ROBERT PAWEŁEK

www.travelcompass.pl

 

« Wietnam to kraj pełen kontrastów: zatłoczony i hałaśliwy, ale też cichy i subtelny. Niektórzy turyści już po jednej podróży darzą go miłością wielką i uzależniającą, inni zarzekają się, że ich noga więcej w nim nie postanie. Jeśli ktoś wybiera się tu po raz pierwszy, niech otworzy szeroko oczy i serce i pozwoli działać urokowi tej krainy smoka. »

 

Z góry terytorium kraju rzeczywiście przypomina swoim kształtem legendarnego gada z otwartą paszczą, choć niektórzy mówią, że wygląda raczej jak bambusowy drąg z koszami ryżu zawieszonymi na obu końcach. Tak naprawdę nie ma jednego Wietnamu. To kraina o s twarzach, różnorodnej kuchni i kulturze, naznaczona wielowiekowymi podziałami. Nawet pogoda jest tutaj bardzo zróżnicowana. Kiedy na południu w Ho Chi Minhie słońce pali niemiłosiernie, na północy w Hanoi czasem trzeba zakładać swetry. Północny i południowy kraniec terytorium Wietnamu dzieli mniej więcej 1,7 tys. km, najmniejsza odległość między wschodnią i zachodnią granicą wynosi zaledwie ok. 50 km. A jednak bez trudu odkryjemy, co łączy mieszkających w tym kraju ludzi. To zamiłowanie do pięknej przyrody, pracowitość, przywiązanie do rodziny i tradycyjnych wartości. Wietnamskie społeczeństwo wyrosło na gruncie konfucjanizmu. Jednostka uważana w nim jest za część większej całości. Aby ten organizm sprawnie działał, ludzie muszą ze sobą współpracować i wzajemnie się uzupełniać. 

 

W skali świata Wietnam może poszczycić się kilkoma wyjątkowymi atrakcjami. Są tu największe jaskinie na ziemi (Sơn Đoòng), niepowtarzalna zatoka Hạ Long czy unikatowy system tuneli pod Ho Chi Minhem (do 1976 r. funkcjonującym pod nazwą Sajgon), wykopanych rękami tysięcy Wietnamczyków i służących za schronienie podczas wojny z Amerykanami (1955–1975). Kto będzie podążał utartymi szlakami, niechybnie wpadnie jednak w sidła masowej turystyki. Jest to nieuniknione w kraju przyjmującym miliony turystów (w 2018 r. Wietnam odwiedziło ok. 15,5 mln zagranicznych gości), rozwijającym sieć lotnisk i hoteli. Ale zawsze można bezpiecznie zboczyć z głównych traktów, dać się skusić zapachowi lokalnych potraw z ulicznych garkuchni czy wynająć skuter i ruszyć, gdzie oczy poniosą… Dobry plan na wyprawę będzie wymagał właściwego wyboru miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Pamiętajmy, że tej perły Indochin nie zwiedzimy podczas jednej wizyty. Co zatem powinniśmy wybrać: imponujące miasta i buddyjskie świątynie, parki narodowe czy rajskie wybrzeże z setkami malowniczych wysepek? Oto garść moich propozycji na pełne wrażeń wakacje w Wietnamie. 

 

WEWNĄTRZ RZEKI

Podróż warto zacząć od wietnamskiej stolicy, Hanoi, która robi duże wrażenie. Chaos i wszechobecny tłok na ulicach stanowi tu normę, ale ta ośmiomilionowa metropolia przepełni każdego swoją energią. Urzeka w niej też zaradność i pracowitość jej mieszkańców. Wystarczy spojrzeć na ulicę – wszędzie do późnych godzin działają małe biznesy. Każda chwila jest dobra, żeby sprzedawać gadżety, perfumy, eleganckie torebki czy elektronikę, choć większość artykułów to podróbki. Z punktu widzenia turysty Hanoi to znakomite miejsce – można stąd wyruszyć na zwiedzanie właściwie wszędzie. Pogoda, jak na całej północy kraju, bywa w tej okolicy zmienna. W styczniu nie należy spodziewać się tropików (średnia temperatura w tym miesiącu wynosi mniej więcej 16,5°C), za to warto mieć przy sobie bluzę z polaru. Pobyt w Hanoi będzie także lekcją przetrwania. Szaleni motocykliści gnają tu na złamanie karku, jakby od tego pędu zależało całe ich życie. Przejście przez skrzyżowanie stanowi prawdziwy wyczyn. Trzeba uważać również na rowery i… taksówkarzy naciągaczy, którzy tylko czekają, aby zawieźć nas do innego, bardziej oddalonego hotelu o tej samej nazwie. Jednak te niedogodności tylko dodają temu miejscu magii. Wszystko wydaje się nowe i egzotyczne – kolorowe stragany, tłumy na ulicach, ciągły, jakby sam się napędzający ruch. 

 

Dzisiejsza stolica wielokrotnie zmieniała nazwę. Jako Hanoi, co znaczy „wewnątrz rzeki”, funkcjonuje od 1831 r. Niektórzy mówią, że życie toczy się tutaj nisko, przy samej ziemi. Jednak gdy podnieść głowę, widać wzbijające się w niebo strzeliste wieżowce, rosnące jak grzyby po deszczu, i kolejne przedmieścia przyklejające się do stolicy. Hanoi jak żadne miasto w Azji Południowo-Wschodniej łączy w sobie historię i nowoczesność. Zdecydowanie wygrywa też rywalizację o największą liczbę atrakcji w Wietnamie. Można w nim spędzić kilka dni na włóczeniu się ulicami historycznego centrum, odwiedzaniu licznych muzeów czy robieniu szalonych zakupów i ani razu się nie nudzić. Sklepy w starym Hanoi (Old Quarter) kuszą artykułami turystycznymi znanych marek, takich jak Jack Wolfskin czy The North Face. Kurtki, plecaki i buty kosztują w nich ułamek tego, co trzeba za nie zapłacić w Europie. Niestety, podobnie jak w wielu innych stołecznych sklepach, to tylko kopie oryginałów. 

 

Na historyczną część miasta, znaną jako 36 ulic, składają się dziesiątki chaotycznie przecinających się uliczek. Właśnie w tym miejscu, nad brzegiem Rzeki Czerwonej, Hanoi wzięło swój początek. Warto odwiedzić tu Bach Ma – najstarszą w stolicy świątynię (została założona w XI w., ale jej obecne budynki są dużo późniejsze, pochodzą z XVIII i XIX stulecia), poświęconą białemu koniowi, który ukazał się jednemu z wietnamskich władców (panującemu w latach 1009–1028 Lý Thái Tổ), przejść się po moście Long Biên, wielokrotnie bombardowanym przez Amerykanów w czasie wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej), czy wybrać się nad pobliskie Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm). To ostatnie uchodzi za symboliczne centrum miasta. W jego okolicy (w Thăng Long) można obejrzeć słynny teatr lalek na wodzie. Na koniec wypada spróbować kawy po wietnamsku – cà phê trứng, wymyślonej właśnie w Hanoi, serwowanej z chłodną pianką z kogla-mogla.

Wąska uliczka w Hanoi z torami, po których jeździ pociąg niemal ocierający się o ściany domów

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

ZATOKA LĄDUJĄCEGO SMOKA

W Hạ Long, położonym ponad 150 km na wschód od stolicy, nic nie wskazuje, że za tym hałaśliwym, przeciętnym miastem kryje się cudowna zatoka. Przysłania ją gąszcz zabudowań. Zza nich wyłania się prawdziwy cud natury, od pierwszej chwili podbijający serca turystów. Nad taflą wody górują potężne formacje skalne, jakich nie ma nigdzie na świecie. To miejsce nazywane bywa też zatoką 200 wysp, choć Wietnamczycy twierdzą, że jest ich tu 1969, co ma stanowić ukłon w stronę wielkiego przywódcy Ho Chi Minha, bo liczba ta pokrywa się z rokiem jego śmierci. Efemeryczne wysepki pojawiają się i znikają zależnie od poziomu wody, więc trudno podać konkretne dane. Pochodzenie nazwy Vịnh Hạ Long, czyli Zatoka Lądującego Smoka, tłumaczy się m.in. legendą o bogach, którzy chcąc wspomóc w walce z wrogiem wietnamski lud, zesłali mu matkę smoków wraz z dziećmi. Te wypluwszy z pyska drogocenne kamienie, zamienione w wyspy, stworzyły na morzu skalną zaporę nie do pokonania.

 

Z pokładu statku płynącego po Hạ Long można podziwiać maczugi, las wapiennych kolumn sterczących ponad wodą i dziwne skalne formacje pokryte tropikalną zielenią. Ta niezwykła sceneria, w której kręcono np. filmy Kong: Wyspa Czaszki, Indochiny, a nawet Jutro nie umiera nigdy o przygodach Jamesa Bonda, zaczęła się formować 500 mln lat temu. Zatoka była raz głębokim, raz płytkim morzem czy tylko obszarem przybrzeżnym. Warto zobaczyć także wspaniałe jaskinie krasowe, podziemne groty i korytarze, wyrzeźbione w miękkich skałach wapiennych na skutek procesów erozji. W trakcie zorganizowanej wycieczki (nie można wynająć prywatnej łodzi, bo teren znajduje się pod kontrolą państwa) zwiedzimy odkrytą przez Francuzów w 1901 r. Jaskinię Niespodzianek (Hang Sửng Sốt) z naciekami przypominającymi smoki i żółwie z wietnamskiej mitologii. Zajrzymy również do pięknej groty zwanej Niebiańskim Pałacem (Động Thiên Cung), w której wedle legendy odbyło się huczne wesele smoczego księcia trwające siedem dni i nocy. Dodatkową atrakcją podczas rejsu mogą być szybkie kursy przyrządzania sajgonek, lekcje tai chi czy błogi odpoczynek na cudownych plażach.

 

KLEJNOT PÓŁNOCY

Zaledwie mniej więcej 100 km na południe od Hanoi leży prowincja Ninh Bình, szczycąca się najbardziej widowiskowymi formacjami wapiennymi w Wietnamie. Nazwa systemu grot krasowych, Tam Cốc, oznacza „trzy jaskinie” – są to Hang Cả, Hang Hai i Hang Ba. Przepływa się przez nie łodzią. Okolicę nazywa się, nieco przesadnie, lądową zatoką Hạ Long. Widok tutejszych wapiennych wzgórz jest prawdziwą ucztą dla oczu, ale nie może się równać z krajobrazem swojego morskiego odpowiednika. Uroku dodają mu ciągnące się aż po horyzont pola ryżowe w formie równiutkich pasów żółci i zieleni.

 

W okolicy czeka jednak na nas dużo więcej atrakcji. Te przyrodnicze i kulturalne wpisano w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO pod wspólną nazwą zespół krajobrazowy Tràng An. Oprócz rezerwatu przyrody znajdziemy tu pozostałości dawnej, X- i XI-wiecznej stolicy Wietnamu Hoa Lư (wstęp bezpłatny) i kompleks buddyjskich świątyń Bái Đính. Warto też odwiedzić pobliski Park Narodowy Cúc Phương i wybrać się na wędrówkę po bujnych lasach podzwrotnikowych.

 

KURORT DLA ZAKOCHANYCH

Mówi się, że Đà Lạt jest najprzyjemniejszym miastem w kraju. To zapewne prawda, jeśli wziąć pod uwagę pogodę. Đà Lạt leży na średniej wysokości ok. 1500 m n.p.m. Nazywane wietnamską stolicą zakochanych i miastem kwiatów, cieszy się umiarkowanymi temperaturami powietrza przez cały rok. Nic zatem dziwnego, że zmęczeni upałami Wietnamczycy lubią się tu chłodzić. Nad pięknym jeziorem Xuan Huong zawsze można spotkać wietnamskie pary szalejące na tandemach. Wszędzie natkniemy się także na uliczne kafejki – w końcu ten rejon słynie z wielu plantacji kawy. Za nie mniej popularny napój w tych stronach uchodzi wino, bo miejscowy klimat sprzyja uprawie winorośli. Jeśli dodać do tego liczne atrakcje turystyczne znajdujące się w samym 400-tysięcznym mieście i otaczające je piękne górskie tereny, okazuje się, że naprawdę warto zatrzymać się tu podczas podróży po Wietnamie. 

 

Đà Lạt jest stosunkowo młodym ośrodkiem. W okolicznych górach jeszcze pod koniec XIX w. leżały jedynie niewielkie wioski zamieszkane przez mniejszości etniczne. Miasto założyli Francuzi, którzy chcieli uciec od tropikalnych upałów panujących na nizinach, więc zbudowali tutaj na początku XX stulecia górski kurort. Đà Lạt stało się prawdziwą letnią stolicą Indochin w latach 30. i 40. Z tego okresu pochodzą fascynujące czarno-białe zdjęcia, na których uwieczniono klasyczne automobile zaparkowane przed kolonialnymi willami i hotelami. Przez pewien czas znajdowała się tu większość siedzib administracji kolonii, a miasto pełniło funkcję oficjalnej stolicy Indochin Francuskich (w latach 1939–1945). Okolica Đà Lạt nie ucierpiała szczególnie w trakcie wojny wietnamskiej. Przez kolejne dekady popularny ośrodek wypoczynkowy dalej się rozwijał i tak jest aż do dziś, bo turystyka napędza miejscową gospodarkę.

 

SKUTEREM DO OPERY

Ho Chi Minh stanowi obowiązkowy przystanek na trasie podróżników przemierzających Wietnam. Dostać się do niego będzie bardzo łatwo, bo między dawnym Sajgonem a resztą świata funkcjonuje ok. 70 połączeń lotniczych. Z noclegiem też nie powinno być problemu, choć standard zakwaterowania zależy od zasobności portfela turysty. Kto nie skusi się na luksusowy hotel sieci Sheraton, Le Méridien, Marriott, InterContinental czy Hyatt, ma do wyboru tańsze, skromniejsze obiekty, w tym również popularne wśród backpackerów hostele. Po mieście można poruszać się skuterem z jednej z licznych działających tu wypożyczalni. Trzeba jednak pamiętać, że ze względu na duże korki przejażdżki będą wyzwaniem. Według oficjalnych statystyk w Ho Chi Minhie jest 7,5 mln skuterów, motorowerów i motocykli, nieoficjalnie jeździ ich dwa razy więcej. Nie należy się dziwić, gdy obok przemykają na jednym jednośladzie trzy osoby, w dodatku z pakunkami. Za nic szczególnego nie uchodzi także widok elegantki w sukience i czerwonych szpilkach pędzącej na skuterze do… teatru. My też w ten sposób dotarliśmy na sztukę À Ố Show, jeden z najsłynniejszych spektakli wystawianych w operze (Saigon Opera House). Przedstawienie to jest popisem akrobatycznych umiejętności tancerzy, dorównujących poziomem artystom ze słynnego Cirque du Soleil. Poza tym przybliża widzom bogate wietnamskie tradycje i kulturę. 

 

W na wskroś nowoczesnym Ho Chi Minhie zachowało się wiele budowli przypominających o jego kolonialnej przeszłości. Należy do nich imponująca Katedra Notre-Dame, wzniesiona z marsylskich cegieł, przywiezionych prosto z Francji w drugiej połowie XIX w. W październiku 2005 r. miał zdarzyć się tutaj cud: jak opowiadają wierni, po policzkach posągu Maryi umieszczonego przed wejściem zaczęły spływać łzy. I chociaż miejscowi hierarchowie nie potwierdzili, że wydarzenie było prawdziwe, przed świątynię ściągnęły takie tłumy, iż wstrzymano ruch na sąsiednich ulicach.

 

Większość Wietnamczyków jest bezwyznaniowa, a sam Wietnam uchodzi za najmniej religijny kraj Azji Południowo-Wschodniej. Ponad 73 proc. społeczeństwa nie deklaruje przynależności do żadnej oficjalnej religii, powyżej 12 proc. uważa się za buddystów, a ok. 8,5 proc. – za chrześcijan. Trochę przeczą temu inne statystyki, które mówią, że aż blisko 46 proc. społeczeństwa wyznaje tradycyjne wierzenia, co wskazuje na rozwiniętą duchowość Wietnamczyków. Nie dziwmy się zatem, że w domach, sklepach, a nawet budynkach użyteczności publicznej w Ho Chi Minhie, choć zdarza się to już coraz rzadziej, znajdziemy ołtarze poświęcone zmarłym, a na nich owoce, słodycze czy napoje składane w ofierze. 

 

W centrum warto zwrócić uwagę na piękny gmach Poczty Głównej, zaprojektowany przez francuskiego architekta Marie-Alfreda Foulhoux (1840–1892). Co ciekawe, na tutejszej poczcie, otwartej w 1891 r., wszystko działa niezawodnie, więc możemy kupić pocztówki i znaczki, żeby przesłać pozdrowienia znajomym. Najbardziej znanym budynkiem historycznym w mieście jest Pałac Reunifikacji, zwany też Pałacem Niepodległości. Stał się on, podobnie jak mur berliński, symbolem zakończenia wojny (w 1975 r.) i zjednoczenia kraju. Dziś funkcjonuje w nim muzeum, w którym obejrzymy dawne biuro prezydenckie, pokoje jadalne czy salę konferencyjną i pomieszczenia z mapami używanymi przy rozmieszczaniu wojsk. 

 

Podczas wizyty w Ho Chi Minhie polecam oderwać się jednak na chwilę od zabytków i zajrzeć na słynne targowisko Bến Thành ozdobione od frontu wieżą zegarową. Na jego stoiskach sprzedaje się mydło i powidło, można więc tu kupić wszystko, począwszy od wietnamskich kapeluszy i przydatnych w upały wachlarzy, po rękodzieło artystyczne, pamiątki, ubrania, warzywa, owoce i dary morza. Poza tym dawny Sajgon jest prawdziwym kulinarnym zagłębiem. Do wyboru mamy zarówno punkty działające wprost na ulicy, jak i ekskluzywne restauracje, w których gotują szefowie kuchni nagrodzeni gwiazdkami Michelin. Pysznych dań warto także spróbować w trakcie rejsów zabytkowymi statkami po rzece Sajgon. 

Na targu Bến Thành można kupić niemal wszystko

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

Na niezmiernie zatłoczonych ulicach Ho Chi Minhu samochody walczą o miejsce z licznymi jednośladami

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

MIASTO Z TUNELI

Wietnamczycy pielęgnują pamięć o swojej historii, nawet jeśli wiąże się ona z wielkim cierpieniem. Do miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Wietnamie, należy Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minhie opowiadające o wojnie wietnamskiej. Otwarte we wrześniu 1975 r., kilkakrotnie zmieniało nazwę. Pierwotnie było Wystawą Zbrodni Amerykańskich i Rządu Marionetkowego, ale kiedy stosunki dyplomatyczne z USA zaczęły ulegać poprawie, postanowiono nazwać je inaczej. Przed wejściem (wstęp jest bezpłatny) stoją dobrze zachowane amerykańskie czołgi i myśliwce. Największe wrażenie robią jednak zdjęcia ofiar wojny. Przedstawiają porozrzucane strzępy ludzkich ciał, krew, dzieci bez nóg i rąk, okaleczone po użyciu przez Amerykanów napalmu i broni chemicznej (w tym defoliantu o nazwie Agent Orange).

 

Jedną z najsłynniejszych fotografii dokumentujących okrucieństwo wojny zrobiono w czerwcu 1972 r. w dystrykcie Trảng Bàng, położonym ok. 40 km na północny zachód od Ho Chi Minhu. Widać na niej nagą dziewięcioletnią dziewczynkę uciekającą ze swojej wioski po zrzuceniu napalmu. Poboczem drogi kroczą spokojnie amerykańscy żołnierze z karabinami. Dziewczynka ze zdjęcia, Phan Thị Kim Phúc, dziś dorosła kobieta, wspomina, że wtedy z przerażenia i bólu krzyczała: Za gorąco! Za gorąco!. Fotografię wyróżniono Nagrodą Pulitzera, a kanadyjski ekonomista i pisarz chińskiego pochodzenia Denise Chong w 1999 r. wydał książkę opisującą losy jej głównej bohaterki (pod tytułem The Girl in the Picture: The Story of Kim Phuc, the Photograph, and the Vietnam War). 

 

Mniej więcej 50 km na północny zachód od dawnego Sajgonu turyści schodzą do słynnych tuneli Củ Chi, z których większość została wykopana gołymi rękami. Ponad 200 km korytarzy łączących pomieszczenia tworzyło prawdziwe podziemne miasto. Labirynt ten służył Wietnamczykom za kryjówkę przed amerykańskimi wojskami i jako zaplecze dla Wietkongu. Tunelami można było dotrzeć z Sajgonu aż pod samą granicę z Kambodżą. Pod ziemią działały sklepy, kuchnie, szkoły, szpitale, nawet scena, na której wystawiano sztuki komediowe. System korytarzy ułatwiał przeprowadzanie ataków z zaskoczenia, transport broni czy szybką ewakuację, gdy nadchodził wróg. Dziś jest symbolem wielkiego heroizmu, ale też niezwykłej przebiegłości w walce z okupantem. Tunele Củ Chi naprawdę warto zobaczyć, bo stanowią ważny element historii Wietnamu.

Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minhie opowiadające o okrucieństwach wojny wietnamskiej

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

PŁYWAJĄCE TARGI

Jedną z większych atrakcji w kraju są rejsy łodziami w delcie rzeki Mekong. Przy brzegach stoją lekkie, drewniane domy zbudowane na bambusowych palach, przypominające weneckie kamienice. Przez miejscowych okolica delty nazywana jest cò bay thẳng cánh, co w luźnym tłumaczeniu oznacza teren tak rozległy, że żurawie mogą w pełni rozłożyć swoje skrzydła podczas lotu. Największe miasto i centrum administracyjne regionu stanowi 1,5-milionowe Cần Thơ, w którego pobliżu działa targ wodny Cái Răng. Ruch zaczyna się na nim już o 5.00 rano. Rzekę wypełniają wtedy kolorowe łodzie ze świeżymi warzywami i egzotycznymi owocami, sprzedawanymi za bezcen. Towary nieustannie krążą z rąk do rąk, są rozładowywane, przeładowywane, zmieniają właścicieli w stożkowych kapeluszach. Na wielu łodziach funkcjonują minirestauracje – na umieszczonych na nich przenośnych kuchenkach gotuje się pyszne posiłki. Można napić się świeżego soku z pomarańczy bądź mocnej kawy i skosztować takich delikatesów jak durian, dżakfrut czy rambutan.

 

Z powodu ścisku na rzece z trudem manewrujemy między łódkami. Wydaje nam się, że wszyscy na nas patrzą. To złudzenie biorące się z faktu, że tutejsze łodzie ozdobione są na dziobach parą oczu. Zdaniem jednych pomagają one sprawniej poruszać się po rzece i szczęśliwie powracać do portu. Inni uważają je za amulet przynoszący załodze szczęście. Niektórzy jednak dopatrują się tu związku z legendą, według której wietnamski władca nakazał rybakom malować oczy na statkach po tym, jak groźna ryba zaatakowała jego kompana. 

 

W porcie koło 270-tysięcznego miasta Mỹ Tho warto odwiedzić przepiękną buddyjską pagodę Vĩnh Tràng. Bogato ozdobiona ornamentami świątynia z połowy XIX w. łączy europejskie i azjatyckie style architektoniczne. Urody dodają jej malownicze ogrody z drzewkami w formie bonsai. Jeśli komuś wystarczy czasu, powinien jeszcze wybrać się na degustację ryżowego wina na jedną z wysp położonych na Mekongu. Do wyboru są np. wyspy Feniksa, Smoka, Żółwia i Jednorożca, po których z powodzeniem można poruszać się rowerami.

 

KRASOWY RAJ

Kto jest gotowy na przygodę, niech rusza do prowincji leżącej w najwęższej części terytorium Wietnamu, czyli do graniczącej z Laosem Quảng Bình. Amerykański dziennik The New York Times nazwał ją krainą największych jaskiń na świecie. Są tak tajemnicze i piękne, że władze prowincji zamierzają otwierać dla ruchu turystycznego kolejne, ale z jak najmniejszą szkodą dla środowiska. Dla regionu oznacza to wymierne korzyści – co roku groty przyciągają miliony turystów, których kuszą również komfortowe hotele i piękne, piaszczyste plaże.

 

Wiele jaskiń (w Parku Narodowym Phong Nha-Kẻ Bàng, widniejącym od 2003 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, na razie doliczono się jakichś 300) czeka jeszcze na odkrycie, co nie będzie proste, bo skrywa je gorąca, wilgotna dżungla. Do jednych można dostać się tylko łodzią, do innych – wpław. Jednak są i takie, do których wchodzi się suchą stopą, aby spacerować po oświetlonym wnętrzu bez obawy o zdrowie i życie. Mam szczęście poznać kilka z nich. 

 

Thiên Đường w tłumaczeniu na polski znaczy „raj”, co w przypadku tej suchej jaskini jest bardzo trafną nazwą. Aby dotrzeć do niewielkiego wejścia położonego na wysokości ponad 200 m n.p.m., trzeba się wspiąć. Trud jednak się opłaca, bo w środku wita nas baśniowy świat. Formacje skalne rzeźbione przez wodę przez miliony lat przypominają kształtem zwierzęta, drzewa, dziwne stwory… Kto chciałby zapuścić się głębiej, musi zaopatrzyć się w kask i latarkę czołową. Rajska jaskinia ma 31 km długości, ale jednodniowe wycieczki obejmują zwykle jedynie kilometrową trasę. Thiên Đường według Organizacji Rekordy Wietnamu – Vietkings może poszczycić się trzema rekordami. Po pierwsze jest najdłuższą suchą jaskinią w Wietnamie, po drugie skrywa najbardziej unikatowe stalaktyty, a po trzecie została wyposażona w najdłuższe drewniane schody w Azji.

 

Niezaprzeczalny cud stanowi też Phong Nha. Znajduje się ona w sercu Parku Narodowego Phong Nha-Kẻ Bàng. Płyniemy do niej łodziami rzeką Son, ubrani w kapoki, bo w niektórych miejscach bywa dość głęboko. Niegdyś jaskinia ta służyła za kryjówkę wietnamskim władcom, a podczas wojny z Amerykanami była schronieniem dla okolicznej ludności i żołnierzy. Mieścił się tutaj również szpital. Wnętrze jest odrobinę podświetlone, więc w trakcie zwiedzania możemy podziwiać niezwykłe stalaktyty wiszące nisko nad naszymi głowami. Posuwamy się wolno łodziami przy akompaniamencie plusku wody wydawanego przez wiosła naszych sterników. Raz po raz komuś wyrywa się okrzyk zachwytu na widok skalnych formacji przypominających grupy aniołów, dostojnych świętych czy prehistorycznych zwierząt. 

 

Jednak największe wyzwanie dopiero przed nami. Do rzecznej jaskini Trạ Ang nie można tak po prostu wejść ani dostać się łódką. Ścieżka spada ostro w dół, więc spuszczamy się przy pomocy lin. Dalej czeka nas krótka przeprawa przez dżunglę, a na koniec pokonanie 600 m rzeki, którą trzeba wpłynąć samodzielnie do środka Trạ Ang. W tym przypadku przydają się nam kostiumy kąpielowe, kaski i ochronne klapki z miejscowej wypożyczalni sprzętu sportowego. Lunch, serwowany na matach rozłożonych na ziemi, stanowi nagrodę za cały nasz trud. Wokół panuje cisza jak makiem zasiał, czasem słychać tylko odgłosy dżungli. Jest naprawdę bajkowo.

Artykuły wybrane losowo

Magiczna Italia inaczej

MAGDALENA CIACH-BAKLARZ

www.italiapozaszlakiem.com

<< Włochy są bez wątpienia jednym z najpiękniejszych krajów świata, jednak przyjeżdżający do nich turyści skupiają się przede wszystkim na kilku najbardziej znanych miejscach, które w szczycie sezonu oblegają tłumy. Wenecja, Rzym, Florencja, Cinque Terre czy Wybrzeże Amalfitańskie rokrocznie przeżywają istny najazd gości, a lokalne władze zastanawiają się, co zrobić z ogromną liczbą przyjezdnych. Wprowadzenie dziennych limitów być może okaże się koniecznością. Dlatego Włochy wychodzą z propozycją zwiedzania atrakcji położonych poza głównym szlakiem turystycznym, mniej znanych i zazwyczaj nie uwzględnianych w popularnych przewodnikach ani ofertach biur podróży. >>

Mimo iż pełna magii Italia przyciąga ludzi z różnych zakątków świata od wielu wieków i wydawać by się mogło, iż nie ma już naprawdę nic do ukrycia, ciągle jeszcze pozostaje krainą nie do końca rozpoznaną. Znajduje się w niej mnóstwo zachwycających miejsc, o których zbyt dużo osób nie słyszało. Dlatego zawsze warto odwiedzić ją ponownie.

 

Wśród różnych sposobów na zwiedzanie Włoch można wymienić choćby podróże kulinarne, winne czy coraz popularniejsze wycieczki w stylu slow travel. Poza tym na Półwyspie Apenińskim odpoczniemy także w gorących źródłach i odkryjemy malownicze miasteczka o historii sięgającej średniowiecza. Coś dla siebie znajdą tu też miłośnicy uprawiania sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu.

 

PRZY WŁOSKIM STOLE

Włochy to kuchnia i właśnie ona determinuje styl życia Włochów, którzy potrafią rozmawiać o jedzeniu wiele razy w ciągu dnia. W tym świecie nie ma poranka, południa i wieczora bez porządnego espresso, rozważań o tym, co będzie na obiad, w jakiej knajpce warto spotkać się na aperitivo, gdzie pójść na kolację. Podobnie jak w innych krajach śródziemnomorskich tu również obowiązuje sjesta. W jej czasie miasteczka stają się jakby wymarłe, sklepy i restauracje są pozamykane. Wieczorem, kiedy upał już zelżeje, Włosi siadają przy stole z przyjaciółmi czy rodziną i godzinami rozmawiają przy winie i jedzeniu. To kwintesencja włoskości – jest głośno, wesoło, wszyscy gestykulują. Kolacja stanowi najważniejszy posiłek dnia i składa się z przekąsek, pierwszego i drugiego dania, deseru i kawy lub czegoś na trawienie, np. likieru limoncello bądź mirto albo grappy. Potem rano zwykle nikomu nie chce się jeszcze jeść, więc na śniadanie mieszkańcy Włoch wypijają na ogół tylko kawę, ewentualnie przegryzają do niej cornetto, słodki rogalik z kremem lub bez nadzienia.

Trzeba zaznaczyć, że Włosi cenią kuchnię regionalną, chlubią się nią i chwalą, dlatego tak wiele sklepów oferuje produkty typowe dla danego terytorium. Warto więc wybrać się do tego kraju na wycieczkę kulinarną lub wyprawę enoturystyczną. Liczne szlaki winne w Toskanii, Umbrii, Marche, Piemoncie, Lombardii, Wenecji Euganejskiej (Veneto), Dolinie Aosty (Valle d’Aosta), Friuli-Wenecji Julijskiej, Abruzji, Ligurii, Emilii-Romanii, Apulii czy wreszcie na Sycylii i Sardynii są znakomicie opisane. Można umówić się na degustację wina, a także oliwy, przyjrzeć się produkcji serów, zwiedzać piwniczki obwieszone suszącymi się szynkami. Każdy region ma swoje charakterystyczne wyroby. Te najlepsze uzyskały oznaczenie DOP (Denominazione di Origine Protetta, czyli Chroniona Nazwa Pochodzenia) lub IGP (Indicazione Geografica Protetta, po polsku Chronione Oznaczenie Geograficzne). Takie produkty powstają według ściśle określonych receptur i w konkretnym miejscu.

Regionem wyróżniającym się pod względem kulinarnym jest Emilia-Romania. Wiele wyrobów kojarzonych na całym świecie z Włochami narodziło się właśnie tutaj. Wśród nich wymienić należy twardy ser parmezan (parmigiano reggiano), szynkę parmeńską (prosciutto di Parma), ocet balsamiczny (aceto balsamico) czy słynne mortadele z Bolonii i Modeny. Spróbować trzeba też z pewnością musującego wina lambrusco, tortellini czy wyjątkowej szynki culatello di Zibello, typowej dla prowincji Parma. Do wszystkiego pasuje piadina (piada), tutejszy rodzaj pieczywa, przypominający cienki placek. To nie przypadek, że w Modenie znajduje się jedna z najlepszych restauracji świata – „Osteria Francescana” Massima Bottury. Funkcję stolicy regionu pełni blisko 400-tysięczna Bolonia, nazywana zresztą grassa („tłusta”), bo jest istną królową smaku. Pod arkadami, które ciągną się tu kilometrami, działają liczne knajpki, salumerie, targi.

 

DŁUGOWIECZNI SARDYŃCZYCY

Błękitne Strefy (Blue Zones) to miejsca, gdzie ludzie żyją najdłużej na świecie. To im poświęcił swoją książkę z 2008 r. The Blue Zones: Lessons for Living Longer From the People Who've Lived the Longest Amerykanin Dan Buettner. Do tych zaledwie pięciu niezwykłych obszarów na naszym globie zalicza się włoska Sardynia. Mieszkańcy wnętrza wyspy – regionu Barbagia – żyją bardzo długo. Co szczególnie zaskakuje, długowieczni są tutejsi mężczyźni.

Sardyńczycy to ludzie niewysocy, mnóstwo czasu spędzają na świeżym powietrzu, w ruchu. Zajmują się m.in. hodowlą owiec. Barbagia jest górzysta, poruszanie się po niej wymaga więc nieco wysiłku. Wyspiarze jedzą prosto i korzystają z produktów, które sami wytwarzają. Każdy pasterz robi sery, ma pod dostatkiem mleka owczego i koziego, a także mięsa, leśnych owoców i ziół. Między pastwiskami rozciągają się winnice, a wino produkuje się choćby na własny użytek. To najsłynniejsze, czerwone nazywa się cannonau.

Na sardyński przepis na długowieczność składają się zatem ruch, świeże powietrze, proste jedzenie i lampka wina dziennie. Do tego należy z pewnością dodać jeszcze kilka rzeczy. Dla Sardyńczyków bardzo ważni są przyjaciele i rodzina, bo czas trzeba spędzać z ludźmi. Wyspa uczy również pokory – rządzi na niej przyroda, to ona karmi, daje i odbiera. Nie bez znaczenia pozostają też brak pośpiechu i ciągłego stresu, tak charakterystycznych dla współczesnej cywilizacji, i solidna dawka słońca.

 

NATURALNA KUCHNIA

Jakiś czas temu na świecie rozpoczęła się moda na zwalnianie. Zaczęło się od ruchu slow food popularyzującego jedzenie potraw przygotowywanych lokalnie, według tradycyjnych przepisów, z naturalnych produktów i składników wytwarzanych w danym regionie. Organizacja o tej właśnie nazwie (Slow Food), dziś o światowym zasięgu, została założona w mieście Bra w Piemoncie w 1986 r. przez krytyka kulinarnego Carla Petriniego. Miała stanowić reakcję na otwarcie kolejnej restauracji sieci McDonald’s w zabytkowej części Rzymu.

Dzięki rozwojowi tej idei w całych Włoszech powstają Mercati della Terra, na których swoje produkty sprzedawać mogą małe firmy zweryfikowane i wybrane przez organizację. Liczy się dobra, zdrowa żywność, bioróżnorodność, lokalność. Obecnie takich miejsc w całym kraju jest 36. Więcej informacji na ich temat znajdziemy na stronie internetowej www.fondazioneslowfood.com.

We Włoszech zakłada się także coraz więcej ekowiosek, gdzie w trakcie kilkumiesięcznego pobytu można nauczyć się np. ekologicznego uprawiania warzyw i owoców. Poza tym działają również Grupy Zakupu Solidarnego (Gruppi di Acquisto Solidale – GAS), które współpracują z lokalnymi ekorolnikami i niewielkimi producentami żywności. Hasło slow spodobało się bardzo i z czasem zaczęło pojawiać się w wielu różnych dziedzinach życia. Dziś istnieją już takie idee jak slow life i slow travel, slow design czy slow garden.

INNE PODRÓŻOWANIE

Można się zastanawiać, czy w dobie szybkich wycieczek, manii fotografowania wszystkich i wszystkiego oraz zaliczania kolejnych atrakcji z listy ruch slow travel ma rację bytu. Termin ten nie oznacza jedynie powolnego podróżowania, ale jego interpretacja często różni się w zależności od kraju i regionu.

                We Włoszech ten sposób odpoczywania i zwiedzania nie jest tylko hasłem reklamowym biur podróży. Włosi rozumieją go jako uważne poznawanie i intensywne odczuwanie. Dla nich czas ma znaczenie podrzędne, liczy się jakość. W podróży nie jest zatem ważne samo odhaczanie kolejnych punktów z długiej listy atrakcji, jej istotę stanowi bycie tu i teraz, przeżywanie chwili, a to oznacza nieraz pójście w drugą stronę niż wszyscy, wyjście poza schemat.

Przykładem wypraw w stylu slow travel mogą być wycieczki dawnymi szlakami pielgrzymkowymi. Znajduje się ich we Włoszech ponad 300. Trasy te zostały zrewitalizowane. Można nimi podróżować przez północne i środkowe regiony kraju, kilka z nich wiedzie również przez południe Italii oraz Sycylię i Sardynię.

Via Francigena to średniowieczny szlak prowadzący z Canterbury w Anglii do Rzymu. Dawniej wędrowali nim pielgrzymi, kupcy czy duchowni. Mijali angielskie pola, francuskie winnice, pokonywali alpejskie przełęcze. Dziś Droga Franków stała się znowu popularna. Wyprawa tym pielgrzymkowym szlakiem to świetna okazja nie tylko do zadumy, ale także spotkania z drugim człowiekiem, przyrodą, historią i kulturą. Można ją rozpocząć w różnych punktach na trasie. Fragmenty Via Francigena są naprawdę nieźle oznakowane, czym zajmują się często lokalne stowarzyszenia, które oferują też pomoc w przejściu danego odcinka. Czasem trzeba przejść wartki strumień czy wspinać się górskim traktem. Przed wyruszeniem w drogę należy zatem odpowiednio się przygotować.

Na Sardynii znajdziemy z kolei Cammino di Santu Jacu. Przez wyspę pielgrzymowali wierni zmierzający do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w Galicji w Hiszpanii. Szlak biegnie przez interior, gdzie latem temperatury bywają nie do zniesienia. Ma łącznie ok. 1250 km. Wędrówkę najlepiej rozpocząć w Cagliari, Porto Torres, Olbii, Oristano lub na pobliskich wyspach San Pietro czy Sant’Antioco. Poza tym na Sardynii jest jeszcze jeden interesujący szlak – Cammino 100 Torri (1231 km). Wiedzie on wzdłuż wybrzeża, a główne jego punkty wyznacza 107 wież.

Bardzo dużo na temat slow travel i Via Francigena można dowiedzieć się w czasie Slow Travel Fest, wydarzenia organizowanego od czterech lat w Toskanii. Składa się na nie kilka imprez przygotowywanych w różnych lokalizacjach w czerwcu i wrześniu. Ostatnią edycję poświęcono m.in. rodzinnym wędrówkom Drogą Franków wśród bujnej przyrody i zamków w historycznym rejonie Lunigiana oraz wspinaczce i górskim wyprawom w okolicach Camaiore i Alp Apuańskich. Najważniejsza, trzydniowa część, która zamykała całe wydarzenie, odbyła się w klimatycznych, zabytkowych miejscowościach Abbadia a Isola i Monteriggioni. Slow Travel Fest to najlepsza okazja, aby zapoznać się ze sposobem podróżowania Via Francigena (nie musimy decydować się jedynie na pieszą wycieczkę, możemy wybrać również eksplorację jaskiń, rajd rowerowy czy spokojny rafting na pięknej rzece Elsa). Więcej informacji o tym interesującym festiwalu zdobędziemy pod adresem www.slowtravelfest.it.

 

LECZNICZE WODY

Italia usiana jest wulkanami, tak aktywnymi, jak wygasłymi. Nie stanowią one jednak jedynie źródła zagrożenia. Półwysep Apeniński zawdzięcza im swoją urodzajną ziemię, urozmaicone ukształtowanie terenu i liczne wyspy w jego okolicach, a także występowanie wód termalnych. Te ostatnie mają wiele dobroczynnych właściwości, zarówno dla ciała, jak i duszy. We Włoszech znajduje się mnóstwo gorących źródeł. Rozmieszczone są od Lombardii na północy kraju przez Emilię-Romanię, Toskanię i Lacjum aż po Kampanię, Sycylię i Sardynię.

                Wyspa Ischia, położona na Morzu Tyrreńskim w Zatoce Neapolitańskiej, nazywana bywa największym naturalnym spa w Europie. Dzięki wygasłemu wulkanowi Epomeo (ok. 790 m n.p.m.) powstało na niej ponad 100 źródeł termalnych o leczniczych właściwościach. Temperatura wody waha się od 28 do 40°C. Tutejsze komfortowe ośrodki spa oferują gorące okłady z błota pochodzenia wulkanicznego z wysoką zawartością soli mineralnych, inhalacje i aerozole. Kto by się nie skusił...

Na Vulcano, jednej z Wysp Liparyjskich (Eolskich) u wybrzeży Sycylii, leży błotne jezioro podgrzewane przez czynny wulkan. Ze względu na dużą zawartość siarki w błocie okłady z niego działają kojąco, a skóra po takiej kuracji staje się jedwabiście gładka i bardziej elastyczna. Zaleca się, aby nie przesiadywać w jeziorze dłużej niż 25 minut. Po takiej kąpieli koniecznie trzeba wziąć prysznic lub choćby opłukać się w morzu. Charakterystyczny zapach siarki dość długo utrzymuje się na skórze, więc im szybciej ją obmyjemy, tym lepiej. Przy korzystaniu z gorących źródeł trzeba też pamiętać o zdjęciu biżuterii przed zanurzeniem się, gdyż może się ona zniszczyć w wyniku reakcji chemicznych zachodzących podczas kontaktu metalu z nasyconą minerałami wodą.

Trzy znakomite termy znajdują się w lombardzkim Bormio, niewielkim, średniowiecznym miasteczku położonym na alpejskim zboczu góry Reit (3075 m n.p.m). To Terme Bagni Vecchi, Terme Bagni Nuovi i Bormio Terme. Bardzo interesująco prezentują się szczególnie te pierwsze. Prócz korzystania z dobroczynnego wpływu tutejszej wody (jej temperatura wynosi ok. 40°C) można w nich podziwiać spektakularny widok na ośnieżone szczyty Dolomitów.

Toskania dzięki wygasłemu wulkanowi Amiata (1738 m n.p.m.), który dominuje w krajobrazie środkowo-południowej części regionu, szczyci się mnóstwem term. W wielu jej miasteczkach zbudowano wokół gorących źródeł wygodną infrastrukturę. Znajdziemy również takie, z których można korzystać zupełnie za darmo.

Termy koło miejscowości Saturnia w gminie Manciano to najbardziej znany tego typu obiekt w Toskanii. Jest wręcz zjawiskowo piękny. Woda o stałej temperaturze 37,5°C wypływa z miejsca zwanego Cascate del Mulino i wypełnia położone niżej baseny trawertynowe z prędkością ok. 500 l/s, co sprawia, że są one zawsze czyste. Z term można korzystać przez okrągły rok, amatorów kąpieli nie brakuje nawet w zimie.

W pobliżu Monticiano w prowincji Siena leżą najmniejsze i prawdopodobnie najrzadziej odwiedzane źródła w regionie – Terme di Petriolo. Woda termalna u ujścia ma ponad 42°C, niżej, w kolejnych basenach, ochładza się do 37°C. Charakteryzuje się bardzo wysoką zawartością siarki i węgla. Niedaleko przepływa rzeka, do której można wejść, żeby spłukać się i schłodzić.

W Bagno Vignoni, prześlicznej osadzie w gminie San Quirico d’Orcia, zamiast placu znajduje się duży basen z wodą termalną, jednak nie wolno się w nim kąpać. Aby skorzystać z gorących źródeł, należy udać się nieco poniżej miejscowości. U ujścia woda osiąga 52°C. W pobliskiej sadzawce ma ok. 26°C, kąpiel w niej w upalne dni przynosi więc przyjemne uczucie orzeźwienia.

Osada Bagni San Filippo w gminie Castiglione d’Orcia może pochwalić się jednymi z najpiękniejszych term w Toskanii. Są one nieco ukryte w lesie. W najwyższych basenach Fosso Bianco bogata w siarkę, wapń i magnez woda osiąga temperaturę 48°C, w niższych się ochładza. Kąpiele, okłady z błota i inhalacje wspomagają leczenie schorzeń układu oddechowego i nerwowego oraz uszu, chorób zwyrodnieniowych stawów i dermatoz.

Na koniec warto wymienić toskański kompleks Grotta Giusti w mieście Monsummano Terme. Tutejszą jaskinię odkryto dopiero na wiosnę 1849 r., gdy robotnicy wykonujący prace na terenie posiadłości rodziny Giustich znaleźli wejście do podziemnej komory. Nikt wówczas nie przypuszczał, jakie lecznicze właściwości kryje. Gdy jednak jeden z robotników dzięki gorącej parze uwolnił się od wieloletnich bólów stawów, wieść szybko się rozeszła i grotę zaczęto badać. Wkrótce udowodniono, że pobyt w jaskini z podziemnym jeziorem termalnym pomaga w przypadku wielu dolegliwości. Gorąca para sprawia, że ciało staje się cieplejsze, bardziej elastyczne, krew płynie szybciej, zwiększa się zdolność do naturalnej regeneracji, poprawia się funkcjonowanie układu mięśniowo-szkieletowego i sercowo-naczyniowego, z organizmu usuwane są toksyny. Dziś Grotta Giusti jest miejscem znakomicie przygotowanym na przyjęcie osób pragnących korzystać z jej uroków i dobroczynnych właściwości. W eleganckiej willi z XIX w., która została odrestaurowana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, mieści się luksusowy hotel. W 2017 r. kompleks zdobył prestiżową nagrodę przyznawaną dla najlepszych spa na świecie (World Spa Awards 2017).

 

DLA WTAJEMNICZONYCH

Włosi mają mnóstwo pięknych miejscowości. W tym kraju skarby architektury i sztuki oraz wspaniałe krajobrazy znajdziemy na całym Półwyspie Apenińskim i na niemal wszystkich włoskich wyspach. Ograniczanie się jedynie do odwiedzin w kilku najbardziej znanych miastach nie będzie zatem konieczne.

We Włoszech funkcjonuje od 2001 r. stowarzyszenie I Borghi più belli d’Italia, które co roku ogłasza listę 20 najpiękniejszych miasteczek w Italii, po jednym z każdego regionu. Trafienie do tego grona jest ogromnym wyróżnieniem i nobilitacją. Na stronie organizacji (www.borghipiubelliditalia.it) znajdują się wszystkie wybrane do tej pory miejscowości. Pogrupowano je według regionów, co znacznie ułatwi planowanie włoskiej podróży. Stowarzyszenie wydaje także swój obszerny przewodnik, w którym miasteczka te zostały bardzo dokładnie opisane i opatrzone wszelkimi przydatnymi informacjami. Dzięki niemu można poznać najważniejsze fakty historyczne i miejscowe atrakcje. Niezmiernie cenne są wskazówki na temat lokalnych dań i produktów oraz daty istotnych wydarzeń, świąt czy festiwali. Najnowsze wydanie na 2018 r. zawiera opisy 279 miejscowości.

 

SANKTUARIUM NA WZGÓRZU

Orta San Giulio w Piemoncie to jedno z najbardziej romantycznych włoskich miasteczek. Centrum historyczne jest zamknięte dla ruchu kołowego, w wąskie uliczki wjazd ryzykują jedynie sklepowi dostawcy czy budowlańcy. Główny plac – Piazza Motta – stanowi miejsce spotkań i wydarzeń kulturalnych. Wznosi się przy nim Palazzo della Comunità (lub Broletto) wsparty na arkadach.

Z miejscowości rozpościera się wspaniały widok na położoną nieopodal wysepkę San Giulio (Isola di San Giulio). Do naszych czasów przetrwała wzniesiona na niej bazylika z XII stulecia. W niedzielę i święta można tu wysłuchać w trakcie mszy chóru sióstr benedyktynek. Eleganckie motorówki w sezonie odpływają na wyspę średnio co 15 minut.

Nad miasteczkiem góruje Sacro Monte di Orta, sanktuarium założone w 1590 r. i poświęcone św. Franciszkowi z Asyżu. Na jego terenie znajduje się 20 kapliczek z realistycznymi rzeźbami i freskami. Ze wzgórza, na którym leży kompleks, rozciąga się cudowny widok na jezioro Orta, a także wyspę San Giulio. W 2003 r. Sacro Monte di Orta wraz z innymi ośmioma podobnymi obiektami wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako tzw. Sacri Monti w Piemoncie i Lombardii).

 

W REJONIE CINQUE TERRE

Spośród pięciu miasteczek Cinque Terre w Ligurii stowarzyszenie uhonorowało Vernazzę, położoną między Monterosso al Mare a Corniglią. Faktycznie, jest wyjątkowo piękna, a jej charakterystyczne, kolorowe kamienice naruszone zębem czasu, noszące ślady działania morskich wiatrów, słonej wody, deszczu i wysokich temperatur są jednym z najczęstszych motywów na pocztówkach z tego regionu. Latem można się tutaj kąpać w ciepłym Morzu Liguryjskim. W okolicy rozciąga się niewielka, piaszczysta plaża i długie, kamieniste wybrzeże. Po zwiedzeniu miasteczka, przechadzce deptakiem i zajrzeniu do zamku Doriów warto ruszyć na szlak pieszy do Monterosso. Gdy po pokonaniu kilkudziesięciu metrów obejrzymy się za siebie, ujrzymy jeden z najwspanialszych widoków w Cinque Terre. Naszym oczom ukaże się panorama Vernazzy. Wędrówka szlakiem między miasteczkami zajmuje od 1,5 do 2 godz. Trasa jest średnio wymagająca i wąska, ale niezmiernie malownicza.

 

BARWNE MURALE

Może się wydawać, że niewielka Dozza koło Bolonii to tylko kilka uliczek i zamek Sforzów, jednak spacer po niej stanowi niecodzienne przeżycie. Na ścianach tutejszych domów powstało ponad 100 niezwykłych murali. Są kolorowe, wesołe, fantazyjne albo realistyczne. Od wielu lat do miasteczka zaprasza się artystów z całego świata, którzy pragną pozostawić w nim swój ślad. We wrześniu w lata nieparzyste odbywa się tu Biennale del Muro Dipinto (od 1965 r.). Autorem jednego z murali jest polski twórca. Poza tym Dozza to raj dla miłośników kuchni Emilii-Romanii i wina. W zamkowych piwnicach znajduje się znakomita enoteka (Enoteca Regionale Emilia Romagna). Wszystkie najlepsze wina z regionu można w niej kupić po cenach producentów. W lokalu organizuje się degustacje, a świetnie przygotowana obsługa doradza klientom, co wybrać. Warto wiedzieć, że na początku maja odbywa się tutaj festiwal wina (Dozza. Il Vino è in festa!) i że to stąd pochodzi słynne białe wino Romagna Albana DOCG (Denominazione di Origine Controllata e Garantita).

 

WŚRÓD KWIATÓW

Osobom planującym wakacje w Lombardii zazwyczaj nie przychodzi od razu na myśl jezioro Iseo. Tymczasem jego okolica wygląda naprawdę czarująco. Wokół Iseo leżą piękne miasteczka (w tym Lovere, wyróżnione przez stowarzyszenie I Borghi più belli d’Italia), a jego taflę zdobi kilka wysepek. Największa z nich (o powierzchni ok. 12,7 km²), Monte Isola, jest także największą zamieszkałą wyspą na jeziorze w Europie (żyje na niej na stałe blisko 1,8 tys. osób). Dotrzeć można na nią promem, który kursuje wiele razy dziennie. Na Monte Isola warto wejść na jej najwyższy punkt (Santuario della Madonna della Ceriola – 600 m n.p.m.) i przespacerować się przez kolejne wioski, winnice i gaje oliwne.

Na wyspie wciąż działa zakład wytwarzający sieci rybackie, a w wodach jeziora występuje wiele gatunków ryb. Raz na pięć lat odbywa się tu festiwal kwiatów (kolejny będzie miał miejsce w 2020 r.). Przygotowania do Festa di Santa Croce (Festa dei Fiori di Monte Isola) trwają nawet dwa lata, ponieważ kwiaty robi się ręcznie z papieru. Może się to wydawać kiczowate, ale tylko dla kogoś, kto nie brał udziału w tym święcie. Wszystkie kwiaty są wykonane z ogromną precyzją i wyglądają zupełnie jak ich żywe odpowiedniki. Miejscowi uczą się je robić od dziecka. Historia festiwalu sięga pierwszej połowy XIX stulecia, gdy w wioskach położonych nad jeziorem szerzyła się epidemia cholery. Najwięcej ludzi umierało z powodu choroby na wyspie Monte Isola. Zrozpaczeni mieszkańcy modlili się do Świętego Krzyża (Santa Croce), obiecując zorganizowanie uroczystości na jego cześć, jeśli tylko zaraza ustanie. Epidemia się skończyła, a miejscowi, zgodnie z obietnicą, co pięć lat w okolicy 14 września, kiedy obchodzi się święto Podwyższenia Krzyża Świętego, urządzają festiwal kwiatów. Gdy schodzi się wtedy z promu w położonej na wyspie miejscowości Carzano, trudno uwierzyć, że ktoś nie wziął czarodziejskiej różdżki i nie przeniósł nas do magicznej krainy. Kwiatów są setki tysięcy, a pachnące świerkowe gałęzie migoczą kolorowymi lampkami.

 

DOMY NA SKALE

Już z daleka rzuca się w oczy wielki monolit z wulkanicznego tufu położony na wzgórzu. Wyrasta na nim Pitigliano z domami nie odbiegającymi kolorem od skały. Tu niegdyś wznieśli swoją osadę Etruskowie. Walory obronne miejsca docenili również starożytni Rzymianie i kolejno osiedlający się w nim ludzie. Mieszkanie na tufie ma swoje zalety. Krążąca w skale woda z czasem drąży w niej tunele i jaskinie. Ludzie znakomicie wykorzystali je na studnie, grobowce, piwnice czy magazyny. Sami także wydrążali kolejne pomieszczenia. Wielką zaletą jest panująca tutaj stała temperatura.

W XIII w. na skale stanęła Katedra św. Piotra i Pawła (Cattedrale dei Santi Pietro e Paolo). Jej dzwonnica odgrywała rolę wieży obserwacyjnej. Rozpoczęto też przebudowę Palazzo Orsini, którą ostatecznie ukończono mniej więcej trzy wieki później. Pod koniec XV stulecia w Pitigliano gruntownie odrestaurowano Kościół św. Marii i św. Rocha (Chiesa di Santa Maria e San Rocco), a następnie wzniesiono cytadelę (Fortezza Orsini) i akwedukt Medyceuszy (złożony z 2 wielkich łuków i 13 mniejszych). Toskańskie miasto, podobnie jak sąsiednie Sorano i Sovana również wybudowane na tufie, systematycznie się osypuje, jednak ma niezaprzeczalny urok. Jego widok robi ogromne wrażenie na każdym.

 

Z WIDOKIEM NA ALBANIĘ

Otranto to dziś spokojne miasteczko Apulii z piaszczystymi plażami i krystalicznie czystym morzem. Jest idealnym miejscem na letnie wakacje. Za murami obronnymi znajduje się zabytkowe centrum z aragońskim zamkiem (Castello Aragonese di Otranto), wąskimi uliczkami i katedrą z pięknymi mozaikami (Cattedrale di Santa Maria Annunziata). Otranto było niegdyś ważnym portem morskim i przeżyło najazd osmańskich Turków w latach 1480–1481. We wspomnianej świątyni pod ołtarzem zebrano ludzkie czaszki i kości. Należą do 813 męczenników (tzw. Martiri di Otranto), którzy 14 sierpnia 1480 r. zostali pozbawieni głowy, ponieważ odmówili przejścia na islam. Miasteczko jest kwintesencją śródziemnomorskiej osady. Przy dobrej widoczności dostrzeżemy z niego Albanię i Grecję.

 

SYCYLIJSKA ATMOSFERA

Cefalù leży wokół charakterystycznej skały (tzw. Rocca di Cefalù), którą widać już z daleka. Nie sposób pomylić go z jakimkolwiek innym miasteczkiem Sycylii. Fale zaciekle rozbijają się tu o skaliste brzegi. Ten niesamowity spektakl natury można podziwiać z tarasów widokowych bądź jednej z miejscowych restauracji. Na skałę górującą nad Cefalù prowadzi szlak, którym warto się wspiąć. Na szczycie znajdują się pozostałości twierdzy i starożytnej świątyni Diany z IX w. p.n.e. (Tempio di Diana).

Spośród zabudowań miasteczka najbardziej wyróżnia się normańska katedra (Duomo di Cefalù). Plac przed nią, Piazza del Duomo, zwykle jest gwarny i wesoły, dookoła działają knajpki, lodziarnie i kawiarnie. Niezaprzeczalnie jednak wielki atut Cefalù stanowi plaża – długa, piaszczysta, ciągnąca się wzdłuż rybackich domów. Koniecznie trzeba się tutaj wybrać do jednej z pobliskich lodziarni na sycylijski przysmak, czyli lody w słodkiej bułce (brioche con gelato). Najlepiej poprosić, aby podali nam je con panna – „z bitą śmietaną”.

W miasteczku warto wyruszyć na spacer jego uliczkami, obejrzeć miejscową ceramikę i pamiątki, zjeść coś w jednej z licznych restauracji. Pomimo całkiem sporej liczby turystów zwiedzanie Cefalù może być wielką przyjemnością. Obowiązkowo należy również zostać w nim na widowiskowy zachód słońca.

 

 

WYSEPKA ŚW. PIOTRA

Koło południowo-zachodnich brzegów Sardynii leży malutka wyspa San Pietro (należąca do archipelagu Sulcis) z prześlicznym miasteczkiem Carloforte. Ponoć św. Piotr zatrzymał się tu podczas sztormu, gdy wracał do Rzymu z Afryki. Tak tłumaczy się nazwę wyspy. Sama miejscowość ma charakter na wskroś śródziemnomorski.

San Pietro szczyci się kameralnymi plażami, niewielkimi zatoczkami i wspaniałą przyrodą. Woda wokół jest krystalicznie czysta, a klifowe brzegi są oazą dla ptaków. Życie w Carloforte od zawsze było związane z morzem i połowami tuńczyka. Od kilkunastu lat w maju odbywa się tutaj międzynarodowy konkurs kulinarny na dania z tej ryby (Girotonno), w którym także publiczność może głosować na swojego faworyta.

 

SYPIĄCE SIĘ MIASTO

Krajobraz historycznej Etrurii, obejmującej m.in. północną część Lacjum, charakteryzuje nierzeczywisty pejzaż, ponury i niegościnny. Tutejsze skały wulkaniczne podlegają naturalnym procesom erozji, przez co stale się zmniejszają, sypią, zawalają. Właśnie w takiej okolicy leży Civita di Bagnoregio. Kiedy Etruskowie założyli w tym miejscu swój ośrodek ponad 2,5 tys. lat temu, spełniał on wszystkie wymogi dobrej twierdzy. Wznosił się na wysokiej skale, nikt niepostrzeżenie nie mógł się do niego dostać. Swoją pozycję miasteczko straciło w czerwcu 1695 r., gdy potężne trzęsienie ziemi odcięło je od świata. Na początku XX w. zbudowano most, który do dziś stanowi jedyną drogę do miejscowości. Niestety, procesy erozyjne powodują, że Civita di Bagnoregio nie ma szans na przetrwanie. Powierzchnia miasteczka stale się zmniejsza, domy pękają, coraz więcej zabudowań jest zagrożonych. Prowadzi się co prawda prace w celu zatrzymania osypywania się wzgórza, ale sił natury nikt nie powstrzyma. Latem Civita di Bagnoregio żyje, przyjeżdża do niej wielu turystów. Z końcem sezonu zostaje zaledwie kilku mieszkańców. Większość z nich już dawno opuściła swoje domy, przeniosła się na bezpieczny grunt. Dlatego miejscowość jest nazywana la città che muore, czyli „miasto, które umiera”.

 

EUROPEJSKIE DZIEDZICTWO

Granicząca z Apulią, Kalabrią i Kampanią Basilicata to jeden z najmniej znanych włoskich regionów, należący jednocześnie do najsłabiej zaludnionych (jedynie prawie 570 tys. mieszkańców). W najbliższym czasie będzie jednak okazja, aby się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Perła Basilicaty, kamienne miasto Matera, została wybrana Europejską Stolicą Kultury na 2019 r. Dzięki zaplanowanym licznym interesującym wydarzeniom i działaniom promocyjnym odwiedzający ją goście poznają bogatą historię i kulturę tego niezwykłego miejsca.

Matera należy do najstarszych ośrodków na świecie. Ludzie osiedlali się tutaj już ponad 10 tys. lat temu. Nie bez znaczenia było dla nich ukształtowanie terenu. W pobliżu w głębokim wąwozie płynie rzeka Gravina. Liczne naturalne groty dawały schronienie i zapewniały poczucie bezpieczeństwa.

Najstarszą i zarazem najbardziej spektakularną częścią Matery jest Sassi, którą tworzą dwie dzielnice: Sasso Caveoso i Sasso Barisano. To dla tego historycznego centrum miasta przyjeżdżają tu turyści, to na jego punkcie oszaleli filmowcy. Zabudowania Sassi wznoszą się na stromej skarpie wokół XIII-wiecznej katedry na wzgórzu (Cattedrale di Matera). To kamienne domy postawione jeden na drugim. Budowniczowie sprytnie wykorzystywali naturalne spadki i pochyłość terenu do kontroli cieków wodnych, w wykutych w skale pomieszczeniach utrzymywała się stała temperatura. Uliczki są tu wąskie, znajdziemy też mnóstwo zaułków, schodów, placów, kościołów i ogrodów. Część podziemna Sassi to szereg zbiorników o różnym przeznaczeniu oraz systemy wspomagające kontrolowanie cieków wodnych.

W latach 50. XX w. tutejsi mieszkańcy byli przymusowo wysiedlani do nowych domów na przedmieściach Matery. Na powrót do Sassi zezwolono im 30 lat później, ale pod warunkiem wykonania kapitalnego remontu z zachowaniem spójności stylistycznej historycznego centrum miasta. Nie wszyscy mogli sobie na to pozwolić, dlatego znaczna część budynków nadal jest opuszczona. W niektórych z nich działają klimatyczne hotele. Największy rozgłos przyniósł tej 60-tysięcznej miejscowości film Pasja w reżyserii Mela Gibsona (2004). Właśnie w Materze kręcono sceny do tej produkcji.

 

RUCH TO ZDROWIE

Włosi kochają spędzać czas na plaży i uprawiać wszelkie możliwe sporty wodne, uwielbiają również górskie wędrówki, wspinaczkę czy jazdę na rowerze. Osoby lubiące różnego rodzaju aktywności poczują się tu więc jak w raju.

Miłośników rozległych przestrzeni powinny zainteresować wyprawy konne. Malownicze okolice odpowiednie na takie wycieczki znajdziemy w całych Włoszech, ale szczególnie warte odwiedzenia miejsca stanowią Sardynia, Toskania czy Elba (największa w archipelagu Wysp Toskańskich). Na końskim grzbiecie można tu przemierzać szlaki górskie lub plaże o zachodzie słońca.

Zimą w Italii królują sporty związane ze śniegiem. Najlepsze warunki do jazdy na nartach i snowboardzie panują w północnej części kraju. W Dolomitach i Alpach działają jedne z najpopularniejszych w Europie ośrodków narciarskich. Trasy zjazdowe są znakomicie przygotowane, na stoki dowożą chętnych liczne autobusy, a zaplecze hotelowo-gastronomiczne jest bardzo rozbudowane. Jednak ze względu na ciągnący się wzdłuż całego półwyspu łańcuch Apeninów (ponad 1,2 tys. km długości) szusować można praktycznie w całych Włoszech, choć infrastruktura do tego przeznaczona w pozostałych rejonach bywa znacznie skromniejsza.

Aktywnych turystów przyciąga Trydent-Górna Adyga (Trentino-Alto Adige). Sezon na lodowcach (np. w okolicy Val Senales) trwa właściwie od września do czerwca. Jednym z najpiękniejszych i najlepiej przygotowanych regionów narciarskich jest Val Gardena, stolica Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim. Każdy znajdzie tu trasy o odpowiednim dla siebie stopniu trudności. W lokalach działających na stokach serwuje się pyszne dania lokalnej kuchni.

W obszarze Alp warto odwiedzić też Courmayeur w Dolinie Aosty (Valle d’Aosta), prestiżowy ośrodek narciarski położony u stóp masywu Mont Blanc (wł. Monte Bianco), którego francuskim odpowiednikiem jest Chamonix-Mont-Blanc. Trasy w tej okolicy są doskonałe. Szczególną sławą cieszy się ta w Vallée Blanche. Nową atrakcję w tym rejonie, zainaugurowaną w czerwcu 2015 r., stanowi kolejka gondolowa Skyway Monte Bianco (można nią wjechać na górną stację Punta Helbronner – 3466 m n.p.m.). Latem przyjeżdżają tutaj głównie alpiniści, którzy wspinają się na słynną Białą Górę, najwyższy szczyt Alp i Europy.

Wydanie jesień-zima 2018

Madagaskar rozkochuje w sobie

JUSTYNA RYBAK

<< Gdy wyobrażamy sobie Madagaskar, częściej widzimy scenerię przygód nowojorskiego lwa Aleksa z popularnego filmu animowanego wytwórni DreamWorks niż czwartą co do wielkości wyspę na naszej planecie leżącą na Oceanie Indyjskim. Większość z nas raczej nie słyszała o tutejszych kopalniach szafirów, nielegalnym wyrębie lasów czy też zamachu stanu z 2009 r. Z drugiej strony Madagasikara, jak o swoim kraju mówią Malgasze, to kraina nie z tego świata, jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi, w którym zakochałam się natychmiast, podobnie zresztą jak kilkaset lat temu Maurycy Beniowski, a później Arkady Fiedler. Tu wciąż jeszcze lemury beztrosko igrają w koronach drzew, drogi są nieprzejezdne po deszczach, a wiara w tabu miesza się z nowoczesnym stylem życia. >>     

Więcej…

Botswana – safari dla wybranych

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

<< Aby uczestniczyć w prawdziwym safari, trzeba pojechać do Afryki. Jednak by spotkać się oko w oko z dzikimi zwierzętami w środku buszu, nie w rezerwacie pokazowym i bez tłumu turystów dookoła nas, można wybrać się jedynie do kilku krajów na Czarnym Lądzie. Do jednych z najciekawszych z nich należy bez wątpienia Botswana, która oferuje turystom wiele wspaniałych atrakcji turystycznych, choćby kryształowe wody delty rzeki Okawango, Park Narodowy Chobe z ogromną populacją słoni czy pustynne krajobrazy Kalahari. >>

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Park Narodowy Chobe

 

Republika Botswany uzyskała niepodległość 30 września 1966 r. i właśnie tego dnia Botswańczycy obchodzą dziś swoje święto narodowe. Wcześniej jej tereny pod nazwą Protektoratu Beczuany (Bechuanaland Protectorate) były brytyjską kolonią. Stolica państwa, Gaborone, znajduje się niedaleko granicy z RPA. Tuż za tym ponad 230-tysięcznym miastem zaczyna się kotlina Kalahari, zajmująca znaczną część botswańskiego terytorium.

Więcej…