Drukuj

ROBERT PAWEŁEK

www.travelcompass.pl

 

« Wietnam to kraj pełen kontrastów: zatłoczony i hałaśliwy, ale też cichy i subtelny. Niektórzy turyści już po jednej podróży darzą go miłością wielką i uzależniającą, inni zarzekają się, że ich noga więcej w nim nie postanie. Jeśli ktoś wybiera się tu po raz pierwszy, niech otworzy szeroko oczy i serce i pozwoli działać urokowi tej krainy smoka. »

 

Z góry terytorium kraju rzeczywiście przypomina swoim kształtem legendarnego gada z otwartą paszczą, choć niektórzy mówią, że wygląda raczej jak bambusowy drąg z koszami ryżu zawieszonymi na obu końcach. Tak naprawdę nie ma jednego Wietnamu. To kraina o s twarzach, różnorodnej kuchni i kulturze, naznaczona wielowiekowymi podziałami. Nawet pogoda jest tutaj bardzo zróżnicowana. Kiedy na południu w Ho Chi Minhie słońce pali niemiłosiernie, na północy w Hanoi czasem trzeba zakładać swetry. Północny i południowy kraniec terytorium Wietnamu dzieli mniej więcej 1,7 tys. km, najmniejsza odległość między wschodnią i zachodnią granicą wynosi zaledwie ok. 50 km. A jednak bez trudu odkryjemy, co łączy mieszkających w tym kraju ludzi. To zamiłowanie do pięknej przyrody, pracowitość, przywiązanie do rodziny i tradycyjnych wartości. Wietnamskie społeczeństwo wyrosło na gruncie konfucjanizmu. Jednostka uważana w nim jest za część większej całości. Aby ten organizm sprawnie działał, ludzie muszą ze sobą współpracować i wzajemnie się uzupełniać. 

 

W skali świata Wietnam może poszczycić się kilkoma wyjątkowymi atrakcjami. Są tu największe jaskinie na ziemi (Sơn Đoòng), niepowtarzalna zatoka Hạ Long czy unikatowy system tuneli pod Ho Chi Minhem (do 1976 r. funkcjonującym pod nazwą Sajgon), wykopanych rękami tysięcy Wietnamczyków i służących za schronienie podczas wojny z Amerykanami (1955–1975). Kto będzie podążał utartymi szlakami, niechybnie wpadnie jednak w sidła masowej turystyki. Jest to nieuniknione w kraju przyjmującym miliony turystów (w 2018 r. Wietnam odwiedziło ok. 15,5 mln zagranicznych gości), rozwijającym sieć lotnisk i hoteli. Ale zawsze można bezpiecznie zboczyć z głównych traktów, dać się skusić zapachowi lokalnych potraw z ulicznych garkuchni czy wynająć skuter i ruszyć, gdzie oczy poniosą… Dobry plan na wyprawę będzie wymagał właściwego wyboru miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć. Pamiętajmy, że tej perły Indochin nie zwiedzimy podczas jednej wizyty. Co zatem powinniśmy wybrać: imponujące miasta i buddyjskie świątynie, parki narodowe czy rajskie wybrzeże z setkami malowniczych wysepek? Oto garść moich propozycji na pełne wrażeń wakacje w Wietnamie. 

 

WEWNĄTRZ RZEKI

Podróż warto zacząć od wietnamskiej stolicy, Hanoi, która robi duże wrażenie. Chaos i wszechobecny tłok na ulicach stanowi tu normę, ale ta ośmiomilionowa metropolia przepełni każdego swoją energią. Urzeka w niej też zaradność i pracowitość jej mieszkańców. Wystarczy spojrzeć na ulicę – wszędzie do późnych godzin działają małe biznesy. Każda chwila jest dobra, żeby sprzedawać gadżety, perfumy, eleganckie torebki czy elektronikę, choć większość artykułów to podróbki. Z punktu widzenia turysty Hanoi to znakomite miejsce – można stąd wyruszyć na zwiedzanie właściwie wszędzie. Pogoda, jak na całej północy kraju, bywa w tej okolicy zmienna. W styczniu nie należy spodziewać się tropików (średnia temperatura w tym miesiącu wynosi mniej więcej 16,5°C), za to warto mieć przy sobie bluzę z polaru. Pobyt w Hanoi będzie także lekcją przetrwania. Szaleni motocykliści gnają tu na złamanie karku, jakby od tego pędu zależało całe ich życie. Przejście przez skrzyżowanie stanowi prawdziwy wyczyn. Trzeba uważać również na rowery i… taksówkarzy naciągaczy, którzy tylko czekają, aby zawieźć nas do innego, bardziej oddalonego hotelu o tej samej nazwie. Jednak te niedogodności tylko dodają temu miejscu magii. Wszystko wydaje się nowe i egzotyczne – kolorowe stragany, tłumy na ulicach, ciągły, jakby sam się napędzający ruch. 

 

Dzisiejsza stolica wielokrotnie zmieniała nazwę. Jako Hanoi, co znaczy „wewnątrz rzeki”, funkcjonuje od 1831 r. Niektórzy mówią, że życie toczy się tutaj nisko, przy samej ziemi. Jednak gdy podnieść głowę, widać wzbijające się w niebo strzeliste wieżowce, rosnące jak grzyby po deszczu, i kolejne przedmieścia przyklejające się do stolicy. Hanoi jak żadne miasto w Azji Południowo-Wschodniej łączy w sobie historię i nowoczesność. Zdecydowanie wygrywa też rywalizację o największą liczbę atrakcji w Wietnamie. Można w nim spędzić kilka dni na włóczeniu się ulicami historycznego centrum, odwiedzaniu licznych muzeów czy robieniu szalonych zakupów i ani razu się nie nudzić. Sklepy w starym Hanoi (Old Quarter) kuszą artykułami turystycznymi znanych marek, takich jak Jack Wolfskin czy The North Face. Kurtki, plecaki i buty kosztują w nich ułamek tego, co trzeba za nie zapłacić w Europie. Niestety, podobnie jak w wielu innych stołecznych sklepach, to tylko kopie oryginałów. 

 

Na historyczną część miasta, znaną jako 36 ulic, składają się dziesiątki chaotycznie przecinających się uliczek. Właśnie w tym miejscu, nad brzegiem Rzeki Czerwonej, Hanoi wzięło swój początek. Warto odwiedzić tu Bach Ma – najstarszą w stolicy świątynię (została założona w XI w., ale jej obecne budynki są dużo późniejsze, pochodzą z XVIII i XIX stulecia), poświęconą białemu koniowi, który ukazał się jednemu z wietnamskich władców (panującemu w latach 1009–1028 Lý Thái Tổ), przejść się po moście Long Biên, wielokrotnie bombardowanym przez Amerykanów w czasie wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej), czy wybrać się nad pobliskie Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm). To ostatnie uchodzi za symboliczne centrum miasta. W jego okolicy (w Thăng Long) można obejrzeć słynny teatr lalek na wodzie. Na koniec wypada spróbować kawy po wietnamsku – cà phê trứng, wymyślonej właśnie w Hanoi, serwowanej z chłodną pianką z kogla-mogla.

Wąska uliczka w Hanoi z torami, po których jeździ pociąg niemal ocierający się o ściany domów

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

ZATOKA LĄDUJĄCEGO SMOKA

W Hạ Long, położonym ponad 150 km na wschód od stolicy, nic nie wskazuje, że za tym hałaśliwym, przeciętnym miastem kryje się cudowna zatoka. Przysłania ją gąszcz zabudowań. Zza nich wyłania się prawdziwy cud natury, od pierwszej chwili podbijający serca turystów. Nad taflą wody górują potężne formacje skalne, jakich nie ma nigdzie na świecie. To miejsce nazywane bywa też zatoką 200 wysp, choć Wietnamczycy twierdzą, że jest ich tu 1969, co ma stanowić ukłon w stronę wielkiego przywódcy Ho Chi Minha, bo liczba ta pokrywa się z rokiem jego śmierci. Efemeryczne wysepki pojawiają się i znikają zależnie od poziomu wody, więc trudno podać konkretne dane. Pochodzenie nazwy Vịnh Hạ Long, czyli Zatoka Lądującego Smoka, tłumaczy się m.in. legendą o bogach, którzy chcąc wspomóc w walce z wrogiem wietnamski lud, zesłali mu matkę smoków wraz z dziećmi. Te wypluwszy z pyska drogocenne kamienie, zamienione w wyspy, stworzyły na morzu skalną zaporę nie do pokonania.

 

Z pokładu statku płynącego po Hạ Long można podziwiać maczugi, las wapiennych kolumn sterczących ponad wodą i dziwne skalne formacje pokryte tropikalną zielenią. Ta niezwykła sceneria, w której kręcono np. filmy Kong: Wyspa Czaszki, Indochiny, a nawet Jutro nie umiera nigdy o przygodach Jamesa Bonda, zaczęła się formować 500 mln lat temu. Zatoka była raz głębokim, raz płytkim morzem czy tylko obszarem przybrzeżnym. Warto zobaczyć także wspaniałe jaskinie krasowe, podziemne groty i korytarze, wyrzeźbione w miękkich skałach wapiennych na skutek procesów erozji. W trakcie zorganizowanej wycieczki (nie można wynająć prywatnej łodzi, bo teren znajduje się pod kontrolą państwa) zwiedzimy odkrytą przez Francuzów w 1901 r. Jaskinię Niespodzianek (Hang Sửng Sốt) z naciekami przypominającymi smoki i żółwie z wietnamskiej mitologii. Zajrzymy również do pięknej groty zwanej Niebiańskim Pałacem (Động Thiên Cung), w której wedle legendy odbyło się huczne wesele smoczego księcia trwające siedem dni i nocy. Dodatkową atrakcją podczas rejsu mogą być szybkie kursy przyrządzania sajgonek, lekcje tai chi czy błogi odpoczynek na cudownych plażach.

 

KLEJNOT PÓŁNOCY

Zaledwie mniej więcej 100 km na południe od Hanoi leży prowincja Ninh Bình, szczycąca się najbardziej widowiskowymi formacjami wapiennymi w Wietnamie. Nazwa systemu grot krasowych, Tam Cốc, oznacza „trzy jaskinie” – są to Hang Cả, Hang Hai i Hang Ba. Przepływa się przez nie łodzią. Okolicę nazywa się, nieco przesadnie, lądową zatoką Hạ Long. Widok tutejszych wapiennych wzgórz jest prawdziwą ucztą dla oczu, ale nie może się równać z krajobrazem swojego morskiego odpowiednika. Uroku dodają mu ciągnące się aż po horyzont pola ryżowe w formie równiutkich pasów żółci i zieleni.

 

W okolicy czeka jednak na nas dużo więcej atrakcji. Te przyrodnicze i kulturalne wpisano w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO pod wspólną nazwą zespół krajobrazowy Tràng An. Oprócz rezerwatu przyrody znajdziemy tu pozostałości dawnej, X- i XI-wiecznej stolicy Wietnamu Hoa Lư (wstęp bezpłatny) i kompleks buddyjskich świątyń Bái Đính. Warto też odwiedzić pobliski Park Narodowy Cúc Phương i wybrać się na wędrówkę po bujnych lasach podzwrotnikowych.

 

KURORT DLA ZAKOCHANYCH

Mówi się, że Đà Lạt jest najprzyjemniejszym miastem w kraju. To zapewne prawda, jeśli wziąć pod uwagę pogodę. Đà Lạt leży na średniej wysokości ok. 1500 m n.p.m. Nazywane wietnamską stolicą zakochanych i miastem kwiatów, cieszy się umiarkowanymi temperaturami powietrza przez cały rok. Nic zatem dziwnego, że zmęczeni upałami Wietnamczycy lubią się tu chłodzić. Nad pięknym jeziorem Xuan Huong zawsze można spotkać wietnamskie pary szalejące na tandemach. Wszędzie natkniemy się także na uliczne kafejki – w końcu ten rejon słynie z wielu plantacji kawy. Za nie mniej popularny napój w tych stronach uchodzi wino, bo miejscowy klimat sprzyja uprawie winorośli. Jeśli dodać do tego liczne atrakcje turystyczne znajdujące się w samym 400-tysięcznym mieście i otaczające je piękne górskie tereny, okazuje się, że naprawdę warto zatrzymać się tu podczas podróży po Wietnamie. 

 

Đà Lạt jest stosunkowo młodym ośrodkiem. W okolicznych górach jeszcze pod koniec XIX w. leżały jedynie niewielkie wioski zamieszkane przez mniejszości etniczne. Miasto założyli Francuzi, którzy chcieli uciec od tropikalnych upałów panujących na nizinach, więc zbudowali tutaj na początku XX stulecia górski kurort. Đà Lạt stało się prawdziwą letnią stolicą Indochin w latach 30. i 40. Z tego okresu pochodzą fascynujące czarno-białe zdjęcia, na których uwieczniono klasyczne automobile zaparkowane przed kolonialnymi willami i hotelami. Przez pewien czas znajdowała się tu większość siedzib administracji kolonii, a miasto pełniło funkcję oficjalnej stolicy Indochin Francuskich (w latach 1939–1945). Okolica Đà Lạt nie ucierpiała szczególnie w trakcie wojny wietnamskiej. Przez kolejne dekady popularny ośrodek wypoczynkowy dalej się rozwijał i tak jest aż do dziś, bo turystyka napędza miejscową gospodarkę.

 

SKUTEREM DO OPERY

Ho Chi Minh stanowi obowiązkowy przystanek na trasie podróżników przemierzających Wietnam. Dostać się do niego będzie bardzo łatwo, bo między dawnym Sajgonem a resztą świata funkcjonuje ok. 70 połączeń lotniczych. Z noclegiem też nie powinno być problemu, choć standard zakwaterowania zależy od zasobności portfela turysty. Kto nie skusi się na luksusowy hotel sieci Sheraton, Le Méridien, Marriott, InterContinental czy Hyatt, ma do wyboru tańsze, skromniejsze obiekty, w tym również popularne wśród backpackerów hostele. Po mieście można poruszać się skuterem z jednej z licznych działających tu wypożyczalni. Trzeba jednak pamiętać, że ze względu na duże korki przejażdżki będą wyzwaniem. Według oficjalnych statystyk w Ho Chi Minhie jest 7,5 mln skuterów, motorowerów i motocykli, nieoficjalnie jeździ ich dwa razy więcej. Nie należy się dziwić, gdy obok przemykają na jednym jednośladzie trzy osoby, w dodatku z pakunkami. Za nic szczególnego nie uchodzi także widok elegantki w sukience i czerwonych szpilkach pędzącej na skuterze do… teatru. My też w ten sposób dotarliśmy na sztukę À Ố Show, jeden z najsłynniejszych spektakli wystawianych w operze (Saigon Opera House). Przedstawienie to jest popisem akrobatycznych umiejętności tancerzy, dorównujących poziomem artystom ze słynnego Cirque du Soleil. Poza tym przybliża widzom bogate wietnamskie tradycje i kulturę. 

 

W na wskroś nowoczesnym Ho Chi Minhie zachowało się wiele budowli przypominających o jego kolonialnej przeszłości. Należy do nich imponująca Katedra Notre-Dame, wzniesiona z marsylskich cegieł, przywiezionych prosto z Francji w drugiej połowie XIX w. W październiku 2005 r. miał zdarzyć się tutaj cud: jak opowiadają wierni, po policzkach posągu Maryi umieszczonego przed wejściem zaczęły spływać łzy. I chociaż miejscowi hierarchowie nie potwierdzili, że wydarzenie było prawdziwe, przed świątynię ściągnęły takie tłumy, iż wstrzymano ruch na sąsiednich ulicach.

 

Większość Wietnamczyków jest bezwyznaniowa, a sam Wietnam uchodzi za najmniej religijny kraj Azji Południowo-Wschodniej. Ponad 73 proc. społeczeństwa nie deklaruje przynależności do żadnej oficjalnej religii, powyżej 12 proc. uważa się za buddystów, a ok. 8,5 proc. – za chrześcijan. Trochę przeczą temu inne statystyki, które mówią, że aż blisko 46 proc. społeczeństwa wyznaje tradycyjne wierzenia, co wskazuje na rozwiniętą duchowość Wietnamczyków. Nie dziwmy się zatem, że w domach, sklepach, a nawet budynkach użyteczności publicznej w Ho Chi Minhie, choć zdarza się to już coraz rzadziej, znajdziemy ołtarze poświęcone zmarłym, a na nich owoce, słodycze czy napoje składane w ofierze. 

 

W centrum warto zwrócić uwagę na piękny gmach Poczty Głównej, zaprojektowany przez francuskiego architekta Marie-Alfreda Foulhoux (1840–1892). Co ciekawe, na tutejszej poczcie, otwartej w 1891 r., wszystko działa niezawodnie, więc możemy kupić pocztówki i znaczki, żeby przesłać pozdrowienia znajomym. Najbardziej znanym budynkiem historycznym w mieście jest Pałac Reunifikacji, zwany też Pałacem Niepodległości. Stał się on, podobnie jak mur berliński, symbolem zakończenia wojny (w 1975 r.) i zjednoczenia kraju. Dziś funkcjonuje w nim muzeum, w którym obejrzymy dawne biuro prezydenckie, pokoje jadalne czy salę konferencyjną i pomieszczenia z mapami używanymi przy rozmieszczaniu wojsk. 

 

Podczas wizyty w Ho Chi Minhie polecam oderwać się jednak na chwilę od zabytków i zajrzeć na słynne targowisko Bến Thành ozdobione od frontu wieżą zegarową. Na jego stoiskach sprzedaje się mydło i powidło, można więc tu kupić wszystko, począwszy od wietnamskich kapeluszy i przydatnych w upały wachlarzy, po rękodzieło artystyczne, pamiątki, ubrania, warzywa, owoce i dary morza. Poza tym dawny Sajgon jest prawdziwym kulinarnym zagłębiem. Do wyboru mamy zarówno punkty działające wprost na ulicy, jak i ekskluzywne restauracje, w których gotują szefowie kuchni nagrodzeni gwiazdkami Michelin. Pysznych dań warto także spróbować w trakcie rejsów zabytkowymi statkami po rzece Sajgon. 

Na targu Bến Thành można kupić niemal wszystko

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

Na niezmiernie zatłoczonych ulicach Ho Chi Minhu samochody walczą o miejsce z licznymi jednośladami

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

MIASTO Z TUNELI

Wietnamczycy pielęgnują pamięć o swojej historii, nawet jeśli wiąże się ona z wielkim cierpieniem. Do miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić w Wietnamie, należy Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minhie opowiadające o wojnie wietnamskiej. Otwarte we wrześniu 1975 r., kilkakrotnie zmieniało nazwę. Pierwotnie było Wystawą Zbrodni Amerykańskich i Rządu Marionetkowego, ale kiedy stosunki dyplomatyczne z USA zaczęły ulegać poprawie, postanowiono nazwać je inaczej. Przed wejściem (wstęp jest bezpłatny) stoją dobrze zachowane amerykańskie czołgi i myśliwce. Największe wrażenie robią jednak zdjęcia ofiar wojny. Przedstawiają porozrzucane strzępy ludzkich ciał, krew, dzieci bez nóg i rąk, okaleczone po użyciu przez Amerykanów napalmu i broni chemicznej (w tym defoliantu o nazwie Agent Orange).

 

Jedną z najsłynniejszych fotografii dokumentujących okrucieństwo wojny zrobiono w czerwcu 1972 r. w dystrykcie Trảng Bàng, położonym ok. 40 km na północny zachód od Ho Chi Minhu. Widać na niej nagą dziewięcioletnią dziewczynkę uciekającą ze swojej wioski po zrzuceniu napalmu. Poboczem drogi kroczą spokojnie amerykańscy żołnierze z karabinami. Dziewczynka ze zdjęcia, Phan Thị Kim Phúc, dziś dorosła kobieta, wspomina, że wtedy z przerażenia i bólu krzyczała: Za gorąco! Za gorąco!. Fotografię wyróżniono Nagrodą Pulitzera, a kanadyjski ekonomista i pisarz chińskiego pochodzenia Denise Chong w 1999 r. wydał książkę opisującą losy jej głównej bohaterki (pod tytułem The Girl in the Picture: The Story of Kim Phuc, the Photograph, and the Vietnam War). 

 

Mniej więcej 50 km na północny zachód od dawnego Sajgonu turyści schodzą do słynnych tuneli Củ Chi, z których większość została wykopana gołymi rękami. Ponad 200 km korytarzy łączących pomieszczenia tworzyło prawdziwe podziemne miasto. Labirynt ten służył Wietnamczykom za kryjówkę przed amerykańskimi wojskami i jako zaplecze dla Wietkongu. Tunelami można było dotrzeć z Sajgonu aż pod samą granicę z Kambodżą. Pod ziemią działały sklepy, kuchnie, szkoły, szpitale, nawet scena, na której wystawiano sztuki komediowe. System korytarzy ułatwiał przeprowadzanie ataków z zaskoczenia, transport broni czy szybką ewakuację, gdy nadchodził wróg. Dziś jest symbolem wielkiego heroizmu, ale też niezwykłej przebiegłości w walce z okupantem. Tunele Củ Chi naprawdę warto zobaczyć, bo stanowią ważny element historii Wietnamu.

Muzeum Pozostałości Wojennych w Ho Chi Minhie opowiadające o okrucieństwach wojny wietnamskiej

© ROBERTPAWEŁEK/WWW.TRAVELCOMPASS.PL

 

PŁYWAJĄCE TARGI

Jedną z większych atrakcji w kraju są rejsy łodziami w delcie rzeki Mekong. Przy brzegach stoją lekkie, drewniane domy zbudowane na bambusowych palach, przypominające weneckie kamienice. Przez miejscowych okolica delty nazywana jest cò bay thẳng cánh, co w luźnym tłumaczeniu oznacza teren tak rozległy, że żurawie mogą w pełni rozłożyć swoje skrzydła podczas lotu. Największe miasto i centrum administracyjne regionu stanowi 1,5-milionowe Cần Thơ, w którego pobliżu działa targ wodny Cái Răng. Ruch zaczyna się na nim już o 5.00 rano. Rzekę wypełniają wtedy kolorowe łodzie ze świeżymi warzywami i egzotycznymi owocami, sprzedawanymi za bezcen. Towary nieustannie krążą z rąk do rąk, są rozładowywane, przeładowywane, zmieniają właścicieli w stożkowych kapeluszach. Na wielu łodziach funkcjonują minirestauracje – na umieszczonych na nich przenośnych kuchenkach gotuje się pyszne posiłki. Można napić się świeżego soku z pomarańczy bądź mocnej kawy i skosztować takich delikatesów jak durian, dżakfrut czy rambutan.

 

Z powodu ścisku na rzece z trudem manewrujemy między łódkami. Wydaje nam się, że wszyscy na nas patrzą. To złudzenie biorące się z faktu, że tutejsze łodzie ozdobione są na dziobach parą oczu. Zdaniem jednych pomagają one sprawniej poruszać się po rzece i szczęśliwie powracać do portu. Inni uważają je za amulet przynoszący załodze szczęście. Niektórzy jednak dopatrują się tu związku z legendą, według której wietnamski władca nakazał rybakom malować oczy na statkach po tym, jak groźna ryba zaatakowała jego kompana. 

 

W porcie koło 270-tysięcznego miasta Mỹ Tho warto odwiedzić przepiękną buddyjską pagodę Vĩnh Tràng. Bogato ozdobiona ornamentami świątynia z połowy XIX w. łączy europejskie i azjatyckie style architektoniczne. Urody dodają jej malownicze ogrody z drzewkami w formie bonsai. Jeśli komuś wystarczy czasu, powinien jeszcze wybrać się na degustację ryżowego wina na jedną z wysp położonych na Mekongu. Do wyboru są np. wyspy Feniksa, Smoka, Żółwia i Jednorożca, po których z powodzeniem można poruszać się rowerami.

 

KRASOWY RAJ

Kto jest gotowy na przygodę, niech rusza do prowincji leżącej w najwęższej części terytorium Wietnamu, czyli do graniczącej z Laosem Quảng Bình. Amerykański dziennik The New York Times nazwał ją krainą największych jaskiń na świecie. Są tak tajemnicze i piękne, że władze prowincji zamierzają otwierać dla ruchu turystycznego kolejne, ale z jak najmniejszą szkodą dla środowiska. Dla regionu oznacza to wymierne korzyści – co roku groty przyciągają miliony turystów, których kuszą również komfortowe hotele i piękne, piaszczyste plaże.

 

Wiele jaskiń (w Parku Narodowym Phong Nha-Kẻ Bàng, widniejącym od 2003 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, na razie doliczono się jakichś 300) czeka jeszcze na odkrycie, co nie będzie proste, bo skrywa je gorąca, wilgotna dżungla. Do jednych można dostać się tylko łodzią, do innych – wpław. Jednak są i takie, do których wchodzi się suchą stopą, aby spacerować po oświetlonym wnętrzu bez obawy o zdrowie i życie. Mam szczęście poznać kilka z nich. 

 

Thiên Đường w tłumaczeniu na polski znaczy „raj”, co w przypadku tej suchej jaskini jest bardzo trafną nazwą. Aby dotrzeć do niewielkiego wejścia położonego na wysokości ponad 200 m n.p.m., trzeba się wspiąć. Trud jednak się opłaca, bo w środku wita nas baśniowy świat. Formacje skalne rzeźbione przez wodę przez miliony lat przypominają kształtem zwierzęta, drzewa, dziwne stwory… Kto chciałby zapuścić się głębiej, musi zaopatrzyć się w kask i latarkę czołową. Rajska jaskinia ma 31 km długości, ale jednodniowe wycieczki obejmują zwykle jedynie kilometrową trasę. Thiên Đường według Organizacji Rekordy Wietnamu – Vietkings może poszczycić się trzema rekordami. Po pierwsze jest najdłuższą suchą jaskinią w Wietnamie, po drugie skrywa najbardziej unikatowe stalaktyty, a po trzecie została wyposażona w najdłuższe drewniane schody w Azji.

 

Niezaprzeczalny cud stanowi też Phong Nha. Znajduje się ona w sercu Parku Narodowego Phong Nha-Kẻ Bàng. Płyniemy do niej łodziami rzeką Son, ubrani w kapoki, bo w niektórych miejscach bywa dość głęboko. Niegdyś jaskinia ta służyła za kryjówkę wietnamskim władcom, a podczas wojny z Amerykanami była schronieniem dla okolicznej ludności i żołnierzy. Mieścił się tutaj również szpital. Wnętrze jest odrobinę podświetlone, więc w trakcie zwiedzania możemy podziwiać niezwykłe stalaktyty wiszące nisko nad naszymi głowami. Posuwamy się wolno łodziami przy akompaniamencie plusku wody wydawanego przez wiosła naszych sterników. Raz po raz komuś wyrywa się okrzyk zachwytu na widok skalnych formacji przypominających grupy aniołów, dostojnych świętych czy prehistorycznych zwierząt. 

 

Jednak największe wyzwanie dopiero przed nami. Do rzecznej jaskini Trạ Ang nie można tak po prostu wejść ani dostać się łódką. Ścieżka spada ostro w dół, więc spuszczamy się przy pomocy lin. Dalej czeka nas krótka przeprawa przez dżunglę, a na koniec pokonanie 600 m rzeki, którą trzeba wpłynąć samodzielnie do środka Trạ Ang. W tym przypadku przydają się nam kostiumy kąpielowe, kaski i ochronne klapki z miejscowej wypożyczalni sprzętu sportowego. Lunch, serwowany na matach rozłożonych na ziemi, stanowi nagrodę za cały nasz trud. Wokół panuje cisza jak makiem zasiał, czasem słychać tylko odgłosy dżungli. Jest naprawdę bajkowo.