KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, zwą ją Aotearoą, czyli Krainą Długiego Białego Obłoku. Zachwyca ona wspaniałymi krajobrazami i unikatową kulturą ludzi Kiwi, kochających wypoczynek na świeżym powietrzu. Choć Europejczykom niełatwo się do niej dostać, coraz chętniej wyprawiają się w te strony i zawsze wracają z bagażem cudownych wspomnień. >>

Nazwa Nowa Zelandia pochodzi od prowincji Zelandia w Holandii. Dla Europy odkrył te ziemie w XVII w. holenderski żeglarz Abel Tasman (1603–1659). Na terytorium tego kraju składają się dwie większe wyspy – Północna i Południowa – oraz kilka mniejszych. Od 1865 r. rolę stolicy odgrywa Wellington, miasto portowe położone nad Cieśniną Cooka, oddzielającą Morze Tasmana od Pacyfiku.
To niezmiernie malownicze państwo, o powierzchni zbliżonej do Ekwadoru (ma niemal 270 tys. km²), znane jest powszechnie ze swoich cudów natury. Nowozelandzkie wyspy oferują nie tylko wspinaczki na lodowce, odkrywanie dziewiczego piękna Zatoki Milforda (Milford Sound) czy możliwość popływania z wielorybami albo delfinami, lecz także relaksujące kąpiele w gorących źródłach w Rotorua lub turkusowych wodach zatok regionu Bay of Plenty oraz eksplorowanie jaskiń Waitomo. To wszystko stanowi jednak jedynie początek niekończącej się listy atrakcji tej wysuniętej najdalej na południe części Oceanii.

 

RAJ DLA ODWAŻNYCH
Nowa Zelandia uchodzi za mekkę miłośników adrenaliny. Znajdą oni tutaj wiele sposobów na podniesienie jej poziomu we krwi: rafting, zorbing (staczanie się po stoku w plastikowej, nadmuchanej kuli), heliskiing (zjazd na nartach poza wyznaczonymi trasami po wyskoczeniu z helikoptera) czy opuszczanie się na 100-metrowej linie w głąb jaskini. Sporty ekstremalne należą w tym kraju do codzienności. Nawet zwykłe skoki na bungee z mostów lub wyciągników posiadają tu ulepszoną wersję, w której śmiałek rzuca się w dół wprost z helikoptera (helibungee). Każdego dnia turyści z całego globu przeżywają w ojczyźnie ptaków kiwi przygodę swojego życia.

 

KULTURA KOŃCA ŚWIATA
Pierwszymi mieszkańcami tutejszych wysp byli podróżujący wojennymi pirogami przez Ocean Spokojny Maorysi. Obecnie stanowią oni ok. 15 proc. ludności państwa. Prawie 70 proc. Nowozelandczyków ma pochodzenie europejskie. Wciąż jednak spotyka się przepięknie zdobione maoryskie domy zgromadzeń czy tradycyjne łodzie, wzbudzające niegdyś wielki szacunek. Do dzisiaj rozgrywki narodowej drużyny rugby (All Blacks – Cali Czarni) rozpoczynają się od zagrzewającego do boju tańca haka, do którego obowiązkowych elementów należy wystawianie języka w stronę przeciwnika. Maoryskim wpływem w kulturze Nowej Zelandii są również tatuaże, charakterystycznie dla ludów Oceanii. Zazwyczaj rysunki i wzory ozdabiają nogi, plecy i ręce, ale dawniej pokrywano nimi też i twarze.

 

WŚRÓD PLANTACJI
Symbolem kraju jest niewątpliwie nielot kiwi, którego określenie wzięło się od odgłosu wydawanego przez samca tego gatunku. Zobaczyć tego ptaka wcale nie będzie jednak tak łatwo, bo nie dość, że prowadzi nocny tryb życia, to w warunkach naturalnych występuje dość rzadko. Do jego największych wrogów należą zwierzęta sprowadzone przez ludzi z Europy, m.in. psy i koty. Zapobiec wyginięciu kiwi starają się specjalne centra odnowy gatunku. W nich też przyjrzymy się z bliska temu wyjątkowemu stworzeniu.
Sami Nowozelandczycy także mówią o sobie Kiwi, a lokalne zbiory owoców aktinidii o tej samej nazwie należą do największych na świecie. Ten archipelag słynie również ze szlachetnych win sprzedawanych w wielu zakątkach na ziemi i szczepu winorośli sauvignon blanc. Mniej zaludnioną Wyspę Południową pokrywają przede wszystkim plantacje i gigantyczne owcze farmy. W Nowej Zelandii żyje prawie 40 mln owiec, podczas gdy liczba jej ludności wynosi jedynie 4,5 mln. Poza tym chyba w żadnym innym kraju nie ma tylu pól golfowych, co właśnie tutaj.
Miejscowa przyroda to nie tylko wspomniany wcześniej kiwi. Charakterystyczne są też dla niej endemiczne papugi: nielatające kakapo oraz alpejskie kea. W okolicznych wodach mieszkają najmniejsze na świecie delfiny Hektora oraz bardzo rzadkie uchatki nowozelandzkie. Badaczy fascynuje również pochodzący z ery mezozoicznej rodzaj gada zwany hatterią (tuatarą).

 

NIEODKRYTA PERŁA
Położenie Nowej Zelandii przez wiele wieków ograniczało liczbę odwiedzających ją podróżników i chroniło jej ziemie przed nadmiernym wykorzystaniem. To wyspiarskie państwo, które można przemierzyć wzdłuż w ciągu paru dni, a wszerz w zaledwie kilka godzin, posiada jednak od lat grono wiernych wielbicieli. Niewątpliwie znacząco powiększyło się ono na początku XXI stulecia dzięki trylogii filmowej Petera Jacksona, nowozelandzkiego reżysera Władcy Pierścieni. To on pokazał milionom widzów bogactwo natury ukryte na drugim końcu globu. Dziś co roku fani adaptacji dzieła J. R. R. Tolkiena (1892–1973) ściągają do Tongariro National Park (Parku Narodowego Tongariro) i wioski niedaleko miejscowości Matamata, aby zobaczyć na własne oczy miejsca, w których kręcono sceny rozgrywające się w Mordorze i Hobbitonie. Bez wątpienia łatwo poczuć się tam jak w filmie.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/IAN BRODIE

Udostępniony zwiedzającym plan filmowy Władcy Pierścieni


Co ciekawe, dwie główne nowozelandzkie wyspy przypominają odrębne światy. Północna to przede wszystkim kraina gejzerów i oszałamiająco pięknej egzotycznej przyrody ze znakomicie zachowaną kulturą Maorysów. Południową natomiast pokrywają w większości góry i lodowce i to one tworzą jej malownicze krajobrazy.

 

WYMARZONY DOM
Wyspa Północna leży bliżej równika, dlatego ma cieplejszy i łagodniejszy klimat niż jej sąsiadka. Pierwsi misjonarze i osadnicy właśnie ją uznali za rejon dogodny do rozpoczęcia nowego życia. Nieformalną stolicą kolonii stało się niewielkie miasteczko Russell w Bay of Islands (Zatoce Wysp). Dziś do tutejszego wieloetnicznego Auckland, największego miasta w kraju (1,5-milionowego), wciąż napływają imigranci z całego świata. Co trzeci mieszkaniec tej nowozelandzkiej metropolii uważa angielski za swój drugi język. Szczególnie upodobali ją sobie przybysze z małych wysepek Pacyfiku. Dla przykładu na niewielkiej Niue żyje ok. 1,4 tys. osób. Kilka razy więcej Niueńczyków osiedliło się jednak w Nowej Zelandii i pobliskiej Australii. Podobnie sytuacja wygląda na okolicznych archipelagach (Tonga czy Wyspach Cooka lub Salomona). Można przypuszczać, że gdyby nie ograniczenia imigracyjne wprowadzone przez nowozelandzki rząd, niektóre z tych terenów wyludniłyby się całkowicie. Auckland często określa się zatem mianem „stolicy Południowego Pacyfiku”.

 

WIZYTA W PIEKLE
Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Wyspy Północnej stanowi Rotorua – miasto położone w pasie wulkanicznym o długości ponad 200 km i szerokości do 40 km, przebiegającym z południowego zachodu na północny wschód. To właśnie w jego pobliżu obserwuje się wzmożoną aktywność geotermalną. Turyści przyjeżdżają więc w te strony zobaczyć wybuchające gejzery, gorące źródła, bulgocące błota i… odwiedzić autentyczne wioski maoryskie. W 1934 r. irlandzki dramaturg George Bernard Shaw (1856–1950) po wizycie w tym mieście napisał: Byłem szczęśliwy, że znalazłem się tak blisko Hadesu i zdołałem wrócić. Bez wątpienia tutejsza okolica przywodzi na myśl piekło, zwłaszcza kiedy spogląda się na nią z wagonu kolejki linowej docierającej na jeden ze szczytów i widzi się unoszące się zewsząd kłęby pary. Spacer po niepewnym wulkanicznym gruncie wśród wszechobecnego zapachu siarkowodoru przypomina o innym, groźnym obliczu Nowej Zelandii.
W Rotorua polecam odwiedzić fascynujące geotermalne parki: Te Puia czy Wai-O-Tapu Thermal Wonderland. W tym ostatnim codziennie rano o godz. 10.15 dochodzi do erupcji gejzera Lady Knox. Na początku XX w. odkryli go pracujący na tym terenie więźniowie, gdy podczas robienia prania wrzucili do wody mydło, które spowodowało mały wybuch. Zaskakujący efekt zachęcił ich do powtórzenia eksperymentu. Osobliwe zjawisko zaprezentowali potem gubernatorowi generalnemu Nowej Zelandii Uchterowi Knoxowi (1856–1933), któremu tak się spodobało, że nazwał gejzer imieniem swojej córki Lady Constance Knox.

 

MROCZNY MORDOR
Część pasa wulkanicznego zajmuje wspomniany już Park Narodowy Tongariro z najwyższym wulkanem Nowej Zelandii – Ruapehu (2797 m n.p.m.). Jego nazwa pochodzi z języka maoryskiego i oznacza „wybuchające jezioro”, bowiem w środku krateru znajduje się zbiornik z ciepłą wodą, która wyparowuje przy każdej erupcji. Otaczające górę lodowce napełniają go jednak ponownie.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/ROB SUISTED

Trekking w Parku Narodowym Tongariro


Ruapehu jest wciąż czynny. Ostatnio wybuchł we wrześniu 2007 r. W dniu 24 grudnia 1953 r. doprowadził do tzw. katastrofy w Tangiwai, w której zginęło 151 osób. Wywołane przez niego lawiny błota spłynęły do pobliskiej rzeki Whangaehu i spowodowały zawalenie się mostu kolejowego. Przejeżdżający nim pociąg runął w dół.
Na terenie parku leżą także dwa inne aktywne wulkany – Tongariro (1978 m n.p.m.) i Ngauruhoe (2291 m n.p.m.). Ten ostatni zagrał umiejscowioną w Mordorze Orodruinę – Górę Przeznaczenia, w której hobbit Frodo Baggins zniszczył Pierścień Władzy Saurona w trylogii Petera Jacksona. Poza tym wybudowano tutaj też kurort narciarski i wyznaczono liczne trasy piesze, pozwalające podejść całkiem blisko do szmaragdowych jeziorek i ośnieżonych stożków. Turyści nie przepadający za wędrówkami mogą wybrać lot awionetką nad szczytami – niesamowite widoki na pewno pozostawią w nich niezatarte wrażenia.

 

PODZIEMNE GWIAZDOZBIORY
Ok. 2 godz. jazdy dzieli Rotorua od jaskiń Waitomo. Rozsławiły je mieszkające w nich muchówki z rodziny grzybiarkowatych (Arachnocampa luminosa), które w stadium poczwarki emitują światło w wyniku reakcji bioluminescencji. Kompleks grot można zwiedzić w ramach 4-godzinnej wycieczki Lost World (Zaginiony Świat) oferowanej przez Waitomo Adventures. Jak każda atrakcja w Nowej Zelandii i ta jednak nieco kosztuje. Trzeba na nią przeznaczyć ok. 300 dolarów nowozelandzkich (mniej więcej 780 zł), ale zapewniam, że warto wydać te pieniądze.
Wyprawa zaczyna się od wprowadzenia: wszyscy uczestnicy dostają kombinezony, kalosze, uprząże i karabinki. Uczymy się przepinania na skałach, bezpiecznego przechodzenia przy krawędzi z przepaścią oraz pokonywania stromych zejść. Potem z przewodnikiem docieramy do zawieszonego nad wlotem do jaskini drewnianego mostku, z którego zwisają liny. Każdy z nas musi przejść szybki kurs rappellingu, czyli zjechać po jednej z nich 100 m w głąb ciemnej pieczary. W końcu jesteśmy na dole. Odpinamy liny, włączamy czołówki i wchodzimy pod górę. Wspinamy się na wielkie kamienie. Wreszcie stajemy w bardzo małej grocie. Proszą nas, abyśmy usiedli i wyłączyli latarki. Nasze oczy powoli przyzwyczajają się do mroku i nagle na ścianie zauważamy kilkaset światełek. Wyglądają jak gwiazdy na niebie, tylko w kolorze zielonym. Przewodnik tłumaczy nam, że to właśnie kolonie muchówek. Idziemy dalej w ciemności po skałach. Ostatni odcinek stanowi pionowa, 30-metrowa metalowa drabina, która prowadzi na powierzchnię. Dla większości uczestników wycieczki to ona stanowiła największą trudność do pokonania – śliskie szczeble wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Na szczęście w razie osunięcia ubezpieczała nas lina przypięta do uprzęży. Przez te kilka godzin naprawdę czuliśmy się tak, jakbyśmy przenieśli się do innego, nieznanego świata.
W kompleksie Waitomo organizuje się również niezmiernie emocjonujące spływy na oponie oraz spokojne rejsy łodzią w poszukiwaniu świecących owadów. Udostępniono tu także trasy piesze. Dzięki temu każdy wybierze odpowiedni dla niego sposób zwiedzania.

 

MARZENIE ALPINISTÓW
Podróż promem ze stołecznego Wellington na Wyspę Południową zajmuje 3 godz. Sama trasa statku jest już niebywale malownicza, a to dopiero przedsmak tego, co czeka na nas u celu. Wśród tutejszych aktywności do najpopularniejszych należą m.in. pływanie kajakami, żeglowanie, łowienie ryb, nurkowanie, a przede wszystkim jazda na nartach, trekking i wspinaczka górska. To właśnie Nowozelandczyk Edmund Hillary (1919–2008) wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem (1914–1986) w maju 1953 r. zdobył po raz pierwszy najwyższy na świecie szczyt – Mount Everest (8848 m n.p.m.). W Nowej Zelandii mamy gdzie trenować. Alpy Południowe pokrywają liczne lodowce, na dodatek niektóre położone bardzo nisko, bo zaledwie na wysokości 300 m n.p.m. Na wyprawę po nich najlepiej wyruszyć z pobliskich miejscowości, np. Ross, Franz Josef czy Fox Glacier. Polecam szczególnie rozległe lodowce Franza Josefa i Foxa. Oferty doświadczonych biur turystycznych obejmują nie tylko opiekę przewodnika, lecz także wyposażenie: kurtkę przeciwdeszczową, specjalne obuwie i raki.
Szlak do długiego na 13 km Lodowca Foxa (Fox Glacier) początkowo wiedzie w górę przez bujny las deszczowy z wielkimi paprociami.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/GLACIER SOUTHERN LAKES HELICOPTERS

Lodowiec na Wyspie Południowej

 

Po ponadgodzinnym marszu oczom wędrowców ukazuje się lodowa pokrywa. W tle widnieje pasmo Alp Południowych, gdzieniegdzie ośnieżone. Wznosi się w nim najwyższy szczyt kraju – Góra Cooka (3724 m n.p.m.). Przewodnik podaje nam raki i wchodzimy na bardzo śliski lód. Z daleka wyglądał na przybrudzony, ale teraz, z bliska, mieni się wszystkimi odcieniami niebieskiego: im szczeliny głębsze, tym kolor intensywniejszy i ciemniejszy. Pod koniec droga wiedzie wzdłuż Rzeki Foxa, zasilanej przez lodowiec i po połączeniu się z Rzeką Cooka wpadającej do Morza Tasmana.

 

BAŚNIOWE FIORDY
Warto zawitać również trochę dalej na południe, nad brzeg rynnowego jeziora Wakatipu (prawie 400 m głębokości), do 18-tysięcznego kurortu Queenstown. Rocznie przybywa do niego ok. 1,9 mln turystów, aby poszusować na tutejszych stokach narciarskich. Za skarb tego rejonu Nowej Zelandii uchodzi Fiordland National Park (Park Narodowy Fiordland) ze słynną Zatoką Milforda – Milford Sound, która ma aż 15 km długości. Fiord ten odkrył żeglarz i poławiacz fok John Grono (ok. 1767–1847) dopiero mniej więcej w 1812 r., ponieważ od strony Morza Tasmana nie sposób go dostrzec.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/ROB SUISTED

Spektakularna Zatoka Milforda przyciąga najwięcej turystów

 

Podczas rejsu po jego wodach możemy delektować się przepięknymi widokami na uznawany za najwyższy klif morski na świecie – Mitre Peak (szczyt Mitra, 1692 m n.p.m.). W wielu miejscach dojrzymy bajeczne wodospady (np. 155-metrowy Stirling Falls), przy odrobinie szczęścia zobaczymy pingwiny i foki wylegujące się na przybrzeżnych skałach oraz pluskające się delfiny czy nawet wieloryby. Niestety, pogoda rzadko tu dopisuje i zazwyczaj szczegóły krajobrazu rozmywa mżawka. Wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako część rezerwatu przyrody Te Wahipounamu) Park Narodowy Fiordland uznaje się za jeden z najdzikszych zakątków półkuli południowej, gdyż ze względu na brak dróg nie udało się go jeszcze w pełni zbadać.

 

POMYSŁ NA WYJAZD
Nowa Zelandia stanowi prawdziwy raj dla podróżników z plecakiem, tzw. backpackerów. Wielu turystów korzysta z programu Working Holiday Scheme, dzięki któremu przez rok wolno im zwiedzać wyspy i legalnie pracować dorywczo w razie potrzeby. W sezonie bardzo łatwo znaleźć zatrudnienie na licznych plantacjach owocowych lub farmach owiec. Młodzi ludzie często odwiedzają ten kraj również w celach edukacyjnych: jako studenci na wymianie międzynarodowej bądź uczestnicy kursów języka angielskiego. Podczas takich pobytów niejednokrotnie zdarza się, że obcokrajowcy postanawiają zostać tu na zdecydowanie dłużej. Zresztą trudno im się dziwić.

 

WYPRAWA DLA WYTRWAŁYCH
Ponad 24-godzinny lot, przesiadki w Europie, Azji i Australii czy na Bliskim Wschodzie mogą zniechęcić niejednego. Jednak ktokolwiek dotrze na ten koniec świata, na pewno nie pożałuje swojej decyzji. Wyjątkowe przeżycia, jakie zapewni nam wizyta w Nowej Zelandii, nie tylko zrekompensują nam trudy podróży, lecz także całkowicie wymażą je z naszej pamięci. A wtedy ciężko będzie oprzeć się chęci, aby kiedyś znowu wrócić do tej fantastycznej, filmowej krainy...

 

 

Artykuły wybrane losowo

Magia Peru

MARTA I WOJTEK DROZDOWSCY

 

Turystyka jest trzecim najważniejszym sektorem gospodarki Peru, zaraz po górnictwie i rybołówstwie. Kraj ten stanowi obecnie najchętniej odwiedzane państwo Ameryki Południowej. Machu Picchu, jezioro Titicaca czy rysunki z płaskowyżu Nasca (Nazca) są znane na całym świecie. Co tak naprawdę przyciąga tu co roku ponad dwa miliony turystów? Czy da się jeszcze w tym zgiełku odnaleźć ducha starożytnych Inków?

Gdy w 2007 r. Machu Picchu ogłoszono jednym z siedmiu nowych cudów świata, stało się jasne, że ta malownicza cytadela zmieni się szybko w największą atrakcję Peru. Od tego czasu obserwuje się tu zwiększony napływ turystów z całego świata. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że  państwo Peruwiańczyków to nie tylko słynne Machu Picchu. Ten wyjątkowo interesujący i piękny kraj oferuje zdecydowanie więcej. Swoim nieprzebranym bogactwem przyciąga rzesze ludzi, zapewniając im moc niezapomnianych wrażeń i przeżyć. Imponujące góry, wiecznie zielone lasy deszczowe, pływające wyspy na jeziorze Titicaca, wspaniałe plaże, monumentalne inkaskie miasta i twierdze, a przy tym unikatowe stroje, kultura i kuchnia – oto, co stanowi o magii Peru.

Więcej…

Brazylia o smaku açaí

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Brazylia nie jest typowym turystycznym rajem. Z jednej strony kojarzy się z pięknymi piaszczystymi plażami i słoneczną pogodą, a z drugiej – z ogromną biedą i przestępczością. Oczywiście, nie można zapominać, że dla wielu to po prostu królestwo piłki nożnej, a ten sport ma tutaj prawie status religii. Turyści, którzy odwiedzili kraj Brazylijczyków, zakochują się za to w smaku açaí, czyli owoców euterpy warzywnej, jednego z gatunków tropikalnych palm z Ameryki Południowej.

 

FozIguacu0797

Park Narodowy Iguaçu od 1986 r. znajduje się pod ochroną UNESCO

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Od 1960 r. stolicą Brazylii jest 3-milionowa Brasília. Wcześniej tę funkcję pełniło Rio de Janeiro. Władze zdecydowały jednak, że najważniejszy ośrodek administracyjny państwa powinien znajdować się raczej w głębi kraju. Nowe miasto zbudowano w ciągu 41 miesięcy na niemal niezamieszkanym terenie. Jego wygląd i układ zostały precyzyjnie zaplanowane. Co ciekawe, Brasílię zaprojektowano w taki sposób, żeby widziana z góry przypominała swoim kształtem ptaka albo samolot. Brazylijska stolica to swojego rodzaju ciekawostka turystyczno-architektoniczna. Niestety, leży dość daleko od głównych atrakcji kraju i dlatego turyści często ją omijają. Trafiają tu zwykle raczej miłośnicy architektury i urbanistyki.

 

Brazylia to największe państwo Ameryki Południowej – ma ponad 8,5 mln km² powierzchni i prawie 210 mln mieszkańców. Jest niesamowicie różnorodna, także pod względem przyrodniczym. Z tego powodu trudno opisać ją w krótkim artykule. Postaram się jednak nieco przybliżyć ten kraj.

 

Bondinho e Morro da Urca vistos Foto Alexandre Macieira Riotur

Bondinho do Pão de Açúcar – kolejka linowa kursująca na Głowę Cukru

© ALEXANDRE MACIEIRA/RIOTUR

 

JAGODY Z PALMY

 

Zacznę od wspomnianych już owoców, z którymi często Brazylia kojarzy się osobom ją zwiedzającym. Açaí (czyt. asai) wyglądają jak małe fioletowe winogrona albo duże borówki – pewnie dlatego bywają nazywane jagodami. Są ważnym składnikiem diety mieszkańców lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki.

 

W wielu miejscach w Brazylii można natrafić na pyszne desery z açaí, takie jak açaí na tigela (w dosłownym tłumaczeniu „açaí w misce”). To mrożony mus z tych jagód z dodatkiem cukru i innych owoców. Obowiązkowo należy go spróbować podczas wizyty w tym kraju. Polecam też sprawdzić, jak smakują same açaí. Deser jest dosładzany, z reguły zbyt mocno, więc warto od razu poprosić o mniejszą ilość cukru.

 

Poza Ameryką Południową te osobliwe owoce uważane są za tzw. superżywność. Od kilku lat promuje się je jako produkt pomagający w odchudzaniu, zawierający mnóstwo składników mineralnych i odżywczych. Również w Polsce można kupić rozmaite suplementy diety zawierające açaí. Część rozpowszechnianych informacji na temat jagód euterpy warzywnej nie jest oparta na żadnych badaniach naukowych. Jednak od lat eksportuje się z Brazylii coraz więcej tych owoców, czasem kosztem lokalnej ludności, która traci ważne źródło witamin.

 

Gdy wracałam z mojej brazylijskiej wyprawy, już zakochana w niezwykłych jagodach, zamarzyło mi się, aby zabrać je do domu. Niestety, açaí bardzo szybko się psują. W Rio de Janeiro znalazłam owoce w proszku, które od razu kupiłam i szczęśliwa wróciłam do Polski. Okazało się jednak, że po takim przetworzeniu nie smakują one jak w brazylijskim deserze. Przez jakiś czas byłam bardzo zdeterminowana w swoich poszukiwaniach i gdziekolwiek zobaczyłam produkt spożywczy z açaí (lody, czekoladę, suszone jagody itd.), natychmiast go kupowałam. W końcu przekonałam się, że te owoce powinno się jeść tylko w Brazylii. Może dzięki temu są one takie wyjątkowe… A jeżeli ktoś chce zdrowo się odżywiać, to idealnym składnikiem jego diety będą zwykłe polskie jagody, porzeczki, maliny, żurawiny czy borówki. Nie dajmy się oszukiwać rozmaitym firmom obiecującym, że ich produkty z açaí odmienią nasze życie.

 

TROPIKALNA AMAZONKA

 

Odpowiedź na pytanie, która rzeka na ziemi jest najdłuższa, okazuje się nie taka oczywista. Nauczyciele z Ameryki Południowej mają często na ten temat inne zdanie niż ci z Europy – pierwsi nieraz przyznają pierwszeństwo Amazonce, a drudzy Nilowi. W obu przypadkach można podeprzeć się źródłami i opiniami badaczy potwierdzającymi słuszność danego stwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że obie rzeki są wyjątkowe.

 

W trakcie pobytu w Brazylii, jeżeli tylko jest taka możliwość, warto spędzić trochę czasu w tropikalnym lesie. Nawet w Amazonii udaje się znaleźć różne formy zakwaterowania: od wygodnych hoteli po prymitywne miejsca noclegowe. Jeśli ktoś obawia się nocować w otoczeniu dzikiej przyrody, wystarczy, że wybierze się na kilkugodzinny rejs po Amazonce. W tak krótkim czasie również można dostrzec wyjątkowość tej wspaniałej rzeki, spotkać niesamowite zwierzęta i zobaczyć rozmaite rośliny. Szczególnie polecam nasłuchiwać odgłosów ptaków i rozglądać się za tymi bajecznie kolorowymi!

 

MOTYLE ZNAD IGUAÇU

 

Gdy wspominam brazylijską przyrodę, mam przed oczyma ogromne liście palm, papugi i tukany oraz barwne motyle spotkane przy wodospadach Iguaçu. Te ostanie leżą na granicy Brazylii i Argentyny, na rzece o tej samej nazwie. Niedaleko rozciąga się już terytorium Paragwaju, ale na jego terenie główną atrakcją jest potężna zapora Itaipú na rzece Paranie. Najlepsze punkty widokowe znajdują się po brazylijskiej i argentyńskiej stronie, odpowiednio w miastach Foz do Iguaçu i Puerto Iguazú.

 

Iguaçu są jednymi z największych wodospadów na świecie, a według mnie należą do najbardziej imponujących. Warto przeznaczyć nawet dwa dni na samo ich podziwianie z rozmaitych miejsc w Brazylii i Argentynie. Podczas spaceru ścieżkami w tej okolicy można spotkać różne ptaki i zwierzęta, a przede wszystkim ogromną ilość kolorowych motyli. Osobiście uważam, że argentyńska część wodospadów prezentuje się dużo lepiej niż brazylijska, jest także bardziej zróżnicowana (aż ok. 80 proc. powierzchni Iguaçu leży w Argentynie). Ta druga też ma sporo uroku i w niej nad kaskadami z reguły łatwiej tworzy się tęcza.

 

KRAJ W MINIATURZE

 

Czasem mówię, trochę przekornie, że jeżeli nie odwiedziliśmy jakiegoś miejsca w danym kraju, to tak jakbyśmy wcale w nim nie byli. W przypadku Brazylii chodzi zdecydowanie o Rio de Janeiro. Może takie stwierdzenie wydaje się trochę na wyrost, ale to 6,5-milionowe miasto i jego okolice odzwierciedlają charakter ojczyzny Brazylijczyków z rozmaitymi jej cechami: tymi najlepszymi, najciekawszymi, ale i najgorszymi. W Rio de Janeiro każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie, czy w podróżach najbardziej fascynuje go przyroda, uprawianie sportu, kultura, zabytki, jedzenie, plażowanie czy szalona zabawa.

 

Są tu trzy takie miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć – pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor), Głowa Cukru (Pão de Açúcar) i plaża Copacabana. Warto także wybrać się do Parku Narodowego Tijuca (Parque Nacional da Tijuca), pospacerować po najstarszej dzielnicy miasta i wypić w niej kawę, zajrzeć na plażę Ipanema, a z daleka przyjrzeć się fawelom. Każdego dnia polecam pić soki z pysznych świeżych owoców dostępnych na każdym rogu ulicy i obowiązkowo rozkoszować się açaí.

 

DWA WZGÓRZA

 

Pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro został zbudowany w dużej mierze dzięki datkom brazylijskich katolików. Zaprojektował go francuski rzeźbiarz polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Statuę wykonano we Francji i w 1931 r. przewieziono do Brazylii. Pomnik jest ogromny, mierzy 30 m (bez 8-metrowego cokołu), a rozpiętość ramion Chrystusa (od końca palców jednej ręki do drugiej) wynosi 28 m.

 

Figura stoi w niezmiernie urokliwym miejscu, na wzgórzu Corcovado (710 m n.p.m.). Jeżeli kogoś nie interesują zabytki religijne, i tak powinien się tutaj wybrać, bo rozpościera się stąd wspaniały widok na okolicę. Do pomnika można dojść na piechotę lub część trasy pokonać kolejką (Trem do Corcovado). Jeżeli według prognozy pogody na dany dzień przewidziano burze, lepiej przełożyć wycieczkę na Corcovado. W wysoką statuę czasami uderzają pioruny. W styczniu 2014 r. w ten właśnie sposób została ona uszkodzona.

 

Wzgórze Głowa Cukru jest niemal o połowę niższe od Corcovado (osiąga wysokość 396 m n.p.m.). Stanowi ono kolejny świetny punkt widokowy w Rio de Janeiro, który zdecydowanie warto odwiedzić. Co więcej, to bardzo charakterystyczny symbol miasta – ze względu na nietypowy kształt łatwo rozpoznać go na każdym zdjęciu. Na szczyt można wjechać kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) albo się wspiąć. Tutejsze trasy wspinaczkowe z pewnością zadowolą miłośników sportów ekstremalnych.

 

CUDOWNE PLAŻE

 

Podobno najpiękniejsze na świecie plaże znajdują się w Brazylii. To stwierdzenie nie wzięło się znikąd! Piaszczyste wybrzeże ciągnie się tu kilometrami (linia brzegowa tego kraju ma aż 7491 km!). Najbardziej znane plaże leżą w stanach: Bahia, Ceará i Pernambuco (jego granice obejmują cudowny archipelag Fernando de Noronha). W Rio de Janeiro na zainteresowanie zasługują przede wszystkim dwie.

 

Copacabana jest położona w dzielnicy o tej samej nazwie. To prawdopodobnie najsłynniejsza plaża na świecie i wręcz kultowe miejsce w mieście. Oczywiście, można na niej się opalać, kąpać, grać w siatkówkę i obowiązkowo piłkę nożną. Poza tym odbywają się tutaj rozmaite imprezy kulturalne i sportowe. Charakterystyczny wzór pokrywający miejscową promenadę umieszcza się na wielu pamiątkach z Brazylii. Copacabana ma długość ponad 4 km. Sąsiaduje z inną piękną plażą, którą także warto zobaczyć – Ipanemą.

 

BRAZYLIJSKA MIŁOŚĆ DO PIŁKI

 

Nie jestem pewna, czy istnieje na świecie drugi taki kraj, którego mieszkańców tak silnie łączy wspólna pasja – miłość do piłki nożnej. Brzmi to wręcz jak stereotyp, jednak nie da się ukryć, że każde brazylijskie miasto ma przynajmniej jeden stadion piłkarski, a podczas spaceru w Brazylii, czy to wzdłuż plaży, czy ulicy, prawie zawsze dostrzeżemy kogoś biegającego za piłką.

 

Narodową fascynację tym sportem widać szczególnie w trakcie międzynarodowych mistrzostw. Cały kraj wygląda wtedy jak sparaliżowany – sklepy są zamykane, dzieciom skraca się zajęcia w szkołach, a w większych firmach pracodawcy zapewniają telewizory, aby pracownicy mieli szansę śledzić przebieg meczów. Choć w wielu innych stronach świata mundial wzbudza podobne emocje, Brazylię opanowuje istne szaleństwo.

 

Wydawać by się mogło, że piłka nożna od zawsze była tutaj częścią kultury. Jednak dopiero pod koniec XIX w. szkoccy i angielscy emigranci rozpowszechnili ten sport (za ojca brazylijskiego futbolu uważa się Charlesa Millera). Bardzo szybko zyskał on ogromną popularność w Brazylii. Każdy mógł grać w piłkę nożną. Potrzebne było jedynie miejsce do gry i coś okrągłego do kopania.

 

GORĄCE RYTMY

 

24389490043 0dd320be9d o

Największą atrakcją karnawału w Rio de Janeiro jest parada szkół samby

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

Co jest bardziej brazylijskie: piłka nożna czy samba? Ani jedno, ani drugie nie narodziło się w tym kraju, ale obie rzeczy są zdecydowanie jego symbolami.

 

Samba to taniec towarzyski. Wywodzi się prawdopodobnie ze zwyczajów afrykańskich niewolników z ludów Bantu, choć niektórzy dopatrują się w nim również europejskich wpływów. Co ciekawe, dość długo był uważany za nieprzyzwoity i bogaci Brazylijczycy go nie tańczyli. Obecnie samba ma bardzo wiele stylów: od klasycznego prezentowanego w parach na turniejach do swobodnego, ekspresyjnego, rodem z dyskoteki, a pewne jej elementy przeniesiono nawet do sali sportowej.

 

Z tym widowiskowym tańcem nieodłącznie wiąże się karnawał w Rio de Janeiro, kolejny symbol Brazylii. Impreza trwa od piątku do Środy Popielcowej (w 2018 r. od 9 do 13 lutego) i szacuje się, że codziennie bawi się na niej ok. 2 mln ludzi. W większości są to Brazylijczycy, mniej więcej 20 proc. stanowią obcokrajowcy. Świętuje się nie tylko na słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí), ulicach miasta, ale także na plażach, w barach i klubach – wszędzie, gdzie tylko się da.

 

Spędzenie karnawału w Rio de Janeiro ma swoje wady i zalety. Na pewno jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w tym czasie znalezienie tu noclegu będzie bardzo trudne, więc należy wszystko zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Poza tym towarzystwo ogromnych tłumów po jednym dniu szaleństwa może stać się uciążliwe, szczególnie dla osób nieprzyzwyczajonych. W takim ścisku łatwiej też paść ofiarą kradzieży czy nawet napaści.

 

ŚRODKI OSTROŻNOŚCI

 

Niestety, opowieści o przestępczości w Brazylii nie są wyssane z palca. Choć wszędzie na świecie może nam się przytrafić coś złego i nie brakuje złych ludzi, w pewnych miejscach w tym kraju trzeba bardziej uważać. Jeśli zachowamy zdrowy rozsądek, nie będziemy chodzić sami nocą po ulicach i plażach itp., najpewniej wrócimy do domu bogatsi tylko o pozytywne doświadczenia.

 

Przed wyjazdem do Brazylii, a przede wszystkim do Rio de Janeiro, mój znajomy Brazylijczyk ostrzegał mnie, że jest tu bardzo niebezpiecznie i dawał rozmaite porady. Opowiadał, że gdy sam odwiedza to miasto, nosi ze sobą zawsze dwa portfele. Jeden, ten z dokumentami i gotówką chowa głębiej, a drugi, przeznaczony dla ewentualnego złodzieja i wypełniony drobnymi pieniędzmi, żeby wyglądał w miarę wiarygodnie, trzyma gdzieś na wierzchu. Jeżeli ktoś w Rio de Janeiro zechce zabrać nam portfel czy cokolwiek innego, lepiej zbytnio nie protestować, aby nie pogorszyć sytuacji.

 

INNE OBLICZE RAJU

 

Przestępczość w Rio de Janeiro związana jest w dużej mierze z miejscami największej biedy – fawelami. Nazywa się tak ubogie dzielnice, położone wokół centrów miast, często na wzgórzach, w których domy zbudowane są dosłownie z czegokolwiek, np. z materiałów znalezionych na śmietniskach – tektury, sklejek, desek, blach itp. Szacuje się, że ok. 6 proc. ludności Brazylii mieszka w fawelach. W samym Rio de Janeiro jest to zdecydowanie większy odsetek (mniej więcej 22 proc.).

 

Fawele prawdopodobnie powstały pod koniec XIX w., gdy wyzwoleni niewolnicy lub żołnierze, którzy nigdy nie otrzymali swojej zapłaty, szukali miejsca do życia. Nie mieli niczego, zaczęli więc budować sobie domy z materiałów, jakie były pod ręką. Z czasem bieda doprowadziła do wzrostu przestępczości, nierzadko związanej z narkotykami. Fawele rządzą się swoimi prawami, więc nawet policja unika wkraczania na ich teren.

 

Jest wiele filmów pokazujących życie w Brazylii. Warto obejrzeć kilka z nich przed wizytą w tym kraju albo po niej. Do bardziej znanych należy Miasto Boga z 2002 r. Produkcję oparto na książce brazylijskiego pisarza Paula Linsa, która opowiada o życiu młodych chłopców z faweli w Rio de Janeiro.

 

W te rejony w Brazylii turysta nie powinien wybierać się sam. Taka przygoda może być niebezpieczna i bardzo źle się skończyć. Od kilku lat lokalne biura podróży oferują zwiedzanie faweli, ale z reguły tych dość rozwiniętych i względnie bezpiecznych, które dostają pomoc finansową od organizatorów wycieczek. Jest także wiele agencji organizujących przejazdy opancerzonym autobusem przez losowo wybrane dzielnice biedy. Z tego typu atrakcji lepiej zrezygnować – fawele to nie zoo, a osiedla, gdzie mieszkają ludzie, którzy nie mieli w życiu tyle szczęścia co my.

 

Salvador0362

Dzielnica Pelourinho w Salvadorze z arcydziełami brazylijskiego baroku

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

MIASTO NAD ZATOKĄ

 

Stan Bahia należy do tych części Brazylii, które słyną ze wspaniałych plaż. Dodatkowo nad Zatoką Wszystkich Świętych (Baía de Todos os Santos) znajduje się tutaj region Recôncavo, uznawany za miejsce narodzin samby de roda, wpisanej na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stolicą Bahii jest klimatyczny Salvador (Salvador da Bahia), który koniecznie trzeba odwiedzić. Jeśli mamy do wyboru wizytę w tym mieście lub Brasílii, zdecydowanie warto zdecydować się na to pierwsze.

 

W Salvadorze czeka na turystów wiele atrakcji, łącznie z tutejszym niezmiernie barwnym karnawałem. Najciekawsza wydaje się być historyczna dzielnica Pelourinho. Kojarzy mi się ona z La Bocą w Buenos Aires w Argentynie. Oba miejsca są wypełnione kolorowymi budynkami, tańcem i muzyką, dzięki czemu przyciągają licznych przybyszów z zagranicy.

 

SKARBY PRZYRODY

 

Na zakończenie chciałabym wspomnieć o kilku parkach narodowych. Brazylia jest jednym z największych państw na świecie, więc na jej terytorium znajduje się ich wiele. Do może mniej znanych niż bardzo popularne wśród turystów Park Narodowy Iguaçu i Park Narodowy Tijuca, ale z pewnością niezmiernie ciekawych należą: Lençóis Maranhenses (w stanie Maranhão), Aparados da Serra (na granicy Rio Grande do Sul i Santa Catarina), Serra da Bodoquena (na terenie Mato Grosso do Sul), Pantanal Matogrossense (na obszarze Mato Grosso), Chapada dos Veadeiros (w Goiás) i Fernando de Noronha (w Pernambuco). Warto odwiedzić każdy z nich, ale jeśli kogoś w podróży goni czas, polecam szczególnie wizytę w tym pierwszym. Zwykle robi on na przybyszach zaskakujące wrażenie, bo nie wygląda jak typowy brazylijski region – w kraju kojarzonym z rozległymi lasami deszczowymi i dziewiczą Amazonią nie spodziewamy się zazwyczaj pustynnych pejzaży. A jednak olbrzymi obszar Parku Narodowego Lençóis Maranhenses (Parque Nacional dos Lençóis Maranhenses) pokrywają piaszczyste wydmy. W porze deszczowej pomiędzy nimi powstają malownicze jeziora. Widoki są tu wręcz bajeczne!

 

NA ZDROWIE!

 

Brazylia to ogromny, bardzo różnorodny kraj, zachwycający piękną przyrodą i mnóstwem atrakcji. Trzeba jednak pamiętać, że doniesienia o dość wysokiej przestępczości w tym państwie bywają nierzadko prawdziwe. Mimo to ostrożność i zdrowy rozsądek powinny zapewnić nam bezpieczną podróż.

 

A jeżeli moje opowieści o açaí kogoś nie przekonały, dodam coś jeszcze na temat dwóch typowych brazylijskich napoi. Po pierwsze, niektórzy uważają, że najlepsza kawa na naszym globie pochodzi z Brazylii. Można też spotkać się z opinią mówiącą, że w tym przypadku ilość zwycięża nad jakością. Według mnie prawda leży gdzieś pośrodku. Brazylia jest największym światowym eksporterem kawy, więc nastawienie na masową produkcję nie powinno dziwić. Dlatego jakość napoju czasem nie zadowala prawdziwych smakoszy. Jednak i tu znajdują się mniejsze plantacje, które w pierwszej kolejności stawiają na uzyskanie jak najlepszych ziaren.

 

Inny tradycyjny brazylijski napitek to caipirinha, koktajl na bazie miejscowego alkoholu z fermentowanego soku z trzciny cukrowej, zwanego cachaçą, z limonką, cukrem i lodem. Bez większych problemów można przygotować ją samemu w domu, a jeszcze łatwiej zamówić ten drink w barze. Jednak caipirinha pita w pasjonującej Brazylii na pewno będzie smakować inaczej.

 

Brazylia – odliczanie do mundialu

ANNA GRZEŚKOWIAK
<< Brazylia kojarzy się wielu osobom głównie z karnawałem, pięknymi plażami, pyszną kawą, sambą i… piłką nożną. Gdy umilkną już uderzenia bębnów i letnia bryza rozwieje tysiące piór i cekinów pozostałych na ulicach po karnawałowym szaleństwie, przygotowania do drugiego największego wydarzenia sportowego na świecie, zaraz po Letnich Igrzyskach Olimpijskich, wejdą w ostatnią fazę. To właśnie ten południowoamerykański kraj będzie w tym roku po raz drugi w historii gospodarzem Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. >>

 Rio de Janeiro leży malowniczo nad brzegiem zatoki Guanabara

Więcej…