MARCIN WESOŁY

<< Karaiby przypominają barwny i ożywczy koktajl, którego poszczególne składniki rozpoznaje się stopniowo, łyk po łyku, choć wymieszane razem znakomicie się dopełniają. Kto raz go spróbuje, nigdy nie zapomni jego wyjątkowego smaku, przywodzącego na myśl słoneczne poranki, skwarne popołudnia oraz przynoszące orzeźwiającą ulgę wieczory. Żadna jego ilość nie zaspokoi jednak potem naszego pragnienia, wciąż wzrastającego już od pierwszej kropli. >>

Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, który z karaibskich rejonów zdecydowanie deklasuje swoich sąsiadów. Przez okrągły rok świeci tutaj mocno to samo słońce, choć swoim blaskiem rozświetla odmienne przyrodniczo i kulturowo obszary, należące niegdyś do takich kolonizatorskich potęg, jak Hiszpania, Anglia (po 1707 r. Wielka Brytania), Francja czy Holandia. Gdy Krzysztof Kolumb w 1492 r. wyruszył przez Atlantyk w poszukiwaniu zachodniej drogi morskiej do Indii, zamiast do Azji dotarł do raju. Dziś my także możemy spojrzeć na tę fascynującą krainę oczami zachwyconego odkrywcy.
Aby zaprezentować Państwu, jak odmienne, choć jednocześnie podobne bywają różne części Karaibów, zapraszam w krótką podróż do 10 zniewalających miejsc – na Tobago, Kubę, Martynikę i Gwadelupę, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Barbados, Arubę, Bonaire, Curaçao i do Republiki Dominikańskiej.

 

PO PIERWSZE – NAUKA ZWALNIANIA
Na Tobago najlepiej wylądować późnym popołudniem, kiedy słońce zachodzi i nadaje okolicy niepowtarzalny żółtozłoty kolor. Lotnisko w tutejszym Crown Point otacza zjawiskowa sceneria. Pas startowy przypomina reprezentatywną szeroką aleję, wysadzaną smukłymi palmami kokosowymi, kołysanymi powiewami morskiej bryzy. Wyobraźnię pobudza już jednak sam widok z okna samolotu. Ten, komu trafi się miejsce po lewej stronie, podczas lądowania ujrzy cudowną plażę Pigeon Point, którą wielu uznaje bez wielkiej przesady za wizytówkę niemal całych Karaibów.
Na tej wyspie szybko musimy zapomnieć o nieco matowym hello oraz sucho brzmiącym hi i przerzucić się na beztroskie yo man! Zupełnie naturalnie przechodzi się tu na miejscowy slang. Dlatego i my, mniej wylewni ludzie z Północy, postanawiamy się dostosować. Ku naszemu zaskoczeniu bez większych trudności przyswajamy sobie radosne przywitanie. Z początku język płata nam figle i przekręca śmiałe pozdrowienie na stare, tradycyjne powitalne frazesy. Wychodzimy zatem na miasto, aby poćwiczyć swoje umiejętności w praktyce. W trakcie wizyty w tropikalnym kraju trzeba pamiętać, że doba dzieli się w nim na dwie pory: wzmożonej aktywności i spoczynku. Rano i wieczorem ulice rozbrzmiewają gwarem, za to w skwarze południa wszystko zamiera. Opanowanie tego rytmu sprzyja wejściu w stan wakacyjnego odprężenia. Zwrot easy, man usłyszymy od Tobagijczyków na każdym kroku. Polecam posłuchać ich rad i nauczyć się od nich swoistej sztuki zwalniania, zwanego liming, i odnajdywania przyjemności w słodkim nicnierobieniu.

FOT. TOURISM DEVELOPMENT COMPANY LIMITED OF TRINIDAD AND TOBAGO

Zatoka Parlatuvier na północno-wschodnim wybrzeżu Tobago

Tobagijscy rastamani, tak jak ich bracia z Jamajki, słuchają muzyki reggae, popalają marihuanę i podobnie się noszą. W nieco prowizorycznym porcie natykamy się na rybaka z cienkim skrętem w dłoni. Wokół unosi się typowa słodkawa woń. Mężczyzna siedzi na molo i moczy stopy w morskiej wodzie. Nie zmarnował dnia: złowił ryby i wszystkie sprzedał. Teraz się relaksuje. Przed południem za niewielkie pieniądze można było u niego kupić świeże kawałki lucjana czerwonego (red snappera), kingfisha (Menticirrhus) czy mahi-mahi (koryfeny, złotej makreli). Po krótkim przesmażeniu, dosypaniu przypraw i skropieniu sokiem z limonki powstaje z nich wyśmienita, choć niewyszukana uczta, którą najlepiej rozkoszować się w cieniu palm albo migdałowców. Tajemnicę Tobago stanowi fakt, że porywa ono swą naturalnością i prostotą. To wyspa spontanicznych ludzi, idyllicznych plaż, bujnej, gdzieniegdzie wciąż dziewiczej przyrody oraz bogatej kuchni, łączącej wpływy azjatyckie i afrykańskie. Tutejsi mieszkańcy są bardzo otwarci i przychylni obcym. Chętnie wdają się w rozmowy i zapraszają do wspólnej zabawy przy rytmach reggae. Nie popełni więc błędu ten, kto uzna to wciąż spokojne i niezmienne w swoim charakterze miejsce za hit Karaibów.

 

PO DRUGIE – SZUKANIE PIĘKNA W OTOCZENIU
Zanim trafiłem na Kubę, ujrzałem kubański krajobraz na płótnie w domu znajomego na Dominikanie. Obraz należał do typowej karaibskiej sztuki naiwnej – przedstawiał zielone wzgórza, pola, jezioro, w oczy jednak rzucały się głównie palmy królewskie (palmas reales). To ich dostojne i smukłe sylwetki z ciemnozielonymi grzywami utrwaliły mi się w pamięci. W Republice Dominikańskiej widywałem je często, lecz dopiero na Kubie miałem szansę się na nie do woli napatrzeć. Palma real jest symbolem jej pejzażu. Pojawia się na herbie państwowym i na etykiecie popularnego piwa Cristal. Pierzaste palmowe liście odznaczają się też na tle białej elewacji hawańskiego Kapitolu (Capitolio de La Habana).
Valle de Viñales (Dolina Viñales) położona w zachodniej części lądu, w paśmie górskim Sierra de los Órganos, w prowincji Pinar del Río, słynie z licznych mogotes, tj. mogotów – erozyjnych ostańców krasowych, uformowanych w okresie jury. Żyzne ziemie regionu od zawsze sprzyjają uprawie najlepszego na świecie tytoniu. Wyrabia się z niego doskonałe kubańskie cygara (niekoniecznie skręcane na spoconych udach ponętnych Kubanek, jak chciał pisarz Ernest Hemingway). W 1999 r. dolinę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Valle de los Ingenios (Dolinę Cukrowni) w prowincji Sancti Spíritus do mniej więcej pierwszej połowy XIX w. pokrywały liczne pola trzciny cukrowej. Późniejszy spadek cen cukru na światowych rynkach znacznie osłabił produkcję i uszczuplił majątki właścicieli ziemskich. Do dzisiaj zachowały się w tej okolicy dawne rezydencje plantatorów. W 1988 r. rejon doceniło UNESCO i razem z pobliską niebywale klimatyczną kolonialną miejscowością Trinidad umieściło go na swojej prestiżowej liście.
Charakterystyczny punkt widokowy nad miastem Holguín w prowincji o tej samej nazwie stanowi Loma de la Cruz (Wzgórze Krzyża, 261 m n.p.m.). Widać stąd m.in. górę w kształcie gigantycznego siodła, zwaną Silla de Gibara. Według historyków podobno właśnie ją podziwiał Krzysztof Kolumb, kiedy zbliżał się w październiku 1492 r. do Bahía de Bariay (zatoki Bariay), położonej na wschód od dzisiejszego miasteczka Gibara, a nie płaski szczyt El Yunque (Kowadło), wznoszący się nad miejscowością Baracoa na południowo-wschodnim skraju wyspy. Obecnie oba te miasteczka nadal toczą spór o lokalizację dokładnego miejsca pierwszego lądowania przybyszów ze Starego Kontynentu. Opowieści głoszą, że po zejściu na ląd odkrywca wbił na brzegu krzyż. Tę najstarszą i uważaną za najważniejszą w Nowym Świecie chrześcijańską relikwię – La Cruz de la Parra (Krzyż z Winorośli) – przechowuje Basílica Menor Nuestra Señora de la Asunción de Baracoa (Bazylika Mniejsza Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Baracoa). Badanie metodą radiowęglową (izotopem 14C) w 95 proc. potwierdziło jej zgodność pod względem wieku. Natomiast samo drewno, z którego krzyż został zrobiony, pochodzi z winorośli Coccoloba diversifolia, występującej we wschodniej Kubie. Oznacza to, że nie przywieziono go z Europy, lecz prawdopodobnie wykonano już na Karaibach.
Na zainteresowanie zasługują także kubańskie miasta, choć nierzadko podupadłe, ale zachwycające architekturą i zamieszkane przez przyjaznych ludzi, godnie znoszących trudy codziennego życia w ostoi ustroju socjalistycznego. Kubańczycy chętnie pozują do zdjęć. Niektórzy ustawiają się do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni. Inni kombinują, w jaki sposób na fotografowaniu zarobić. Wśród tych drugich większość stanowią raczej przebrane jak statyści do filmu kostiumowego starsze osoby. Między regularnie pozującymi turystom Kubańczykami, których spotykamy, jest i taki nieco młodszy. Działa pod Catedral de la Virgen María de la Concepción Inmaculada (Katedrą Niepokalanego Poczęcia NMP) w Hawanie. Chwali się swoją podobizną na okładce anglojęzycznego wydania magazynu National Geographic Traveler. Z dumą prezentuje przechodniom mocno zużyty już egzemplarz. Jego specjalność to odgrywanie jednego z przywódców kubańskiej rewolucji – Ernesta „Che” Guevary.
Jak śpiewał Janusz Gniatkowski (1928–2011), Kuba to wyspa jak wulkan gorąca. Choć stożków wulkanicznych na niej nie znajdziemy, to niczego więcej matka natura jej nie poskąpiła. Dlatego zawsze będzie warto tutaj przyjechać.

 

PO TRZECIE – RUM I FRANCUSKA SZTUKA
Martynika i Gwadelupa to departamenty zamorskie Francji. Leżą w środkowej części archipelagu Małych Antyli. Największa gwadelupska wyspa przypomina swoim kształtem okazałego motyla, który zastygł w bezruchu. Jego skrzydła to tak naprawdę dwa osobne lądy, różniące się bardzo pod względem krajobrazu, rozdzielone wąską cieśniną Rivière Salée (Słonej Rzeki). Zachodnia wyspa Basse-Terre tchnie świeżością bujnej przyrody, wciąż dziewiczej, szczególnie na obszarze Parc National de la Guadeloupe (Parku Narodowego Gwadelupy). Natomiast wschodnia Grande-Terre stanowi suchy wapienny płaskowyż, a turystów przyciąga swymi zatokami z turkusową wodą, piaszczystym wybrzeżem oraz rafą koralową, cieszącą się dużą popularnością wśród amatorów nurkowania i snorkelingu.

FOT. LUC OLIVIER FOR THE MARTINIQUE TOURIST BOARD

Martynika – widok na wysepkę Rocher du Diamant z miasta Le Diamant


Rdzenni mieszkańcy słonecznej Martyniki – Indianie Karaibowie – ochrzcili ją mianem „Madinina” („Mantinino”), czyli „Wyspy Kwiatów”. Tropikalna roślinność zdobiąca jej wzgórza oraz rozległe, żyzne pola kuszą przybyszów do dnia dzisiejszego. Nie brakuje na niej również rajskich, złotych plaż, nad którymi szumią smagane morską bryzą palmy kokosowe. Oba departamenty są integralną częścią Republiki Francuskiej, co oznacza, że należą do Unii Europejskiej. Można więc przekroczyć ich granice za okazaniem... dowodu osobistego.
Z Martyniki, Gwadelupy, a także z Haiti pochodzą znakomite gatunki tzw. rumu rolniczego (rhum agricole). W odróżnieniu od alkoholu wyrabianego tradycyjną metodą, czyli destylowanego z gęstego trzcinowego syropu – melasy (rum przemysłowy), wytwarza się go bezpośrednio ze sfermentowanego soku z łodyg trzciny cukrowej. Ten sposób nadaje martynikańskim, gwadelupskim czy haitańskim trunkom bardziej wyrazisty aromat oraz smak, doceniane przez szeroką rzeszę koneserów na całym świecie. Na samej Martynice znajduje się aż kilkanaście destylarni rozmaitych marek tego flagowego karaibskiego napitku. W zakładach organizuje się specjalne wycieczki dla turystów, podczas których zapoznają się oni krok po kroku z procesem produkcji i biorą udział w degustacji, co zazwyczaj skutecznie zachęca ich do zakupów w przyfabrycznym sklepiku.
W 1887 r. trafił na Martynikę francuski malarz Paul Gauguin (1848–1903). Przez 5 miesięcy mieszkał blisko plaży w Anse Turin (zatoce Turin), niedaleko miejscowości Saint-Pierre. Miasto to zostało kilkanaście lat później (w 1902 r.) niemal doszczętnie zniszczone podczas potężnej erupcji wulkanu Montagne Pelée (1397 m n.p.m.). Gauguin poszukiwał na wyspie własnej drogi artystycznego wyrazu, odmiennej od stylu rosnących w siłę paryskich impresjonistów. Reprodukcje jego 12 obrazów namalowanych na Martynice umieszczono w lokalnym muzeum. Karaibski eden ma to już do siebie, że potrafi szybko zainspirować nawet tych artystów, którzy znajdują się właśnie na rozstaju dróg.

 

PO CZWARTE – DZIEWICZE WYSPY
Największe z Brytyjskich Wysp Dziewiczych to Tortola, Anegada, Virgin Gorda i Jost Van Dyke. Region ten posiada status terytorium zamorskiego Wielkiej Brytanii. Od zachodu graniczy z należącymi do tego samego archipelagu Wyspami Dziewiczymi Stanów Zjednoczonych.
Ten karaibski raj podatkowy oferuje nieograniczone możliwości uprawiania sportów wodnych: od surfingu oraz wind- i kitesurfingu przez pływanie na nartach wodnych i snorkeling do żeglowania od jednej malowniczej zatoczki do drugiej. Nurkowie zachwycą się na pewno najdłuższą na Karaibach, 29-kilometrową Horseshoe Reef (Rafą Końskiej Podkowy), ciągnącą się koło plaż najdalej na północ wysuniętej Anegady. W jej rejonie czeka na nich nie lada gratka – wraki zatopionych na początku XIX w. statków (HMS Astraea i Donna Paula). Ten płaski fragment lądu zbudowany z wapieni i koralowców zamieszkiwały kiedyś duże stada flamingów karmazynowych (flamingów karaibskich), wytępionych przez ludzi dla ich piór i mięsa. Obecnie podejmuje się starania odtworzenia ich populacji, dlatego ogranicza się liczbę turystów obserwujących te piękne ptaki. Pasjonaci ornitologii powinni mimo to spróbować swojego szczęścia. Na największej i najbardziej zaludnionej Tortoli natomiast w Dolphin Discovery zaprzyjaźnimy się z sympatycznymi delfinami podczas wspólnej kąpieli w Morzu Karaibskim. Na tej wyspie wybierzemy się także na trekking wśród tropikalnej roślinności w Sage Mountain National Park (Parku Narodowym Góry Sage). Z jego punktów widokowych rozpościera się panorama północnego wybrzeża z Jost Van Dyke w tle.
Najcharakterystyczniejszym miejscem Virgin Gordy są skały The Baths – olbrzymie głazy pochodzenia wulkanicznego, które znajdziemy na plaży koło miejscowości Spanish Town. W ich pobliżu uformowały się też naturalne baseny pływowe oraz spektakularne groty. W centrum tej części archipelagu wznosi się szczyt Gorda otoczony parkiem narodowym (Gorda Peak National Park). Warto wspiąć się na niego późnym popołudniem i poczekać na zachód słońca, który barwi okoliczne wody wszelkimi odcieniami ciepłych kolorów: żółtego, pomarańczowego i czerwonego.

FOT. BVI TOURISM

Żeglowanie u wybrzeży Virgin Gordy


W porcie w Great Harbour na Jost Van Dyke cumują liczne jachty i katamarany. Ich pasażerowie relaksują się w lokalnych barach i restauracjach, najczęściej w obleganym Foxy’s Bar. Zresztą całe Brytyjskie Wyspy Dziewicze uważa się za znakomity rejon dla żeglarzy. Wyczarterowanie dobrze wyposażonej łodzi nie stanowi na nich żadnego problemu, a oprócz niej wynajmiemy również załogę. Podczas samotnych rejsów wokół tutejszych piaszczystych, skalistych bądź ukrytych w zieleni brzegów łatwo poczuć się niczym XV-wieczny kapitan statku w drodze do Indii.


PO PIĄTE – WODNE SZALEŃSTWO
Barbados kojarzy się z najstarszą marką rumu na świecie – Mount Gay (istniejącą od 1703 r.) oraz popularną piosenkarką gatunku muzycznego R&B – Rihanną, artystyczną ambasadorką swojej ojczyzny. Nazwę nadali mu podobno portugalscy żeglarze. Jej etymologię wywodzi się od słowa barbado („brodaty”). Według jednej z teorii Europejczyków zadziwiła lokalna odmiana figowca (fikusa), którego system mocno poskręcanych korzeni do złudzenia przypominał im monstrualne bujne brody. Dla jednych przybyszów ze Starego Kontynentu miała to być ziemia obiecana, dla innych – postój w podróży na zachód. Portugalczycy popłynęli dalej i nie skolonizowali wyspy. Zdominowali ją osadnicy angielscy. Dynamiczny rozwój region zawdzięcza uprawie trzciny cukrowej, przywiezionej tu z Brazylii przez Holendrów w pierwszej połowie XVII w. Karaibski klimat sprzyjał szybkiemu wzrostowi roślin, co zapewniało obfite zbiory plonów kilka razy w roku. Wyprodukowany na miejscu cukier oraz rum trafiały potem do Europy albo Ameryki. Do pracy na plantacjach wykorzystywano tanią siłę roboczą – niewolników z Afryki. W takich warunkach fortuny baronów cukrowych rosły w ogromnym tempie. Świadectwo ich zamożności stanowiły okazałe rezydencje wznoszone w sąsiedztwie prężnie działających manufaktur. Wraz ze zniesieniem w 1833 r. niewolnictwa w całym imperium brytyjskim bezpowrotnie minęły czasy świetności tej dochodowej kolonii, dotąd jednej z najważniejszych pośród wszystkich angielskich posiadłości za Atlantykiem.
Dzisiejszy Barbados należy do Wspólnoty Narodów (The Commonwealth) i z Wielką Brytanią łączy go unia personalna. Mimo iż w żyłach większości jego mieszkańców płynie afrykańska krew, kraj ten wydaje się nadal na wskroś brytyjski, z tym, że hektary trzciny cukrowej zastąpiły światowej klasy pola golfowe. Ekskluzywne obiekty kuszą w równym stopniu profesjonalistów, jak i zupełnych nowicjuszy, w obu przypadkach zazwyczaj tych z grubym portfelem. Wyspę chętnie odwiedzają ludzie majętni, a wielu bogatych obcokrajowców utrzymuje na niej swoje letnie rezydencje. Nierzadko są wśród nich gwiazdy show-biznesu, które – chcąc uciec przed ciągłym zainteresowaniem fanów i fotoreporterów z kolorowych pism – nabywają ekstrawaganckie nieruchomości za niebagatelne sumy. Na zachodnim wybrzeżu Barbadosu na białych rajskich plażach nad malowniczymi zatokami w kształcie półksiężyca delikatna morska bryza owiewa ciała plażowiczów zażywających kąpieli słonecznych, podczas gdy czujny barman przygotowuje w cieniu palmy wyśmienite tropikalne koktajle…

 

PO SZÓSTE – TROCHĘ HOLENDERSKIEGO ŁADU
Hiszpańskim konkwistadorom karaibskie archipelagi nie przypadły do gustu (wyjątek stanowiły tu jedynie Kuba, Dominikana i Portoryko). Nie znaleźli na nich najbardziej pożądanego przez nich złota ani żadnych innych wielkich bogactw. Za bezwartościowe i nie nadające się do kolonizacji uznali również 3 nieduże wyspy położone blisko północnego wybrzeża Ameryki Południowej: Arubę, Bonaire, Curaçao (tzw. wyspy ABC). Ich niezaprzeczalne walory dopiero ponad 100 lat później (w pierwszej połowie XVII w.) docenili Holendrzy.
Pomimo wspólnej historii każde z tych terytoriów zdołało zachować swój indywidualny charakter. Arubę rozsławiły zjawiskowe plaże. Niestety, coraz szybciej przeradza się ona w centrum turystyki masowej z licznymi restauracjami, drogimi hotelami, całodobowymi kasynami oraz przystaniami pasażerskimi (Playa w stołecznym Oranjestad) dla gigantycznych statków wycieczkowych pływających po Karaibach.  
W krajobrazie Bonaire dominują dużych rozmiarów kaktusy, krzewy tworzące ciernisty busz, agawy o mięsistych i kolczastych liściach oraz aloesy, wykorzystywane powszechnie w medycynie i kosmetyce. Po rozgrzanych słońcem kamieniach spacerują raczej przyjacielskie legwany. Wybrzeże tylko po części jest tutaj piaszczyste, ale za to lazurowe, przejrzyste wody stanowią marzenie płetwonurków. W Parke Nashonal Washington Slagbaai (Parku Narodowym Washington Slagbaai) rosną natomiast niezwykłe w kształcie drzewa divi-divi (Caesalpinia coriaria), czyli brezylki garbarskie.
Na największej z wysp – Curaçao (444 km² powierzchni), warto odwiedzić jej urokliwą stolicę Willemstad. Tworzą ją m.in. dwie interesujące dzielnice: starsza Punda i nowsza Otrobanda (Otrabanda). Pierwsza to karaibska miniaturowa wersja współczesnego Amsterdamu, druga zaś posiada bardziej kolonialny charakter. W 1997 r. port i historyczne centrum miasta postanowiono umieścić na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wielką popularnością na całym świecie cieszy się także pochodzący stąd likier Curaçao ze skórek gorzkich pomarańczy (laraha), a szczególnie jego wersja w intensywnie kobaltowym kolorze – obowiązkowa pozycja w każdym barze. Drinki na bazie Blue Curaçao przywodzą na myśl błękit morza i nieba na Karaibach.
Zapalonych lingwistów zaciekawi za to z pewnością używany na wyspach ABC przyjemny dla ucha język kreolski papiamento, za którego podstawę posłużyły portugalski i hiszpański. Powstał on w wyniku kontaktów ludzi z różnych kultur, na skutek czego przyswoił sobie również elementy językowe z niderlandzkiego, angielskiego, francuskiego i dialektów afrykańskich. Jeśli wsłuchamy się w rozmowy wyspiarzy, na pewno szybko nauczymy się kilku prostych zwrotów.

 

PO SIÓDME – WCZASY „ALL INCLUSIVE”
Wchodzącą w skład Wielkich Antyli Haiti (Hispaniolę) hiszpańscy odkrywcy nazwali La Española, czyli Małą Hiszpanią. Obecnie jej obszar współdzielą dwa państwa: Haiti oraz Republika Dominikańska. Znacznie lepiej rozwinięta pod względem turystycznym Dominikana przyciąga żywiołowością przyjaznych mieszkańców, zmysłowymi rytmami merengue i bachaty, smakiem soczystych owoców mango oraz aromatem diabelsko mocnej, słodkiej kawy. Jednak przede wszystkim wabi drobnym, białym piaskiem swoich przepięknych plaż na wschodnim wybrzeżu w okolicach przylądka Punta Cana.
Zdecydowana większość przyjezdnych spędza tropikalne wakacje w nadmorskich hotelowych kompleksach oferujących pobyty w standardzie all inclusive. Mimo to polecam zdobyć się na odrobinę odwagi i udać na prowincję, do malowniczych wiosek i sennych miasteczek, gdzie czas zwalnia, a ludzie potrafią cieszyć się życiem i z dumą opowiadają o swoim kraju. Taka jest np. otoczona wspaniałą przyrodą niewielka miejscowość Río San Juan na północy wyspy czy osada Las Galeras nad bajeczną Bahía de Rincón (zatoką Rincón) na samym krańcu półwyspu Samaná. Nieopodal ogromnego słonego jeziora Enriquillo (w pobliżu granicy z Haiti), którego tafla leży poniżej poziomu morza, wśród wybujałych kaktusów spotkamy z kolei niezmiernie fotogeniczne iguany.
Na Dominikanie nie wolno też nie przespacerować się ulicami jej stolicy Santo Domingo, wybudowanej w 1496 r. z inicjatywy brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja. Ducha dawnych kolonialnych czasów poczujemy na pewno między murami dzielnicy Ciudad Colonial (Zona Colonial), podlegającej od 1990 r. ochronie organizacji UNESCO. Możemy w niej podziwiać m.in. Catedral Primada de América (Pierwszą Katedrę Ameryki), wzniesioną w latach 1521–1541, stanowiącą centrum pierwszej archidiecezji katolickiej w rejonie Nowego Świata, oraz najstarszą rezydencję wicekróla hiszpańskich włości w Ameryce – Alcázar de Colón, obecnie pełniącą funkcję Museo Alcázar de Diego Colón (Muzeum Alcázar Diega Kolumba).
Wyspę wybierają również często amatorzy gry w golfa. Przygotowano tu dla nich wiele świetnie wyposażonych ośrodków z polami czynnymi okrągły rok. Jak widać więc, Republika Dominikańska ma wiele oblicz. Nie zawiedzie zatem ani turystów spragnionych ekskluzywnych wczasów, ani poszukiwaczy kontaktu z codzienną rzeczywistością mieszkańców. To tyczy się zresztą całych Karaibów, niezmiennie od lat fascynujących podróżników z Europy i tak bardzo atrakcyjnych i czarujących, że nie da się w nich nie zakochać.

Artykuły wybrane losowo

Cuba libre

 

JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl

 

Muzycy w słynnym lokalu „Casa de la Trova” w mieście Santiago de Cuba

casa de la trova dancers santiago

© CUBAN TOURIST BOARD

 

Kuba to z wielu względów miejsce wyjątkowe na mapie świata. Elementem charakterystycznym są tutaj liczne stare amerykańskie samochody wtopione w kubański miejski krajobraz. Gdy wyszedłem z lotniska i rozejrzałem się wokół, nie miałem wątpliwości, gdzie jestem.

 

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem, przedstawiało ciemnoskórą dziewczynę wysiadającą z pięknego, choć mocno wiekowego i nieco rozpadającego się, niebieskiego amerykańskiego krążownika szos o wielkich skrzydłach z tylnymi lampami. Była to klasyczna kubańska taksówka, jakich spotkałem później dziesiątki, a od których nigdy nie mogłem oderwać wzroku. Są kolorowe i ogromne, zabierają tyle osób, ile zmieści się w ich wnętrzu. Jeśli załapiemy się na przejazd z miejscowymi, zapłacimy 1 peso kubańskie wymienialne (CUC), czyli prawie 1 euro, i przepłacimy jedynie 100 proc. ceny. Jeśli pojedziemy jako turyści, ta sama trasa będzie nas kosztować od 10 do 20 peso (CUC) w zależności od naszych umiejętności targowania się. Poza tym po ulicach kursują też zabytkowe kabriolety. One również mogą służyć jako taksówki, ale w tym przypadku cena zaczyna się od 35 peso (CUC), gdyż używa się ich głównie do zwiedzania stołecznej Hawany. Oczywiście, można i należy się targować, jednak często popyt przewyższa podaż.

 

Podziwianie stolicy z siedzenia starego amerykańskiego samochodu ma znaczącą przewagę nad wycieczką otwartym autobusem turystycznym, ponieważ mimo swoich rozmiarów wciśnie się on w niemal każdy zaułek, a jego kierowca pokaże nam, co tylko zechcemy, i nierzadko sam podpowie, co warto zobaczyć. Utrzymanie takich aut jest kosztowne. Części zapasowe sprowadzane są z USA, gdzie ich wyszukiwaniem i skupywaniem zajmują się wyspecjalizowane grupy Kubańczyków mieszkających głównie w Miami. Często oryginalne silniki wymienia się na mniejsze, bardziej ekonomiczne, żeby na jednym litrze paliwa zrobić nie trzy kilometry, a przynajmniej sześć. Gdy pytałem o cenę dobrze utrzymanego samochodu, w odpowiedzi otrzymywałem kwoty powyżej 30 tys. peso (CUC). Aby pokonać małe odległości w Hawanie, warto wziąć rikszę lub po prostu wybrać się na spacer.

 

MUZYCZNA WYSPA

 

Dokonywanie płatności na Kubie wydaje się dosyć skomplikowane. Oprócz peso kubańskiego wymienialnego (CUC), podstawowego środka płatniczego, używanego szczególnie przez turystów, w obiegu pozostaje też peso kubańskie (CUP), w którym wypłatę otrzymują Kubańczycy. Ta druga waluta ma ok. 25 razy mniejszą wartość niż pierwsza. Obcokrajowcy także mogą w niej płacić za towar lub usługi, ale trudno znaleźć kantor, który wymienia euro (dużo lepszy kurs niż za dolary amerykańskie) na peso kubańskie (CUP), a ja nie spotkałem miejsca, gdzie mógłbym się nimi posłużyć. Bankomaty, jeśli w ogóle udaje się je znaleźć, nie zawsze akceptują europejskie karty płatnicze. W niewielu punktach dokonamy również płatności kartą, warto więc zabrać ze sobą wystarczającą ilość gotówki.

 

Na Kubie, oprócz zabytkowych samochodów i uśmiechniętych mieszkańców pozdrawiających mnie przyjaznym Hola! („Cześć!”), powitała mnie też muzyka. Rozbrzmiewa ona właściwie wszędzie: w hotelu, restauracji, kafejce, sali koncertowej, sklepie czy na ulicy. Jest tak różna, jak skomplikowana jest historia kraju i jej wpływ na kulturę wyspy. Oczywiście, dominuje w niej ten charakterystyczny rys, jaki znamy choćby ze ścieżki dźwiękowej kultowego już filmu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r., który spopularyzował muzykę kubańską na świecie. Genialną i zarazem moją ulubioną piosenkę Chan Chan skomponowaną przez Compaya Segundo (1907–2003) słyszałem tutaj w wielu niezwykłych wersjach. Bardzo wysoki poziom prezentują koncerty muzyki klasycznej. Dobrze wykształceni Kubańczycy (szkolnictwo jest bezpłatne) otrzymują w swoim kraju znakomite przygotowanie do rozpoczęcia kariery na światowych scenach. Miałem przyjemność uczestniczyć w świetnym koncercie w dawnym kościele (dziś sali koncertowej) przy barokowym klasztorze św. Franciszka z Asyżu (Convento de San Francisco de Asís), obecnie pełniącym funkcję Muzeum Sztuki Sakralnej (Museo de Arte Sacro). Wznosi się on przy pięknym placu św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), otoczonym zabytkową zabudową i otwartym na Terminal Sierra Maestra (przystań statków wycieczkowych) i Zatokę Hawańską (Bahía de La Habana). Licząca 42 m wieża świątyni to najwyższa konstrukcja z epoki kolonialnej na terenie Starej Hawany (La Habana Vieja). Plac zdobi Fontanna Lwów (Fuente de los Leones) wykonana z białego marmuru.

 

W wielu miejscach w stolicy usłyszymy także musicale czy muzykę popularną. Jednym z najpiękniejszych budynków, w którym będzie nam dane cieszyć się tego rodzaju utworami, jest Teatr Wielki (Gran Teatro de La Habana), usytuowany w sąsiedztwie charakterystycznego monumentalnego Kapitolu (Capitolio Nacional de Cuba), wzorowanego na Panteonie w Paryżu, Bazylice św. Piotra w Watykanie i siedzibie Kongresu Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Po spektaklu bez trudu znajdziemy magiczną kolorową taksówkę, stoi ich tu zawsze pełno. A jeśli zapragniemy napić się kawy, możemy wstąpić do „Gran Café El Louvre”, utrzymanej w kolonialnym stylu kawiarni przy pobliskim klimatycznym Hotelu Inglaterra. W poszukiwaniu różnych odmian kubańskiej muzyki warto odwiedzić też jeden z kabaretów, jak choćby słynną „Tropicanę” (działającą od 31 grudnia 1939 r.) ze sceną pod gołym niebem, która zaskakuje różnorodnością repertuaru i bogactwem strojów.

 

RUM W ROLI GŁÓWNEJ

 

Z Kubą kojarzy się jeszcze – oczywiście – rum, prawdziwa duma tego kraju. Produkowany jest w wielu destylarniach i występuje w różnych odmianach. Sam smakuje znakomicie, ale stał się również podstawą licznych wyśmienitych koktajli. Barmani wciąż prześcigają się w pomysłach i wymyślają nowe drinki, aby zaskoczyć gości. Niemniej największą popularnością wśród koneserów dobrych trunków cieszą się te najbardziej klasyczne, uwielbiane przez znane postaci, które gościły na wyspie. Niektóre z tutejszych klimatycznych knajpek słyną właśnie ze swoich sławnych klientów. W barze i restauracji „Floridita” kolejka chętnych wydaje się nie kończyć. Nikogo to jednak nie zraża, przecież tutaj bywał amerykański pisarz i dziennikarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jeśli nie lubimy tłumów, to jego ulubiony koktajl na bazie białego rumu, czyli daiquiri, możemy wypić także w „El Presidente”. Dodatkową atrakcją tego lokalu znajdującego się na wysokim piętrze starej kamienicy jest znakomity widok na Malecón, kilkukilometrową promenadę położoną wzdłuż wybrzeża, o które rozbijają się fale Zatoki Meksykańskiej.

 

Jednym z najlepszych drinków z rumem, jakie miałem przyjemność zdegustować, był habana especial sporządzony w Hotelu Habana Riviera. Jego wielki gmach zbudował w latach 50. XX w. w dzielnicy Vedado, nowej części kubańskiej stolicy wzorowanej na otwartych przestrzeniach Miami, znany amerykański gangster polsko-żydowskiego pochodzenia Meyer Lansky (Meier Suchowlański). Wnętrza zachowały oryginalny wystrój z epoki, dotyczy to zwłaszcza efektownej restauracji czy przylegającego do niej baru. Naprawdę trudno oprzeć się zaproszeniu miejscowego barmana, który raczy gości opowieściami z czasów świetności hotelu i ilustruje je oryginalnymi zdjęciami zapisanymi w pamięci swojego telefonu komórkowego.

 

W Hawanie każdy koktajl to osobna historia. Pewnego razu trafiłem na jedną z wielu tak pięknych, jak zaniedbanych uliczek Starej Hawany, która tętniła swoim południowym rytmem. Życie toczyło się na niej wszędzie, w oknach, na skrzyżowaniach, w małych knajpach. Koło jednej z tych ostatnich, „El Ángel de Tejadillo”, zaczepił mnie z uśmiechem ciemnoskóry mieszkaniec tego kwartału miasta. Zachęcił go mój beret z wizerunkiem symbolu rewolucji – Ernesta „Che” Guevary (1928–1967). Zaprowadził mnie do znajdującego się gdzieś zupełnie na uboczu dosyć prostego wnętrza ze stolikiem z maszyną do pisania i sfatygowanym krzesłem. Na ścianie wisiały zdjęcia „Che” Guevary, zapisana kartka i pokaźnych rozmiarów dzwon. Podobno właśnie w tym miejscu zasiadał i pisał swoje teksty. Dźwięk dzwonu oznajmiał wszystkim jego przybycie, miał prowokować agentów CIA, którzy chcieli go zabić. Ku czci Ernesta „Che” Guevary serwuje się tu, podobno jedyne w Hawanie, drinki w kolorach flagi Kuby: niebieskim, białym i czerwonym.

 

Wyśmienitych koktajli alkoholowych z rumem skosztować można wszędzie – zarówno w najzwyklejszej knajpce na rogu lub zapuszczonym sklepiku, jak i w najlepszym hotelu w mieście czy na luksusowym katamaranie, z którego będziemy podziwiać kubańską stolicę od strony morza. Do klasycznych pozycji w menu należą mojito, piña colada, cubata, ron collins, wspomniane daiquiri bądź habana especial. Na początku tej listy znajduje się połączenie rumu i napoju tuKola, czyli cuba libre, a w tłumaczeniu na polski „wolna Kuba”.

 

RÓŻNE TWARZE STOLICY

 

Hawana to swoista mozaika. Jest tak różnorodna i zaskakująca, że nigdy nie starcza dnia, aby zrealizować założony plan zwiedzania. Zawsze znajdziemy uliczkę, która skusi nas kolorami swoich kamienic, muzyką dobiegającą zza rogu, kawiarenką wabiącą zapachem kawy. Oprócz tego w rejonie La Habana Vieja, wpisanym w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, i jego bezpośrednim sąsiedztwie wznoszą się monumentalne budowle świadczące o tym, jak ważną rolę odgrywało to miasto na przestrzeni wieków. Są ich dziesiątki. Na pewno należy wspomnieć barokową Katedrę w Hawanie (Catedral de La Habana), dawny Pałac Prezydencki (dziś siedzibę Muzeum Rewolucji – Museo de la Revolución), niegdysiejszą ufortyfikowaną rezydencję hiszpańskich gubernatorów Kuby Castillo de la Real Fuerza i Pałac Kapitanów Generalnych (Palacio de los Capitanes Generales). Poza tym zachowało się tu wiele zabytkowych kościołów i klasztorów.

 

Na nabrzeżu, tuż obok Terminalu Sierra Maestra, gdzie podczas mojego pobytu na Kubie, w dniu 2 maja 2016 r., do Hawany przybył po raz pierwszy od czasów wprowadzenia embarga przez USA ogromny turystyczny statek pasażerski MV Adonia (należący do amerykańskiej linii Fathom), znajduje się hala targowa. Obok stoisk z typowymi towarami działa w niej największa galeria malarstwa, jaką w życiu widziałem. Pod rozległym dachem artyści i zwykli sprzedawcy oferują przeróżne obrazy. Kolorowe płótna, umieszczone nad sobą na wielkich stojakach, tworzą prawdziwy labirynt. Niedaleko stąd w swoje progi zaprasza gości niewielki browar o długiej, dźwięcznej nazwie „Cervecería Antiguo Almacén de la Madera y el Tabaco”, gdzie oprócz spróbowania kilku rodzajów piwa możemy zjeść pyszny posiłek i posłuchać zespołu grającego gorące kubańskie przeboje. Za 10 peso kubańskich wymienialnych kupimy płytę CD z muzyką w jego wykonaniu.

 

Przy tej samej alei (Avenida del Puerto) mieści się Muzeum Rumu Havana Club – Museo del Ron Havana Club. W kilkupiętrowej kamienicy zebrano wiele eksponatów związanych z wytwarzaniem tego trunku, udostępniono multimedialne wystawy przybliżające jego historię i otwarto dobrze zaopatrzony sklep. Niemal naprzeciwko znajduje się spory mural z kolorową podobizną Ernesta „Che” Guevary, idealne miejsce do zrobienia sobie zdjęcia ze słynnym latynoamerykańskim rewolucjonistą. Scenerię Starej Hawany wykorzystali twórcy serialu House of Lies (Kłamstwa na sprzedaż) emitowanego przez stację telewizyjną Showtime. Jest to pierwsza realizacja amerykańskiego scenariusza w tym kraju od momentu przywrócenia stosunków między USA i Kubą. Ekipę filmową i jej wielkie ciężarówki spotkałem koło Kościoła św. Anioła Stróża (Iglesia del Santo Ángel Custodio). Kręceniu scen piątego sezonu przyglądali się z ogromnym zainteresowaniem liczni Kubańczycy. Wielu z nich miało wpięte w klapy marynarki czy koszule znaczki symbolizujące przyjaźń kubańsko-amerykańską.

 

Bogato zdobiona barokowa fasada XVIII-wiecznej Katedry w Hawanie

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

HAWANA W NOWYCH CZASACH

 

Miejscem, które nie sposób ominąć w Hawanie, jest plac Rewolucji (Plaza de la Revolución). Jego centralny punkt stanowi olbrzymi Pomnik José Martíego (Monumento a José Martí), kubańskiego bohatera narodowego, przywódcy ruchu niepodległościowego w XIX w., a zarazem poety i pisarza. Otaczają go równie monumentalne budynki rządowe. Nie byłyby może warte wspomnienia, gdyby nie znajdował się wśród nich bodaj najczęściej fotografowany przez turystów gmach na Kubie – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Tę szczególną popularność zawdzięcza on ogromnych rozmiarów metaloplastyce przedstawiającej Ernesta „Che” Guevarę. Plaza de la Revolución dobitnie przypomina nam, że kubańska rewolucja ciągle trwa. Inny jest jedynie jej charakter. Wydaje się, że bardziej przystający do naszych czasów.

 

Po drugiej stronie wejścia do Zatoki Hawańskiej i portu znajdują się dwie hiszpańskie fortece – Castillo del Morro (z XVI–XVII w.) i Fortaleza de San Carlos de la Cabaña (z XVIII stulecia). Od strony Starej Hawany dostać się do nich można wyłącznie tunelem drogowym biegnącym pod kanałem. Warto zapuścić się w zakamarki Zamku Morro, poczuć i usłyszeć huk fal uderzających o skały, na których stoi ta potężna budowla z latarnią morską. Z jej murów roztacza się wspaniały widok na całą zatokę i kubańską stolicę. W pobliżu działa restauracja „Los Doce Apóstoles”. Druga twierdza zbudowana została nieco powyżej, na niewielkim wzniesieniu. W dniach 3–7 maja 2016 r. gościła międzynarodowe targi turystyczne pod nazwą FITCuba, coroczne wydarzenie skupiające wystawców z wielu krajów, w tym organizacje turystyczne, linie lotnicze, sieci hotelowe, biura podróży czy usługodawców z różnych dziedzin turystyki Kuby. Była to już 36. edycja tej zakrojonej na szeroką skalę imprezy. Jak zazwyczaj w targach udział wzięli przedstawiciele władz i liczni zwiedzający. Mnie zaskoczyły dwie rzeczy: silna reprezentacja Kanady i fakt, że Kanadyjczycy stanowią największy procent turystów odwiedzających Kubę.

 

KRÓLESTWO CYGAR

 

Hawana przyciąga z wielką siłą, ale na wyspie jest wiele atrakcyjnych miejsc. Jedziemy na zachodni kraniec Kuby – do prowincji Pinar del Río. W Las Barrigonas zatrzymują nas przedziwne baniaste palmy, pod którymi rozciągają się plantacje trzciny cukrowej i tytoniu. Liście tytoniu zbiera się w lutym i marcu. Podczas mojego pobytu w maju suszyły się już w naturalnych warunkach. Zanim się je roluje, podlegają procesowi fermentacji trwającemu ok. 45 dni. Dopiero dzięki temu nabywają idealnych właściwości. W ten sposób powstają znane na całym świecie kubańskie cygara. W nieodległym sklepiku można kupić gotowe wyroby mające rozmaitą jakość i sprzedawane pod różnymi markami. Ich ceny są – oczywiście – również bardzo zróżnicowane.

 

Kolejny przystanek to park linowy w malowniczym rejonie Valle de Viñales, także słynącym z upraw tytoniu i wpisanym w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO z uwagi na niezwykły krajobraz. Rozrzucone pojedynczo po dolinie olbrzymie formacje wapienne (mogoty) przybierają niesamowite formy. Między nimi leżą małe wioski i plantacje. Na jednym z takich pagórów rozpoczynamy zjazd na linach. Do pokonania jest kilka odcinków o różnej skali trudności i rozwijanej prędkości. Kaski, w które nas wyposażono, nie odgrywają więc roli jedynie kolorowego dodatku do stroju. Widoki rozpościerające się z tej wysokości są fantastyczne! W jednej z urokliwych dolinek (Valle de Dos Hermanas), pod wielką skałą z ogromnym malowidłem z lat 60. XX w. (miejscowi nazywają je Muralem Prehistorycznym – Mural de la Prehistoria) znajduje się restauracja. Zamawiamy kubańskie specjały, czyli zupę ajiaco i danie ropa vieja („stare ubranie”) – rozdrobnioną wołowinę podawaną z ryżem i warzywami. Raczymy się też pysznymi drinkami, a posiłek umila nam muzyka na żywo. Zespół gra nawet moją ulubioną piosenkę Chan Chan.

 

Mural Prehistoryczny przedstawia etapy ewolucji ludzi i zwierząt

45

© JERZY PAWLETA/JERZYPAWLETA.PL

 

KARAIBSKIE WAKACJE

 

Nie wolno jednak zapomnieć, że Kuba to przecież Karaiby – wspaniałe białe plaże, turkusowa woda, rozłożyste palmy i wszystko to, co kojarzy się z wakacjami. W takie miejsce chce się uciec choćby na chwilę. Warto pojechać do położonego ok. 130 km na wschód od Hawany Varadero, kurortu spełniającego marzenia o wakacyjnym raju. Przed turystycznym kompleksem handlowo-restauracyjnym Plaza América, będącym również centrum kongresowym i wychodzącym wprost na białą plażę, witają nas pracownicy baru i restauracji „The Beatles”. Na placu muzycy grają rockandrollowe przeboje. Nie jest to rzecz zwyczajna na Kubie – muzyka takich zespołów jak The Beatles czy The Rolling Stones była przez lata zakazana przez władze. Dzięki polepszeniu się stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi do Hawany zawitali w marcu 2016 r. z darmowym koncertem właśnie sami Rolling Stonesi. Występ wieńczył ich latynoamerykańską trasę. Muzykom klubu „The Beatles” towarzyszą kubańscy harleyowcy w czarnych skórzanych ubraniach z wyszytym napisem Latino Americanos Motociclistas Asoc. Cárdenas Cuba. Przy plaży króluje salsa, a na piasku rozłożyli swój sprzęt kitesurferzy. Aż chce się żyć!

 

Jesteśmy gośćmi Meliá Hotels & Resorts, hiszpańskiej sieci eleganckich, komfortowych hoteli. Meliá Marina Varadero – 5-gwiazdkowy obiekt, w którym zostaliśmy zakwaterowani – znajduje się nad brzegiem morza, więc czym prędzej zanurzamy się w ciepłych, aksamitnych wodach. Na lunch warto wybrać się katamaranem na jedną z pobliskich wysepek, a po drodze odwiedzić delfinarium. Obserwowanie tych sympatycznych ssaków to niezwykła przyjemność. Jeszcze więcej radości sprawia zabawa z nimi. Turyści zapraszani są do ogromnych basenów skonstruowanych na środku morza i mogą głaskać ocierające się o nich delfiny, bawić się z nimi czy nawet próbować je podnieść! Nieco dalej czeka na przybyszów karaibski raj. Małą, porośniętą wysmukłymi palmami wysepkę okala biała plaża i turkusowa woda. Na granicy piaszczystego brzegu i palmowego gaju znajduje się niewielka restauracja. Tutaj możemy się oddać wakacyjnym przyjemnościom – popływać, ponurkować, pograć na plaży, poopalać się czy wreszcie zjeść świeże ryby i owoce morza przyrządzone po karaibsku. Barmani serwują wina, zimne lokalne piwo Cristal i słynne kubańskie drinki. Wracamy do domu? Nunca! („Nigdy!”) – jak zakrzyknęliby radośnie Kubańczycy.

 

Rejs katamaranem u wybrzeży Varadero

66 Catamaran 12x7 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

 

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

13 miesięcy w Etiopii

ALICJA KAFARSKA

 

Melkam Addis Amet!, czyli „Szczęśliwego Nowego Roku!”, te radosne słowa rozbrzmiewają w Etiopii zawsze 11 września (12 w roku przestępnym). Wszystko się zgadza, bowiem przysłowiowego sylwestra Etiopczycy obchodzą niemal w środku naszego roku kalendarzowego. Dzieje się tak dzięki kalendarzowi etiopskiemu (opartemu po części na juliańskim). Dzień 11 albo 12 września jest w nim właśnie początkiem nowego roku. Etiopia to w ogóle dziwny kraj… Używa się tu kalendarza mającego 13 miesięcy – pierwsze 12 liczy po 30 dni, a ostatni, zwany Pagumen, tylko 5 dni (6 w roku przestępnym). Nowy Rok obchodzi się pod koniec pory deszczowej, kiedy niemal wszystko tonie w zieleni. Wita się go ze śpiewem na ustach i wielką radością, tak typową dla mieszkańców tego pięknego kraju. Niespodzianką są jednak nie tylko same miesiące, gdyż kalendarz etiopski (w porównaniu z naszym gregoriańskim) jest młodszy o 7–8 lat. Dlatego też początek milenijnego 2000 r. obchodzony był tutaj we wrześniu 2007 r. Natomiast obecny etiopski 2004 r. rozpoczął się kilka dni temu… Jego nadejście świętowano hucznie 12 września.

Więcej…