ROBERT GONDEK „GERBER”
www.stronagerbera.pl


<< Malawi, położone w południowo-wschodniej części Czarnego Lądu, bywa często nazywane „gorącym sercem Afryki”, choć temperatury panują w nim niższe niż w innych okolicznych państwach w rejonie klimatu podrównikowego. Dzieje się tak dlatego, że znaczną jego część stanowią wyżyny i płaskowyże wznoszące się na wysokość ponad 1000 m n.p.m. Te warunki upodobały sobie szczególnie zwierzęta, których różnorodność gatunkowa w tym regionie potrafi zaskoczyć niejednego wytrawnego miłośnika podróży. >>

 

Terytorium Malawi rozciąga się wzdłuż Wielkiego Rowu Zachodniego (części Wielkich Rowów Afrykańskich). Graniczy z Tanzanią, Zambią oraz Mozambikiem. Zajmuje powierzchnię ponad 118 tys. km2, z czego prawie 20 proc. stanowią wody jeziora Malawi. Żyje tu niemal 17 mln ludzi, z których zdecydowana większość (ok. 60 proc.) należy do ludu Chewa, posługującego się językiem cziczewa (chichewa, chewa). Funkcję stolicy pełni 1-milionowe Lilongwe.
Pierwszym skojarzeniem, które przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o tym kraju, jest jezioro Malawi. To jednak nie jedyna jego atrakcja. Poza nim warto odwiedzić znakomity na kilkudniowe trekkingi masyw Mlandżi (Mulanje), niezatłoczone parki narodowe i rezerwaty pełne dzikich zwierząt (Park Narodowy Liwonde, Rezerwat Przyrody Majete – Majete Wildlife Reserve, Rezerwat Przyrody Nkhotakota – Nkhotakota Wildlife Reserve), jak również malownicze płaskowyże Nyika i Zomba. Europejscy turyści na razie rzadko wybierają Malawi jako cel swoich podróży, więc mamy w nim szansę obcować z prawdziwie afrykańską przyrodą w ciszy i spokoju oraz zobaczyć dziewicze miejsca, do których docierają tylko pojedyncze osoby.

 

NAD JEZIOREM
Malawi (znane również pod nazwą Niasa), powstałe w wyniku ruchów tektonicznych na obszarze Wielkich Rowów Afrykańskich, stanowi trzecie pod względem powierzchni jezioro Afryki (ma prawie 30 tys. km²). Jego długość wynosi ok. 580 km i, chcąc nie chcąc, w tracie podróży po tym kraju w pewnym momencie zawsze w końcu staniemy nad jego brzegiem. Warto jednak odbyć tę wycieczkę, ponieważ dzięki niej przekonamy się, jak ogromny wpływ wywiera ten akwen na życie Malawijczyków. Szczególnie polecam odwiedzić tutaj zatokę Senga (Senga Bay) czy przylądek Maclear.
Mieszkańcy Malawi traktują jezioro przede wszystkim jako źródło pożywienia. Wzdłuż wybrzeża co kilka kilometrów leżą wioski rybackie. Rybołówstwo to ważna dziedzina gospodarki tego jednego z najbiedniejszych afrykańskich państw. Ze względu na łatwą dostępność ryby zajmują znaczącą pozycję w malawijskiej diecie. Niestety, ich populacja systematycznie się zmniejsza. Dlatego też obserwuje się obecnie wyraźny spadek liczby połowów. Poza tym rybacy odławiają coraz mniejsze okazy, bo zapotrzebowanie jest tak duże, że zwierzęta nie zdążają osiągnąć rozmiarów dorosłego osobnika. Jeśli ta sytuacja się utrzyma, wkrótce Malawi stanie przed ogromnym problemem.
Najczęściej poławia się tu przypominające sardynki rybki z rodziny karpiowatych, zwane usipa, wykorzystywane jako dodatek do potraw. Każdego ranka do brzegu przybijają pełne ich łodzie. Sprzedawane na wiadra lądują na ogromnych suszarkach (usytuowanych przeważnie gdzieś w najbliższej okolicy), na których wysychają w promieniach słonecznych przez półtora dnia. Oprócz nich do popularnych gatunków należą mcheni, kampango oraz uznawana za najsmaczniejszą – chambo.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Na plażach jeziora Malawi ujrzymy dziesiątki łodzi rybackich


Nad jeziorem Malawi chętnie wypoczywają nie tylko Malawijczycy, ale również zagraniczni turyści. Zainteresowaniem cieszy się zwłaszcza znajdujący się na jego południowym krańcu przylądek Maclear. Ustanowiony na nim w 1980 r. Park Narodowy Jeziora Malawi (Lake Malawi National Park) był pierwszym takim terenem chronionym na świecie założonym na zbiorniku słodkowodnym. W 1984 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Na przylądek Maclear docieram po tygodniu podróży przez Malawi. Pierwsza rzecz, o której marzę, to wykąpanie się w krystalicznie czystej wodzie. Aby zrealizować ten pomysł, wybieram się na wycieczkę na pobliską wyspę Thumbi West – najlepsze miejsce do uprawiania snorkelingu. Początkowo trochę się dziwię popularności tej okolicy, ale po przepłynięciu kilku metrów już wiem, dlaczego amatorzy nurkowania tak ją doceniają. Dzięki niezwykle przejrzystej wodzie setki kolorowych rybek są naprawdę na wyciągnięcie ręki. Niejedna rafa koralowa nie może równać się z tym widokiem. Co ciekawe, wiele tutejszych gatunków hoduje się w domowych akwariach.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Złowione rybki usipa rozkłada się na ogromnych suszarkach


Nurkowanie to nie jedyna atrakcja w tym rejonie. Razem z przewodnikiem podpływamy w kierunku zalesionej części wyspy. W pewnym momencie chłopak gwiżdże i rzuca jak najdalej jedną z małych ryb (najprawdopodobniej mcheni), które ma na łodzi. Z drzewa zrywa się ptak z białą głową i ciemnymi skrzydłami. Krąży chwilę nad nami, po czym gwałtownie pikuje, łapie w szpony zdobycz i odfruwa. To bielik afrykański. Jak się okazuje – ich karmienie należy do elementów tej wycieczki. Scena powtarza się jeszcze kilkakrotnie. Gdy poczęstunek nam się kończy, wracamy na brzeg.

 

WŚRÓD SŁONI
Słońce chyli się powoli ku zachodowi. Fantastycznie oświetlony busz, baobaby i drzewa gorączkowe (fever trees) wywołują niesamowite wrażenie. Jestem w Parku Narodowym Liwonde, jednym z najważniejszych w Malawi. Wprawdzie nie natkniemy się w nim na całą Wielką Piątkę Afryki (słonia, nosorożca czarnego, lwa, bawoła i lamparta), ale na różnorodność fauny nie sposób narzekać. Najwięcej żyje tutaj słoni. Oprócz nich spotkamy także wiele gatunków ptaków (ponad 400!), guźce, antylopy (w tym bardzo rzadkie antylopy szablorogie), hipopotamy, bawoły, koczkodany, pawiany i krokodyle.
Zmierzch zastaje nas nad rzeką Shire (największą w Malawi). W ciągu paru chwil zapada całkowita ciemność. Czas rozpocząć nocne safari. Zastanawiam się, czy zobaczę jakieś zwierzę, bo ciężko w tych warunkach dostrzec cokolwiek. Mamy wprawdzie mocną latarkę, którą oświetlamy sobie drogę, ale nic nie widzimy. Czyżby było za wcześnie? Nagle słyszymy, że w pobliskich krzakach coś się poruszyło. Stajemy i czekamy. Naszym oczom ukazuje się małpiatka! Pierwszy raz udało mi się na nią natknąć. Niedługo potem przed samochodem przebiega cyweta afrykańska, a zaraz za nią pojawia się dumnie kroczące stado słoni. Nasza wyprawa zakończyła się więc sukcesem.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Park Narodowy Liwonde to dom ok. 900 słoni i 2 tys. hipopotamów


Przede mną noc w buszu. Leżę w łóżku pod moskitierą. Na zewnątrz robi się coraz głośniej. Do moich uszu dobiegają odgłosy słoni łamiących gałęzie i hipopotamów żerujących nad rzeką oraz cykanie świerszczy. Raz na jakiś czas ptak rozedrze się przeraźliwie. Pawiany, koczkodany i inne małpy skaczą po drzewach. Guźce węszą tuż obok domku. To sam środek Afryki. Wsłuchuję się w te dźwięki i czuję się szczęśliwy, że tu jestem. Przeżywam właśnie najwspanialsze chwile podczas pobytu w parku narodowym. Z wrażenia nie mogę zasnąć.
Następnego dnia rano, o godz. 8.00, ruszam w rejs po Shire. Już na początku spotykam stado kilkunastu słoni w wodzie. Przyszły do rzeki, żeby schronić się przed upałem. Wyglądają na mniejsze niż te, które widywałem w Tanzanii i RPA. Nie boją się ludzi. Wokół grupy kręci się beztroskie słoniątko. Wdrapuje się na starsze zwierzęta, potem zanurza się pod powierzchnię. Z wody wystaje mu teraz śmiesznie tylko trąba.  

 

WBREW PRZESĄDOM
Jedynym szczytem na terytorium Malawi mierzącym więcej niż 3000 m n.p.m. (dokładnie 3002 m n.p.m.) jest Sapitwa w masywie górskim Mlandżi w pobliżu granicy z Mozambikiem. Jego nazwa w tłumaczeniu oznacza „miejsce, do którego ludzie nie chodzą”. Otóż Malawijczycy wierzą, że tę okolicę zamieszkują różne bóstwa, które odpowiadają za zaginięcia ludzi w tym rejonie. Ci, którzy nie przestrzegają zasad, zostają ukarani przez duchy i gubią drogę. Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, z tego właśnie powodu lokalna ludność obawia się góry Sapitwa i ją omija.
Mimo wszystko postanawiam zdobyć ten szczyt. Trekking nie zapowiada się ciężki. Nie przewiduję żadnych trudności technicznych ani konieczności wspinania się, dlatego bardzo się dziwię, gdy mój przewodnik pojawia się z liną wspinaczkową. Okazuje się, że przy deszczowej pogodzie szlak w niewielkiej odległości od wierzchołka staje się wyjątkowo śliski. Mam jednak nadzieję, że tym razem korzystanie z tego typu pomocy nie będzie konieczne.
Wyprawę rozpoczynam w niewielkiej wiosce o nazwie Likhubula. Planuję spędzić w górach trzy dni – na Sapitwę zamierzam wejść drugiego. Trasa początkowo prowadzi przez kolorowy, nieco wyschnięty las. Nie jest stromo. Ścieżka przeplata się z zapomnianą drogą, po której już dawno nikt nie jeździ. Od czasu do czasu mijam strumyk, tworzący urocze wodospady i oczka wodne. Warto przy nich odpocząć i nieco się orzeźwić w chłodnej wodzie. Po ponad trzech godzinach marszu dochodzimy do przełęczy, z której rozpościera się wspaniały widok na skaliste szczyty mierzące ponad 2000 m n.p.m. Cel dzisiejszej wędrówki – nowe schronisko Chisepo Hut (2219 m n.p.m.), osiągamy po kolejnych dwóch godzinach.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Sapitwa – najwyższy szczyt masywu Mlandżi i zarazem Malawi


Wieczorem nad masywem Mlandżi zbierają się chmury. Promienie zachodzącego słońca nadają im niesamowite kolory i kształty. Po chwili niebo przecinają błyskawice. To zła wróżba na następny dzień, ale mimo to liczę, że pogoda będzie mi sprzyjać.
Podmuchy wiatru targają chatką, w której śpię. Zgodnie z planem wstajemy już o godz. 5.00. Niestety, wszystko tonie we mgle i leje deszcz. Nie możemy wyruszyć ze schroniska. W ciągu kolejnych godzin sytuacja się nie zmienia. W takich warunkach granitowe skały są zbyt śliskie. Musimy pozostać w Chisepo Hut przez cały dzień. Zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem przesądni Malawijczycy nie mają racji. Wieczorem pogoda nieco się poprawia, a gdy następnego dnia budzimy się wczesnym rankiem i nieśmiało wyglądamy przed chatkę, wita nas słońce. Nie przejmujemy się więc przestrogami i kontynuujemy naszą wędrówkę.
Początkowo szlak prowadzi po stromej skale. W kilku miejscach pomagam sobie rękoma. Potem przeciskamy się pomiędzy gigantycznymi głazami, uschniętymi gałęziami i korzeniami. Nasze nogi ślizgają się po podłożu, ale na szczęście nie potrzebujemy liny. Pokonujemy labirynt prowadzący między ogromnymi skalnymi bryłami. Przechodzimy pod nimi, a na koniec wkraczamy do tunelu i – podpierając się na rękach – wdrapujemy się coraz wyżej. Wreszcie stajemy na wierzchołku! To już ósma afrykańska góra, którą udało mi się zdobyć. Sąsiednie szczyty toną w chmurach, wśród których Sapitwa wygląda niczym samotna wyspa. Biała zasłona podnosi się jednak wyżej, więc szybko schodzimy, aby jak najkrócej iść we mgle.
Mijają nas mężczyźni niosący na głowach pnie drzew. Biegiem, na bosaka śmigają w dół, jak gdyby nie czuli ich ciężaru. Oni dźwigają ponad 20-kilogramowe drągi, a ja ledwo utrzymuję równowagę. Ku radości mojego zmęczonego ciała docieramy w końcu do Likhubuli. To było 11 godzin intensywnej wędrówki. Jestem niezmiernie szczęśliwy. Udało mi się zdobyć Sapitwę, chociaż podobno ludzie tam nie chodzą…

 

MALAWIJSKIE KULINARIA
Z moich doświadczeń wynika, że najlepsze afrykańskie przysmaki oferują małe wiejskie targi, przydrożne bary, restauracje i stragany. Malawi nie odbiega od tej zasady. Jednak stołowanie się w takich miejscach należy często do wyzwań dla odważnych. Dla wytłumaczenia posłużę się przykładem. Nad brzegami jeziora Malawi prażące słońce rozgrzewa powietrze do temperatury ponad 30°C. W niewielkiej wiosce przy drodze stoją stragany z kozimi głowami i świeżym mięsem. Tuż obok, na skleconych z gałęzi stołach leżą ryby: setki malutkich suszonych usipa, większych mcheni i kampango oraz najlepsze spośród nich chambo. Nad targowiskiem lata mnóstwo natrętnych much. Nikomu jednak to nie przeszkadza. W pobliżu ktoś kroi świeżutkie ziemniaki i wrzuca do garnka ze skwierczącym olejem. Możemy być pewni, że ryba podana w tutejszej restauracji pochodzi właśnie z któregoś z tych straganów. Do niej otrzymamy do wyboru nsimę (potrawę przygotowywaną z mąki kukurydzianej lub kassawy), ryż albo wyśmienite frytki. Ja przeważnie decydowałem się na te ostatnie. Bez wahania stwierdzam, że były to najsmaczniejsze frytki, jakie w życiu jadłem.
Na terenach położonych w większej odległości od jeziora najczęściej dostaniemy nsimę z dodatkiem kurczaka lub koźliny oraz liści lokalnych warzyw. W Malawi spotkamy też dużo egzotyczniejsze potrawy. Jadąc z lotniska położonego kilkanaście kilometrów od centrum stołecznego Lilongwe, zauważamy małych chłopców trzymających w rękach patyki z kilkoma upieczonymi myszami. Tego specjału nie odważyłem się spróbować. Innym razem dostrzegamy przyrządzone w podobny sposób malutkie ptaszki. Nie udało mi się ustalić, jakiego były gatunku, wiem tylko, że zjada się je niemal w całości, pozostawiając jedynie wyjątkowo twarde długie nóżki. Na obszarach wiejskich i zalesionych popularne są również małpy, koniki polne czy latające mrówki. Dla nas brzmi to niezmiernie osobliwie, ale dla mieszkańców Afryki to codzienność. Tu, gdzie zdobycie pożywienia staje się często trudnym zadaniem, trzeba nauczyć się korzystać ze wszystkiego, co daje natura.
Posiłki w Malawi zazwyczaj spożywa się palcami. Dlatego w każdej restauracji dostaniemy do dyspozycji miskę z wodą i mydło, aby móc umyć ręce przed jedzeniem. Przeważnie otrzymamy także sztućce, ale nie wszędzie (dotyczy to szczególnie odleglejszych regionów kraju).
Malawijczyków najczęściej zobaczymy z butelką Greena, czyli piwa marki Carlsberg w zielonych szklanych butelkach. Za największy lokalny przysmak uchodzi natomiast trunek zwany Chibuku, wytwarzany z kukurydzy lub sorga. Według mojego subiektywnego odczucia, w smaku przypomina kefir z niewielką domieszką alkoholu. Piwo Chibuku sprzedaje się w kartonowych pudełkach. Podobno najmocniejsze i najsmaczniejsze jest po trzech dniach od daty produkcji, jednak trudno ją dokładnie określić, gdyż nie umieszcza się jej na opakowaniach. Jeśli ktoś nie gustuje w tego typu napojach, zawsze pozostaje mu obecna praktycznie wszędzie coca-cola.
Niektórym Europejczykom malawijskie przysmaki wydają się zbyt egzotyczne. Ja pobyt w Afryce bez próbowania lokalnej kuchni uważam za stracony.

 

AFRYKA W ORYGINALE
Podróżowałem po Republice Malawi przez trzy tygodnie. W trakcie tej wyprawy utwierdziłem się w przekonaniu, że Afryka to nie tylko popularne RPA, Tanzania czy Kenia. Im mniej uczęszczany kierunek wybierzemy, tym większą mamy szansę na ujrzenie autentycznego oblicza tego fascynującego kontynentu, nieskażonego masową turystyką, oraz na obcowanie z dziką przyrodą w samotności. Tak wyglądała moja malawijska przygoda. Pomimo pełni sezonu podczas odwiedzania największych atrakcji kraju – Parku Narodowego Liwonde, masywu górskiego Mlandżi, jeziora Malawi – nie towarzyszyły mi tłumy. Mogłem spokojnie delektować się pięknem przyrody, wsłuchiwać w tajemnicze odgłosy buszu, wspinać się na szczyty czy nurkować w krystalicznie czystej wodzie. Chcecie zobaczyć prawdziwą Afrykę? Jedźcie koniecznie do Malawi!

Artykuły wybrane losowo

Dominikana – raj dla każdego

MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

Więcej…

Iran – oaza w niespokojnym świecie

 

Marcin Wesołowski

www.wesolowski.co

 

Fantazyjne formacje skalne w pobliżu niezmiernie gorącego miasta Szahdad

kalout-kerman-iran-001

 © MR HASSANI/GOLDENDAYS TRAVEL GROUP/WWW.KERMAN.IRANGOLDENDAYS.COM

 

Współcześnie trudno ignorować kwestie bezpieczeństwa. Strach coraz częściej wpływa na decyzje o podróżach, a miejsca uchodzące jeszcze nie tak dawno za idealny cel wakacyjnych wyjazdów, takie jak Tunezja, Egipt czy Turcja, przestały się cieszyć dużą popularnością. W niezwykle interesującym świecie islamu na pierwszy plan zaczął wysuwać się jednak w ostatnim czasie kraj, który choć kiedyś został uznany za państwo osi zła przez prezydenta USA George’a W. Busha, dziś jawi się jako oaza spokoju na Bliskim Wschodzie. Co sprawia, że Iran kusi coraz większe rzesze podróżnych? Wpływa na to z pewnością kilka czynników. Oficjalną religią w tej teokratycznej republice jest islam szyicki, nurt, który ma zdecydowanie mniej wyznawców na świecie i w tym jego regionie niż sunnizm. Wiele osób fascynuje niezmiernie długa i ciekawa historia dawnej Persji, a także sami jej mieszkańcy, różniący się znacznie od Arabów. Ten bezpieczny i przyjazny dla zagranicznych gości kraj staje się dzisiaj znakomitą alternatywą dla osób interesujących się wyprawami na Bliski Wschód.

 

Pierwsze miesiące 2015 r. wyznaczały nowy kierunek, w którym podążać miał Iran. Wzdłuż alei Ferdousiego, jednej z głównych ulic jego stolicy Teheranu, codziennie zbierały się tłumy ludzi nerwowo sprawdzających kursy walut. Trwały właśnie intensywne negocjacje władz państwa z przedstawicielami mocarstw nuklearnych w sprawie zamrożenia irańskiego programu atomowego, otwarcia się na świat i anulowania nałożonych przed laty sankcji spowalniających rozwój gospodarki. Zanim podpisano ostateczne porozumienie normalizujące stosunki między zainteresowanymi stronami, w tym przede wszystkim z USA, pojawiły się pojedyncze znaki wskazujące na to, że w Iranie nadchodzą zmiany. Dzięki liberalizacji przepisów wizowych, braku nie tak dawnych długich kontroli na granicy i wciąż zwiększającej się liczbie tanich lotów z Europy do Teheranu o tym kraju mówiło się coraz lepiej i więcej.

 

My w naszą podróż ruszaliśmy z mnóstwem pytań, na które odpowiedzi szukaliśmy z pomocą jednego z tutejszych najbardziej znanych prywatnych przewodników. W młodości, za panowania ostatniego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego (1919–1980) latał wojskowymi myśliwcami. Po irańskiej rewolucji islamskiej z 1979 r. postanowił jednak nie wiązać się z władzami i przez całe swoje życie konsekwentnie pracował jako mały przedsiębiorca. Podczas zwiedzania najpopularniejszych miejsc w Iranie poznawaliśmy ten kraj dzięki długim rozmowom z Alim i spotkaniom z Irańczykami, w trakcie których nasz towarzysz służył za tłumacza.

 

Miasto kontrastów

 

Trudno opowiadać o Teheranie jak o klasycznej atrakcji turystycznej. Jest inny od pozostałych tutejszych miast i regionów, podobnie jak Nowy Jork nie przypomina reszty Stanów Zjednoczonych, Taszkent – Uzbekistanu, a Moskwa – Rosji. To miejsce, które przyjezdni często po prostu omijają i od razu wyruszają na poszukiwania Persji z Księgi tysiąca i jednej nocy. Mimo wielu negatywnych opinii o irańskiej metropolii, jej złej jakości powietrzu i ogromnym ruchu samochodowym, zdecydowanie warto zostać w niej choć na chwilę, gdyż taka wizyta pozwoli nam lepiej zrozumieć współczesny Iran.

 

Wszystkie zmiany w kraju zawsze rozpoczynają się w Teheranie i nic nie dzieje się tu bez ostatniego słowa teherańczyków. W mieście współistnieją ze sobą równoległe, a przy tym bardzo odmienne światy. Z jednej strony stanowi ono centrum reżimu ajatollahów, ale z drugiej uchodzi za najbardziej tolerancyjne i otwarte na różnorodność miejsce w Iranie. Stolicę charakteryzują bardzo widoczne granice – północna jej część to oaza bogatych i liberalnych mieszkańców, w rejonie południowym żyją biedni obywatele o najczęściej konserwatywnych poglądach. Niełatwo jest poznać i zrozumieć Teheran, podobnie jak i się po nim poruszać. Jego główne atrakcje są znacznie od siebie oddalone, dlatego warto przemieszczać się pociągami teherańskiego metra i od czasu do czasu skorzystać z usług taksówkarzy.

 

Na początku podróży po tym kraju nic nie będzie bardziej wymowne i symboliczne niż wizyta przed byłą amerykańską ambasadą. Jej zajęcie w trakcie irańskiej rewolucji islamskiej przyczyniło się do zerwania stosunków dyplomatycznych między oboma państwami. Spacer wzdłuż murów, na których wymalowano antyamerykańskie hasła, przypomina o ostatnich trudnych dziesięcioleciach i uświadamia, jak długą drogę Iran przebył od tamtego czasu do dziś.

 

W Teheranie pełno jest muzeów i pałaców, jednak o wiele ciekawsze wydaje się obserwowanie życia jego mieszkańców. Odwiedziny na Wielkim Bazarze są idealną okazją, aby zobaczyć Irańczyków w codziennych sytuacjach, a nic nie prezentuje lepiej kultury i zasad ta’arofu, czyli irańskiej etykiety, niż zachowania i rozmowy teherańczyków na tym targowisku leżącym w sercu miasta. Żeby podejrzeć, jak miejscowi spędzają czas wolny, warto z kolei wybrać się do znajdującego się na wzgórzu Darbandu, jednej z najpopularniejszych oaz w stolicy, która dzięki położeniu na dużej wysokości pozwala schronić się przed smogiem i zgiełkiem.

 

Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na chwilę przed teherańską Wieżą Azadi. Paradoksalnie w kraju, gdzie nadal niektóre wolności bywają ograniczane, najważniejszym symbolem jest właśnie 45-metrowa Wieża Wolności. Zbudowano ją w 1971 r. z okazji obchodów 2500-lecia imperium perskiego. To miejsce było jedną z głównych aren irańskiej rewolucji, która obaliła rządy ostatniego szacha i ustanowiła Islamską Republikę Iranu. Pod nią też w 2009 r. zbierali się protestujący, gdy w wyniku sfałszowanych wyborów Mahmud Ahmadinedżad (Mahmud Ahmadineżad) wybrany został na drugą kadencję prezydencką.

 

Północny Teheran osłaniany przez imponujące pasmo górskie Elburs

DSCF8854

 

 

Święte miasto

 

W czerwcu 2009 r., podczas kampanii prezydenckiej jeden z najbardziej konserwatywnych szyickich duchownych kraju – ajatollah Mohammad Tagi Mesbah-Jazdi – wydał podobno fatwę (religijne rozporządzenie mające moc prawną) stanowiącą, że ludzie odpowiedzialni za przeprowadzanie wyborów mogą nimi manipulować tak, aby wygrał kandydat najwierniejszy zasadom islamu. Zwyciężył wspomniany bardzo niepopularny MahmudAhmadinedżad, człowiek, który konsekwentnie utwierdzał Zachód w przekonaniu, że Iran jest państwem terrorystycznym, a samych Irańczyków pchał (jak się zdawało, wbrew ich własnej woli) w objęcia fundamentalizmu religijnego nakazującego kontrolować każdy aspekt życia ludzkiego.

 

W trakcie lądowania na Międzynarodowym Lotnisku ImamaChomejniego można zauważyć biegnącą w nieskończoność, dziwną jasną nitkę pośród całkowitej ciemności. Jeśli przyjrzymy się jej dokładnie, zdamy sobie sprawę z tego, że to droga. Ta rzęsiście oświetlona autostrada łączy Teheran z oddalonym od niego o ok. 125 km na południowy zachód miastem Kom (Ghom). Jedzie nią każdy udający się na zwiedzanie Iranu turysta. Ma ona pokazywać, jak ważne miejsce na tutejszej mapie stanowi ten niepozorny ośrodek. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Kom słynie z produkcji dwóch rzeczy – świetnych słodyczy i licznych mułłów, szyickich duchownych, którzy trzymają w ryzach cały kraj.

 

W Iranie popularna była jeszcze niedawno opowieść o tym, jak diabeł spędza swój tydzień. Z reguły cztery dni w tygodniu przebywa w USA, czasem wejdzie do głowy prezydenta Baracka Obamy, czasem namiesza w umysłach republikanów, bo z nimi ma łatwiej. Na pozostałe trzy dni wraca natomiast na szkolenie do Kom. To jedno z najświętszych i najważniejszych miast dla szyitów. Odwiedziny w nim i poznanie jego historii pomagają zrozumieć specyfikę regionu, w jakim znajduje się Iran.

 

Islam szyicki, religia dominująca w państwie od czasów panowania dynastii Safawidów (1501–1736), jest inny niż sunnicki. Oprócz różnic w doktrynie, które pojawiły się już po śmierci proroka Mahometa w 632 r., odmienne zasady dotyczą też życia codziennego. Gdy Persja została podbita przez Arabów, przyjęła nowy system religijny, ale bardzo szybko dostosowała go do swojej starej i bogatej kultury. Nie zaakceptowano m.in. reguły nakazującej niszczenie wizerunków ludzi i zwierząt. Irańczycy nie mogą zapomnieć o tym, że najeźdźcy zdewastowali mnóstwo perskich zabytków w pierwszych dziesięcioleciach swojego panowania. Co ważniejsze jednak, szyizm uznaje, iż tekst Koranu podlega interpretacjom, które opracowują szyiccy duchowni. Sunnici, czyli 87–90 proc. muzułmanów na świecie, uważają szyitów za heretyków. Niechęć i nieufność są szczególnie widoczne między Irańczykami i Arabami, ale wynikają one nie tylko z różnic religijnych, lecz także uwarunkowań historycznych i kulturowych. Persowie (stanowiący większość w Iranie – ok. 65 proc. populacji) to dumny i bardzo stary naród, który ludy arabskie uważa za prostych mieszkańców pustyni żyjących w sztucznych krajach stworzonych przez kolonialne potęgi i utrzymujących się wyłącznie dzięki wydobywaniu ropy. Napięcia między zwolennikami szyizmu i sunnizmu istniały od zawsze. Jednak współcześnie stały się jeszcze bardziej jaskrawe ze względu na działalność Państwa Islamskiego, którego Irańczycy są wielkimi przeciwnikami.

 

Kom jest miastem niezmiernie konserwatywnym. Pielgrzymują do niego ogromne rzesze wiernych nie tylko z Iranu. Mimo to szyicki fundamentalizm wciąż pozostaje bardzo daleki od ideologii terrorystycznego Państwa Islamskiego.

 

W perskiej baśni

 

Po opuszczeniu Teheranu i Komu podróżnicy przemierzają coraz bardziej pustynne krajobrazy kraju i powoli wkraczają w baśniowy świat Persji, o którym marzyli przed wyjazdem. Po wjechaniu do miasta Isfahan trafia się w końcu do tej fantastycznej krainy. Plac Nagsz-e dżahan, inaczej zwany też placem Imama, stanowi pępek irańskiego wszechświata. To przy nim znajdują się najpiękniejsze zabytki perskiej architektury – Meczet Szejka Lotfallaha, pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) i Meczet Imama. Ich widok zapiera dech w piersiach. Turystów zachwyca także pełen życia bazar, którego bramy przylegają do rozległego placu Imama. Niesamowitych wrażeń dostarcza również oaza spokoju, jaką jest dziedziniec Hotelu Abbasi. Tutaj mogliśmy wypić najpiękniej podaną herbatę w cudownych wiosennych promieniach słońca. Taką chwilę trudno zapomnieć.

 

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że Isfahan nie należy do spokojnych miejsc. Łatwo zaobserwować w nim wzrost ruchu turystycznego, a co za tym idzie, postępującą komercjalizację i napływ tanich pamiątek. Miasto było popularne na długo przed niedawnym otwarciem się Iranu na świat, dlatego jeśli ktoś planuje kupić rękodzieło, nie powinien raczej robić tego na fascynującym isfahańskim bazarze, lecz skorzystać z takiej okazji w Szirazie.

 

Wspomnienie imperium

 

Plac Nagsz-e dżahan w centrum Isfahanu

Isfahan 2

© PARS TOURIST AGENCY/KEY2PERSIA.COM

 

Z Isfahanu większość turystów wybiera się na południe, do ruin antycznego Persepolis położonych obok wspomnianego miasta Sziraz. W tym ostatnim urodził się w pierwszej połowie XIV stulecia jeden z najzdolniejszych i najbardziej podziwianych poetów perskich Hafiz (Hafez). Sziraz fascynuje swoją ciekawą historią. Poza tym produkowano w nim kiedyś najlepsze wino na Bliskim Wschodzie. Dziś jest miastem uczciwych handlarzy, szczyci się pięknym Różowym Meczetem, wspaniałymi świątyniami i majestatyczną Cytadelą Karima Chana, w której obecnie mieszczą się pracownie lokalnych artystów. Choć w porównaniu z wcześniej odwiedzonymi przez nas dużymi ośrodkami to prawdziwa oaza, jako miłośnika historii ciągnęło mnie do pobliskich słynnych ruin starożytnego miasta Persepolis. W końcu słyszałem i uczyłem się o nim, będąc jeszcze dzieckiem.

 

W już niemal letnich promieniach słońca wkraczaliśmy do miejsca, które było świadkiem wielkiej historii. Aby do niego dotrzeć, przemierza się bajkowe krajobrazy rozpościerające się wokół drogi łączącej Isfahan z Szirazem i wspina się na wysokie wzniesienia gór Zagros (z najwyższym punktem Zard Kuh – 4548 m n.p.m.). W ten sposób trafia się do prawdziwego serca Persji. Stąd wywodzi się wszystko, co w tej krainie najważniejsze, łącznie z jej nazwą. Ostan (rodzaj jednostki administracyjnej) Fars, stanowi region symboliczny, z którym związane są pasjonujące dzieje narodzenia i upadku imperium. Nazwa ta pochodzi od staroperskiego słowa „Pârs”, została zmieniona przez Arabów ze względu na brak głoski „p” w języku arabskim.

 

Równie piękne słońce jak podczas naszej wizyty świeciło nad całym tym rejonem, gdy w połowie października 1971 r. ostatni irański szach, Mohammad Reza Pahlawi, postanowił zwrócić oczy świata na swoją ojczyznę i pokazać wszystkim, że Iran jest potężny, ale również szczyci się niezmiernie bogatą kulturą i długą historią. Jak opowiadają Irańczycy, Amerykanie z wielkich firm zatrudnieni w tych stronach powszechnie żądali dodatków za pracę w tym „dzikim kraju”. Ówczesny władca chciał więc przekonać światową opinię publiczną, że jego państwo to spadkobierca wspaniałej cywilizacji. Okazją do tego miały być obchody 2500. rocznicy powstania imperium Persów z pięciodniową uroczystością w Persepolis. Mohammad Reza Pahlawi wiedział, że może sobie pozwolić na każdą formę ekstrawagancji. Petrodolary stale zasilały budżet Iranu, który wciąż się rozwijał. Mimo to nie robiono zbyt wiele, aby poprawić los zwykłych ludzi. W społeczeństwie narastało niezadowolenie, coraz większe wpływy zaczynali zyskiwać szyiccy mułłowie. W październiku 1971 r. świat miał być świadkiem ponownego narodzenia imperium, odrodzenia Persji. Przygotowania do obchodów trwały 10 lat. Wybudowano nowe drogi i lotniska i stworzono całą niezbędną infrastrukturę. Jednak wszystkie te starania tak naprawdę przyczyniły się jedynie do upadku władzy. Najgłośniej grzmiał ajatollah Ruhollah Chomejni (1902–1989) nazywający całe przedsięwzięcie festiwalem diabłów. Inni wypominali szachowi marnotrawienie publicznych pieniędzy, opowiadali o luksusowych namiotach przeznaczonych dla prawie 60 przywódców z całego świata, w których łazienki wykonano z marmuru. Natomiast wykwintne jedzenie i wina dla gości miały być transportowane z paryskiej restauracji „Maxim’s”. Choć Iran rzeczywiście olśnił wszystkich swoim bogactwem, wśród jego obywateli wzrastało oburzenie. Ta fala powoli wzbierała przez kilka lat, aż do chwili, gdy rewolucja islamska zakończyła rządy ostatniego szacha.

 

Kiedy odwiedzamy różne miejsca w kraju, z ich historii układamy sobie współczesny obraz tego regionu i jego mieszkańców. Persepolis nie po raz pierwszy odegrało rolę w spektaklu o upadku władzy. Niegdyś, przed wieloma wiekami marzenia Persów o wiecznym i potężnym imperium zniweczył Aleksander Wielki, który najechał, zdobył i spalił tę starożytną stolicę w 330 r. p.n.e. Płomienie strawiły bajeczny pałac Dariusza I Wielkiego (ok. 550–486 r. p.n.e.), bo choć zbudowany został z kamienia, wszystkie jego stropy były drewniane. Płonące elementy konstrukcyjne uszkadzały kamienne kolumny i ściany, a te przewracały się i burzyły kolejne części budowli. Mimo ogromnych zniszczeń ruiny i pozostałe piękne płaskorzeźby nadal pozwalają wyobrazić sobie, jak niezwykłe musiało być Persepolis niemal 2,5 tys. lat temu.

 

Oślepiające blaskiem wnętrze w mauzoleum Szach Czeragh w Szirazie

DSCF9147

© MARCIN KAWA/CZAJKA TRAVEL (CZAJKAPODROZE.PL)

 

Na środku pustyni

 

Po wizycie w Szirazie i starożytnej stolicy Persów warto skierować się na północny wschód do miasta Jazd, położonego na granicy Wielkiej Pustyni Słonej i Wielkiej Pustyni Lota. To podróż z rejonów pustynnych do krainy jeszcze surowszej i mniej przyjaznej człowiekowi. Samotne ostre szczyty wznoszą się na płaskiej przestrzeni. Podczas jazdy autem mamy wrażenie, że prowadząca przez pustynię szosa ciągnie się w nieskończoność i gdzieś przed nami rozmywa się pod wpływem wysokiej temperatury. Jednak różne miasteczka mijane po drodze pełne są życia, a my z fascynacją podziwiamy architektoniczne perły miejscowej architektury. Wyróżniają się tutaj różnego rodzaju wieże, np. ta w Abarkuh – ogromna konstrukcja, która w upalne miesiące pozwalała na przechowywanie powstałego w zimie lodu, służącego do chłodzenia napojów mieszkańcom tych niezwykle gorących i suchych terenów.

 

Jazd, typowo pustynne miasto, kryje w sobie wiele więcej, niż wydaje się turystom patrzącym na jego kolejne piękne meczety i inne ciekawe budowle. Ponieważ panuje w nim prowincjonalny spokój (mimo ponad 500 tys. mieszkańców), trudno uwierzyć, że ta ziemia wydała dwóch prezydentów wrogich sobie państw, którzy pełnili swoje funkcje w tym samym czasie. Historia ta pokazuje dobitnie, jak bardzo złożonym i niejednoznacznym miejscem jest Iran.

 

Rodzina Mosze Kacawa, prezydenta Izraela w latach 2000–2007, opuściła Jazd w 1951 r. Z każdym rokiem społeczność żydowska tego miasta kurczyła się coraz bardziej. Obecnie wynosi jedynie kilkanaście osób. Mosze Kacaw obejmował swoje stanowisko 3 lata po tym, jak kadencję prezydencką zaczął w Iranie Mohammad Chatami, urodzony w Ardakanie w ostanie Jazd. Przedstawiciele obu zwaśnionych krajów mieli okazję się spotkać, gdy przybyli do Watykanu pożegnać zmarłego papieża Jana Pawła II. Na placu św. Piotra 8 kwietnia 2005 r. zgromadziła się większość przywódców państw świata. Pod koniec uroczystości pogrzebowej Mohammad Chatami, który ze względu na rozmieszczenie gości według alfabetycznej listy nazwisk siedział dość blisko Mosze Kacawa, wyciągnął do niego dłoń i pozdrowił go w języku perskim (farsi). Choć po powrocie do Iranu prezydent temu zaprzeczał, świadkowie zajścia potwierdzali, że ta sytuacja naprawdę się wydarzyła.

 

Jazd wypełniają wspaniałe zabytki architektury: począwszy od Meczetu Zgromadzenia (Masdżid-e Dżame) przez ogromną liczbę wież wiatrowych zwanych badgirami po kompleks Amira Chakmagha (Amira Czakmagha). Także w tym mieście zapoznać się możemy z historią zaratusztrianizmu, jednej z najstarszych religii monoteistycznych świata, która upowszechniła się na obszarach Persji przed islamem. Znajdują się tu dwa niezmiernie ważne miejsca z nią związane – świątynia ognia i wieża milczenia. Na szczycie tej ostatniej odbywały się tzw. powietrzne pogrzeby zaratusztrian (zwłoki wystawiano na żer ptakom).

 

Z Jazdu kierujemy się już na północ, ku stolicy. Robimy jeszcze krótki przystanek w mieście Kaszan, gdzie podziwiać można niezwykłe rezydencje i ogrody oraz pełen życia bazar. Powrót do Teheranu to ponownie bardzo interesujące, a zarazem ciężkie przeżycie. Gęsty smog i zapach spalin znów zwala nas z nóg i zmusza do powtórnej aklimatyzacji do tutejszych warunków.

 

Informacje praktyczne

 

Iran jest obecnie świetnie połączony z Europą. Wygodne i niedrogie loty odbywają się z takich miast jak Frankfurt nad Menem i Monachium (Lufthansa), Wiedeń (Austrian Airlines), Londyn (British Airways), Rzym (Alitalia), Amsterdam (KLM), Paryż (Air France), Stambuł (Turkish Airlines) czy Kijów (Ukraine International Airlines – UIA). Możemy też wybrać np. podróż z Warszawy liniami Emirates z międzylądowaniem w Dubaju albo samolotem Qatar Airways z przystankiem w Dosze. Poza tym – co najważniejsze dla turystów z Polski – Polskie Linie Lotnicze LOT planują w najbliższym czasie uruchomienie nowego bezpośredniego połączenia z Warszawy do Teheranu. Ostatnio nastąpiła również duża liberalizacja przepisów wizowych, dlatego wielu zagranicznych gości decyduje się na uzyskanie wizy tuż po wylądowaniu, na lotnisku w stolicy Iranu (visa on arrival).

 

Przed podróżą warto zaopatrzyć się w odpowiednią ilość gotówki na bieżące wydatki i jej zapas na wszelki wypadek, gdyż nadal nie ma możliwości płacenia na miejscu kartami kredytowymi i płatniczymi, co jest skutkiem wieloletnich sankcji i odcięcia od międzynarodowego systemu bankowego. Najbezpieczniejszymi walutami na wymianę są dolary amerykańskie i euro, przy czym należy pamiętać, że banknoty (szczególnie dotyczy to dolarów) muszą być w idealnym stanie, aby zostały zaakceptowane w kantorach. Jeżeli chodzi o koszty pobytu, to niejeden turysta będzie zaskoczony faktem, iż ceny hoteli i dań w restauracjach bywają raczej dosyć zbliżone do tych w Polsce.

 

Podróżowanie po Iranie nie jest skomplikowane. Kraj oplata sieć bardzo dobrych dróg, można korzystać z niezłych połączeń autobusowych i kolejowych. Nadal trudno tu jednak o dostęp do internetu. Transfer danych bywa wolny i często bez użycia specjalnych aplikacji nie wejdziemy na najpopularniejsze serwisy społecznościowe.

 

Irańczycy są niezmiernie przyjaznymi ludźmi, dlatego pod względem bezpieczeństwa Iran należy do jednych z najlepszych regionów do organizowania samodzielnych wypraw. Aby zrozumieć nieraz bardzo zaskakujące zachowania miejscowych, warto zapoznać się z pojęciem ta’arof. Jest to dość skomplikowana formuła grzecznościowa praktykowana przez mieszkańców tego kraju od wieków. Jej zastosowanie najlepiej wytłumaczyć na przykładzie. Po odwiezieniu nas pod wskazany adres taksówkarz może odmówić przyjęcia pieniędzy. Tak naprawdę nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy zapłacić za jego usługę, wręcz przeciwnie, trzeba nalegać, aż w końcu kierowca skapituluje. Podobnie jeśli Irańczyk oferuje nam coś za darmo, wcale nie świadczy to o tym, iż chce nam tę rzecz zwyczajnie podarować. Z takimi sytuacjami spotkamy się na targach, w sklepach, restauracjach czy wielu innych przypadkach. Należy pamiętać o tym, jak zareagować na tego typu bardzo specyficzną grzeczność. Jeżeli nie zapłacimy za usługę lub towar, wprawimy drugą stronę w ogromne zakłopotanie. Żeby lepiej zrozumieć Iran, warto sięgnąć po książki o tym kraju, w szczególności polecam pozycje autorstwa irańsko-amerykańskiego dziennikarza Hoomana Majda (Ajatollah śmie wątpić, Demokracja ajatollahów czy Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju), który urodził się w Teheranie w 1957 r.

 

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…