MARCIN WESOŁY

<< Karaiby przypominają barwny i ożywczy koktajl, którego poszczególne składniki rozpoznaje się stopniowo, łyk po łyku, choć wymieszane razem znakomicie się dopełniają. Kto raz go spróbuje, nigdy nie zapomni jego wyjątkowego smaku, przywodzącego na myśl słoneczne poranki, skwarne popołudnia oraz przynoszące orzeźwiającą ulgę wieczory. Żadna jego ilość nie zaspokoi jednak potem naszego pragnienia, wciąż wzrastającego już od pierwszej kropli. >>

Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, który z karaibskich rejonów zdecydowanie deklasuje swoich sąsiadów. Przez okrągły rok świeci tutaj mocno to samo słońce, choć swoim blaskiem rozświetla odmienne przyrodniczo i kulturowo obszary, należące niegdyś do takich kolonizatorskich potęg, jak Hiszpania, Anglia (po 1707 r. Wielka Brytania), Francja czy Holandia. Gdy Krzysztof Kolumb w 1492 r. wyruszył przez Atlantyk w poszukiwaniu zachodniej drogi morskiej do Indii, zamiast do Azji dotarł do raju. Dziś my także możemy spojrzeć na tę fascynującą krainę oczami zachwyconego odkrywcy.
Aby zaprezentować Państwu, jak odmienne, choć jednocześnie podobne bywają różne części Karaibów, zapraszam w krótką podróż do 10 zniewalających miejsc – na Tobago, Kubę, Martynikę i Gwadelupę, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Barbados, Arubę, Bonaire, Curaçao i do Republiki Dominikańskiej.

 

PO PIERWSZE – NAUKA ZWALNIANIA
Na Tobago najlepiej wylądować późnym popołudniem, kiedy słońce zachodzi i nadaje okolicy niepowtarzalny żółtozłoty kolor. Lotnisko w tutejszym Crown Point otacza zjawiskowa sceneria. Pas startowy przypomina reprezentatywną szeroką aleję, wysadzaną smukłymi palmami kokosowymi, kołysanymi powiewami morskiej bryzy. Wyobraźnię pobudza już jednak sam widok z okna samolotu. Ten, komu trafi się miejsce po lewej stronie, podczas lądowania ujrzy cudowną plażę Pigeon Point, którą wielu uznaje bez wielkiej przesady za wizytówkę niemal całych Karaibów.
Na tej wyspie szybko musimy zapomnieć o nieco matowym hello oraz sucho brzmiącym hi i przerzucić się na beztroskie yo man! Zupełnie naturalnie przechodzi się tu na miejscowy slang. Dlatego i my, mniej wylewni ludzie z Północy, postanawiamy się dostosować. Ku naszemu zaskoczeniu bez większych trudności przyswajamy sobie radosne przywitanie. Z początku język płata nam figle i przekręca śmiałe pozdrowienie na stare, tradycyjne powitalne frazesy. Wychodzimy zatem na miasto, aby poćwiczyć swoje umiejętności w praktyce. W trakcie wizyty w tropikalnym kraju trzeba pamiętać, że doba dzieli się w nim na dwie pory: wzmożonej aktywności i spoczynku. Rano i wieczorem ulice rozbrzmiewają gwarem, za to w skwarze południa wszystko zamiera. Opanowanie tego rytmu sprzyja wejściu w stan wakacyjnego odprężenia. Zwrot easy, man usłyszymy od Tobagijczyków na każdym kroku. Polecam posłuchać ich rad i nauczyć się od nich swoistej sztuki zwalniania, zwanego liming, i odnajdywania przyjemności w słodkim nicnierobieniu.

FOT. TOURISM DEVELOPMENT COMPANY LIMITED OF TRINIDAD AND TOBAGO

Zatoka Parlatuvier na północno-wschodnim wybrzeżu Tobago

Tobagijscy rastamani, tak jak ich bracia z Jamajki, słuchają muzyki reggae, popalają marihuanę i podobnie się noszą. W nieco prowizorycznym porcie natykamy się na rybaka z cienkim skrętem w dłoni. Wokół unosi się typowa słodkawa woń. Mężczyzna siedzi na molo i moczy stopy w morskiej wodzie. Nie zmarnował dnia: złowił ryby i wszystkie sprzedał. Teraz się relaksuje. Przed południem za niewielkie pieniądze można było u niego kupić świeże kawałki lucjana czerwonego (red snappera), kingfisha (Menticirrhus) czy mahi-mahi (koryfeny, złotej makreli). Po krótkim przesmażeniu, dosypaniu przypraw i skropieniu sokiem z limonki powstaje z nich wyśmienita, choć niewyszukana uczta, którą najlepiej rozkoszować się w cieniu palm albo migdałowców. Tajemnicę Tobago stanowi fakt, że porywa ono swą naturalnością i prostotą. To wyspa spontanicznych ludzi, idyllicznych plaż, bujnej, gdzieniegdzie wciąż dziewiczej przyrody oraz bogatej kuchni, łączącej wpływy azjatyckie i afrykańskie. Tutejsi mieszkańcy są bardzo otwarci i przychylni obcym. Chętnie wdają się w rozmowy i zapraszają do wspólnej zabawy przy rytmach reggae. Nie popełni więc błędu ten, kto uzna to wciąż spokojne i niezmienne w swoim charakterze miejsce za hit Karaibów.

 

PO DRUGIE – SZUKANIE PIĘKNA W OTOCZENIU
Zanim trafiłem na Kubę, ujrzałem kubański krajobraz na płótnie w domu znajomego na Dominikanie. Obraz należał do typowej karaibskiej sztuki naiwnej – przedstawiał zielone wzgórza, pola, jezioro, w oczy jednak rzucały się głównie palmy królewskie (palmas reales). To ich dostojne i smukłe sylwetki z ciemnozielonymi grzywami utrwaliły mi się w pamięci. W Republice Dominikańskiej widywałem je często, lecz dopiero na Kubie miałem szansę się na nie do woli napatrzeć. Palma real jest symbolem jej pejzażu. Pojawia się na herbie państwowym i na etykiecie popularnego piwa Cristal. Pierzaste palmowe liście odznaczają się też na tle białej elewacji hawańskiego Kapitolu (Capitolio de La Habana).
Valle de Viñales (Dolina Viñales) położona w zachodniej części lądu, w paśmie górskim Sierra de los Órganos, w prowincji Pinar del Río, słynie z licznych mogotes, tj. mogotów – erozyjnych ostańców krasowych, uformowanych w okresie jury. Żyzne ziemie regionu od zawsze sprzyjają uprawie najlepszego na świecie tytoniu. Wyrabia się z niego doskonałe kubańskie cygara (niekoniecznie skręcane na spoconych udach ponętnych Kubanek, jak chciał pisarz Ernest Hemingway). W 1999 r. dolinę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Valle de los Ingenios (Dolinę Cukrowni) w prowincji Sancti Spíritus do mniej więcej pierwszej połowy XIX w. pokrywały liczne pola trzciny cukrowej. Późniejszy spadek cen cukru na światowych rynkach znacznie osłabił produkcję i uszczuplił majątki właścicieli ziemskich. Do dzisiaj zachowały się w tej okolicy dawne rezydencje plantatorów. W 1988 r. rejon doceniło UNESCO i razem z pobliską niebywale klimatyczną kolonialną miejscowością Trinidad umieściło go na swojej prestiżowej liście.
Charakterystyczny punkt widokowy nad miastem Holguín w prowincji o tej samej nazwie stanowi Loma de la Cruz (Wzgórze Krzyża, 261 m n.p.m.). Widać stąd m.in. górę w kształcie gigantycznego siodła, zwaną Silla de Gibara. Według historyków podobno właśnie ją podziwiał Krzysztof Kolumb, kiedy zbliżał się w październiku 1492 r. do Bahía de Bariay (zatoki Bariay), położonej na wschód od dzisiejszego miasteczka Gibara, a nie płaski szczyt El Yunque (Kowadło), wznoszący się nad miejscowością Baracoa na południowo-wschodnim skraju wyspy. Obecnie oba te miasteczka nadal toczą spór o lokalizację dokładnego miejsca pierwszego lądowania przybyszów ze Starego Kontynentu. Opowieści głoszą, że po zejściu na ląd odkrywca wbił na brzegu krzyż. Tę najstarszą i uważaną za najważniejszą w Nowym Świecie chrześcijańską relikwię – La Cruz de la Parra (Krzyż z Winorośli) – przechowuje Basílica Menor Nuestra Señora de la Asunción de Baracoa (Bazylika Mniejsza Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Baracoa). Badanie metodą radiowęglową (izotopem 14C) w 95 proc. potwierdziło jej zgodność pod względem wieku. Natomiast samo drewno, z którego krzyż został zrobiony, pochodzi z winorośli Coccoloba diversifolia, występującej we wschodniej Kubie. Oznacza to, że nie przywieziono go z Europy, lecz prawdopodobnie wykonano już na Karaibach.
Na zainteresowanie zasługują także kubańskie miasta, choć nierzadko podupadłe, ale zachwycające architekturą i zamieszkane przez przyjaznych ludzi, godnie znoszących trudy codziennego życia w ostoi ustroju socjalistycznego. Kubańczycy chętnie pozują do zdjęć. Niektórzy ustawiają się do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni. Inni kombinują, w jaki sposób na fotografowaniu zarobić. Wśród tych drugich większość stanowią raczej przebrane jak statyści do filmu kostiumowego starsze osoby. Między regularnie pozującymi turystom Kubańczykami, których spotykamy, jest i taki nieco młodszy. Działa pod Catedral de la Virgen María de la Concepción Inmaculada (Katedrą Niepokalanego Poczęcia NMP) w Hawanie. Chwali się swoją podobizną na okładce anglojęzycznego wydania magazynu National Geographic Traveler. Z dumą prezentuje przechodniom mocno zużyty już egzemplarz. Jego specjalność to odgrywanie jednego z przywódców kubańskiej rewolucji – Ernesta „Che” Guevary.
Jak śpiewał Janusz Gniatkowski (1928–2011), Kuba to wyspa jak wulkan gorąca. Choć stożków wulkanicznych na niej nie znajdziemy, to niczego więcej matka natura jej nie poskąpiła. Dlatego zawsze będzie warto tutaj przyjechać.

 

PO TRZECIE – RUM I FRANCUSKA SZTUKA
Martynika i Gwadelupa to departamenty zamorskie Francji. Leżą w środkowej części archipelagu Małych Antyli. Największa gwadelupska wyspa przypomina swoim kształtem okazałego motyla, który zastygł w bezruchu. Jego skrzydła to tak naprawdę dwa osobne lądy, różniące się bardzo pod względem krajobrazu, rozdzielone wąską cieśniną Rivière Salée (Słonej Rzeki). Zachodnia wyspa Basse-Terre tchnie świeżością bujnej przyrody, wciąż dziewiczej, szczególnie na obszarze Parc National de la Guadeloupe (Parku Narodowego Gwadelupy). Natomiast wschodnia Grande-Terre stanowi suchy wapienny płaskowyż, a turystów przyciąga swymi zatokami z turkusową wodą, piaszczystym wybrzeżem oraz rafą koralową, cieszącą się dużą popularnością wśród amatorów nurkowania i snorkelingu.

FOT. LUC OLIVIER FOR THE MARTINIQUE TOURIST BOARD

Martynika – widok na wysepkę Rocher du Diamant z miasta Le Diamant


Rdzenni mieszkańcy słonecznej Martyniki – Indianie Karaibowie – ochrzcili ją mianem „Madinina” („Mantinino”), czyli „Wyspy Kwiatów”. Tropikalna roślinność zdobiąca jej wzgórza oraz rozległe, żyzne pola kuszą przybyszów do dnia dzisiejszego. Nie brakuje na niej również rajskich, złotych plaż, nad którymi szumią smagane morską bryzą palmy kokosowe. Oba departamenty są integralną częścią Republiki Francuskiej, co oznacza, że należą do Unii Europejskiej. Można więc przekroczyć ich granice za okazaniem... dowodu osobistego.
Z Martyniki, Gwadelupy, a także z Haiti pochodzą znakomite gatunki tzw. rumu rolniczego (rhum agricole). W odróżnieniu od alkoholu wyrabianego tradycyjną metodą, czyli destylowanego z gęstego trzcinowego syropu – melasy (rum przemysłowy), wytwarza się go bezpośrednio ze sfermentowanego soku z łodyg trzciny cukrowej. Ten sposób nadaje martynikańskim, gwadelupskim czy haitańskim trunkom bardziej wyrazisty aromat oraz smak, doceniane przez szeroką rzeszę koneserów na całym świecie. Na samej Martynice znajduje się aż kilkanaście destylarni rozmaitych marek tego flagowego karaibskiego napitku. W zakładach organizuje się specjalne wycieczki dla turystów, podczas których zapoznają się oni krok po kroku z procesem produkcji i biorą udział w degustacji, co zazwyczaj skutecznie zachęca ich do zakupów w przyfabrycznym sklepiku.
W 1887 r. trafił na Martynikę francuski malarz Paul Gauguin (1848–1903). Przez 5 miesięcy mieszkał blisko plaży w Anse Turin (zatoce Turin), niedaleko miejscowości Saint-Pierre. Miasto to zostało kilkanaście lat później (w 1902 r.) niemal doszczętnie zniszczone podczas potężnej erupcji wulkanu Montagne Pelée (1397 m n.p.m.). Gauguin poszukiwał na wyspie własnej drogi artystycznego wyrazu, odmiennej od stylu rosnących w siłę paryskich impresjonistów. Reprodukcje jego 12 obrazów namalowanych na Martynice umieszczono w lokalnym muzeum. Karaibski eden ma to już do siebie, że potrafi szybko zainspirować nawet tych artystów, którzy znajdują się właśnie na rozstaju dróg.

 

PO CZWARTE – DZIEWICZE WYSPY
Największe z Brytyjskich Wysp Dziewiczych to Tortola, Anegada, Virgin Gorda i Jost Van Dyke. Region ten posiada status terytorium zamorskiego Wielkiej Brytanii. Od zachodu graniczy z należącymi do tego samego archipelagu Wyspami Dziewiczymi Stanów Zjednoczonych.
Ten karaibski raj podatkowy oferuje nieograniczone możliwości uprawiania sportów wodnych: od surfingu oraz wind- i kitesurfingu przez pływanie na nartach wodnych i snorkeling do żeglowania od jednej malowniczej zatoczki do drugiej. Nurkowie zachwycą się na pewno najdłuższą na Karaibach, 29-kilometrową Horseshoe Reef (Rafą Końskiej Podkowy), ciągnącą się koło plaż najdalej na północ wysuniętej Anegady. W jej rejonie czeka na nich nie lada gratka – wraki zatopionych na początku XIX w. statków (HMS Astraea i Donna Paula). Ten płaski fragment lądu zbudowany z wapieni i koralowców zamieszkiwały kiedyś duże stada flamingów karmazynowych (flamingów karaibskich), wytępionych przez ludzi dla ich piór i mięsa. Obecnie podejmuje się starania odtworzenia ich populacji, dlatego ogranicza się liczbę turystów obserwujących te piękne ptaki. Pasjonaci ornitologii powinni mimo to spróbować swojego szczęścia. Na największej i najbardziej zaludnionej Tortoli natomiast w Dolphin Discovery zaprzyjaźnimy się z sympatycznymi delfinami podczas wspólnej kąpieli w Morzu Karaibskim. Na tej wyspie wybierzemy się także na trekking wśród tropikalnej roślinności w Sage Mountain National Park (Parku Narodowym Góry Sage). Z jego punktów widokowych rozpościera się panorama północnego wybrzeża z Jost Van Dyke w tle.
Najcharakterystyczniejszym miejscem Virgin Gordy są skały The Baths – olbrzymie głazy pochodzenia wulkanicznego, które znajdziemy na plaży koło miejscowości Spanish Town. W ich pobliżu uformowały się też naturalne baseny pływowe oraz spektakularne groty. W centrum tej części archipelagu wznosi się szczyt Gorda otoczony parkiem narodowym (Gorda Peak National Park). Warto wspiąć się na niego późnym popołudniem i poczekać na zachód słońca, który barwi okoliczne wody wszelkimi odcieniami ciepłych kolorów: żółtego, pomarańczowego i czerwonego.

FOT. BVI TOURISM

Żeglowanie u wybrzeży Virgin Gordy


W porcie w Great Harbour na Jost Van Dyke cumują liczne jachty i katamarany. Ich pasażerowie relaksują się w lokalnych barach i restauracjach, najczęściej w obleganym Foxy’s Bar. Zresztą całe Brytyjskie Wyspy Dziewicze uważa się za znakomity rejon dla żeglarzy. Wyczarterowanie dobrze wyposażonej łodzi nie stanowi na nich żadnego problemu, a oprócz niej wynajmiemy również załogę. Podczas samotnych rejsów wokół tutejszych piaszczystych, skalistych bądź ukrytych w zieleni brzegów łatwo poczuć się niczym XV-wieczny kapitan statku w drodze do Indii.


PO PIĄTE – WODNE SZALEŃSTWO
Barbados kojarzy się z najstarszą marką rumu na świecie – Mount Gay (istniejącą od 1703 r.) oraz popularną piosenkarką gatunku muzycznego R&B – Rihanną, artystyczną ambasadorką swojej ojczyzny. Nazwę nadali mu podobno portugalscy żeglarze. Jej etymologię wywodzi się od słowa barbado („brodaty”). Według jednej z teorii Europejczyków zadziwiła lokalna odmiana figowca (fikusa), którego system mocno poskręcanych korzeni do złudzenia przypominał im monstrualne bujne brody. Dla jednych przybyszów ze Starego Kontynentu miała to być ziemia obiecana, dla innych – postój w podróży na zachód. Portugalczycy popłynęli dalej i nie skolonizowali wyspy. Zdominowali ją osadnicy angielscy. Dynamiczny rozwój region zawdzięcza uprawie trzciny cukrowej, przywiezionej tu z Brazylii przez Holendrów w pierwszej połowie XVII w. Karaibski klimat sprzyjał szybkiemu wzrostowi roślin, co zapewniało obfite zbiory plonów kilka razy w roku. Wyprodukowany na miejscu cukier oraz rum trafiały potem do Europy albo Ameryki. Do pracy na plantacjach wykorzystywano tanią siłę roboczą – niewolników z Afryki. W takich warunkach fortuny baronów cukrowych rosły w ogromnym tempie. Świadectwo ich zamożności stanowiły okazałe rezydencje wznoszone w sąsiedztwie prężnie działających manufaktur. Wraz ze zniesieniem w 1833 r. niewolnictwa w całym imperium brytyjskim bezpowrotnie minęły czasy świetności tej dochodowej kolonii, dotąd jednej z najważniejszych pośród wszystkich angielskich posiadłości za Atlantykiem.
Dzisiejszy Barbados należy do Wspólnoty Narodów (The Commonwealth) i z Wielką Brytanią łączy go unia personalna. Mimo iż w żyłach większości jego mieszkańców płynie afrykańska krew, kraj ten wydaje się nadal na wskroś brytyjski, z tym, że hektary trzciny cukrowej zastąpiły światowej klasy pola golfowe. Ekskluzywne obiekty kuszą w równym stopniu profesjonalistów, jak i zupełnych nowicjuszy, w obu przypadkach zazwyczaj tych z grubym portfelem. Wyspę chętnie odwiedzają ludzie majętni, a wielu bogatych obcokrajowców utrzymuje na niej swoje letnie rezydencje. Nierzadko są wśród nich gwiazdy show-biznesu, które – chcąc uciec przed ciągłym zainteresowaniem fanów i fotoreporterów z kolorowych pism – nabywają ekstrawaganckie nieruchomości za niebagatelne sumy. Na zachodnim wybrzeżu Barbadosu na białych rajskich plażach nad malowniczymi zatokami w kształcie półksiężyca delikatna morska bryza owiewa ciała plażowiczów zażywających kąpieli słonecznych, podczas gdy czujny barman przygotowuje w cieniu palmy wyśmienite tropikalne koktajle…

 

PO SZÓSTE – TROCHĘ HOLENDERSKIEGO ŁADU
Hiszpańskim konkwistadorom karaibskie archipelagi nie przypadły do gustu (wyjątek stanowiły tu jedynie Kuba, Dominikana i Portoryko). Nie znaleźli na nich najbardziej pożądanego przez nich złota ani żadnych innych wielkich bogactw. Za bezwartościowe i nie nadające się do kolonizacji uznali również 3 nieduże wyspy położone blisko północnego wybrzeża Ameryki Południowej: Arubę, Bonaire, Curaçao (tzw. wyspy ABC). Ich niezaprzeczalne walory dopiero ponad 100 lat później (w pierwszej połowie XVII w.) docenili Holendrzy.
Pomimo wspólnej historii każde z tych terytoriów zdołało zachować swój indywidualny charakter. Arubę rozsławiły zjawiskowe plaże. Niestety, coraz szybciej przeradza się ona w centrum turystyki masowej z licznymi restauracjami, drogimi hotelami, całodobowymi kasynami oraz przystaniami pasażerskimi (Playa w stołecznym Oranjestad) dla gigantycznych statków wycieczkowych pływających po Karaibach.  
W krajobrazie Bonaire dominują dużych rozmiarów kaktusy, krzewy tworzące ciernisty busz, agawy o mięsistych i kolczastych liściach oraz aloesy, wykorzystywane powszechnie w medycynie i kosmetyce. Po rozgrzanych słońcem kamieniach spacerują raczej przyjacielskie legwany. Wybrzeże tylko po części jest tutaj piaszczyste, ale za to lazurowe, przejrzyste wody stanowią marzenie płetwonurków. W Parke Nashonal Washington Slagbaai (Parku Narodowym Washington Slagbaai) rosną natomiast niezwykłe w kształcie drzewa divi-divi (Caesalpinia coriaria), czyli brezylki garbarskie.
Na największej z wysp – Curaçao (444 km² powierzchni), warto odwiedzić jej urokliwą stolicę Willemstad. Tworzą ją m.in. dwie interesujące dzielnice: starsza Punda i nowsza Otrobanda (Otrabanda). Pierwsza to karaibska miniaturowa wersja współczesnego Amsterdamu, druga zaś posiada bardziej kolonialny charakter. W 1997 r. port i historyczne centrum miasta postanowiono umieścić na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wielką popularnością na całym świecie cieszy się także pochodzący stąd likier Curaçao ze skórek gorzkich pomarańczy (laraha), a szczególnie jego wersja w intensywnie kobaltowym kolorze – obowiązkowa pozycja w każdym barze. Drinki na bazie Blue Curaçao przywodzą na myśl błękit morza i nieba na Karaibach.
Zapalonych lingwistów zaciekawi za to z pewnością używany na wyspach ABC przyjemny dla ucha język kreolski papiamento, za którego podstawę posłużyły portugalski i hiszpański. Powstał on w wyniku kontaktów ludzi z różnych kultur, na skutek czego przyswoił sobie również elementy językowe z niderlandzkiego, angielskiego, francuskiego i dialektów afrykańskich. Jeśli wsłuchamy się w rozmowy wyspiarzy, na pewno szybko nauczymy się kilku prostych zwrotów.

 

PO SIÓDME – WCZASY „ALL INCLUSIVE”
Wchodzącą w skład Wielkich Antyli Haiti (Hispaniolę) hiszpańscy odkrywcy nazwali La Española, czyli Małą Hiszpanią. Obecnie jej obszar współdzielą dwa państwa: Haiti oraz Republika Dominikańska. Znacznie lepiej rozwinięta pod względem turystycznym Dominikana przyciąga żywiołowością przyjaznych mieszkańców, zmysłowymi rytmami merengue i bachaty, smakiem soczystych owoców mango oraz aromatem diabelsko mocnej, słodkiej kawy. Jednak przede wszystkim wabi drobnym, białym piaskiem swoich przepięknych plaż na wschodnim wybrzeżu w okolicach przylądka Punta Cana.
Zdecydowana większość przyjezdnych spędza tropikalne wakacje w nadmorskich hotelowych kompleksach oferujących pobyty w standardzie all inclusive. Mimo to polecam zdobyć się na odrobinę odwagi i udać na prowincję, do malowniczych wiosek i sennych miasteczek, gdzie czas zwalnia, a ludzie potrafią cieszyć się życiem i z dumą opowiadają o swoim kraju. Taka jest np. otoczona wspaniałą przyrodą niewielka miejscowość Río San Juan na północy wyspy czy osada Las Galeras nad bajeczną Bahía de Rincón (zatoką Rincón) na samym krańcu półwyspu Samaná. Nieopodal ogromnego słonego jeziora Enriquillo (w pobliżu granicy z Haiti), którego tafla leży poniżej poziomu morza, wśród wybujałych kaktusów spotkamy z kolei niezmiernie fotogeniczne iguany.
Na Dominikanie nie wolno też nie przespacerować się ulicami jej stolicy Santo Domingo, wybudowanej w 1496 r. z inicjatywy brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja. Ducha dawnych kolonialnych czasów poczujemy na pewno między murami dzielnicy Ciudad Colonial (Zona Colonial), podlegającej od 1990 r. ochronie organizacji UNESCO. Możemy w niej podziwiać m.in. Catedral Primada de América (Pierwszą Katedrę Ameryki), wzniesioną w latach 1521–1541, stanowiącą centrum pierwszej archidiecezji katolickiej w rejonie Nowego Świata, oraz najstarszą rezydencję wicekróla hiszpańskich włości w Ameryce – Alcázar de Colón, obecnie pełniącą funkcję Museo Alcázar de Diego Colón (Muzeum Alcázar Diega Kolumba).
Wyspę wybierają również często amatorzy gry w golfa. Przygotowano tu dla nich wiele świetnie wyposażonych ośrodków z polami czynnymi okrągły rok. Jak widać więc, Republika Dominikańska ma wiele oblicz. Nie zawiedzie zatem ani turystów spragnionych ekskluzywnych wczasów, ani poszukiwaczy kontaktu z codzienną rzeczywistością mieszkańców. To tyczy się zresztą całych Karaibów, niezmiennie od lat fascynujących podróżników z Europy i tak bardzo atrakcyjnych i czarujących, że nie da się w nich nie zakochać.

Artykuły wybrane losowo

Gwatemala – wulkaniczna ziemia Majów

 Arco_de_Antigua.jpg

Arco de Santa Catalina w Antigu

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

 


KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

W tym niezwykłym kraju usianym wulkanami świątynie Majów wyrastają ponad korony drzew tropikalnej puszczy. Ekstremalna przejażdżka po lokalnych drogach odbyta „chicken busem” w towarzystwie kolorowo ubranych Gwatemalczyków dostarcza wielu wrażeń i satysfakcji prawdziwym podróżnikom. Kto zawita do Gwatemali, nie zazna spokoju, dopóki nie wróci do niej po raz kolejny, aby znów zanurzyć się w ten niesamowity świat.

Więcej…

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.  

Czarująca różnorodność Indonezji

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Indonezja jest największym na świecie krajem wyspiarskim, który oferuje turystom z Polski moc atrakcji, m.in. słońce zimą, malownicze egzotyczne plaże, górskie trekkingi, wyprawy w głąb dziewiczej dżungli oraz wręcz wymarzone miejsca do uprawiania surfingu, raftingu, kanioningu, wędkarstwa morskiego, żeglarstwa, snorkelingu czy nurkowania. Można tu podziwiać cenne zabytki, delektować się wyśmienitą i różnorodną kuchnią oraz odkrywać wspaniałe kultury wyróżniające się kolorowymi strojami ludowymi, tradycyjnymi tańcami, oryginalnymi wierzeniami, fascynującymi świętami i tajemniczymi zwyczajami. Jest tu tak dużo do zobaczenia i przeżycia, że nawet jeśli będziemy wracać do Indonezji wiele razy, to nie grozi nam nuda. To doskonały kierunek turystyczny, idealny na udane wakacje nie tylko dla miłośników przygód i prawdziwych odkrywców, ale także dla rodzin z dziećmi, zakochanych par, nowożeńców oraz amatorów luksusowych hoteli SPA & Wellness. Specjalnie dla Państwa poprosiliśmy kilka osób, które znają dość dobrze Indonezję, o krótkie wypowiedzi na temat – ich zdaniem – najbardziej fascynujących i zniewalających miejsc w tym niezmiernie interesującym, olbrzymim i różnorodnym kraju, leżącym na ponad 17 tys. wysp. Zapraszamy więc teraz w magiczną podróż po niepowtarzalnym regionie świata stanowiącym pomost pomiędzy dwoma kontynentami – Azją i Australią…

Więcej…