MAGDALENA PIETRUSIŃSKA

<< Republika Dominikańska jest jednym z najczęściej odwiedzanych krajów na Karaibach. Jej niezmiernie urokliwe plaże, niepowtarzalna kultura, pyszne jedzenie, ciepli i radośni mieszkańcy czyni ją bardzo atrakcyjnym kierunkiem dla wielu turystów z różnych zakątków świata. Jak śpiewa o Dominikanie popularny piosenkarz merengue El Jeffrey: „Mi tierra, tiene palmeras (…), Mi tierra, tiene montañas (…), Mi tierra tiene su sol (…), Mi tierra tiene naranjos y tres mares que la besan”, czyli: „Moja ziemia ma palmy (…), Moja ziemia ma góry (…), Moja ziemia ma swoje słońce (… ), Moja ziemia ma pomarańcze i trzy morza, które ją całują”. >>

Kraj ten leży w samym sercu Karaibów. Jego północne i wschodnie wybrzeże oblewają wody Atlantyku i cieśniny Mona, południowe zaś – Morza Karaibskiego. Wyspę Haiti (Hispaniolę), którą dziś Dominikańczycy dzielą z Haitańczykami, odkrył w 1492 r. w drodze do Indii Krzysztof Kolumb. Nazwał ją La Española, czyli Mała Hiszpania. Zamieszkiwali ją wówczas Tainowie – niski lud o brązowej skórze i czarnych oczach. Mówili na nią Quisqueya. W wyniku wieloletniej kolonizacji współcześnie oficjalnie używa się w Republice Dominikańskiej języka hiszpańskiego. Środek płatniczy stanowi peso dominikańskie (DOP). Na terytorium podzielonym na 31 prowincji i jeden okręg stołeczny (Distrito Nacional) żyje ok. 10 mln ludzi. Pełniące funkcję stolicy Santo Domingo de Guzmán (Santo Domingo) założył w sierpniu 1496 r. Bartłomiej Kolumb.
Tropikalny klimat Haiti sprawia, że średnie roczne temperatury wahają się między 18 a 27°C. Mimo iż rozróżnia się tu cztery pory roku, w oczach przybyszów z europejskiej strefy umiarkowanej zlewają się one w jedną – lato. Nie ma więc chyba lepszego miejsca na udany wakacyjny wypoczynek.

 

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Malowniczy Park Narodowy Los Haitises

 

ROZTAŃCZONY NARÓD
W żyłach sympatycznych Dominikańczyków płynie gorąca krew. Codziennie towarzyszy im taniec, śpiew i muzyka – nieodłączne elementy ich życia już od kołyski. Dzieci dorastają przy karaibskich rytmach, nucą podczas zabaw, a zajęcia w szkole zaczynają od hymnu państwowego (Quisqueyanos valientes – Dzielni synowie Quisqueyi). Na Dominikanie zdecydowanie króluje merengue. Odnajdziemy w nim wpływy hiszpańskie, afrykańskie i dominikańskie. Typowe dla niego piosenki mówią po prostu o życiu i o tym, jak wykorzystać je w pełni. Melodię wygrywa się na charakterystycznych instrumentach takich jak tambora, güira i akordeon. Opanowanie kroków merengue przychodzi bez większych trudności, wystarczy poruszać biodrami w takt muzyki. W lipcu w Santo Domingo odbywa się największy festiwal tego gatunku muzycznego, który trwa kilka dni i przyciąga największe gwiazdy.
Wśród turystów dużą popularnością cieszy się także bachata, wywodząca się z rejonów wiejskich.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Dominikańczycy uwielbiają dobrą zabawę

 

Pary tańczą ją bardzo blisko siebie, ponieważ tak ponoć robili niegdyś niewolnicy skuci łańcuchami, które nie pozwalały im się oddalać. Rytm liczy się tu na cztery, a utwory poruszają zazwyczaj tematykę miłości: szczęśliwej, nieodwzajemnionej, utraconej albo zakazanej. Bachatę rozsławił dopiero w latach 90. XX w. piosenkarz Juan Luis Guerra, duma Dominikańczyków, a także grupa Aventura, znana w Europie z przeboju Obsesión. Od tego czasu usłyszymy ją niemal wszędzie.
W ostatnich latach coraz więcej fanów zyskuje sobie reggaeton z charakterystycznym schematem rytmicznym zwanym Dem Bow. Tego rodzaju muzyki chętnie słucha przede wszystkim młodzież, zapewne również ze względu na bardzo energiczne i seksowne ruchy w tańcu czy raczej na ogół mało ambitne teksty piosenek, które jednak łatwo wpadają w ucho i rozbrzmiewają z głośników w każdej dyskotece.

 

KARAIBSKIE SMAKI
Na Dominikanie czas posiłku to rzecz święta. Gdy wybija godzina 12.00, ulice pustoszeją, ludzie przerywają swoją pracę, a pani w okienku wywiesza kartkę z napisem przerwa na lunch. Żadne dyskusje nie mają wtedy sensu – obiad jest najważniejszy. Jedzenie stanowi też jeden z najczęstszych tematów rozmów. Gdy zapytamy Dominikańczyka, jakie potrawy jada najczęściej, wymieni nam głównie dania z ryżem, bo jego właśnie spożywa najwięcej. Mimo to kuchnia dominikańska szczyci się dużą różnorodnością składników i smaków. Połączenie wpływów hiszpańskich, francuskich i afrykańskich z lokalnymi tradycjami tworzy niezwykle wyjątkową kulinarną mieszankę.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Wieloskładnikowa zupa sancocho     Za typową pozycję w tutejszym menu uchodzi la bandera („flaga”), czyli ryż z sosem z fasoli (białej, czerwonej lub czarnej), duszonym mięsem i surówką lub smażonym dojrzałym bądź zielonym bananem. Na specjalne uroczystości podaje się zawiesistą zupę sancocho, w której skład wchodzą kawałki kurczaka, wołowiny lub wieprzowiny (w wersji  bogatszej wykorzystuje się każdy z tych elementów) oraz warzywa, np. juka, zielone banany, marchewka, maniok, ziemniaki, kolby kukurydzy i dynia. Na obiad przygotowuje się też moro, czyli ryż wymieszany z fasolą, najczęściej czerwoną lub czarną. Jego odmiana moro de guandules zawiera mleczko kokosowe i obrane ze strąków owoce nikli indyjskiej (guandul), podobne do zielonego groszku. Kreolskie locrio przypomina natomiast słynną hiszpańską paellę. Inną zupę, asopao, przyrządza się z ryżu, pomidorów i drobiu albo bardziej wyszukanie z owoców morza. Do wielu dań otrzymamy także tostones – plasterki smażonych zielonych bananów. Nie wolno nam również zapomnieć o mangú, bananowym purée serwowanym zwykle na śniadanie wraz z jajkiem sadzonym i cebulą gotowaną w occie, podsmażonymi salami i słonym białym serem.  
Kuchnia dominikańska raczej nie obfituje w desery. Zjemy tutaj np. majarete, czyli krem z kukurydzy przyprawiony wanilią i cynamonem, lub wielkanocny specjał habichuelas con dulce z czerwonej fasoli, zagęszczonego mleka i mleczka kokosowego oraz z dodatkiem ciasteczek. Na koniec warto wspomnieć, że – jak w wielu wyspiarskich krajach – w Republice Dominikańskiej po najlepsze smakołyki powinniśmy wybrać się na plażę. W nadmorskich barach zamówimy różnego rodzaju potrawy ze świeżych ryb, homarów czy krewetek, a w rejonie Boca Chica także najpyszniejsze placki yaniqueques (yanikekes).

 

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA
Dominikana wciąż się zmienia. Nowoczesne Santo Domingo wypełniają centra handlowe. Od kilku lat działa w nim też metro, a cały kraj staje się lepiej skomunikowany dzięki autostradom. Zainteresowanie tym pięknym zakątkiem świata ciągle rośnie. W 2013 r. granicę państwa przekroczyło prawie 4,7 mln turystów – mniej więcej połowa z nich przyleciała na lotnisko na przylądku Punta Cana na wschodnim wybrzeżu. W sezonie ten port lotniczy obsługuje codziennie dwa rejsy z Rosji. W 2014 r. podpisano nowe kontrakty na loty czarterowe z Europy, m.in. z Polski.
Obcokrajowcy odwiedzają Republikę Dominikańską nie tylko w celach wypoczynkowych. Coraz więcej europejskich i amerykańskich firm decyduje się zainwestować w tym kraju swoje pieniądze. Niektórzy z miejsca się w nim zakochują i wracają po raz kolejny bądź zostają na zawsze.
Marek i Beata, para z Małopolski, od kilku lat regularnie goszczą w tym karaibskim państwie, co roku spędzają w nim kilka miesięcy. Nie zatrzymują się jednak w hotelach, lecz wynajmują apartament. Czują się już tutaj jak w domu. Uwielbiają słońce, plaże i serdecznych Dominikańczyków, ale najbardziej lubią tańczyć. Co ciekawe, na imprezy wybierają się często do… myjni samochodowych. W takich miejscach wieczorami organizuje się świetne zabawy w rytmach merengue, bachaty i reggaetonu. Do poruszania się po Dominikanie nigdy nie wypożyczają auta. Wszędzie można przecież dojechać busem guagua lub motocyklową taksówką motoconcho. Dzięki tak częstym wizytom przyzwyczaili się już także do tutejszego luzu, braku poczucia czasu i tego, że wszystko robi się na jutro albo na pojutrze.
Marcos Vázquez z Wenezueli w Republice Dominikańskiej mieszka od 6 lat. Obecnie pracuje jako menedżer centrum sportów wodnych Sea Pro Divers w jednym z hoteli. Przyjechał tutaj na kontrakt instruktora budowy. Na początku na każdym kroku napotykał trudności: brakowało ulic, transport publiczny praktycznie nie istniał, pojawiały się ciągłe problemy z wodą i elektrycznością czy dostępnością niektórych produktów spożywczych, w okolicy działało mało ośrodków zdrowia. Mimo to kraj przypadł mu do gustu, więc postanowił związać z nim swoją przyszłość. Po kilku miesiącach zostawił firmę budowlaną i zaczął imać się różnych zajęć, głównie w barach i restauracjach. Zawsze interesowały go eksploracje morskich głębin, dlatego gdy nadarzyła się okazja pracy w branży turystycznej, zdecydował się bez wahania. Najpierw sprzedawał na plaży wycieczki. Kiedy zrobił kurs nurkowania, zaproponowano mu obecne stanowisko. Jak więc widać, przepiękna Dominikana potrafi zdobyć serca nie tylko Europejczyków, ale i Latynosów.

 

TURYSTYCZNY RAJ
Fascynująca, pełna zapierających dech w piersiach krajobrazów Republika Dominikańska zachwyca swoją przyrodą. Zapaleni nurkowie i miłośnicy snorkelingu mogą w okolicznych ciepłych i krystalicznie czystych wodach podziwiać m.in. płaszczki, żarłacze rafowe, żółwie, węże i koniki morskie, ryby z rodziny rozdymkowatych, rozgwiazdy, homary, węgorze europejskie, mureny, ośmiornice, skrzydlice (ognice) czy szkaradnice. Na takie wyprawy warto polecić szczególnie rajskie wyspy Catalinę lub Saonę. Na północnym wybrzeżu natomiast, w pobliżu miejscowości Puerto Plata znajdziemy podwodne jaskinie i wraki zatopionych statków.
Rozwój kraju oznacza nie tylko budowanie autostrad, lotnisk, szpitali, ośrodków zdrowia, uniwersytetów i szkół czy centrów handlowych, lecz także wzrost znaczenia sektora turystyki dla gospodarki. Dominikana należy do najpopularniejszych kierunków wakacyjnych w basenie Morza Karaibskiego. Kusi prawdziwymi cudami natury, posiada wspaniałe bezkresne piaszczyste plaże, coraz lepszą infrastrukturę do obsługi turystów i – co niezmiernie istotne – jest bezpieczna. Zapewne dlatego da się obecnie zauważyć nowy trend wśród zagranicznych gości, którzy coraz częściej zamiast na pobyty all inclusive w dużych hotelach decydują się na indywidualne odkrywanie wielkich atrakcji Republiki Dominikańskiej, wybierają kameralne, niezmiernie klimatyczne obiekty noclegowe, samodzielnie układają plan zwiedzania, wycieczek i chcą poznawać z bliska barwną lokalną kulturę. Według prognoz ekspertów w przyszłości dotrą oni w końcu w zdecydowanie większej liczbie do dziś praktycznie im nieznanych dziewiczych rejonów kraju, takich jak przepiękne okolice miejscowości Miches czy prowincja Barahona.
Argentyńczyk Nicolás Rodríguez pierwszy raz przyleciał tu w 2000 r. na wakacje. Spodobało mu się na tyle, że w 2005 r. przyjął pracę rezydenta w Club Caribe, obecnie Blue Travel Partner Services, jednej z największych dominikańskich firm turystycznych. Dzisiaj pełni funkcję dyrektora hotelu butikowego Karibo Punta Cana, którego 66 apartamentów nigdy nie stoi wolnych. Pięć lat temu brał udział w imprezie polskiego Radia ESKA na Dominikanie – ESKA odwołuje zimę – Karaiby 2009. Według niego Dominikańczycy przede wszystkim zwracają baczną uwagę na jakość serwisu. Są zawsze uśmiechnięci i chętni do pomocy. Cenią to sobie bardzo goście tutejszych ośrodków wypoczynkowych.
W biurach podróży na pewno nie raz usłyszymy radę, żeby lepiej nie opuszczać terenu hotelowego na własną rękę. Co jednak będziemy w stanie powiedzieć o Republice Dominikańskiej po 7 lub 14 dniach spędzonych w zaciszu pokoju i na leżaku na plaży z w pełni wyposażonym barem…? Po naszej podróży zostaną nam jedynie folderowe zdjęcia palm. Dlatego namawiam wszystkich odwiedzających rajską Dominikanę do zwiedzania różnych zakątków tej bezpiecznej, gościnnej i przepięknej karaibskiej ziemi oraz odkrywania jej wspaniałych tajemnic, które na długo pozostaną w pamięci nawet najbardziej wybrednych turystów.

Artykuły wybrane losowo

Wyspy Zielonego Przylądka – na styku Europy i Afryki

szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

Więcej…

W 7 dni dookoła Islandii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM