MAŁGORZATA MIKULSKA

 

Niejeden zapalony podróżnik marzy o ujrzeniu na własne oczy okrytych wiecznym śniegiem nepalskich ośmiotysięczników. Majestat najwyższych gór świata przyciąga jak magnes wszystkich, którzy pragną zmierzyć się z siłami natury. Jest coś pierwotnego, a jednocześnie podniosłego w tej wędrówce wśród przepaści, górskich jezior i osad ludzkich odciętych od cywilizacji w kraju, gdzie buddyzm przeplata się z hinduizmem, tworząc osobliwą mistyczną mozaikę.

  FOT. MAŁGORZATA MIKULSKA

Nepal wydaje się z pozoru maleńkim, ubogim państwem, umiejscowionym pomiędzy dwiema potęgami światowymi: Chinami i Indiami. Obszar kraju zajmują w ponad 80 proc. góry o średniej wysokości 6 tys. m n.p.m., co znacznie ogranicza możliwość szybkiego przemieszczania się. Takie ukształtowanie terenu stwarza dość trudne warunki do życia. Jednak dzięki temu, że pasma górskie rozciągają się wzdłuż granic Nepalu, izolują go od wpływów z zewnątrz. Dlatego mogła tu powstać bardzo unikalna mieszanka kulturowa. Himalaje odcinają Nepal od Tybetu i Chin, a góry Mahabharat od Indii. 

 

Pierwsze zetknięcie z nepalską kulturą czeka nas już podczas lotu z Nowego Delhi do Katmandu. Ubrane w lokalne, barwnie zdobione suknie stewardesy z uśmiechem witają pasażerów na pokładzie. Z okna samolotu obserwuję ogromne łańcuchy gór pokryte bujną roślinnością. Wśród wysokich szczytów, na które nie prowadzi zazwyczaj żadna droga, stoją pojedyncze małe domki. Mieszkańcy górskich wiosek żyją tutaj z dala od świata, korzystając tylko z tych dóbr, które zapewnia im natura.

 

Prawdziwie azjatyckie Katmandu

Jeśli podróż do Nepalu jest jednocześnie naszą pierwszą wyprawą do Azji Południowej, wizyta w jego stolicy – Katmandu, będzie dla nas na pewno zaskoczeniem. W drodze z lotniska do centrum miasta mijamy wąskie, zatłoczone uliczki przepełnione samochodami, które dawno już powinny zostać zutylizowane. Obok nich suną motocykle oraz riksze napędzane siłą mięśni ich właścicieli. Z każdej strony rozbrzmiewają klaksony, używane w celu wymuszenia pierwszeństwa w ruchu. Niczym nie zrażeni przechodnie spokojnie przedostają się na drugą stronę ulicy między pojazdami, których kierowcy zdają się zupełnie nie zauważać ludzi. Dla Europejczyka nauka poruszania się po azjatyckiej metropolii z początku przypomina uprawianie sportów ekstremalnych i niewątpliwie podnosi poziom adrenaliny we krwi. Z czasem jednak również przyjezdni zaczynają wczuwać się w rytm miejskiego ruchu i stają się częścią tego tylko pozornego chaosu.

Wzdłuż ulic ciągną się rzędy grubych drewnianych słupów energetycznych. Z przerażeniem i fascynacją w oczach obserwuję plątaninę kabli zawieszonych w nieładzie, przypominającą swoim układem raczej węzeł gordyjski niż sieć dostarczającą prąd w najważniejszym mieście kraju. W tym miejscu należy wspomnieć, że w Katmandu bardzo często zdarzają się przerwy w dostawie energii elektrycznej. Nie zapominajmy więc o tym, aby zabierać ze sobą zawsze także małą latarkę.

Nepalska stolica kryje w sobie mnóstwo miejsc wartych zobaczenia. Zwiedzanie można rozpocząć od Kathmandu Durbar Square położonego w samym centrum. Przy tym głównym placu miejskim wznosi się m.in. stary pałac królewski oraz wiele ważnych świątyń, w tym jedna z najstarszych budowli w dolinie Katmandu: Kasthamandap – trzypoziomowa drewniana pagoda z pomnikiem filozofa i jogina Gorakhnatha. Na obrzeżach miasta znajduje się natomiast jedna z największych stup w Nepalu – Boudhanath, na której umieszczono cztery pary oczu spoglądające na cztery strony świata. Nie wolno również ominąć Swajambhunath (Swayambhunath), zwanej Świątynią Małp. Całą dolinę Katmandu wpisano w 1979 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. We wschodniej części stolicy na brzegu rzeki Bagmati zbudowano hinduistyczny kompleks świątynny Paśupatinath (Pashupatinath), poświęcony bogu Śiwie. W jego okolicy możemy być świadkami interesującego obrzędu palenia zwłok zmarłych na platformach z drewnianych bali.

 

Szczęśliwe lądowanie w Lukli

Zanim miłośnicy wspinaczek górskich pierwszy raz pojawią się w Himalajach i ujrzą z bliska Mount Everest, często czeka ich jeszcze jedna niecodzienna przygoda. Jest nią niezapomniany lot na maleńkie lotnisko w mieście Lukla, położone wysoko w górach wschodniego Nepalu. Pilot musi wylądować na kilkusetmetrowym pasie na płycie skalnej, z przodu zakończonej głęboką przepaścią, a z tyłu zamkniętej stromym zboczem góry.

Przeloty do Lukli odbywają się zazwyczaj rano ze względu na najlepsze warunki atmosferyczne panujące właśnie w tych godzinach. Małe samoloty z lat 60. XX w. pozbawione są zbędnych udogodnień i mieszczą jedynie kilkunastu pasażerów. Jeśli chętnych jest mniej niż miejsc na pokładzie, obsługa usuwa niepotrzebne fotele pasażerskie. Dzięki temu zyskuje się więcej powierzchni na bagaże. Przed startem każdy dostaje cukierka i waciki do uszu. Odważniejszym polecam fotele w pierwszych rzędach. Można z nich obserwować pracę pilota (jego kabina nie jest oddzielona od części pasażerskiej), który startą już gąbką czyści zaparowane przednie szyby podczas lotu lub też kilka razy próbuje włączyć kolejne dźwignie. Widząc to, pasażerowie wyciągają kamery i zaczynają filmować te niecodzienne sytuacje. W samolocie bardzo wyraźnie słychać rytmiczny odgłos silników. Z uwagi na to, że nie został on wyposażony w układ wyrównywania ciśnienia, w trakcie podróży poczujemy zmiany wysokości. Dlatego cukierek i waciki sprawdzają się w takich warunkach idealnie i skutecznie łagodzą wrażenie piszczenia w uszach.

W końcu pilot osadza maszynę na początku pasa na brzegu przepaści i zatrzymuje ją tuż przed skalną ścianą. Każdy z nas odruchowo oddycha z ulgą. Wylądowaliśmy szczęśliwie w Himalajach!

 

Na tropie Yeti

Legendy o Yeti – człowieku śniegu – znane są na całym świecie. Tutaj wśród himalajskich szczytów stały się częścią historii regionu. Przez setki lat ludzie starali się udowodnić istnienie tej tajemniczej istoty, powołując się na rozmaite dowody. Jedni mówili o ogromnych śladach stóp odciśniętych na śniegu, inni opowiadali o tych, co widzieli wysoko w górach podobną do człowieka postać pokrytą futrem.

W klasztorze w Khumjung możemy obejrzeć szklany kuferek z porysowaną przednią szybą. Miejscowy mnich pozwoli nam na moment zajrzeć do środka i zrobić zdjęcie. Według tutejszej legendy w skrzynce znajduje się skalp Yeti. Naukowcy uważają co prawda, że jest to skóra z górskiej kozicy serau. Bez względu jednak na to, kto ma rację, będąc w okolicy miejscowości zamieszkałych przez tybetański lud Szerpów – Khumjung, Pangbocze (Pangboche), Kunde lub Namcze Bazar (Namche Bazaar), warto przyjrzeć się z bliska temu interesującemu eksponatowi.

 

Wokół Mount Everestu

Doświadczeni miłośnicy wspinaczek na pewno przyznają, że nie ma na świecie piękniejszych i bardziej majestatycznych gór niż Himalaje. Wśród ich szczytów znajdziemy 10 z 14 ośmiotysięczników naszej planety. Pozostałe należą do łańcucha górskiego Karakorum, leżącego na pograniczu Indii, Pakistanu i Chin.

   FOT. MAŁGORZATA MIKULSKA

Do wyboru mamy tu ogromną liczbę szlaków prowadzących przez doliny i malownicze zbocza. Największą popularnością cieszą się trekkingi wokół Annapurny (8091 m n.p.m.) oraz do Everest Base Camp (5364 m n.p.m.), czyli obozu bazowego po południowej stronie Mount Everestu. Droga do niego rozpoczyna się w Lukli i prowadzi przez himalajskie wioski. Podczas tej wyprawy możemy z bliska przyjrzeć się, jak żyją ich mieszkańcy, a także uwiecznić na zdjęciach twarze uśmiechniętych nepalskich dzieci. Wiele razy przyjdzie nam przejść przez długie, wzniesione z solidnych drutów mosty, zawieszone nad przepaściami. W przydrożnych lodge’ach napijemy się herbaty, odpoczniemy, a nawet przenocujemy. Wielbiciele niepowtarzalnych widoków powinni wybrać się na górę Gokyo Ri (5357 m n.p.m.). Otaczają ją wspaniałe górskie jeziora Gokyo, a z jej wierzchołka obejrzymy najpiękniejszy zachód słońca nad najwyższym szczytem na ziemi – Mount Everestem (8848 m n.p.m.). Podczas jesiennego trekkingu zachwyci nas tutaj niesamowita feeria barw. Warto wspiąć się także na Kala Pattar (5545 m n.p.m.). Z tego szczytu rozciąga się rozległa panorama z sylwetkami Mount Everestu, Lhotse (8516 m n.p.m.) i Nuptse (7861 m n.p.m.). Wielu z tych, którzy odwiedzili Himalaje po raz pierwszy, wraca do Nepalu, aby znów wędrować w majestatycznym cieniu gór zwanych „Dachem Świata”.

 

W sercu dżungli

Podczas wizyty na ziemi nepalskiej warto poświęcić kilka dni na wyprawę na południe do Parku Narodowego Chitwan (Chitwan National Park). Jego nazwa chitwan oznacza „serce dżungli”. Od wieków na tych terenach żyją nosorożce indyjskie i tygrysy bengalskie.

                                                                                                              FOT. MAŁGORZATA MIKULSKA

Pracownicy parku pouczą nas, jak zachować się, gdy spotkamy na swojej drodze dzikie zwierzę. Wieczorem i rano organizowane są tu wycieczki w miejsca, gdzie najczęściej pojawiają się nosorożce. Grupy zwiedzających wyruszają również na safari na słoniach. Obserwowanie świata przyrody z grzbietu tych potężnych zwierząt wydaje się znacznie bardziej komfortowe. Słonie wyczuwają bliskość nosorożca i stają się wówczas nieco niespokojne, po tym ich zachowaniu możemy poznać, że wyczekiwany mieszkaniec dżungli jest gdzieś obok nas...

Ci, którym dopisze większe szczęście, zobaczą także tygrysa bengalskiego. Już sam jego ryk sprawia, że ciarki przechodzą po plecach. Jeśli natomiast wczesnym rankiem popłyniemy łódką w dół rzeki, ujrzymy, jak z porannych mgieł wyłaniają się żyjące na terenie parku ptaki. Wiele ich gatunków występuje tylko w tym regionie świata.

 

FOTOGENICZNY KRAJ

Nepal zadziwia różnorodnością kulturową i urzekającymi krajobrazami. Każdy odnajdzie w nim coś dla siebie: jedni zapierający dech w piersiach majestat Himalajów, inni ginący świat dzikich zwierząt lub niezwykłą atmosferę przepięknych świątyń. Obojętnie jednak, co leży w kręgu naszych zainteresowań, nie zapomnijmy wziąć ze sobą pojemnej karty pamięci do aparatu. Liczba miejsc wartych uwiecznienia w kadrze może przekroczyć nasze najśmielsze oczekiwania...


 

 

Artykuły wybrane losowo

Gwatemala – wulkaniczna ziemia Majów

 Arco_de_Antigua.jpg

Arco de Santa Catalina w Antigu

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

 


KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

W tym niezwykłym kraju usianym wulkanami świątynie Majów wyrastają ponad korony drzew tropikalnej puszczy. Ekstremalna przejażdżka po lokalnych drogach odbyta „chicken busem” w towarzystwie kolorowo ubranych Gwatemalczyków dostarcza wielu wrażeń i satysfakcji prawdziwym podróżnikom. Kto zawita do Gwatemali, nie zazna spokoju, dopóki nie wróci do niej po raz kolejny, aby znów zanurzyć się w ten niesamowity świat.

Więcej…

Cabo Verde – wyspiarskie oblicze Afryki

ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

Więcej…

Na szlakach Brandenburgii

JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

Więcej…