ROBERT PAWEŁEK

 

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< W promieniach gorącego tropikalnego słońca podróżnicy wyruszają przez półwysep Jukatan śladami dawnej cywilizacji Majów. Gdzieś tutaj praktykowano tajemnicze obrzędy. Układ gwiazd i planet decydował o życiu tysięcy ludzi. Dziś wspaniałym piramidom schodkowym, zamiast ołtarzy ofiarnych, towarzyszą stragany z pamiątkami. W głębi dżungli kuszą nurków fascynujące podziemne jaskinie – cenoty. A na strudzonych wędrowców czekają miękkie złote piaski Riwiery Majów (Riviera Maya). Czy można sobie wyobrazić lepszą wyprawę? >>

 

Na pierwszy rzut oka półwysep Jukatan wydaje się płaski jak… tortilla. W zdecydowanej większości wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziomem morza. Z lotu ptaka widać niewysokie lasy tropikalne i sawanny przecięte prostymi jak strzała drogami. W pasie nadmorskim królują namorzyny. Ten z pozoru mało urozmaicony widok nie zapowiada wielkich atrakcji, jakie tu na nas czekają...

 

Większość turystów przyjeżdża na Jukatan zwabiona urokiem plaż nad Zatoką Meksykańską i Morzem Karaibskim. Nad lazurowym Oceanem Atlantyckim rozpościera się idealnie błękitne niebo, a pod stopami czuć piasek miękki niczym puch – wszystko jest dokładnie takie, jak opisują to kolorowe foldery. Miłośnicy nurkowania wybierają wyspę Cozumel, położoną wzdłuż systemu Mezoamerykańskiej Rafy Barierowej. Przejrzystość wody dochodzi w jej rejonie do 27 m, a świat zwierząt zachwyca bogactwem gatunków korali, ryb tropikalnych, mięczaków i skorupiaków. Niezwykłą atrakcją dla płetwonurków są także cenoty – głębokie studnie krasowe, tworzące sieć podziemnych korytarzy. Nie wolno nam również nie odwiedzić dżungli, gdzie żyją pumy, jaguary, małpy i krokodyle. A kiedy tutejsza przyroda nie będzie już miała przed nami tajemnic, pozostaje wyruszyć na wyprawę szlakiem dawnych miast Majów. 

 

Białe Miasto

Moją podróż po stanie Jukatan zaczynam od jego tętniącej życiem stolicy Méridy, gdzie docieram po prawie 30 godz. lotu (włącznie z przesiadkami) z Polski. Gdyby nie znaczna odległość i dość wysokie ceny biletów, Meksyk byłby równie oblegany przez Polaków jak Hiszpania, Egipt czy Turcja.

Méridę założył w 1542 r. na ruinach miasta Majów T'Hó (Ichcaansihó) hiszpański konkwistador Francisco de Montejo Młodszy. Wiele budynków zbudowano z kamieni ocalałych po dawnych świątyniach. Stolica stanu Jukatan nosi miano Paryża Zachodu, z uwagi na duży wpływ kultury europejskiej na tutejszą architekturę, lub Białego Miasta (Ciudad Blanca). Etymologia tej drugiej nazwy nie jest pewna. Niektórzy wywodzą ją od bielonych wapnem ścian budynków, inni od koloru świątecznych strojów mieszkańców, a jeszcze inni od wyjątkowej czystości panującej na ulicach. Najlepiej zakwaterować się w jednym z hoteli z klimatyzacją i bezpłatnym dostępem do internetu. Za 50 pesos (ok. 12 zł) dojedziemy taksówką do każdego miejsca w mieście. Przez chwilę cieszę się chłodem w moim pokoju w Presidente InterContinental Villa Mercedes Mérida. Następnie zamawiam kurs na Plaza Grande, Wielki Plac (zwany też Plaza de la Independencia, czyli Placem Niepodległości), znajdujący się w centrum miasta. Nie mogę wytrzymać z ciekawości – w Meksyku jestem pierwszy raz, a na zwiedzanie Méridy mam tylko dwa dni. Miasto najpiękniej wygląda nocą. Dopiero po zachodzie słońca zaczyna tętnić życiem, zapewne z powodu mniejszego upału. Jego mieszkańcy wylegają tłumnie na ulice wokół Plaza Grande, gdzie co weekend odbywa się fiesta. Już w piątek wieczorem ruch samochodów zostaje tu wstrzymany, uliczni sprzedawcy rozstawiają swoje stragany z pamiątkami, jukatańskimi specjałami i rękodziełem artystycznym. Ruchliwy plac przemienia się szybko w targowisko. Mijam niezliczoną liczbę stoisk oraz barów na dwóch kółkach. Wkrótce barwny korowód tancerzy i tancerek rusza spod kafejki, kołysząc się w rytmie muzyki. Zaczyna się pokaz narodowych tańców.

Następnego dnia docieram na Plaza Grande już o 7.30. Dzięki temu mam okazję posłuchać meksykańskiego hymnu narodowego w wykonaniu lokalnego zespołu policyjnego. W pobliżu znajduje się gmach Ratusza (Palacio Municipal) i wszystkie ważniejsze zabytki. Nie mogę przeoczyć domu rodziny Montejo (Casa de Montejo) – jednego z najlepszych przykładów hiszpańskiego stylu plateresco w architekturze Nowego Świata. W gustownie urządzonych wnętrzach przez dłuższą chwilę odpoczywam od upału dzięki klimatyzacji. Po drugiej stronie placu stoi Palacio de Gobierno, Pałac Rządu (dawniej siedziba gubernatorów, a dzisiaj władz stanu), udostępniony zwiedzającym. Najciekawsze są w nim murale (monumentalne obrazy ścienne) wykonane przez miejscowego artystę Fernando Castro Pacheco (ur. 1918 r.), przedstawiające historię Majów z Jukatanu. Jednak najwspanialszą budowlą miasta jest bez wątpienia imponująca Catedral de San Ildefonso  (Katedra św. Ildefonsa), nazywana też Catedral de Yucatán (Katedrą Jukatanu) – najstarsza świątynia tego typu na kontynencie amerykańskim. Wzniesiono ją w miejscu dawnej świątyni Majów. Jej budowa trwała 37 lat, a ukończono ją w 1598 r. Nad głównym wejściem widnieje godło Hiszpanii, w kaplicy zaś przechowuje się drewniany krucyfiks Cristo de las Ampollas (Chrystusa z Pęcherzami), cudownie ocalały z dwóch pożarów.

                                                                                                              FOT. MEXICO TOURISM BOARD

Stąd ruszam dalej na Mercado Lucas de Galvéz, historyczny główny targ w Méridzie, gdzie sprzedawcy oferują wyroby rękodzieła ludowego, biżuterię, owoce, warzywa, a nawet buty. Znajdziemy tu także bardzo wytrzymałe sizalowehamaki, wyrabiane z włókna liści agawy, chętnie kupowane przez turystów. Podczas zwiedzania warto korzystać z dorożek, często używanych przez mniej zamożnych Meksykanów. W trakcie przejażdżki reprezentacyjną aleją Paseo de Montejo możemy podziwiać kolonialną architekturę Méridy, którą tworzą w znacznej części wytworne pałace i wille otoczone pięknymi ogrodami. Stały punkt wycieczek stanowi ogromny pomnik dokumentujący historię Meksyku – Monumento a la Patria (Pomnik dla Ojczyzny). Popularnym środkiem transportu wśród turystów są też turibusy, piętrowe autobusy z odkrytym dachem, zatrzymujące się w wybranych punktach miasta (bilet kosztuje 120 pesos, czyli ok. 30 zł). Ja postanowiłem skorzystać z mniej komfortowego turibusu kubańskiego (podobno w stolicy Jukatanu kursują tylko dwa takie pojazdy), co okazało się nie najlepszym pomysłem, bo już po chwili jechałem w obłokach spalin. Chętni mogą wybrać się także do miasta Progreso nad Zatoką Meksykańską (ok. 35 km od Méridy, 20 min. autobusem). Zawijają tutaj statki wycieczkowe, a ponad 6-kilometrowe molo pełne jest spacerowiczów. Same plaże niczym jednak się nie wyróżniają.

 

Świat Majów

Władze stanu Jukatan coraz większą wagę przykładają do spuścizny po starożytnej cywilizacji Majów i wykorzystują ją do swojej promocji. Świadczą o tym choćby Targi Turystyczne Świata Majów (Feria Turística del Mundo Maya), odbywające się co roku w Méridzie (od 2009 r.). Jeśli spojrzeć na mapę regionu, praktycznie wszędzie znajdziemy stanowiska archeologiczne. Wiele miejsc nie zostało jeszcze odkrytych, bowiem pozostałości zabytkowych budowli porasta gęsta tropikalna dżungla.

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

Do najbardziej znanych miast Majów należy Chichén Itzá, założone prawdopodobnie w VI w. i wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Najintensywniejszy rozwój przeżywało w X–XI stuleciu, kiedy do imperium przybyli z terenów dzisiejszego północno-zachodniego Meksyku Toltekowie. W XV w. zostało opuszczone. Nie było największym ośrodkiem, stanowiło jednak centrum kultu religijnego Majów. Dziś możemy podziwiać tutaj ok. 2500 budowli. Świątynia Kukulkána (Pierzastego Węża), zwana też El Castillo (Zamkiem), jest najpopularniejszym symbolem Chichén Itzá, które zostało uznane w 2007 r. za jeden z nowych siedmiu cudów świata. Dwa razy w roku (20/21 marca i 22/23 września), w czasie zrównania dnia z nocą, gromadzą się przed nią tysiące ludzi, aby obserwować, jak promienie zachodzącego słońca ześlizgują się niczym wąż po jej schodach.

Obejrzymy tu również słynne obserwatorium astronomiczne Majów El Caracol (Ślimak), zachowane w dość dobrym stanie. Współczesnym zadziwiający wydaje się fakt, że ludzie wierzący, iż Ziemia jest kwadratem pływającym po wielkim zbiorniku wodnym, określili precyzyjnie wiele danych z zakresu astronomii dużo wcześniej przed nami. Co do kilometra ustalili odległość naszej planety od Słońca. Niemal idealnie wyliczyli także czas obiegu Ziemi wokół centralnej gwiazdy Układu Słonecznego. Jednak z cywilizacją Majów związane są też krwawe rytuały. Aby zaskarbić sobie łaski boga wody, deszczu i piorunów Chaca (Chaaca), do cenotów wrzucano w czasie suszy ofiary z ludzi, głównie kobiet i dzieci. Tych, którym przeznaczona była rytualna śmierć, służąca zjednaniu przychylności bogów, prowadzono na szczyt Templo de los Guerreros (Świątyni Wojowników) drogą wśród Grupo de las Mil Columnas, czyli Grupy Tysiąca Kolumn. W tym miejscu kapłani wyrywali im serca lub obcinali głowy. Te ostatnie trafiały później na tzompantli – rodzaj palisady z czaszek. Dzisiaj my także możemy uczestniczyć w jednym ze świętych obrzędów, a mianowicie Ceremonia Maya (Ceremonii Majów) pod Świątynią Kukulkána. Kapłani w skupieniu odprawiają rytuał mający na celu wyrażenie wdzięczności przodkom, oczyszczenie duszy i zjednoczenie ze wszechświatem. Przyglądam się temu z aparatem w ręku i odczuwam ulgę, że to wszystko dzieje się teraz, a nie przed wiekami. Patrzę na uśmiechniętych handlarzy – ofiarne stoły zastąpiły stragany z pamiątkami. Kiedy Hernán Cortés (1485–1547) zakazał składania ofiar z ludzi, na półwyspie nastała era hiszpańskiego panowania i chrystianizacji. W ten sposób kultura Majów i ich wierzenia zostały wyparte ze świadomości kolejnych pokoleń. Przyczynił się do tego m.in. drugi biskup Jukatanu Diego de Landa (1524–1579), który zniszczył większość majańskich rękopisów (pozostały tylko trzy) i wizerunków bogów.

Aby lepiej poznać świat tych starożytnych Indian, trzeba odwiedzić ich dawne miasto Cobá, położone pomiędzy Valladolid i Tulum, jedno z największych w całym imperium Majów. Ukryte w głębi puszczy budowle zachowały się w bardzo dobrym stanie. Okres świetności Cobá przypadł na lata 500–900, kiedy mieszkało tu ok. 50 tys. ludzi. Zwiedzić można jednak tylko część miasta, w tym słynną piramidę Nohoch Mul, z której szczytu (42 m wysokości) rozpościera się widok na bezkresną dżunglę. Po kompleksie archeologicznym najlepiej poruszać się wypożyczonym rowerem lub rykszą. Niedaleko głównej drogi stoi inna piramida nosząca nazwę Templo de la Iglesia, czyli Świątyni Kościoła. Natomiast 30 m dalej natrafimy na odnowione boisko do gry w pelotę – prekolumbijską odmianę piłki nożnej.

 

Cancún – nowe Acapulco

Jeśli poprosimy kogoś o wymienienie najatrakcyjniejszej miejscowości wypoczynkowej w Meksyku, wiele osób wybierze z pewnością Cancún nad Morzem Karaibskim. Historia tego kurortu zaczęła się, gdy w latach 60. XX w. władze postanowiły stworzyć tu ośrodek turystyczny na miarę słynnego Acapulco. Obecnie ponad 20-kilometrowe wybrzeże wypełniają luksusowe, wielopiętrowe hotele. Warto tutaj zawitać choćby na chwilę, żeby odpocząć na plaży, korzystając z bogatej oferty all inclusive. To idealne miejsce dla osób ceniących luksus, wygodę i dobrą zabawę. Restauracje, możliwość uprawiania sportów wodnych (zwłaszcza na pobliskiej Isla Mujeres, Wyspie Kobiet), rafy koralowe i skąpane w słońcu, choć nieco zatłoczone plaże przyciągają turystów jak magnes. Po zachodzie słońca tłumy przenoszą się do słynnego rejonu nazywanego Party Center oraz do hotelowych dyskotek, gdzie do rana sączy się tequilę i tańczy salsę. Sam miałem okazję nauczyć się kilku kroków tego tańca w Mambo Café i muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało.

 

Najpiękniejsze plaże świata

Ci, którzy nie przepadają za zgiełkiem wielkich turystycznych kurortów, powinni zdecydować się na wypoczynek na tzw. Riviera Maya (Riwierze Majów). Ciągnie się ona na długości ok. 130 km wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego od Puerto Morelos na północy do Punta Allen na południu, leżącego w samym sercu Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Tutaj zamiast mew szybują nad naszymi głowami flamingi i pelikany. W okolicznych wodach nie ma meduz, są za to kraby i żółwie morskie. Na swoją bazę wybieram Playa del Carmen, dokąd docieram z Méridy za 320 pesos (ok. 80 zł) po 5 godz. jazdy komfortowym autobusem sieci ADO. To najchętniej odwiedzane miejsce na Riwierze Majów, szczególnie przez Amerykanów. Jest ich tu tak wielu, że Meksykanie wydają się być mniejszością. Wieczorem rozkwita życie towarzyskie, a w miejscowych klubach zabawa trwa nawet do białego rana.

Przy sławnym deptaku zwanym Quinta Avenida, czyli Piątą Aleją, rozciągniętym równolegle do wybrzeża, znajdują się sklepy z pamiątkami, centra handlowe, bary, restauracje, dyskoteki i eleganckie hotele. Mieszkam w wybudowanym w stylu kolonialnym ośrodku sieci Encanto Resorts Collection – Hacienda del Caribe. Mam stąd bardzo blisko na plażę, ale już następnego dnia postanawiam zrezygnować z błogiego lenistwa i wyruszyć autobusem (45 pesos, ok. 11 zł) do pobliskiego Tulum. To potężne miasto Majów jako jedyne wzniesiono nad brzegiem Morza Karaibskiego na wysokim klifie. W czasie zwiedzania możemy zrobić sobie krótką przerwę na kąpiel. Za kilkanaście pesos podjeżdżam do malowniczego miasteczka Tulum, położonego obok strefy archeologicznej. W centrum działa wiele pensjonatów oraz maleńkie hotele rozsiane wzdłuż wybrzeża lub ukryte na plażach w przepięknych lagunach. Do większości z nich dostaniemy się niedrogą taksówką (ja wytargowałem cenę 50 pesos za 10 km, czyli ok. 12 zł). W końcu docieram do Playa Paraíso (Rajskiej Plaży) i siadam w nadmorskim barze. Palmy osłaniają mnie przed słońcem, pod nogami czuję delikatny piasek, a wokół słyszę szum morza. Plaże Tulum uchodzą za jedne z najpiękniejszych na świecie. Żal mi opuszczać to miejsce. Gdyby nie to, że mam opłacony nocleg w hotelu, chętnie ułożyłbym się tutaj do snu w hamaku pod moskitierą. 

 

Gringo w dżungli

Ostatnie dwa dni przeznaczam na wycieczkę na Rancho San Felipe oraz do Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an, który znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W języku maja Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie rodzi się niebo” lub „dar nieba”. Towarzyszą mi potomkowie Majów – Ana i Cesar z Community Tours Sian Ka’an. Ruszamy motorówką i po chwili mkniemy z wielką prędkością kanałem w labiryncie namorzynów. W pewnym momencie nasz kapitan Pedro zatrzymuje łódź. Kolejny dwukilometrowy odcinek kanału mamy przepłynąć wpław. Patrzę z obawą na wodę, w której podobno żyje mnóstwo krokodyli. Jednak Cesar uspokaja mnie, mówiąc, że o tej porze nic nam nie grozi. Faktycznie, oprócz pięknych egzotycznych ptaków nie spotykamy żadnych groźnych gadów, a przeprawa dostarcza niezapomnianych wrażeń.

Następnego dnia czeka mnie wyprawa do dżungli i nurkowanie w cenotach. Dołącza do nas wykwalifikowana przewodniczka Angela z Alltournative. Wyruszamy z Rancho San Felipe, gdzie miejscowa ludność pomaga w obsłudze turystów. Podczas prawie godzinnego przemarszu przez dżunglę rozglądam się co chwilę, czy w pobliżu nie czai się jakiś wąż. Widząc moje zaniepokojenie, Angela informuje mnie, że gady raczej unikają ludzi. Każe jednak uważać na czarne nacięcia na drzewach, bo przy zetknięciu ze skórą mocno uczulają ludzi. Wreszcie docieramy do uroczego jeziora schowanego w głębi tropikalnej puszczy. Konary drzew zostały połączone rozległą siecią kolejek tyrolskich (Maya Zip-Line). Zakładamy kaski, przyczepiamy się do liny i suniemy w dół z wiatrem. Lądując, zauważam tylko, że w dole czeka wytrwale mały krokodyl, jakby liczył, że wreszcie coś wpadnie do wody. Na koniec, w nagrodę za trudy, możemy się ochłodzić kąpielą w jednym z cenotów. Te studnie krasowe połączone kanałami wydrążonymi w wapiennych skałach tworzą wspaniały tajemniczy świat pod powierzchnią ziemi. Na Rancho San Felipe turystów i miłośników podwodnych przygód przyciągają przede wszystkim przepiękne cenoty Nohoch Nah Chich i Sac Actun. Stanowią one nie lada gratkę dla wielbicieli nurkowania jaskiniowego.

 

Meksyk od kuchni

Po trudach pobytu w dżungli czas się posilić. Meksyk kojarzy się na całym świecie z doskonałą kuchnią. Warto skosztować jukatańskich specjałów, takich jak np. tamal (kukurydziana masa z różnymi dodatkami, gotowana na parze i zawinięta w liść kukurydzy) czy salbute (smażona tortilla z ciasta kukurydzianego z dodatkiem sałaty, kurczaka, pomidorów i cebuli). Z sosami trzeba jednak uważać, bo są bardzo ostre.

Po powrocie do Playa del Carmen trafiam do miłej kafejki, gdzie można przebierać w różnych gatunkach piwa. Oprócz znanego mi od dawna Corona Extra są też delikatne Cerveza Sol, ciemne Negra Modelo i najpopularniejsze w Meksyku Dos Equis XX Lager. Jest także – oczywiście – słynna tequila. Jednak tylko turyści piją ją ze szczyptą soli i limonką. Miejscowi sączą tequilę z sangritą – ostrym sokiem na bazie pomidorów i pomarańczy. Trzeba też koniecznie spróbować innego lokalnego trunku – meksykańskiej wódki mezcal. Do butelek nią wypełnionych wrzuca się robaki żerujące na liściach agawy – larwy motyli Acentrocneme hesperiaris i Hypopta agavis (chinicuil), które nadają jej podobno charakterystyczny smak. Tę atrakcję jednak zostawiam sobie na kolejny raz. Nieco rozmarzony, wciąż odczuwający niedosyt wrażeń, postanawiam, że jeszcze wrócę do fascynującego Meksyku.


 

Artykuły wybrane losowo

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.

 

Dolce Vita w Toskanii

PAWEŁ PAKIEŁA

 

 FOT. ISOLADELBA.CA

Od czasów Etrusków poprzez panowanie rzymskie aż do renesansu, jak się powszechnie uważa, największą na świecie skarbnicą dzieł sztuki jest położona w środkowych Włoszech historyczna kraina –Toskania. Zgromadzono tu niezwykłe malowidła, rzeźby, freski czy arcydzieła architektoniczne. Można wymienić jednak więcej powodów, dla których warto przyjechać do tego magicznego miejsca. Tym, co przyciąga tutaj ludzi, jest również ciepły, śródziemnomorski klimat oraz sielskie i malownicze krajobrazy, które pozwalają odpocząć od miejskiego gwaru. Smakosze wina znajdą w tym regionie urocze restauracje z prostym, lecz smacznym jedzeniem i dużym wyborem szlachetnych trunków z miejscowych winnic. Amatorzy wycieczek pieszych i rowerowych mogą cieszyć się licznymi trasami, z kolei spragnieni kąpieli słonecznych wypoczywać na piaszczystych plażach. Nic dziwnego, że Toskania stała się tłem dla wielu filmów i książek skutecznie zachęcających do odwiedzenia tego niezwykłego miejsca.

Więcej…

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

MAŁGORZATA CHOLEWA
MAGDALENA LASOCKA

Z roku na rok coraz więcej Polaków wsiada na deskę z latawcem, wystarczy latem zawitać nad Zatokę Gdańską, aby przekonać się o dużej popularności tego sportu wodnego w naszym kraju. Niestety, pogoda na wybrzeżu Morza Bałtyckiego pozwala cieszyć się wysokimi temperaturami, wiatrem i falami jedynie przez kilkanaście letnich tygodni. W chłodniejszym okresie miłośnicy tej widowiskowej dyscypliny muszą trenować w rejonach o cieplejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że w Polsce niezmiernie szybko rozwija się turystyka kitesurfingowa, co wiąże się również ze zwiększającym się zapotrzebowaniem na odkrywanie coraz to nowych, egzotycznych zakątków świata.

Więcej…