MARCIN WESOŁY

<< Karaiby przypominają barwny i ożywczy koktajl, którego poszczególne składniki rozpoznaje się stopniowo, łyk po łyku, choć wymieszane razem znakomicie się dopełniają. Kto raz go spróbuje, nigdy nie zapomni jego wyjątkowego smaku, przywodzącego na myśl słoneczne poranki, skwarne popołudnia oraz przynoszące orzeźwiającą ulgę wieczory. Żadna jego ilość nie zaspokoi jednak potem naszego pragnienia, wciąż wzrastającego już od pierwszej kropli. >>

Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, który z karaibskich rejonów zdecydowanie deklasuje swoich sąsiadów. Przez okrągły rok świeci tutaj mocno to samo słońce, choć swoim blaskiem rozświetla odmienne przyrodniczo i kulturowo obszary, należące niegdyś do takich kolonizatorskich potęg, jak Hiszpania, Anglia (po 1707 r. Wielka Brytania), Francja czy Holandia. Gdy Krzysztof Kolumb w 1492 r. wyruszył przez Atlantyk w poszukiwaniu zachodniej drogi morskiej do Indii, zamiast do Azji dotarł do raju. Dziś my także możemy spojrzeć na tę fascynującą krainę oczami zachwyconego odkrywcy.
Aby zaprezentować Państwu, jak odmienne, choć jednocześnie podobne bywają różne części Karaibów, zapraszam w krótką podróż do 10 zniewalających miejsc – na Tobago, Kubę, Martynikę i Gwadelupę, Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Barbados, Arubę, Bonaire, Curaçao i do Republiki Dominikańskiej.

 

PO PIERWSZE – NAUKA ZWALNIANIA
Na Tobago najlepiej wylądować późnym popołudniem, kiedy słońce zachodzi i nadaje okolicy niepowtarzalny żółtozłoty kolor. Lotnisko w tutejszym Crown Point otacza zjawiskowa sceneria. Pas startowy przypomina reprezentatywną szeroką aleję, wysadzaną smukłymi palmami kokosowymi, kołysanymi powiewami morskiej bryzy. Wyobraźnię pobudza już jednak sam widok z okna samolotu. Ten, komu trafi się miejsce po lewej stronie, podczas lądowania ujrzy cudowną plażę Pigeon Point, którą wielu uznaje bez wielkiej przesady za wizytówkę niemal całych Karaibów.
Na tej wyspie szybko musimy zapomnieć o nieco matowym hello oraz sucho brzmiącym hi i przerzucić się na beztroskie yo man! Zupełnie naturalnie przechodzi się tu na miejscowy slang. Dlatego i my, mniej wylewni ludzie z Północy, postanawiamy się dostosować. Ku naszemu zaskoczeniu bez większych trudności przyswajamy sobie radosne przywitanie. Z początku język płata nam figle i przekręca śmiałe pozdrowienie na stare, tradycyjne powitalne frazesy. Wychodzimy zatem na miasto, aby poćwiczyć swoje umiejętności w praktyce. W trakcie wizyty w tropikalnym kraju trzeba pamiętać, że doba dzieli się w nim na dwie pory: wzmożonej aktywności i spoczynku. Rano i wieczorem ulice rozbrzmiewają gwarem, za to w skwarze południa wszystko zamiera. Opanowanie tego rytmu sprzyja wejściu w stan wakacyjnego odprężenia. Zwrot easy, man usłyszymy od Tobagijczyków na każdym kroku. Polecam posłuchać ich rad i nauczyć się od nich swoistej sztuki zwalniania, zwanego liming, i odnajdywania przyjemności w słodkim nicnierobieniu.

FOT. TOURISM DEVELOPMENT COMPANY LIMITED OF TRINIDAD AND TOBAGO

Zatoka Parlatuvier na północno-wschodnim wybrzeżu Tobago

Tobagijscy rastamani, tak jak ich bracia z Jamajki, słuchają muzyki reggae, popalają marihuanę i podobnie się noszą. W nieco prowizorycznym porcie natykamy się na rybaka z cienkim skrętem w dłoni. Wokół unosi się typowa słodkawa woń. Mężczyzna siedzi na molo i moczy stopy w morskiej wodzie. Nie zmarnował dnia: złowił ryby i wszystkie sprzedał. Teraz się relaksuje. Przed południem za niewielkie pieniądze można było u niego kupić świeże kawałki lucjana czerwonego (red snappera), kingfisha (Menticirrhus) czy mahi-mahi (koryfeny, złotej makreli). Po krótkim przesmażeniu, dosypaniu przypraw i skropieniu sokiem z limonki powstaje z nich wyśmienita, choć niewyszukana uczta, którą najlepiej rozkoszować się w cieniu palm albo migdałowców. Tajemnicę Tobago stanowi fakt, że porywa ono swą naturalnością i prostotą. To wyspa spontanicznych ludzi, idyllicznych plaż, bujnej, gdzieniegdzie wciąż dziewiczej przyrody oraz bogatej kuchni, łączącej wpływy azjatyckie i afrykańskie. Tutejsi mieszkańcy są bardzo otwarci i przychylni obcym. Chętnie wdają się w rozmowy i zapraszają do wspólnej zabawy przy rytmach reggae. Nie popełni więc błędu ten, kto uzna to wciąż spokojne i niezmienne w swoim charakterze miejsce za hit Karaibów.

 

PO DRUGIE – SZUKANIE PIĘKNA W OTOCZENIU
Zanim trafiłem na Kubę, ujrzałem kubański krajobraz na płótnie w domu znajomego na Dominikanie. Obraz należał do typowej karaibskiej sztuki naiwnej – przedstawiał zielone wzgórza, pola, jezioro, w oczy jednak rzucały się głównie palmy królewskie (palmas reales). To ich dostojne i smukłe sylwetki z ciemnozielonymi grzywami utrwaliły mi się w pamięci. W Republice Dominikańskiej widywałem je często, lecz dopiero na Kubie miałem szansę się na nie do woli napatrzeć. Palma real jest symbolem jej pejzażu. Pojawia się na herbie państwowym i na etykiecie popularnego piwa Cristal. Pierzaste palmowe liście odznaczają się też na tle białej elewacji hawańskiego Kapitolu (Capitolio de La Habana).
Valle de Viñales (Dolina Viñales) położona w zachodniej części lądu, w paśmie górskim Sierra de los Órganos, w prowincji Pinar del Río, słynie z licznych mogotes, tj. mogotów – erozyjnych ostańców krasowych, uformowanych w okresie jury. Żyzne ziemie regionu od zawsze sprzyjają uprawie najlepszego na świecie tytoniu. Wyrabia się z niego doskonałe kubańskie cygara (niekoniecznie skręcane na spoconych udach ponętnych Kubanek, jak chciał pisarz Ernest Hemingway). W 1999 r. dolinę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Valle de los Ingenios (Dolinę Cukrowni) w prowincji Sancti Spíritus do mniej więcej pierwszej połowy XIX w. pokrywały liczne pola trzciny cukrowej. Późniejszy spadek cen cukru na światowych rynkach znacznie osłabił produkcję i uszczuplił majątki właścicieli ziemskich. Do dzisiaj zachowały się w tej okolicy dawne rezydencje plantatorów. W 1988 r. rejon doceniło UNESCO i razem z pobliską niebywale klimatyczną kolonialną miejscowością Trinidad umieściło go na swojej prestiżowej liście.
Charakterystyczny punkt widokowy nad miastem Holguín w prowincji o tej samej nazwie stanowi Loma de la Cruz (Wzgórze Krzyża, 261 m n.p.m.). Widać stąd m.in. górę w kształcie gigantycznego siodła, zwaną Silla de Gibara. Według historyków podobno właśnie ją podziwiał Krzysztof Kolumb, kiedy zbliżał się w październiku 1492 r. do Bahía de Bariay (zatoki Bariay), położonej na wschód od dzisiejszego miasteczka Gibara, a nie płaski szczyt El Yunque (Kowadło), wznoszący się nad miejscowością Baracoa na południowo-wschodnim skraju wyspy. Obecnie oba te miasteczka nadal toczą spór o lokalizację dokładnego miejsca pierwszego lądowania przybyszów ze Starego Kontynentu. Opowieści głoszą, że po zejściu na ląd odkrywca wbił na brzegu krzyż. Tę najstarszą i uważaną za najważniejszą w Nowym Świecie chrześcijańską relikwię – La Cruz de la Parra (Krzyż z Winorośli) – przechowuje Basílica Menor Nuestra Señora de la Asunción de Baracoa (Bazylika Mniejsza Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Baracoa). Badanie metodą radiowęglową (izotopem 14C) w 95 proc. potwierdziło jej zgodność pod względem wieku. Natomiast samo drewno, z którego krzyż został zrobiony, pochodzi z winorośli Coccoloba diversifolia, występującej we wschodniej Kubie. Oznacza to, że nie przywieziono go z Europy, lecz prawdopodobnie wykonano już na Karaibach.
Na zainteresowanie zasługują także kubańskie miasta, choć nierzadko podupadłe, ale zachwycające architekturą i zamieszkane przez przyjaznych ludzi, godnie znoszących trudy codziennego życia w ostoi ustroju socjalistycznego. Kubańczycy chętnie pozują do zdjęć. Niektórzy ustawiają się do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni. Inni kombinują, w jaki sposób na fotografowaniu zarobić. Wśród tych drugich większość stanowią raczej przebrane jak statyści do filmu kostiumowego starsze osoby. Między regularnie pozującymi turystom Kubańczykami, których spotykamy, jest i taki nieco młodszy. Działa pod Catedral de la Virgen María de la Concepción Inmaculada (Katedrą Niepokalanego Poczęcia NMP) w Hawanie. Chwali się swoją podobizną na okładce anglojęzycznego wydania magazynu National Geographic Traveler. Z dumą prezentuje przechodniom mocno zużyty już egzemplarz. Jego specjalność to odgrywanie jednego z przywódców kubańskiej rewolucji – Ernesta „Che” Guevary.
Jak śpiewał Janusz Gniatkowski (1928–2011), Kuba to wyspa jak wulkan gorąca. Choć stożków wulkanicznych na niej nie znajdziemy, to niczego więcej matka natura jej nie poskąpiła. Dlatego zawsze będzie warto tutaj przyjechać.

 

PO TRZECIE – RUM I FRANCUSKA SZTUKA
Martynika i Gwadelupa to departamenty zamorskie Francji. Leżą w środkowej części archipelagu Małych Antyli. Największa gwadelupska wyspa przypomina swoim kształtem okazałego motyla, który zastygł w bezruchu. Jego skrzydła to tak naprawdę dwa osobne lądy, różniące się bardzo pod względem krajobrazu, rozdzielone wąską cieśniną Rivière Salée (Słonej Rzeki). Zachodnia wyspa Basse-Terre tchnie świeżością bujnej przyrody, wciąż dziewiczej, szczególnie na obszarze Parc National de la Guadeloupe (Parku Narodowego Gwadelupy). Natomiast wschodnia Grande-Terre stanowi suchy wapienny płaskowyż, a turystów przyciąga swymi zatokami z turkusową wodą, piaszczystym wybrzeżem oraz rafą koralową, cieszącą się dużą popularnością wśród amatorów nurkowania i snorkelingu.

FOT. LUC OLIVIER FOR THE MARTINIQUE TOURIST BOARD

Martynika – widok na wysepkę Rocher du Diamant z miasta Le Diamant


Rdzenni mieszkańcy słonecznej Martyniki – Indianie Karaibowie – ochrzcili ją mianem „Madinina” („Mantinino”), czyli „Wyspy Kwiatów”. Tropikalna roślinność zdobiąca jej wzgórza oraz rozległe, żyzne pola kuszą przybyszów do dnia dzisiejszego. Nie brakuje na niej również rajskich, złotych plaż, nad którymi szumią smagane morską bryzą palmy kokosowe. Oba departamenty są integralną częścią Republiki Francuskiej, co oznacza, że należą do Unii Europejskiej. Można więc przekroczyć ich granice za okazaniem... dowodu osobistego.
Z Martyniki, Gwadelupy, a także z Haiti pochodzą znakomite gatunki tzw. rumu rolniczego (rhum agricole). W odróżnieniu od alkoholu wyrabianego tradycyjną metodą, czyli destylowanego z gęstego trzcinowego syropu – melasy (rum przemysłowy), wytwarza się go bezpośrednio ze sfermentowanego soku z łodyg trzciny cukrowej. Ten sposób nadaje martynikańskim, gwadelupskim czy haitańskim trunkom bardziej wyrazisty aromat oraz smak, doceniane przez szeroką rzeszę koneserów na całym świecie. Na samej Martynice znajduje się aż kilkanaście destylarni rozmaitych marek tego flagowego karaibskiego napitku. W zakładach organizuje się specjalne wycieczki dla turystów, podczas których zapoznają się oni krok po kroku z procesem produkcji i biorą udział w degustacji, co zazwyczaj skutecznie zachęca ich do zakupów w przyfabrycznym sklepiku.
W 1887 r. trafił na Martynikę francuski malarz Paul Gauguin (1848–1903). Przez 5 miesięcy mieszkał blisko plaży w Anse Turin (zatoce Turin), niedaleko miejscowości Saint-Pierre. Miasto to zostało kilkanaście lat później (w 1902 r.) niemal doszczętnie zniszczone podczas potężnej erupcji wulkanu Montagne Pelée (1397 m n.p.m.). Gauguin poszukiwał na wyspie własnej drogi artystycznego wyrazu, odmiennej od stylu rosnących w siłę paryskich impresjonistów. Reprodukcje jego 12 obrazów namalowanych na Martynice umieszczono w lokalnym muzeum. Karaibski eden ma to już do siebie, że potrafi szybko zainspirować nawet tych artystów, którzy znajdują się właśnie na rozstaju dróg.

 

PO CZWARTE – DZIEWICZE WYSPY
Największe z Brytyjskich Wysp Dziewiczych to Tortola, Anegada, Virgin Gorda i Jost Van Dyke. Region ten posiada status terytorium zamorskiego Wielkiej Brytanii. Od zachodu graniczy z należącymi do tego samego archipelagu Wyspami Dziewiczymi Stanów Zjednoczonych.
Ten karaibski raj podatkowy oferuje nieograniczone możliwości uprawiania sportów wodnych: od surfingu oraz wind- i kitesurfingu przez pływanie na nartach wodnych i snorkeling do żeglowania od jednej malowniczej zatoczki do drugiej. Nurkowie zachwycą się na pewno najdłuższą na Karaibach, 29-kilometrową Horseshoe Reef (Rafą Końskiej Podkowy), ciągnącą się koło plaż najdalej na północ wysuniętej Anegady. W jej rejonie czeka na nich nie lada gratka – wraki zatopionych na początku XIX w. statków (HMS Astraea i Donna Paula). Ten płaski fragment lądu zbudowany z wapieni i koralowców zamieszkiwały kiedyś duże stada flamingów karmazynowych (flamingów karaibskich), wytępionych przez ludzi dla ich piór i mięsa. Obecnie podejmuje się starania odtworzenia ich populacji, dlatego ogranicza się liczbę turystów obserwujących te piękne ptaki. Pasjonaci ornitologii powinni mimo to spróbować swojego szczęścia. Na największej i najbardziej zaludnionej Tortoli natomiast w Dolphin Discovery zaprzyjaźnimy się z sympatycznymi delfinami podczas wspólnej kąpieli w Morzu Karaibskim. Na tej wyspie wybierzemy się także na trekking wśród tropikalnej roślinności w Sage Mountain National Park (Parku Narodowym Góry Sage). Z jego punktów widokowych rozpościera się panorama północnego wybrzeża z Jost Van Dyke w tle.
Najcharakterystyczniejszym miejscem Virgin Gordy są skały The Baths – olbrzymie głazy pochodzenia wulkanicznego, które znajdziemy na plaży koło miejscowości Spanish Town. W ich pobliżu uformowały się też naturalne baseny pływowe oraz spektakularne groty. W centrum tej części archipelagu wznosi się szczyt Gorda otoczony parkiem narodowym (Gorda Peak National Park). Warto wspiąć się na niego późnym popołudniem i poczekać na zachód słońca, który barwi okoliczne wody wszelkimi odcieniami ciepłych kolorów: żółtego, pomarańczowego i czerwonego.

FOT. BVI TOURISM

Żeglowanie u wybrzeży Virgin Gordy


W porcie w Great Harbour na Jost Van Dyke cumują liczne jachty i katamarany. Ich pasażerowie relaksują się w lokalnych barach i restauracjach, najczęściej w obleganym Foxy’s Bar. Zresztą całe Brytyjskie Wyspy Dziewicze uważa się za znakomity rejon dla żeglarzy. Wyczarterowanie dobrze wyposażonej łodzi nie stanowi na nich żadnego problemu, a oprócz niej wynajmiemy również załogę. Podczas samotnych rejsów wokół tutejszych piaszczystych, skalistych bądź ukrytych w zieleni brzegów łatwo poczuć się niczym XV-wieczny kapitan statku w drodze do Indii.


PO PIĄTE – WODNE SZALEŃSTWO
Barbados kojarzy się z najstarszą marką rumu na świecie – Mount Gay (istniejącą od 1703 r.) oraz popularną piosenkarką gatunku muzycznego R&B – Rihanną, artystyczną ambasadorką swojej ojczyzny. Nazwę nadali mu podobno portugalscy żeglarze. Jej etymologię wywodzi się od słowa barbado („brodaty”). Według jednej z teorii Europejczyków zadziwiła lokalna odmiana figowca (fikusa), którego system mocno poskręcanych korzeni do złudzenia przypominał im monstrualne bujne brody. Dla jednych przybyszów ze Starego Kontynentu miała to być ziemia obiecana, dla innych – postój w podróży na zachód. Portugalczycy popłynęli dalej i nie skolonizowali wyspy. Zdominowali ją osadnicy angielscy. Dynamiczny rozwój region zawdzięcza uprawie trzciny cukrowej, przywiezionej tu z Brazylii przez Holendrów w pierwszej połowie XVII w. Karaibski klimat sprzyjał szybkiemu wzrostowi roślin, co zapewniało obfite zbiory plonów kilka razy w roku. Wyprodukowany na miejscu cukier oraz rum trafiały potem do Europy albo Ameryki. Do pracy na plantacjach wykorzystywano tanią siłę roboczą – niewolników z Afryki. W takich warunkach fortuny baronów cukrowych rosły w ogromnym tempie. Świadectwo ich zamożności stanowiły okazałe rezydencje wznoszone w sąsiedztwie prężnie działających manufaktur. Wraz ze zniesieniem w 1833 r. niewolnictwa w całym imperium brytyjskim bezpowrotnie minęły czasy świetności tej dochodowej kolonii, dotąd jednej z najważniejszych pośród wszystkich angielskich posiadłości za Atlantykiem.
Dzisiejszy Barbados należy do Wspólnoty Narodów (The Commonwealth) i z Wielką Brytanią łączy go unia personalna. Mimo iż w żyłach większości jego mieszkańców płynie afrykańska krew, kraj ten wydaje się nadal na wskroś brytyjski, z tym, że hektary trzciny cukrowej zastąpiły światowej klasy pola golfowe. Ekskluzywne obiekty kuszą w równym stopniu profesjonalistów, jak i zupełnych nowicjuszy, w obu przypadkach zazwyczaj tych z grubym portfelem. Wyspę chętnie odwiedzają ludzie majętni, a wielu bogatych obcokrajowców utrzymuje na niej swoje letnie rezydencje. Nierzadko są wśród nich gwiazdy show-biznesu, które – chcąc uciec przed ciągłym zainteresowaniem fanów i fotoreporterów z kolorowych pism – nabywają ekstrawaganckie nieruchomości za niebagatelne sumy. Na zachodnim wybrzeżu Barbadosu na białych rajskich plażach nad malowniczymi zatokami w kształcie półksiężyca delikatna morska bryza owiewa ciała plażowiczów zażywających kąpieli słonecznych, podczas gdy czujny barman przygotowuje w cieniu palmy wyśmienite tropikalne koktajle…

 

PO SZÓSTE – TROCHĘ HOLENDERSKIEGO ŁADU
Hiszpańskim konkwistadorom karaibskie archipelagi nie przypadły do gustu (wyjątek stanowiły tu jedynie Kuba, Dominikana i Portoryko). Nie znaleźli na nich najbardziej pożądanego przez nich złota ani żadnych innych wielkich bogactw. Za bezwartościowe i nie nadające się do kolonizacji uznali również 3 nieduże wyspy położone blisko północnego wybrzeża Ameryki Południowej: Arubę, Bonaire, Curaçao (tzw. wyspy ABC). Ich niezaprzeczalne walory dopiero ponad 100 lat później (w pierwszej połowie XVII w.) docenili Holendrzy.
Pomimo wspólnej historii każde z tych terytoriów zdołało zachować swój indywidualny charakter. Arubę rozsławiły zjawiskowe plaże. Niestety, coraz szybciej przeradza się ona w centrum turystyki masowej z licznymi restauracjami, drogimi hotelami, całodobowymi kasynami oraz przystaniami pasażerskimi (Playa w stołecznym Oranjestad) dla gigantycznych statków wycieczkowych pływających po Karaibach.  
W krajobrazie Bonaire dominują dużych rozmiarów kaktusy, krzewy tworzące ciernisty busz, agawy o mięsistych i kolczastych liściach oraz aloesy, wykorzystywane powszechnie w medycynie i kosmetyce. Po rozgrzanych słońcem kamieniach spacerują raczej przyjacielskie legwany. Wybrzeże tylko po części jest tutaj piaszczyste, ale za to lazurowe, przejrzyste wody stanowią marzenie płetwonurków. W Parke Nashonal Washington Slagbaai (Parku Narodowym Washington Slagbaai) rosną natomiast niezwykłe w kształcie drzewa divi-divi (Caesalpinia coriaria), czyli brezylki garbarskie.
Na największej z wysp – Curaçao (444 km² powierzchni), warto odwiedzić jej urokliwą stolicę Willemstad. Tworzą ją m.in. dwie interesujące dzielnice: starsza Punda i nowsza Otrobanda (Otrabanda). Pierwsza to karaibska miniaturowa wersja współczesnego Amsterdamu, druga zaś posiada bardziej kolonialny charakter. W 1997 r. port i historyczne centrum miasta postanowiono umieścić na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wielką popularnością na całym świecie cieszy się także pochodzący stąd likier Curaçao ze skórek gorzkich pomarańczy (laraha), a szczególnie jego wersja w intensywnie kobaltowym kolorze – obowiązkowa pozycja w każdym barze. Drinki na bazie Blue Curaçao przywodzą na myśl błękit morza i nieba na Karaibach.
Zapalonych lingwistów zaciekawi za to z pewnością używany na wyspach ABC przyjemny dla ucha język kreolski papiamento, za którego podstawę posłużyły portugalski i hiszpański. Powstał on w wyniku kontaktów ludzi z różnych kultur, na skutek czego przyswoił sobie również elementy językowe z niderlandzkiego, angielskiego, francuskiego i dialektów afrykańskich. Jeśli wsłuchamy się w rozmowy wyspiarzy, na pewno szybko nauczymy się kilku prostych zwrotów.

 

PO SIÓDME – WCZASY „ALL INCLUSIVE”
Wchodzącą w skład Wielkich Antyli Haiti (Hispaniolę) hiszpańscy odkrywcy nazwali La Española, czyli Małą Hiszpanią. Obecnie jej obszar współdzielą dwa państwa: Haiti oraz Republika Dominikańska. Znacznie lepiej rozwinięta pod względem turystycznym Dominikana przyciąga żywiołowością przyjaznych mieszkańców, zmysłowymi rytmami merengue i bachaty, smakiem soczystych owoców mango oraz aromatem diabelsko mocnej, słodkiej kawy. Jednak przede wszystkim wabi drobnym, białym piaskiem swoich przepięknych plaż na wschodnim wybrzeżu w okolicach przylądka Punta Cana.
Zdecydowana większość przyjezdnych spędza tropikalne wakacje w nadmorskich hotelowych kompleksach oferujących pobyty w standardzie all inclusive. Mimo to polecam zdobyć się na odrobinę odwagi i udać na prowincję, do malowniczych wiosek i sennych miasteczek, gdzie czas zwalnia, a ludzie potrafią cieszyć się życiem i z dumą opowiadają o swoim kraju. Taka jest np. otoczona wspaniałą przyrodą niewielka miejscowość Río San Juan na północy wyspy czy osada Las Galeras nad bajeczną Bahía de Rincón (zatoką Rincón) na samym krańcu półwyspu Samaná. Nieopodal ogromnego słonego jeziora Enriquillo (w pobliżu granicy z Haiti), którego tafla leży poniżej poziomu morza, wśród wybujałych kaktusów spotkamy z kolei niezmiernie fotogeniczne iguany.
Na Dominikanie nie wolno też nie przespacerować się ulicami jej stolicy Santo Domingo, wybudowanej w 1496 r. z inicjatywy brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja. Ducha dawnych kolonialnych czasów poczujemy na pewno między murami dzielnicy Ciudad Colonial (Zona Colonial), podlegającej od 1990 r. ochronie organizacji UNESCO. Możemy w niej podziwiać m.in. Catedral Primada de América (Pierwszą Katedrę Ameryki), wzniesioną w latach 1521–1541, stanowiącą centrum pierwszej archidiecezji katolickiej w rejonie Nowego Świata, oraz najstarszą rezydencję wicekróla hiszpańskich włości w Ameryce – Alcázar de Colón, obecnie pełniącą funkcję Museo Alcázar de Diego Colón (Muzeum Alcázar Diega Kolumba).
Wyspę wybierają również często amatorzy gry w golfa. Przygotowano tu dla nich wiele świetnie wyposażonych ośrodków z polami czynnymi okrągły rok. Jak widać więc, Republika Dominikańska ma wiele oblicz. Nie zawiedzie zatem ani turystów spragnionych ekskluzywnych wczasów, ani poszukiwaczy kontaktu z codzienną rzeczywistością mieszkańców. To tyczy się zresztą całych Karaibów, niezmiennie od lat fascynujących podróżników z Europy i tak bardzo atrakcyjnych i czarujących, że nie da się w nich nie zakochać.

Artykuły wybrane losowo

Meksyk i trzeci ocean

MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Więcej…

Zachwycająca przygoda w Meksyku

EWA ZAMIECKA

 

                                                                                                             FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< Gdy poszukujący złota Hiszpanie pod wodzą Hernána Cortésa przybyli w 1519 r. do kontynentalnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, nie spodziewali się znaleźć tutaj zbyt rozwiniętej cywilizacji i wielkich kamiennych miast. Ogrom i bogactwo tych ziem musiały jednak ich zachwycić, bo zapragnęli przyłączyć je do swojego królestwa. Tak powstała Nowa Hiszpania, która po trzech stuleciach wyzwoliła się spod władzy kolonizatorów, aby przeistoczyć się m.in. w barwny Meksyk, gdzie dziś obok hiszpańskiego funkcjonuje aż 67 języków urzędowych (np. náhuatl, maja, mixtec czy tzeltal). Ta dawna kraina Majów, Azteków i Zapoteków przyciąga obecnie każdego roku miliony turystów z całego świata. >>

Nazwa México pochodzi z języka z grupy uto-azteckiej – náhuatl, rozpowszechnionego przez Azteków. Jej znaczenie nie zostało jednak do końca wyjaśnione. Meksyk to dzisiaj jedno z najludniejszych państw naszego globu – ma prawie 115 mln mieszkańców. Posiada powierzchnię ponad 6 razy większą od Polski (niemal 2 mln km²). Jest ojczyzną rozśpiewanych muzyków mariachi, charyzmatycznej malarki Fridy Kahlo i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Octavia Paza.

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.