ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.


To jeden z tych dziewiczych zakątków kontynentu azjatyckiego, których nie zwiedziły jeszcze tłumy turystów. Dlatego wyprawa do niego ma w sobie coś z ekscytującej ekspedycji odkrywczej. Przed przekroczeniem birmańskiej granicy warto jednak zrobić sobie krótką listę rzeczy obowiązkowych do zobaczenia w tej zachodniej części Indochin.


NIEDALEKA PRZESZŁOŚĆ
Nasza podróż zaczyna się w Rangun, nieco prowincjonalnej, dawnej stolicy kraju. Choć miasto wciąż uchodzi za gospodarcze centrum Birmy i ma aż 6 mln mieszkańców, to nadal daleko mu do wyjątkowo gwarnych azjatyckich metropolii. Zamiast wieżowców wokół przynoszących orzeźwienie jezior wznoszą się tu sypiące się bloki i niskie parterowe domy otoczone ogrodami. Na jednym z brzegów stoi willa noblistki Aung San Suu Kyi, która w areszcie domowym spędziła (z przerwami) 15 lat. Jej losy, przedstawione m.in. w filmie Luca Bessona Lady (2011 r.), odzwierciedlają najnowszą historię tych stron.
W 1962 r. wojsko pod przywództwem generała Ne Win (1910–2002) przeprowadziło zamach stanu. Władzę przejęli komuniści, którzy znacjonalizowali gospodarkę, odizolowali państwo od otaczającego go świata i w końcu zmienili jego nazwę z nadanej przez kolonistów Birmy na Myanmar.  Aung San Suu Kyi, sekretarz generalny Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD), stała się ikoną ruchu oporu po krwawo stłumionych zamieszkach ulicznych z 1988 r. Skazana na karę pozbawienia wolności, odbywała ją we własnym domu nad brzegiem jeziora Inya. Nie poleciała w grudniu do Oslo, aby odebrać przyznaną jej w 1991 r. Pokojową Nagrodę Nobla. Mimo iż została zwolniona, nie pojechała też do Anglii, gdy jej mąż Michael Aris umierał w marcu 1999 r. na raka. Bała się, że rząd nie zgodzi się, aby wróciła do ojczyzny. W ponownym areszcie zastała ją także szafranowa rewolucja mnichów w 2007 r. Choć w 1990 r. jej partia zdobyła zdecydowaną większość miejsc w parlamencie, wyników tych wyborów nie uznano. Dopiero 22 lata później, podczas głosowania uzupełniającego, Aung San Suu Kyi, której zezwolono kandydować z ramienia NLD, wygrała i otrzymała mandat w izbie niższej.
W odpowiedzi na transformację wiele krajów zachodnich anulowało lub zawiesiło wprowadzone wcześniej sankcje gospodarcze. W 2012 r. Birmę odwiedziło 600 tys. gości z całego świata. W hotelach zaczęło brakować pokoi. Ceny poszybowały w górę. Swoistym symbolem zmian wolnorynkowych jest… powrót coca-coli do sklepów po 60 latach.

 

ZŁOTA WIEŻA RANGUN
Prawdziwy birmański skarb stanowią niezliczone złote stupy. Najważniejsza i najwspanialsza z nich to Pagoda Szwedagon (Shwedagon) w Rangun. Właśnie od niej najlepiej rozpocząć zwiedzanie.
Świątynia przez wieki zmieniała kształt, jednak – jak głosi legenda – nigdy nie zburzył jej człowiek. Podobno nieraz walczące w okolicy wojska przerywały bitwę, aby wspólnie ugasić jej pożar. Największego świętokradztwa dopuścili się Brytyjczycy. Gdy opuszczali swoją dawną kolonię, ograbili kompleks z kosztowności. Ich zachłanności oparła się tylko zatknięta na czubku 99-metrowej iglicy korona. Po zmroku jej klejnoty odbijają światła padających na budowlę reflektorów niczym kocie oczy. W dzień wokół lśniącej w słońcu stupy krążą tysiące wiernych składających ofiary.
Pagoda Szwedagon, w której przechowuje się 8 świętych włosów Buddy, jest symbolem jedności kraju, zamieszkiwanego przez 135 grup etnicznych. Warto dodać, że po oddaniu przez juntę władzy w 2011 r. wzmogły się konflikty między buddystami a mniejszością muzułmańską. Prasa co jakiś czas donosi o podpaleniach domów, sklepów czy bezprawnym przejęciu ziemi. Krążą głosy, że te zatargi podsycają odsunięci od władzy wojskowi. Znawcy tematu twierdzą jednak, że to przejaw walki o wpływy, w której udział biorą bardziej zaangażowani politycznie mnisi i klasztory.

 

MIASTO OSTATNICH KRÓLÓW
W therawadzie, najdłużej istniejącej odmianie buddyzmu zwanej nauką starszych, wyznawanej przez niemal 90 proc. mieszkańców Birmy, do osiągnięcia nirwany i wyrwania się z kręgu wcieleń wiedzie m.in. studiowanie świętych pism. Buddyjski kanon Tipitaka obejmuje 3 części (tzw. kosze) tekstów w języku palijskim. Jego gigantyczny egzemplarz (uchodzący za największą księgę świata) znajduje się w Pagodzie Kuthodaw w Mandalaj. Wyryto go w 1868 r. na 729 marmurowych płytach na rozkaz króla Mindona (1808–1878), przedostatniego władcy Birmy. Podobno gdyby czytać go przez 8 godzin dziennie, lektura zajęłaby aż… 450 dni. Każdą kamienną kartę osłania biała stupa ze złotą iglicą. Wszystkie razem przypominają istny las identycznych małych domków.

Długie rzędy białych stup Pagody Kuthodaw w Mandalaj


Następca wspomnianego Mindona, ostatni król Birmy Thibaw (1859–1916) przeniósł jeden z pawilonów Pałacu Królewskiego w Mandalaj i utworzył z niego Klasztor Shwenandaw. Dzięki temu obiekt ocalał. Niestety, w czasie II wojny światowej podczas bombardowania przez aliantów magazynu wojsk japońskich zlokalizowanego na terenie kompleksu pałacowego wspaniałą siedzibę birmańskich władców niemal doszczętnie zrównano z ziemią.
W tym mieście jest jeszcze jedno niesamowite miejsce: Świątynia Mahamuni z posągiem z brązu Buddy Mahamuni, uważanym za jeden z pięciu wizerunków odlanych za życia samego Oświeconego. Ma prawie 4 m wysokości i pokrywają go narastające warstwy złotych listków przyklejanych od wieków przez miliony pielgrzymów. Codziennie o godz. 4.00 zaczyna się poranna toaleta statuy. Starszy mnich z klasztoru Mahamuni myje olbrzymiej figurze twarz, a nawet… czyści jej zęby. Przy wejściu do budowli wisi natomiast 5-tonowy gong, w który wierni biją przy przekraczaniu świątynnych progów.

 

ZAPOMNIANE KRÓLESTWO
Mandalaj i Rangun to dwa najlepiej skomunikowane miasta Birmy. Niedawno połączyła je nowa, pierwsza w kraju autostrada, co skróciło 700-kilometrową podróż między nimi z 12 do 8 godzin. Z tej pierwszej miejscowości najlepiej wyruszyć na wycieczkę statkiem po spokojnych wodach potężnej rzeki Irawadi ku Paganowi – najwspanialszemu zabytkowi kraju, często porównywanemu ze słynnym Angkor Wat w Kambodży.  
Powolny rejs trwa cały dzień. Po drodze tuż koło Amayabuyi (Amarapury) jedna z odnóg Irawadi rozlewa się w jezioro Taungthaman, które przecina najdłuższy na świecie (aż 1200-metrowy) most z drewna tekowego – U Bein. Warto wybrać się tutaj na osobną wyprawę.

Rozległy kompleks świątynny Pagan przypomina inny świat

 

Lata świetności stolicy Królestwa Paganu (I Imperium Birmańskiego) przypadły na XI–XIII w. Pamiątką po tym złotym okresie jest ponad 2200 rozrzuconych po płaskowyżu świątyń buddyjskich. Połowa z nich wciąż strzelistymi wieżami wskazuje niebo. Pozostałe są w ruinie, zniszczone przez upływający czas i wojny. Pomiędzy kamiennymi pagodami mieściły się kiedyś tysiące drewnianych klasztorów i zabudowania gwarnego, pełnego pielgrzymów ośrodka, który nie przetrwał do dziś. Do zwiedzania najlepiej wynająć dwukołowy zaprzęg konny zwany tu hoska (od angielskiego horse cart). Jego woźnica oprowadzi nas po tej niesamowitej krainie. W przeciwieństwie do wspomnianego kompleksu świątynnego Angkor Wat, który stał się już niemal muzeum, to miasto wciąż pełni swoją funkcję sakralną. Wierni pielgrzymują do niego, aby składać dary posągom Buddy, palić im kadzidła, obdarowywać kwiatami. Odbywają się tutaj także barwne święta i festiwale.
Szczególnie fascynująco dawne budowle wyglądają o wschodzie lub zachodzie słońca. Złote promienie oświetlają iglice pagód, a pył unoszący się z suchej jak wiór ziemi spowija je tajemniczą mgłą. Krajobraz wydaje się wręcz nierealny, przywodzi na myśl marzenie senne albo baśń. Warto wspiąć się na jakąś odległą i mało popularną (nie wskazywaną przez przewodniki) świątynię, aby móc przeżyć tę wyjątkową chwilę w zupełnej ciszy i spokoju.

 

WODNA KRAINA
Podczas wizyty w Birmie trzeba koniecznie zobaczyć jeszcze jeden niezwykły region. Wokół otoczonego górami słodkowodnego jeziora Inle (880 m n.p.m.) mieszka 70 tys. ludzi, których nazywa się Intha. Domy buduje się tu na palach albo na unoszących się na wodzie platformach. Płytki akwen ma 22 km długości i 12 km szerokości. Okolica ta słynie z wyrobów rzemieślniczych. Wynajętą łodzią można dostać się do zakładów tkackich, krawieckich czy kowalskich. Lokalną specjalność stanowią tkaniny z włókien wytwarzanych z łodyg lotosu – bardzo wytrzymałe i drogie (kosztują więcej niż jedwab). Swoją strukturą przypominają trochę surowy len.

FOT. MYANMAR TOURISM PROMOTION BOARD

Wyścig na tradycyjnych łodziach na jeziorze Inle (116 km²)

 

Obok manufaktury birmańskich cygaretek, gdzie roześmiane, plotkujące dziewczyny sprawnie skręcają po 500 papierosów dziennie, kowal uwija się wokół gorącego pieca ustawionego tuż nad taflą wody. Natkniemy się tutaj też na warsztat przetapiania srebra czy malowania laki oraz przeróżne sklepy z pamiątkami, do których odwiedzenia zachęcają kobiety żyrafy z plemienia Padaung (Kayan) o szyjach wydłużonych przez metalowe obręcze. Pochodzą z jednej z otaczających jezioro wiosek. Ich zadaniem jest przyciąganie turystów i trzeba przyznać, że skutecznie wykonują swoją pracę – zawsze ustawia się do nich kolejka chętnych do zrobienia sobie zdjęcia.
W drodze do tutejszego Klasztoru Nga Phe Chaung, czyli Klasztoru Skaczących Kotów, którego mnisi tresują te zwierzęta w skokach przez obręcze, warto zatrzymać się przy pływających polach. Grządki usypano na wyspach utkanych z gałęzi. Na większości z nich w równych rzędach rosną krzaki pomidorów z małymi, intensywnie czerwonymi owocami rozmiarów śliwki. Doglądają ich miejscowi rolnicy. Do swoich upraw dostają się chybotliwymi i wywrotnymi drewnianymi czółnami, wiosłując… jedną nogą.
Podróż polecam zakończyć na plaży Ngapali koło miasta Thandwe nad Zatoką Bengalską. Wylegiwanie się na ustawionym na złotym piasku leżaku pod palmami i wśród delikatnego szumu fal Oceanu Indyjskiego ukoi wszystkie nasze zmysły. Amatorzy egzotycznych smaków mogą zamówić piña coladę podawaną w łupinie orzecha kokosowego, a miłośnicy piękna przyrody – ponurkować na rafie. Wokół gości krążą sprzedające owoce kobiety z koszami na głowach. Niewielką maczetą obierają ananasa, papaję czy mango i podają świeże, ociekające sokiem kawałki turystom.
Policzki sprzedawczyń, podobnie jak i wielu Birmanek, oprószone są grubym, żółtym pudrem thanaka ze startej kory, pnia bądź korzeni specjalnych drzew. Służy on nie tylko jako ozdoba, odżywia też skórę i chroni przed słońcem i komarami. Niewiele z pań wychodzi bez takiego makijażu na ulicę. Niektóre malują sobie na twarzy okrągłe rumieńce, inne – wytworne liście lub kwiaty. Gdy się uśmiechają, wyglądają wyjątkowo pięknie. Dzięki nim Birma ma szansę odebrać Tajlandii tytuł Krainy Uśmiechu.

Artykuły wybrane losowo

Drugie życie fascynującej Kambodży

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Położona w południowo-wschodniej części Azji Kambodża to kraj o długiej i pełnej tragicznych wydarzeń historii. Zamieszkuje ją prawie 16 mln ludzi, którzy wciąż w większości nie znają pośpiechu charakterystycznego dla cywilizacji Zachodu, a nade wszystko cenią sobie więzi rodzinne i utrzymywanie relacji społecznych. Mimo stosunkowo niewielkiej populacji i powierzchni (ok. 181 tys. km2) jest miejscem niezmiernie ciekawym. Podróżników przyciągają w te strony ciepłe morze, rafy koralowe, biały piasek wybrzeża, świątynie, malownicza kambodżańska stolica Phnom Penh, cudowne krajobrazy i bardzo mili, uśmiechnięci i serdeczni ludzie. Zdecydowanie warto się tu wybrać, i to nie tylko na trzydniową wycieczkę do słynnego kompleksu zabytków Angkor.

Więcej…

Nieznany niesamowity Honduras

 

Copan Stairs Day

Imponujące Schody Hieroglifów w Copán mają 62 stopnie o szerokości 10 m

© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

IZABELA RUTKOWSKA

 

Honduras jako jeden z niewielu krajów na świecie oparł się masowej turystyce i komercjalizacji. Długo okryty był złą sławą, a to ze względu na niestabilną sytuację polityczną i panującą w nim biedę. Według rozpowszechnionych stereotypów wciąż uchodzi za miejsce niebezpieczne. Jednak podczas wizyty w Hondurasie łatwo odczarujemy ten jego wizerunek. Znajdziemy w nim wszystko, co sprawia, że wyjazd staje się podróżą marzeń. Zanurzymy się tu w krystalicznie czystych, turkusowych wodach Morza Karaibskiego, zakochamy się w pięknych złotych plażach, odkryjemy niezliczone gatunki egzotycznej fauny w tropikalnych lasach i pełne tajemnic ruiny miast niezwykłej cywilizacji Majów.

 

Ten niewielki kraj (jego powierzchnia wynosi prawie 112,5 tys. km2) leży w Ameryce Środkowej, w sąsiedztwie Gwatemali, Salwadoru i Nikaragui. Zamieszkuje go ponad 9,1 mln ludzi. Mniej więcej połowa z nich to katolicy, drugą co do wielkości grupą wyznaniową są protestanci (ok. 40 proc.). Hondurasu nie zalała jeszcze masowa turystyka, co stanowi jego ogromny atut. Jest to świetne miejsce na wyjazdy kulturowe i przyrodnicze oraz wyprawy dla osób aktywnych. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego uchodzi za prawdziwy raj dla nurków. Na południowym zachodzie kraju znajduje się zatoka Fonseca (Golfo de Fonseca) wychodząca na Ocean Spokojny. Uważa się ją za jeden z najlepszych naturalnych portów na świecie. Prawie 80 proc. terytorium Hondurasu zajmują wyżyny i góry. Karaibski brzeg o długości mniej więcej 670 km porastają gęste lasy.

 

Honduran cechuje skromność i serdeczność, a także wielka miłość do ojczyzny. Ich ulubionym sportem jest piłka nożna. W lipcu 1969 r. rozegrał się konflikt zbrojny między Hondurasem a Salwadorem. Wojna stu godzin, nazwana przez polskiego reportażystę Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową, pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Walki przerwała interwencja Organizacji Państw Amerykańskich, lecz napięcie w kontaktach obu krajów utrzymywało się jeszcze latami. Zarzewiem konfliktu miała być rzekomo przegrana honduraskiej drużyny w meczu kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1970 odbywającym się 15 czerwca 1969 r. w San Salvadorze (salwadorskiej stolicy). W rzeczywistości jednak stosunki między tymi państwami nie należały do najłatwiejszych już dużo wcześniej. Główny powód wybuchu wojny stu godzin stanowił fakt, że na przygranicznych obszarach Hondurasu masowo osiedlali się salwadorscy rolnicy poszukujący pracy. Honduraskie władze chciały zmusić Salwadorczyków do powrotu do ojczyzny, ale rząd Salwadoru obawiał się, że będą oni żądać reformy rolnej i przydziału ziemi.

 

DZIEDZICTWO MAJÓW

 

Sport, a właściwie sportowe emocje towarzyszyły człowiekowi od zawsze. W Imperium Rzymskim wrażeń dostarczały walki gladiatorów, starożytni Grecy żyli igrzyskami olimpijskimi, natomiast większość ludów prekolumbijskich miała swoją grę w piłkę, czyli juego de pelota.W ruinach majańskich miast w Ameryce Środkowej do dziś zachowały się boiska do grania. Jedno z największych i najbardziej imponujących powstało w Copán, znajdującym się obecnie na zachodzie Hondurasu. Ta mezoamerykańska gra była bardzo trudna i wymagała nie lada umiejętności. Do zawieszonej na wysokości kilku metrów kamiennej obręczy należało trafić podłużną kauczukową piłką (niekiedy nawet 4-kilogramową), którą odbijało się wyłącznie łokciem, kolanem lub biodrem. Gracze używali specjalnych ochraniaczy, często zrobionych z drewna. Z tego, że sport to nie do końca zdrowie, a jego uprawianie może powodować kontuzje i ciężkie obrażenia, Majowie doskonale zdawali sobie sprawę. Oprócz źródła sportowych emocji gra stanowiła też swojego rodzaju rytuał. Często jedna z drużyn składała się z jeńców wojennych i to właśnie ten zespół skazany był na porażkę. Wedle reguł krwawego wariantu rozgrywek kapitan drużyny przegranej tracił głowę. Podczas spaceru po wielkim boisku w Copán łatwo wyobrazić sobie, jak kilkunastu młodzieńców toczy tu walkę na śmierć i życie.

 

Majowie swoje miasta budowali na trudno dostępnym obszarze, w zakątkach głęboko ukrytych wśród gęstych tropikalnych lasów. Dotarcie do nich wymagało znakomitej wiedzy o przyrodzie, tężyzny fizycznej, odwagi i orientacji w terenie. Stanowisko archeologiczne Copán to największe i najlepiej zachowane pozostałości po majańskiej cywilizacji w całym kraju. Koniecznie trzeba je odwiedzić podczas wizyty w Hondurasie. Ruiny zostały odkryte na początku XIX w., ale dopiero w 1841 r. dzięki publikacji amerykańskiego podróżnika Johna Lloyda Stephensa i angielskiego rysownika Fredericka Catherwooda świat dowiedział się więcej o tym niezwykłym miejscu.

 

Tajemniczy Majowie zamieszkiwali półwysep Jukatan i rejony na południe od niego. Do najważniejszych ich ośrodków należały m.in. Chichén Itzá i Palenque (w Meksyku), Tikal (w granicach Gwatemali) czy właśnie Copán. To ostatnie miasto słynie przede wszystkim z najdłuższego znanego majańskiego tekstu utrwalonego pismem hieroglificznym, który opisuje historię jego władców. Znajdziemy go na kamiennych Schodach Hieroglifów prowadzących do centrum ceremonialnego. Składały się na nie świątynie budowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, dziedzińce i wspomniane boisko. Na głównym placu mieszkańcy spotykali się w ważnych dla społeczności momentach i z okazji uroczystości religijnych. Znajdowały się tu również stanowiska do prowadzenia niezwykle ważnych dla prekolumbijskich cywilizacji obserwacji astronomicznych. Okres świetności Copán przypada na stulecia od V do VIII. W tym czasie miasto mogło zamieszkiwać nawet 20 tys. osób. Nie bez powodu ośrodek nazywa się Atenami Nowego Świata. Centrum otoczone było dzielnicami mieszkalnymi. W Copán można spędzić cały dzień. Warto przy okazji zajrzeć do tutejszego bardzo ciekawego muzeum archeologicznego.

 

Ten skarb kraju znajduje się jedynie ok. 10 km od gwatemalskiej granicy. Dlatego z Gwatemali często organizuje się fakultatywne wycieczki do Copán. W Hondurasie warto jednak zostać na dużo dłużej.

 

OWOCOWY PORT

 

Na nizinnym obszarze kraju rozciągającym się wzdłuż wybrzeża karaibskiego można spotkać ceibę, w kulturze Majów uważaną za święte drzewo. Jej polska nazwa rodzajowa to puchowiec. Roślina ta występuje licznie w basenie Morza Karaibskiego. Drzewo ma charakterystyczną gładką korę, a z upływem lat pokrywają je gęsto kilkucentymetrowe kolce. Od wieków wykorzystywane jest jako środek leczniczy przy problemach związanych z układem moczowym, jak również przy schorzeniach skóry. Z oleju z nasion ceiby produkuje się mydło. Najcenniejszą jej częścią są jednak włókna nasienne (w formie puchu) o znacznych właściwościach wypornościowych nazywane kapokiem. Wykorzystuje się je w tapicerstwie i jako materiał izolacyjny oraz wypełnia się nimi poduszki i materace (kiedyś używano ich w kamizelkach ratunkowych). Obecnie coraz częściej kapok bywa zastępowany sztucznymi odpowiednikami.

 

Od puchowca pochodzi nazwa trzeciego co do wielkości ośrodka miejskiego Hondurasu. La Ceiba to ponad 200-tysięczne miasto portowe, stolica departamentu Atlántida. Właśnie stąd eksportuje się do Stanów Zjednoczonych owoce z Ameryki Środkowej, m.in. grejpfruty, pomarańcze, cytryny, a przede wszystkim ananasy i banany. Plantacje bananowca są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu północnej i północno-wschodniej części kraju. W 1899 r. powstała spółka United Fruit Company operująca na terenie Ameryki Środkowej i Południowej. Firma była właścicielem największych plantacji i uzależniła Honduras od uprawy bananów, na eksporcie których zarobiła ogromne pieniądze. Miała poza tym znaczący wpływ na politykę w tym kraju i wielu innych, nazywanych z tego względu republikami bananowymi.

 

La Ceiba uchodzi za honduraską stolicę rozrywki. Turyści przyjeżdżają tutaj zwłaszcza w maju na festiwal karnawałowy organizowany ku czci patrona miasta – św. Izydora Oracza.

 

MIESZKAŃCY KARAIBÓW

 

Niedaleko La Ceiby znajduje się Park Narodowy Pico Bonito (Parque Nacional Pico Bonito), drugi co do wielkości w kraju (ok. 1070 km² powierzchni). Majestatyczna góra (Pico Bonito) o charakterystycznym trójkątnym wierzchołku to wizytówka tego portowego miasta. Szczyt położony w paśmie górskim o nazwie Nombre de Dios wznosi się na wysokość 2435 m n.p.m. O wyjątkowości tego obszaru stanowi bogactwo flory i fauny oraz piękno krajobrazu. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rozwinęły się tu różne systemy roślinne, w tym gęste lasy równikowe na wybrzeżu i leśne kompleksy wysokich partii gór. Warto spędzić w tej malowniczej okolicy więcej czasu. Można go poświęcić na wspinaczkę górską, kąpiele w naturalnych akwenach czy obserwowanie ptaków. W tym rejonie występuje ok. 700 ich gatunków! Spotyka się tutaj piękne bławatniki, kolorowe tukany, wielkie czerwone ary i mnóstwo innych fascynujących stworzeń. Rzeka Cangrejal przepływająca przez park idealnie nadaje się na rafting. Jest jednym z najbardziej znanych w Hondurasie miejsc do uprawiania tej aktywności. Obszar parkowy stanowi część mezoamerykańskiego korytarza migracyjnego zwierząt, obejmującego Amerykę Środkową. W krajach leżących w tym regionie występuje mniej więcej 8 proc. znanych na świecie gatunków fauny, w tym wiele endemicznych.

 

Przy opisywaniu tego rejonu naszego globu nie sposób nie wspomnieć o Garifuna, czyli o tzw. Czarnych Karaibach. Ich bardzo liczna społeczność zamieszkuje właśnie tereny nad rzeką Cangrejal w pobliżu Parku Narodowego Pico Bonito. W całym Hondurasie żyje ok. 100 tys. przedstawicieli tej grupy etnicznej, najwięcej spośród wszystkich krajów w basenie Morza Karaibskiego. Garifuna są potomkami rdzennej ludności Karaibów i Afrykańczyków przywiezionych do pracy na plantacjach. Przekazy mówią o dwóch statkach transportujących afrykańskich niewolników, które w 1635 lub 1675 r. rozbiły się w pobliżu wyspy Saint Vincent w archipelagu Małych Antyli. Prawie wszyscy ocaleli i zasymilowali się z miejscowymi Karaibami. Od połowy XVIII w. władzę w rejonie archipelagu zaczęli przejmować Brytyjczycy. Mieszkańcy wysp długo stawiali opór nowym porządkom. Ostatecznie na obszarze brytyjskiej kolonii pozwolono pozostać rdzennej ludności, tzw. Czerwonym Karaibom, resztę zesłano w 1797 r. na wyspę Roatán u wybrzeży Hondurasu. Była ona zbyt mała, aby pomieścić nowych mieszkańców, którzy szybko przenieśli się na kontynent. Kultura dumnych Garifuna rozwija się do dziś i wraz z ich językiem, tańcem i muzyką została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto spędzić w zamieszkanym przez nich rejonie choć jeden cały dzień i dać się porwać rytmom energetycznych punty i hunguhungu (fedu) czy zagrać w domino przy szklaneczce wyśmienitego honduraskiego rumu. Produkcji tego trunku sprzyjają idealne warunki do uprawiania trzciny cukrowej.

 

AROMATYCZNE PAMIĄTKI

 

Z Hondurasu pochodzi jedna z najlepszych kaw na świecie. Paczka aromatycznych ziaren będzie znakomitą pamiątką lub prezentem z tego kraju. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie kawowców, najlepiej udać się na jedną z licznych plantacji i do palarni kawy. W takich miejscach można spróbować świeżo przyrządzonego napoju i przekonać się, że zazwyczaj różni się on zdecydowanie jakością od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Zmielona kawa w sklepach w Europie często magazynowana bywa nawet ponad rok. O niepowtarzalnym smaku i doznaniach związanych z piciem tego napoju stanowi aromat, a on szybko się ulatnia. Dlatego też zawsze należy kupować kawę w ziarnach. Kawowce uprawiane są w Hondurasie na stokach o odpowiednim nachyleniu i nasłonecznieniu (głównie na terenie departamentu El Paraíso, czyli Raj). Przed palącym słońcem chronią je wysokie drzewa. Od października do stycznia pielęgnowane ręcznie krzewy pokrywają się czerwonymi dojrzewającymi owocami. Po zebraniu przy pomocy prasy pozbawia się je skórki, a następnie płucze i oddziela miąższ w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest suszenie, które niejednokrotnie odbywa się na słońcu. Rozsypane na plandekach ziarna to częsty widok w Hondurasie. Ostatni etap stanowi palenie – końcowe nierzadko odbywa się już w kraju importera. Najwartościowszą honduraską kawę oznacza się symbolem SHG (Strictly High Grown). Pochodzi ona z najlepszych upraw położonych na średniej wysokości ok. 1350 m n.p.m. Za jej kilogram trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych.

 

Z Hondurasu warto przywieźć również cygara. W niewielu miejscach na świecie panują sprzyjające warunki do uprawy dobrego tytoniu. Liści z honduraskich plantacji, skoncentrowanych przede wszystkim na żyznym obszarze malowniczej doliny Jamastrán w departamencie El Paraíso, używają najwięksi światowi producenci. Od klimatu, rodzaju gleby, stopnia nasłonecznienia i poziomu wilgotności zależy smak, aromat, rozmiar i kolor cygar. Te z Hondurasu są wyraziste i aromatyczne.

 

KARAIBSKA IDYLLA

 

004PicoBonito
Pico Bonito, motyl Caligo memnon nazywany sową
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Ten środkowoamerykański kraj to mekka miłośników nurkowania i wędkarstwa. Jego nazwa pochodzi od wyjątkowej głębokości wody w okolicy karaibskiego wybrzeża. W języku hiszpańskim hondo znaczy „głęboki”. Honduras leży wzdłuż drugiej co do wielkości na świecie (mającej długość ok. 1 tys. km) rafy koralowej zwanej Wielką Rafą Koralową Majów (Mezoamerykańskim Systemem Rafy Barierowej). Zwykle kojarzy się z nią Belize i głęboka studnia Great Blue Hole, ale prawdziwe bogactwo podwodnego świata kryje się także nieopodal honduraskiego archipelagu Islas de la Bahía. W jego skład wchodzą główne wyspy Roatán, Guanaja i Útila. Są one łatwo dostępne, a pobyt na nich nie kosztuje na ogół zbyt dużo. Z wyjątkiem rajskiego skrawka lądu, za jaki uważa się słusznie Roatán, nie ma tu rozbudowanych luksusowych hoteli i resortów, za to w wielu miejscach możemy spędzić niezapomniane chwile w hamaku na tarasie drewnianego domku na palach lub na dziewiczej plaży. W okolicach Útili znajdziemy jedne z najzdrowszych i najmniej zniszczonych koralowców w Morzu Karaibskim. Poza tym spotyka się w tym rejonie liczne rekiny wielorybie, płaszczki, homary, krewetki czy mureny. Jeśli dopisze nam szczęście, natkniemy się na stado delfinów. Nie bez powodu wyspa ta (jak zresztą cały archipelag Islas de la Bahía!) uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

 

 MG 7855

Roatán – tzw. Dolphin Encounter zaprasza na spotkanie i pływanie z delfinami 
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

Miłośnicy żeglarstwa, kajakarstwa, wędkarstwa, trekkingu, obserwacji ptaków i ekoturystyki koniecznie muszą odwiedzić jezioro Yojoa usytuowane na zachodzie kraju, na wysokości ok. 630–700 m n.p.m. Leży ono między szczytami wygasłych wulkanów. To największe naturalne jezioro Hondurasu. Znajdują się tu parki narodowe Montaña Santa Bárbara (Parque Nacional Montaña Santa Bárbara) i Cerro Azul Meámbar (Parque Nacional Cerro Azul Meámbar). Na tym obszarze występują np. legwany, węże, małpy, oceloty i pumy.

 

MIASTO W GÓRACH

 

 F3G1132

Kobiety Garifuna tańczące hunguhungu (fedu)
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Tegucigalpę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,2 mln osób – to ponad jedna ósma ludności całego Hondurasu. Położona u podnóży wzgórza El Picacho, przed wiekami stanowiła ośrodek wydobycia srebra i złota. Miasto sprawia wrażenie nieuporządkowanego. Warto odwiedzić w nim Muzeum Tożsamości Narodowej (Museo para la Identidad Nacional – MIN). W rejonie historycznego centrum wznosi się XVIII-wieczna barokowa Katedra św. Michała Archanioła i budynek Kongresu Narodowego. Miasto często służy turystom za bazę wypadową, ponieważ właśnie stąd bez problemu dostaniemy się do wszystkich najatrakcyjniejszych miejsc w Hondurasie. Niemal z każdego punktu w Tegucigalpie można dostrzec 30-metrową figurę Chrystusa El Picacho ustawioną na szczycie wzgórza El Picacho. Ma ona przynosić nadzieję na lepszą przyszłość krajowi, który w 1821 r. wyrwał się spod hiszpańskiego jarzma i 17 lat później ogłosił pełną niepodległość (26 października 1838 r.), lecz dopiero od niedawna powoli staje na nogi. Ogromną szansą dla tego państwa jest m.in. rozwój turystyki, a temu sprzyja walka ze stereotypami na temat Hondurasu.

 

Aby wczuć się w atmosferę stolicy, warto przystanąć na chwilę i zjeść sprzedawane na każdym rogu arepas, czyli placki z kukurydzy, smażonych platanów czy fasoli. Honduraska kuchnia niewiele różni się od tej spotykanej w innych krajach Ameryki Środkowej. Jej podstawę stanowi ryż, a także fasola przygotowywana na różne sposoby i tortilla. Na śniadanie jada się zwykle tzw. baleadas, czyli właśnie tortille podawane z fasolą, żółtym serem i kwaśną śmietaną. Dodatki zależą – oczywiście – od upodobania. Kilkadziesiąt lempirów (HNL) kosztuje doskonała wersja z awokado, mięsem i wieloma innymi składnikami. Całość doprawia się zazwyczaj bardzo ostrym sosem na bazie papryki jalapeño. Słynny szkocki szef kuchni Gordon Ramsay, który odwiedził Honduras w marcu 2017 r., tak zachwycił się miejscowymi baleadas, że uznał je nawet za zdecydowanie najlepsze latynoamerykańskie danie.    

 

INDIANIE I KOLONIŚCI

 

Ciudad Blanca, legendarne Białe Miasto, można nazwać Atlantydą Ameryki Środkowej. Według wierzeń to właśnie w nim narodził się Pierzasty Wąż (Quetzalcóatl). Uważany był za boga wiatru, nieba, ziemi, wody i płodności. Ok. 300 km od Tegucigalpy archeolodzy odkryli w 2012 r. interesujący zespół ruin. Wiele artefaktów dowodzi, że mogą być to pozostałości legendarnego ośrodka Ciudad Blanca. Stanowisko archeologiczne, którego powierzchnię szacuje się na mniej więcej 50 km², znajduje się w gęstym tropikalnym lesie w historycznym rejonie La Mosquitia (na Wybrzeżu Moskitów – Costa de Mosquitos), na terenie dziewiczego Rezerwatu Biosfery Río Plátano, wpisanego w 1982 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To pełne tajemnic miejsce do dziś chroni wojsko, aby zapobiec kradzieżom. Odnaleziono tu fragmenty starożytnych struktur, w tym ziemnych piramid i placów, oraz liczne przedmioty codziennego użytku.

 

W wielu honduraskich miejscowościach natkniemy się na ślady kolonialnych czasów. Perełką architektury i niezmiernie ciekawym miejscem jest Gracias, dawna stolica Hondurasu (dzisiaj departamentu Lempira), założona w 1536 r. Do najstarszych tutejszych budynków należy świetnie zachowany Kościół La Merced, który powstał na początku XVII w. Obowiązkowo trzeba wybrać się też na spacer do hiszpańskiego Fortu św. Krzysztofa (Fuerte San Cristóbal), z którego rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na całą dolinę. Wiele nazw własnych w Gracias nawiązuje do imienia pochodzącego z tego terenu legendarnego Lempiry (ok. 1499–1537), bohaterskiego władcy Indian Lenca (zamieszkujących terytorium dzisiejszego Hondurasu i Salwadoru), walczącego z hiszpańskimi konkwistadorami w latach 30. XVI stulecia. W pobliżu miasta znajdują się najsłynniejsze naturalne gorące źródła w kraju (Aguas Termales „Presidente”).

 

W tej części Ameryki Środkowej jest jeszcze bezsprzecznie mnóstwo do odkrycia. Nie warto się więc zbyt długo zastanawiać nad decyzją o podróży do wciąż raczej nieznanego turystom, lecz niezmiernie fascynującego Hondurasu. Najlepiej po prostu wyruszyć na spotkanie z wielką przygodą.

Tunezja – imperium atrakcji

ALINA WOŹNIAK

Ten „kraj zachodzącego słońca” smagany jest bryzą znad Morza Śródziemnego i suchymi wiatrami Sahary, doświadczony burzliwą historią – zarówno starożytną, jak i współczesną, przepełniony tradycją, ale i otwarty na świat, pulsujący życiem kurortów i gwarem w medinach, uśpiony ciszą bezkresnych piasków. Tunezja mieni się w promieniach słonecznych, uwodząc całą paletą kolorów, dla których przybywali tu poeci i malarze, później filmowcy, a wraz z nimi rzesze turystów z całego globu. Niestety, ostatnie zawirowania w tym regionie świata studzą nieco zapał do jego odwiedzenia. Republika Tunezyjska jest jednak nadal bezpieczna dla gości, którzy – jak zresztą zawsze – są mile widziani w jej gościnnych progach.

W 2010 r. ten kraj w Afryce Północnej odwiedziło 7 mln turystów. Ich liczba spadła wyraźnie po tzw. rewolucji jaśminowej (17 grudnia 2010 r. – 14 stycznia 2011 r.). W pierwszym kwartale tego roku przybyło do Tunezji 2,6 mln gości zza granicy. Zaczęło to wyglądać optymistycznie, ale w wyniku doniesień prasowych o burzliwych wydarzeniach w pobliskim Egipcie liczba rezerwacji znów się zmniejszyła. Obecnie trwa walka o powrót wczasowiczów, bowiem turystyka stanowi niezmiernie ważną gałąź tunezyjskiej gospodarki (zapewnia 7 proc. dochodu narodowego brutto, daje pracę dla ok. 400 tys. osób).

Więcej…