MARCIN WESOŁY

<< Karaiby przypominają barwny i ożywczy koktajl, którego poszczególne składniki rozpoznaje się stopniowo, łyk po łyku, choć wymieszane razem znakomicie się dopełniają. Kto raz go spróbuje, nigdy nie zapomni jego wyjątkowego smaku, przywodzącego na myśl słoneczne poranki, skwarne popołudnia oraz przynoszące orzeźwiającą ulgę wieczory. Żadna jego ilość nie zaspokoi jednak potem naszego pragnienia, wciąż wzrastającego już od pierwszej kropli. >>

Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, który z karaibskich rejonów zdecydowanie deklasuje swoich sąsiadów. Przez okrągły rok świeci tutaj mocno to samo słońce, choć swoim blaskiem rozświetla odmienne przyrodniczo i kulturowo obszary, należące niegdyś do takich kolonizatorskich potęg, jak Hiszpania, Anglia (po 1707 r. Wielka Brytania), Francja czy Holandia. Gdy Krzysztof Kolumb w 1492 r. wyruszył przez Atlantyk w poszukiwaniu zachodniej drogi morskiej do Indii, zamiast do Azji dotarł do raju. Dziś my także możemy spojrzeć na tę fascynującą krainę oczami zachwyconego odkrywcy.
Aby zaprezentować Państwu, jak odmienne, choć jednocześnie podobne bywają różne części Karaibów, zapraszam w krótką podróż do 10 zniewalających miejsc – na Tobago, Kubę, Martynikę i Gwadelupę, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Barbados, Arubę, Bonaire, Curaçao i do Republiki Dominikańskiej.

 

PO PIERWSZE – NAUKA ZWALNIANIA
Na Tobago najlepiej wylądować późnym popołudniem, kiedy słońce zachodzi i nadaje okolicy niepowtarzalny żółtozłoty kolor. Lotnisko w tutejszym Crown Point otacza zjawiskowa sceneria. Pas startowy przypomina reprezentatywną szeroką aleję, wysadzaną smukłymi palmami kokosowymi, kołysanymi powiewami morskiej bryzy. Wyobraźnię pobudza już jednak sam widok z okna samolotu. Ten, komu trafi się miejsce po lewej stronie, podczas lądowania ujrzy cudowną plażę Pigeon Point, którą wielu uznaje bez wielkiej przesady za wizytówkę niemal całych Karaibów.
Na tej wyspie szybko musimy zapomnieć o nieco matowym hello oraz sucho brzmiącym hi i przerzucić się na beztroskie yo man! Zupełnie naturalnie przechodzi się tu na miejscowy slang. Dlatego i my, mniej wylewni ludzie z Północy, postanawiamy się dostosować. Ku naszemu zaskoczeniu bez większych trudności przyswajamy sobie radosne przywitanie. Z początku język płata nam figle i przekręca śmiałe pozdrowienie na stare, tradycyjne powitalne frazesy. Wychodzimy zatem na miasto, aby poćwiczyć swoje umiejętności w praktyce. W trakcie wizyty w tropikalnym kraju trzeba pamiętać, że doba dzieli się w nim na dwie pory: wzmożonej aktywności i spoczynku. Rano i wieczorem ulice rozbrzmiewają gwarem, za to w skwarze południa wszystko zamiera. Opanowanie tego rytmu sprzyja wejściu w stan wakacyjnego odprężenia. Zwrot easy, man usłyszymy od Tobagijczyków na każdym kroku. Polecam posłuchać ich rad i nauczyć się od nich swoistej sztuki zwalniania, zwanego liming, i odnajdywania przyjemności w słodkim nicnierobieniu.

FOT. TOURISM DEVELOPMENT COMPANY LIMITED OF TRINIDAD AND TOBAGO

Zatoka Parlatuvier na północno-wschodnim wybrzeżu Tobago

Tobagijscy rastamani, tak jak ich bracia z Jamajki, słuchają muzyki reggae, popalają marihuanę i podobnie się noszą. W nieco prowizorycznym porcie natykamy się na rybaka z cienkim skrętem w dłoni. Wokół unosi się typowa słodkawa woń. Mężczyzna siedzi na molo i moczy stopy w morskiej wodzie. Nie zmarnował dnia: złowił ryby i wszystkie sprzedał. Teraz się relaksuje. Przed południem za niewielkie pieniądze można było u niego kupić świeże kawałki lucjana czerwonego (red snappera), kingfisha (Menticirrhus) czy mahi-mahi (koryfeny, złotej makreli). Po krótkim przesmażeniu, dosypaniu przypraw i skropieniu sokiem z limonki powstaje z nich wyśmienita, choć niewyszukana uczta, którą najlepiej rozkoszować się w cieniu palm albo migdałowców. Tajemnicę Tobago stanowi fakt, że porywa ono swą naturalnością i prostotą. To wyspa spontanicznych ludzi, idyllicznych plaż, bujnej, gdzieniegdzie wciąż dziewiczej przyrody oraz bogatej kuchni, łączącej wpływy azjatyckie i afrykańskie. Tutejsi mieszkańcy są bardzo otwarci i przychylni obcym. Chętnie wdają się w rozmowy i zapraszają do wspólnej zabawy przy rytmach reggae. Nie popełni więc błędu ten, kto uzna to wciąż spokojne i niezmienne w swoim charakterze miejsce za hit Karaibów.

 

PO DRUGIE – SZUKANIE PIĘKNA W OTOCZENIU
Zanim trafiłem na Kubę, ujrzałem kubański krajobraz na płótnie w domu znajomego na Dominikanie. Obraz należał do typowej karaibskiej sztuki naiwnej – przedstawiał zielone wzgórza, pola, jezioro, w oczy jednak rzucały się głównie palmy królewskie (palmas reales). To ich dostojne i smukłe sylwetki z ciemnozielonymi grzywami utrwaliły mi się w pamięci. W Republice Dominikańskiej widywałem je często, lecz dopiero na Kubie miałem szansę się na nie do woli napatrzeć. Palma real jest symbolem jej pejzażu. Pojawia się na herbie państwowym i na etykiecie popularnego piwa Cristal. Pierzaste palmowe liście odznaczają się też na tle białej elewacji hawańskiego Kapitolu (Capitolio de La Habana).
Valle de Viñales (Dolina Viñales) położona w zachodniej części lądu, w paśmie górskim Sierra de los Órganos, w prowincji Pinar del Río, słynie z licznych mogotes, tj. mogotów – erozyjnych ostańców krasowych, uformowanych w okresie jury. Żyzne ziemie regionu od zawsze sprzyjają uprawie najlepszego na świecie tytoniu. Wyrabia się z niego doskonałe kubańskie cygara (niekoniecznie skręcane na spoconych udach ponętnych Kubanek, jak chciał pisarz Ernest Hemingway). W 1999 r. dolinę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Valle de los Ingenios (Dolinę Cukrowni) w prowincji Sancti Spíritus do mniej więcej pierwszej połowy XIX w. pokrywały liczne pola trzciny cukrowej. Późniejszy spadek cen cukru na światowych rynkach znacznie osłabił produkcję i uszczuplił majątki właścicieli ziemskich. Do dzisiaj zachowały się w tej okolicy dawne rezydencje plantatorów. W 1988 r. rejon doceniło UNESCO i razem z pobliską niebywale klimatyczną kolonialną miejscowością Trinidad umieściło go na swojej prestiżowej liście.
Charakterystyczny punkt widokowy nad miastem Holguín w prowincji o tej samej nazwie stanowi Loma de la Cruz (Wzgórze Krzyża, 261 m n.p.m.). Widać stąd m.in. górę w kształcie gigantycznego siodła, zwaną Silla de Gibara. Według historyków podobno właśnie ją podziwiał Krzysztof Kolumb, kiedy zbliżał się w październiku 1492 r. do Bahía de Bariay (zatoki Bariay), położonej na wschód od dzisiejszego miasteczka Gibara, a nie płaski szczyt El Yunque (Kowadło), wznoszący się nad miejscowością Baracoa na południowo-wschodnim skraju wyspy. Obecnie oba te miasteczka nadal toczą spór o lokalizację dokładnego miejsca pierwszego lądowania przybyszów ze Starego Kontynentu. Opowieści głoszą, że po zejściu na ląd odkrywca wbił na brzegu krzyż. Tę najstarszą i uważaną za najważniejszą w Nowym Świecie chrześcijańską relikwię – La Cruz de la Parra (Krzyż z Winorośli) – przechowuje Basílica Menor Nuestra Señora de la Asunción de Baracoa (Bazylika Mniejsza Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Baracoa). Badanie metodą radiowęglową (izotopem 14C) w 95 proc. potwierdziło jej zgodność pod względem wieku. Natomiast samo drewno, z którego krzyż został zrobiony, pochodzi z winorośli Coccoloba diversifolia, występującej we wschodniej Kubie. Oznacza to, że nie przywieziono go z Europy, lecz prawdopodobnie wykonano już na Karaibach.
Na zainteresowanie zasługują także kubańskie miasta, choć nierzadko podupadłe, ale zachwycające architekturą i zamieszkane przez przyjaznych ludzi, godnie znoszących trudy codziennego życia w ostoi ustroju socjalistycznego. Kubańczycy chętnie pozują do zdjęć. Niektórzy ustawiają się do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni. Inni kombinują, w jaki sposób na fotografowaniu zarobić. Wśród tych drugich większość stanowią raczej przebrane jak statyści do filmu kostiumowego starsze osoby. Między regularnie pozującymi turystom Kubańczykami, których spotykamy, jest i taki nieco młodszy. Działa pod Catedral de la Virgen María de la Concepción Inmaculada (Katedrą Niepokalanego Poczęcia NMP) w Hawanie. Chwali się swoją podobizną na okładce anglojęzycznego wydania magazynu National Geographic Traveler. Z dumą prezentuje przechodniom mocno zużyty już egzemplarz. Jego specjalność to odgrywanie jednego z przywódców kubańskiej rewolucji – Ernesta „Che” Guevary.
Jak śpiewał Janusz Gniatkowski (1928–2011), Kuba to wyspa jak wulkan gorąca. Choć stożków wulkanicznych na niej nie znajdziemy, to niczego więcej matka natura jej nie poskąpiła. Dlatego zawsze będzie warto tutaj przyjechać.

 

PO TRZECIE – RUM I FRANCUSKA SZTUKA
Martynika i Gwadelupa to departamenty zamorskie Francji. Leżą w środkowej części archipelagu Małych Antyli. Największa gwadelupska wyspa przypomina swoim kształtem okazałego motyla, który zastygł w bezruchu. Jego skrzydła to tak naprawdę dwa osobne lądy, różniące się bardzo pod względem krajobrazu, rozdzielone wąską cieśniną Rivière Salée (Słonej Rzeki). Zachodnia wyspa Basse-Terre tchnie świeżością bujnej przyrody, wciąż dziewiczej, szczególnie na obszarze Parc National de la Guadeloupe (Parku Narodowego Gwadelupy). Natomiast wschodnia Grande-Terre stanowi suchy wapienny płaskowyż, a turystów przyciąga swymi zatokami z turkusową wodą, piaszczystym wybrzeżem oraz rafą koralową, cieszącą się dużą popularnością wśród amatorów nurkowania i snorkelingu.

FOT. LUC OLIVIER FOR THE MARTINIQUE TOURIST BOARD

Martynika – widok na wysepkę Rocher du Diamant z miasta Le Diamant


Rdzenni mieszkańcy słonecznej Martyniki – Indianie Karaibowie – ochrzcili ją mianem „Madinina” („Mantinino”), czyli „Wyspy Kwiatów”. Tropikalna roślinność zdobiąca jej wzgórza oraz rozległe, żyzne pola kuszą przybyszów do dnia dzisiejszego. Nie brakuje na niej również rajskich, złotych plaż, nad którymi szumią smagane morską bryzą palmy kokosowe. Oba departamenty są integralną częścią Republiki Francuskiej, co oznacza, że należą do Unii Europejskiej. Można więc przekroczyć ich granice za okazaniem... dowodu osobistego.
Z Martyniki, Gwadelupy, a także z Haiti pochodzą znakomite gatunki tzw. rumu rolniczego (rhum agricole). W odróżnieniu od alkoholu wyrabianego tradycyjną metodą, czyli destylowanego z gęstego trzcinowego syropu – melasy (rum przemysłowy), wytwarza się go bezpośrednio ze sfermentowanego soku z łodyg trzciny cukrowej. Ten sposób nadaje martynikańskim, gwadelupskim czy haitańskim trunkom bardziej wyrazisty aromat oraz smak, doceniane przez szeroką rzeszę koneserów na całym świecie. Na samej Martynice znajduje się aż kilkanaście destylarni rozmaitych marek tego flagowego karaibskiego napitku. W zakładach organizuje się specjalne wycieczki dla turystów, podczas których zapoznają się oni krok po kroku z procesem produkcji i biorą udział w degustacji, co zazwyczaj skutecznie zachęca ich do zakupów w przyfabrycznym sklepiku.
W 1887 r. trafił na Martynikę francuski malarz Paul Gauguin (1848–1903). Przez 5 miesięcy mieszkał blisko plaży w Anse Turin (zatoce Turin), niedaleko miejscowości Saint-Pierre. Miasto to zostało kilkanaście lat później (w 1902 r.) niemal doszczętnie zniszczone podczas potężnej erupcji wulkanu Montagne Pelée (1397 m n.p.m.). Gauguin poszukiwał na wyspie własnej drogi artystycznego wyrazu, odmiennej od stylu rosnących w siłę paryskich impresjonistów. Reprodukcje jego 12 obrazów namalowanych na Martynice umieszczono w lokalnym muzeum. Karaibski eden ma to już do siebie, że potrafi szybko zainspirować nawet tych artystów, którzy znajdują się właśnie na rozstaju dróg.

 

PO CZWARTE – DZIEWICZE WYSPY
Największe z Brytyjskich Wysp Dziewiczych to Tortola, Anegada, Virgin Gorda i Jost Van Dyke. Region ten posiada status terytorium zamorskiego Wielkiej Brytanii. Od zachodu graniczy z należącymi do tego samego archipelagu Wyspami Dziewiczymi Stanów Zjednoczonych.
Ten karaibski raj podatkowy oferuje nieograniczone możliwości uprawiania sportów wodnych: od surfingu oraz wind- i kitesurfingu przez pływanie na nartach wodnych i snorkeling do żeglowania od jednej malowniczej zatoczki do drugiej. Nurkowie zachwycą się na pewno najdłuższą na Karaibach, 29-kilometrową Horseshoe Reef (Rafą Końskiej Podkowy), ciągnącą się koło plaż najdalej na północ wysuniętej Anegady. W jej rejonie czeka na nich nie lada gratka – wraki zatopionych na początku XIX w. statków (HMS Astraea i Donna Paula). Ten płaski fragment lądu zbudowany z wapieni i koralowców zamieszkiwały kiedyś duże stada flamingów karmazynowych (flamingów karaibskich), wytępionych przez ludzi dla ich piór i mięsa. Obecnie podejmuje się starania odtworzenia ich populacji, dlatego ogranicza się liczbę turystów obserwujących te piękne ptaki. Pasjonaci ornitologii powinni mimo to spróbować swojego szczęścia. Na największej i najbardziej zaludnionej Tortoli natomiast w Dolphin Discovery zaprzyjaźnimy się z sympatycznymi delfinami podczas wspólnej kąpieli w Morzu Karaibskim. Na tej wyspie wybierzemy się także na trekking wśród tropikalnej roślinności w Sage Mountain National Park (Parku Narodowym Góry Sage). Z jego punktów widokowych rozpościera się panorama północnego wybrzeża z Jost Van Dyke w tle.
Najcharakterystyczniejszym miejscem Virgin Gordy są skały The Baths – olbrzymie głazy pochodzenia wulkanicznego, które znajdziemy na plaży koło miejscowości Spanish Town. W ich pobliżu uformowały się też naturalne baseny pływowe oraz spektakularne groty. W centrum tej części archipelagu wznosi się szczyt Gorda otoczony parkiem narodowym (Gorda Peak National Park). Warto wspiąć się na niego późnym popołudniem i poczekać na zachód słońca, który barwi okoliczne wody wszelkimi odcieniami ciepłych kolorów: żółtego, pomarańczowego i czerwonego.

FOT. BVI TOURISM

Żeglowanie u wybrzeży Virgin Gordy


W porcie w Great Harbour na Jost Van Dyke cumują liczne jachty i katamarany. Ich pasażerowie relaksują się w lokalnych barach i restauracjach, najczęściej w obleganym Foxy’s Bar. Zresztą całe Brytyjskie Wyspy Dziewicze uważa się za znakomity rejon dla żeglarzy. Wyczarterowanie dobrze wyposażonej łodzi nie stanowi na nich żadnego problemu, a oprócz niej wynajmiemy również załogę. Podczas samotnych rejsów wokół tutejszych piaszczystych, skalistych bądź ukrytych w zieleni brzegów łatwo poczuć się niczym XV-wieczny kapitan statku w drodze do Indii.


PO PIĄTE – WODNE SZALEŃSTWO
Barbados kojarzy się z najstarszą marką rumu na świecie – Mount Gay (istniejącą od 1703 r.) oraz popularną piosenkarką gatunku muzycznego R&B – Rihanną, artystyczną ambasadorką swojej ojczyzny. Nazwę nadali mu podobno portugalscy żeglarze. Jej etymologię wywodzi się od słowa barbado („brodaty”). Według jednej z teorii Europejczyków zadziwiła lokalna odmiana figowca (fikusa), którego system mocno poskręcanych korzeni do złudzenia przypominał im monstrualne bujne brody. Dla jednych przybyszów ze Starego Kontynentu miała to być ziemia obiecana, dla innych – postój w podróży na zachód. Portugalczycy popłynęli dalej i nie skolonizowali wyspy. Zdominowali ją osadnicy angielscy. Dynamiczny rozwój region zawdzięcza uprawie trzciny cukrowej, przywiezionej tu z Brazylii przez Holendrów w pierwszej połowie XVII w. Karaibski klimat sprzyjał szybkiemu wzrostowi roślin, co zapewniało obfite zbiory plonów kilka razy w roku. Wyprodukowany na miejscu cukier oraz rum trafiały potem do Europy albo Ameryki. Do pracy na plantacjach wykorzystywano tanią siłę roboczą – niewolników z Afryki. W takich warunkach fortuny baronów cukrowych rosły w ogromnym tempie. Świadectwo ich zamożności stanowiły okazałe rezydencje wznoszone w sąsiedztwie prężnie działających manufaktur. Wraz ze zniesieniem w 1833 r. niewolnictwa w całym imperium brytyjskim bezpowrotnie minęły czasy świetności tej dochodowej kolonii, dotąd jednej z najważniejszych pośród wszystkich angielskich posiadłości za Atlantykiem.
Dzisiejszy Barbados należy do Wspólnoty Narodów (The Commonwealth) i z Wielką Brytanią łączy go unia personalna. Mimo iż w żyłach większości jego mieszkańców płynie afrykańska krew, kraj ten wydaje się nadal na wskroś brytyjski, z tym, że hektary trzciny cukrowej zastąpiły światowej klasy pola golfowe. Ekskluzywne obiekty kuszą w równym stopniu profesjonalistów, jak i zupełnych nowicjuszy, w obu przypadkach zazwyczaj tych z grubym portfelem. Wyspę chętnie odwiedzają ludzie majętni, a wielu bogatych obcokrajowców utrzymuje na niej swoje letnie rezydencje. Nierzadko są wśród nich gwiazdy show-biznesu, które – chcąc uciec przed ciągłym zainteresowaniem fanów i fotoreporterów z kolorowych pism – nabywają ekstrawaganckie nieruchomości za niebagatelne sumy. Na zachodnim wybrzeżu Barbadosu na białych rajskich plażach nad malowniczymi zatokami w kształcie półksiężyca delikatna morska bryza owiewa ciała plażowiczów zażywających kąpieli słonecznych, podczas gdy czujny barman przygotowuje w cieniu palmy wyśmienite tropikalne koktajle…

 

PO SZÓSTE – TROCHĘ HOLENDERSKIEGO ŁADU
Hiszpańskim konkwistadorom karaibskie archipelagi nie przypadły do gustu (wyjątek stanowiły tu jedynie Kuba, Dominikana i Portoryko). Nie znaleźli na nich najbardziej pożądanego przez nich złota ani żadnych innych wielkich bogactw. Za bezwartościowe i nie nadające się do kolonizacji uznali również 3 nieduże wyspy położone blisko północnego wybrzeża Ameryki Południowej: Arubę, Bonaire, Curaçao (tzw. wyspy ABC). Ich niezaprzeczalne walory dopiero ponad 100 lat później (w pierwszej połowie XVII w.) docenili Holendrzy.
Pomimo wspólnej historii każde z tych terytoriów zdołało zachować swój indywidualny charakter. Arubę rozsławiły zjawiskowe plaże. Niestety, coraz szybciej przeradza się ona w centrum turystyki masowej z licznymi restauracjami, drogimi hotelami, całodobowymi kasynami oraz przystaniami pasażerskimi (Playa w stołecznym Oranjestad) dla gigantycznych statków wycieczkowych pływających po Karaibach.  
W krajobrazie Bonaire dominują dużych rozmiarów kaktusy, krzewy tworzące ciernisty busz, agawy o mięsistych i kolczastych liściach oraz aloesy, wykorzystywane powszechnie w medycynie i kosmetyce. Po rozgrzanych słońcem kamieniach spacerują raczej przyjacielskie legwany. Wybrzeże tylko po części jest tutaj piaszczyste, ale za to lazurowe, przejrzyste wody stanowią marzenie płetwonurków. W Parke Nashonal Washington Slagbaai (Parku Narodowym Washington Slagbaai) rosną natomiast niezwykłe w kształcie drzewa divi-divi (Caesalpinia coriaria), czyli brezylki garbarskie.
Na największej z wysp – Curaçao (444 km² powierzchni), warto odwiedzić jej urokliwą stolicę Willemstad. Tworzą ją m.in. dwie interesujące dzielnice: starsza Punda i nowsza Otrobanda (Otrabanda). Pierwsza to karaibska miniaturowa wersja współczesnego Amsterdamu, druga zaś posiada bardziej kolonialny charakter. W 1997 r. port i historyczne centrum miasta postanowiono umieścić na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wielką popularnością na całym świecie cieszy się także pochodzący stąd likier Curaçao ze skórek gorzkich pomarańczy (laraha), a szczególnie jego wersja w intensywnie kobaltowym kolorze – obowiązkowa pozycja w każdym barze. Drinki na bazie Blue Curaçao przywodzą na myśl błękit morza i nieba na Karaibach.
Zapalonych lingwistów zaciekawi za to z pewnością używany na wyspach ABC przyjemny dla ucha język kreolski papiamento, za którego podstawę posłużyły portugalski i hiszpański. Powstał on w wyniku kontaktów ludzi z różnych kultur, na skutek czego przyswoił sobie również elementy językowe z niderlandzkiego, angielskiego, francuskiego i dialektów afrykańskich. Jeśli wsłuchamy się w rozmowy wyspiarzy, na pewno szybko nauczymy się kilku prostych zwrotów.

 

PO SIÓDME – WCZASY „ALL INCLUSIVE”
Wchodzącą w skład Wielkich Antyli Haiti (Hispaniolę) hiszpańscy odkrywcy nazwali La Española, czyli Małą Hiszpanią. Obecnie jej obszar współdzielą dwa państwa: Haiti oraz Republika Dominikańska. Znacznie lepiej rozwinięta pod względem turystycznym Dominikana przyciąga żywiołowością przyjaznych mieszkańców, zmysłowymi rytmami merengue i bachaty, smakiem soczystych owoców mango oraz aromatem diabelsko mocnej, słodkiej kawy. Jednak przede wszystkim wabi drobnym, białym piaskiem swoich przepięknych plaż na wschodnim wybrzeżu w okolicach przylądka Punta Cana.
Zdecydowana większość przyjezdnych spędza tropikalne wakacje w nadmorskich hotelowych kompleksach oferujących pobyty w standardzie all inclusive. Mimo to polecam zdobyć się na odrobinę odwagi i udać na prowincję, do malowniczych wiosek i sennych miasteczek, gdzie czas zwalnia, a ludzie potrafią cieszyć się życiem i z dumą opowiadają o swoim kraju. Taka jest np. otoczona wspaniałą przyrodą niewielka miejscowość Río San Juan na północy wyspy czy osada Las Galeras nad bajeczną Bahía de Rincón (zatoką Rincón) na samym krańcu półwyspu Samaná. Nieopodal ogromnego słonego jeziora Enriquillo (w pobliżu granicy z Haiti), którego tafla leży poniżej poziomu morza, wśród wybujałych kaktusów spotkamy z kolei niezmiernie fotogeniczne iguany.
Na Dominikanie nie wolno też nie przespacerować się ulicami jej stolicy Santo Domingo, wybudowanej w 1496 r. z inicjatywy brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja. Ducha dawnych kolonialnych czasów poczujemy na pewno między murami dzielnicy Ciudad Colonial (Zona Colonial), podlegającej od 1990 r. ochronie organizacji UNESCO. Możemy w niej podziwiać m.in. Catedral Primada de América (Pierwszą Katedrę Ameryki), wzniesioną w latach 1521–1541, stanowiącą centrum pierwszej archidiecezji katolickiej w rejonie Nowego Świata, oraz najstarszą rezydencję wicekróla hiszpańskich włości w Ameryce – Alcázar de Colón, obecnie pełniącą funkcję Museo Alcázar de Diego Colón (Muzeum Alcázar Diega Kolumba).
Wyspę wybierają również często amatorzy gry w golfa. Przygotowano tu dla nich wiele świetnie wyposażonych ośrodków z polami czynnymi okrągły rok. Jak widać więc, Republika Dominikańska ma wiele oblicz. Nie zawiedzie zatem ani turystów spragnionych ekskluzywnych wczasów, ani poszukiwaczy kontaktu z codzienną rzeczywistością mieszkańców. To tyczy się zresztą całych Karaibów, niezmiennie od lat fascynujących podróżników z Europy i tak bardzo atrakcyjnych i czarujących, że nie da się w nich nie zakochać.

Artykuły wybrane losowo

Z czym kojarzy się Argentyna…?

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Zapytaliśmy o to czterech wybranych ekspertów, którzy bardzo dobrze znają ten południowoamerykański kraj, ojczyznę wyśmienitego wina, empanadas (pysznych pierożków), najlepszych steków na świecie, orzeźwiającej yerba mate, magicznego tanga, słynnej Evity czy odważnych gauchos… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

TERESA GÓRECKA

PREZES BIURA TURYSTYKI ZNP LOGOSTOUR

Kiedy myślę czasami o Argentynie, niczym slajdy z podróży, przesuwają mi się przed oczami trzy skrajnie różne obrazy. Ich kolejność jest przypadkowa, zależy od nastroju chwili. Dla mnie, niezależnie od szerokości geograficznej, zawsze w centrum uwagi znajduje się człowiek. Jeśli więc myślę o Argentyńczykach, widzę gauchos, czyli kowbojów z bezkresnej pampy. Chociaż obecnie częściej popisują się oni zręcznością w siodle przed turystami, a nie przy wypasie koni czy bydła, to trudno nie podziwiać ich, gdy w pełnym galopie, podczas zawodów corrida de sortija, trafiają w mały, zawieszony nad głową pierścień (sortija). Wiele z dawnych hacjend należących do gauchos w prowincji Buenos Aires zostało przemienionych w komfortowe estancias (historyczne hotele). Oferują one m.in. możliwość zakosztowania prawdziwego wiejskiego życia, pokazy tradycyjnych tańców (a także ich naukę), popisy zręczności argentyńskich kowbojów oraz przejażdżki konne po pampie. Turyści częstowani są w estancias obfitością regionalnych potraw, wśród których prym wiodą dania z grilla – asado. Oczywiście, towarzyszą im doskonałej jakości miejscowe wina. Tych wszystkich atrakcji można doświadczyć w znajdującej się w naszej ofercie, utrzymanej w stylu kolonialnym Estancia Santa Susana.

Więcej…

Indie, jakich jeszcze nie znacie

Hampi Karnataka 1

Ruiny stolicy Imperium Widźajanagaru w wiosce Hampi w Karnatace

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/INDIA TOURISM FRANKFURT

 

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Indii nie sposób ogarnąć umysłem, nie da się ich opisać tak po prostu i nie łatwo też je zrozumieć. Niezwykłe bogactwo sąsiaduje tu ze skrajną biedą, kilkunastomilionowe miasta stanowią jaskrawy kontrast dla nieskończonych przestrzeni wokół uśpionych wiosek, a zestawienie zapierających dech w piersiach szczytów Himalajów położonych na północy ze słonecznymi i piaszczystymi tropikalnymi plażami południa wydaje się abstrakcją. W powszechnej świadomości ten kraj kojarzy się na ogół z ubóstwem, Mahatmą Gandhim, świętymi krowami, zaklinaczami węży i dziwnie wyglądającymi joginami, ale to tylko część prawdy o nim. W rzeczywistości każdy znajdzie tutaj coś dla ciała i dla ducha.

 

Indie często budzą skrajne emocje i nigdy nie pozostawiają obojętnym. To kraj pełen tajemnic, kontrastów i zagadek. Rozwinęła się tu jedna z najstarszych kultur na świecie. Dzisiejsze Indie są prawdziwą mozaiką kulturową, o czym świadczą zabytki różnych epok, rozmaite rodzaje tańców i muzyki oraz charakterystyczne dla regionów zwyczaje. Jednak żeby się o tym przekonać, trzeba odwiedzić ten olbrzymi kraj i poznać go samemu. Niektórzy mówią, że można go albo pokochać, albo znienawidzić. Polecam otworzyć się na nowe doznania i dać się oszołomić feerią barw, dźwięków, zapachów i różnorodnością tej wyjątkowej krainy.

 

Republika Indii leży w Azji Południowej i zajmuje większość subkontynentu indyjskiego (niemal 3,3 mln km²). Jej północną granicę wyznaczają łańcuchy górskie – Karakorum i Himalaje. Najwyższym szczytem jest Kanczendzonga (8586 m n.p.m.), czyli trzeci najwyższy ośmiotysięcznik na świecie. Dalej na południe rozciąga się Nizina Hindustańska, na którą składa się pustynia Thar oraz niziny: Indusu, Gangesu i Brahmaputry wraz z deltą Gangesu i Brahmaputry. Niemal cały Półwysep Indyjski zajmuje wyżyna Dekan. Większość terytorium Indii leży w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego. W zachodnim rejonie Niziny Hindustańskiej występuje klimat zwrotnikowy suchy, a w Himalajach i Karakorum – podzwrotnikowy górski, chłodny. Zimy w kraju są łagodne, zwłaszcza w regionach południowych. W marcu, kwietniu i maju panują największe upały. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy nie zaskoczy nas pora deszczowa (od czerwca do września). Mnie za pierwszym razem spotkała właśnie taka niespodzianka.

 

KULTUROWA MIESZANKA

 

Indie to drugi pod względem liczby ludności kraj świata. Dziś mają ponad 1,3 mld mieszkańców. Każdego roku rodzi się tu niemal 26 mln dzieci. Większość ludzi zamieszkuje dolinę Gangesu i Nizinę Hindustańską. Indie są bardzo zróżnicowane etnicznie – o podziale na poszczególne grupy decyduje zwykle język. Ok. 54 proc. ludności kraju posługuje się hindi. Poza tym żyją tutaj jeszcze m.in. Bengalczycy, Telugowie, Marathowie, Tamilowie, Kannadowie, Gudźaratowie czy Keralczycy. Obowiązującym w państwie ustrojem jest republika związkowa. Kraj dzieli się na 29 stanów i 7 terytoriów (w tym jedno stołeczne). Panuje w nim system kastowy, który z góry określa przynależność osób do konkretnej grupy.

 

Większość mieszkańców Indii wyznaje hinduizm (ok. 80 proc.). Stanowi on właściwie zbiór różnych wierzeń. Niektórzy twierdzą, że istnieje aż 330 mln hinduistycznych bogów i bóstw. Korzenie hinduizmu sięgają rozwoju kultury Ariów, którzy z Azji Środkowej zawędrowali na terytorium dzisiejszego kraju. Tekstami sakralnymi hinduistów są Wedy (z sanskrytu „wiedza”). Jedną z nich jest Rygweda – sanhita (czyli zbiór) składająca się z 1028 hymnów zgromadzonych w 10 kręgach (mandala). Uchodzi ona za najstarszy zabytek literatury indoaryjskiej.

 

W Indiach funkcjonuje ponad 1700 języków i dialektów. Status oficjalnych dla całego kraju mają hindi i angielski. Poza tym uznaje się jeszcze 21 języków regionalnych, które pełnią funkcję urzędowych w poszczególnych stanach. Co ciekawe, konstytucja z 1950 r. zakładała wycofanie angielskiego z użytku i zastąpienie go hindi, tak się jednak nie stało. Obecnie większość mieszkańców północnych regionów jest dwu-, trzy-, a nawet czterojęzyczna.

 

Najpopularniejszy wśród turystów rejon Indii stanowi tzw. Złoty Trójkąt. Jego wierzchołki wyznacza Delhi oraz miasta: Agra z mauzoleum Tadź Mahal (jeden z 7 Nowych Cudów Świata) i Dźajpur (stolica Radżastanu, zwana też Różowym Miastem). Oprócz tego z pewnością warto zobaczyć m.in. ruiny w Hampi w stanie Karnataka, tamilskie świątynie Ćennaju (Madrasu) i Maduraju w Tamilnadu, zabytkowy zespół sakralny w Kadźuraho oraz Waranasi – miasto położone nad świętym Gangesem, do którego pielgrzymują miliony Hindusów. Ja jednak chciałabym polecić wycieczkę na ciekawe i barwne południe kraju.

 

MAGICZNE POŁUDNIE

 

Wszystkie stany Indii Południowych, tj. Karnataka, Tamilnadu, Kerala, Telangana i Andhra Pradeś, oraz terytoria Puduććeri, Lakszadiwy i Andamany i Nikobary rozciągają się wzdłuż tropikalnej strefy zwrotnika Raka. Takimi warunkami klimatycznymi można z pewnością wytłumaczyć niespieszne tempo życia w regionie, którego znakiem rozpoznawczym są strzeliste budowle sakralne, barwne przedstawienia taneczne, smukłe palmy i osiodłane słonie. W tutejszym krajobrazie dominują przede wszystkim rozległe równiny Dekanu, bujne lasy deszczowe Ghatów i długie wybrzeże. Lokalne świątynie atakują zmysły rozmaitością kształtów i kolorów. Każde przedstawienie bóstwa jest jaskrawo pomalowane, a strome dachy budowli zadziwiają ilością zdobień. Co ciekawe, na południu Indii dzięki jezuickiemu misjonarzowi św. Franciszkowi Ksaweremu (1506–1552), który w XVI w. opiekował się tu sporą społecznością chrześcijańską (m.in. kolonistami z Portugalii czy ludem Parava z terenu obecnego stanu Tamilnadu), przetrwało wiele kościołów.

 

W tym regionie kraju uprawia się głównie ryż. Podaje się go często na liściach bananowca – w tej wersji smakuje wykwintnie i jest specjalnością lokalnej kuchni. Zamiast typowego w Indiach napoju na bazie herbaty zwanego masala ćaj serwuje się tutaj zwykle wyśmienitą słodką kawę z delikatną pianką.

 

Większość języków używanych na południu wywodzi się z rodziny drawidyjskiej (np. telugu, kannada, tamilski i malajalam). Na szczęście niemal wszędzie można się porozumieć po angielsku.

 

Ten region Indii zachował nadal swój dawny urok, chociaż coraz śmielej wkraczają do niego nowoczesne technologie i przemysł komputerowy. Bengaluru, stolica stanu Karnataka, trzecie co do liczby ludności miasto w kraju (ponad 8,5-milionowe), nazywane bywa indyjską Doliną Krzemową. Tu powstał np. serwis Google Finance. Jednocześnie Ćennaj (stolica Tamilnadu) wciąż kultywuje swoje najlepsze tradycje muzyczne i taneczne. Kerala słynie ze słoni, ajurwedy i specyficznego rodzaju sztuk walki (kalarippayattu). Uchodzący za bramę południowych Indii Hajdarabad (stolica stanu Telangana) ze względu na kunszt miejscowych rzemieślników i zachwycający fort Golkonda zyskał sławę już za czasów Marca Pola (1254–1324). Opuszczone kamienne miasto w Hampi w Karnatace zachwyca ogromną, 49-metrową świątynią Wirupakszy poświęconą bogu Śiwie.

 

BAŚNIOWA KARNATAKA

 

Jog Falls

Wodospad Dźog stanowi jedną z naturalnych atrakcji stanu Karnataka

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/KARNATAKA TOURISM

 

Ten stan cieszy się dużym zainteresowaniem wśród turystów dzięki długiej i bogatej historii oraz zróżnicowanym krajobrazom. Karnataka zajmuje trzecie miejsce wśród najbardziej popularnych celów podróży w Indiach i drugie pod względem liczby zabytków (ponad 500!), które znajdują się pod ochroną władz centralnych (zaraz po stanie Uttar Pradeś). W jej granicach leżą obszary o różnym charakterze. Nadbrzeżny rejon zwany Kanara lub Karawali, sąsiadujący na zachodzie z Morzem Arabskim, a na wschodzie z wilgotnymi zboczami Ghatów Zachodnich, porasta tropikalny las złożony m.in. z wysmukłych palm, teków, bambusów i palisandrów indyjskich (drzew różanych). Góry chronią przed chmurami monsunowymi wyżynę Dekan położoną na średniej wysokości od 600 do 900 m n.p.m., która na wschodzie pokryta jest ciemnymi i jałowymi glebami wulkanicznymi. Jej granice wyznaczają Ghaty Zachodnie i Wschodnie (najwyższe ich szczyty to odpowiednio Anaj Mudi lub Anamudi w Kerali, 2695 m n.p.m., i Arma Konda lub Sitamma Konda w Andhra Pradeś, 1680 m n.p.m.). To drugie pasmo biegnie wzdłuż wybrzeża, w większości już poza granicami Karnataki. Na południowym zachodzie rozciągają się wzgórza i doliny dystryktu Kodagu, a wśród bujnej roślinności na południu można spotkać słonie indyjskie, tygrysy bengalskie, lamparty, gaury i sambary jednobarwne. Często odwiedzanym miejscem jest 253-metrowy wodospad Dźog na rzece Śarawati (dystrykt Śiwamogga). Ten stan Indii najlepiej odwiedzić w okresie od października do marca.

 

W Karnatace żyje blisko 65 mln ludzi. Jej mieszkańcy tworzą ciekawą mozaikę kulturową. Na północy osiedlili się przede wszystkim lingajaci – przedstawiciele ruchu religijnego założonego przez hinduskiego filozofa i poetę Basawannę (Basawę) w XII w. W południowym rejonie, należącym kiedyś do Królestwa Majsuru (Mysuru), przeważa bogata społeczność rolnicza Wokkaligów. Wybrzeże zamieszkują rybacy – potomkowie kupców, którzy prowadzili handel z Mezopotamią, Persją i Grecją. W portowym mieście Mangaluru widać też wpływy portugalskie. Adiwasi żyją przede wszystkim na północy i zachodzie, a grupy etniczne Kodawa i Kodagu Gowda – w dystrykcie Kodagu. W Karnatace używa się języka kannada, w którym powstały klasyczne utwory poetyckie i prozatorskie. O jego korzeniach świadczą chociażby inskrypcje z V w. i poradnik dla piszących Kawiradżamarga z IX w.

 

Istnieje prawdziwa przepaść między światem kosmopolitycznej i nowoczesnej stolicy stanu, Bengaluru, i stylem życia jej mieszkańców a codzienną rzeczywistością obszarów rolnych, wiosek i małych miasteczek. Główna metropolia Karnataki została założona w 1537 r. przez wodza Kempe Gowdę I (1510–1569). To piąta pod względem liczby ludności największa indyjska aglomeracja, w której mieszka ok. 9 mln ludzi. Dzięki położeniu na płaskowyżu Majsuru panuje tu bardziej umiarkowany klimat w porównaniu z innymi miastami południa kraju. Stolica Karnataki słynie ze swoich pięknych ogrodów botanicznych Lalbagh, które zajmują niemal 100 ha. Można w nich podziwiać prawie 1900 gatunków roślin tropikalnych i subtropikalnych, także rzadkie okazy pochodzące z Iranu, Afganistanu i Europy. Warto pamiętać, że w styczniu i sierpniu organizowane są tu bardzo efektowne wystawy kwiatów. Poza tym polecam zwiedzić drewniany pałac letni sułtana Tipu (znanego jako Tygrys Majsuru), pięknie ozdobiony rzeźbionymi łukami i balkonami. W jego pobliżu znajduje się twierdza wzniesiona w 1761 r. na miejscu starego fortu Kempe Gowdy I. Po drodze warto również zatrzymać się przy Pałacu Bengaluru i hinduistycznej świątyni, w której czci się Krysznę. Od kilkunastu lat stolica Karnataki, jak już wspomniałam, uchodzi za międzynarodowe centrum sektora informatycznego. To równocześnie najbardziej nowoczesne miasto indyjskie, co przekłada się na wysokie zarobki i zarazem wysoki koszt życia.

 

Na południowy zachód od Bengaluru leży bajkowe miasto Majsuru.Byłoononiegdyśstolicą królestwa o tej samej nazwie (od 1399 do 1950 r.), a dzisiajstanowi kulturalny ośrodek Karnataki. Słynie przede wszystkim z pięknego Lalitha Mahal, jedwabnych turbanów, wyrobów z drzewa sandałowego i sari. W 2010 r. Majsuru zostało wybrane drugim najczystszym miastem w Indiach (po Czandigarh). Wspomniany pałac maharadży (Lalitha Mahal), władcy z dynastii Wadijar, wzniesiono za ogromne pieniądze w 1921 r. według projektu brytyjskiego. Najlepszy moment na zwiedzanie okolicy stanowi zazwyczaj październik, kiedy odbywa się 10-dniowy festiwal Dasara (nazywany także Nawaratri), albo przełom października i listopada, gdy obchodzi się święto światła Diwali (Dipawali). W czasie tego ostatniego w uroczystej procesji, której przewodzi maharadża, oprócz ludzi uczestniczą słonie i konie. Wszędzie jest pełno kwiatów, wokół unosi się zapach kadzideł. Warto wziąć udział w tym niesamowitym wydarzeniu.

 

Koniecznie trzeba też odwiedzić małą magiczną wioskę Hampipołożonąna głębokiej prowincji. Kilkaset lat temu w tym miejscu biło serce Imperium Widźajanagaru (istniejącego w latach 1336–1646), jednego z najpotężniejszych w tej części świata. Tutejsi władcy uchodzili za wyjątkowo oświeconych. Wspierali rozwój sztuki, nauki, literatury, religii hinduistycznej i architektury. Pomiędzy zachowanymi zabytkami dawnej stolicy państwa – Widźajanagaru (w tłumaczeniu Miasta Zwycięstwa) – najlepiej przemieszczać się na rowerze, ponieważ odległości są spore, a droga nie zawsze bywa idealna. Trasa prowadzi przez plantacje bananowców, w pobliżu zielonej dżungli. Miasto otoczone było murem. Historycy podzielili umownie ten obszar na centrum święte i królewskie. O czasach swojej świetności wciąż przypomina Świątynia Kryszny, ogromna Świątynia Wirupakszy (w centrum ośrodka) poświęcona bogu Śiwie, Lotus Mahal, stajnie dla słoni i Świątynia Witthali (Withoby). Można tu spędzić kilka tygodni i wciąż nie zobaczyć wszystkiego. Imponujące ruiny w Hampi znajdują się od 1986 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mieszkańcy wioski każdego ranka zbierają się na ghatach (kamiennych schodach) przy rzece Tungabhadra, aby się wykąpać, zrobić pranie, porozmawiać z sąsiadami czy umyć słonia bogini Lakszmi, który trzymany jest w świątyni. Wieczorem odprawiają rytuały i składają ofiary bogom. Tutaj wciąż można poczuć atmosferę dawnego Imperium Widźajanagaru.

 

Wartą odwiedzenia kolebkę hinduskiej architektury sakralnej stanowi miejscowość Ajhole, która leży ponad 130 km na północny zachód od Hampi. W V–VIII w. była to siedziba dynastii Ćalukjów. Znajduje się tu zespół świątyń hinduistycznych. Najstarsza jest Lad Khan z V stulecia wzniesiona na planie kwadratu. Poza tym na uwagę zasługuje świątynia bogini Durgi, powstała prawdopodobnie pod koniec VII w., wzorowana na buddyjskiej ćajtji, czy VII-wieczny kompleks Huczimalli. Kolejne miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO stanowi Pattadakal(położony ok. 10 km na południowy zachód od Ajhole) z wielkimi budowlami sakralnymi (9 świątyniami hinduistycznymi i 1 dźinijską). Ponad 20 km stąd znajduje się Badami z grotami świątynnymi i dawnym fortem.

 

WZGÓRZA KERALI

 

Już w czasach starożytnych Kerala słynęła z urodzajnej ziemi, bogatej kultury i barwnych tradycji. Jedna z legend mówi, że region ten powstał, kiedy Paraśurama, wcielenie Wisznu, wrzucił swój topór wojenny do Morza Arabskiego. Stan leży na południowym zachodzie Indii. Od zachodu oblewa go Morze Arabskie i Lakkadiwskie. Od wschodu i południa Kerala graniczy z rozległym terytorium Tamilnadu, które rozciąga się po Zatokę Bengalską. Regionalnym językiem urzędowym Keralczyków jest malajalam, mający własne pismo.

 

To jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Indii. Najciekawsze miejsca leżą wśród zboczy Wzgórz Kardamonowych, na Wybrzeżu Malabarskim czy w okolicy licznych rzek. Plantacje teków, pieprzu i kauczukowców są zawsze zielone dzięki monsunom wiejącym dwa razy w roku. W krajobrazie dominują palmy kokosowe, a wzniesienia Ghatów Zachodnich pokrywają uprawy kawy. Herbata rośnie w nieco wyższych partiach, a drzewa kauczukowe – na południowych obszarach. Żyzna gleba tego regionu pozwala również na zbiory ryżu dwa, a nawet trzy razy w roku oraz uprawianie nerkowców i kardamonu.

 

O Kerali mówi się, że przy tworzeniu świata Bóg zachował ten cudowny zakątek dla siebie. Nic więc dziwnego, że stała się ona kolebką starożytnej indyjskiej medycyny – ajurwedy, czyli w tłumaczeniu „wiedzy o życiu”. Naturalne bogactwo ziół i roślin leczniczych oraz umiarkowany i wilgotny klimat sprawiają, że jest to najlepsze miejsce do przeprowadzania zabiegów i masaży oraz zgłębiania tajników tego rodzaju leczenia. Z pewnością warto poddać się takiej odnowie w jednym z wielu tutejszych ośrodków.

 

Do dziś mieszkańcy Kerali stosują zasady ajurwedy, ponieważ przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. Ta staroindyjska medycyna zachowała tu swoją najczystszą postać, najbliższą tej sprzed tysięcy lat. Warto podkreślić, że w porównaniu z Hindusami z innych regionów Keralczycy cieszą się najdłuższym i najzdrowszym życiem, a umieralność niemowląt i dzieci jest wśród nich najniższa w kraju. Ten stan stanowi idealne miejsce na błogi wypoczynek urozmaicony dobroczynną kuracją ajurwedyjską.

 

Turystów do Kerali przyciągają przepiękne krajobrazy, laguny, jeziora, plaże, a przede wszystkim słynne rozlewiska położone wzdłuż Wybrzeża Malabarskiego (backwaters). Przyjezdni przeprawiają się tu wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, które miejscowi pokonują codziennie w drodze do pracy. Okolica jest spokojna i malownicza. Polecam wybrać się w rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po zielonych wodach między miastami Kollam a Alappuzha. Taka wycieczka może trwać nawet do 8 godz.

 

W głębi lądu, za gwarnym miasteczkiem Kottajamdrogi zaczynająsię wznosić w kierunku Ghatów Zachodnich, skąd pod koniec grudnia i na początku stycznia ogromne grupy wyznawców Ajjappana wyruszają na pieszą pielgrzymkę do świątyni w hinduistycznym kompleksie Sabarimala. Bóstwo to jest bardzo popularne na terenie Indii Południowych. Wyznające je osoby noszą czarne lub niebieskie ubrania i koraliki tulasi wokół szyi.

 

W Kerali koniecznie trzeba zatrzymać się w mieście Koczin, leżącym w środkowej części stanu i nazywanym Królową Morza Arabskiego. Już ok. 2 tys. lat temu kupcy greccy, rzymscy, żydowscy, arabscy i chińscy przybywali tutaj po przyprawy, takie jak kardamon, cynamon czy pieprz, oraz drzewo sandałowe. Koczin nadal pełni funkcję ważnego portu dla handlujących przyprawami, a lokalne magazyny są zawsze pełne życia. W wolnym czasie warto wybrać się na spacer po portowym nabrzeżu. Choć w jego okolicy nie przetrwało zbyt wiele śladów po kupcach arabskich lub chińskich, to o Portugalczykach, Holendrach i Brytyjczykach przypominają stare kościoły i inne budowle. Ciekawym obiektem w tym klimatycznym mieście jest Pałac Mattancherry, który został wzniesiony przez Portugalczyków ok. 1555 r. dla władcy Królestwa Koczinu, a odnowiony i rozbudowany przez Holendrów w 1663 r., przez co nazywa się go też Pałacem Holenderskim. Warto także zwiedzić rejon zwany Fortem Koczin z Kościołem św. Franciszka, najstarszą chrześcijańską świątynią zbudowaną w Indiach przez Europejczyków. Pierwotną drewnianą budowlę przekształcono w 1503 r. w murowaną. W tym miejscu w 1524 r. pochowany został słynny portugalski odkrywca Vasco da Gama, a jego grób zachował się do dziś. Jednak w 1539 r. szczątki żeglarza przewieziono do Portugalii.W granicach Fortu Koczin znajduje się również XVI-wieczna katolicka Bazylika św. Krzyża (Santa Cruz Cathedral Basilica). Stąd niedaleko już do dzielnicy żydowskiej z Synagogą Paradesi z 1568 r.

 

Środkowa i północna część Kerali zachwycają malowniczymi budowlami. W mieście Triśur można zwiedzić świątynię Wadakkunnathan, która według legendy została założona przez Paraśuramę i jest jedną z najważniejszych w tym stanie. Na uwagę zasługuje działające w niej niewielkie muzeum archeologiczne z ciekawymi zbiorami sztuki sakralnej. Za najświętsze miejsce w Kerali uchodzi Świątynia Kryszny w mieście Guruwajur (ok. 30 km od Triśuru). Warto pamiętać, że wstęp do większości keralskich kompleksów sakralnych mają tylko wyznawcy hinduizmu.

 

Na wypoczynek nad brzegiem Morza Arabskiego najlepiej udać się do stolicy stanu – Tiruwanantapuram (Triwandrum). Złote plaże tego miasta, z najsłynniejszą Kowalam, są oblegane przez zagranicznych turystów. Mahatma Gandhi (1869–1948) nazwał Tiruwanantapuram Wiecznie Zielonym Miastem Indii. Tutaj też uroczyście obchodzi się najważniejsze święta narodowe. Kerala szczyci się także niezmiernie bogatymi tradycjami teatralnymi i tanecznymi, które mają swoje korzenie w obrzędach i ceremoniach religijnych. Na przedstawienie dramatyczne katakali warto przybyć nieco wcześniej, żeby zobaczyć, jak artyści przygotowują się do roli. Jaskrawy makijaż, maski i zdobione kostiumy ważące nawet kilkadziesiąt kilogramów robią niezwykłe wrażenie.

 

Kerala to magiczny region, pachnący przyprawami, szczególnie kardamonem, wanilią i cynamonem. Oszałamiającą przyrodę tego stanu można podziwiać w Parku Narodowym Perijar, który przez wiele osób uważany jest za najpiękniejszy w całych Indiach. Jego główną atrakcję stanowią dość duże populacje słoni indyjskich i tygrysów bengalskich. Poza tym występuje tu mnóstwo innych zwierząt żyjących w tej części kraju, choćby białe tygrysy, gaury czy lutungi nilgiryjskie z rodziny koczkodanowatych.

 

SACRUM TAMILNADU

 

house boat 416

Malowniczy rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po keralskich rozlewiskach

© DEPARTMENT OF TOURISM, GOVERNMENT OF KERALA

 

Wspaniała architektura sakralna to tylko jeden ze skarbów Tamilnadu rozciągającego się od piaszczystych wydm na wschodnim wybrzeżu po chłodne pasmo górskie Nilgiri na zachodzie. Typowymi elementami współczesnej kultury tamilskiej są przede wszystkim wyrazista kuchnia, upodobanie do kolorów, charakterystyczna muzyka i wyborna kawa. Na każdym kroku spotyka się tu jaskrawe plakaty z roztańczonymi aktorami i aktorkami, a w powietrzu czuć aromat palonych ziaren. Tamilowie uważają się za potomków Drawidów, którzy zamieszkiwali Półwysep Indyjski przed przybyciem Ariów i stworzyli własną cywilizację. Literatura tamilska (jedna z literatur narodowych Indii) zaczęła się rozwijać już w I w. p.n.e.

 

Najlepszą bazą wypadową do zwiedzania regionu jest stolica stanu – Ćennaj (do 1996 r. pod nazwą Madras). Miasto powstało w 1639 r. jako brytyjskie centrum handlu. Dziś pełni funkcję ważnego ośrodka przemysłowego, handlowego, kulturalnego i naukowego. Warto zobaczyć tu świątynię Kapaliśwarar wzniesioną ok. VII w., katolicką Bazylikę św. Tomasza, Fort św. Jerzego z 1644 r. i Górę św. Tomasza z Kościołem Matki Boskiej Oczekującej z 1523 r., z której roztacza się malowniczy widok na okolicę. W Ćennaju polecam też obejrzeć pokaz współczesnej wersji jednego z najstarszych tańców Azji Południowej bharatanatjam. W pobliżu miasta uprawia się już od ok. 380 lat odmianę herbaty indyjskiej o dosyć ostrym i wyrazistym smaku (Madras).

 

Jak już wspomniałam, wśród największych atrakcji Tamilnadu znajdują się świątynie. Ich zwiedzanie najlepiej rozpocząć w miejscowości Mahabalipuram (Mamallapuram, ponad 50 km na południe od Ćennaju), niegdyś głównym porcie Pallawów (dynastii drawidyjskiej). Zachowały się tutaj jedne ze starszych wykutych w skale zabytków Indii Południowych (pochodzące z VII i VIII w.). Na uwagę zasługują groty świątynne, rathy (konstrukcje w formie wieży bądź wozu) i sanktuaria, a także mnóstwo pięknych rzeźbień. Poza tym w Mahabalipuramie znajduje się złocista piaszczysta plaża. Oprócz tego w grudniu i styczniu odbywa się tu widowiskowy festiwal tańca (Mamallapuram Dance Festival). To niezmiernie urokliwe miejsce, umieszczone w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, z pewnością warto odwiedzić.

 

Z cennych zabytków architektury sakralnej słyną również Kańćipuram, Tiruwannamalaj, Ćidambaram, Tańdźawur, Tiruwarur, Śrirangam i Maduraj. Choć każde z tych miast ma własny charakter, to pod pewnymi względami są do siebie podobne. Procesje ku czci bogów i bogiń odbywają się tu przy akompaniamencie głośnych orkiestr, a zniewalające aromaty kadzideł i jaśminu oraz ozdabiające niemal wszystko kwiatowe girlandy tworzą atmosferę świętości. W Maduraju znajduje się słynna Świątynia Minakszi – kompleks poświęcony bogini Parwati i jej małżonkowi Śiwie. Miasto to było stolicą drawidyjskiej dynastii Pandjów w VI–IX w. oraz w XIII i XIV stuleciu. Niezwykłe wrażenie wywołują gopury (bramy w kształcie wysokiej wieży) z jaskrawymi rzeźbami, a także przepięknie zdobiona Mandapa Tysiąca Kolumn. Świątynia Minakszi należy do najważniejszych ośrodków kultu w całym Tamilnadu. Według tradycji śaktyzmu uważana jest za jedno z tzw. miejsc mocy. Podczas pobytu na terenie świątynnym rzeczywiście można poczuć niesamowitą energię.

 

Jeden z najświętszych obiektów w Indiach stanowi świątynia Ramanathaswamy położona na wyspie Pamban, nazywanej też Rameśwaram (ok. 150 km na południowy wschód od Maduraju). Zgodnie z legendą założył ją Rama (wcielenie boga Wisznu) po powrocie ze Sri Lanki. Niestety, w grudniu 1964 r. cyklon zniszczył w dużym stopniu zarówno budowlę, jak i pobliskie miasto Rameśwaram. Na najdalej wysuniętym na południe krańcu Indii leży z kolei Kanjakumari (dawniej Przylądek Komoryn) przyciągające pielgrzymów czczących boginię Kumari. Warto pamiętać, że w dniu pełni księżyca w miesiącu ćajtra według kalendarza indyjskiego (co wypada w marcu lub kwietniu) można w nim obserwować wschodzący księżyc i zachodzące słońce w tym samym czasie. Miejscowość znajduje się na przylądku Komoryn, w okolicy którego, jak się przyjmuje, Morze Arabskie spotyka się z Lakkadiwskim i Zatoką Bengalską, co może być dodatkową atrakcją dla osób zwiedzających zabytki sakralne Tamilnadu.

 

Warto jeszcze wspomnieć o mieście Tiruwannamalaj (ok. 185 km na południowy zachód od Ćennaju). Tutejszy ogromny zespół świątynny zajmuje powierzchnię 10 ha i zachwyca czterema gopurami wzniesionymi w okresie potęgi Imperium Widźajanagaru (XIV–XVII w.).

 

Świątynie w Tamilnadu są imponujące i zadziwiają swoją wielkością i architekturą. Warto zatrzymać się w tym stanie na dłużej, aby spróbować wczuć się w panującą wokół nich atmosferę. Podczas takiej wyprawy zawsze można na chwilę zboczyć z drogi i zajrzeć do nadmorskich enklaw, górskich kurortów czy rezerwatów przyrody.

 

IMG 8160

Zabytkowy zespół świątyń w Mahabalipuramie nad brzegiem Zatoki Bengalskiej

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/TAMIL NADU TOURISM

 

 

PORTUGALIA – NA KOŃCU ŚWIATA

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Podobno kiedyś odpoczywali tutaj bogowie. Stąd Vasco da Gama wyruszał na podbój nowych lądów. Dziś ściągają tu podróżnicy, golfiści, amatorzy przygód na zielonych, górskich szlakach oraz miłośnicy doskonałych win. Niewielka Portugalia urzeka urodą plaż i wiosek rybackich. Kusi wspaniałymi zabytkami i wiecznym słońcem. >>

Na południu kraju znajdują się piaszczyste zatoki, malownicze porty rybackie, wypielęgnowane pola golfowe i mariny zapełnione jachtami. To raj dla aktywnych turystów, żeglarzy i surferów, a także zwykłych miłośników plażowania. Wystarczy jednak ruszyć na północ, a krajobraz się zmienia, staje się bardziej wyżynny, a nawet górski. Dwie wielkie rzeki – Tag (po portugalsku Tejo) i Duero (nazywana w Portugalii Douro), biorące swój początek w Hiszpanii, płyną w kierunku zachodnim przez kraj i wpadają do Oceanu Atlantyckiego. W ich ujściach leżą stołeczna Lizbona oraz Porto, skąd pochodzi najsłynniejszy portugalski produkt – wino porto.

Więcej…