ROMAN WARSZEWSKI 

www.warszewski.info

 

« Czym lub kim jest yeti, raczej powszechnie wiadomo. To tajemniczy człowiek śniegu. Gdzie leżą Himalaje, też nie trzeba zazwyczaj wielu osobom tłumaczyć. Trudności mogą nastręczać zawarte w tytule czorteny. Śpieszę zatem z wyjaśnieniem. Są to przydrożne, a niekiedy śróddrożne, obiekty sakralne o prostopadłościennej podstawie, na której spoczywa półkula ze strzelistą iglicą. Jeśli miałbym je do czegoś porównać, powiedziałbym, że pełnią podobną funkcję jak stojące przy polskich drogach kapliczki lub krzyże. W Nepalu czortenów znajdziemy tysiące. »

 

 

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że to jeden z najciekawszych krajów świata. Tutaj jak nigdzie indziej ziemia dotyka nieba. W Nepalu wznosi się najwyższy ziemski tron – Himalaje – i jego misternie wyrzeźbiony porywistymi wiatrami podnóżek – przedproże Tybetu. Z przepiękną i niepowtarzalną przyrodą sąsiadują w nim wytwory bogatej kultury o sięgającym setek lat wstecz rodowodzie. Tu filozofia i różne religie czerpały inspiracje ze środowiska, w którym kształtowały się i wzrastały. Tego kraju w czasie wędrówek po świecie nie wolno ominąć, a po pierwszej w nim wizycie, trzeba go odwiedzić ponownie.

Nepal składa się jakby z tarasów, które stopniowo wyłaniają się z niziny Teraju, a potem przez pogórze Śiwaliku i Małych Himalajów wspinają ku niebosiężnym himalajskim szczytom, aby następnie znów opaść ku Wyżynie Tybetańskiej. Zatem nawet ukształtowanie terenu przypomina w nim wielką świątynię. Nic więc dziwnego, że z sacrum można tutaj spotkać się na każdym kroku.

 Kolorowe flagi modlitewne rozwieszane przez wyznawców buddyzm u tybetańskiego w okolicy Annapurny

© ISTOCK.COM/DEVILKAE

 

 

WROTA KRÓLESTWA

Miejscem, z którego najlepiej wyruszyć na poznawanie kraju, jest niewątpliwie jego stolica – Katmandu.W niej znajduje się największe nepalskie lotnisko (Tribhuvan International Airport) stanowiące łącznik ze światem zewnętrznym. To nieprzypadkowe sformułowanie, bo jeszcze do połowy XX w. do Nepalu dostać się było co najmniej tak samo trudno jak obecnie do Bhutanu. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 50. XX stulecia, gdy zaczęto tu organizować coraz częstsze wyprawy wysokogórskie, a Tenzing Norgay (1914–1986) i Edmund Hillary (1919–2008) zdobyli Mount Everest (29 maja 1953 r.). 

Stosunkowo niewielkie Katmandu liczyło wówczas ok. 100 tys. mieszkańców, potem jego populacja wzrosła do 200 tys. Dopiero przełom XX i XXI w. przyniósł bardzo przyspieszony rozwój. Dzisiejsza stolica, zamieszkana przez mniej więcej 1,3 mln ludzi, w ogóle już nie przypomina miasta sprzed kilku czy kilkunastu lat. Początkowo było ono ledwie plamą na dnie śródgórskiej kotliny, która wzięła od niego nazwę (Kotlina Katmandu). Dziś wypełza daleko poza jej granice. Kompleks Swayambhunath – szacowne buddyjskie centrum pielgrzymkowe, jedno z najświętszych miejsc w okolicy, kiedyś znajdował się w znacznej odległości od Katmandu. Obecnie można odnieść wrażenie, że stolica leży od niego o rzut kamieniem. Podobnie jest z równie ważną i atrakcyjną świątynia Bodnath.


Swayambhunath na wzgórzu w Kotlinie Katmandu

© ISTOCK.COM/ADRIANCATALINLAZAR

 

 

PLAC PAŁACÓW I ŚWIĄTYŃ

W Katmandu trzeba przede wszystkim zobaczyć Durbar Square, czyli plac Królewskiego Pałacu, a na nim oczywiście pałace. Stanowią one najlepszy przykład nepalskiej (a właściwie newarskiej, bo kotlinę zamieszkują głównie Newarowie) architektury, w której w doskonały sposób łączy się drewno z cegłą i kamieniem. Uwagę przykuwają drzwi i okna będące niepowtarzalnymi dziełami sztuki. Przez misterne koronki w okiennych otworach do wnętrza budowli wpada rozproszone światło. Jednocześnie w jakimś stopniu chronią one przed chłodem wieczoru czy zimy.

Prócz pałaców na placu Durbar znajdują się świątynie – głównie hinduistyczne. Nie wolno ich ominąć. Na północy stoi ta poświęcona bogini Taledźu – największa i najwyższa w Kotlinie Katmandu, obecnie jeszcze nie do końca odbudowana po ostatnim, bardzo dotkliwym trzęsieniu ziemi z kwietnia 2015 r. Duże znaczenie ma także świątynia Degutale. Na południowo-zachodnim krańcu placu wznosi się Kumari Ghar, pałac, który zamieszkuje Kumari (Dziewica) – kilkuletnia dziewczynka uznawana za żyjącą hinduistyczną boginię (dewi). Swoje boskie przymioty traci ona w momencie, gdy wchodzi w okres dojrzewania. Wtedy wybiera się nową Kumari. Co ciekawe, dziewczynka, która ma stać się bóstwem, pochodzi zawsze z rodziny buddyjskiej. To najlepiej pokazuje naturalne przenikanie się tych dwóch porządków religijnych, tak typowe dla Nepalu. 

 

 

BUDDYJSKIE MIASTO

Patan (Lalitpur) był kiedyś odrębnym miastem, ale dziś stanowi przedmieścia Katmandu. Nadal jednak pozostaje całkiem czytelnym niezależnym założeniem urbanistycznym i ma zupełnie inny charakter niż hinduistyczno-buddyjska stolica. Patan jest zdecydowanie ośrodkiem buddyjskim. Według jednej z legend został założony przez Aśokę (panującego od ok. 268 do 232 r. p.n.e.), indyjskiego władcę, który jako pierwszy uznał buddyzm za religię państwową (na marginesie warto wspomnieć, że Lumbini, gdzie według tradycji urodził się Budda, też leży w Nepalu, w regionie Teraj).

W mieście znajduje się 5 stup (rytualnych, półkolistych wzniesień) wiązanych z tym władcą, ale należy wątpić, czy pochodzą z aż tak zamierzchłych czasów. Niemniej w Patanie do dziś działa 18 klasztorów buddyjskich pierwszej rangi (a więc takich, które wyposażone są w dawne archiwa). Niegdyś było ich w nim jednak ponoć aż 150…

Podobnie jak w Katmandu trzeba tu przede wszystkim udać się na miejscowy plac Durbar, a także na Mangal Bazaar. Ten pierwszy choć jest bardziej kameralny niż jego odpowiednik w stolicy, został w znacznie większym stopniu odbudowany po wspomnianym już trzęsieniu ziemi. Oprócz świątyni Mahabuddha wznoszą się na nim świątynie Taledźu i Degutale. Obie warte są poświęcenia im co najmniej kilku godzin uwagi. Inne bardzo charakterystyczne przybytki w okolicy stanowią świątynie ku czci Kriszny i Hariśankara (będącego połączeniem Wisznu z Śiwą). Nawet w Patanie, tym morzu buddyzmu, można więc odnaleźć wysepki hinduizmu. Taki właśnie jest Nepal!



Barwne łodzie w Pokharze na jeziorze Fewa

© ISTOCK.COM/CRYSTALFRAMEPHOTOGRAPHY

 

ZDJĘCIE Z KAMIENNĄ RZEŹBĄ

Za największą kulturową perłę w Kotlinie Katmandu należy jednak uznać Bhaktapur, zwany też Bhadgaonem – Miastem Ryżu. Ten ośrodek o bardzo wyrazistej urbanistycznej bryle otrzymał taką nazwę z racji faktu, że większość jego mieszkańców nadal pracuje na roli, właśnie przy uprawie ryżu. Również dlatego Bhaktapuru w ogóle nie ima się nowoczesność. Zachował on niepowtarzalny, średniowieczny charakter. Pod tym względem przypomina indyjski Jaisalmer z pustyni Thar w Radżastanie – miasto jakby wyjęte z Księgi tysiąca i jednej nocy. Atmosfera jest tu identyczna.

Uliczkami, a raczej zaułkami Bhaktapuru można wędrować bez końca i pod żadnym pozorem nie wolno się spieszyć. Takim spacerem należy się delektować. Każda uliczka kusi dziesiątkami (a może nawet setkami) malowideł na ścianach domów, rzeźb, detali wykutych w metalu, obok których nie da się przejść obojętnie. Koniecznie trzeba zrobić im zdjęcia. W okolicy znajduje się także zatrzęsienie czortenów. W przeciwieństwie do Patanu czy Katmandu w Bhaktapurze atrakcje są rozmieszczone w różnych punktach. Tu też natrafimy na plac Durbar, ale prawdę mówiąc rozciąga się on na całe miasto.

 

 

PRZYSTANEK POD ANNAPURNĄ

Jeśli wybierać się poza Kotlinę Katmandu, to oczywiście trzeba udać się do Pokhary – ponad 400-tysięcznego miasta nad przepięknym jeziorem Fewa (Phewa), leżącego u podnóża trzech ośmiotysięczników: Annapurny (8091 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) i Manaslu (8163 m n.p.m.). Można w tym miejscu odpocząć po wizycie w wielkomiejskiej stolicy. Przy dobrej widoczności dostrzeżemy stąd nepalski Matterhorn – szczyt Maćhapućhare (Rybi Ogon – 6993 m n.p.m.). Żeby jednak w pełni docenić jego urodę, należy opuścić miasto i ruszyć w kierunku majestatycznych Himalajów. Trasy trekkingowe prowadzące wokół Annapurny, na które miłośnicy gór wyprawiają się z Pokhary, uchodzą za najbardziej atrakcyjne pod względem widoków. Nie są zbyt wymagające, a podczas wędrówki można stanąć twarzą w twarz z niepowtarzalną nepalską przyrodą. 

 

 

W KRAINIE TYGRYSA

Nepalczycy stają się coraz bardziej świadomi wartości otoczenia, w którym przyszło im żyć. Starają się również dbać o środowisko naturalne. O ich nastawieniu do przyrody może świadczyć m.in. fakt, że w Nepalu zaczęto skutecznie walczyć z wszechobecnym plastikiem, zanim jeszcze zajęto się tym na Zachodzie. Zamiast plastikowych toreb i torebek powszechnie wprowadzono tu do obiegu darmowe wiskozowe woreczki wielokrotnego użytku.

W kraju znajduje się kilka rozległych parków narodowych, np. Ćitwan (ok. 953 km² powierzchni), Sagarmatha (1148 km²), Rara (106 km²) czy Langtang (1710 km²). Najczęściej odwiedzany jest ten pierwszy, istniejący od 1973 r. To właśnie w nim żyje jeszcze kilkaset nosorożców indyjskich oraz blisko setka tygrysów bengalskich. I jedne, i drugie zwierzęta można tutaj zobaczyć na własne oczy. Miejscowi przewodnicy znają ich siedliska, więc potrafią łatwo je wytropić. Przepływającą przez park rzekę Narayani zamieszkują gawiale – azjatyckie krokodyle. Dorosłe osobniki osiągają długość nawet 6 m. Gdy płynie się łodzią, nie sposób ich nie spotkać. Można się wręcz zdziwić, że gawiali jest tu aż tyle.

Najtrudniej wytropić tygrysy. Jeśli ktoś nie ma zamiaru ograniczyć się tylko do oglądania ich śladów pozostawionych w grząskim gruncie, powinien zanocować w jednej z porozstawianych w dżungli ambon, przystosowanych do tego, aby dało się w nich spędzić wiele godzin. Rozmieszczone są wzdłuż szlaków, którymi w nocy tygrysy wędrują do wodopoju lub na żerowiska. Szansa na wypatrzenie tych zwierząt lub przynajmniej ich żarzących się w mroku oczu jest więc dość spora, tym bardziej że na wyposażeniu większości ambon znajdują się noktowizory.

Nic zatem dziwnego, że ten dawny (do 2005 r.) królewski park, w Nepalu to określenie dodaje się zresztą do bardzo wielu nazw, cieszy się ogromną popularnością, i to nie tylko wśród zachodnich turystów. Chętnie odwiedzają go sami Nepalczycy (od Katmandu dzieli go zaledwie ok. 150 km) oraz Hindusi. W końcu Indie leżą tuż za miedzą. Teren parkowy przylega do terytorium tego kraju. Dlatego w jego południowo-zachodniej części natkniemy się na liczne posterunki wojskowe, mimo iż – przynajmniej oficjalnie – Nepal pozostaje w dobrym stosunkach z Indiami.

Park można zwiedzać otwartymi jeepami, pieszo lub na słoniach. Tych ostatnich, chętnie użyczanych turystom za opłatą, jest tu stosunkowo dużo. W miejscowościach Tandi Bazar czy Sauraha, stanowiących najbardziej popularne bazy do wycieczek po Ćitwan, spotyka się je także na ulicach, ponieważ zastępują… ciężarówki. Jednak ze względu na protesty organizacji prozwierzęcych również w Nepalu coraz nie chętniej patrzy się na wykorzystywanie słoni jako atrakcji dla turystów marzących o egzotycznym safari. 

 

 

CIEŃ CZŁOWIEKA ŚNIEGU 

Podczas gdy Ćitwan jest płaski, nizinny, w wielu miejscach podmokły, górski Park Narodowy Sagarmatha przyciąga urozmaiconym ukształtowaniem terenu i dla wielu główną atrakcją w kraju – wspaniałymi Himalajami. Na jego obszarze znajduje się kilka najwyższych gór świata, w tym Mount Everest, czyli Czomolungma (8848 m n.p.m.). Park nazwano od nepalskiej nazwy tego szczytu – Sagarmatha.

Właśnie tu mieszkają słynni Szerpowie – tybetański lud doskonale sobie radzący w trudnych wysokogórskich warunkach. Spośród nich rekrutowani są tragarze i przewodnicy wspierający wszystkie ważniejsze wyprawy w wysokie Himalaje. W tej okolicy też najbardziej żywa jest legenda yeti – tajemniczej dwunożnej, owłosionej istoty, pozostawiającej w śniegu duże ślady (gdyby nie ich rozmiar, można by je uznać za odcisk stopy człowieka). Według włoskiego himalaisty Reinholda Messnera pojawiające się w opowieściach stworzenie to po prostu niedźwiedź tybetański. Badacze uważają oczywiście yeti za postać mitologiczną. Być może stanowi on wspomnienie po mieszkających na tym obszarze przed kilkunastu tysiącami lat denisowianach – praludziach, żyjących na ziemi równocześnie z neandertalczykami. W Himalajach mieli oni przetrwać znacznie dłużej niż w innych częściach świata, a przodkowie współczesnych Nepalczyków widywali ich, a nawet – co wykazują badania genetyczne – od czasu do czasu krzyżowali się z nimi. Dziś można usłyszeć m.in. historie o tym, jak yeti porywa nepalskie kobiety. Skoro jednak denisowianie dawno wyginęli, dlaczego w Himalajach znajduje się tajemnicze ślady? Naukowcy wyjaśniają, że to tylko pozornie odciski stóp istot poruszających się na dwóch kończynach. W rzeczywistości pozostawiają je po sobie niedźwiedzie, które podczas przemieszczania się swoimi tylnymi łapami trafiają dokładnie w miejsce, gdzie postawiły wcześniej przednie łapy. Dlatego też rozmiar tych śladów staje się nieco większy niż być powinien.

Do Parku Narodowego Sagarmatha najlepiej wybrać się między październikiem i majem, oczywiście z wyjątkiem okresu od grudnia do lutego, kiedy temperatury spadają znacznie poniżej 0°C, a dodatkowe utrudnienie stanowią obfite opady śniegu. Najpopularniejsza jest wyprawa do bazy u podnóża Mount Everestu, podczas której można podziwiać najwspanialsze widoki na okolicę. Z roku na rok decyduje się na nią coraz więcej osób. Przyciąga ich możliwość znalezienia się wśród najwyższych gór świata, w sąsiedztwie najsłynniejszego ośmiotysięcznika.


Wioska jarkot położona wśród surowych górskich zboczy na obszarze dawnego Królestwa Lo

© ISTOCK.COM/ZZVET

 

MUSTANG, ALE NIE KOŃ

Osobom lubiącym duże wyzwania warto polecić Mustang, który aż do 1992 r. pozostawał niedostępny dla przybyszów z zewnątrz. Wbrew pozorom to nie żaden koń, lecz dawne Królestwo Lo (istniejące do października 2008 r.). Jest ono kawałkiem Tybetu przyklejonym do Nepalu. Z tego zresztą wynika jego wielka atrakcyjność. Jeśli ktoś nie był w indyjskim Ladakhu, a chciałby dowiedzieć się, jak wygląda Tybet, powinien udać się właśnie do tej części kraju.

Szlak do nieformalnej stolicy Mustangu – Lomanthangu (Lo Manthangu, Lo Mantangu) – prowadzi wśród fantazyjnych piaskowcowych skał. Smagane przez suche wiatry, przybrały niezmiernie wymyślne kształty. To także kraina niezwykłych jaskiń, od dawna stanowiących dla ludzi powód do osiedlania się w tym odległym zakątku, i łatwych do znalezienia licznych skamielin, wśród których prym wiodą amonity. Region ten, oprócz wyznawców buddyzmu tybetańskiego, bardzo chętnie odwiedzają więc paleontolodzy.

Mustang jest suchy i niegościnny. Jednak właśnie na tej surowości polega jego urok. Panuje tu klimat kontynentalny. Lata są krótkie, ale bardzo gorące. Mimo znaczącej wysokości nad poziomem morza temperatury dochodzą wówczas do 30°C. Z kolei surowe zimy trwają długo. Krajobraz urozmaica tylko rachityczna roślinność charakterystyczna dla Wyżyny Tybetańskiej.

Jak często się to zdarza, w tym nieprzyjaznym dla człowieka otoczeniu rozwinęła się bardzo bogata kultura. Niczym bezcenna szkatuła Mustang kryje w swoim wnętrzu niesamowite klasztory, czorteny i wielopiętrowe pałace. W nich znajdują się stare malowidła, rzeźby i przedziwne instrumenty muzyczne. Dźwięki wydobywające się z tych ostatnich są zaskakujące. To muzyka z całkiem innego czasu i innej przestrzeni, tak odmiennych jak sam Mustang.

 

 

WOJOWNICY Z INDII

Obok Szerpów jedną z wizytówek Nepalu są niewątpliwie Gurkhowie. Nieustraszeni wojownicy tworzący jedne z najbardziej bitnych oddziałów świata. Nie pochodzą stąd, przywędrowali z północnych Indii, z okolic Radżastanu. Ponieważ nie mogli poradzić sobie z naporem Mogołów w XV w., wyruszyli na wschód i trafili do dzisiejszego zachodniego Nepalu, gdzie założyli miasto Gorkha. W pamięci wciąż mieli swoją wojowniczą przeszłość, dlatego nadal szkolili się w walce. W ciągu 300 lat tak urośli w siłę, że... najechali Kotlinę Katmandu i przegonili stamtąd w 1769 r. dynastię Malla. Potem, do pojawienia się w tych stronach Brytyjczyków, rządzili Nepalem.

Przybysze z Wielkiej Brytanii bardzo szybko poznali się na niezwykłych umiejętnościach Gurkhów. Uczynili z nich nepalską legię cudzoziemską. Wielokrotnie wykorzystywali ich w boju, m.in. w czasie I wojny światowej, w krwawych walkach o Bosfor oraz w bitwie pod Monte Cassino. Do dziś cztery pułki Gurkhów służą w Wielkiej Brytanii w straży przybocznej królowej Elżbiety II, a siedem stacjonuje w Indiach. Przynoszą Nepalowi znaczne dochody. Państwo za ich zagraniczną służbę otrzymuje 30 mln dolarów. W tak niewielkim i niezbyt zamożnym kraju jak Nepal to kwota nie do pogardzenia. Sami żołnierze też odnoszą spore korzyści: po latach służby cieszą się szacunkiem w społeczeństwie i są lepiej sytuowani niż przeciętni Nepalczycy. Zwykle zakładają prywatne firmy, gdzie zatrudnienie znajdują ich krewni. Sami poświęcają czas na snucie opowieści o tym, co przeżyli za granicą. Historie te robią zazwyczaj na słuchaczach niemałe wrażenie, bo rzadko który Nepalczyk ma okazję wyjechać do innego kraju. 

 

 

NA STOLE U WEGETARIAN

Na razie pisałem o Nepalu w samych superlatywach. Jednak z europejskiego czy ogólnie zachodniego punktu widzenia trudno w podobny sposób opisać nepalską kuchnię. Dla przybysza z Zachodu jest ona po prostu bardzo specyficzna. Wielu osobom może nie przypaść do gustu.

Na początek ważna uwaga: jeśli trafimy do kogoś w Nepalu w gościnę, powinniśmy pamiętać, że główne danie serwuje się zwykle na końcu. Poprzedzają je liczne przekąski, np. prażony groch, smażona wątróbka (uchodząca tu za wielki przysmak), ryżowe ciasto nasączone słodkim alkoholem. Jeżeli więc ktoś nie zachowa ostrożności, może się okazać, że na zasadniczą część posiłku w żołądku nie będzie już miał po prostu miejsca.

W Nepalu najchętniej je się dhaal bhat (dal bhat) – gęstą zupę z soczewicy z gotowanym ryżem. To swojego rodzaju danie narodowe. Niektórzy spożywają je nawet dwa razy dziennie. Kolejną popularną potrawą są gotowane warzywa zwane tarkari. Niekiedy dodaje się do nich pieczone nieobrane ziemniaki.

Poza tym podobnie jak w Indiach często serwuje się tu placki ryżowe czy ćapati (czapati, chapati) lub puri, które wypieka się z różnych typów mąki pszennej. Smak nadaje im zwykle pikantny sos achar ze startej papryki z dodatkiem stopionego masła. Za przysmak uchodzi chana churia – gotowany groch w sosie curry. Danie to popija się herbatą z mlekiem, herbatą z kardamonem, goździkami i cynamonem lub jakimś niezbyt mocnym, słodkim alkoholem. Jeszcze inną często spożywaną potrawą jest halawa – słodka papka z mąki ryżowej, niekiedy z dodatkiem orzechów i stopionego masła. Chrupie się do niej pakorę, czyli kulki z sera i różnych warzyw.

Jak widać, w Nepalu dominuje więc dieta wegetariańska. Mięso jest wielkim rarytasem. Z jednej strony unika się go z uwagi na religię, a z drugiej nie każdy może sobie pozwolić na jego kupowanie ze względu na wysoką cenę.

 

Artykuły wybrane losowo

Na drogach Turkmenistanu i Uzbekistanu

WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

Więcej…

Malezja – azjatycki raj kulinarny

ZUZANNA CHMIELEWSKA

www.zuinasia.com 

 

<< Malezyjczycy najczęściej porównują swój kraj do lokalnego specjału – owocowo-warzywnej sałatki „rojak”. Są w niej wszystkie możliwe smaki, dodaje się tofu, ananasa, mango, ale też grillowane kalmary, surowego ogórka i pikantny, aromatyczny sos na bazie orzeszków, wyciągu z tamaryndowca i chili. Jest słodko, wytrawnie, ostro i kwaśno, miękko i chrupiąco. W Malezji jak w sałatce mieszają się różne wpływy kulturowe, języki i religie, a jednak wszystko tworzy przepyszną całość. >>

Więcej…

Ekwador – cztery światy w jednym kraju

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

<< „Cuatro mundos, un destino” („Cztery światy, jedno miejsce”) – tak brzmi jedno z haseł promujących Ekwador. Czterema światami są tutaj wyspy Galapagos, wybrzeże Pacyfiku, Andy i Amazonia. Choć ten południowoamerykański kraj należy do najmniejszych na kontynencie, faktycznie może się poszczycić ogromnym zróżnicowaniem geograficznym i przyrodniczym, nie mniejszym niż jego więksi sąsiedzi. Swoim pięknem zachwyci z pewnością nawet najbardziej wybrednych podróżników. >>

 

 Wikunie andyjskie w rezerwacie Chimborazo

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Ekwador jest w zdecydowanej większości górzysty. Wraz z archipelagiem Galapagos ma powierzchnię niemal 284 tys. km2, a więc trochę mniejszą od Polski. Leży pomiędzy Kolumbią (na północy) i Peru (na wschodzie i południu). Zachodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Spokojnego. Przez Ekwador przebiega równik, są tu zatem nie tylko fascynujące cztery światy, ale i środek Ziemi.

Ta południowoamerykańska republika przyciąga również wulkanami. Znajdują się one zarówno w kontynentalnej jej części, jak i na Galapagos. Wiele z ekwadorskich wulkanów pozostaje wciąż czynnych. Najsłynniejszy – Cotopaxi – wznosi się na 5897 m n.p.m. To drugi najwyższy szczyt Ekwadoru, zaraz po nieaktywnym stratowulkanie Chimborazo (6263,47 m n.p.m.). Ciągnące się z północy na południe Andy dzielą kraj na pół: Amazonię na wschodzie i wybrzeże Pacyfiku na zachodzie. Wycieczkę zacznijmy więc w środku, w górach.

 

MIASTO W ANDACH

Większość turystów swoją przygodę w Ekwadorze zaczyna w jego stolicy – Quito. To miasto zachwyca każdego, kto do niego przyjedzie. Jest przepięknie położone w dolinie pośród gór i wulkanów, a jego kolonialne centrum i interesujące zabytki robią naprawdę ogromne wrażenie. Z tym zachwytem na ustach wyjeżdża się stąd po dwóch czy trzech dniach. Kiedy zostaje się dłużej, czar może prysnąć. Spędziłam w tym mieście trzy miesiące i zawsze, gdy czułam, że mój zachwyt przygasa, szukałam nowych niesamowitych miejsc. Quito jest najwyżej położoną stolicą na świecie (często mylnie przyznaje się ten tytuł La Paz, ale ono nie pełni funkcji konstytucyjnej stolicy Boliwii, choć mieści się w nim siedziba rządu). Oficjalnie podaje się uśrednioną wysokość 2850 m n.p.m. W rzeczywistości część zabudowań leży na ok. 2800 m n.p.m., a dzielnice usytuowane na wzgórzach znajdują się nawet na 3100 m n.p.m. Z wyżej położonych rejonów miasta roztacza się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Trzeba jednak pamiętać, że w takich warunkach można mieć problemy zdrowotne. U osób przylatujących z niżej usytuowanych regionów często pojawiają się objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche): bóle głowy, brak apetytu, trudności z oddychaniem, szybkie męczenie się, a nawet nudności i wymioty. Dlatego właśnie w ciągu pierwszych dni pobytu zaleca się picie dużej ilości wody, unikanie alkoholu i nadmiernego wysiłku fizycznego. Kiedy już organizm przyzwyczai się do nowych warunków, można zacząć zwiedzanie.

Centrum historyczne Quito należy do największych i najlepiej zachowanych w całej Ameryce Łacińskiej (ma powierzchnię 3,75 km²). Nie bez powodu we wrześniu 1978 r. znalazło się na nowo utworzonej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (było jednym z pierwszych 12 obiektów podobnie jak krakowskie Stare Miasto i polska kopalnia soli w Wieliczce). Tutejsze urokliwe kamienice, niezwykłe dziedzińce, białe kościoły, bogato zdobione wnętrza zachwycają zwiedzających.

Na zainteresowanie zasługuje szczególnie klasztor św. Franciszka z kościołem (Iglesia y Convento de San Francisco), którego budowa rozpoczęła się w 1534 r. Świątynię wypełniają rzeźby i inne dzieła sztuki. To tutaj można zobaczyć słynną drewnianą rzeźbę z 1734 r. – Dziewicę z Quito (Virgen de Quito), której gigantyczna replika spogląda na miasto ze wzgórza El Panecillo (roztacza się z niego wspaniały widok na stolicę, a przy bezchmurnym niebie widać też okoliczne wulkany). Ważnym punktem na mapie historycznego centrum jest również Plaza Grande (inaczej Plaza de la Independencia). W rejonie tego placu znajduje się kilka ciekawych zabytków: Palacio de Carondelet, czyli oficjalna rezydencja prezydencka, Pałac Arcybiskupi, siedziba władz miasta (Palacio Municipal de Quito) i XVI-wieczna Katedra Metropolitalna. W tej ostatniej warto zwrócić uwagę na obraz Ostatnia Wieczerza, na którym na stole umieszczono tradycyjne andyjskie specjały – pieczoną świnkę morską (cuy) i napój alkoholowy ze sfermentowanej kukurydzy (chichę). Część Palacio de Carondelet udostępniono do zwiedzania. Najbardziej interesująca jest sala reprezentacyjna. To w niej prezydent podpisuje wszystkie ważne dokumenty. Poza tym za atrakcję uchodzi tu stanięcie na balkonie w miejscu, w którym przemawia on do obywateli. W każdy poniedziałek o 11.00, podczas uroczystej zmiany warty, można go zobaczyć i posłuchać na żywo. W narożniku pomiędzy rezydencją prezydencką a Katedrą Metropolitalną znajduje się Muzeum Alberta Meny Caamaña (Museo Alberto Mena Caamaño). W pięknym, starym budynku z końca XVI stulecia obejrzymy wystawy stałe i czasowe poświęcone współczesnym problemom Ekwadoru i świata.

Kolejny zabytek stanowi Bazylika Narodowego Ślubowania (Basílica del Voto Nacional). Z jej dwóch 115-metrowych wież roztacza się wspaniała panorama stolicy. To największy neogotycki kościół w obu Amerykach. Budowla góruje nad okolicą, co dobrze widać z otaczających miasto wzgórz. Inną ciekawą świątynią jest barokowy i bardzo bogato zdobiony Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús; budowę rozpoczęto na początku XVII w.), uznawany za jeden z najpiękniejszych na kontynencie. Podczas spaceru po starym Quito nie wolno ominąć ulicy La Ronda. Niegdyś przebiegał tędy szlak używany przez Inków, na początku XX stulecia upodobali ją sobie artyści i bohema, a dziś tłumnie ściągają na nią turyści. La Ronda ma swoją niepowtarzalną atmosferę. Można ją odczuć szczególnie wieczorem, kiedy restauracje zapełniają się ludźmi, a ulica muzykami.

Oprócz historycznego centrum warto odwiedzić też północną część Quito. Koło pięknego, ogromnego Parku Metropolitalnego (Parque Metropolitano) znajduje się muzeum ekwadorskiego malarza, rysownika, rzeźbiarza, grafika i twórcy murali Oswalda Guayasamína (1919–1999), zwanego południowoamerykańskim Picassem, z powstałą z jego inicjatywy Kaplicą Człowieka (Capilla del Hombre). Miejsce zasługuje na zainteresowanie nie tylko ze względu na obrazy artysty i jego kolekcję sztuki prekolumbijskiej, ale również z powodu niezmiernie ciekawej i oryginalnej bryły Kaplicy Człowieka. Na sąsiednim wzgórzu, w uchodzącej za artystyczną dzielnicy Guápulo polecam wybrać się do jednej z wielu restauracyjek.

Nad Quito góruje wulkan Pichincha z dwoma najwyższymi szczytami: Ruku Pichincha (4698 m n.p.m.) i Guagua Pichincha (4784 m n.p.m.). Można na niego wjechać TelefériQo, czyli koleją gondolową, która wwozi chętnych na wysokość 3945 m n.p.m. Rozpościera się stąd niezwykły widok na miasto i okoliczne szczyty. Jeśli powietrze jest czyste, a niebo bezchmurne, da się nawet dostrzec Cotopaxi.

 

Plaża Los Frailes w Parku Narodowym Machalilla u wybrzeży Pacyfiku

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W ŚRODKU ŚWIATA

Na północ od Quito przebiega równik i leży obszar Mitad del Mundo. Znajduje się na nim duży kompleks turystyczny wraz z muzeum etnograficznym, planetarium, pomnikiem środka świata i żółtą linią dzielącą półkulę północną od południowej. Można tu stanąć na obu półkulach jednocześnie, postawić jajko na gwoździu i zobaczyć, jak wir wodny kręci się w dwie różne strony. Problem polega jednak na tym, że środki świata są dwa… W miejscu, gdzie badacze z francuskiej misji w XVIII w. wyrysowali linię równika, w 1936 r. postawiono pomnik, który później przebudowano. Obecnie mieści się w nim muzeum. Dookoła powstał cały kompleks turystyczny. Jednak żółta linia dzieląca świat na pół jest namalowana ok. 240 m na południe od faktycznego równika, bo… badacze pomylili się w pomiarach.

Niedaleko Mitad del Mundo stoi ciekawa Świątynia Słońca (Templo del Sol) zbudowana przez lokalnego malarza, rzeźbiarza i popularyzatora kultury Cristóbala Ortegę Maila. Tuż za nią znajduje się wejście do Rezerwatu Geobotanicznego Pululahua (Reserva Geobotánica Pululahua). Można poprzestać na udaniu się na taras widokowy lub zejść do rozległej kaldery (ma prawie 34 km2), aby stanąć na jej dnie. Zakres wysokości obszaru wynosi od 1800 do 3356 m n.p.m. Wulkan pozostaje nieaktywny, do ostatniej erupcji doszło ok. 2,5 tys. lat temu. Ze względu na wyjątkowy mikroklimat i niezwykle żyzną ziemię, jaka powstała na zastygniętej lawie, utworzono tu rezerwat przyrody. Kopuły wulkaniczne porasta gęsty las deszczowy zamieszkany przez różnorodną faunę. W rezerwacie występuje wiele endemicznych gatunków roślin. Ale wulkan budzi zainteresowanie nie tylko ze względu na bogactwo przyrodnicze. Pululahua to jedna z kilku zamieszkałych kalder na świecie i podobno jedyna, w której uprawia się ziemię. Wewnątrz żyje niewiele ponad 100 osób, zajmujących się rolnictwem, a od kilku lat również turystyką.

Kilkudniowa wizyta we wnętrzu wulkanu pozwala odciąć się od cywilizacji i odpocząć w bliskim otoczeniu natury. Można też wybrać się tu na krótką wycieczkę. Zejście do kaldery zajmuje pół godziny. Ważne jednak, aby wyprawę zaplanować w godzinach porannych. Pululahua w języku keczua oznacza „wodną chmurę” lub „dym wodny”. Nazwa nie jest przypadkowa – codziennie mniej więcej od południa kalderę wypełnia mgła. Co ciekawe, to ona stanowi główne źródło wody w tym rejonie, bo deszcz pada tutaj bardzo rzadko. Dlatego właśnie jedynym dobrym momentem na zobaczenie całej okolicy będzie poranek. Pojawiająca się później mgła tworzy przez chwilę mistyczną atmosferę, żeby w końcu ukryć wszystko przed oczyma turystów podziwiających wulkan z tarasu widokowego.

Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od rezerwatu (ok. 80 km od stolicy Ekwadoru), w dolinie pośród lasu deszczowego leży miejscowość Mindo. Można tu wybrać się do motylarni, aby dowiedzieć się czegoś o motylach, oraz zobaczyć kolibry i obserwować inne gatunki ptaków, a także podziwiać piękne wodospady (Santuario de Cascadas). Do tych ostatnich dociera się kolejką linową rozpiętą nad wysokim kanionem. Wprawdzie Mindo cieszy się popularnością wśród turystów, ale to wciąż mała miejscowość, w której da się odpocząć od zgiełku wielkiego i głośnego Quito. Jest jednym z moich ulubionych miejsc w tym południowoamerykańskim kraju, chętnie kiedyś do niego wrócę.

Dalej na północny wschód od stolicy Ekwadoru znajdują się dwa ciekawe miasta: Ibarra i Otavalo. Pierwsze odgrywa rolę stolicy prowincji Imbabura, leży niedaleko malowniczego jeziora Yahuarcocha (Laguna de Yahuarcocha) i szczyci się dobrze zachowanym kolonialnym centrum (zrekonstruowanym po trzęsieniu ziemi z 1868 r.). Niewielkie (ok. 50-tysięczne) Otavalo słynie z kolei z popularnego targowiska z andyjskim rękodziełem. Sprzedaje się tu hamaki, obrusy, biżuterię w odcieniach tęczy, plecione torby w wielokolorowe wzory, a pomiędzy tym pledy, kubki, długopisy, szachy, paski, figurki lam, poszewki na poduszki, kapelusze i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Miasto przyciąga tłumy turystów chcących wrócić z Ekwadoru z ciekawymi pamiątkami. W Otavalo naprawdę trudno się opanować, żeby nic nie kupić.

Na południowy wschód od stolicy warto wybrać się do wioski Papallacta, gdzie lubią spędzać weekendy quiteños (mieszkańcy Quito). Ze względu na występujące w okolicy wody termalne miejsce to jest idealne na wypoczynek wśród pięknych górskich krajobrazów. Papallacta leży w sąsiedztwie Parku Narodowego Cayambe-Coca (Parque Nacional Cayambe-Coca, Reserva Ecológica Cayambe-Coca). Tutejsze lasy deszczowe, jeziora i wulkan Cayambe (5790 m n.p.m.) przyciągają miłośników przyrody i chodzenia po górach. Podobne atrakcje czekają w popularnym wśród amatorów mocniejszych wrażeń miasteczku Baños de Agua Santa (w skrócie Baños). Łaźnie Świętej Wody, jak tłumaczy się tę nazwę, znajdują się u stóp aktywnego stratowulkanu Tungurahua (5023 m n.p.m.) i przyciągają gorącymi źródłami. Miejscowość ta uchodzi za ekwadorską stolicę sportów ekstremalnych. Można tutaj skakać na bungee, uprawiać canyoning, rafting i wspinaczkę skalną, latać na paralotni czy zjeżdżać na linie. W okolicy jest też wiele tras trekkingowych, w tym kilka prowadzących do przepięknych wodospadów, jak choćby do imponującego Kotła Diabła (Pailón del Diablo), który ogląda się z różnych perspektyw. Poza granicami Ekwadoru miasteczko Baños słynie przede wszystkim z huśtawki na krańcu świata. Wisi ona na drzewie rosnącym na krawędzi zbocza, co sprawia, że wygląda, jakby naprawdę znajdowała się na końcu ziemi. W bezchmurny dzień można huśtać się na niej na tle wulkanu Tungurahua. Najlepiej przyjechać tu wcześnie rano, kiedy kolejka chętnych bywa jeszcze krótka, a szanse na czyste niebo są największe.

 

POCIĄGIEM WŚRÓD WULKANÓW

Zarówno Baños, jak i niedalekie miasta Ambato i Riobamba leżą w tzw. Alei Wulkanów (Avenida de los Volcanes), która ciągnie się mniej więcej od Quito do miasta Cuenca (ponad 300 km). Widoki rozpościerające się z Ambato i Riobamby przy dobrej pogodzie zapierają dech w piersiach i nie ma się co dziwić. To drugie miasto znajduje się u podnóży wulkanu Chimborazo i jest bazą wypadową dla osób chcących wejść na szczyt tej najwyższej góry Ekwadoru. Z Riobamby niedaleko już do Alausí (ok. 90 km), małego i urokliwego miasteczka, z którego odjeżdża słynny turystyczny pociąg. Jego malownicza 12-kilometrowa trasa wiedzie po zboczu góry Nos Diabła (Nariz del Diablo) do stacji Sibambe. Mówi się, że aby dokończyć budowę odcinka kolei wykutego w twardej skale, zawarto pakt z samym diabłem, bo praca w tak trudnych warunkach pochłonęła wiele ludzkich istnień. Z ok. 4 tys. pracowników (pochodzących głównie z Jamajki) przeżyli nieliczni. Oddanie do użytku kilkunastokilometrowego fragmentu torów na początku XX w. było jednak wielkim wydarzeniem. Wszak odcinek ten nazywany jest najtrudniejszą trasą kolejową na świecie ze względu na wyzwanie, jakim okazało się zaprojektowanie i wybudowanie linii na zboczu góry Nariz del Diablo między wysoko położonym Alausí (ok. 2340 m n.p.m.) i leżącym w kanionie Sibambe (1400 m n.p.m.). Przedsięwzięcie stanowiło część większego planu połączenia stolicy Ekwadoru z wybrzeżem. Wprawdzie obecnie z Quito do Guayaquil, usytuowanego u ujścia rzeki Guayas do zatoki Pacyfiku, kursuje pociąg (Tren de las Maravillas), jednak uchodzi on raczej za luksusową atrakcję turystyczną. Podróż nim trwa cztery dni, ale w jej trakcie noce spędza się w hotelach położonych przy trasie. Ci, którzy mają mniej czasu lub nie są aż tak wielkimi miłośnikami kolei, powinni zadowolić się pokonaniem krótkiego, lecz niezmiernie malowniczego odcinka z Alausí do Sibambe.

W drodze na wybrzeże koniecznie trzeba zatrzymać się w pięknym kolonialnym mieście Cuenca (Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca). Ze względu na dobrze zachowaną zabudowę jego historyczne centrum znalazło się w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na szczególną uwagę zasługuje Stara Katedra (z XVI w.) przekształcona w muzeum sztuki sakralnej oraz Nowa Katedra z cudownymi zdobieniami, której budowę rozpoczęto w drugiej połowie XIX stulecia. W Cuence warto zgubić się w labiryncie wąskich uliczek. Poza tym polecam też pojechać do stanowiska archeologicznego Ingapirca. W tej okolicy pierwotnie osiedlił się lud Cañari, później miejsce trafiło pod panowanie Inków. Niewiele obiektów zachowało się do obecnych czasów, dlatego te ruiny są raczej gratką dla prawdziwych pasjonatów historii prekolumbijskiej. Osoby szukające wrażeń powinny skorzystać z drugiej słynnej ekwadorskiej huśtawki. Znajduje się ona na zboczu wzgórza Turi, z którego roztacza się panoramiczny widok na Cuencę i okolice. Huśtającym się na zamocowanym na długich linach krześle wydaje się, że unoszą się nad miastem.

 

Endemiczne legwany morskie na przybrzeżnych skałach w archipelagu Galapagos

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

NAD OCEANEM

Zjeżdżając z Andów do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru (mniej więcej 3-milionowego), wkraczamy w strefę tropikalną. Wysokie temperatury towarzyszą jego mieszkańcom przez cały rok, można więc zapomnieć o górskim chłodzie. Guayaquil to najważniejszy ośrodek biznesowy kraju. Jest nowoczesnym miastem z nadrzeczną promenadą, wieloma sklepami, restauracjami i pubami. Miłośnicy kolonialnej zabudowy znajdą chwilę wytchnienia na kolorowym wzgórzu Santa Ana, na którego zboczach rozciąga się najstarsza dzielnica Las Peñas, pełna galerii sztuki i małych knajpek. To właśnie tutaj w XVI w. został założony ten prężny dzisiaj ośrodek.

W odległości dwóch godzin jazdy samochodem (ok. 140 km) na zachód stąd leży miasto Salinas, popularne wśród mieszkańców Guayaquil miejsce na wypoczynek na plaży. Im dalej na północ wzdłuż wybrzeża się kierujemy, tym wokół robi się ciekawiej. Miejscowość Montañita zyskała popularność wśród surferów ze względu na tworzące się w jej pobliżu wysokie fale. W ciągu kilku lat z małej wioski przekształciła się w kurort turystyczny bardzo chętnie odwiedzany przez osoby chcące nauczyć się języka hiszpańskiego. Tak jak mieszkańcy Guayaquil mają swoje plaże w Salinas, tak quiteños jeżdżą wygrzewać się do Esmeraldas. Kto pragnie uciec od tłumów turystów, powinien poszukać małych wiosek rybackich jak choćby Mompiche. Mniej zatłoczonych miejsc nie brakuje, bo linia brzegowa Ekwadoru liczy sobie ponad 2,2 tys. km. Ekwadorskie wybrzeże to również świetny punkt do obserwowania migracji humbaków. Od czerwca do września można się wybrać na wycieczkę w poszukiwaniu tych wielkich ssaków z rodziny płetwalowatych, a z miasteczka Puerto López warto popłynąć na tzw. Galapagos dla ubogich, czyli Srebrną Wyspę (Isla de la Plata), gdzie spotyka się m.in. uchatki patagońskie, delfinki wysmukłe (tropikalne), głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, żółwie morskie, pelikany czy fregaty. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwym miłośnikiem przyrody, musi udać się na prawdziwy archipelag Galapagos. To miejsce zupełnie nie z tej ziemi!

 

ARCHIPELAG DARWINA

Wyspy Galapagos są niezaprzeczalnie skarbem Ekwadoru. Zamieszkuje je wiele gatunków zwierząt (w tym endemicznych), np. żółwie słoniowe, kotiki i uszanki galapagoskie, głuptaki niebieskonogie, kormorany nielotne, myszołowy galapagoskie, gołębiaki plamiste, albatrosy galapagoskie, fregaty wielkie, legwany galapagoskie i morskie, pingwiny równikowe, petrele galapagoskie, zięby Darwina, czaple galapagoskie, pelikany czy flamingi. W 1959 r. cały region objęto ochroną parku narodowego. Prawie 20 lat później, w 1978 r., wyspy wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dziś archipelag zamieszkuje niecałe 30 tys. osób, ale w ciągu roku przybywa na niego ponad 200 tys. turystów.

Podczas pobytu na Galapagos ma się niepowtarzalną okazję zobaczenia z bliska zwierząt, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Ruch turystyczny jest tu ograniczony, ale wszystkie dostępne miejsca, takie jak Stacja Badawcza im. Charlesa Darwina w mieście Puerto Ayora na Santa Cruz, okolice do nurkowania, tunel z lawy oraz trasy trekkingowe, są warte zainteresowania. Na archipelagu znajdują się liczne wulkany. Najwyższy, Wolf, wznosi się na największej wyspie, Isabeli, i mierzy 1707 m n.p.m. Najpopularniejszym sposobem poznawania Galapagos są kilku- lub kilkunastodniowe rejsy niewielkimi statkami. W trakcie takiej wycieczki zwiedza się różne miejsca na archipelagu i nurkuje, a na noc wraca na pokład. Wizyta na tych niezwykłych wyspach może być zdecydowanie jednym z najpiękniejszych i najbardziej nietypowych doświadczeń w życiu. Ja na pewno kiedyś na nie wrócę, bo czuję niedosyt wrażeń.

 

Kajmany zamieszkują rozlewiska rzek w ekwadorskim regionie Oriente (Wschód)

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W AMAZOŃSKIM LESIE

Z unikatowego archipelagu przenosimy się na kontynent i to na wschodnią stronę Andów, gdzie jest zielono i wilgotno. Czwarty świat Ekwadoru stanowi fragment Amazonii, zwany tutaj Oriente (Wschód). Region ten pokrywa prawie połowę całego obszaru kraju. Co ciekawe, to właśnie w tej okolicy hiszpańscy konkwistadorzy pod przywództwem Francisca de Orellany (1511–1546) odkryli dorzecze Amazonki i jej górny bieg w XVI w. Samą rzekę nazwano podobno od plemienia Amazonek, ponieważ po drodze wyprawa odkrywcza spotkała kobiety-wojowników.

Amazońskie gęste lasy deszczowe są prawdziwym królestwem flory i fauny. Mimo swoich dużych rozmiarów Oriente jest regionem słabo zasiedlonym. W jego granicach znajduje się tylko kilka miast i według szacunków obszar zamieszkuje ok. 750 tys. ludzi. W ekwadorskiej Amazonii założono cztery parki narodowe i kilka rezerwatów przyrody. Niektóre źródła podają, że na terenie Parku Narodowego Yasuní (Parque Nacional Yasuní) występuje największa bioróżnorodność na świecie.

Aby dostać się do lasów deszczowych Oriente i móc na własne oczy zobaczyć tę wyjątkową krainę dzikiej przyrody, trzeba skorzystać z usług tutejszych doświadczonych przewodników. Samodzielna wyprawa jest nie najlepszym pomysłem. W Ekwadorze działa sporo firm, które organizują kilkudniowe wycieczki do Amazonii. W programie są również noclegi w specjalnych domkach w lesie i rozmaite atrakcje, jak np. łowienie piranii, pływanie łódką po rzece, poznawanie gatunków roślin i zwierząt, a niekiedy także spotkania z rdzennymi mieszkańcami tych terenów i uczestniczenie w ich codziennym życiu. Jeśli ktoś nie ma ochoty na dłuższy pobyt w wilgotnym, tropikalnym klimacie, może dojechać do Teny (niewielkiej stolicy prowincji Napo) i wybrać się na jednodniową wycieczkę w leśną gęstwinę. Przedsmak lasu deszczowego zapewnia już okolica wspomnianych miejscowości Baños i Papallacta, do których łatwiej się dostać niż do miast w regionie Oriente.

***

Góry i niziny, śnieg i parny tropik, ocean i lasy deszczowe, ciekawi ludzie i niesamowite zwierzęta – wszystko to czeka na wyciągnięcie ręki w Ekwadorze. Ten kraj naprawdę łączy w sobie cztery światy. Warto samemu się o tym przekonać.

Wydanie Wiosna 2018