ROBERT GONDEK „GERBER”
www.stronagerbera.pl


<< Rwanda leży w Afryce Środkowo-Wschodniej. Graniczy z Demokratyczną Republiką Konga, Tanzanią, Ugandą oraz Burundi. To jedno z najmniejszych afrykańskich państw. Jego powierzchnia wynosi 26 338 km2, czyli ok. 8,4 proc. obszaru Polski, co odpowiada mniej więcej wielkości województwa lubelskiego. >>

 

Najliczniejszymi grupami etnicznymi zamieszkującymi Rwandę są Hutu (84 proc.), Tutsi (15 proc.) oraz Pigmeje Twa (1 proc.). Z tym podziałem wiąże się tragiczna historia wieloletniego konfliktu na tle rasowym. Jego kulminacyjnym momentem stały się wydarzenia sprzed 20 lat. 6 kwietnia 1994 r. samolot, na pokładzie którego znajdował się ówczesny rwandyjski prezydent Juvénal Habyarimana, został zestrzelony. Zamach ten dał początek przerażającej rzezi. W ciągu niespełna 100 dni z rąk Hutu zginęło ponad 800 tys. Tutsi. Wiele źródeł zwraca uwagę na fakt, że to zdarzenie nie pozostanie bez wpływu na przyszłość i dalsze losy obu ludów. Część znawców tematu twierdzi, iż konflikt pomiędzy nimi trwa do dziś, choć nieco ukryty i w innej postaci. Na pytanie, czy sytuacja może się powtórzyć, odpowiadają, że trudno to przewidzieć, ale – niestety – istnieje takie ryzyko.


Warto pamiętać o niezmiernie burzliwej rwandyjskiej historii, gdyż pomniki pamięci poświęcone aktom ludobójstwa stanowią ważne punkty na trasach wypraw po tej części Afryki. Rwanda posiada jednak także inne twarze. To nowoczesny kraj, mający ambicje, aby zostać afrykańskim centrum biznesowym. Dlatego właśnie działania obecnego prezydenta Paula Kagame zmierzają w kierunku ocieplenia wizerunku, przyciągnięcia inwestycji międzynarodowych i stworzenia dobrych warunków dla rozwoju gospodarki. Oprócz tego znajdziemy tu kilka wspaniałych regionów przyrodniczych, takich jak Park Narodowy Akagera, Park Narodowy Lasu Nyungwe, jezioro Kiwu czy najsłynniejszy Park Narodowy Wulkanów. Największą rwandyjską atrakcją są natomiast niewątpliwie goryle górskie.

 

W SCHLUDNYM MIEŚCIE
Lądujemy w ponad 1-milionowej stolicy Rwandy – Kigali. Widoki, które oglądamy po wyjściu z lotniska, zaskakują nawet mnie, osobę która wielokrotnie już odwiedzała kraje tzw. Czarnej Afryki. Wokół nas panują czystość i porządek. Dobre i nowe drogi, wysokie i nowoczesne budynki – to wszystko wydaje się zaprzeczeniem tego, co do tej pory widziałem. Nikt nas nie zaczepia, nie krzyczy mzungu! (czyli biały!), nie żebrze, nie próbuje nam niczego nachalnie wcisnąć. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Pierwszy dzień poświęcamy w całości na wycieczkę po Kigali. Znajoma Rwandyjka pokazuje nam jeden supermarket, potem drugi. Ku naszemu zdziwieniu, nic więcej nie zasługuje według niej na uwagę. Dalsze zwiedzanie musimy więc zorganizować we własnym zakresie. Proponujemy naszej koleżance wizytę na najwyższym piętrze wieżowca Kigali City Tower. Nigdy tam nie była i nie oglądała miasta z tej perspektywy. Budynek nie został jeszcze wprawdzie skończony, ale po krótkich negocjacjach ze strażnikiem dostajemy pozwolenie i wjeżdżamy na górę. Rozpościera się stąd fantastyczny widok na okoliczne wzgórza, na których leży stolica. Wyprawę zaliczamy do udanych. Kolejny pomysł, czyli odwiedziny w Muzeum Historii Naturalnej (Natural History Museum, znane jako Kandt House), okazał się – niestety – stratą czasu.
Podczas kolacji mamy szansę spróbować rwandyjskich przysmaków. Większość Rwandyjczyków jada jeden duży posiłek w ciągu dnia. Na więcej ich po prostu nie stać. Ogromna ilość jedzenia na naszych talerzach nieco nas przeraża. Po raz pierwszy piję w Afryce bananowe piwo – słodkie i kwaśne jednocześnie, z wyczuwalnym posmakiem tytoniu (to z powodu dodatku sorgo). Jest mocne: zawiera ponad 12 proc. alkoholu. Bardzo nam wszystkim smakuje.
W trakcie kolacji u kigalijskiej rodziny, u której się zatrzymaliśmy, dowiadujemy się różnych rzeczy na temat Rwandy i życia w tym kraju. Lubimy takie spotkania, gdyż informacje z nawet najlepszych przewodników nie zastąpią tych z pierwszej ręki, od lokalnej ludności. Benjamin, jeden z naszych gospodarzy, opowiada o swoich studiach i sytuacji w państwie. Słuchamy z zaciekawieniem, ale też z pewnym dystansem. Porządek, który nas tak zachwycił po przylocie, stanowi konsekwencję systemu wysokich kar za przewinienia, przestępstwa i śmiecenie. To również efekt rządów silnej ręki prezydenta. Idea wydaje się słuszna, ale mamy wątpliwości, czy zbierane w ten sposób pieniądze idą na właściwy cel. Czy będą z nich finansowane niezbędne wydatki, gdy zabraknie międzynarodowej pomocy finansowej? Takie są oficjalne założenia rwandyjskiego rządu. Brzmią jednak trochę jak puste hasła wkładane Rwandyjczykom do głów przez tutejsze władze.

 

TRAGICZNA PRZESZŁOŚĆ
Nyamata i Ntarama to dwie miejscowości, w których znajdują się miejsca upamiętniające ofiary ludobójstwa. Najpierw odwiedzamy tę pierwszą, położoną niedaleko Kigali, w południowo-wschodniej Rwandzie. W miasteczku stoi kościół, służący Tutsi w 1994 r. jako schronienie. Mogli czuć się w nim bezpiecznie do dnia, w którym Hutu użyli granatów, aby wysadzić metalowe drzwi. Zginęło wtedy ok. 10 tys. osób. Dziś na kościelnych ławkach leżą ubrania zabitych. Pod świątynią złożono czaszki pomordowanych: na części z nich widać ślady po uderzeniach maczetą lub metalową kulą z kolcami, w innych – otwory po kulach. W piwnicach obok kościoła zgromadzono szczątki odnalezionych ofiar. W jednej z nich napotykamy nakryte fioletowym materiałem trumny ze zwłokami rodzin oraz mieszkańców całych osad i wiosek. W drugiej półki od dołu do góry wypełniają oddzielne stosy czaszek i kości. Są ich dziesiątki, setki, tysiące.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Piwnice pełne kości i czaszek koło kościoła w Nyamacie


Do Ntaramy dojeżdżamy popularnym w Rwandzie środkiem transportu, czyli rowerową taksówką. To tylko kilka kilometrów. Tu również w miejscowym kościele wymordowano mniej więcej 5 tys. Tutsi. Ich ciała umieszczono w budynku na półkach. W rogu zebrano przedmioty do nich należące: ubrania, materace, baniaki na wodę, dokumenty – wszystko, co udało się im zabrać tuż przed ucieczką z domu. W pokoju obok na ścianie widzimy zaschnięte ślady krwi. Roztrzaskiwano o nią głowy dzieci. Zaostrzonymi kijami natomiast torturowano i zabijano kobiety.
Te miejsca przerażają, bo w bardzo obrazowy sposób uzmysławiają drastyczność wydarzeń z 1994 r. Po ich odwiedzeniu świat nie wygląda już tak samo.

 

KARISIMBI WE MGLE
Pobudka już o godz. 5.00, kilka komarów nieustannie brzęczy w pokoju. Odgłosy ptaków za oknem wskazują, że nadeszła pora, aby ruszać w góry. Dziś zaczynamy trekking na wygasły stratowulkan Karisimbi, najwyższy szczyt Rwandy, znajdujący się w Parku Narodowym Wulkanów. Mierzy 4507 m n.p.m. Idziemy we trzech, a towarzyszą nam przewodnik, dwóch tragarzy i dziesięciu żołnierzy z karabinami na ramieniu i ostrą amunicją. Stanowią obstawę każdej grupy wspinającej się na Karisimbi. Niezależnie od tego, czy na wyprawę wybiera się jedna, czy pięć osób, uzbrojona ochrona liczy zawsze dziesięciu ludzi. Dla naszego bezpieczeństwa nie opuszczą nas nawet w drodze na sam wierzchołek, gdyż niedaleko stąd, tuż przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga stacjonują kongijscy rebelianci z ugrupowania M23 (Ruch 23 Marca).
Mijamy rozległe pola uprawne. Najbardziej rzucają się w oczy łany rumianku. Oprócz niego rosną tu przede wszystkim ziemniaki i kukurydza. Krajobraz ten stworzono jednak na pokaz, dla turystów. Władze chcą, aby Rwanda została zapamiętana przez nich jako kraj dobrobytu. W rzeczywistości rwandyjscy rolnicy uprawiają małe, położone na zboczach gór pasy ziemi, obsiane wieloma różnymi roślinami.

 FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Wulkany Bisoke, Gahinga i Muhabura w okolicy Karisimbi


Następnie przemierzamy rozległe bagna. Wiedzieliśmy, że nasza trasa przez nie prowadzi, ale nie sądziliśmy, iż zajmują aż tak duży teren. Kroczymy przez gęsty las, wśród raniących ręce pokrzyw i kolczastych gałęzi. Przedzieramy się przez grząskie błoto, wpadając w nie po kostki. Po czterech godzinach docieramy do celu. Rozbijamy namiot na deskach pod dachem. Jest zimno i brzydko. Zostaniemy w naszym obozie do rana, aby przed świtem ruszyć na szczyt.
Wulkany w promieniach wschodzącego słońca wyglądają przepięknie. Do pokonania mamy ok. 900 m podejścia. Szlak pokrywa śliskie błoto. Wydaje się, że zbliżamy się do końca. Robi się coraz bardziej stromo. Wzmaga się wiatr, który potęguje jeszcze odczucie chłodu. Nagle zza chmur wyłania się zarys wierzchołka. Jeszcze tylko kilka kroków, ale ta chwila trwa nieskończenie długo. W końcu zdobywamy Karisimbi. Wszystko tonie we mgle. Dookoła leżą porozrzucane metalowe części i tajemniczy wysoki słup. Dziesięciu żołnierzy z naszej obstawy z karabinami gotowymi do strzału siedzi w równych odstępach wokół szczytu. Przedziwny to widok.
Pogoda staje się coraz mniej pewna, postanawiamy więc schodzić szybciej niż planowaliśmy. Ześlizgujemy się po błocie, omijając liczne korzenie, i już po dwóch godzinach jesteśmy w naszym obozowisku. Zwijamy namiot i kontynuujemy marsz w dół. Zdobycie Karisimbi świętujemy bananowym piwem.

 

DZIEŃ NAD JEZIOREM
Gisenyi, sąsiadujące z miastem Goma w Demokratycznej Republice Konga, stanowi znakomite miejsce wypoczynku dla mieszkańców Rwandy. Nad brzegiem jeziora Kiwu powstało wiele hoteli świadczących usługi turystyczne. Wśród licznych palm, górujących nad tutejszą promenadą, dostrzegamy coś dziwnego. Wielkie stada nietoperzy zwisają z gałęzi drzew. Niby śpią, a jednocześnie skrzeczą i piszczą. Wywołuje to niepokojące wrażenie.
Z krótkiej wycieczki nad największe rwandyjskie jezioro wracamy po ciemku do miasta Ruhengeri – bramy do Parku Narodowego Wulkanów. Dopóki jedziemy autobusem, czujemy się bezpiecznie. Musimy jednak dostać się jeszcze do Nyakinamy, położonej 15 km dalej na południowy zachód. Nie mamy innego wyjścia, jak skorzystać z motocyklowej taksówki, aby dotrzeć do naszego hotelu. Złamaliśmy właśnie naszą zasadę niepodróżowania nocą. Wynajmujemy 3 motocykle i siadamy za plecami naszych szoferów. Szybko tracimy się z zasięgu wzroku, bo każdy z nich prowadzi w swoim tempie. Mój zostawia w tyle pozostałych. Nagle stajemy. Kierowca twierdzi, że dowiózł mnie do celu i upiera się, że ma rację, gdy protestuję. Niestety, nie rozumie języka angielskiego. Nie wiem, co zrobić. Znajduję jednak na niego sposób. Próbuję dogadać się z nim w suahili. Udaje mi się go przekonać i ruszamy dalej. Ciekawe, jak radzą sobie moi koledzy. Oni suahili nie znają. Dojeżdżam w końcu na miejsce. Po chwili dołączają też do mnie moi towarzysze.
Nasza kolacja składa się z trzciny cukrowej i piwa bananowego. Ten popularny napój, jak sama nazwa wskazuje, robi się przede wszystkim z bananów. Wrzuca się je do wyżłobionego w drewnianym pniu naczynia i czeka kilka dni, aż sfermentują. Następnie dodaje się mąki z sorgo i specjalnej trawy przyspieszającej jeszcze ten proces. Piwo gotowe!

 

GÓRSKIE OLBRZYMY
Koszt 3-godzinnej wizyty w Parku Narodowym Wulkanów i podziwiania najsłynniejszych rwandyjskich zwierząt – goryli górskich, wynosi 750 dolarów. Czy to dużo? Moim zdaniem tak, to najdroższa afrykańska atrakcja, na jaką się zdecydowałem. Cała wyprawa trwa zaledwie trzy godziny, z czego tylko jedna przypada na rzeczywistą obserwację gorylej rodziny. Nie żałuję jednak swojej decyzji. Prawdopodobnie nigdy więcej nie będę mógł tego powtórzyć. Po pierwsze dlatego, że nie wiem, czy jeszcze kiedyś odwiedzę ten kraj. Po drugie, ponieważ zapewne wkrótce te największe z żyjących małp człekokształtnych pozostaną w Rwandzie tylko wspomnieniem, jeśli w regionie znów dojdzie do walk. To smutna perspektywa. Korzystam więc z okazji, aby je zobaczyć pomimo tej wysokiej ceny.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Park Narodowy Wulkanów – samica goryla górskiego z młodym


    Grupa goryli, do której obserwowania mnie przypisano, nazywa się Kuryama. Liczy 10 osobników, w tym 2 samców zwanych srebrzystogrzbietymi (silverback) ze względu na srebrną sierść na plecach. Swoją siłę i władzę pokazują, uderzając pięściami w klatkę piersiową. To dlatego jest ona mniej owłosiona niż reszta ciała. Podczas godzinnego pobytu tę demonstrację potęgi i pozycji w stadzie widzę tylko raz, ale to wystarczy. Huk jej towarzyszący robi niesamowite wrażenie na każdym. Najbardziej w pamięci utkwiło mi jednak spojrzenie olbrzymiego samca. Spotkanie oko w oko z tym wspaniałym zwierzęciem budzi respekt i szacunek.

 

NA POŁUDNIU
Tymczasem w Butare skończyły nam się rwandyjskie pieniądze. Powinniśmy wymienić dolary na miejscową walutę. Okazuje się, że to nie będzie takie proste. Nigdzie nie ma kantoru. Na stacji benzynowej otrzymujemy informację o Hindusie, który zajmuje się wymianą. Nikt nie wie jednak, gdzie on przebywa. W aptece przy pytaniu o zakup franków rwandyjskich (RWF) oferują nam sprzedaż leku. W banku kilkadziesiąt osób czeka w kolejce do okienka. Podobno w tym 100-tysięcznym mieście mieszka pewien lokalny biznesmen. Dziś prowadzony przez niego sklep jest zamknięty, więc kierują nas do jego domu. Podejrzanymi zakamarkami docieramy na podwórko. Dookoła leżą porozrzucane stare akumulatory, butelki z olejem i części samochodowe. Pojawia się właściciel tego dobytku. Sprzedajemy mu 300 dolarów i czym prędzej wynosimy się z tego miejsca.
W okolicach Butare (stolicy dystryktu Huye) warto odwiedzić Pałac Królewski w Nyanzie (znanej także jako Nyabisindu) oraz miejsce pamięci o ludobójstwie w Gikongoro. W pierwszej kolejności wybieramy się do byłej siedziby przedostatniego rwandyjskiego króla – Mutary III Rudahigwy (1912–1959). Przy użyciu tradycyjnych materiałów odrestaurowano tutaj XIX-wieczny budynek. Nie przypomina on jednak pałacu z naszych europejskich wyobrażeń. Wygląda jak duża, słomiana afrykańska lepianka. W pobliżu stoją dwie mniejsze chaty: jedna przeznaczona dla królewskiego testera piwa, a druga – dla mleczarki. Były to najlepsze posady w państwie. Do najważniejszych elementów majątku króla należały krowy o gigantycznych, niezmiernie długich rogach – watussi (ankole), nazywane tu inyambo. Możemy je obecnie podziwiać w przypałacowej zagrodzie.  

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

W dawnym Pałacu Królewskim w Nyanzie działa obecnie muzeum


W 40-tysięcznym mieście Gikongoro na terenie Szkoły Technicznej Murambi w 1994 r. rozegrał się jeden z najtragiczniejszych aktów ludobójstwa w regionie i całej Rwandzie. Wymordowano tu niemal 30 tys. ludzi (niektóre źródła podają nawet liczbę ok. 50 tys.!). Obecnie w budynku administracyjnym znajduje się Murambi Memorial Centre. Tuż obok powstały masowe groby pomordowanych. Największe wrażenie wywierają zgromadzone w salach uczelni zakonserwowane białym środkiem chemicznym zwłoki, ułożone na drewnianych paletach. Powyginane w nieprawdopodobny sposób ciała z widocznymi grymasami bólu, otwartymi ustami, zastygłymi nagle podczas ostatniego krzyku przed śmiercią, uświadamiają, do jakich okrucieństw zdolny bywa człowiek.

 

CHWILA REFLEKSJI
Wiele osób przed wyprawą pytało mnie, dlaczego jadę do kraju, w którym miała miejsce jedna z najokropniejszych rzezi w dziejach ludzkości. Ta część afrykańskiego kontynentu kojarzyła im się tylko z tymi krwawymi wydarzeniami. Obawiałem się, że obraz tej wielkiej tragedii sprzed 20 lat zdominuje mój sposób patrzenia na Rwandę. Od historii z pewnością nie da się tutaj uciec. Mimo to jako turysta czułem się wyjątkowo bezpiecznie. Władze dbają o dobry wizerunek państwa w oczach zagranicznych przybyszów. Poza tym ten kraj zachwyca przepięknymi krajobrazami, a niesamowite spotkanie z gorylami górskimi trudno porównać z jakimkolwiek przeżyciem. Ta podróż zmieniła nieco moje wyobrażenie o Afryce. Chciałbym kiedyś jeszcze wrócić do malowniczej Rwandy, nazywanej słusznie „ziemią tysiąca wzgórz”.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Siedem szczęśliwych Wysp Kanaryjskich

LUCYNA LEWANDOWSKA

<< Ten uroczy archipelag znajdziemy na mapie na północy Afryki, w pobliżu południowych wybrzeży Maroka i Sahary Zachodniej. Pod względem administracyjnym stanowi on wspólnotę autonomiczną wchodzącą w skład Hiszpanii. To jeden z ultraperyferyjnych regionów Unii Europejskiej. Otoczone wodami Atlantyku Wyspy Kanaryjskie (część Makaronezji) przyciągają słońcem i umiarkowanymi temperaturami, a także znakomitymi warunkami do wypoczynku oraz atmosferą błogiego relaksu. Od lat uchodzą za numer 1 wśród wymarzonych kierunków wakacyjnych klientów europejskich biur podróży (w 2013 r. odwiedziło je ponad 12 mln turystów!). >>

Więcej…

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.

Tajlandia – z miejskiej dżungli wprost do raju

MARCIN WESOŁY

                                                                                                             FOT. MARCIN WESOŁY

<< Tajlandia to kraj uśmiechniętych ludzi. My sami wkrótce po zawitaniu w jego gościnne progi zaczniemy odwzajemniać ten uśmiech zupełnie naturalnie i szczerze. Wszechobecna atmosfera spokoju oddziałuje na przybyszy już od pierwszych chwil i powoli zaczyna ich zmieniać. Turystom poprawia się nastrój i przestają myśleć o codziennych problemach. To prawdziwa magia Tajlandii. >>

Wydaje się, że tutaj łatwiej jest wypocząć, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Dotyczy to również pozornie zabieganego Bangkoku, w którym także można odnaleźć swój azyl, oazę wytchnienia. Dzieje się tak zapewne za sprawą niezmiernie pogodnych i serdecznych Tajów. Już sam gest tajskiego powitania zwanego wai (dłonie złączone jak do modlitwy na wysokości piersi) promieniuje ciepłem i radością, których chcielibyśmy cały czas doświadczać. Mieszkańcy Tajlandii sprawiają wrażenie silnych jakimś im tylko znanym wewnętrznym spokojem. W tym miejscu nietrudno odzyskać równowagę psychiczną, tak potrzebną w pełnej stresów Europie.

Więcej…