ROBERT GONDEK „GERBER”
www.stronagerbera.pl


<< Rwanda leży w Afryce Środkowo-Wschodniej. Graniczy z Demokratyczną Republiką Konga, Tanzanią, Ugandą oraz Burundi. To jedno z najmniejszych afrykańskich państw. Jego powierzchnia wynosi 26 338 km2, czyli ok. 8,4 proc. obszaru Polski, co odpowiada mniej więcej wielkości województwa lubelskiego. >>

 

Najliczniejszymi grupami etnicznymi zamieszkującymi Rwandę są Hutu (84 proc.), Tutsi (15 proc.) oraz Pigmeje Twa (1 proc.). Z tym podziałem wiąże się tragiczna historia wieloletniego konfliktu na tle rasowym. Jego kulminacyjnym momentem stały się wydarzenia sprzed 20 lat. 6 kwietnia 1994 r. samolot, na pokładzie którego znajdował się ówczesny rwandyjski prezydent Juvénal Habyarimana, został zestrzelony. Zamach ten dał początek przerażającej rzezi. W ciągu niespełna 100 dni z rąk Hutu zginęło ponad 800 tys. Tutsi. Wiele źródeł zwraca uwagę na fakt, że to zdarzenie nie pozostanie bez wpływu na przyszłość i dalsze losy obu ludów. Część znawców tematu twierdzi, iż konflikt pomiędzy nimi trwa do dziś, choć nieco ukryty i w innej postaci. Na pytanie, czy sytuacja może się powtórzyć, odpowiadają, że trudno to przewidzieć, ale – niestety – istnieje takie ryzyko.


Warto pamiętać o niezmiernie burzliwej rwandyjskiej historii, gdyż pomniki pamięci poświęcone aktom ludobójstwa stanowią ważne punkty na trasach wypraw po tej części Afryki. Rwanda posiada jednak także inne twarze. To nowoczesny kraj, mający ambicje, aby zostać afrykańskim centrum biznesowym. Dlatego właśnie działania obecnego prezydenta Paula Kagame zmierzają w kierunku ocieplenia wizerunku, przyciągnięcia inwestycji międzynarodowych i stworzenia dobrych warunków dla rozwoju gospodarki. Oprócz tego znajdziemy tu kilka wspaniałych regionów przyrodniczych, takich jak Park Narodowy Akagera, Park Narodowy Lasu Nyungwe, jezioro Kiwu czy najsłynniejszy Park Narodowy Wulkanów. Największą rwandyjską atrakcją są natomiast niewątpliwie goryle górskie.

 

W SCHLUDNYM MIEŚCIE
Lądujemy w ponad 1-milionowej stolicy Rwandy – Kigali. Widoki, które oglądamy po wyjściu z lotniska, zaskakują nawet mnie, osobę która wielokrotnie już odwiedzała kraje tzw. Czarnej Afryki. Wokół nas panują czystość i porządek. Dobre i nowe drogi, wysokie i nowoczesne budynki – to wszystko wydaje się zaprzeczeniem tego, co do tej pory widziałem. Nikt nas nie zaczepia, nie krzyczy mzungu! (czyli biały!), nie żebrze, nie próbuje nam niczego nachalnie wcisnąć. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Pierwszy dzień poświęcamy w całości na wycieczkę po Kigali. Znajoma Rwandyjka pokazuje nam jeden supermarket, potem drugi. Ku naszemu zdziwieniu, nic więcej nie zasługuje według niej na uwagę. Dalsze zwiedzanie musimy więc zorganizować we własnym zakresie. Proponujemy naszej koleżance wizytę na najwyższym piętrze wieżowca Kigali City Tower. Nigdy tam nie była i nie oglądała miasta z tej perspektywy. Budynek nie został jeszcze wprawdzie skończony, ale po krótkich negocjacjach ze strażnikiem dostajemy pozwolenie i wjeżdżamy na górę. Rozpościera się stąd fantastyczny widok na okoliczne wzgórza, na których leży stolica. Wyprawę zaliczamy do udanych. Kolejny pomysł, czyli odwiedziny w Muzeum Historii Naturalnej (Natural History Museum, znane jako Kandt House), okazał się – niestety – stratą czasu.
Podczas kolacji mamy szansę spróbować rwandyjskich przysmaków. Większość Rwandyjczyków jada jeden duży posiłek w ciągu dnia. Na więcej ich po prostu nie stać. Ogromna ilość jedzenia na naszych talerzach nieco nas przeraża. Po raz pierwszy piję w Afryce bananowe piwo – słodkie i kwaśne jednocześnie, z wyczuwalnym posmakiem tytoniu (to z powodu dodatku sorgo). Jest mocne: zawiera ponad 12 proc. alkoholu. Bardzo nam wszystkim smakuje.
W trakcie kolacji u kigalijskiej rodziny, u której się zatrzymaliśmy, dowiadujemy się różnych rzeczy na temat Rwandy i życia w tym kraju. Lubimy takie spotkania, gdyż informacje z nawet najlepszych przewodników nie zastąpią tych z pierwszej ręki, od lokalnej ludności. Benjamin, jeden z naszych gospodarzy, opowiada o swoich studiach i sytuacji w państwie. Słuchamy z zaciekawieniem, ale też z pewnym dystansem. Porządek, który nas tak zachwycił po przylocie, stanowi konsekwencję systemu wysokich kar za przewinienia, przestępstwa i śmiecenie. To również efekt rządów silnej ręki prezydenta. Idea wydaje się słuszna, ale mamy wątpliwości, czy zbierane w ten sposób pieniądze idą na właściwy cel. Czy będą z nich finansowane niezbędne wydatki, gdy zabraknie międzynarodowej pomocy finansowej? Takie są oficjalne założenia rwandyjskiego rządu. Brzmią jednak trochę jak puste hasła wkładane Rwandyjczykom do głów przez tutejsze władze.

 

TRAGICZNA PRZESZŁOŚĆ
Nyamata i Ntarama to dwie miejscowości, w których znajdują się miejsca upamiętniające ofiary ludobójstwa. Najpierw odwiedzamy tę pierwszą, położoną niedaleko Kigali, w południowo-wschodniej Rwandzie. W miasteczku stoi kościół, służący Tutsi w 1994 r. jako schronienie. Mogli czuć się w nim bezpiecznie do dnia, w którym Hutu użyli granatów, aby wysadzić metalowe drzwi. Zginęło wtedy ok. 10 tys. osób. Dziś na kościelnych ławkach leżą ubrania zabitych. Pod świątynią złożono czaszki pomordowanych: na części z nich widać ślady po uderzeniach maczetą lub metalową kulą z kolcami, w innych – otwory po kulach. W piwnicach obok kościoła zgromadzono szczątki odnalezionych ofiar. W jednej z nich napotykamy nakryte fioletowym materiałem trumny ze zwłokami rodzin oraz mieszkańców całych osad i wiosek. W drugiej półki od dołu do góry wypełniają oddzielne stosy czaszek i kości. Są ich dziesiątki, setki, tysiące.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Piwnice pełne kości i czaszek koło kościoła w Nyamacie


Do Ntaramy dojeżdżamy popularnym w Rwandzie środkiem transportu, czyli rowerową taksówką. To tylko kilka kilometrów. Tu również w miejscowym kościele wymordowano mniej więcej 5 tys. Tutsi. Ich ciała umieszczono w budynku na półkach. W rogu zebrano przedmioty do nich należące: ubrania, materace, baniaki na wodę, dokumenty – wszystko, co udało się im zabrać tuż przed ucieczką z domu. W pokoju obok na ścianie widzimy zaschnięte ślady krwi. Roztrzaskiwano o nią głowy dzieci. Zaostrzonymi kijami natomiast torturowano i zabijano kobiety.
Te miejsca przerażają, bo w bardzo obrazowy sposób uzmysławiają drastyczność wydarzeń z 1994 r. Po ich odwiedzeniu świat nie wygląda już tak samo.

 

KARISIMBI WE MGLE
Pobudka już o godz. 5.00, kilka komarów nieustannie brzęczy w pokoju. Odgłosy ptaków za oknem wskazują, że nadeszła pora, aby ruszać w góry. Dziś zaczynamy trekking na wygasły stratowulkan Karisimbi, najwyższy szczyt Rwandy, znajdujący się w Parku Narodowym Wulkanów. Mierzy 4507 m n.p.m. Idziemy we trzech, a towarzyszą nam przewodnik, dwóch tragarzy i dziesięciu żołnierzy z karabinami na ramieniu i ostrą amunicją. Stanowią obstawę każdej grupy wspinającej się na Karisimbi. Niezależnie od tego, czy na wyprawę wybiera się jedna, czy pięć osób, uzbrojona ochrona liczy zawsze dziesięciu ludzi. Dla naszego bezpieczeństwa nie opuszczą nas nawet w drodze na sam wierzchołek, gdyż niedaleko stąd, tuż przy granicy z Demokratyczną Republiką Konga stacjonują kongijscy rebelianci z ugrupowania M23 (Ruch 23 Marca).
Mijamy rozległe pola uprawne. Najbardziej rzucają się w oczy łany rumianku. Oprócz niego rosną tu przede wszystkim ziemniaki i kukurydza. Krajobraz ten stworzono jednak na pokaz, dla turystów. Władze chcą, aby Rwanda została zapamiętana przez nich jako kraj dobrobytu. W rzeczywistości rwandyjscy rolnicy uprawiają małe, położone na zboczach gór pasy ziemi, obsiane wieloma różnymi roślinami.

 FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Wulkany Bisoke, Gahinga i Muhabura w okolicy Karisimbi


Następnie przemierzamy rozległe bagna. Wiedzieliśmy, że nasza trasa przez nie prowadzi, ale nie sądziliśmy, iż zajmują aż tak duży teren. Kroczymy przez gęsty las, wśród raniących ręce pokrzyw i kolczastych gałęzi. Przedzieramy się przez grząskie błoto, wpadając w nie po kostki. Po czterech godzinach docieramy do celu. Rozbijamy namiot na deskach pod dachem. Jest zimno i brzydko. Zostaniemy w naszym obozie do rana, aby przed świtem ruszyć na szczyt.
Wulkany w promieniach wschodzącego słońca wyglądają przepięknie. Do pokonania mamy ok. 900 m podejścia. Szlak pokrywa śliskie błoto. Wydaje się, że zbliżamy się do końca. Robi się coraz bardziej stromo. Wzmaga się wiatr, który potęguje jeszcze odczucie chłodu. Nagle zza chmur wyłania się zarys wierzchołka. Jeszcze tylko kilka kroków, ale ta chwila trwa nieskończenie długo. W końcu zdobywamy Karisimbi. Wszystko tonie we mgle. Dookoła leżą porozrzucane metalowe części i tajemniczy wysoki słup. Dziesięciu żołnierzy z naszej obstawy z karabinami gotowymi do strzału siedzi w równych odstępach wokół szczytu. Przedziwny to widok.
Pogoda staje się coraz mniej pewna, postanawiamy więc schodzić szybciej niż planowaliśmy. Ześlizgujemy się po błocie, omijając liczne korzenie, i już po dwóch godzinach jesteśmy w naszym obozowisku. Zwijamy namiot i kontynuujemy marsz w dół. Zdobycie Karisimbi świętujemy bananowym piwem.

 

DZIEŃ NAD JEZIOREM
Gisenyi, sąsiadujące z miastem Goma w Demokratycznej Republice Konga, stanowi znakomite miejsce wypoczynku dla mieszkańców Rwandy. Nad brzegiem jeziora Kiwu powstało wiele hoteli świadczących usługi turystyczne. Wśród licznych palm, górujących nad tutejszą promenadą, dostrzegamy coś dziwnego. Wielkie stada nietoperzy zwisają z gałęzi drzew. Niby śpią, a jednocześnie skrzeczą i piszczą. Wywołuje to niepokojące wrażenie.
Z krótkiej wycieczki nad największe rwandyjskie jezioro wracamy po ciemku do miasta Ruhengeri – bramy do Parku Narodowego Wulkanów. Dopóki jedziemy autobusem, czujemy się bezpiecznie. Musimy jednak dostać się jeszcze do Nyakinamy, położonej 15 km dalej na południowy zachód. Nie mamy innego wyjścia, jak skorzystać z motocyklowej taksówki, aby dotrzeć do naszego hotelu. Złamaliśmy właśnie naszą zasadę niepodróżowania nocą. Wynajmujemy 3 motocykle i siadamy za plecami naszych szoferów. Szybko tracimy się z zasięgu wzroku, bo każdy z nich prowadzi w swoim tempie. Mój zostawia w tyle pozostałych. Nagle stajemy. Kierowca twierdzi, że dowiózł mnie do celu i upiera się, że ma rację, gdy protestuję. Niestety, nie rozumie języka angielskiego. Nie wiem, co zrobić. Znajduję jednak na niego sposób. Próbuję dogadać się z nim w suahili. Udaje mi się go przekonać i ruszamy dalej. Ciekawe, jak radzą sobie moi koledzy. Oni suahili nie znają. Dojeżdżam w końcu na miejsce. Po chwili dołączają też do mnie moi towarzysze.
Nasza kolacja składa się z trzciny cukrowej i piwa bananowego. Ten popularny napój, jak sama nazwa wskazuje, robi się przede wszystkim z bananów. Wrzuca się je do wyżłobionego w drewnianym pniu naczynia i czeka kilka dni, aż sfermentują. Następnie dodaje się mąki z sorgo i specjalnej trawy przyspieszającej jeszcze ten proces. Piwo gotowe!

 

GÓRSKIE OLBRZYMY
Koszt 3-godzinnej wizyty w Parku Narodowym Wulkanów i podziwiania najsłynniejszych rwandyjskich zwierząt – goryli górskich, wynosi 750 dolarów. Czy to dużo? Moim zdaniem tak, to najdroższa afrykańska atrakcja, na jaką się zdecydowałem. Cała wyprawa trwa zaledwie trzy godziny, z czego tylko jedna przypada na rzeczywistą obserwację gorylej rodziny. Nie żałuję jednak swojej decyzji. Prawdopodobnie nigdy więcej nie będę mógł tego powtórzyć. Po pierwsze dlatego, że nie wiem, czy jeszcze kiedyś odwiedzę ten kraj. Po drugie, ponieważ zapewne wkrótce te największe z żyjących małp człekokształtnych pozostaną w Rwandzie tylko wspomnieniem, jeśli w regionie znów dojdzie do walk. To smutna perspektywa. Korzystam więc z okazji, aby je zobaczyć pomimo tej wysokiej ceny.

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

Park Narodowy Wulkanów – samica goryla górskiego z młodym


    Grupa goryli, do której obserwowania mnie przypisano, nazywa się Kuryama. Liczy 10 osobników, w tym 2 samców zwanych srebrzystogrzbietymi (silverback) ze względu na srebrną sierść na plecach. Swoją siłę i władzę pokazują, uderzając pięściami w klatkę piersiową. To dlatego jest ona mniej owłosiona niż reszta ciała. Podczas godzinnego pobytu tę demonstrację potęgi i pozycji w stadzie widzę tylko raz, ale to wystarczy. Huk jej towarzyszący robi niesamowite wrażenie na każdym. Najbardziej w pamięci utkwiło mi jednak spojrzenie olbrzymiego samca. Spotkanie oko w oko z tym wspaniałym zwierzęciem budzi respekt i szacunek.

 

NA POŁUDNIU
Tymczasem w Butare skończyły nam się rwandyjskie pieniądze. Powinniśmy wymienić dolary na miejscową walutę. Okazuje się, że to nie będzie takie proste. Nigdzie nie ma kantoru. Na stacji benzynowej otrzymujemy informację o Hindusie, który zajmuje się wymianą. Nikt nie wie jednak, gdzie on przebywa. W aptece przy pytaniu o zakup franków rwandyjskich (RWF) oferują nam sprzedaż leku. W banku kilkadziesiąt osób czeka w kolejce do okienka. Podobno w tym 100-tysięcznym mieście mieszka pewien lokalny biznesmen. Dziś prowadzony przez niego sklep jest zamknięty, więc kierują nas do jego domu. Podejrzanymi zakamarkami docieramy na podwórko. Dookoła leżą porozrzucane stare akumulatory, butelki z olejem i części samochodowe. Pojawia się właściciel tego dobytku. Sprzedajemy mu 300 dolarów i czym prędzej wynosimy się z tego miejsca.
W okolicach Butare (stolicy dystryktu Huye) warto odwiedzić Pałac Królewski w Nyanzie (znanej także jako Nyabisindu) oraz miejsce pamięci o ludobójstwie w Gikongoro. W pierwszej kolejności wybieramy się do byłej siedziby przedostatniego rwandyjskiego króla – Mutary III Rudahigwy (1912–1959). Przy użyciu tradycyjnych materiałów odrestaurowano tutaj XIX-wieczny budynek. Nie przypomina on jednak pałacu z naszych europejskich wyobrażeń. Wygląda jak duża, słomiana afrykańska lepianka. W pobliżu stoją dwie mniejsze chaty: jedna przeznaczona dla królewskiego testera piwa, a druga – dla mleczarki. Były to najlepsze posady w państwie. Do najważniejszych elementów majątku króla należały krowy o gigantycznych, niezmiernie długich rogach – watussi (ankole), nazywane tu inyambo. Możemy je obecnie podziwiać w przypałacowej zagrodzie.  

FOT. ROBERT GONDEK/WWW.STRONAGERBERA.PL

W dawnym Pałacu Królewskim w Nyanzie działa obecnie muzeum


W 40-tysięcznym mieście Gikongoro na terenie Szkoły Technicznej Murambi w 1994 r. rozegrał się jeden z najtragiczniejszych aktów ludobójstwa w regionie i całej Rwandzie. Wymordowano tu niemal 30 tys. ludzi (niektóre źródła podają nawet liczbę ok. 50 tys.!). Obecnie w budynku administracyjnym znajduje się Murambi Memorial Centre. Tuż obok powstały masowe groby pomordowanych. Największe wrażenie wywierają zgromadzone w salach uczelni zakonserwowane białym środkiem chemicznym zwłoki, ułożone na drewnianych paletach. Powyginane w nieprawdopodobny sposób ciała z widocznymi grymasami bólu, otwartymi ustami, zastygłymi nagle podczas ostatniego krzyku przed śmiercią, uświadamiają, do jakich okrucieństw zdolny bywa człowiek.

 

CHWILA REFLEKSJI
Wiele osób przed wyprawą pytało mnie, dlaczego jadę do kraju, w którym miała miejsce jedna z najokropniejszych rzezi w dziejach ludzkości. Ta część afrykańskiego kontynentu kojarzyła im się tylko z tymi krwawymi wydarzeniami. Obawiałem się, że obraz tej wielkiej tragedii sprzed 20 lat zdominuje mój sposób patrzenia na Rwandę. Od historii z pewnością nie da się tutaj uciec. Mimo to jako turysta czułem się wyjątkowo bezpiecznie. Władze dbają o dobry wizerunek państwa w oczach zagranicznych przybyszów. Poza tym ten kraj zachwyca przepięknymi krajobrazami, a niesamowite spotkanie z gorylami górskimi trudno porównać z jakimkolwiek przeżyciem. Ta podróż zmieniła nieco moje wyobrażenie o Afryce. Chciałbym kiedyś jeszcze wrócić do malowniczej Rwandy, nazywanej słusznie „ziemią tysiąca wzgórz”.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Ekwador – cztery światy w jednym kraju

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

<< „Cuatro mundos, un destino” („Cztery światy, jedno miejsce”) – tak brzmi jedno z haseł promujących Ekwador. Czterema światami są tutaj wyspy Galapagos, wybrzeże Pacyfiku, Andy i Amazonia. Choć ten południowoamerykański kraj należy do najmniejszych na kontynencie, faktycznie może się poszczycić ogromnym zróżnicowaniem geograficznym i przyrodniczym, nie mniejszym niż jego więksi sąsiedzi. Swoim pięknem zachwyci z pewnością nawet najbardziej wybrednych podróżników. >>

 

 Wikunie andyjskie w rezerwacie Chimborazo

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Ekwador jest w zdecydowanej większości górzysty. Wraz z archipelagiem Galapagos ma powierzchnię niemal 284 tys. km2, a więc trochę mniejszą od Polski. Leży pomiędzy Kolumbią (na północy) i Peru (na wschodzie i południu). Zachodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Spokojnego. Przez Ekwador przebiega równik, są tu zatem nie tylko fascynujące cztery światy, ale i środek Ziemi.

Ta południowoamerykańska republika przyciąga również wulkanami. Znajdują się one zarówno w kontynentalnej jej części, jak i na Galapagos. Wiele z ekwadorskich wulkanów pozostaje wciąż czynnych. Najsłynniejszy – Cotopaxi – wznosi się na 5897 m n.p.m. To drugi najwyższy szczyt Ekwadoru, zaraz po nieaktywnym stratowulkanie Chimborazo (6263,47 m n.p.m.). Ciągnące się z północy na południe Andy dzielą kraj na pół: Amazonię na wschodzie i wybrzeże Pacyfiku na zachodzie. Wycieczkę zacznijmy więc w środku, w górach.

 

MIASTO W ANDACH

Większość turystów swoją przygodę w Ekwadorze zaczyna w jego stolicy – Quito. To miasto zachwyca każdego, kto do niego przyjedzie. Jest przepięknie położone w dolinie pośród gór i wulkanów, a jego kolonialne centrum i interesujące zabytki robią naprawdę ogromne wrażenie. Z tym zachwytem na ustach wyjeżdża się stąd po dwóch czy trzech dniach. Kiedy zostaje się dłużej, czar może prysnąć. Spędziłam w tym mieście trzy miesiące i zawsze, gdy czułam, że mój zachwyt przygasa, szukałam nowych niesamowitych miejsc. Quito jest najwyżej położoną stolicą na świecie (często mylnie przyznaje się ten tytuł La Paz, ale ono nie pełni funkcji konstytucyjnej stolicy Boliwii, choć mieści się w nim siedziba rządu). Oficjalnie podaje się uśrednioną wysokość 2850 m n.p.m. W rzeczywistości część zabudowań leży na ok. 2800 m n.p.m., a dzielnice usytuowane na wzgórzach znajdują się nawet na 3100 m n.p.m. Z wyżej położonych rejonów miasta roztacza się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Trzeba jednak pamiętać, że w takich warunkach można mieć problemy zdrowotne. U osób przylatujących z niżej usytuowanych regionów często pojawiają się objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche): bóle głowy, brak apetytu, trudności z oddychaniem, szybkie męczenie się, a nawet nudności i wymioty. Dlatego właśnie w ciągu pierwszych dni pobytu zaleca się picie dużej ilości wody, unikanie alkoholu i nadmiernego wysiłku fizycznego. Kiedy już organizm przyzwyczai się do nowych warunków, można zacząć zwiedzanie.

Centrum historyczne Quito należy do największych i najlepiej zachowanych w całej Ameryce Łacińskiej (ma powierzchnię 3,75 km²). Nie bez powodu we wrześniu 1978 r. znalazło się na nowo utworzonej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (było jednym z pierwszych 12 obiektów podobnie jak krakowskie Stare Miasto i polska kopalnia soli w Wieliczce). Tutejsze urokliwe kamienice, niezwykłe dziedzińce, białe kościoły, bogato zdobione wnętrza zachwycają zwiedzających.

Na zainteresowanie zasługuje szczególnie klasztor św. Franciszka z kościołem (Iglesia y Convento de San Francisco), którego budowa rozpoczęła się w 1534 r. Świątynię wypełniają rzeźby i inne dzieła sztuki. To tutaj można zobaczyć słynną drewnianą rzeźbę z 1734 r. – Dziewicę z Quito (Virgen de Quito), której gigantyczna replika spogląda na miasto ze wzgórza El Panecillo (roztacza się z niego wspaniały widok na stolicę, a przy bezchmurnym niebie widać też okoliczne wulkany). Ważnym punktem na mapie historycznego centrum jest również Plaza Grande (inaczej Plaza de la Independencia). W rejonie tego placu znajduje się kilka ciekawych zabytków: Palacio de Carondelet, czyli oficjalna rezydencja prezydencka, Pałac Arcybiskupi, siedziba władz miasta (Palacio Municipal de Quito) i XVI-wieczna Katedra Metropolitalna. W tej ostatniej warto zwrócić uwagę na obraz Ostatnia Wieczerza, na którym na stole umieszczono tradycyjne andyjskie specjały – pieczoną świnkę morską (cuy) i napój alkoholowy ze sfermentowanej kukurydzy (chichę). Część Palacio de Carondelet udostępniono do zwiedzania. Najbardziej interesująca jest sala reprezentacyjna. To w niej prezydent podpisuje wszystkie ważne dokumenty. Poza tym za atrakcję uchodzi tu stanięcie na balkonie w miejscu, w którym przemawia on do obywateli. W każdy poniedziałek o 11.00, podczas uroczystej zmiany warty, można go zobaczyć i posłuchać na żywo. W narożniku pomiędzy rezydencją prezydencką a Katedrą Metropolitalną znajduje się Muzeum Alberta Meny Caamaña (Museo Alberto Mena Caamaño). W pięknym, starym budynku z końca XVI stulecia obejrzymy wystawy stałe i czasowe poświęcone współczesnym problemom Ekwadoru i świata.

Kolejny zabytek stanowi Bazylika Narodowego Ślubowania (Basílica del Voto Nacional). Z jej dwóch 115-metrowych wież roztacza się wspaniała panorama stolicy. To największy neogotycki kościół w obu Amerykach. Budowla góruje nad okolicą, co dobrze widać z otaczających miasto wzgórz. Inną ciekawą świątynią jest barokowy i bardzo bogato zdobiony Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús; budowę rozpoczęto na początku XVII w.), uznawany za jeden z najpiękniejszych na kontynencie. Podczas spaceru po starym Quito nie wolno ominąć ulicy La Ronda. Niegdyś przebiegał tędy szlak używany przez Inków, na początku XX stulecia upodobali ją sobie artyści i bohema, a dziś tłumnie ściągają na nią turyści. La Ronda ma swoją niepowtarzalną atmosferę. Można ją odczuć szczególnie wieczorem, kiedy restauracje zapełniają się ludźmi, a ulica muzykami.

Oprócz historycznego centrum warto odwiedzić też północną część Quito. Koło pięknego, ogromnego Parku Metropolitalnego (Parque Metropolitano) znajduje się muzeum ekwadorskiego malarza, rysownika, rzeźbiarza, grafika i twórcy murali Oswalda Guayasamína (1919–1999), zwanego południowoamerykańskim Picassem, z powstałą z jego inicjatywy Kaplicą Człowieka (Capilla del Hombre). Miejsce zasługuje na zainteresowanie nie tylko ze względu na obrazy artysty i jego kolekcję sztuki prekolumbijskiej, ale również z powodu niezmiernie ciekawej i oryginalnej bryły Kaplicy Człowieka. Na sąsiednim wzgórzu, w uchodzącej za artystyczną dzielnicy Guápulo polecam wybrać się do jednej z wielu restauracyjek.

Nad Quito góruje wulkan Pichincha z dwoma najwyższymi szczytami: Ruku Pichincha (4698 m n.p.m.) i Guagua Pichincha (4784 m n.p.m.). Można na niego wjechać TelefériQo, czyli koleją gondolową, która wwozi chętnych na wysokość 3945 m n.p.m. Rozpościera się stąd niezwykły widok na miasto i okoliczne szczyty. Jeśli powietrze jest czyste, a niebo bezchmurne, da się nawet dostrzec Cotopaxi.

 

Plaża Los Frailes w Parku Narodowym Machalilla u wybrzeży Pacyfiku

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W ŚRODKU ŚWIATA

Na północ od Quito przebiega równik i leży obszar Mitad del Mundo. Znajduje się na nim duży kompleks turystyczny wraz z muzeum etnograficznym, planetarium, pomnikiem środka świata i żółtą linią dzielącą półkulę północną od południowej. Można tu stanąć na obu półkulach jednocześnie, postawić jajko na gwoździu i zobaczyć, jak wir wodny kręci się w dwie różne strony. Problem polega jednak na tym, że środki świata są dwa… W miejscu, gdzie badacze z francuskiej misji w XVIII w. wyrysowali linię równika, w 1936 r. postawiono pomnik, który później przebudowano. Obecnie mieści się w nim muzeum. Dookoła powstał cały kompleks turystyczny. Jednak żółta linia dzieląca świat na pół jest namalowana ok. 240 m na południe od faktycznego równika, bo… badacze pomylili się w pomiarach.

Niedaleko Mitad del Mundo stoi ciekawa Świątynia Słońca (Templo del Sol) zbudowana przez lokalnego malarza, rzeźbiarza i popularyzatora kultury Cristóbala Ortegę Maila. Tuż za nią znajduje się wejście do Rezerwatu Geobotanicznego Pululahua (Reserva Geobotánica Pululahua). Można poprzestać na udaniu się na taras widokowy lub zejść do rozległej kaldery (ma prawie 34 km2), aby stanąć na jej dnie. Zakres wysokości obszaru wynosi od 1800 do 3356 m n.p.m. Wulkan pozostaje nieaktywny, do ostatniej erupcji doszło ok. 2,5 tys. lat temu. Ze względu na wyjątkowy mikroklimat i niezwykle żyzną ziemię, jaka powstała na zastygniętej lawie, utworzono tu rezerwat przyrody. Kopuły wulkaniczne porasta gęsty las deszczowy zamieszkany przez różnorodną faunę. W rezerwacie występuje wiele endemicznych gatunków roślin. Ale wulkan budzi zainteresowanie nie tylko ze względu na bogactwo przyrodnicze. Pululahua to jedna z kilku zamieszkałych kalder na świecie i podobno jedyna, w której uprawia się ziemię. Wewnątrz żyje niewiele ponad 100 osób, zajmujących się rolnictwem, a od kilku lat również turystyką.

Kilkudniowa wizyta we wnętrzu wulkanu pozwala odciąć się od cywilizacji i odpocząć w bliskim otoczeniu natury. Można też wybrać się tu na krótką wycieczkę. Zejście do kaldery zajmuje pół godziny. Ważne jednak, aby wyprawę zaplanować w godzinach porannych. Pululahua w języku keczua oznacza „wodną chmurę” lub „dym wodny”. Nazwa nie jest przypadkowa – codziennie mniej więcej od południa kalderę wypełnia mgła. Co ciekawe, to ona stanowi główne źródło wody w tym rejonie, bo deszcz pada tutaj bardzo rzadko. Dlatego właśnie jedynym dobrym momentem na zobaczenie całej okolicy będzie poranek. Pojawiająca się później mgła tworzy przez chwilę mistyczną atmosferę, żeby w końcu ukryć wszystko przed oczyma turystów podziwiających wulkan z tarasu widokowego.

Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od rezerwatu (ok. 80 km od stolicy Ekwadoru), w dolinie pośród lasu deszczowego leży miejscowość Mindo. Można tu wybrać się do motylarni, aby dowiedzieć się czegoś o motylach, oraz zobaczyć kolibry i obserwować inne gatunki ptaków, a także podziwiać piękne wodospady (Santuario de Cascadas). Do tych ostatnich dociera się kolejką linową rozpiętą nad wysokim kanionem. Wprawdzie Mindo cieszy się popularnością wśród turystów, ale to wciąż mała miejscowość, w której da się odpocząć od zgiełku wielkiego i głośnego Quito. Jest jednym z moich ulubionych miejsc w tym południowoamerykańskim kraju, chętnie kiedyś do niego wrócę.

Dalej na północny wschód od stolicy Ekwadoru znajdują się dwa ciekawe miasta: Ibarra i Otavalo. Pierwsze odgrywa rolę stolicy prowincji Imbabura, leży niedaleko malowniczego jeziora Yahuarcocha (Laguna de Yahuarcocha) i szczyci się dobrze zachowanym kolonialnym centrum (zrekonstruowanym po trzęsieniu ziemi z 1868 r.). Niewielkie (ok. 50-tysięczne) Otavalo słynie z kolei z popularnego targowiska z andyjskim rękodziełem. Sprzedaje się tu hamaki, obrusy, biżuterię w odcieniach tęczy, plecione torby w wielokolorowe wzory, a pomiędzy tym pledy, kubki, długopisy, szachy, paski, figurki lam, poszewki na poduszki, kapelusze i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Miasto przyciąga tłumy turystów chcących wrócić z Ekwadoru z ciekawymi pamiątkami. W Otavalo naprawdę trudno się opanować, żeby nic nie kupić.

Na południowy wschód od stolicy warto wybrać się do wioski Papallacta, gdzie lubią spędzać weekendy quiteños (mieszkańcy Quito). Ze względu na występujące w okolicy wody termalne miejsce to jest idealne na wypoczynek wśród pięknych górskich krajobrazów. Papallacta leży w sąsiedztwie Parku Narodowego Cayambe-Coca (Parque Nacional Cayambe-Coca, Reserva Ecológica Cayambe-Coca). Tutejsze lasy deszczowe, jeziora i wulkan Cayambe (5790 m n.p.m.) przyciągają miłośników przyrody i chodzenia po górach. Podobne atrakcje czekają w popularnym wśród amatorów mocniejszych wrażeń miasteczku Baños de Agua Santa (w skrócie Baños). Łaźnie Świętej Wody, jak tłumaczy się tę nazwę, znajdują się u stóp aktywnego stratowulkanu Tungurahua (5023 m n.p.m.) i przyciągają gorącymi źródłami. Miejscowość ta uchodzi za ekwadorską stolicę sportów ekstremalnych. Można tutaj skakać na bungee, uprawiać canyoning, rafting i wspinaczkę skalną, latać na paralotni czy zjeżdżać na linie. W okolicy jest też wiele tras trekkingowych, w tym kilka prowadzących do przepięknych wodospadów, jak choćby do imponującego Kotła Diabła (Pailón del Diablo), który ogląda się z różnych perspektyw. Poza granicami Ekwadoru miasteczko Baños słynie przede wszystkim z huśtawki na krańcu świata. Wisi ona na drzewie rosnącym na krawędzi zbocza, co sprawia, że wygląda, jakby naprawdę znajdowała się na końcu ziemi. W bezchmurny dzień można huśtać się na niej na tle wulkanu Tungurahua. Najlepiej przyjechać tu wcześnie rano, kiedy kolejka chętnych bywa jeszcze krótka, a szanse na czyste niebo są największe.

 

POCIĄGIEM WŚRÓD WULKANÓW

Zarówno Baños, jak i niedalekie miasta Ambato i Riobamba leżą w tzw. Alei Wulkanów (Avenida de los Volcanes), która ciągnie się mniej więcej od Quito do miasta Cuenca (ponad 300 km). Widoki rozpościerające się z Ambato i Riobamby przy dobrej pogodzie zapierają dech w piersiach i nie ma się co dziwić. To drugie miasto znajduje się u podnóży wulkanu Chimborazo i jest bazą wypadową dla osób chcących wejść na szczyt tej najwyższej góry Ekwadoru. Z Riobamby niedaleko już do Alausí (ok. 90 km), małego i urokliwego miasteczka, z którego odjeżdża słynny turystyczny pociąg. Jego malownicza 12-kilometrowa trasa wiedzie po zboczu góry Nos Diabła (Nariz del Diablo) do stacji Sibambe. Mówi się, że aby dokończyć budowę odcinka kolei wykutego w twardej skale, zawarto pakt z samym diabłem, bo praca w tak trudnych warunkach pochłonęła wiele ludzkich istnień. Z ok. 4 tys. pracowników (pochodzących głównie z Jamajki) przeżyli nieliczni. Oddanie do użytku kilkunastokilometrowego fragmentu torów na początku XX w. było jednak wielkim wydarzeniem. Wszak odcinek ten nazywany jest najtrudniejszą trasą kolejową na świecie ze względu na wyzwanie, jakim okazało się zaprojektowanie i wybudowanie linii na zboczu góry Nariz del Diablo między wysoko położonym Alausí (ok. 2340 m n.p.m.) i leżącym w kanionie Sibambe (1400 m n.p.m.). Przedsięwzięcie stanowiło część większego planu połączenia stolicy Ekwadoru z wybrzeżem. Wprawdzie obecnie z Quito do Guayaquil, usytuowanego u ujścia rzeki Guayas do zatoki Pacyfiku, kursuje pociąg (Tren de las Maravillas), jednak uchodzi on raczej za luksusową atrakcję turystyczną. Podróż nim trwa cztery dni, ale w jej trakcie noce spędza się w hotelach położonych przy trasie. Ci, którzy mają mniej czasu lub nie są aż tak wielkimi miłośnikami kolei, powinni zadowolić się pokonaniem krótkiego, lecz niezmiernie malowniczego odcinka z Alausí do Sibambe.

W drodze na wybrzeże koniecznie trzeba zatrzymać się w pięknym kolonialnym mieście Cuenca (Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca). Ze względu na dobrze zachowaną zabudowę jego historyczne centrum znalazło się w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na szczególną uwagę zasługuje Stara Katedra (z XVI w.) przekształcona w muzeum sztuki sakralnej oraz Nowa Katedra z cudownymi zdobieniami, której budowę rozpoczęto w drugiej połowie XIX stulecia. W Cuence warto zgubić się w labiryncie wąskich uliczek. Poza tym polecam też pojechać do stanowiska archeologicznego Ingapirca. W tej okolicy pierwotnie osiedlił się lud Cañari, później miejsce trafiło pod panowanie Inków. Niewiele obiektów zachowało się do obecnych czasów, dlatego te ruiny są raczej gratką dla prawdziwych pasjonatów historii prekolumbijskiej. Osoby szukające wrażeń powinny skorzystać z drugiej słynnej ekwadorskiej huśtawki. Znajduje się ona na zboczu wzgórza Turi, z którego roztacza się panoramiczny widok na Cuencę i okolice. Huśtającym się na zamocowanym na długich linach krześle wydaje się, że unoszą się nad miastem.

 

Endemiczne legwany morskie na przybrzeżnych skałach w archipelagu Galapagos

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

NAD OCEANEM

Zjeżdżając z Andów do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru (mniej więcej 3-milionowego), wkraczamy w strefę tropikalną. Wysokie temperatury towarzyszą jego mieszkańcom przez cały rok, można więc zapomnieć o górskim chłodzie. Guayaquil to najważniejszy ośrodek biznesowy kraju. Jest nowoczesnym miastem z nadrzeczną promenadą, wieloma sklepami, restauracjami i pubami. Miłośnicy kolonialnej zabudowy znajdą chwilę wytchnienia na kolorowym wzgórzu Santa Ana, na którego zboczach rozciąga się najstarsza dzielnica Las Peñas, pełna galerii sztuki i małych knajpek. To właśnie tutaj w XVI w. został założony ten prężny dzisiaj ośrodek.

W odległości dwóch godzin jazdy samochodem (ok. 140 km) na zachód stąd leży miasto Salinas, popularne wśród mieszkańców Guayaquil miejsce na wypoczynek na plaży. Im dalej na północ wzdłuż wybrzeża się kierujemy, tym wokół robi się ciekawiej. Miejscowość Montañita zyskała popularność wśród surferów ze względu na tworzące się w jej pobliżu wysokie fale. W ciągu kilku lat z małej wioski przekształciła się w kurort turystyczny bardzo chętnie odwiedzany przez osoby chcące nauczyć się języka hiszpańskiego. Tak jak mieszkańcy Guayaquil mają swoje plaże w Salinas, tak quiteños jeżdżą wygrzewać się do Esmeraldas. Kto pragnie uciec od tłumów turystów, powinien poszukać małych wiosek rybackich jak choćby Mompiche. Mniej zatłoczonych miejsc nie brakuje, bo linia brzegowa Ekwadoru liczy sobie ponad 2,2 tys. km. Ekwadorskie wybrzeże to również świetny punkt do obserwowania migracji humbaków. Od czerwca do września można się wybrać na wycieczkę w poszukiwaniu tych wielkich ssaków z rodziny płetwalowatych, a z miasteczka Puerto López warto popłynąć na tzw. Galapagos dla ubogich, czyli Srebrną Wyspę (Isla de la Plata), gdzie spotyka się m.in. uchatki patagońskie, delfinki wysmukłe (tropikalne), głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, żółwie morskie, pelikany czy fregaty. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwym miłośnikiem przyrody, musi udać się na prawdziwy archipelag Galapagos. To miejsce zupełnie nie z tej ziemi!

 

ARCHIPELAG DARWINA

Wyspy Galapagos są niezaprzeczalnie skarbem Ekwadoru. Zamieszkuje je wiele gatunków zwierząt (w tym endemicznych), np. żółwie słoniowe, kotiki i uszanki galapagoskie, głuptaki niebieskonogie, kormorany nielotne, myszołowy galapagoskie, gołębiaki plamiste, albatrosy galapagoskie, fregaty wielkie, legwany galapagoskie i morskie, pingwiny równikowe, petrele galapagoskie, zięby Darwina, czaple galapagoskie, pelikany czy flamingi. W 1959 r. cały region objęto ochroną parku narodowego. Prawie 20 lat później, w 1978 r., wyspy wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dziś archipelag zamieszkuje niecałe 30 tys. osób, ale w ciągu roku przybywa na niego ponad 200 tys. turystów.

Podczas pobytu na Galapagos ma się niepowtarzalną okazję zobaczenia z bliska zwierząt, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Ruch turystyczny jest tu ograniczony, ale wszystkie dostępne miejsca, takie jak Stacja Badawcza im. Charlesa Darwina w mieście Puerto Ayora na Santa Cruz, okolice do nurkowania, tunel z lawy oraz trasy trekkingowe, są warte zainteresowania. Na archipelagu znajdują się liczne wulkany. Najwyższy, Wolf, wznosi się na największej wyspie, Isabeli, i mierzy 1707 m n.p.m. Najpopularniejszym sposobem poznawania Galapagos są kilku- lub kilkunastodniowe rejsy niewielkimi statkami. W trakcie takiej wycieczki zwiedza się różne miejsca na archipelagu i nurkuje, a na noc wraca na pokład. Wizyta na tych niezwykłych wyspach może być zdecydowanie jednym z najpiękniejszych i najbardziej nietypowych doświadczeń w życiu. Ja na pewno kiedyś na nie wrócę, bo czuję niedosyt wrażeń.

 

Kajmany zamieszkują rozlewiska rzek w ekwadorskim regionie Oriente (Wschód)

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W AMAZOŃSKIM LESIE

Z unikatowego archipelagu przenosimy się na kontynent i to na wschodnią stronę Andów, gdzie jest zielono i wilgotno. Czwarty świat Ekwadoru stanowi fragment Amazonii, zwany tutaj Oriente (Wschód). Region ten pokrywa prawie połowę całego obszaru kraju. Co ciekawe, to właśnie w tej okolicy hiszpańscy konkwistadorzy pod przywództwem Francisca de Orellany (1511–1546) odkryli dorzecze Amazonki i jej górny bieg w XVI w. Samą rzekę nazwano podobno od plemienia Amazonek, ponieważ po drodze wyprawa odkrywcza spotkała kobiety-wojowników.

Amazońskie gęste lasy deszczowe są prawdziwym królestwem flory i fauny. Mimo swoich dużych rozmiarów Oriente jest regionem słabo zasiedlonym. W jego granicach znajduje się tylko kilka miast i według szacunków obszar zamieszkuje ok. 750 tys. ludzi. W ekwadorskiej Amazonii założono cztery parki narodowe i kilka rezerwatów przyrody. Niektóre źródła podają, że na terenie Parku Narodowego Yasuní (Parque Nacional Yasuní) występuje największa bioróżnorodność na świecie.

Aby dostać się do lasów deszczowych Oriente i móc na własne oczy zobaczyć tę wyjątkową krainę dzikiej przyrody, trzeba skorzystać z usług tutejszych doświadczonych przewodników. Samodzielna wyprawa jest nie najlepszym pomysłem. W Ekwadorze działa sporo firm, które organizują kilkudniowe wycieczki do Amazonii. W programie są również noclegi w specjalnych domkach w lesie i rozmaite atrakcje, jak np. łowienie piranii, pływanie łódką po rzece, poznawanie gatunków roślin i zwierząt, a niekiedy także spotkania z rdzennymi mieszkańcami tych terenów i uczestniczenie w ich codziennym życiu. Jeśli ktoś nie ma ochoty na dłuższy pobyt w wilgotnym, tropikalnym klimacie, może dojechać do Teny (niewielkiej stolicy prowincji Napo) i wybrać się na jednodniową wycieczkę w leśną gęstwinę. Przedsmak lasu deszczowego zapewnia już okolica wspomnianych miejscowości Baños i Papallacta, do których łatwiej się dostać niż do miast w regionie Oriente.

***

Góry i niziny, śnieg i parny tropik, ocean i lasy deszczowe, ciekawi ludzie i niesamowite zwierzęta – wszystko to czeka na wyciągnięcie ręki w Ekwadorze. Ten kraj naprawdę łączy w sobie cztery światy. Warto samemu się o tym przekonać.

Wydanie Wiosna 2018

Kalejdoskop dominikański

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

Republika Dominikańska jest radosnym, roztańczonym, zwariowanym, nieprawdopodobnie osobliwym krajem, który ponoć oferuje przyjezdnym wszystko. Przynajmniej tak przekonują kampanie promocyjne tutejszego Ministerstwa Turystyki. Nie ma w tym zbytniej przesady. Na próżno takiej różnorodności, jaką charakteryzuje się Dominikana, szukać w innych zakątkach Karaibów. Do tego oddalonego od Polski o kilka tysięcy kilometrów miejsca, do którego pod koniec XV w. uczestnicy wyprawy Krzysztofa Kolumba popłynęli statkami „Santa María”, „Niña” („Santa Clara”) i „Pinta”, docieramy dziś samolotem. Niesamowita ziemia zauroczyła wówczas słynnego odkrywcę i żeglarza, co odnotował w swoim dzienniku. Nas również z pewnością zachwyci ta wyjątkowa kraina.

Więcej…

Lazurowe Wybrzeże i Korsyka – perły południa Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

 

<< Cannes to miasto, które kojarzy się z przepychem, gwiazdami i odbywającym się zwykle w maju prestiżowym festiwalem filmowym. Tylko 15 min. jazdy samochodem dzieli je od Monte Carlo, gdzie niemal w tym samym czasie rozgrywa się wyścig Formuły 1 Grand Prix de Monaco. Turyści planujący odwiedzić Riwierę Francuską stają czasem przed nie lada dylematem, gdy muszą dokonać wyboru między jej pięknymi kurortami. Zwłaszcza że ekskluzywne Cannes i Monako stanowią jedynie część bogatego wachlarza atrakcji południowo-wschodniego wybrzeża Francji. >>

W latach 30. XX w. na plażach Lazurowego Wybrzeża (Côte d'Azur) wypoczywali głównie arystokraci i koronowane głowy, którzy przybywali tu przede wszystkim zimą z Wielkiej Brytanii, a nawet z Rosji. Liczbę ówczesnych turystów szacuje się na 300 tys. rocznie. Wcześniej miejsce to odkryli artyści. Ściągali w te strony pod koniec XIX w. ze względu na doskonałe światło, krajobrazy i klimat. Claude Monet, Auguste Renoir, Pablo Picasso, Marc Chagall, Henri Matisse, Jean Cocteau, Fernand Léger, Alberto Giacometti zarówno czerpali z bogactwa regionu, jak i jednocześnie wywierali wpływ na jego kulturę.

Dziś na Lazurowe Wybrzeże każdego roku przyjeżdża ponad 10 mln turystów, w tym prawie milion to uczestnicy rejsów, a 400 tys. – osoby biorące udział w kongresach. Prawdziwe tłumy pojawiają się latem. Wtedy też tutejsze kurorty okupują głównie Brytyjczycy, Niemcy i Duńczycy. Jednak ta część Francji to nie tylko słynne Nicea i Cannes, lecz także maleńkie miasteczka z zabytkami i muzeami oraz fascynująca górzysta Korsyka.

Więcej…