ANNA KŁOSSOWSKA

 italiannawdrodze.blogspot.com

 

 « Kazachstan ma w sobie cudowną świeżość miejsca nie zalanego jeszcze turystyczną „stonką”. Na każdym kroku czułam się w nim odkrywcą witanym z otwartymi ramionami. »

 

 

W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz… – te słowa piosenki Wojciecha Kilara (muzyka) i Jerzego Lutowskiego (tekst) napisanej do uwielbianego przeze mnie w dzieciństwie serialu telewizyjnego Przygody pana Michała zabrzmiały mi w głowie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam step. Jest niejednorodny i rzeczywiście przeogromny, jak sam współczesny niepodległy Kazachstan, który powstał w grudniu 1991 r. w wyniku rozpadu Związku Radzieckiego i dziś stanowi dziewiąte pod względem powierzchni państwo na świecie – jego terytorium zajmuje powyżej 2,7 mln km2. Jedynie ok. 13 proc. obszaru kraju należy geograficznie do Europy, reszta znajduje się w Azji. Najdłuższą granicę dzieli on z Rosją (ok. 7,6 tys. km). 

 

 Przez tereny dzisiejszego Kazachstanu przebiegał kiedyś Jedwabny Szlak. Ta sieć dróg handlowych łączyła Chiny z Bliskim Wschodem i Europą. Dziś może stanowić inspirację dla podróżników wytyczających trasy swoich wypraw.

 Polowanie z drapieżnymi ptakami praktykowane jest przez etniczną grupę koczowników kazaskich

© KAZAKHSTAN.TRAVEL

 

Kazaskie kobiety przygotowujące pannę młodą podczas ślubu stylizowanego na tradycyjny

© OSPaNalI

 

 

Ośnieżony szczyt chan Tengri (7010 m n.p.m.) na granicy Kazachstanu, Kirgistanu i chin

© KAZAKHSTAN.TRAVEL

 

 

PONAD CHMURAMI

 

Podróżuję na pokładzie samolotu przewoźnika Air Astana. Wcześniej nie wiedziałam o nim nic poza tym, że Polskie Linie Lotnicze LOT zawarły z tą firmą umowę codeshare. To oznacza, że na jednym bilecie możemy teraz polecieć z Warszawy aż do Ałmatów, z przesiadką w Nursułtanie (Nur-Sułtanie), po drodze zmieniając tylko samolot naszego narodowego przewoźnika na kazachstański. Mam okazję przetestować to wprowadzone pod koniec marca minionego roku rozwiązanie. Z boeinga, którym dotarłam znad Wisły, przesiadam się w stolicy Kazachstanu do nowiutkiego Airbusa A320neo. Wyposażono go w wygodne fotele – na każdym oparciu umieszczono ekran wyświetlający trasę lotu. Stewardesa ubrana w świetnie uszyty, dopasowany do figury, szary kostium z błękitną bluzką serwuje śniadanie w estetycznym, kartonowym pudełku z rysunkiem apetycznego ciastka. W środku znajduję same smakołyki: świeżą kanapkę, jogurt z marakują gęsty jak śmietana, batonik fitness, torebkę suszonych moreli i śliwek oraz napój, a przecież podróżuję klasą ekonomiczną.

 

 

Nie dziwię się, że TripAdvisor wyróżnił Air Astana nagrodą Travellers’ Choice w kategorii regionalnych linii lotniczych w Azji. Zastanawiam się tylko, czy przewoźnik podobnie jak kazachstańska stolica zmieni nazwę. W marcu 2019 r. Astanę przemianowano na Nursułtan. Stało się to w dzień po tym, jak prezydent Nursułtan Nazarbajew, sprawujący władzę nieprzerwanie od blisko 28 lat, niespodziewanie ustąpił ze stanowiska, co ogłosił w orędziu telewizyjnym. Nazywany oficjalnie Przywódcą Narodu (jak tłumaczy się nadany mu tytuł Ełbasy), zainicjował w lipcu 1994 r. przeniesienie stolicy kraju z Ałmatów do Akmoły i przekształcenie tej ostatniej w nowoczesny ośrodek. Stołeczne miasto zostało przemianowane w 1998 r. na Astanę, co po kazasku oznacza właśnie „stolica”. Ze względu na ekspresowe tempo realizacji projektów i charakter zabudowy, w której nie brakuje ogromnych budynków o niekiedy bardzo fantazyjnych kształtach, wielu osobom dzisiejszy Nursułtan kojarzy się z Dubajem. 

nursułtan uczynił stolicą kraju prezydent, od którego imienia nazwano to miasto w 2019 r.

© KAZAKHSTAN.TRAVEL

 

 

DAWNA STOLICA SIĘ BAWI

 

Podczas gdy dawna Astana wyrasta na niemal płaskim stepie (na Pogórzu Kazachskim), Ałmaty, gdzie ląduję po 1,5 godz. lotu, otaczają malownicze szczyty Ałatau Zailijskiego stanowiącego część Tien-szanu. Z gór przez wiele miesięcy w roku pokrytych śniegiem spływa latem orzeźwiająca bryza, przynosząca ulgę w spiekocie, kiedy w lipcu temperatura sięga 40°C. Zimą amatorzy białego szaleństwa mogą wyruszyć na trasy ośrodka narciarskiego Szymbulak (Shymbulak).

 

 

Z Ałmatów blisko jest do granicy z Chinami. Podobnie jak Nursułtan leżą one na Jedwabnym Szlaku. Od kilku lat Chiny forsują projekt Nowego Jedwabnego Szlaku, złożonego z wielu połączeń kolejowych i morskich oraz rozszerzonego o kraje Afryki.

 

 

Ałmaty całkowicie różnią się od zbudowanej na nowo ze stali i szkła stolicy. Wyjątkiem jest architektoniczny kompleks w stylu hi-tech będący odwzorowaniem pasma Ałatau Zailijskiego. To symbol nowej epoki, podobnie jak przeszklone jurty centrum handlowego, usytuowane pod ziemią w samym centrum placu Republiki, na którym w czasach ZSRR odbywały się okolicznościowe defilady. Nowoczesne są też hotele coraz chętniej wchodzących na tutejszy rynek międzynarodowych sieci.

 

 

Mimo iż nie ma już tu siedziby władz centralnych, Ałmaty nadal wiodą prym jako największy ośrodek pod względem liczby mieszkańców w kraju (żyje w nich przeszło 1,8 mln ludzi). Stara, po części poradziecka zabudowa centrum miasta tonie wprost w zieleni, zdobiącej szerokie bulwary i liczne tereny parkowe, w tym piękny Park Centralny z jeziorem, w którym odbijają się górskie szczyty, i Park Pierwszego Prezydenta Republiki Kazachstanu. W tym ostatnim, zajmującym aż 73 ha, bawię się na dorocznym Dniu Ałmatów. Trafiam na jedną z dziesiątek imprez organizowanych z okazji tego wydarzenia przez miesiąc, od 25 sierpnia do 25 września. Na trawniku dumnie prezentują się ogromne, malowane jabłka z masy plastycznej. Uczestniczę w Alma Fest – Festiwalu Jabłka. Poprzednia, radziecka nazwa miasta brzmiała Ałma Ata, co znaczy „ojciec jabłek”. W tej okolicy rosyjski biolog i genetyk Mikołaj Wawiłow (1887–1943) miał odkryć drzewo, od którego pochodzą wszystkie współczesne jabłonie – Malus sieversii. Nie uratowało go to jednak przed stalinowskim więzieniem.

 

 

Wgryzam się w jeden z owoców serwowanych uczestnikom zabawy z kolorowych budek w kształcie jabłek. Pochodzi raczej z eksportu, być może z Polski, bo sadownictwo na pokołchozowych terenach jest dopiero odbudowywane. Dlatego na tutejszych targach owoce mają wysokie ceny – kosztują w przeliczeniu nawet do 12 złotych za kilogram. Po żwirowych alejkach wręcz wypieszczonego parku z mnóstwem kwietnych gazonów przechadzają się na szczudłach kobiety ubrane w tradycyjne kazaskie stroje, bajecznie wręcz kolorowe i ozdobione cekinami czy innymi świecidełkami, z jedwabnymi szalami, haftowanymi płaszczami z aksamitu i twarzowymi nakryciami głowy. Zachwyca mnie bogactwo rękodzieła sprzedawanego na stoiskach. Znajduję na nich wyszywane tubeteiki – czapki przypominające kształtem jurty, przeznaczone do ozdabiania kazaskich namiotów wzorzyste dywany, na których dominuje czerwień, zwane syrmakami, czy rzeźby koni, udomowionych ok. 5,5 tys. lat temu właśnie na obszarze dzisiejszego Kazachstanu. Na trawnikach dzieci ćwiczą jogę, tuż obok wylegują się na kraciastych kocach całe rodziny, jedząc przyniesione z domu przysmaki. 

 

 

Po pewnym czasie odkrywam, że Festiwal Jabłka ma swoje odsłony w kilku innych punktach miasta, np. na wzgórzu Kok Tobe, na które wjeżdżam kolejką linową, aby z wysokości ok. 1100 m n.p.m. spojrzeć na metropolię. Prawdziwą gratką dla fotografów może być przejażdżka wagonikami tutejszego diabelskiego młyna (Ferris), dorównującego temu w parku Wiener Prater w Wiedniu. Tuż obok stoi na… dachu, jakby żywcem przeniesiony z Centrum Edukacji i Promocji Regionu w Szymbarku, drewniany dom do góry nogami. Ciekawostką tego miejsca, wcale nie wyeksponowaną, bo wciśniętą gdzieś za minizoo, jest pomnik grupy The Beatles wykonany z brązu w 2007 r., jak twierdzą jego twórcy, pierwszy na świecie przedstawiający wszystkich członków zespołu. Festiwal Jabłka obchodzi się też na ulicy Zhibek Zholy (zwanej Arbatem), szerokim bulwarze położonym w środku miasta i przeznaczonym tylko dla pieszych. Deptak z wielkich, kwadratowych płyt okrywają bardziej lub mniej udane dzieła street artu. Prezentują się na nim uliczni muzycy. Na jego obrzeżach tętnią na szczęście nie tak głośną muzyką kawiarniane i restauracyjne ogródki. W jednym z nich zjadam beszbarmak. To narodowe danie koczowniczych ludów tureckich zamieszkujących tereny od Azji Mniejszej po Czukotkę. Jego nazwa oznacza „pięć palców”, bo podczas jedzenia tej potrawy nomadowie używali właśnie ręki. Na drewnianym, pięknie rzeźbionym półmisku serwowane są gotowane kawałki mięsa (popularnej koniny, ewentualnie wołowiny lub baraniny) z makaronem w formie plastrów przypominającym włoskie płaty makaronowe lasagne. Całość oblana jest mięsnym sosem z mnóstwem krążków cebuli. Palce lizać!

 

 

AMBITNA SZTUKA

 

Wieczorem trafiam na otwarcie Almaty Film Festival, podczas którego gwiazdy defilują po czerwonym dywanie jak na festiwalu w Cannes, a w jury zasiadają gwiazdy formatu Nastassji Kinski. Spektakl premierowy poprzedza pantomima nawiązująca do 3000-letniej historii terenów dzisiejszego Kazachstanu. Kazachowie jako naród wyodrębnili się dopiero w drugiej połowie XV w. i niedługo cieszyli się wolnością na swoich stepach. Już w XIX stuleciu obszary te podbiła carska Rosja, po czym wchłonął je ZSRR. Teraz w Kazachstanie żyje powyżej 12 mln rdzennych Kazachów, stanowiących ok. 65 proc. liczącego blisko 19 mln obywateli społeczeństwa. 

 

 

Oglądam film koprodukcji kazasko-rosyjsko-chińsko-niemiecko-francusko-polskiej Ajka w reżyserii Sergieja Dworcewoja. Występująca w nim Samal Jesliamowa, nominowana po raz pierwszy w historii kazaskiej kinematografii do nagrody za pierwszoplanową rolę kobiecą na festiwalu w Cannes, w 2018 r. sprzątnęła ją sprzed nosa innym pretendentkom. Zdecydowanie zasłużyła na wygraną, bo znakomicie zagrała Ajkę, kirgiską dziewczynę, która za chlebem udaje się do Moskwy i tam wśród śnieżycy stulecia zmaga się z przeciwnościami losu, samą sobą i mafią. Przesłanie filmu jest uniwersalne – jego bohaterką mogłaby być równie dobrze Filipinka w Dubaju, Ukrainka w Polsce czy jeszcze przecież tak niedawno Polka pracująca na czarno na Zachodzie.

 

 

Cieszę się, że miałam szansę uczestniczyć w pierwszej edycji tego międzynarodowego festiwalu zorganizowanego z polecenia i przy wsparciu kazachstańskiego rządu. Kolejną zaplanowano w dniach 14–20 września 2019 r. 

 

 

PRAWIE JAK W AMERYCE

 

W odległości mniej więcej 4 godz. podróży samochodem od Ałmatów leży Kanion Szaryński. Miejscami wyboista regionalna jednopasmówka, na której sporadycznie spotyka się inny pojazd, prowadzi w kierunku granicy z Chinami, głównie przez obszary stepowe i półpustynne. Na nich znajdują się z rzadka rozrzucone domostwa, ubogie już na szybki rzut oka, z zaledwie kilkoma sztukami bydła kręcącymi się po obejściu. Podobnie wyglądają skromne miasteczka jakby żywcem wyjęte z czasów ZSSR, z odrapanymi ścianami domów, ale kuszącymi feerią barw owocami i warzywami na targach. Tutejsze pomidory uprawiane bez sztucznych środków wspomagających mają naturalny kolor i zapach, podobnie jak bakłażany, ogórki czy sałata, które smakują tak, jak powinny, czyli wyśmienicie. 

 

 

Jadę dalej. W oddali, raz bliżej, raz dalej, dostrzegam szczyty wspomnianego już Tien-szanu. Ten łańcuch górski rozciąga się na ok. 2,5 tys. km na pograniczu Kazachstanu, Uzbekistanu, Kirgistanu i Chin. Na ostatnich 10 km za drogowskazem prowadzącym do wąwozu trzeba zamienić drogę asfaltową na gruntową, której koniec oznajmia skromna budka ze szlabanem. 

 

 

Na horyzoncie kamienisto-piaszczysty teren przecina ciemna, zygzakowata rysa. Gdy się do niej zbliżam, potężnieje w oczach, aż wreszcie przybiera kształt kanionu. Otwieram usta ze zdumienia, bo przypomina on Wielki Kanion Kolorado w amerykańskim stanie Arizona, tylko w mniejszej skali. Cały Kanion Szaryński ma długość ok. 150 km. Od parkingu schodzę betonowymi schodkami 200 m niżej, na dno, którym zaledwie 2-kilometrowa trasa prowadzi do rzeki Szaryn. Od niej bierze nazwę ta jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Kazachstanu. Słońce mimo porannej godziny już przypieka, więc nakładam na głowę czapkę z daszkiem i smaruję twarz kremem z filtrem. Zdjęcia niczym japoński turysta robię właściwie bez przerwy. Otaczające mnie z dwóch stron, wyrastające ze ścian formacje skalne mają tak fantazyjne formy, że nie sposób ich nie uwiecznić. Znajduję się w części kanionu zwanej Doliną Zamków. Gnane lekkim wiatrem chmury rzucają cienie na lśniące złotopomarańczowe skały, które przed zachodem słońca, gdy będę wracać, zmienią kolor na czerwonobrązowy. Są polem do popisu dla nieograniczonej wyobraźni. Za każdym zakrętem wyrastają przed moimi oczyma nie tylko skalne zamki, ale i zwierzęta, drzewa i krzewy, a nawet grzyby wysokie na kilkadziesiąt metrów. Kilka razy przeżywam niemal chwile grozy, bo z powodu drgającego już od upału powietrza wydaje mi się, że zawieszona u góry wąwozu skała zaraz się oderwie i spadnie, grzebiąc mnie pod sobą. Te efekty specjalne natura wypracowywała przez 12 mln lat. W tym czasie wystawione na kaprysy pogody ostańce z piaskowców i zlepieńców kruszyły się, zmieniając swoje kształty – piaskowy miał, który wbija mi się w buty podczas marszu, długo będę potem usuwać. Koniec trasy zwiastuje szum niewidocznego jeszcze, malowniczego przełomu Szarynu. Na rzece można uprawiać rafting albo pokonać ją kajakiem. Ma długość ok. 400 km.

 

 

Na razie widzę tylko szałasy na palach z bambusa kryte słomą i coś na kształt ogrodzenia z ociosanych z kory pni drzew. Zawieszony nad ścieżką napis informuje, że weszłam na teren kompleksu turystycznego Eco-Park. Dalej bielą się jurty ustawione w krąg. Z ciekawością oglądam je w środku. Wyłożone wzorzystymi kobiercami, zapraszają, aby spędzić w nich noc (mieszczą do ośmiu osób). Przespać można się także w szałasach (bungalowach) i skromnych, choć komfortowych, pokojach. Kto nie zapłaci za nocleg, nie skorzysta jednak ze współczesnej toalety, pozostaje mi więc sławojka. Niestety, jest tak brudna, że nawet nie da się do niej wejść, więc jej okolica też woła o pomstę do nieba. Krzywię się zdegustowana, a przecież u nas jeszcze tak niedawno było dość podobnie. Zważywszy, w jakim tempie Kazachstan nadrabia zaległości i dogania Zachód, za kilka lat staną tu lśniące toalety. Ale wtedy to miejsce raz na zawsze straci swoją dziewiczość. Na razie to oaza spokoju w sam raz dla backpackerów, ze starannie nawadnianą trawą i drzewami. W kawiarence można zjeść smakowite szaszłyki z grilla i sałatkę w stylu greckiej, tylko bez fety. Na zapleczu najlepsze kino prezentuje sama natura – główny temat stanowi zachód słońca nad szeroko rozlaną rzeką Szaryn, okoloną zwalistymi, szarymi skałami.

 

 

MAŁA MEKKA

 

Pachnie słodko różami. Zza czerwonego łanu kwiatów wznosi się monumentalna, ciemnobrązowa bryła Mauzoleum Chodży Ahmada Jasawiego w Turkiestanie. Nazwa tego miasta położonego w południowym Kazachstanie jest skrótem od perskiego określenia Hazreti Turkestan, czyli „błogosławiony z Turkiestanu”, i odnosi się właśnie do Jasawiego, który zmarł w opinii świętości w 1166 r. Był sufim, co oznacza, że jako wyznawca islamu czerpał inspiracje nie tylko z Koranu, ale i innych religii, dążył do Boga poprzez mistyczne uniesienia i ascezę. W sufizmie nie ma agresji, nietolerancji, pychy, jego cel stanowi zdobywanie filozoficznej mądrości. Chodża Ahmad Jasawi założył nie tylko szkołę sufizmu, ale i pierwsze centrum nauki sufickiej w Azji Środkowej, stworzył też nowy gatunek literacki – religijną poezję ludową.

 

 

Zbudowane w latach 1389–1405 mauzoleum jest miejscem pielgrzymek, dlatego nazywa się je małą Mekką. Spotykam tutaj także parę nowożeńców: roześmianą pannę młodą w białej sukni, takiej, jaką mogę dostać w salonach mody ślubnej również w Warszawie, i jej męża w garniturze. Bez oporów pozują mi do fotografii.

 

 

Przyglądam się z bliska budowli, jakbym ją już wcześniej widziała. Rzeczywiście, innowacyjna architektura była inspiracją dla budowniczych Samarkandy w sąsiednim Uzbekistanie. Przez wysoki na kilka pięter, zakończony ostrym łukiem przedsionek, ejwan, i bogato rzeźbione drzwi wchodzę do kwadratowej sali głównej, kazandyku. Wieńczy ją największa w tej części kontynentu kopuła (o średnicy 18,2 m i wysokości 28 m), będąca właściwie dwiema kopułami – jedną w drugiej. Na zewnątrz pokrywają ją błękitne płytki ceramiczne, ornamenty w jej wnętrzu kojarzą mi się z koronkowymi wzorami z Alhambry w hiszpańskiej Grenadzie. Ściany zdobią elegancka polichromia i wersety z Koranu. Grób błogosławionego, znajdujący się w jednym z ponad 35 pomieszczeń kompleksu, od wiernych i niewiernych odgradza gęsta, gruba krata. Obok niego umieszczono obraz pokazujący, jak świętą postacią dla sufitów był Chodża Ahmad Jasawi. Mauzoleum, choć nie zostało ukończone, wpisano w 2003 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

 

WSPOMNIENIE PO MIEŚCIE

 

Jestem w Otrarze, jednym z najstarszych miast Azji Środkowej. Dziś stanowi tylko wspomnienie po latach swojej świetności. Archeolodzy z mozołem wykopują z piasków pustyni zatarte przez czas ruiny, ukryte przedmioty codziennego użytku, kości. Z tych puzzli próbują odtworzyć obraz życia dawnej społeczności w tym miejscu. Założone prawdopodobnie w I w. p.n.e. miasto okres prosperity przeżywało między VIII a XII stuleciem. Podróżnicy sprzed wieków opisywali je jako ważny przystanek na jednym z głównych odgałęzień Jedwabnego Szlaku. Otrar był znaczącym ośrodkiem handlowym, słynącym z rzemiosła i sztuki. Do jego ogromnej biblioteki zjeżdżali uczniowie i uczeni mężowie z całej Azji Środkowej. Miasto biło także własną monetę. Ciasną, zwartą zabudowę, z licznymi meczetami i pałacami, otaczały mury obronne, stanowiące dziś jedną z najciekawszych części wykopalisk. Podziwiam odtworzoną współcześnie główną bramę wjazdową z cegły z dwoma wieżami po bokach i drewnianym mostem przerzuconym nad fosą. Według jednej z hipotez w Otrarze przyszedł na świat ok. 870–872 r. Al-Farabi, należący do najwybitniejszych filozofów Wschodu. Przybliżył on wyznawcom islamu dzieła Arystotelesa i Platona. Jego pisma poświęcone polityce i miastu idealnemu przetłumaczył na język polski arabista Józef Bielawski (1910–1997), inicjator utworzenia samodzielnych studiów arabistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. 

 

 

W karawanserajach w mieście zatrzymywały się karawany przewożące nie tylko jedwab (który nigdy zresztą nie był głównym towarem transportowanym tą drogą na grzbietach wielbłądów). Jedną z nich przysłał w 1218 r. do Otraru sam Czyngis-chan. Wiozła przedmioty z odwetowej wyprawy na rządzone przez Dżurdżenów państwo Jin, czyli Złote, położone na terytorium dzisiejszych północnych Chin. Jednak rządzący wówczas miastem Inalczuk ze względu na podejrzenie, że w karawanie znajdowali się szpiedzy, kazał zabić wszystkich podróżujących w niej ludzi i znieważył wysłaną przez Czyngis-chana delegację. Polecił mu tak postąpić Ala ad-Din Muhammad II, władca ówczesnego Imperium Chorezmijskiego (w latach 1200–1220), na którego terenie leżał Otrar. W odwecie chan Mongołów najechał miasto i po kilkumiesięcznym oblężeniu je zniszczył. Niedługo później państwo chorezmijskie przestało istnieć. Właśnie to wydarzenie zapoczątkowało podboje mongolskie w Azji Środkowej. 

 

 

Na przełomie XVIII i XIX w. ostatni mieszkańcy opuścili Otrar, gdyż wyczerpały się podziemne zasoby wody, i tak stał się on miastem widmem, popadającym stopniowo w ruinę. Podobny los spotkał Fatehpur Sikri w Indiach, dawną stolicę Wielkich Mogołów, tyle że ona zachowała się w doskonałym stanie do naszych czasów i figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Otrar dopiero aspiruje do dostąpienia tego zaszczytu. Aż nie chce się wierzyć, że przed wiekami to zasypane piachem miasto było zieloną oazą z rozbudowanym systemem nawadniania, doprowadzającym wodę z pobliskiej rzeki Syr-darii, dziś ogromnie zanieczyszczonej i również wysychającej.

 

 

Podczas powrotu z Otraru zatrzymuję się na nieogrodzonym polu bawełny. Z grządek sterczą w górę krzewy z brudnobiałymi kłębuszkami. Na mój widok wiekowy już mężczyzna opuszcza stary barakowóz służący najwyraźniej za dom i posterunek do pilnowania zbiorów. Szerokim gestem zaprasza mnie do środka. Na stole przykrytym ceratą stoi butelka z białym płynem, który gospodarz nalewa mi do obtłuczonej musztardówki. Pij! – mówi zachęcająco po rosyjsku (język ten obok kazaskiego nadal pełni w kraju funkcję języka urzędowego). To mleko wielbłąda – dodaje. Smakuje podobnie do tureckiego jogurtowego napoju ajran. Ta spontaniczna gościnność całkowicie mnie rozbraja.

 

 

Jeżeli potrudzisz się, jak należy, będziesz miał wszystko – głosi lokalne przysłowie. Z całego serca życzę Kazachom, aby ta maksyma okazała się w ich przypadku prawdziwa. Byle tylko zachowali umiar. 

 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Indie, jakich jeszcze nie znacie

Hampi Karnataka 1

Ruiny stolicy Imperium Widźajanagaru w wiosce Hampi w Karnatace

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/INDIA TOURISM FRANKFURT

 

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Indii nie sposób ogarnąć umysłem, nie da się ich opisać tak po prostu i nie łatwo też je zrozumieć. Niezwykłe bogactwo sąsiaduje tu ze skrajną biedą, kilkunastomilionowe miasta stanowią jaskrawy kontrast dla nieskończonych przestrzeni wokół uśpionych wiosek, a zestawienie zapierających dech w piersiach szczytów Himalajów położonych na północy ze słonecznymi i piaszczystymi tropikalnymi plażami południa wydaje się abstrakcją. W powszechnej świadomości ten kraj kojarzy się na ogół z ubóstwem, Mahatmą Gandhim, świętymi krowami, zaklinaczami węży i dziwnie wyglądającymi joginami, ale to tylko część prawdy o nim. W rzeczywistości każdy znajdzie tutaj coś dla ciała i dla ducha.

 

Indie często budzą skrajne emocje i nigdy nie pozostawiają obojętnym. To kraj pełen tajemnic, kontrastów i zagadek. Rozwinęła się tu jedna z najstarszych kultur na świecie. Dzisiejsze Indie są prawdziwą mozaiką kulturową, o czym świadczą zabytki różnych epok, rozmaite rodzaje tańców i muzyki oraz charakterystyczne dla regionów zwyczaje. Jednak żeby się o tym przekonać, trzeba odwiedzić ten olbrzymi kraj i poznać go samemu. Niektórzy mówią, że można go albo pokochać, albo znienawidzić. Polecam otworzyć się na nowe doznania i dać się oszołomić feerią barw, dźwięków, zapachów i różnorodnością tej wyjątkowej krainy.

 

Republika Indii leży w Azji Południowej i zajmuje większość subkontynentu indyjskiego (niemal 3,3 mln km²). Jej północną granicę wyznaczają łańcuchy górskie – Karakorum i Himalaje. Najwyższym szczytem jest Kanczendzonga (8586 m n.p.m.), czyli trzeci najwyższy ośmiotysięcznik na świecie. Dalej na południe rozciąga się Nizina Hindustańska, na którą składa się pustynia Thar oraz niziny: Indusu, Gangesu i Brahmaputry wraz z deltą Gangesu i Brahmaputry. Niemal cały Półwysep Indyjski zajmuje wyżyna Dekan. Większość terytorium Indii leży w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego. W zachodnim rejonie Niziny Hindustańskiej występuje klimat zwrotnikowy suchy, a w Himalajach i Karakorum – podzwrotnikowy górski, chłodny. Zimy w kraju są łagodne, zwłaszcza w regionach południowych. W marcu, kwietniu i maju panują największe upały. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy nie zaskoczy nas pora deszczowa (od czerwca do września). Mnie za pierwszym razem spotkała właśnie taka niespodzianka.

 

KULTUROWA MIESZANKA

 

Indie to drugi pod względem liczby ludności kraj świata. Dziś mają ponad 1,3 mld mieszkańców. Każdego roku rodzi się tu niemal 26 mln dzieci. Większość ludzi zamieszkuje dolinę Gangesu i Nizinę Hindustańską. Indie są bardzo zróżnicowane etnicznie – o podziale na poszczególne grupy decyduje zwykle język. Ok. 54 proc. ludności kraju posługuje się hindi. Poza tym żyją tutaj jeszcze m.in. Bengalczycy, Telugowie, Marathowie, Tamilowie, Kannadowie, Gudźaratowie czy Keralczycy. Obowiązującym w państwie ustrojem jest republika związkowa. Kraj dzieli się na 29 stanów i 7 terytoriów (w tym jedno stołeczne). Panuje w nim system kastowy, który z góry określa przynależność osób do konkretnej grupy.

 

Większość mieszkańców Indii wyznaje hinduizm (ok. 80 proc.). Stanowi on właściwie zbiór różnych wierzeń. Niektórzy twierdzą, że istnieje aż 330 mln hinduistycznych bogów i bóstw. Korzenie hinduizmu sięgają rozwoju kultury Ariów, którzy z Azji Środkowej zawędrowali na terytorium dzisiejszego kraju. Tekstami sakralnymi hinduistów są Wedy (z sanskrytu „wiedza”). Jedną z nich jest Rygweda – sanhita (czyli zbiór) składająca się z 1028 hymnów zgromadzonych w 10 kręgach (mandala). Uchodzi ona za najstarszy zabytek literatury indoaryjskiej.

 

W Indiach funkcjonuje ponad 1700 języków i dialektów. Status oficjalnych dla całego kraju mają hindi i angielski. Poza tym uznaje się jeszcze 21 języków regionalnych, które pełnią funkcję urzędowych w poszczególnych stanach. Co ciekawe, konstytucja z 1950 r. zakładała wycofanie angielskiego z użytku i zastąpienie go hindi, tak się jednak nie stało. Obecnie większość mieszkańców północnych regionów jest dwu-, trzy-, a nawet czterojęzyczna.

 

Najpopularniejszy wśród turystów rejon Indii stanowi tzw. Złoty Trójkąt. Jego wierzchołki wyznacza Delhi oraz miasta: Agra z mauzoleum Tadź Mahal (jeden z 7 Nowych Cudów Świata) i Dźajpur (stolica Radżastanu, zwana też Różowym Miastem). Oprócz tego z pewnością warto zobaczyć m.in. ruiny w Hampi w stanie Karnataka, tamilskie świątynie Ćennaju (Madrasu) i Maduraju w Tamilnadu, zabytkowy zespół sakralny w Kadźuraho oraz Waranasi – miasto położone nad świętym Gangesem, do którego pielgrzymują miliony Hindusów. Ja jednak chciałabym polecić wycieczkę na ciekawe i barwne południe kraju.

 

MAGICZNE POŁUDNIE

 

Wszystkie stany Indii Południowych, tj. Karnataka, Tamilnadu, Kerala, Telangana i Andhra Pradeś, oraz terytoria Puduććeri, Lakszadiwy i Andamany i Nikobary rozciągają się wzdłuż tropikalnej strefy zwrotnika Raka. Takimi warunkami klimatycznymi można z pewnością wytłumaczyć niespieszne tempo życia w regionie, którego znakiem rozpoznawczym są strzeliste budowle sakralne, barwne przedstawienia taneczne, smukłe palmy i osiodłane słonie. W tutejszym krajobrazie dominują przede wszystkim rozległe równiny Dekanu, bujne lasy deszczowe Ghatów i długie wybrzeże. Lokalne świątynie atakują zmysły rozmaitością kształtów i kolorów. Każde przedstawienie bóstwa jest jaskrawo pomalowane, a strome dachy budowli zadziwiają ilością zdobień. Co ciekawe, na południu Indii dzięki jezuickiemu misjonarzowi św. Franciszkowi Ksaweremu (1506–1552), który w XVI w. opiekował się tu sporą społecznością chrześcijańską (m.in. kolonistami z Portugalii czy ludem Parava z terenu obecnego stanu Tamilnadu), przetrwało wiele kościołów.

 

W tym regionie kraju uprawia się głównie ryż. Podaje się go często na liściach bananowca – w tej wersji smakuje wykwintnie i jest specjalnością lokalnej kuchni. Zamiast typowego w Indiach napoju na bazie herbaty zwanego masala ćaj serwuje się tutaj zwykle wyśmienitą słodką kawę z delikatną pianką.

 

Większość języków używanych na południu wywodzi się z rodziny drawidyjskiej (np. telugu, kannada, tamilski i malajalam). Na szczęście niemal wszędzie można się porozumieć po angielsku.

 

Ten region Indii zachował nadal swój dawny urok, chociaż coraz śmielej wkraczają do niego nowoczesne technologie i przemysł komputerowy. Bengaluru, stolica stanu Karnataka, trzecie co do liczby ludności miasto w kraju (ponad 8,5-milionowe), nazywane bywa indyjską Doliną Krzemową. Tu powstał np. serwis Google Finance. Jednocześnie Ćennaj (stolica Tamilnadu) wciąż kultywuje swoje najlepsze tradycje muzyczne i taneczne. Kerala słynie ze słoni, ajurwedy i specyficznego rodzaju sztuk walki (kalarippayattu). Uchodzący za bramę południowych Indii Hajdarabad (stolica stanu Telangana) ze względu na kunszt miejscowych rzemieślników i zachwycający fort Golkonda zyskał sławę już za czasów Marca Pola (1254–1324). Opuszczone kamienne miasto w Hampi w Karnatace zachwyca ogromną, 49-metrową świątynią Wirupakszy poświęconą bogu Śiwie.

 

BAŚNIOWA KARNATAKA

 

Jog Falls

Wodospad Dźog stanowi jedną z naturalnych atrakcji stanu Karnataka

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/KARNATAKA TOURISM

 

Ten stan cieszy się dużym zainteresowaniem wśród turystów dzięki długiej i bogatej historii oraz zróżnicowanym krajobrazom. Karnataka zajmuje trzecie miejsce wśród najbardziej popularnych celów podróży w Indiach i drugie pod względem liczby zabytków (ponad 500!), które znajdują się pod ochroną władz centralnych (zaraz po stanie Uttar Pradeś). W jej granicach leżą obszary o różnym charakterze. Nadbrzeżny rejon zwany Kanara lub Karawali, sąsiadujący na zachodzie z Morzem Arabskim, a na wschodzie z wilgotnymi zboczami Ghatów Zachodnich, porasta tropikalny las złożony m.in. z wysmukłych palm, teków, bambusów i palisandrów indyjskich (drzew różanych). Góry chronią przed chmurami monsunowymi wyżynę Dekan położoną na średniej wysokości od 600 do 900 m n.p.m., która na wschodzie pokryta jest ciemnymi i jałowymi glebami wulkanicznymi. Jej granice wyznaczają Ghaty Zachodnie i Wschodnie (najwyższe ich szczyty to odpowiednio Anaj Mudi lub Anamudi w Kerali, 2695 m n.p.m., i Arma Konda lub Sitamma Konda w Andhra Pradeś, 1680 m n.p.m.). To drugie pasmo biegnie wzdłuż wybrzeża, w większości już poza granicami Karnataki. Na południowym zachodzie rozciągają się wzgórza i doliny dystryktu Kodagu, a wśród bujnej roślinności na południu można spotkać słonie indyjskie, tygrysy bengalskie, lamparty, gaury i sambary jednobarwne. Często odwiedzanym miejscem jest 253-metrowy wodospad Dźog na rzece Śarawati (dystrykt Śiwamogga). Ten stan Indii najlepiej odwiedzić w okresie od października do marca.

 

W Karnatace żyje blisko 65 mln ludzi. Jej mieszkańcy tworzą ciekawą mozaikę kulturową. Na północy osiedlili się przede wszystkim lingajaci – przedstawiciele ruchu religijnego założonego przez hinduskiego filozofa i poetę Basawannę (Basawę) w XII w. W południowym rejonie, należącym kiedyś do Królestwa Majsuru (Mysuru), przeważa bogata społeczność rolnicza Wokkaligów. Wybrzeże zamieszkują rybacy – potomkowie kupców, którzy prowadzili handel z Mezopotamią, Persją i Grecją. W portowym mieście Mangaluru widać też wpływy portugalskie. Adiwasi żyją przede wszystkim na północy i zachodzie, a grupy etniczne Kodawa i Kodagu Gowda – w dystrykcie Kodagu. W Karnatace używa się języka kannada, w którym powstały klasyczne utwory poetyckie i prozatorskie. O jego korzeniach świadczą chociażby inskrypcje z V w. i poradnik dla piszących Kawiradżamarga z IX w.

 

Istnieje prawdziwa przepaść między światem kosmopolitycznej i nowoczesnej stolicy stanu, Bengaluru, i stylem życia jej mieszkańców a codzienną rzeczywistością obszarów rolnych, wiosek i małych miasteczek. Główna metropolia Karnataki została założona w 1537 r. przez wodza Kempe Gowdę I (1510–1569). To piąta pod względem liczby ludności największa indyjska aglomeracja, w której mieszka ok. 9 mln ludzi. Dzięki położeniu na płaskowyżu Majsuru panuje tu bardziej umiarkowany klimat w porównaniu z innymi miastami południa kraju. Stolica Karnataki słynie ze swoich pięknych ogrodów botanicznych Lalbagh, które zajmują niemal 100 ha. Można w nich podziwiać prawie 1900 gatunków roślin tropikalnych i subtropikalnych, także rzadkie okazy pochodzące z Iranu, Afganistanu i Europy. Warto pamiętać, że w styczniu i sierpniu organizowane są tu bardzo efektowne wystawy kwiatów. Poza tym polecam zwiedzić drewniany pałac letni sułtana Tipu (znanego jako Tygrys Majsuru), pięknie ozdobiony rzeźbionymi łukami i balkonami. W jego pobliżu znajduje się twierdza wzniesiona w 1761 r. na miejscu starego fortu Kempe Gowdy I. Po drodze warto również zatrzymać się przy Pałacu Bengaluru i hinduistycznej świątyni, w której czci się Krysznę. Od kilkunastu lat stolica Karnataki, jak już wspomniałam, uchodzi za międzynarodowe centrum sektora informatycznego. To równocześnie najbardziej nowoczesne miasto indyjskie, co przekłada się na wysokie zarobki i zarazem wysoki koszt życia.

 

Na południowy zachód od Bengaluru leży bajkowe miasto Majsuru.Byłoononiegdyśstolicą królestwa o tej samej nazwie (od 1399 do 1950 r.), a dzisiajstanowi kulturalny ośrodek Karnataki. Słynie przede wszystkim z pięknego Lalitha Mahal, jedwabnych turbanów, wyrobów z drzewa sandałowego i sari. W 2010 r. Majsuru zostało wybrane drugim najczystszym miastem w Indiach (po Czandigarh). Wspomniany pałac maharadży (Lalitha Mahal), władcy z dynastii Wadijar, wzniesiono za ogromne pieniądze w 1921 r. według projektu brytyjskiego. Najlepszy moment na zwiedzanie okolicy stanowi zazwyczaj październik, kiedy odbywa się 10-dniowy festiwal Dasara (nazywany także Nawaratri), albo przełom października i listopada, gdy obchodzi się święto światła Diwali (Dipawali). W czasie tego ostatniego w uroczystej procesji, której przewodzi maharadża, oprócz ludzi uczestniczą słonie i konie. Wszędzie jest pełno kwiatów, wokół unosi się zapach kadzideł. Warto wziąć udział w tym niesamowitym wydarzeniu.

 

Koniecznie trzeba też odwiedzić małą magiczną wioskę Hampipołożonąna głębokiej prowincji. Kilkaset lat temu w tym miejscu biło serce Imperium Widźajanagaru (istniejącego w latach 1336–1646), jednego z najpotężniejszych w tej części świata. Tutejsi władcy uchodzili za wyjątkowo oświeconych. Wspierali rozwój sztuki, nauki, literatury, religii hinduistycznej i architektury. Pomiędzy zachowanymi zabytkami dawnej stolicy państwa – Widźajanagaru (w tłumaczeniu Miasta Zwycięstwa) – najlepiej przemieszczać się na rowerze, ponieważ odległości są spore, a droga nie zawsze bywa idealna. Trasa prowadzi przez plantacje bananowców, w pobliżu zielonej dżungli. Miasto otoczone było murem. Historycy podzielili umownie ten obszar na centrum święte i królewskie. O czasach swojej świetności wciąż przypomina Świątynia Kryszny, ogromna Świątynia Wirupakszy (w centrum ośrodka) poświęcona bogu Śiwie, Lotus Mahal, stajnie dla słoni i Świątynia Witthali (Withoby). Można tu spędzić kilka tygodni i wciąż nie zobaczyć wszystkiego. Imponujące ruiny w Hampi znajdują się od 1986 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mieszkańcy wioski każdego ranka zbierają się na ghatach (kamiennych schodach) przy rzece Tungabhadra, aby się wykąpać, zrobić pranie, porozmawiać z sąsiadami czy umyć słonia bogini Lakszmi, który trzymany jest w świątyni. Wieczorem odprawiają rytuały i składają ofiary bogom. Tutaj wciąż można poczuć atmosferę dawnego Imperium Widźajanagaru.

 

Wartą odwiedzenia kolebkę hinduskiej architektury sakralnej stanowi miejscowość Ajhole, która leży ponad 130 km na północny zachód od Hampi. W V–VIII w. była to siedziba dynastii Ćalukjów. Znajduje się tu zespół świątyń hinduistycznych. Najstarsza jest Lad Khan z V stulecia wzniesiona na planie kwadratu. Poza tym na uwagę zasługuje świątynia bogini Durgi, powstała prawdopodobnie pod koniec VII w., wzorowana na buddyjskiej ćajtji, czy VII-wieczny kompleks Huczimalli. Kolejne miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO stanowi Pattadakal(położony ok. 10 km na południowy zachód od Ajhole) z wielkimi budowlami sakralnymi (9 świątyniami hinduistycznymi i 1 dźinijską). Ponad 20 km stąd znajduje się Badami z grotami świątynnymi i dawnym fortem.

 

WZGÓRZA KERALI

 

Już w czasach starożytnych Kerala słynęła z urodzajnej ziemi, bogatej kultury i barwnych tradycji. Jedna z legend mówi, że region ten powstał, kiedy Paraśurama, wcielenie Wisznu, wrzucił swój topór wojenny do Morza Arabskiego. Stan leży na południowym zachodzie Indii. Od zachodu oblewa go Morze Arabskie i Lakkadiwskie. Od wschodu i południa Kerala graniczy z rozległym terytorium Tamilnadu, które rozciąga się po Zatokę Bengalską. Regionalnym językiem urzędowym Keralczyków jest malajalam, mający własne pismo.

 

To jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Indii. Najciekawsze miejsca leżą wśród zboczy Wzgórz Kardamonowych, na Wybrzeżu Malabarskim czy w okolicy licznych rzek. Plantacje teków, pieprzu i kauczukowców są zawsze zielone dzięki monsunom wiejącym dwa razy w roku. W krajobrazie dominują palmy kokosowe, a wzniesienia Ghatów Zachodnich pokrywają uprawy kawy. Herbata rośnie w nieco wyższych partiach, a drzewa kauczukowe – na południowych obszarach. Żyzna gleba tego regionu pozwala również na zbiory ryżu dwa, a nawet trzy razy w roku oraz uprawianie nerkowców i kardamonu.

 

O Kerali mówi się, że przy tworzeniu świata Bóg zachował ten cudowny zakątek dla siebie. Nic więc dziwnego, że stała się ona kolebką starożytnej indyjskiej medycyny – ajurwedy, czyli w tłumaczeniu „wiedzy o życiu”. Naturalne bogactwo ziół i roślin leczniczych oraz umiarkowany i wilgotny klimat sprawiają, że jest to najlepsze miejsce do przeprowadzania zabiegów i masaży oraz zgłębiania tajników tego rodzaju leczenia. Z pewnością warto poddać się takiej odnowie w jednym z wielu tutejszych ośrodków.

 

Do dziś mieszkańcy Kerali stosują zasady ajurwedy, ponieważ przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. Ta staroindyjska medycyna zachowała tu swoją najczystszą postać, najbliższą tej sprzed tysięcy lat. Warto podkreślić, że w porównaniu z Hindusami z innych regionów Keralczycy cieszą się najdłuższym i najzdrowszym życiem, a umieralność niemowląt i dzieci jest wśród nich najniższa w kraju. Ten stan stanowi idealne miejsce na błogi wypoczynek urozmaicony dobroczynną kuracją ajurwedyjską.

 

Turystów do Kerali przyciągają przepiękne krajobrazy, laguny, jeziora, plaże, a przede wszystkim słynne rozlewiska położone wzdłuż Wybrzeża Malabarskiego (backwaters). Przyjezdni przeprawiają się tu wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, które miejscowi pokonują codziennie w drodze do pracy. Okolica jest spokojna i malownicza. Polecam wybrać się w rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po zielonych wodach między miastami Kollam a Alappuzha. Taka wycieczka może trwać nawet do 8 godz.

 

W głębi lądu, za gwarnym miasteczkiem Kottajamdrogi zaczynająsię wznosić w kierunku Ghatów Zachodnich, skąd pod koniec grudnia i na początku stycznia ogromne grupy wyznawców Ajjappana wyruszają na pieszą pielgrzymkę do świątyni w hinduistycznym kompleksie Sabarimala. Bóstwo to jest bardzo popularne na terenie Indii Południowych. Wyznające je osoby noszą czarne lub niebieskie ubrania i koraliki tulasi wokół szyi.

 

W Kerali koniecznie trzeba zatrzymać się w mieście Koczin, leżącym w środkowej części stanu i nazywanym Królową Morza Arabskiego. Już ok. 2 tys. lat temu kupcy greccy, rzymscy, żydowscy, arabscy i chińscy przybywali tutaj po przyprawy, takie jak kardamon, cynamon czy pieprz, oraz drzewo sandałowe. Koczin nadal pełni funkcję ważnego portu dla handlujących przyprawami, a lokalne magazyny są zawsze pełne życia. W wolnym czasie warto wybrać się na spacer po portowym nabrzeżu. Choć w jego okolicy nie przetrwało zbyt wiele śladów po kupcach arabskich lub chińskich, to o Portugalczykach, Holendrach i Brytyjczykach przypominają stare kościoły i inne budowle. Ciekawym obiektem w tym klimatycznym mieście jest Pałac Mattancherry, który został wzniesiony przez Portugalczyków ok. 1555 r. dla władcy Królestwa Koczinu, a odnowiony i rozbudowany przez Holendrów w 1663 r., przez co nazywa się go też Pałacem Holenderskim. Warto także zwiedzić rejon zwany Fortem Koczin z Kościołem św. Franciszka, najstarszą chrześcijańską świątynią zbudowaną w Indiach przez Europejczyków. Pierwotną drewnianą budowlę przekształcono w 1503 r. w murowaną. W tym miejscu w 1524 r. pochowany został słynny portugalski odkrywca Vasco da Gama, a jego grób zachował się do dziś. Jednak w 1539 r. szczątki żeglarza przewieziono do Portugalii.W granicach Fortu Koczin znajduje się również XVI-wieczna katolicka Bazylika św. Krzyża (Santa Cruz Cathedral Basilica). Stąd niedaleko już do dzielnicy żydowskiej z Synagogą Paradesi z 1568 r.

 

Środkowa i północna część Kerali zachwycają malowniczymi budowlami. W mieście Triśur można zwiedzić świątynię Wadakkunnathan, która według legendy została założona przez Paraśuramę i jest jedną z najważniejszych w tym stanie. Na uwagę zasługuje działające w niej niewielkie muzeum archeologiczne z ciekawymi zbiorami sztuki sakralnej. Za najświętsze miejsce w Kerali uchodzi Świątynia Kryszny w mieście Guruwajur (ok. 30 km od Triśuru). Warto pamiętać, że wstęp do większości keralskich kompleksów sakralnych mają tylko wyznawcy hinduizmu.

 

Na wypoczynek nad brzegiem Morza Arabskiego najlepiej udać się do stolicy stanu – Tiruwanantapuram (Triwandrum). Złote plaże tego miasta, z najsłynniejszą Kowalam, są oblegane przez zagranicznych turystów. Mahatma Gandhi (1869–1948) nazwał Tiruwanantapuram Wiecznie Zielonym Miastem Indii. Tutaj też uroczyście obchodzi się najważniejsze święta narodowe. Kerala szczyci się także niezmiernie bogatymi tradycjami teatralnymi i tanecznymi, które mają swoje korzenie w obrzędach i ceremoniach religijnych. Na przedstawienie dramatyczne katakali warto przybyć nieco wcześniej, żeby zobaczyć, jak artyści przygotowują się do roli. Jaskrawy makijaż, maski i zdobione kostiumy ważące nawet kilkadziesiąt kilogramów robią niezwykłe wrażenie.

 

Kerala to magiczny region, pachnący przyprawami, szczególnie kardamonem, wanilią i cynamonem. Oszałamiającą przyrodę tego stanu można podziwiać w Parku Narodowym Perijar, który przez wiele osób uważany jest za najpiękniejszy w całych Indiach. Jego główną atrakcję stanowią dość duże populacje słoni indyjskich i tygrysów bengalskich. Poza tym występuje tu mnóstwo innych zwierząt żyjących w tej części kraju, choćby białe tygrysy, gaury czy lutungi nilgiryjskie z rodziny koczkodanowatych.

 

SACRUM TAMILNADU

 

house boat 416

Malowniczy rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po keralskich rozlewiskach

© DEPARTMENT OF TOURISM, GOVERNMENT OF KERALA

 

Wspaniała architektura sakralna to tylko jeden ze skarbów Tamilnadu rozciągającego się od piaszczystych wydm na wschodnim wybrzeżu po chłodne pasmo górskie Nilgiri na zachodzie. Typowymi elementami współczesnej kultury tamilskiej są przede wszystkim wyrazista kuchnia, upodobanie do kolorów, charakterystyczna muzyka i wyborna kawa. Na każdym kroku spotyka się tu jaskrawe plakaty z roztańczonymi aktorami i aktorkami, a w powietrzu czuć aromat palonych ziaren. Tamilowie uważają się za potomków Drawidów, którzy zamieszkiwali Półwysep Indyjski przed przybyciem Ariów i stworzyli własną cywilizację. Literatura tamilska (jedna z literatur narodowych Indii) zaczęła się rozwijać już w I w. p.n.e.

 

Najlepszą bazą wypadową do zwiedzania regionu jest stolica stanu – Ćennaj (do 1996 r. pod nazwą Madras). Miasto powstało w 1639 r. jako brytyjskie centrum handlu. Dziś pełni funkcję ważnego ośrodka przemysłowego, handlowego, kulturalnego i naukowego. Warto zobaczyć tu świątynię Kapaliśwarar wzniesioną ok. VII w., katolicką Bazylikę św. Tomasza, Fort św. Jerzego z 1644 r. i Górę św. Tomasza z Kościołem Matki Boskiej Oczekującej z 1523 r., z której roztacza się malowniczy widok na okolicę. W Ćennaju polecam też obejrzeć pokaz współczesnej wersji jednego z najstarszych tańców Azji Południowej bharatanatjam. W pobliżu miasta uprawia się już od ok. 380 lat odmianę herbaty indyjskiej o dosyć ostrym i wyrazistym smaku (Madras).

 

Jak już wspomniałam, wśród największych atrakcji Tamilnadu znajdują się świątynie. Ich zwiedzanie najlepiej rozpocząć w miejscowości Mahabalipuram (Mamallapuram, ponad 50 km na południe od Ćennaju), niegdyś głównym porcie Pallawów (dynastii drawidyjskiej). Zachowały się tutaj jedne ze starszych wykutych w skale zabytków Indii Południowych (pochodzące z VII i VIII w.). Na uwagę zasługują groty świątynne, rathy (konstrukcje w formie wieży bądź wozu) i sanktuaria, a także mnóstwo pięknych rzeźbień. Poza tym w Mahabalipuramie znajduje się złocista piaszczysta plaża. Oprócz tego w grudniu i styczniu odbywa się tu widowiskowy festiwal tańca (Mamallapuram Dance Festival). To niezmiernie urokliwe miejsce, umieszczone w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, z pewnością warto odwiedzić.

 

Z cennych zabytków architektury sakralnej słyną również Kańćipuram, Tiruwannamalaj, Ćidambaram, Tańdźawur, Tiruwarur, Śrirangam i Maduraj. Choć każde z tych miast ma własny charakter, to pod pewnymi względami są do siebie podobne. Procesje ku czci bogów i bogiń odbywają się tu przy akompaniamencie głośnych orkiestr, a zniewalające aromaty kadzideł i jaśminu oraz ozdabiające niemal wszystko kwiatowe girlandy tworzą atmosferę świętości. W Maduraju znajduje się słynna Świątynia Minakszi – kompleks poświęcony bogini Parwati i jej małżonkowi Śiwie. Miasto to było stolicą drawidyjskiej dynastii Pandjów w VI–IX w. oraz w XIII i XIV stuleciu. Niezwykłe wrażenie wywołują gopury (bramy w kształcie wysokiej wieży) z jaskrawymi rzeźbami, a także przepięknie zdobiona Mandapa Tysiąca Kolumn. Świątynia Minakszi należy do najważniejszych ośrodków kultu w całym Tamilnadu. Według tradycji śaktyzmu uważana jest za jedno z tzw. miejsc mocy. Podczas pobytu na terenie świątynnym rzeczywiście można poczuć niesamowitą energię.

 

Jeden z najświętszych obiektów w Indiach stanowi świątynia Ramanathaswamy położona na wyspie Pamban, nazywanej też Rameśwaram (ok. 150 km na południowy wschód od Maduraju). Zgodnie z legendą założył ją Rama (wcielenie boga Wisznu) po powrocie ze Sri Lanki. Niestety, w grudniu 1964 r. cyklon zniszczył w dużym stopniu zarówno budowlę, jak i pobliskie miasto Rameśwaram. Na najdalej wysuniętym na południe krańcu Indii leży z kolei Kanjakumari (dawniej Przylądek Komoryn) przyciągające pielgrzymów czczących boginię Kumari. Warto pamiętać, że w dniu pełni księżyca w miesiącu ćajtra według kalendarza indyjskiego (co wypada w marcu lub kwietniu) można w nim obserwować wschodzący księżyc i zachodzące słońce w tym samym czasie. Miejscowość znajduje się na przylądku Komoryn, w okolicy którego, jak się przyjmuje, Morze Arabskie spotyka się z Lakkadiwskim i Zatoką Bengalską, co może być dodatkową atrakcją dla osób zwiedzających zabytki sakralne Tamilnadu.

 

Warto jeszcze wspomnieć o mieście Tiruwannamalaj (ok. 185 km na południowy zachód od Ćennaju). Tutejszy ogromny zespół świątynny zajmuje powierzchnię 10 ha i zachwyca czterema gopurami wzniesionymi w okresie potęgi Imperium Widźajanagaru (XIV–XVII w.).

 

Świątynie w Tamilnadu są imponujące i zadziwiają swoją wielkością i architekturą. Warto zatrzymać się w tym stanie na dłużej, aby spróbować wczuć się w panującą wokół nich atmosferę. Podczas takiej wyprawy zawsze można na chwilę zboczyć z drogi i zajrzeć do nadmorskich enklaw, górskich kurortów czy rezerwatów przyrody.

 

IMG 8160

Zabytkowy zespół świątyń w Mahabalipuramie nad brzegiem Zatoki Bengalskiej

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/TAMIL NADU TOURISM

 

 

W Nowej Zelandii – krainie Władcy Pierścieni i Hobbita

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, zwą ją Aotearoą, czyli Krainą Długiego Białego Obłoku. Zachwyca ona wspaniałymi krajobrazami i unikatową kulturą ludzi Kiwi, kochających wypoczynek na świeżym powietrzu. Choć Europejczykom niełatwo się do niej dostać, coraz chętniej wyprawiają się w te strony i zawsze wracają z bagażem cudownych wspomnień. >>

Więcej…

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…