeby je poznać, bo kiedy się to zrobi, nie ma odwrotu, trzeba je pokochać. To miłość trudna i pełna wyzwań, ale spełniona.

 

Artykuły wybrane losowo

Zniewalająca Indonezja

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Indonezja jest fascynującym miejscem utkanym z wielu różnych kultur, cudów przyrody, zapachów, smaków i kolorów. Niektóre jej wyspy są tak duże bądź odmienne od pozostałych, że mogłyby stanowić odrębne państwa. Nie bez powodu mówi się, że ten kraj przypomina osobny kontynent – magiczny i hipnotyzujący podróżników swoją urodą. >>

Gdybym miała powiedzieć, co wywarło na mnie najmocniejsze pierwsze wrażenie podczas podróży do Indonezji, to wymieniłabym uderzenie wilgotnego, tropikalnego powietrza po wyjściu z lotniska uważanego za jeden z największych i najbardziej zatłoczonych portów lotniczych w Azji (Soekarno-Hatta), położonego w obszarze metropolitalnym Dżakarty (Jabodetabek), albo niezwykły widok na ten ogrom wysp z góry, który podziwiałam, gdy samolot zaczął zbliżać się do lądowania. Terytorium państwa, złożonego z tysiąca zielonych punktów na niebieskim tle, nie sposób było objąć wzrokiem. Ten kraj zajmuje obszar 1,9 mln km². Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, zamieszkanych przez blisko 270 mln ludzi. Jeśli przyjrzymy się mapie, przekonamy się, że Indonezja rozciąga się na niemal całą szerokość Azji Południowo-Wschodniej (ponad 5,1 tys. km) i zdaje się w tajemniczy sposób łączyć dwa oceany: Indyjski i Spokojny. Ta rozciągłość przekłada się m.in. na różnice w pogodzie, o których warto pamiętać przy planowaniu podróży. W zależności od konkretnej wyspy różnie wypada tu pora sucha i deszczowa. Cały kraj cechuje jednak typowy klimat równikowy, odznaczający się dużą wilgotnością powietrza i wysokimi temperaturami przez okrągły rok.

 

Balijczycy praktykują zwyczaj przygotowywania darów dla bogów każdego dnia

© Wonderful Indonesia

 

Ze względu na tak ogromną powierzchnię Indonezja jest także bardzo różnorodna. Znajdziemy tutaj wysokie góry i wulkany, zielone doliny, gęste lasy deszczowe, malownicze wodospady i jeziora oraz spektakularne plaże – jednym słowem wszystko, o czym może marzyć podróżnik. To największe wyspiarskie państwo świata stanowi też wielobarwny i fascynujący tygiel kulturowy. Żyje w nim powyżej 300 grup etnicznych, mówiących w ponad 720 językach (tym oficjalnym jest indonezyjski, powstały na bazie malajskiego). Indonezyjczycy są dumni ze swoich lokalnych tradycji i obrzędów, a ich kulturowe zróżnicowanie najlepiej oddaje narodowe motto, widniejące na godle: Bhinneka Tunggal Ika, czyli „Jedność w różnorodności”. Każda wyspa wydaje się tu osobnym światem, pełnym odrębnych wierzeń oraz sobie właściwych kulturowych i przyrodniczych skarbów. To sprawia, że można ten kraj odkrywać bez końca.

 

Buddyjski kompleks świątynny Borobudur na Jawie

© Wonderful Indonesia

 

WIELKI DURIAN

Naszą podróż zacznijmy od Jawy. Jest ona najbardziej zaludnioną wyspą świata. Zamieszkuje ją ok. 145 mln ludzi, czyli ponad połowa populacji Indonezji. Na zachodnio-północnym wybrzeżu Jawy leży stolica kraju, Dżakarta, nazywana Wielkim Durianem (na terenie jej obszaru metropolitalnego – Jabodetabek – żyje ponad 32 mln osób). Mówi się, że budzi równie skrajne emocje jak ów tropikalny owoc obdarzony specyficznym zapachem, uznawany tutaj za narodowy. Można ją kochać lub jej nienawidzić. Metropolia ta funkcjonuje na prawach prowincji i składa się z pięciu miast (zwanych kota): Dżakarty Północnej, Południowej, Wschodniej, Centralnej i Zachodniej – szczególnie dwie ostatnie są chętnie odwiedzane przez turystów.

W centralnej części stolicy warto zajrzeć na plac Merdeka i do pobliskiego Meczetu Niepodległości (Masjid Istiqlal), udostępnionego wiernym w 1978 r., uchodzącego za największy w Azji Południowo-Wschodniej. Zbudowano go tuż obok strzelistej, neogotyckiej Katedry (Gereja Katedral Jakarta), pochodzącej z przełomu XIX i XX w. Ta koegzystencja islamskiej i katolickiej świątyni jest charakterystyczna dla tego wielokulturowego państwa, które stara się, żeby wyznawcy różnych dominujących w nim religii mogli normalnie żyć obok siebie, co się zazwyczaj udaje. Indonezja to dość konserwatywny kraj, ale otwarty na różnice. Choć większość populacji (ponad 87 proc.) stanowią tu muzułmanie, konstytucja gwarantuje prawo do wolności wyznania. Za oficjalne religie uznaje się islam, buddyzm, hinduizm, konfucjanizm, protestantyzm i katolicyzm. Ta wieloreligijność wpisana w multikulturowy pejzaż kraju wpływa na atmosferę Dżakarty, której architektura łączy w sobie inspiracje pochodzące z różnych, często odległych porządków. Obok tradycyjnych świątyń reprezentujących rozmaite religie trafimy w niej na drapacze chmur, nowoczesne centra handlowe i ślady kultur Starego Kontynentu. Najsilniej odcisnęły się wpływy holenderskie – Indonezja od początku XVII w. była stopniowo podbijana przez niderlandzką Republikę Zjednoczonych Prowincji i znajdowała się pod zwierzchnictwem Holendrów aż do wybuchu II wojny światowej. W latach 1942–1945 okupowała ją Japonia, a po wojnie kraj zaczął wyzwalać się spod obcych wpływów i w 1949 r. ogłosił niepodległość. W Dżakarcie, niegdyś głównym ośrodku Holenderskich Indii Wschodnich zwanym Batawią, ślady kolonialnej przeszłości są dziś najbardziej widoczne w starej dzielnicy Kota Tua. Rozciąga się ona wokół placu Fatahillaha (Taman Fatahillah), stanowiącego serce stolicy kolonii Holendrów. Znajduje się tutaj m.in. Ratusz (Stadhuis) z 1710 r. (obecnie Muzeum Historii Dżakarty), słynna XIX-wieczna Café Batavia i uliczki pełne zabudowy inspirowanej stylem holenderskiej architektury miejskiej.

 

UROK WIELOKULTUROWOŚCI

Choć indonezyjska stolica skrywa wiele ciekawych miejsc, to jako zatłoczona i słynąca z męczących korków metropolia rzadko zatrzymuje przyjezdnych na dłużej. Podróżnicy zwykle uciekają z niej w inne zakątki kraju, np. do położonej ok. 520 km na południowy wschód stąd Yogyakarty (Jogyakarty), uważanej za kulturalną stolicę Jawy i całej Indonezji. Nazywana pieszczotliwie Yogya, jest bardziej urokliwą i zadbaną siostrą Dżakarty, usytuowaną u stóp wulkanu Merapi (Góry Ognia – ok. 2920 m n.p.m.). To miasto pełne sztuki ulicznej, barwnych targów, muzeów, kawiarni i intelektualnej energii – słynie z dużej liczby uczelni i stanowi siedzibę jednego z czołowych indonezyjskich uniwersytetów (Universitas Gadjah Mada). Po Yogyakarcie można spacerować godzinami, podziwiając m.in. lokalne wyroby z batiku, czyli barwnie zdobionej tkaniny, z której słynie Indonezja. Trafimy na nie choćby przy głównej ulicy handlowej – gwarnej, nieco chaotycznej i wypełnionej sklepikami Jalan Malioboro.

W mieście warto też wybrać się na tradycyjne przedstawienie marionetek (wayang golek) – spektakl klasycznej sztuki lalkarskiej pochodzącej z zachodniej Jawy. Smukłe lalki z drewna odgrywają podczas takiego widowiska swój teatr. Jednym z jego stałych elementów jest muzyka wykonywana przez zespół gamelan. Lalkarzom akompaniują muzycy grający m.in. na gongach, bębnach (membranofonach), saronie (metalofonie z siedmioma płytkami z brązu) i sulingu (długim, bambusowym flecie). Na koncert gamelanu można wybrać się np. do pałacu Kraton (Keraton), kompleksu wybudowanego za czasów panowania sułtana Hamengkubuwono I (przypadających na lata 1755–1792) – fundatora dynastii do dziś sprawującej władzę w sułtanacie Yogyakarta. Inne warte wizyty miejsce stanowi Pałac Wodny Taman Sari, dawna posiadłość wypoczynkowa władców, na której terenie znajduje się m.in. podziemny meczet (Sumur Gumuling). Koniecznie należy również zajrzeć na jeden z lokalnych targów, choćby wielki Pasar Beringharjo, gdzie czekają liczne stoiska z egzotycznymi przyprawami i owocami morza oraz półki uginające się od wyrobów z batiku i innych lokalnych tkanin, bambusa czy popularnego w Indonezji rattanu.

Kolejnym powodem, dla którego podróżnicy ściągają do Yogyakarty, jest fakt, że służy ona za świetną bazę wypadową do odwiedzenia dwóch najsłynniejszych świątyń w kraju, wpisanych w 1991 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Pierwsza z nich to Borobudur – jedna z największych buddyjskich budowli sakralnych na świecie, wzniesiona ok. VIII–IX w. na niewielkim wzgórzu. Na jej usytuowanych schodkowo tarasach można podziwiać 2672 reliefy i 504 posągi Buddy. Ok. 50 km na południowy wschód stąd leży największy kompleks świątyń hinduistycznych w Indonezji. Zabudowania Prambanan postawiono mniej więcej w podobnym czasie (w połowie IX stulecia), co jej buddyjską „sąsiadkę”. Poświęcono je trzem aspektom boga: Brahmie, Wisznu i Śiwie. Oba obiekty były przez lata opuszczone – na nowo odkryli je w XIX w. Brytyjczycy. Dziś stanowią jeden z największych skarbów kulturowych Indonezji i należą do najważniejszych symboli jej różnorodności religijnej.

 

WŚRÓD SMOKÓW I DUCHÓW

Ten azjatycki kraj leży w strefie tzw. Pacyficznego Pierścienia Ognia, obszaru charakteryzującego się dużą aktywnością sejsmiczną i wulkaniczną. Na jego wyspach znajduje się mniej więcej 400 wulkanów, z czego 127 pozostaje czynnych. Jednym z najpopularniejszych wśród turystów jest jawajski Bromo (2329 m n.p.m.), z którego rozciąga się spektakularny widok na okolicę, m.in. Park Narodowy Bromo Tengger Semeru. Z kolei najwyższy (i przy tym aktywny) wulkan Indonezji to Kerinci (3805 m n.p.m.) z Sumatry, drugiej po Jawie najbardziej zaludnionej wyspy Indonezji (z ponad 50 mln mieszkańców). Cieszy się on dużą popularnością szczególnie wśród osób uprawiających trekking. Leży na terenie Parku Narodowego Kerinci Seblat, jednego z 12 sumatrzańskich parków narodowych. Sumatrę chętnie odwiedzają amatorzy wypraw trekkingowych i miłośnicy dzikiej przyrody. Położona na równiku, skąpana w soczystej zieleni, przyciąga masywnymi, pokrytymi lasami deszczowymi łańcuchami górskimi, stromym, wulkanicznym wybrzeżem, które wygląda niczym wyjęte z baśni, malowniczymi polami ryżowymi i rozległymi plantacjami rozmaitych owoców tropikalnych. Na wyspie występują też niesamowite zwierzęta – choćby wolno żyjące orangutany, które spotkamy w Parku Narodowym Gunung Leuser, jednym z największych indonezyjskich rezerwatów przyrody (o powierzchni ok. 8 tys. km²). W 1973 r. został tu założony ośrodek rehabilitacji (w wiosce Bukit Lawang), gdzie te ginące zwierzęta mogą liczyć na ochronę i opiekę medyczną. W parku mieszkają także przedstawiciele wielu innych zagrożonych gatunków, m.in. nosorożce, tygrysy i słonie sumatrzańskie.

Wymienione stworzenia to tylko niewielka część egzotycznej fauny żyjącej w tym kraju. Prawdziwym jego skarbem są warany, będące obecnie największymi jaszczurkami na ziemi: dorosłe osobniki osiągają nawet 3 m długości i ważą ponad 70 kg. Te potężne gady, nazywane Smokami Indonezji, żyją w Parku Narodowym Komodo, który w 1991 r. został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO ze względu na wielkie bogactwo świata roślin i zwierząt. Poza waranami żyją tutaj również m.in. konie, woły, dziki, małpy (makaki krabożerne), łaskuny palmowe, jelenie (sambary sundajskie) i różne gatunki ptaków. W granicach parku leży kilkadziesiąt niewielkich wysepek oraz trzy większe wyspy: Rinca, Padar i właśnie Komodo.

Podczas podróży w te rejony warto zajrzeć też na Flores, wciąż jeszcze w wielu miejscach dziewiczą i nieodkrytą przez turystów. Zachwyca ona swoją przyrodniczą różnorodnością. Na wyspie są rajskie plaże, zielone i górzyste tereny z gorącymi źródłami i wodospadami oraz osiągający wysokość 1639 m n.p.m. wulkan Kelimutu. W jego kraterze znajdują się trzy jeziora zmieniające barwę – bywają błękitne, granatowe, zielone, czarne, a nawet białe i czerwone. Jak mówi lokalna legenda, na ich dnie mieszkają duchy i to właśnie od ich humoru zależy, jaki kolor przyjmie woda. Flores, podobnie jak cała Indonezja, wierzy głęboko w magię, którą wszystko jest tu podszyte i chętnie tłumaczone. Magia leczy i uzdrawia bądź przeciwnie – sprowadza na kogoś zły urok. Tylko od nas zależy, czy także w te legendy uwierzymy, ale z jednego musimy zdawać sobie sprawę: jeśli poddamy się mistycznej atmosferze indonezyjskich wysp, nie będzie to wcale takie trudne.

 

Warany, największe obecnie żyjące jaszczurki na świecie, zamieszkują Park Narodowy Komodo

© Wonderful Indonesia

 

NA WYSPIE BOGÓW

Paul Theroux, należący do najwybitniejszych pisarzy podróżników XX w., jedną ze swoich wypraw odbył kajakiem. Przepłynął nim część Pacyfiku od wybrzeży Nowej Zelandii po Hawaje. W literackim dzienniku z tej niezwykłej włóczęgi (pt. Szczęśliwe wyspy Oceanii. Wiosłując przez Pacyfik) tak opisał swoje przemyślenia na temat odwiedzanych lądów: Elementem wspólnym nie jest pejzaż wysp ani ich położenie na mapie świata, lecz sam charakter miejsca otoczonego przez wodę, żywioł sam w sobie magiczny i będący czynnikiem przemiany. Wyspa ma szczególną moc panowania nad swoimi mieszkańcami – czy to rodzimymi, czy to rozbitkami, czy też domniemanymi kolonistami – i chyba dlatego wyspy są tak pełne mitów i legend. Ten fragment doskonale oddaje specyfikę jednej z najbardziej niezwykłych wysp Indonezji – pełnej magii i uroku, od lat przyciągającej podróżnych tajemniczą siłą Bali. Popularnym kierunkiem turystycznym stała się ona już w latach 20. XX w. Wtedy odkryła ją europejska i amerykańska bohema. Wakacje spędzali tu m.in. aktor Charlie Chaplin czy pisarz H.G. Wells.

Ten uwielbiany przez turystów zakątek Indonezji jest pod wieloma względami wyjątkowy, m.in. z powodu swojej historii. W czasach kolonialnego podboju wyspa długo zachowywała niezależność od Holendrów, którzy zaczęli ją sobie podporządkowywać dopiero od lat 40. XIX stulecia. Bali stanowi także dziś kroplę hinduizmu w morzu dominującego w kraju islamu. Hinduistami jest aż ok. 83 proc. z jej 4,5 mln mieszkańców. Hinduizm balijski to w istocie mieszanka hinduizmu z elementami buddyzmu i lokalnych wierzeń animistycznych. Religijność wyspiarzy widać na każdym kroku. Balijczycy zaczynają dzień od złożenia ofiary i tak również go kończą. Pragną nią przejednać złe demony i podziękować dobrym bogom. W tym celu przygotowują specjalne podarki, które umieszczają w koszach wiszących nad skrzyżowaniami ulic, przed wejściami do supermarketów czy sklepów, szpitali, szkół i urzędów. Jednym z popularnych rytuałów jest też piłowanie zębów – ostre uzębienie uchodzi tutaj za symbol złych duchów. Zgodnie z tradycją Balijczykom już we wczesnej młodości skraca się sześć przednich zębów (górne siekacze i kły). W ten sposób wypędza się z człowieka demony i otacza się go ochroną.

Ta niemal namacalna wiara w magię i wyższe siły kierujące ludzkim życiem jest na Bali wszechobecna, stanowi naturalny element codziennego życia mieszkańców. Przyjazne i złośliwe duchy wnikają w tkankę balijskich wiosek i miasteczek, snują się nad licznymi polami ryżowymi i wypełniają lasy deszczowe. Słusznie określa się więc Bali mianem Wyspy Bogów. Niemal wszędzie spotkamy na niej malownicze świątynie, będące jej prawdziwą wizytówką. Na stosunkowo niedużym terenie (ok. 5,7 tys. km²) znajduje się tu ich ponad 20 tys. Co znamienne, w każdej, nawet najmniejszej osadzie można natknąć się na kapliczki i inne miejsca kultu. Do jednej z najbardziej charakterystycznych, tłumnie odwiedzanych świątyń Bali należy Pura Ulun Danu Bratan (Pura Bratan), spektakularnie położona nad jeziorem Bratan, na północny wyspy. Ważnym tutejszym ośrodkiem religijnym jest także leżąca ok. 22 km w linii prostej na południowy wschód stąd Świątynia Świętej Wody – Pura Tirta Empul. Wzniesiono ją w X w. w miejscu bijącego źródła, które ma ponoć magiczną i uzdrawiającą moc: podobno ten, kto się w nim zanurzy, nigdy się nie zestarzeje. Za najważniejszy i największy ośrodek kultu na Bali uważa się Pura Besakih. To imponujący kompleks kilkudziesięciu świątyń zbudowanych na zboczach wulkanu Agung (3031 m n.p.m.). Często odbywają się tu ważne ceremonie i docierają liczne pielgrzymki hinduistów ubranych w kolorowe sarongi bądź tradycyjne balijskie śnieżnobiałe stroje.

 

BALIJSKIE SKARBY

Wzdłuż wybrzeża Bali, zwłaszcza na wschodzie i południu, leżą kurorty, mniejsze osady i miasteczka. Stolicą wyspy jest 900-tysięczny Denpasar, do którego ze względu na znajdujący się w tym rejonie port i międzynarodowe lotnisko zwykle najpierw docierają podróżni. Jeśli ktoś lubi życie nocne, powinien stąd wyskoczyć na południe – do pełnej backpackerów i innych turystów imprezowej Kuty. Kto woli zatrzymać się w nieco spokojniejszym miejscu, niech postawi na miasto Ubud, położone w otoczeniu pól ryżowych. Mimo popularności wśród przyjezdnych nie straciło ono swojego czaru i jest jednym z najbardziej urokliwych zakątków w całej Indonezji. Ze względu na położenie wydaje się świetną bazą wypadową dla tych, którzy chcą wypożyczyć samochód lub skuter i zjechać na własną rękę pobliskie plaże, ukryte w lesie tropikalnym wioski czy plantacje owoców i kawy.

Miasto stanowi też artystyczne i duchowe serce Bali. Ubud wypełniają świątynie, eleganckie sklepy, kawiarnie, muzea oraz galerie z pracami lokalnych twórców. Przy wąskich uliczkach stoją budynki w tradycyjnym balijskim stylu. Miejscowe domostwa okolone są najczęściej murem (który ma strzec mieszkańców przed złymi duchami) i konstruowane wedle ściśle określonych zasad. Od frontu znajduje się pawilon do przyjmowania gości, a w środku – obszerny dziedziniec z właściwym budynkiem mieszkalnym, ozdobioną ornamentami świątynią i otaczającymi ją posągami. Tym, co w Ubud zwraca uwagę, jest również tradycyjny styl hoteli czy bungalowów. Swoim charakterem świetnie współgrają one z krajobrazem – nie spotkamy tu wysokich, szklanych wieżowców i apartamentowców, które dominowałyby w okolicy. Jeden z doskonałych przykładów miejscowej idealnie dopasowanej do otoczenia architektury stanowi stojący w sercu miasta Puri Saren Agung, kompleks z pałacem wzniesiony na początku XIX w., a następnie odbudowany w 1917 r. po trzęsieniu ziemi. Warto odwiedzić go zwłaszcza po zachodzie słońca, gdy odbywają się pokazy tradycyjnego tańca balijskiego, uważanego na wyspie za najważniejszy rodzaj sztuki. Służy on rozrywce, ale – jak niemal wszystko tutaj – ma także znaczenie religijne. Jest jednym ze sposobów na zbliżenie się człowieka do bóstw i opowiedzenie śmiertelnikom ich historii.

 

SMAKI TROPIKALNEGO RAJU

Inna specjalność najpopularniejszej wyspy Indonezji to masaż balijski, opierający się na technikach zaczerpniętych z medycyny chińskiej, akupresury, aromaterapii, refleksologii i ajurwedy. Ze względu na swoją skuteczność i relaksacyjne działanie stał się znany na całym świecie, również w Polsce, jednak na Bali zdaje się mieć wyjątkową moc. Najlepiej skusić się na niego na którejś z licznych plaż, gdzie dzięki szumowi morza i zapachowi orientalnych olejków rzeczywiście można się odprężyć.

Kolejną wielką atrakcję stanowią tu właśnie plaże, na południu szersze i jaśniejsze, na północy wulkaniczne i ciemniejsze. Przyciągają wszystkich przyjezdnych: zarówno tych, którzy chcą po prostu poleżeć i wypocząć, jak i osoby szukające okazji do uprawiania sportu. Dla wielu miłośników nurkowania ulubioną częścią wyspy jest północne i przede wszystkim wschodnie wybrzeże, w pobliżu którego można znaleźć mieniące się kolorami rafy koralowe i liczne wraki oraz spotkać przedstawicieli bogatej fauny. Amatorzy surfingu najchętniej wybierają się na południe – m.in. na plaże w okolicach Kuty oraz miejscowości Seminyak i Canggu. Z kolei moim absolutnym odkryciem była srebrzysta plaża Nyang-Nyang na samym południowym krańcu Bali, rozciągająca się na długości ok. 1,5 km. Aby się na nią dostać, należy odbyć kilkugodzinny trekking z Pecatu lub świątyni Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Ten utrudniony dostęp sprawia, że wydaje się ona jedną z bardziej dziewiczych i naturalnych plaż w tej części wybrzeża. Jeśli zaś trafimy na wschód wyspy, warto zajrzeć na plaże w pobliżu miejscowości Amed. Są długie i szerokie, w niektórych mniej uczęszczanych miejscach niemal śnieżnobiałe, w tych bardziej popularnych – wypełnione restauracjami, kawiarniami i warungami, czyli barami lub po prostu budkami z pysznymi lokalnymi specjałami i świeżo wyciskanymi sokami.

Jeśli już wspominamy o jedzeniu, należy zdawać sobie sprawę, że kuchnia Indonezji, zrodzona z inspiracji m.in. smakami Indii, Chin i Bliskiego Wschodu, jest równie różnorodna i bogata we wpływy rozmaitych kultur jak sam kraj. Wydaje się zatem kolejnym tematem na osobną opowieść. Typowe indonezyjskie produkty to przede wszystkim ryż, uprawiany na licznych plantacjach, a także tropikalne owoce, które zwykle trudno spotkać w innych częściach globu, takie jak choćby rambutan. Ma on wielkość śliwki, a jego – zależnie od odmiany – purpurową, czerwoną lub pomarańczową skórkę pokrywają włoski (stąd zresztą pochodzi jego nazwa, rambut w języku malezyjskim oznacza „włosy”). Osobliwym owocem jest też salak jadalny (oszpilna jadalna), uprawiany głównie na Jawie i Sumatrze. Kształtem przypomina czosnek, ale z twardą, kłującą skórką przywodzącą na myśl łuski. Bardzo pożywny salak jadalny świetnie gasi pragnienie, a sami Indonezyjczycy uważają go za środek wzmacniający odporność. Kluczowym elementem tutejszej sztuki kulinarnej są jednak przyprawy. W Indonezji dania doprawia się przede wszystkim goździkami, kardamonem, kurkumą, galangalem, trawą cytrynową, czosnkiem, pastami z krewetek i orzechów ziemnych oraz papryczkami chili. Największym królem dodatków decydujących o charakterze potraw jest mleczko kokosowe – w żadnym innym kraju na świecie nie używa się go tyle co tu.

Do tradycyjnych dań indonezyjskiej kuchni należą nasi goreng – smażony ryż z rozmaitymi przyprawami, słodkim sosem sojowym i mięsem lub warzywami, satay (sate) – kawałki lub plastry mięsa (najczęściej kurczaka bądź jagnięciny) grillowane na patyczku bambusowym i podawane z sosem orzechowym, jak również nasi padang – ryż serwowany z mięsem, rybą albo warzywami, polany mleczkiem kokosowym z curry, limonką, czosnkiem i masą ziół. Te trzy potrawy pachnące dalekim Orientem spotkamy w Indonezji wszędzie, ale wiele pozycji z menu Indonezyjczyków przyrządza się tylko na konkretnej wyspie czy w danym regionie. Typowe tradycyjne dania zjemy na Jawie. Najbardziej pikantne podaje się w warungach i restauracjach Sumatry. Z wysublimowanych i najpiękniej serwowanych potraw słynie Bali i pobliska wyspa Lombok (jej nazwa w tłumaczeniu na polski oznacza swoją drogą paprykę chili).

Właśnie ta ostatnia, spokojniejsza i słabiej rozpoznawalna niż jej popularna sąsiadka, będzie ostatnim przystankiem naszej podróży po tym fascynującym kraju. Lombok najlepiej odwiedzić w maju, na początku pory suchej – zachwyca wówczas bujną roślinnością, jaka rozwinęła się po kilku miesiącach letniego monsunu. Jej góry i wzniesienia są jednak przez cały rok pokryte soczyście zielonymi lasami deszczowymi, które – gdy spojrzy się na nie z większej odległości – zdają się wspinać znad złocistych plaż pod samo niebo. W tutejszym krajobrazie wyróżnia się czynny wulkan Rinjani (3726 m n.p.m.), dla mieszkańców od wieków stanowiący serce wyspy i miejsce święte. Zresztą cała Lombok wydaje się, podobnie jak większa od niej Bali, emanować magią i od pierwszej wizyty oczarowuje. Jej tajemniczą atmosferę zdają się potwierdzać słowa wspomnianego Paula Theroux, który podczas swojego rejsu po oceanie napisał: Nie wiem, czy to złudzenie czy nie, ale ową aurę tajemnicy i władzy wyczuwają wszyscy rodowici mieszkańcy wysp i wszyscy, którzy do nich tęsknią. Wyspa pod wieloma względami przewyższa księstwo. Jest ostatecznym schronieniem – światem magicznym i niezniszczalnym.

Wydanie jesień-zima 2018

W Andaluzji, gdzie zawsze świeci słońce

Monika Bień-Königsman

www.hiszpanskiesmaki.es

 

« Na południu Hiszpanii znajduje się miejsce niezwykłe. Jego historię opowiadają różne narody, a ich opowieści tworzą mieszankę barwną i fascynującą. Ta kraina kojarzy się ze światem z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Wpływy arabskie przyczyniły się tu do powstania zjawiskowej architektury i ciekawej kultury, w tym wyśmienitej kuchni. Nie można także zapominać o mieszkających w tym regionie ludziach, którzy przybyszy witają z uśmiechem na ustach. Ze względu na swój towarzyski charakter nie zamykają się w domach, ale wychodzą na ulice, do barów tapas i klubów z muzyką. Radością życia i ochotą do zabawy potrafią zarazić każdego. »

Więcej…

Jedno oko na Maroko

cd6_5_09.jpg

Oaza blisko Al-Ujun (Laâyoune), największego miasta Sahary Zachodniej

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


MARCIN WROŃSKI


Afryka Północna ze względu na niezwykle ciepły klimat, swoje położenie w bliskim sąsiedztwie Europy, bogactwo wspaniałych zabytków i dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, mimo ostatnich burzliwych wydarzeń na Bliskim Wschodzie i w państwach Maghrebu, wciąż stanowi jeden z najpopularniejszych kierunków podróży Polaków. Najczęściej jednak nadal wybieramy się tutaj na wypoczynek do Egiptu i Tunezji, które i tak w wyniku zawirowań politycznych i zagrożenia zamachami terrorystycznymi stały się największymi przegranymi tego roku. W tej części kontynentu afrykańskiego zupełnie niesłusznie dość często omijamy inny przepiękny kraj, posiadający malownicze wybrzeże zarówno nad Morzem Śródziemnym, jak i nad Oceanem Atlantyckim. Pora więc poznać bliżej Maroko – fascynującą krainę z arabskiego snu.


récolte_des_roses_.jpg

Z płatków róży damasceńskiej produkuje się drogocenny olejek

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Na zachód od Egiptu leży region określany przez Arabów jako Maghreb (od al-Maghrib, czyli „zachód”). Nazwą tą obejmuje się współcześnie Tunezję, Libię, Algierię, Mauretanię, sporne terytorium Sahary Zachodniej i właśnie Maroko. Największymi grupami etnicznymi w tym ostatnim 34-milionowym państwie są Arabowie i Berberowie. Ok. 35 km dzieli marokańskie miasto Tanger od hiszpańskiej miejscowości Tarifa, położonej po przeciwnej stronie Cieśniny Gibraltarskiej. Afryka jest więc tylko kilka kroków od Europy.


My, Polacy, przywykliśmy mawiać: ładną mamy jesień tego lata. W tym roku jednak pogoda dopisała i długo mogliśmy cieszyć się słońcem. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i po ciepłych, letnich miesiącach nastały chłodniejsze, jesienno-zimowe. W drodze na lotnisko pomyślałem więc, że to naprawdę wyśmienity moment, aby odwiedzić Maroko.


Lekarstwo na chłody

Klimat tego kraju kształtują Atlantyk i Morze Śródziemne oraz Sahara i łańcuchy górskie, m.in. Atlas Wysoki. Latem na równinach oraz obszarach pustynnych i półpustynnych notuje się nawet 50°C. Zimą na wybrzeżu termometry wskazują mniej więcej 12°C, a w górach pada śnieg. Te ekstremalne wyjątki nie oddają jednak przeciętnych warunków pogodowych w Królestwie Marokańskim. Średnia temperatura roczna wynosi 17–20°C. Gdzieniegdzie poziom słupka rtęci prawie nie zmienia się przez okrągłe 12 miesięcy (np. w przepięknej Essaouirze – As-Sawirze, o której trochę więcej później). Nad oceanem klimat jest łagodniejszy i chłodniejszy w porównaniu z wnętrzem kraju. Pogoda w strefie Morza Śródziemnego przypomina tę z jego przeciwległego hiszpańskiego brzegu. Kto chce się porządnie wygrzać, powinien więc przyjechać latem, a kto nie lubi upałów – wiosną lub jesienią, wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Maroko zaprasza nas do siebie przez cały rok.


„Bóg, Ojczyzna, Król”

village_dadai.jpg

Miasteczko Tafraout w Antyatlasie

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Taki właśnie gigantyczny napis, widoczny zarówno w dzień, jak i w nocy, góruje nad Agadirem i uchodzi za jego wizytówkę. Dzięki międzynarodowemu portowi lotniczemu (Agadir-Al Massira), blisko 10 km bardzo szerokich piaszczystych plaż oraz ok. 300 słonecznym dniom w roku to właśnie to miasto uznaje się za najpopularniejszy marokański kurort. Rozbudowana baza noclegowa i bogata oferta wycieczek w te strony czynią z niego najłatwiej chyba dostępne miejsce w Maroku. Osoby planujące podróże samodzielnie również bez problemu zorganizują swój wyjazd do Agadiru nad Oceanem Atlantyckim.


Wspomniany napis może posłużyć do krótkiej charakterystyki tego północnoafrykańskiego państwa. To kraj islamski, ale zamieszkany też przez chrześcijan i żydów. Przedstawiciele różnych religii żyją tu jednak ze sobą w zgodzie. Także muzułmanów nie obowiązują restrykcyjne nakazy. Nie są zmuszeni modlić się pięć razy dziennie – do meczetu udają się ci, którzy odczuwają taką potrzebę. Jeśli ktoś woli pozostać przy swojej pracy czy innych zajęciach, nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Wielu Marokańczyków chwali sobie taką wolność w wypełnianiu praktyk religijnych. Oczywiście, turyści odwiedzający Królestwo Marokańskie powinni respektować obyczaje i przestrzegać zasad dotyczących chociażby ubioru, jednak nie muszą popadać przy tym w zbytnią przesadę.


Maroko jest dziedziczną monarchią konstytucyjną, a obecnie panuje w nim Muhammad VI (ur. w 1963 r. w Rabacie). Ze względu na napiętą sytuację w tym regionie Afryki warto poruszyć kilka kwestii politycznych. Zasiadający na tronie od 1999 r. marokański król cieszy się powszechnym szacunkiem, stabilności państwa nie zagrażają więc rozruchy czy wojna domowa. W 2011 r., w trakcie antyrządowych demonstracji Marokańczyków, zarządził m.in. podniesienie płacy minimalnej i zaproponował przeprowadzenie referendum konstytucyjnego. Znowelizowana konstytucja osłabiła nieco jego pozycję i wzmocniła uprawnienia premiera oraz parlamentu. Muhammad VI dał się poznać jako reformator, jeszcze zanim wybuchła arabska wiosna (2010–2013). Jego działania miały na celu nie dopuścić do eskalacji protestów – rzadka to postawa wśród władców z tych stron, którzy niepokoje przywykli tłumić siłą. Jako potomek Mahometa (dynastia Alawitów wywodzi się od wnuka proroka – Al-Hasana) posiada uzasadnione religijnie prawo do tronu. Król w nowej konstytucji zrezygnował jednak ze statusu „świętego” i zadowolił się tytułem „nietykalny”. Poza tym zmodernizował kodeks cywilny, znacznie poszerzając prawa kobiet. Marokanki zaczęły zasiadać w parlamencie oraz radzie ministrów, jak również pełnić ważne funkcje publiczne. Jego żona, księżniczka Lalla Salma, to pierwsza w historii kraju małżonka królewska, która została publicznie przedstawiona oraz reprezentuje swego męża na całym świecie jako pierwsza dama. Jest założycielką fundacji wspierającej walkę z rakiem, a także inicjatorką wielu działań w dziedzinie ekologii i zrównoważonego rozwoju. Poprzedniczki Lalli Salmy musiały się zadowolić rolą matki książąt.


Od brzegu oceanu do górskich szczytów


Wróćmy do Agadiru. To wyjątkowe miejsce, w którym ocean niemalże spotyka się z górami. Rozległa piaszczysta plaża robi na turystach oszałamiające wrażenie. Spotkałem się nawet z opinią, że to mniejsza wersja słynnej brazylijskiej Copacabany z Rio de Janeiro. O tutejszych spektakularnych falach krążą wręcz legendy, a informacje o najlepszych punktach znają tylko wtajemniczeni surferzy. Ocean przypadnie do gustu również amatorom kąpieli. Jego wielokilometrowy brzeg idealnie nadaje się też do spacerów – promenada ciągnie się wzdłuż niemal całej strefy turystycznej Agadiru, gdzie znajdziemy liczne butiki, bazary, restauracje, kawiarnie i kilka klubów. Życie kwitnie tu także i nocą.


Z miasta warto wybrać się na bliższe lub nieco dalsze wycieczki, np. do oddalonych o 3–4 godziny drogi Marrakeszu czy Essaouiry (As-Sawiry). Przedtem dobrze jest jednak poznać malownicze okolice Agadiru. Leży on niemal u stóp Atlasu Wysokiego (najwyższy szczyt Dżabal Tubkal, 4167 m n.p.m.), wchodzącego w skład pasma Atlasu, do którego zalicza się również: Atlas Średni (najwyższy szczyt Dżabal Bu Nasir, 3356 m n.p.m.), Antyatlas (tutaj króluje Dżabal Sirwa, 3304 m n.p.m.), Rif (najwyższy punkt to Dżabal Tidighin, 2456 m n.p.m.), Atlas Tellski (z najwyższym szczytem Tamkut Lalla Chadidża, 2308 m n.p.m.) i Atlas Saharyjski (na czele z Dżabal Chelia, 2328 m n.p.m.). Marokańskie góry są więc naprawdę potężne! Przejażdżka wysoko położonymi, krętymi drogami (mówi się, że mają ponad tysiąc zakrętów), nierzadko bezpośrednio sąsiadującymi z zapierającymi dech w piersiach przełęczami i przepaściami, dostarcza wielu mocnych wrażeń. W jednym z najpiękniejszych zakątków regionu – Rajskiej Dolinie – urzekną nas lasy palmowe i wodospady. Polecam też zatrzymać się w którejś z knajpek przy trasie, gdzie zjemy świeżo pieczony chleb z oliwą i doskonałym, aromatycznym miodem. Ten wyrób z lokalnej pasieki będziemy mogli tu także kupić.

Do ciekawszych miejscowości w tym rejonie należą Tafraoute (Tafrawut), Tiznit czy Taroudant (Tarudant). Mnie najbardziej do gustu przypadła ta ostatnia, zwana również „babcią Marrakeszu”. Przydomek ten zawdzięcza przepięknym, otoczonym palmami murom obronnym przywodzącym na myśl to położone w południowym Maroku miasto. Ze względu na usytuowanie w urodzajnej dolinie rzeki Sus, Tarudant było przedmiotem żywego zainteresowania kolejnych władców. Współcześnie stanowi ważny ośrodek handlowy kraju, choć liczy sobie tylko ok. 75 tys. mieszkańców. Na jednym z dwóch tutejszych arabskich targowisk (suków) zaopatrzymy się w owoce, warzywa, przyprawy, ubrania, biżuterię, dywany, pamiątki czy „płynne złoto Maroka” – olej arganowy. Miasto spodoba się szczególnie tym, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie zwykłych Marokańczyków, a nie jego wyobrażenie przygotowane specjalnie pod turystów. Przed zrobieniem komuś zdjęcia zalecam jednak spytać o zgodę, a w razie odmowy nie próbować fotografowania z ukrycia.


Płynne złoto Maroka

W regionie Agadiru napotkamy tysiące drzew oliwnych i arganowych. To właśnie olej wytłaczany z owoców arganii żelaznej (dokładnie z nasion ukrytych w pestkach), jeden z najdroższych i najbardziej cenionych na świecie, uchodzi za największy skarb Maroka. Posiada on właściwości kosmetyczne oraz lecznicze, wspomaga choćby naturalną odporność organizmu. Wydaje się to niebywałe, ale nigdzie poza tym krajem drzewa tego gatunku nie przyjęły się na tyle dobrze, aby owocować.


Podczas wytwarzania oleju arganowego do celów kosmetologii pestki z owoców arganii żelaznej rozłupuje się, ręcznie miażdży, a z powstałej masy na zimno wyciska się gęsty płyn o złocistym kolorze. Natomiast do użytku spożywczego najpierw się je suszy, praży, a dopiero potem miele i przeznacza do tłoczenia. Produkt finalny w tym drugim przypadku posiada ciemniejszą, lekko brązową barwę. Różni się też nieco zapachem. Aby uzyskać 1 l oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno, potrzeba mniej więcej 30–35 kg nasion i aż 8 godzin pracy. Dodatkowo zbiory odbywają się w okresie męczących upałów w lipcu, sierpniu i wrześniu. To wszystko wystarczająco już podnosi wartość „płynnego złota Maroka”, a to jeszcze nie koniec. Otóż ten wyjątkowy olej wzmacnia system immunologiczny, obniża poziom cholesterolu we krwi, poprawia krążenie, reguluje ciśnienie, spowalnia procesy starzenia, wspomaga regenerację komórek, łagodzi bóle mięśni i stawów. Jego regularne spożywanie zmniejsza ryzyko zawału serca, miażdżycy czy rozwinięcia się nowotworów oraz chorób Alzheimera i Parkinsona, a także schorzeń dermatologicznych. Stosowany zewnętrznie nawilża i ujędrnia skórę, poprawiając jej elastyczność. Łagodzi również objawy trądziku czy alergii. Wyśmienicie działa poza tym na włosy i paznokcie, a pozytywne rezultaty można dostrzec już po kilku zastosowaniach.


Czymś normalnym w Maroku jest widok chodzących po drzewach arganowych kóz. Owoce i liście arganii żelaznej stanowią prawdziwy przysmak tych zwierząt. Choć cenne pestki wypluwają lub w całości wydalają, to – niestety – zostawiają po sobie tylko gołe gałęzie. Aby zapobiec całkowitemu wyniszczeniu drzew arganowych, w miejsce jednego wyciętego okazu sadzi się dwa nowe. W 1998 r. obszar między Agadirem a Essaouirą (zajmujący ok. 80 proc. regionu Sus-Massa-Dara, tj. ponad 25,5 tys. km²), na którym rosną arganie żelazne, otrzymał status Rezerwatu Biosfery UNESCO.


Wśród czerwonych murów

Musicians_at_Marrakech_Festival_-MNTO_fotoseeker.jpg

Muzycy z miejscowości Tissa i Taounate podczas festiwalu w Marrakeszu

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Z Agadiru i jego malowniczych okolic przenosimy się do Marrakeszu, zwanego też „Czerwonym Miastem” ze względu na rdzawy kolor starych murów. Legenda głosi, że gdy w XII w. wznoszono Meczet Kutubijja, w kraju toczyła się właśnie tak krwawa wojna, że wszystkie zabudowania i drogi przybrały barwę czerwieni. Marokańczycy trochę na wyrost nadają mu także miano tysiącletniego miasta. Tak naprawdę założył je w 1071 r. Jusuf ibn Taszfin (1009–1106) – władca Maroka z dynastii Almorawidów. Marrakesz swoje tysięczne urodziny będzie więc obchodzić dopiero za niemal 60 lat. Ten czwarty co do wielkości ośrodek w państwie (ok. 930 tys. mieszkańców), po Casablance, Rabacie i Fezie, co roku odwiedzają rzesze turystów z całego świata. Jego serce stanowi plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna). Stał się on jednym z symboli miasta od początku jego rozwoju w XI stuleciu. W 1985 r. wpisano go wraz z całym zabytkowym centrum Marrakeszu (medyną) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Każdego popołudnia i wieczoru odbywa się na nim wielki targ z owocami, usługami noszenia wody oraz wypożyczania lampionów. Wokół straganów gromadzą się berberyjscy kuglarze i opowiadacze historii, bębniarze, muzycy Gnawa, tancerze, zaklinacze węży, połykacze szkła, treserzy zwierząt oraz inni artyści. Występy trwają do późnych godzin nocnych i przyciągają tłumy gapiów. Oferowana jest tu również szeroka gama usług – gastronomicznych, stomatologicznych, medycznych, wróżbiarskich, kaznodziejskich, astrologicznych czy tatuażu henną. Otoczony licznymi restauracjami, sklepami, galeriami, hotelami i budynkami użyteczności publicznej plac stał się popularnym miejscem spotkań, niezmiernie twórczym centrum językowym, muzycznym, artystycznym i literackim. Potrafi oszołomić i zahipnotyzować nawet najbardziej wybrednych podróżników. Jego kosmopolityczny charakter znajduje odbicie w obecnej tutaj mieszaninie języków i dialektów – zarówno z całego Maroka, jak i świata. Niepowtarzalną atmosferę placu Dżemaa el-Fna tworzą muzyka na żywo i unoszące się w powietrzu wspaniałe orientalne zapachy. Można na nim przesiedzieć wiele godzin, wpatrując się w rozgrywające się dookoła sceny. Warto pamiętać o tym, żeby miejscowych artystów wynagrodzić za ich ciekawe występy, to w końcu źródło ich zarobku. Nikogo więc nie powinien dziwić fakt, że w 2008 r. przestrzeń kulturowa placu Dżemaa el-Fna znalazła się na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Po jej opuszczeniu momentalnie gubimy się w niezmiernie wąskich i krętych uliczkach medyny. Taka kontrolowana utrata orientacji sprawi, że nasza wizyta w Marrakeszu z pewnością będzie niezapomniana. Wśród tej niewiarygodnej wręcz plątaniny przejść między przylegającymi do siebie domami napotkamy setki sklepików, warsztatów i knajpek. Nie musimy się obawiać przesadnej nachalności sprzedawców. Jeżeli nie jesteśmy zainteresowani zakupami, wystarczy nasza stanowcza odmowa. Marokańscy handlarze do swoich potencjalnych klientów podchodzą zwykle z należytym szacunkiem. Oczywiście, cena wyjściowa od finalnej może się różnić nawet o kilkaset procent, ale w końcu właśnie na tym polega cały urok targowania się.


Za jedną z głównych marrakeszeńskich atrakcji uważa się wspomniany już XII-wieczny Meczet Kutubijja. Z jego 69-metrowej wieży (minaretu) rozciąga się wspaniały widok na niemal całe miasto. Warto odwiedzić też Meczet Alego ibn Jusufa, najstarszy w Marrakeszu, wzniesiony w I połowie XII stulecia, nazwany tak na cześć marokańskiego władcy z dynastii Almorawidów – Alego ibn Jusufa (1083–1143). Znajduje się przy nim ufundowana w XIV w. medresa – największa szkoła teologiczna w Maghrebie (na ponad 800 uczniów). Cudowna architektura i wystrój tego miejsca robią niesamowite wrażenie. Polecam usiąść przy jednym z filarów na głównym dziedzińcu, poczekać, aż odpłynie fala turystów, i wsłuchać się w szum wody.


Na zainteresowanie zasługuje także Ogród Majorelle (Jardin Majorelle), niewielki, ale przepiękny ogród botaniczny, zaprojektowany w latach 20. XX w. przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle’a (1886–1962). Przekraczając jego progi, nagle z upalnej i gwarnej ulicy trafiamy do wspaniałej zielonej oazy, dającej orzeźwienie nawet w bardzo gorące dni. W jej sercu znajdziemy również małe muzeum, które przybliża swoim gościom kulturę berberyjską.


Miasto dobrej pogody

Po wizycie w pełnym atrakcji Marrakeszu proponuję udać się ok. 180 km na zachód do Essaouiry (As-Sawiry). W tym prześlicznym 80-tysięcznym mieście nad Oceanem Atlantyckim wiele osób zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Tutejsza szeroka plaża zachwyca amatorów kąpieli słonecznych. Średnia temperatura roczna wynosi tu ponad 17°C. Miejscowość jest raczej spokojna, większego ruchu turystycznego powinniśmy spodziewać się w okolicy starej jej części z ogromną liczbą sklepików z interesującymi wyrobami marokańskiego rzemiosła artystycznego. W 2001 r. zabytkową medynę w Essaouirze wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z XVIII-wiecznego fortu Sqala de la Kasbah (Sqala de la Ville) rozpościera się przepiękny widok na Wyspy Purpurowe (Îles Purpuraires). Polecam przespacerować się też po porcie: przyjrzeć się rybakom w pracy i wsłuchać w obijające się o skały fale i śpiew setek krążących nad naszymi głowami mew. Essaouira cieszy się także zasłużoną popularnością wśród miłośników surfingu, kite- i windsurfingu oraz innych sportów wodnych.


To jednak tylko kilka z najciekawszych – według mnie – miejsc w Maroku. Do zwiedzenia w tym fascynującym kraju pozostają jeszcze np. Fez, Casablanca czy jego stolica Rabat. Gdziekolwiek pojedziemy, czekają tutaj na nas niezmiernie urokliwe krajobrazy, wyśmienita kuchnia i mili ludzie. Dzięki temu trudno nie poczuć się naprawdę dobrze na gościnnej marokańskiej ziemi. Opalony słońcem Maghrebu, z uśmiechem na ustach wracam do Warszawy. Na pewno jeszcze zawitam do Maroka, chociażby po to, aby spróbować ujarzmić wspaniałe fale, napić się pysznej miętowej herbaty i poznać bliżej cudowne właściwości oleju arganowego.