MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

« To była miłość od pierwszego wejrzenia. W dodatku połączona z jakimś dziecięcym zachwytem, który budzi się w człowieku nagle i bez względu na wiek w kontakcie z naturalnym pięknem. To uczucie, jakiego doznałem wówczas nad zatoką Rincón, dojrzewało we mnie latami, rozwijało się z każdym kolejnym pobytem w Dominikanie. Dotąd podróżowałem do tego cudownego karaibskiego kraju 10-krotnie. Tylko raz zdarzyło się tak, że nie mogłem odwiedzić Las Galeras, co uważam za osobiste nieszczęście... Pozostałe wizyty były zawsze intensywną przygodą, tropikalną idyllą albo zabawą w odkrywanie raju ponad 500 lat po Krzysztofie Kolumbie. »

 

W czerwcu 2007 r. mieszkałem w hotelu Real Bella Vista w Santo Domingo. Zajmowałem tani pokój z wiatrakiem łopoczącym na suficie i z widokiem na wybujały, owocujący mangowiec. W małej lodówce trzymałem podstawowe zapasy: piwo Presidente, dwie–trzy soczyste sztuki mango (jakże wspaniale smakują na zimno!) i maść na wszystko. Laptop miałem zawsze oblepiony sokiem owocowym i wszędobylskimi mrówkami. Pracowałem wówczas jako fotoreporter dla jednego z dzienników internetowych w dominikańskiej stolicy. Jeździłem po kraju wzdłuż i wszerz, od Boca Chica po Pedernales czy od San Cristóbal po Puerto Plata. Wieczorami przygotowywałem materiały zdjęciowe dla redakcji, planowałem kolejne dni, co nieco pisałem. 

 

Szczególnie zapadł mi w pamięć powrót z półwyspu Samaná. Znowu byłem oszołomiony dzikością tego regionu, bogactwem przyrody, rozmaitością pejzaży i serdecznością mieszkańców. Pierwszy raz dotarłem tam ponad rok wcześniej z Kingą, wtedy moją dziewczyną, dzisiaj żoną. Mógłbym sparafrazować początek powieści kolumbijskiego pisarza Gabriela Garcíi Márqueza Sto lat samotności, pisząc, że Las Galeras było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną […]. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem.

 

 

KRAINA KOKOSA

W 2007 r., korzystając z lokalnego transportu publicznego, jechałem z niezmiernie kolorowego miasta Santa Bárbara de Samaná (lub po prostu Samaná) do tego wymarzonego Las Galeras. Ówczesna droga sprawiała wrażenie tymczasowej. Dziurawa i nierówna, wołała o pomstę do nieba. Za to atmosfera samej podróży była wspaniała, pełna chwil, które zostają w człowieku na długo. W takim dominikańskim środku lokomocji zawsze znajdzie się trochę przestrzeni, aby usiąść wśród ludzi, choć z reguły na pierwszy rzut oka miejsc brakuje. Jednak radosny kolektyw daje wewnątrz popis błyskawicznej samodyscypliny: jedni się przesuną, drudzy przegrupują, inni ścieśnią, starszyzna przycupnie bliżej środka, dzieci wezmą na kolana ich rodzice albo dziadkowie, dziewczyna usiądzie na kolanach swojego narzeczonego. W ten sposób kolejny pasażer wpasuje się w całość bez trudu i bólu. Dominikana powinna otrzymać Nagrodę Nobla za sztukę „kompresji” pasażerów w środkach transportu publicznego! Zresztą nieco ścisku w minibusie albo na pace pick-upa sprzyja zacieśnianiu więzi, a przecież o to chodzi. Usłyszałem wtedy od czarnoskórej współpasażerki, sędziwej señory: Witamy, chłopcze, w „tierra de coco”, w „krainie kokosa”. Mimo wieku kobieta tryskała energią i zarażała humorem. Jej urzekający uśmiech obnażał uzębienie zdrowe i białe jak wnętrze orzecha. Wracała z targu, gdzie handlowała rybami, które o świcie złowił jej mąż. Wszystkie sprzedałam! – zakomunikowała, wskazując pustą miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski i rybi śluz. Intensywny morski zapach uderzał w nozdrza. Okoliczne wzgórza pokrywały majestatyczne gaje palm kokosowych. Tuż przed dotarciem do celu usłyszałem od mojej uroczej towarzyszki: Pośpiesz się, młody człowieku, i znajdź tu jeszcze swoje miejsce!.

Dwanaście lat później ta odległa osada, leżąca gdzieś na krawędzi dominikańskiej mapy, jest wciąż tak samo malownicza. Nadal przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który chcąc wyrwać się z europejskiego porządku czy uciec przed zimowymi szarościami i paraliżującymi temperaturami, pokona kilka tysięcy kilometrów dzielących go od tego miejsca, znajdzie tu kawałek swojego szczęścia wśród ludzi żyjących po swojemu i to zbawienne, wyczekiwane słońce, dodające życiu wigoru i barw. Przyjeżdżających do Las Galeras od razu oczarowuje miejscowa gościnność. Rozczulające jest także to, jak szybko człowiek przestaje czuć się tutaj obco, jak łatwo zaczyna funkcjonować w lokalnym rytmie i jak mu z tym dobrze. Oczywiście byłem naiwny, myśląc, że zachowam to miejsce dla siebie w stanie nietkniętym. Przecież zachwycałem się nim wielokrotnie, nie potrafiłem utrzymać języka za zębami. W duszy podróżnika, czy tego chce czy nie, ścierają się egoista z altruistą. W moim przypadku, mimo iż konflikt ten był burzliwy, wolałem się dzielić. Poza tym przekonałem się, jaką przyjemność daje pokazywanie znajomym czy najbliższym takich dominikańskich perełek, jak choćby półwysep Samaná. Chyba lubię przystanąć z boku i spojrzeć, jak inni reagują, kiedy na własne oczy widzą miejsca, które sam dobrze znam, i jakie przeżywają przy tym emocje. Wtedy podróż staje się jakby kompletna i przez to ciekawsza – dopełnia ją nowa dawka entuzjazmu, mnogość świeżych wrażeń. Bez wątpienia w samym Las Galeras widać zmiany, lecz są one raczej stopniowe niż gwałtowne, mimo napływu turystów. Obecnie do miejscowości prowadzi już porządna droga, a niedawno okolica doczekała się własnej stacji paliw. Jednocześnie handel benzyną w butelkach po piwie Presidente kwitnie jak dawniej. Każdemu wedle potrzeb – butelki są w trzech rozmiarach: małym, średnim i dużym. Stoją po kilkanaście sztuk na drewnianych kramikach przy poboczach dróg. Nie potrzebują lodówki i solidnego chłodzenia, jak w przypadku ich pierwotnej zawartości. Płaci się i przelewa paliwo z butelki do baku. Ten lokalny biznes to swoją drogą zmyślna forma recyklingu. Niektórych rzeczy po prostu nie można zmienić, i bardzo dobrze. Jedźmy więc do Las Galeras!

 

Benzyna oferowana w szklanych butelkach po piwie Presidente przez przedsiębiorczych dominikańczyków

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

NA PACE DO RAJU

Taksówkarze przyjechali tak, jak zostało uzgodnione dzień wcześniej. Uśmiechnięci, zadowoleni, mimo wczesnej pory – znowu trafił im się opłacalny kurs. Dwie taksówki dla ośmiu osób; od rana przyzwoity zarobek. Ruszamy na dworzec autobusowy w Santo Domingo. Stąd wybieramy się do miasta Samaná, leżącego na półwyspie… Samaná, nad zatoką… Samaná, w prowincji… Samaná.

Zawsze jeżdżę na tej trasie żółtymi autobusami przewoźnika Caribe Tours z terminalu przy alei 27 Lutego (Avenida 27 de Febrero), lecz tym razem zapomniałem wspomnieć o tym taksówkarzom. Usłyszeli jedynie nazwę „Samaná”, po czym zrobili swoje. Podrzucili nas tam, gdzie ich zdaniem było najlepiej, czyli na stację syndykatu transportowego Asotrapusa, wyglądającą jak skrzyżowanie hangaru z porządnie wyremontowaną stodołą. Rozkład jednak był aktualny, zrelaksowani kierowcy spokojnie popijali kawę, bagażowi dbali o resztę. W sumie ucieszyło mnie to niedopowiedzenie, bo dzięki niemu dokonałem odkrycia – poznałem nowy sposób wydostania się z Santo Domingo! W dodatku bilety okazały się tańsze niż w Caribe Tours.

Miałem jeszcze zapas czasu, więc wyskoczyłem po coś do przegryzienia na drogę. Podróż potrwa 3 godz. i trzeba się posilić. Wypatrzyłem sprzedawcę empanadas, młodego Haitańczyka. Właśnie skończył smażyć te podobne do przerośniętych pierogów smakołyki z pysznym nadzieniem. Wziąłem kilka z jajkiem i parę z serem oraz porządną kiść bananów. Zdobyłem prowiant. Ruszyliśmy. Kiedy przyszło płacić za przejazd, okazało się, że w rolę cobradora (konduktora-kasjera) wcielił się… postawny czarnoskóry raper z Detroit, albo gangster, albo jedno i drugie. Przypominał dokładnie kogoś takiego. Na pewno nie wyglądał na typowego Latynosa z Dominikany. Oczywiście był Dominikańczykiem z krwi i kości, mówił po hiszpańsku, pochodził stąd, nie miałem co do tego wątpliwości. Jednak ewidentnie musiał być jednym z samanés, czyli mieszkańców półwyspu Samaná, którzy różnią się od swoich rodaków z innych części kraju. W tym regionie historia zostawiła wyraźny ślad. Nasz cobrador mógł mieć korzenie afro-amerykańskie.

Dwa wieki temu wielu wolnych czarnoskórych emigrantów ze Stanów Zjednoczonych trafiło na Hispaniolę, na której leży Dominikana. Wówczas całą wyspą rządził prezydent z Haiti Jean-Pierre Boyer (1776–1850), przychylny osiedleńcom o afrykańskim pochodzeniu. W lutym 1822 r. wkroczył z siłami zbrojnymi do wschodniej, hiszpańskojęzycznej części Hispanioli i dokonał jej aneksji. Powstało wtedy jedno państwo pod rządami Haitańczyków. Boyer sprowadzał na półwysep Samaná nierzadko całe haitańskie rodziny. Okupacja dawnej hiszpańskiej kolonii Santo Domingo trwała 22 lata, zanim w 1844 r. narodziła się niepodległa Republika Dominikańska.

Rezultaty relokacji byłych niewolników z USA, głównie ze wschodnich stanów, z miast takich jak Nowy Jork, Filadelfia czy Baltimore, na terytorium Haiti, w tym na półwysep Samaná, bywały różne. Większość z nich w krótkim czasie powróciła rozczarowana tam, skąd przybyła. Ci zaś, którzy znieśli trudne warunki i odnaleźli się w nowej ojczyźnie, zachowali północnoamerykańskie tradycje, również językowe. Dzisiaj potomkowie tamtych imigrantów zwani są Americanos de Samaná (samanés). Oczywiście mówią po hiszpańsku, lecz nieliczna starszyzna ponoć wciąż pamięta dawną, angielską mowę.

Zanim cobrador pobrał opłatę, zapytał, dokąd jedziemy. Odparłem mu zgodnie z prawdą, że docelowo do Las Galeras, w mieście Samaná przesiądziemy się przy mercado – „targowisku”. Odrzekł, że nie ma sensu się przesiadać. Za dopłatą w wysokości kilkudziesięciu pesos dojedziemy bezpośrednio, w dodatku tak będzie taniej. Oczywiście jego rozwiązanie było praktyczne i logiczne, lecz ja zaplanowałem inny scenariusz. Obiecałem moim współtowarzyszom podróży, że ostatni odcinek trasy do Las Galeras pokonamy na pace terenówki! To miała być atrakcja. Cobrador uśmiechnął się, zrozumiawszy moje intencje. Tymczasem przy targowisku dopadła nas chmara oferujących dalszy przejazd. Chcieli nas wcisnąć do guaguas (minibusów). Oznajmiłem głośno jak przez tubę, że interesuje nas guagua otwarta – pojedziemy tylko na pace, nie ma innej możliwości!

Dalej wszystko potoczyło się całkowicie w stylu dominikańskim, czyli pod hasłem no hay problema!. Dominikańczycy nie szukają problemów, tylko je rozwiązują. Pół minuty później mieliśmy upragnioną otwartą guaguę. Właśnie przybijałem piątkę z nowym szoferem, gdy wychwycił mnie wzrokiem nasz biletowy „raper” z autobusu. Krzyknął, że człowiek, który nas zawiezie, jest jego znajomym i możemy spokojnie z nim jechać. Tacy potrafią być Dominikańczycy. Choć nasz cobrador sam nie zarobił dodatkowych pesos, nie nachmurzył się. Co więcej, zarekomendował nam właściwą osobę z konkurencji. Guagua, prezentująca się jak przewiewny papamobile, należała do nas w całości. Mieściła do ośmiu osób razem z bagażami. Nie wyobrażam sobie innego środka transportu na tym odcinku. Część ekwipunku znalazła się w nogach pasażerów na pace, reszta powędrowała na dach i została przymocowana misterną pajęczyną linek. Przed odjechaniem udaliśmy się jeszcze na chwilę na bazar, aby nacieszyć oczy mnogością tropikalnych kolorów, nawąchać się, pomacać, powybierać w tym warzywno-owocowym szaleństwie. Wokół nas piętrzyły się aromatyczne, żółciutkie mango, limonki wielkości jabłek, stosy imbiru, kopce manioku (yuca), pochrzynu (ñame), kolokazji jadalnej (yautía coco, taro) i żółtosoczy strzałkowatej (yautía), hałdy zielonych i żółtych platanów (plátanos verdes, plátanos maduros), witki kolendry wyczuwalnej na kilometr i niewiarygodne mikropapryczki, niewiele większe od... ziaren pieprzu.

Wreszcie ruszyliśmy w drogę! Ja zasiadłem obok kierowcy i znowu z otwartymi ustami spoglądałem na ten fantastyczny kawałek kraju. Do celu zostało nam 35 km. Na tej trasie jest naprawdę na co popatrzeć. Zapierająca dech w piersiach przyroda, zachwycające wybrzeże, malownicze pejzaże, osady wypełnione kolorowymi domami – szyja aż boli od wykręcania na prawo i lewo. Po trzech kwadransach dotarliśmy na kraniec dominikańskiego świata, do Las Galeras…

 

 

KRZYSZTOF KOLUMB TU BYŁ

Guagua wyhamowuje kilkanaście metrów od lazurowej wody zatoki Rincón. Tu właśnie kończy się szosa, a szofer zaczyna fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt ustępuje miejsca drobnemu piaskowi w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniają pochyłe palmy kokosowe, targane morską bryzą. Oto karaibska pocztówka na żywo, bez retuszu: wczesne popołudnie pod błękitnym, tropikalnym niebem, rajsko. W nieznacznej odległości od brzegu widać bezludną miniwyspę – El Cayito – z minigajem palmowym. Wysepka liczy na oko jakieś kilkadziesiąt kroków. Na szczęście mało komu przychodzi do głowy, aby to potwierdzać. Zresztą nie jest łatwo do niej dobić ze względu na poszarpany, skalisty brzeg. Obmywające ją wody są ciemniejsze i mniej spokojne niż w innych miejscach w okolicy. El Cayito ma po prostu za zadanie sprawiać, aby zatoka Rincón słynęła z niezapomnianych widoków...

Wiele wskazuje na to, że Krzysztof Kolumb trafił w te rejony 12 stycznia 1493 r. podczas swojej pierwszej wyprawy do Nowego Świata. Odkryta wówczas okolica całkowicie go oczarowała. W streszczeniach dzienników pokładowych admirała można znaleźć dość precyzyjne informacje czy wskazówki: Płynął tedy dalej ku wschodowi aż do pięknego i bardzo wyniosłego przylądka, utworzonego przez prostopadłe skały, który nazwał Cabo del Enamorado. [...] Podpłynąwszy blisko, ujrzał jeszcze inny, piękniejszy, wyższy i bardziej zaokrąglony, o 12 legua na wschód od Cabo del Enamorado; przylądek był cały skalisty i przypominał Cabo de São Vicente w Portugalii (Krzysztof Kolumb. Pisma, Warszawa 1970, przekład Anna Ludwika Czerny). Cabo del Enamorado – Przylądek Zakochanego znany jest obecnie jako Cabo Cabrón, czyli Przylądek Rogacza. Cóż, bywa i tak. Fragment lądu przypominający Kolumbowi portugalskie południowo-zachodnie wybrzeże to dziś Cabo Samaná (przylądek Samaná), kryjący w sobie wiele skarbów półwyspu, łącznie ze zjawiskową, bajecznie położoną plażą Frontón. Z innych zapisków słynnego żeglarza wynika, że na linii między Cabo Cabrón i Cabo Samaná odkrył wielką zatokę na 3 legua szeroką z małą wysepką pośrodku. Niewykluczone, że tą wysepką jest wspomniana wcześniej El Cayito – jeden z symboli Las Galeras. Kto jej nie zauważył, prawdopodobnie tam nie dotarł. I ma czego żałować. Las Galeras i jego okolice stanowią kwintesencję półwyspu Samaná – jednego z najpiękniejszych, najbardziej oszałamiających i fotogenicznych rejonów Dominikany. Ktokolwiek trafił w te strony, wraca zachwycony. Sami Dominikańczycy co i rusz zachęcają przyjezdnych, aby jechali na Samanę i odpoczęli w głuszy, w pobliżu miejsc, które przed wiekami urzekły załogę Kolumba. Obłędna, jakby spotęgowana w swojej bujności przyroda i majestat oceanu sprawiają, że wzbiera tu w człowieku radość, jaką musieli odczuwać pierwsi wyspiarze. Ten rejon zachwyci nawet największego malkontenta.

Do niektórych, nadal półdzikich plaż można dostać się zarówno lądem, jak i drogą morską. Jaki sposób wybierzemy, zależy od naszego apetytu na przygodę i budżetu. Przyda się auto terenowe z napędem na cztery koła albo motocykl, ewentualnie łódź motorowa, jeśli w grę wchodzi przeprawa wodna. Dotarcie motocyklem do niektórych miejsc zajmuje więcej czasu, często wymaga karkołomnych wyczynów, ale kosztuje mniej. Z kolei łodzią płynie się szybciej, lecz trzeba za to więcej zapłacić. Wszelkie niewygody zawsze rekompensują zjawiskowe krajobrazy. Na lądzie można oglądać plantacje ananasów czy kakaowców, gaje bananowe lub uprawy imbiru albo kolorowe dominikańskie chałupy, których widok zawsze raduje duszę. Z perspektywy łodzi podziwia się nieposkromioną zieleń wybrzeża porośniętego palmami i migdałowcami. Na dalszym planie majaczą błękitne garby łańcucha Sierra de Samaná, skrywające ekskluzywny surowiec półwyspu – marmur.

Samanę warto także przemierzać pieszo, konno, rowerem czy wypożyczonymi quadami. Pomarańczowoceglasty kurz szutrówek wczepia się w kołnierze koszul, prószy rozradowane twarze, osiada na aparatach, wnika zachłannie we wszystko. Czasem na odcinkach wciąż namokłych po nocnych deszczach zmienia się w rude błoto bluzgające spod tylnych kół gdzie popadnie. Komu to jednak przeszkadza, gdy nabijamy kilometry w plenerach zachwycających taką zmiennością i charakterem. Kiedy mijamy jakby usypane z mąki plaże obmywane przez oślepiająco jasne fale Atlantyku albo pagórkowate pastwiska ponaznaczane „cementowymi” pniami palm królewskich czy wiejskie mikrocmentarze z liczbą grobów do policzenia na palcach jednej dłoni i niesłychaną aurą, bliższą raczej życiu niż śmierci… Wyjeżdżamy pełni energii rano. Wracamy późnym popołudniem o tzw. złotej godzinie – w czasie, gdy zachodzące słońce podlewa świat żółtozłocistym, miękkim światłem, najlepszym dla oka fotografa. Gdzieś w tej eksplodującej wigorem rzeczywistości żyją ludzie, Dominikańczycy, samanés. Wspaniali, przyjaźni, radośni, ujmujący. Chcą, aby przybysz z zewnątrz poczuł się tu dobrze. Nie sposób zresztą, żeby było inaczej. Również wieloryby, potężne, lecz pełne dostojeństwa humbaki, upodobały sobie wody w okolicy półwyspu Samaná i rokrocznie przypływają w te malownicze strony na gody. Można je wówczas dyskretnie obserwować.


 

Łodzie pod palmami w Las galeras

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

 

MORSKIE TORTURY

W Las Galeras od rana padał deszcz. A przecież prognozy pogody na ten marcowy dzień były inne! Żadnych opadów, tylko słońce, może gdzieniegdzie zachmurzenie. Jednak groźne chmury oberwały się nad zatoką Rincón i lało doprawdy rzęsiście. Widocznie tropikalna noc nie zdążyła wypłakać się przed świtem. Krople, wielkie jak pestki awokado, nadal smagały świat. Ulewa, zbyt mocna bryza i wzburzone fale oceanu nie sprzyjały zupełnie temu, co planowaliśmy, czyli podglądaniu humbaków. Zerkając w dal, rzuciłem nieco na wyrost, że się przejaśnia, że na szarym niebie widać już błękitne prześwity. Bardzo chciałem, aby tak było. Grupa znajomych parsknęła śmiechem. Optymista! –powiedział ktoś. Czekając na śniadanie, siedzieliśmy na tarasie pięknie położonego, kameralnego pensjonatu La Isleta składającego się z kilku bungalowów urządzonych prosto, lecz ze smakiem. Prowadzi go fantastyczny gospodarz, Dominique, Francuz mieszkający od 20 lat w Dominikanie. Ponieważ w tej okolicy, jak sam powiada, był pionierem inwestycji turystycznych, jego uroczy zakątek znajduje się w pierwszej linii brzegowej. Z tego względu każdemu przyjezdnemu na ten widok natychmiast odbiera mowę. Przed laty Dominique podróżował od Brazylii po Tajlandię, szukając swojego miejsca na świecie. Nie potrafił oprzeć się urokom Dominikany. Tu zamieszkał, założył rodzinę i teraz dzieli się z innymi przepięknym kawałkiem swojej przybranej ojczyzny. W niewielkim, lecz bujnym ogrodzie Dominique’a rosną marakuje, guawy, kalabasy, kwitną helikonie i hibiskusy. Czasem zbierałem dojrzałe, opadłe guawy na sok. Niektóre były napoczęte przez nietoperze. Indianie Taino wierzyli, że pod postacią tych nocnych ssaków duchy przodków wracają, aby się posilić. Dlatego guawa (gujawa) czy też po hiszpańsku guayaba, co brzmi znacznie piękniej, ten jeden z najbardziej kojarzonych z tropikiem owoców, jest poświęcona zmarłym. Zresztą sam jej aromat mógłby wskrzesić nieboszczyka... Nazwa La Isleta, czyli w języku hiszpańskim Wysepka, pochodzi od wspomnianej wcześniej El Cayito, widocznej zresztą z pensjonatu. Niewiele trzeba tu było wymyślać. 

Na śniadanie dostaliśmy prócz smażonych jajek i tostów równiutko pocięte papaje i ananasy, sok z marakui oraz świeżą wodę kokosową, a przede wszystkim dominikańską kawę: mocną, aromatyczną, krzepiącą. Tymczasem nad przylądkiem Samaná, czyli tam, gdzie mieliśmy popłynąć tego dnia, uparcie czerniało zamiast jaśnieć. Po niecałej godzinie nastąpił cud. Przestało padać. Za to powietrze zwilgotniało jeszcze bardziej, bo teraz woda zmieniała się w parę. W końcu dotarliśmy na plażę, gdzie miejscowi szykowali już łodzie na morską eskapadę, która o mały włos mogła nas ominąć. Było ich kilkunastu. W tropiku gorsza pogoda nie zasiewa w ludziach wątpliwości. Uwijali się. Każdy wiedział, w co ma ręce włożyć. Wybierali deszczówkę z kadłubów, sprawdzali silniki Yamaha, liczyli kapoki. Joel przyjechał czarnym pick-upem i przywitał się z kim mógł. Był szefem, kapitanem kapitanów. Przywiózł plastikowe kanistry z paliwem, które ładowano do różnych łodzi. Jedna z nich zwała się Jorge Luis, czyli Jerzy Ludwik. Na innej widniał napis Dios y HombreBóg i Człowiek; być może pomogą sobie nawzajem. Wciąż brakowało słońca, ale niebo powoli się rozchmurzało, ukazując gdzieniegdzie ten upragniony błękit. Poza tym kłębowisko niechcianych chmur wyniosło się nad Cabo Cabrón, w kierunku przeciwnym do naszego celu. Problemem pozostawała jedynie dość silna bryza. Kiedy wszystko było gotowe, miejscowi skrzyknęli się w grupy i nadludzkim wysiłkiem, sapiąc, pojękując i klnąc, wypchnęli do oceanu wyekwipowane łodzie, które dotąd grzęzły w piasku pod wysmukłymi palmami. Po usadowieniu się jak trzeba i wyważeniu jednostki ruszyliśmy. Nasz el capitán nie szczędził potężnego silnika. Wtedy poczuliśmy, czym jest prawdziwa morska przygoda. 

Już od startu nami niemiłosiernie trzęsło i ciągle rzucało na boki. Nasza zuchwała szalupa napierała dziobem na coraz większe fale, tłukła nim spienione bałwany, cięła niesforne grzywacze. Co chwilę odrywało nas od kotłującego się oceanu, od tej rozszalałej, atramentowej topieli, po czym wpadaliśmy ponownie w jego rozbujane, zdradliwe ramiona z wielkim hukiem. Od tych nagłych uderzeń nasze ciała całe wibrowały, traciły rezon; pośladki gięły się na ławach łodzi jak plastelina na blacie stołu. Spojrzałem na kompana siedzącego obok. Po każdym twardym lądowaniu mrużył oczy, po każdym szturmie zaciskał zęby. Kapitan, obserwując nas, dławił się od śmiechu. Żywioł nie zamierzał słabnąć. Woda wdzierała się na pokład, mocząc nam ubrania, chlustając po oczach, po aparatach, po wszystkim. Była ciepła, nic dziwnego, że ok. 40-tonowe humbaki baraszkują w niej gorliwie o tej porze roku. Na domiar złego z resztki podejrzanych chmur lunął deszcz, nie tak mocny, jak ten poprzedni, ale doskwierający podwójnie. Co jeszcze mogło nas upokorzyć? Może spotkanie z jakąś morską ohydą, choćby legendarnym krakenem? Żadne takie monstrum nie wypełzło jednak z podwodnych czeluści. Po trwającej mniej więcej godzinę udręce morze się uspokoiło i wreszcie zaświeciło słońce. Kiedy otrząśnięci z szoku i słonej wody wróciliśmy do życia, padło pytanie: I gdzie są humbaki?.


 

 

Ekipa dominikańczyków przygotowująca się do wypłynięcia na pełne morze wraz z grupą turystów

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

LEKCJA O HUMBAKACH

Dla tych, którzy nie pamiętają lekcji biologii na temat tych wielkich i uroczych stworzeń, mamy zwięzłe résumé. Humbaki czy też inaczej długopłetwce oceaniczne to ogromne morskie ssaki. Nazwa łacińska gatunku brzmi Megaptera novaeangliae i precyzyjnie oddaje znamienny szczegół anatomii tych olbrzymów. Termin megaptera pochodzi z greki. Tłumaczy się go jako „wielkie skrzydło”. Humbaki mają długie i masywne płetwy piersiowe przypominające skrzydła jakiegoś prehistorycznego ptaka. Podłużne głowy i żuchwy waleni poznaczone są charakterystycznymi guzami, które wyrastają w równych odstępach. Ich układ przypomina fragment gigantycznego alfabetu Braille’a. Co ciekawe, każdego osobnika można dokładnie zidentyfikować po unikatowym wzorze na płetwie ogonowej, podobnie jak człowieka po liniach papilarnych. Warto jeszcze odnotować, że humbak to po prostu... garbus. W języku angielskim zwie się humpback whale, a po hiszpańsku ballena jorobada (w obu przypadkach nazwy da się przetłumaczyć jako „wieloryb garbus"). Bierze się to stąd, że podczas zanurzania waleń ten „garbi się” w charakterystyczny sposób. Dorosłe osobniki mogą mierzyć nawet do 17 m, a ważyć do 45 t. Humbaki w codziennym menu stawiają na „owoce morza”, głównie w postaci krylu. Są wytrawnymi akrobatami i pieśniarzami. Potrafią wyskakiwać z oceanu z impetem, co dla takich gigantów jest nie lada wyczynem i świadczy o ich olimpijskiej sprawności. W celu komunikowania się korzystają z własnego systemu dźwiękowego, czyli tzw. pieśni. Nawołują się nimi, rozpoznają, wabią płeć przeciwną. Humbaki imponują zacięciem wytrawnych podróżników. Co roku płyną po kilka tysięcy kilometrów z arktycznej północy na rozgrzane południe. Są wśród nich „Amerykanie”, „Kanadyjczycy”, „Grenlandczycy” i „Islandczycy”. U wybrzeży Dominikany, w błogim cieple podzwrotnikowych wód odbywają gody i wydają na świat potomstwo. Ciąża samicy trwa ok. 11–11,5 miesięcy, co oznacza, że humbaczątka będące owocem zeszłorocznych flirtów mają szansę urodzić się tam, gdzie zostały poczęte.

W okolicy malowniczego półwyspu Samaná humbaki oddają się miłosnym igraszkom od wieków, rokrocznie, od stycznia do marca. Dlatego tutaj trafiliśmy. Tyle że te fascynujące stworzenia lubią się podroczyć z ciekawskimi obserwatorami (a może wścibskimi podglądaczami?) i dość często chowają się w morskiej głębinie. Nie wyskakują z niej na zawołanie, nie mają parcia na szkło. Nam jednak dopisało szczęście. Na koniec naszej mokrej odysei humbaki nie zawiodły i pokazały się w całej okazałości. Pozwoliły na siebie popatrzeć chociaż przez chwilę. Wynurzone, przepływały blisko łodzi, pojedynczo bądź stadnie. Poruszały się elegancko, z gracją. Ich czarne, muskularne grzbiety, napinając się przy zanurzaniu, połyskiwały w słońcu. Obserwowanie humbaków to czysta frajda. Jest w tym jednocześnie coś mistycznego – patrzących opanowuje chwytające za serce uczucie, jakie wywołuje obcowanie z dziką naturą tu i teraz. Oto komplet cudownych wrażeń z pobytu w rajskim Las Galeras.

 

Artykuły wybrane losowo

Indonezja – wakacje w tysiącach odcieni

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 

Więcej…

CZARUJĄCA BIRMA W WIRZE PRZEMIAN

Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!