ROBERT PAWEŁEK

www.travelcompass.pl

 

« Wietnam to kraj pełen kontrastów: zatłoczony i hałaśliwy, ale też cichy i subtelny. Niektórzy turyści już po jednej podróży darzą go miłością wielką i uzależniającą, inni zarzekają się, że ich noga więcej w nim nie postanie. Jeśli ktoś wybiera się tu po raz pierwszy, niech otworzy szeroko oczy i serce i pozwoli działać urokowi tej krainy smoka. »

 

Z góry terytorium kraju rzeczywiście przypomina swoim kształtem legendarnego gada z otwartą paszczą, choć niektórzy mówią, że wygląda raczej jak bambusowy drąg z koszami ryżu zawieszonymi na obu końcach. Tak naprawdę nie ma jednego Wietnamu. To kraina o s twarzach, różnorodnej kuchni i kulturze, naznaczona wielowiekowymi podziałami. Nawet pogoda jest tutaj bardzo zróżnicowana. Kiedy na południu w Ho Chi Minhie słońce pali niemiłosiernie, na północy w Hanoi czasem trzeba zakładać swetry. Północny i południowy kraniec terytorium Wietnamu dzieli mniej więcej 1,7 tys. km, najmniejsza odległość między wschodnią i zachodnią granicą wynosi zaledwie ok. 50 km. A jednak bez trudu odkryjemy, co łączy mieszkających w tym kraju ludzi. To zamiłowanie do pięknej przyrody, pracowitość, przywiązanie do rodziny i tradycyjnych wartości. Wietnamskie społeczeństwo wyrosło na gruncie konfucjanizmu. Jednostka uważana w nim jest za część większej całości. Aby ten organizm sprawnie działał, ludzie muszą ze sobą współpracować i wzajemnie się uzupełniać. 

 

W skali świata Wietnam może poszczycić się kilkoma wyjątkowymi atrakcjami. Są tu największe jaskinie na ziemi (Sơn Đoòng), niepowtarzalna zatoka Hạ Long czy unikatowy system tuneli pod Ho Chi Minhem (do 1976 r. funkcjonującym pod nazwą Sajgon), wykopanych rękami tysięcy Wietnamczyków i służących za schronienie podczas wojny z Amerykanami (1955–1975). Kto będzie podążał utartymi szlakami, niechybnie wpadnie jednak w sidła masowej turystyki. Jest to nieuniknione w kraju przyjmującym miliony turystów (w 2018 r. Wietnam odwiedziło ok. 15,5 mln zagranicznych gości), rozwijającym sieć lotnisk i hoteli. Ale zawsze można bezpiecznie zboczyć z głównych traktów, dać się skusić zapachowi lokalnych potraw z ulicznych garkuchni czy wynająć skuter i ruszyć, gdzie oczy poniosą… Dobry plan na wyprawę będzie wymagał właściwego wyboru miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Pamiętajmy, że tej perły Indochin nie zwiedzimy podczas jednej wizyty. Co zatem powinniśmy wybrać: imponujące miasta i buddyjskie świątynie, parki narodowe czy rajskie wybrzeże z setkami malowniczych wysepek? Oto garść moich propozycji na pełne wrażeń wakacje w Wietnamie. 

 

WEWNĄTRZ RZEKI

Podróż warto zacząć od wietnamskiej stolicy, Hanoi, która robi duże wrażenie. Chaos i wszechobecny tłok na ulicach stanowi tu normę, ale ta ośmiomilionowa metropolia przepełni każdego swoją energią. Urzeka w niej też zaradność i pracowitość jej mieszkańców. Wystarczy spojrzeć na ulicę – wszędzie do późnych godzin działają małe biznesy. Każda chwila jest dobra, żeby sprzedawać gadżety, perfumy, eleganckie torebki czy elektronikę, choć większość artykułów to podróbki. Z punktu widzenia turysty Hanoi to znakomite miejsce – można stąd wyruszyć na zwiedzanie właściwie wszędzie. Pogoda, jak na całej północy kraju, bywa w tej okolicy zmienna. W styczniu nie należy spodziewać się tropików (średnia temperatura w tym miesiącu wynosi mniej więcej 16,5°C), za to warto mieć przy sobie bluzę z polaru. Pobyt w Hanoi będzie także lekcją przetrwania. Szaleni motocykliści gnają tu na złamanie karku, jakby od tego pędu zależało całe ich życie. Przejście przez skrzyżowanie stanowi prawdziwy wyczyn. Trzeba uważać również na rowery i… taksówkarzy naciągaczy, którzy tylko czekają, aby zawieźć nas do innego, bardziej oddalonego hotelu o tej samej nazwie. Jednak te niedogodności tylko dodają temu miejscu magii. Wszystko wydaje się nowe i egzotyczne – kolorowe stragany, tłumy na ulicach, ciągły, jakby sam się napędzający ruch. 

 

Dzisiejsza stolica wielokrotnie zmieniała nazwę. Jako Hanoi, co znaczy „wewnątrz rzeki”, funkcjonuje od 1831 r. Niektórzy mówią, że życie toczy się tutaj nisko, przy samej ziemi. Jednak gdy podnieść głowę, widać wzbijające się w niebo strzeliste wieżowce, rosnące jak grzyby po deszczu, i kolejne przedmieścia przyklejające się do stolicy. Hanoi jak żadne miasto w Azji Południowo-Wschodniej łączy w sobie historię i nowoczesność. Zdecydowanie wygrywa też rywalizację o największą liczbę atrakcji w Wietnamie. Można w nim spędzić kilka dni na włóczeniu się ulicami historycznego centrum, odwiedzaniu licznych muzeów czy robieniu szalonych zakupów i ani razu się nie nudzić. Sklepy w starym Hanoi (Old Quarter) kuszą artykułami turystycznymi znanych marek, takich jak Jack Wolfskin czy The North Face. Kurtki, plecaki i buty kosztują w nich ułamek tego, co trzeba za nie zapłacić w Europie. Niestety, podobnie jak w wielu innych stołecznych sklepach, to tylko kopie oryginałów. 

 

Na historyczną część miasta, znaną jako 36 ulic, składają się dziesiątki chaotycznie przecinających się uliczek. Właśnie w tym miejscu, nad brzegiem Rzeki Czerwonej, Hanoi wzięło swój początek. Warto odwiedzić tu Bach Ma – najstarszą w stolicy świątynię (została założona w XI w., ale jej obecne budynki są dużo późniejsze, pochodzą z XVIII i XIX stulecia), poświęconą białemu koniowi, który ukazał się jednemu z wietnamskich władców (panującemu w latach 1009–1028 Lý Thái Tổ), przejść się po moście Long Biên, wielokrotnie bombardowanym przez Amerykanów w czasie wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej), czy wybrać się nad pobliskie Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm). To ostatnie uchodzi za symboliczne centrum miasta. W jego okolicy (w Thăng Long) można obejrzeć słynny teatr lalek na wodzie. Na koniec wypada spróbować kawy po wietnamsku – cà phê trứng, wymyślonej właśnie w Hanoi, serwowanej z chłodną pianką z kogla-mogla.

Wąska uliczka w Hanoi z torami, po których jeździ pociąg niemal ocierający się o ściany domów

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

ZATOKA LĄDUJĄCEGO SMOKA

W Hạ Long, położonym ponad 150 km na wschód od stolicy, nic nie wskazuje, że za tym hałaśliwym, przeciętnym miastem kryje się cudowna zatoka. Przysłania ją gąszcz zabudowań. Zza nich wyłania się prawdziwy cud natury, od pierwszej chwili podbijający serca turystów. Nad taflą wody górują potężne formacje skalne, jakich nie ma nigdzie na świecie. To miejsce nazywane bywa też zatoką 200 wysp, choć Wietnamczycy twierdzą, że jest ich tu 1969, co ma stanowić ukłon w stronę wielkiego przywódcy Ho Chi Minha, bo liczba ta pokrywa się z rokiem jego śmierci. Efemeryczne wysepki pojawiają się i znikają zależnie od poziomu wody, więc trudno podać konkretne dane. Pochodzenie nazwy Vịnh Hạ Long, czyli Zatoka Lądującego Smoka, tłumaczy się m.in. legendą o bogach, którzy chcąc wspomóc w walce z wrogiem wietnamski lud, zesłali mu matkę smoków wraz z dziećmi. Te wypluwszy z pyska drogocenne kamienie, zamienione w wyspy, stworzyły na morzu skalną zaporę nie do pokonania.

 

Z pokładu statku płynącego po Hạ Long można podziwiać maczugi, las wapiennych kolumn sterczących ponad wodą i dziwne skalne formacje pokryte tropikalną zielenią. Ta niezwykła sceneria, w której kręcono np. filmy Kong: Wyspa Czaszki, Indochiny, a nawet Jutro nie umiera nigdy o przygodach Jamesa Bonda, zaczęła się formować 500 mln lat temu. Zatoka była raz głębokim, raz płytkim morzem czy tylko obszarem przybrzeżnym. Warto zobaczyć także wspaniałe jaskinie krasowe, podziemne groty i korytarze, wyrzeźbione w miękkich skałach wapiennych na skutek procesów erozji. W trakcie zorganizowanej wycieczki (nie można wynająć prywatnej łodzi, bo teren znajduje się pod kontrolą państwa) zwiedzimy odkrytą przez Francuzów w 1901 r. Jaskinię Niespodzianek (Hang Sửng Sốt) z naciekami przypominającymi smoki i żółwie z wietnamskiej mitologii. Zajrzymy również do pięknej groty zwanej Niebiańskim Pałacem (Động Thiên Cung), w której wedle legendy odbyło się huczne wesele smoczego księcia trwające siedem dni i nocy. Dodatkową atrakcją podczas rejsu mogą być szybkie kursy przyrządzania sajgonek, lekcje tai chi czy błogi odpoczynek na cudownych plażach.

 

KLEJNOT PÓŁNOCY

Zaledwie mniej więcej 100 km na południe od Hanoi leży prowincja Ninh Bình, szczycąca się najbardziej widowiskowymi formacjami wapiennymi w Wietnamie. Nazwa systemu grot krasowych, Tam Cốc, oznacza „trzy jaskinie” – są to Hang Cả, Hang Hai i Hang Ba. Przepływa się przez nie łodzią. Okolicę nazywa się, nieco przesadnie, lądową zatoką Hạ Long. Widok tutejszych wapiennych wzgórz jest prawdziwą ucztą dla oczu, ale nie może się równać z krajobrazem swojego morskiego odpowiednika. Uroku dodają mu ciągnące się aż po horyzont pola ryżowe w formie równiutkich pasów żółci i zieleni.

 

W okolicy czeka jednak na nas dużo więcej atrakcji. Te przyrodnicze i kulturalne wpisano w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO pod wspólną nazwą zespół krajobrazowy Tràng An. Oprócz rezerwatu przyrody znajdziemy tu pozostałości dawnej, X- i XI-wiecznej stolicy Wietnamu Hoa Lư (wstęp bezpłatny) i kompleks buddyjskich świątyń Bái Đính. Warto też odwiedzić pobliski Park Narodowy Cúc Phương i wybrać się na wędrówkę po bujnych lasach podzwrotnikowych.

 

KURORT DLA ZAKOCHANYCH

Mówi się, że Đà Lạt jest najprzyjemniejszym miastem w kraju. To zapewne prawda, jeśli wziąć pod uwagę pogodę. Đà Lạt leży na średniej wysokości ok. 1500 m n.p.m. Nazywane wietnamską stolicą zakochanych i miastem kwiatów, cieszy się umiarkowanymi temperaturami powietrza przez cały rok. Nic zatem dziwnego, że zmęczeni upałami Wietnamczycy lubią się tu chłodzić. Nad pięknym jeziorem Xuan Huong zawsze można spotkać wietnamskie pary szalejące na tandemach. Wszędzie natkniemy się także na uliczne kafejki – w końcu ten rejon słynie z wielu plantacji kawy. Za nie mniej popularny napój w tych stronach uchodzi wino, bo miejscowy klimat sprzyja uprawie winorośli. Jeśli dodać do tego liczne atrakcje turystyczne znajdujące się w samym 400-tysięcznym mieście i otaczające je piękne górskie tereny, okazuje się, że naprawdę warto zatrzymać się tu podczas podróży po Wietnamie. 

 

Đà Lạt jest stosunkowo młodym ośrodkiem. W okolicznych górach jeszcze pod koniec XIX w. leżały jedynie niewielkie wioski zamieszkane przez mniejszości etniczne. Miasto założyli Francuzi, którzy chcieli uciec od tropikalnych upałów panujących na nizinach, więc zbudowali tutaj na początku XX stulecia górski kurort. Đà Lạt stało się prawdziwą letnią stolicą Indochin w latach 30. i 40. Z tego okresu pochodzą fascynujące czarno-białe zdjęcia, na których uwieczniono klasyczne automobile zaparkowane przed kolonialnymi willami i hotelami. Przez pewien czas znajdowała się tu większość siedzib administracji kolonii, a miasto pełniło funkcję oficjalnej stolicy Indochin Francuskich (w latach 1939–1945). Okolica Đà Lạt nie ucierpiała szczególnie w trakcie wojny wietnamskiej. Przez kolejne dekady popularny ośrodek wypoczynkowy dalej się rozwijał i tak jest aż do dziś, bo turystyka napędza miejscową gospodarkę.

 

SKUTEREM DO OPERY

Ho Chi Minh stanowi obowiązkowy przystanek na trasie podróżników przemierzających Wietnam. Dostać się do niego będzie bardzo łatwo, bo między dawnym Sajgonem a resztą świata funkcjonuje ok. 70 połączeń lotniczych. Z noclegiem też nie powinno być problemu, choć standard zakwaterowania zależy od zasobności portfela turysty. Kto nie skusi się na luksusowy hotel sieci Sheraton, Le Méridien, Marriott, InterContinental czy Hyatt, ma do wyboru tańsze, skromniejsze obiekty, w tym również popularne wśród backpackerów hostele. Po mieście można poruszać się skuterem z jednej z licznych działających tu wypożyczalni. Trzeba jednak pamiętać, że ze względu na duże korki przejażdżki będą wyzwaniem. Według oficjalnych statystyk w Ho Chi Minhie jest 7,5 mln skuterów, motorowerów i motocykli, nieoficjalnie jeździ ich dwa razy więcej. Nie należy się dziwić, gdy obok przemykają na jednym jednośladzie trzy osoby, w dodatku z pakunkami. Za nic szczególnego nie uchodzi także widok elegantki w sukience i czerwonych szpilkach pędzącej na skuterze do… teatru. My też w ten sposób dotarliśmy na sztukę À Ố Show, jeden z najsłynniejszych spektakli wystawianych w operze (Saigon Opera House). Przedstawienie to jest popisem akrobatycznych umiejętności tancerzy, dorównujących poziomem artystom ze słynnego Cirque du Soleil. Poza tym przybliża widzom bogate wietnamskie tradycje i kulturę. 

 

W na wskroś nowoczesnym Ho Chi Minhie zachowało się wiele budowli przypominających o jego kolonialnej przeszłości. Należy do nich imponująca Katedra Notre-Dame, wzniesiona z marsylskich cegieł, przywiezionych prosto z Francji w drugiej połowie XIX w. W październiku 2005 r. miał zdarzyć się tutaj cud: jak opowiadają wierni, po policzkach posągu Maryi umieszczonego przed wejściem zaczęły spływać łzy. I chociaż miejscowi hierarchowie nie potwierdzili, że wydarzenie było prawdziwe, przed świątynię ściągnęły takie tłumy, iż wstrzymano ruch na sąsiednich ulicach.

 

Większość Wietnamczyków jest bezwyznaniowa, a sam Wietnam uchodzi za najmniej religijny kraj Azji Południowo-Wschodniej. Ponad 73 proc. społeczeństwa nie deklaruje przynależności do żadnej oficjalnej religii, powyżej 12 proc. uważa się za buddystów, a ok. 8,5 proc. – za chrześcijan. Trochę przeczą temu inne statystyki, które mówią, że aż blisko 46 proc. społeczeństwa wyznaje tradycyjne wierzenia, co wskazuje na rozwiniętą duchowość Wietnamczyków. Nie dziwmy się zatem, że w domach, sklepach, a nawet budynkach użyteczności publicznej w Ho Chi Minhie, choć zdarza się to już coraz rzadziej, znajdziemy ołtarze poświęcone zmarłym, a na nich owoce, słodycze czy napoje składane w ofierze. 

 

W centrum warto zwrócić uwagę na piękny gmach Poczty Głównej, zaprojektowany przez francuskiego architekta Marie-Alfreda Foulhoux (1840–1892). Co ciekawe, na tutejszej poczcie, otwartej w 1891 r., wszystko działa niezawodnie, więc możemy kupić pocztówki i znaczki, żeby przesłać pozdrowienia znajomym. Najbardziej znanym budynkiem historycznym w mieście jest Pałac Reunifikacji, zwany też Pałacem Niepodległości. Stał się on, podobnie jak mur berliński, symbolem zakończenia wojny (w 1975 r.) i zjednoczenia kraju. Dziś funkcjonuje w nim muzeum, w którym obejrzymy dawne biuro prezydenckie, pokoje jadalne czy salę konferencyjną i pomieszczenia z mapami używanymi przy rozmieszczaniu wojsk. 

 

Podczas wizyty w Ho Chi Minhie polecam oderwać się jednak na chwilę od zabytków i zajrzeć na słynne targowisko Bến Thành ozdobione od frontu wieżą zegarową. Na jego stoiskach sprzedaje się mydło i powidło, można więc tu kupić wszystko, począwszy od wietnamskich kapeluszy i przydatnych w upały wachlarzy, po rękodzieło artystyczne, pamiątki, ubrania, warzywa, owoce i dary morza. Poza tym dawny Sajgon jest prawdziwym kulinarnym zagłębiem. Do wyboru mamy zarówno punkty działające wprost na ulicy, jak i ekskluzywne restauracje, w których gotują szefowie kuchni nagrodzeni gwiazdkami Michelin. Pysznych dań warto także spróbować w trakcie rejsów zabytkowymi statkami po rzece Sajgon. 

Na targu Bến Thành można kupić niemal wszystko

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

Na niezmiernie zatłoczonych ulicach Ho Chi Minhu samochody walczą o miejsce z licznymi jednośladami

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

MIASTO Z TUNELI

Wietnamczycy pielęgnują pamięć o swojej historii, nawet jeśli wiąże się ona z wielkim cierpieniem. Do miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Wietnamie, należy Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minhie opowiadające o wojnie wietnamskiej. Otwarte we wrześniu 1975 r., kilkakrotnie zmieniało nazwę. Pierwotnie było Wystawą Zbrodni Amerykańskich i Rządu Marionetkowego, ale kiedy stosunki dyplomatyczne z USA zaczęły ulegać poprawie, postanowiono nazwać je inaczej. Przed wejściem (wstęp jest bezpłatny) stoją dobrze zachowane amerykańskie czołgi i myśliwce. Największe wrażenie robią jednak zdjęcia ofiar wojny. Przedstawiają porozrzucane strzępy ludzkich ciał, krew, dzieci bez nóg i rąk, okaleczone po użyciu przez Amerykanów napalmu i broni chemicznej (w tym defoliantu o nazwie Agent Orange).

 

Jedną z najsłynniejszych fotografii dokumentujących okrucieństwo wojny zrobiono w czerwcu 1972 r. w dystrykcie Trảng Bàng, położonym ok. 40 km na północny zachód od Ho Chi Minhu. Widać na niej nagą dziewięcioletnią dziewczynkę uciekającą ze swojej wioski po zrzuceniu napalmu. Poboczem drogi kroczą spokojnie amerykańscy żołnierze z karabinami. Dziewczynka ze zdjęcia, Phan Thị Kim Phúc, dziś dorosła kobieta, wspomina, że wtedy z przerażenia i bólu krzyczała: Za gorąco! Za gorąco!. Fotografię wyróżniono Nagrodą Pulitzera, a kanadyjski ekonomista i pisarz chińskiego pochodzenia Denise Chong w 1999 r. wydał książkę opisującą losy jej głównej bohaterki (pod tytułem The Girl in the Picture: The Story of Kim Phuc, the Photograph, and the Vietnam War). 

 

Mniej więcej 50 km na północny zachód od dawnego Sajgonu turyści schodzą do słynnych tuneli Củ Chi, z których większość została wykopana gołymi rękami. Ponad 200 km korytarzy łączących pomieszczenia tworzyło prawdziwe podziemne miasto. Labirynt ten służył Wietnamczykom za kryjówkę przed amerykańskimi wojskami i jako zaplecze dla Wietkongu. Tunelami można było dotrzeć z Sajgonu aż pod samą granicę z Kambodżą. Pod ziemią działały sklepy, kuchnie, szkoły, szpitale, nawet scena, na której wystawiano sztuki komediowe. System korytarzy ułatwiał przeprowadzanie ataków z zaskoczenia, transport broni czy szybką ewakuację, gdy nadchodził wróg. Dziś jest symbolem wielkiego heroizmu, ale też niezwykłej przebiegłości w walce z okupantem. Tunele Củ Chi naprawdę warto zobaczyć, bo stanowią ważny element historii Wietnamu.

Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minhie opowiadające o okrucieństwach wojny wietnamskiej

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

PŁYWAJĄCE TARGI

Jedną z większych atrakcji w kraju są rejsy łodziami w delcie rzeki Mekong. Przy brzegach stoją lekkie, drewniane domy zbudowane na bambusowych palach, przypominające weneckie kamienice. Przez miejscowych okolica delty nazywana jest cò bay thẳng cánh, co w luźnym tłumaczeniu oznacza teren tak rozległy, że żurawie mogą w pełni rozłożyć swoje skrzydła podczas lotu. Największe miasto i centrum administracyjne regionu stanowi 1,5-milionowe Cần Thơ, w którego pobliżu działa targ wodny Cái Răng. Ruch zaczyna się na nim już o 5.00 rano. Rzekę wypełniają wtedy kolorowe łodzie ze świeżymi warzywami i egzotycznymi owocami, sprzedawanymi za bezcen. Towary nieustannie krążą z rąk do rąk, są rozładowywane, przeładowywane, zmieniają właścicieli w stożkowych kapeluszach. Na wielu łodziach funkcjonują minirestauracje – na umieszczonych na nich przenośnych kuchenkach gotuje się pyszne posiłki. Można napić się świeżego soku z pomarańczy bądź mocnej kawy i skosztować takich delikatesów jak durian, dżakfrut czy rambutan.

 

Z powodu ścisku na rzece z trudem manewrujemy między łódkami. Wydaje nam się, że wszyscy na nas patrzą. To złudzenie biorące się z faktu, że tutejsze łodzie ozdobione są na dziobach parą oczu. Zdaniem jednych pomagają one sprawniej poruszać się po rzece i szczęśliwie powracać do portu. Inni uważają je za amulet przynoszący załodze szczęście. Niektórzy jednak dopatrują się tu związku z legendą, według której wietnamski władca nakazał rybakom malować oczy na statkach po tym, jak groźna ryba zaatakowała jego kompana. 

 

W porcie koło 270-tysięcznego miasta Mỹ Tho warto odwiedzić przepiękną buddyjską pagodę Vĩnh Tràng. Bogato ozdobiona ornamentami świątynia z połowy XIX w. łączy europejskie i azjatyckie style architektoniczne. Urody dodają jej malownicze ogrody z drzewkami w formie bonsai. Jeśli komuś wystarczy czasu, powinien jeszcze wybrać się na degustację ryżowego wina na jedną z wysp położonych na Mekongu. Do wyboru są np. wyspy Feniksa, Smoka, Żółwia i Jednorożca, po których z powodzeniem można poruszać się rowerami.

 

KRASOWY RAJ

Kto jest gotowy na przygodę, niech rusza do prowincji leżącej w najwęższej części terytorium Wietnamu, czyli do graniczącej z Laosem Quảng Bình. Amerykański dziennik The New York Times nazwał ją krainą największych jaskiń na świecie. Są tak tajemnicze i piękne, że władze prowincji zamierzają otwierać dla ruchu turystycznego kolejne, ale z jak najmniejszą szkodą dla środowiska. Dla regionu oznacza to wymierne korzyści – co roku groty przyciągają miliony turystów, których kuszą również komfortowe hotele i piękne, piaszczyste plaże.

 

Wiele jaskiń (w Parku Narodowym Phong Nha-Kẻ Bàng, widniejącym od 2003 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, na razie doliczono się jakichś 300) czeka jeszcze na odkrycie, co nie będzie proste, bo skrywa je gorąca, wilgotna dżungla. Do jednych można dostać się tylko łodzią, do innych – wpław. Jednak są i takie, do których wchodzi się suchą stopą, aby spacerować po oświetlonym wnętrzu bez obawy o zdrowie i życie. Mam szczęście poznać kilka z nich. 

 

Thiên Đường w tłumaczeniu na polski znaczy „raj”, co w przypadku tej suchej jaskini jest bardzo trafną nazwą. Aby dotrzeć do niewielkiego wejścia położonego na wysokości ponad 200 m n.p.m., trzeba się wspiąć. Trud jednak się opłaca, bo w środku wita nas baśniowy świat. Formacje skalne rzeźbione przez wodę przez miliony lat przypominają kształtem zwierzęta, drzewa, dziwne stwory… Kto chciałby zapuścić się głębiej, musi zaopatrzyć się w kask i latarkę czołową. Rajska jaskinia ma 31 km długości, ale jednodniowe wycieczki obejmują zwykle jedynie kilometrową trasę. Thiên Đường według Organizacji Rekordy Wietnamu – Vietkings może poszczycić się trzema rekordami. Po pierwsze jest najdłuższą suchą jaskinią w Wietnamie, po drugie skrywa najbardziej unikatowe stalaktyty, a po trzecie została wyposażona w najdłuższe drewniane schody w Azji.

 

Niezaprzeczalny cud stanowi też Phong Nha. Znajduje się ona w sercu Parku Narodowego Phong Nha-Kẻ Bàng. Płyniemy do niej łodziami rzeką Son, ubrani w kapoki, bo w niektórych miejscach bywa dość głęboko. Niegdyś jaskinia ta służyła za kryjówkę wietnamskim władcom, a podczas wojny z Amerykanami była schronieniem dla okolicznej ludności i żołnierzy. Mieścił się tutaj również szpital. Wnętrze jest odrobinę podświetlone, więc w trakcie zwiedzania możemy podziwiać niezwykłe stalaktyty wiszące nisko nad naszymi głowami. Posuwamy się wolno łodziami przy akompaniamencie plusku wody wydawanego przez wiosła naszych sterników. Raz po raz komuś wyrywa się okrzyk zachwytu na widok skalnych formacji przypominających grupy aniołów, dostojnych świętych czy prehistorycznych zwierząt. 

 

Jednak największe wyzwanie dopiero przed nami. Do rzecznej jaskini Trạ Ang nie można tak po prostu wejść ani dostać się łódką. Ścieżka spada ostro w dół, więc spuszczamy się przy pomocy lin. Dalej czeka nas krótka przeprawa przez dżunglę, a na koniec pokonanie 600 m rzeki, którą trzeba wpłynąć samodzielnie do środka Trạ Ang. W tym przypadku przydają się nam kostiumy kąpielowe, kaski i ochronne klapki z miejscowej wypożyczalni sprzętu sportowego. Lunch, serwowany na matach rozłożonych na ziemi, stanowi nagrodę za cały nasz trud. Wokół panuje cisza jak makiem zasiał, czasem słychać tylko odgłosy dżungli. Jest naprawdę bajkowo.

Artykuły wybrane losowo

Wietnam w pięciu smakach

DSC_0561.jpg

Stare Miasto w Hội An na północnym brzegu rzeki Thu Bồn

©POLKA TRAVEL/MAJKA SZURA

 


MAGDALENA BARTCZAK

 

Wietnamczycy tworzą jedną z najliczniejszych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Jeśli wierzyć aktualnym statystykom, ich populacja w naszym kraju sięga dziś ponad 50 tys. osób. Mimo tego wydaje się, że większość Polaków nadal niewiele wie o tym narodzie oraz jego fascynującej ojczyźnie, pełnej kontrastów i emanującej zauważalną na każdym kroku energią. 

Więcej…

Koleją przez Meksyk – ah, Chihuahua!

MAJA ZAWIERZENIEC

 

Kraj ten, należący do pierwszej dwudziestki największych państw świata, powszechnie kojarzy się z kukurydzą, tequilą i kulturą prekolumbijską. Turyści odwiedzają Meksyk, aby podziwiać zarówno dawną monumentalną architekturę, jak i przepiękną przyrodę. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że można i warto zejść z utartych szlaków i spojrzeć na tę część Ameryki Łacińskiej z innej perspektywy. Wystarczy wykupić bilet na przejazd koleją z Chihuahua do Topolobampo, aby w trakcie takiej wycieczki odkrywać nieznane oblicza Meksyku stacja po stacji…

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!