MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

 

Wielbiciele historii, czekolady oraz dziewiczych tropikalnych plaż ściągają na półwysep Paria. Turyści, którym zależy na wygodach oferowanych przez komfortowe hotele typu all inclusive, udają się zazwyczaj na karaibskie wyspy należące do Wenezueli – Margaritę i Coche. Z kolei pielgrzymi podążają do największego na świecie pomnika Matki Bożej – Monumento a la Virgen de la Paz, przyćmiewającego swą wielkością nawet słynną 38-metrową figurę Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Ta ogromna wenezuelska statua wznosi się ok. 10 km na południowy zachód od 40-tysięcznego miasta Trujillo. Ma prawie 47 metrów wysokości i waży 1200 ton. Wreszcie fascynaci cudów myśli technicznej podziwiają z bliska Centralę Hydroelektryczną Simóna Bolívara na rzece Caroní (głównym dopływie Orinoko), nazywaną również Tamą Guri (Represa de Guri). Jest to trzecia pod względem wielkości elektrownia wodna na świecie – po Zaporze Trzech Przełomów w Chinach i kompleksie Itaipú na granicy Brazylii i Paragwaju. Nie zapominają również o odwiedzeniu Puente Orinoquia, tzw. drugiego mostu nad rzeką Orinoko, oddanego do użytku w 2006 r. To spektakularna przeprawa podwieszona zbudowana z betonu i stali, stworzona koło ponad 1-milionowego Ciudad Guayana. Ta konstrukcja o długości aż 3156 metrów kosztowała ok. 900 mln dolarów. Jak więc widać na tych kilku przykładach, Wenezuela oferuje moc atrakcji dla każdego. Stanowi wymarzone miejsce na podróż pełną przygód, którą można zakończyć błogim odpoczynkiem na rajskiej karaibskiej plaży.

To południowoamerykańskie państwo gwarantuje wszystkim odwiedzającym go turystom niepowtarzalne krajobrazy i dziewiczą naturę. Jak bezcenna, dzika i nietknięta przez człowieka jest tutejsza przyroda pokazuje nam choćby ogromna liczba parków narodowych znajdujących się na obszarze tego kraju (aż 43!). Zajmują one łącznie 15 proc. terytorium Wenezueli, czyli niemal 150 tys. km². Pierwszy z nich – Park Narodowy Henri Pittier – powstał już w 1937 r. (nadano mu wówczas nazwę Rancho Grande, tzn. Wielkiego Rancza). Jego powierzchnia wynosi 1078 km², na których możemy podziwiać zarówno dzikie karaibskie wybrzeże z malowniczymi zatokami i cudownymi plażami (np. Bahía de Cata, Playa Cuyagua, La Ciénaga de Ocumare czy Playa Choroní), jak i górzyste tereny Kordyliery Nadbrzeżnej (Cordillera de la Costa). To prawdziwy raj dla miłośników ornitologii. Ściągają tu oni tłumnie, żeby podglądać ponad 580 gatunków ptaków, m.in. sokoła wędrownego, olbrzymią harpię wielką czy zagrożonego wyginięciem czubacza hełmiastego. Odwiedzając ten wspaniały park, którego ojcem jest Henri Pittier (1857–1950), zakochany w Wenezueli szwajcarski geograf, etnolog, biolog i botanik, koniecznie trzeba też spróbować miejscowego doskonałego kakao, uważanego za jedno z najlepszych na świecie. W tym celu najlepiej odwiedzić nadmorską miejscowość Chuao, słynną od 400 lat ze zbioru nasion kakaowca właściwego.  

 

NAJWYŻSZY WODOSPAD ŚWIATA

FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Będąc na wenezuelskiej ziemi, każdy szanujący się turysta musi zobaczyć cud natury, jaki stanowi ukryty w dżungli, zapierający dech w piersiach Salto Ángel. Ma aż 979 metrów wysokości i jest 19-krotnie wyższy od słynnego wodospadu Niagara. Jako jeden z pierwszych, poza rdzennymi mieszkańcami tych terenów – Indianami Pemon, zobaczył go w 1933 r. amerykański podróżnik i lotnik James Crawford Angel, zwany Jimmie (1899–1956). Ujrzał on potężną kaskadę wody spadającą z góry stołowej Auyantepuy przypadkiem, kiedy przelatywał nad Wielką Sawanną (La Gran Sabana), dziewiczym regionem w południowo-wschodniej części Wenezueli. W 1937 r. postanowił wrócić do tego miejsca jednopłatowcem Flamingo z zamiarem posadzenia go tuż obok wodospadu. Udało mu się wylądować na szczycie Auyantepuy (co oznacza w języku Indian Pemon „Górę Diabła”), ale podczas tego ryzykownego manewru jego samolot, nazywany El Río Caroní (Rzeką Caroní), uległ uszkodzeniu i nie nadawał się do dalszego lotu. Jimmie wraz ze swoją żoną Marie i innymi pasażerami maszyny aż przez 11 dni przedzierali się przez dżunglę do najbliższej ludzkiej osady w dolinie Kamarata. Kiedy po szerokim świecie rozeszła się wiadomość o odkryciu potężnego wodospadu, Angel stał się postacią niemal legendarną w Wenezueli. Jego jednopłatowiec, pozostawiony na szczycie Auyantepuy, w 1970 r. został rozmontowany i przetransportowany w częściach helikopterami do Muzeum Lotniczego w Maracay (Museo Aeronáutico de Maracay). Dzisiaj replikę samolotu El Río Caroní turyści mogą oglądać przed wejściem na lotnisko w centrum Ciudad Bolívar. Angel zmarł w 1956 r. w Panamie, a odkryty przez niego dla potomnych wspaniały wodospad otrzymał na jego cześć nazwę Salto Ángel. Od 1949 r., dzięki badaniom słynnego Towarzystwa National Geographic przeprowadzonym przez amerykańską dziennikarkę Ruth Robertson (1905–1998), wiedziano już, że anielska kaskada wody spadająca z góry Auyantepuy jest najwyższa na świecie. Odważny i zuchwały pilot, jakim był bez wątpienia Jimmie, miał tylko jedną prośbę: aby po śmierci jego prochy rozrzucić w kraju, który tak ukochał, nad wspaniałym Salto Ángel. Rodzina spełniła to życzenie w 1960 r.

 

PODRÓŻ DO STÓP CUDU NATURY

Dzisiaj ten potężny wodospad stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Wenezueli, ale podróż do jego podnóża nie należy do najłatwiejszych, ponieważ dookoła rozciąga się gęsta dżungla i wznoszą się trudno dostępne szczyty gór stołowych, które miejscowi Indianie Pemon nazywają tepuyes. Do Parku Narodowego Canaima, gdzie usytuowany jest Salto Ángel, można dotrzeć awionetką ze stołecznego Caracas lub Ciudad Bolívar. Organizowane są także specjalne wycieczki dla wczasowiczów odpoczywających na karaibskich plażach wyspy Margarita lub dla podróżników odwiedzających Santa Elena de Uairén czy Ciudad Guayana. Wyprawy lądowo-wodne pod najwyższy wodospad świata wyruszają z obozu Canaima i trwają ok. 13 godz. Odbywają się one na ogół od początku czerwca do końca listopada, kiedy tutejsze rzeki (Carrao i Churún) mają wystarczającą głębokość, żeby mogły po nich pływać długie i wąskie drewniane łodzie Indian Pemon, nazywane curiaras albo canoas. W trakcie pory suchej (trwającej zazwyczaj od grudnia do marca) niski poziom wody nie pozwala nam na takie podróże. Należy również pamiętać o tym, że podczas pochmurnych dni trudno jest zobaczyć Salto Ángel w całej okazałości. Dlatego też polecam wybrać się na niezapomnianą wyprawę do stóp tego wenezuelskiego cudu natury, kiedy mamy gwarancję słonecznej pogody. Wtedy będziemy mogli podziwiać najwyższy wodospad świata w pełnej krasie.

W zapierającym dech w piersiach Salto Ángel zakochał się nie tylko jego odkrywca dla ludzkości, czyli Jimmie Angel, ale także słynni filmowcy. To niesamowite miejsce stało się inspiracją dla wielu z nich. Okolice potężnego wenezuelskiego wodospadu, razem ze szczytem Auyantepuy, innymi tepuyes oraz pozostałymi wspaniałymi cudami przyrody Parku Narodowego Canaima, posłużyły jako wzór do stworzenia fikcyjnej dżungli w filmie animowanym (w technologii 3D) amerykańskiej wytwórni Pixar pt. Odlot (ang. Up). Możemy je również oglądać w wielkim przeboju kinowym Jamesa Camerona z gatunku fantastyki naukowej, stworzonym także w technice trójwymiarowej, Avatarze. Krajobrazy filmowego księżyca Pandora nawiązują tu wyraźnie do Salto Ángel i jego najbliższego otoczenia. W pochodzącym z 1998 r. amerykańskim melodramacie Między piekłem a niebem (ang. What dreams may come), w reżyserii Nowozelandczyka Vincenta Warda i z Robinem Williamsem w roli głównej, też występuje najwyższy wodospad świata, który został w nim przedstawiony jako niespotykane, spektakularne miejsce, tak piękne, że aż wręcz nierealne. Warto zauważyć pewną ciekawostkę... Otóż wykorzystanie wenezuelskiego cudu natury gwarantuje filmowcom sukces – wszystkie trzy wymienione przeze mnie obrazy uhonorowano Oskarami: Odlot otrzymał w 2010 r. dwie statuetki, Avatar – trzy (podczas tej samej ceremonii), a Między piekłem a niebem – jedną (w 1999 r.). Jedno jest pewne – nie możemy powiedzieć, że byliśmy w Wenezueli, jeśli nie widzieliśmy budzącego podziw nawet najbardziej doświadczonych globtroterów, ogromnego, 979-metrowego Salto Ángel. To samo tyczy się zresztą wspaniałej, gigantycznej delty Orinoko. Warto więc opuścić usytuowany na granicy wenezuelsko-brazylijskiej bezkresny Park Narodowy Canaima (o powierzchni 30 tys. km², czyli wielkości Belgii!) i udać się na północny wschód kraju, aby zobaczyć kolejne cudowne dzieło przyrody…      

 

W KRÓLESTWIE INDIAN WARAO         

Czekają tu na nas m.in. olbrzymie połacie dżungli i charakterystyczne drewniane domy zbudowane na palach wbitych w dno rzeki – palafity (palafitos). Od niepamiętnych czasów mieszkają w nich Indianie Warao, znani też jako Guaraúnos – strażnicy tajemnic słynnej delty Orinoko. Stanowią oni najstarszą rdzenną ludność Wenezueli. Przypuszcza się, że pojawili się na tych terenach najprawdopodobniej już ok. 8–9 tys. lat temu. Ich domostwa, na które sami Indianie Warao mówią yanoko, są prymitywne, wyposażone w hamaki i kilka podstawowych przedmiotów. Kobiety i dzieci sprzedają tutaj turystom wykonane przez nie z naturalnych surowców produkty rękodzielnicze, np. proste rzeźby z niezmiernie lekkiego drewna balsy (ogorzałki wełnistej), łańcuszki zrobione z jagód i nasion pochodzących z dżungli, plecione koszyki, bransoletki czy torby z włókien palmy moriche, drzewa będącego jednym z najważniejszych wenezuelskich symboli. Odwiedzenie chaty indiańskiej rodziny to nie tylko doskonała okazja do zakupu oryginalnych pamiątek, ale także do przyjrzenia się z bliska, jak żyją rdzenni mieszkańcy delty Orinoko.

                                                                                                                FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Wenezuelczycy powiadają, że dzieci Warao zanim nauczą się dobrze chodzić, potrafią już same wiosłować po ogromnych tutejszych rozlewiskach, poprzetykanych licznymi kanałami, starorzeczami i wąskimi odnogami potężnej rzeki. Nic więc dziwnego, że tę interesującą grupę etniczną nazywa się „ludźmi łodzi” lub „mieszkańcami wody”. Ci Indianie znad Orinoko są zresztą zręcznymi konstruktorami miejscowego typu drewnianych kanoe (canoas, curiaras). Znają dziewicze tereny delty, porośnięte bujną tropikalną dżunglą, jak własną kieszeń i potrafili doskonale przystosować się do życia w tak ciężkich warunkach. Zajmują się łowieniem ryb, polowaniami, zbieractwem (m.in. miodu i dzikich owoców) oraz rękodziełem. Mimo iż – oczywiście – cieszą się z pieniędzy otrzymywanych od docierających nad Orinoko podróżników, to tak naprawdę niemal wszystko, co posiadają, zawdzięczają otaczającej ich na co dzień przyrodzie. Warto nadmienić, że liczące obecnie ok. 40 tys. osób plemię Warao uważa się za drugą pod względem liczebności społeczność indiańską w Wenezueli, zaraz po Wayúu – rdzennych mieszkańcach półwyspu La Guajira nad Morzem Karaibskim. Ale o tej ostatniej, również niezmiernie fascynującej, grupie etnicznej opowiem już następnym razem...   

Tymczasem powróćmy do Orinoko. Ta trzecia na świecie rzeka pod względem zasobności wód (średni przepływ to aż 33 tys. m³/s!) – po Amazonce i Kongo – tworzy jeden z najpotężniejszych systemów rzecznych na naszym globie. Jej dorzecze zajmuje powierzchnię ponad trzy razy większą od Polski – niemal 989 tys. km², z czego ok. 65 proc. znajduje się na terytorium wenezuelskim, a pozostałe 35 proc. w sąsiedniej Kolumbii. Najważniejsza rzeka Wenezueli rodzi się na górze Carlos Delgado Chalbaud (1047 m n.p.m.), wznoszącej się na południu stanu Amazonas, i wije się następnie przez 2140 km, aż w końcu wpada do Atlantyku, tworząc ogromną, wachlarzowatą deltę o obszarze zbliżonym do 40 tys. km². Masy słodkiej wody dominują nad słonymi jeszcze 200 km od ujścia w głąb oceanu. Delta cały czas się rozrasta poprzez nanoszone przez Orinoko osady. Szacuje się, że co roku powstają w ten sposób 44 km² nowego lądu. Wydłużają się przez to setki tutejszych kanałów i powiększa powierzchnia wysp. W tej olbrzymiej plątaninie dróg wodnych, nazywanych caños, otoczonych wilgotną dżunglą, znakomicie orientują się jedynie Indianie. Miejscowi przewodnicy z plemienia Warao pokażą nam z bliska groźnych mieszkańców rzeki, np. słynne piranie z Orinoko (Pygocentrus cariba), anakondy czy kajmany. Te pierwsze zresztą możemy tu łowić za pomocą prostej indiańskiej wędki (zwyczajne patyki) z nadzianą na haczyk mięsną przynętą. Polowanie na drapieżne piranie w Wenezueli stanowi z pewnością niezapomniane przeżycie, szczególnie jeśli uda się nam złapać tę rybę z ostrymi jak brzytwa zębami (ja wyciągnąłem z wody trzy okazy!). Jeżeli będziemy mieć szczęście, ujrzymy też podczas wyprawy do delty różowe delfiny słodkowodne – inie (Inia geoffrensis), nazywane przez Wenezuelczyków boto lub delfín del Amazonas. Tę pełną życia rzekę zamieszkuje ogromna liczba dzikich zwierząt. Odwiedzając dziewiczą dżunglę nad Orinoko, co chwilę słyszałem różnego rodzaju odgłosy – pomruki, pluski i szelesty. Wśród plątaniny gałęzi udało mi się wypatrzyć kolorowe papugi, kolibry i wiele innych wspaniałych tropikalnych ptaków, m.in. hoacyny (kośniki czubate), na które mówi się w Wenezueli guacharaca de agua. Na drzewach dostrzegłem również purpurowo-czerwone wyjce rude. Ich długi ogon o spłaszczonym, nieowłosionym końcu zapewnia im pewny uchwyt. Pozwala to tym małpom na szybkie przemieszczanie się z jednej gałęzi na drugą. Na obszarze delty Orinoko natknąłem się także na kapibarę, największego żyjącego gryzonia na świecie, wyśmienicie pływającego i nurkującego, oraz na mrówkojada. Zwierzę to nie posiada zębów, ma za to długi i lepki język, którego używa do łapania mrówek i termitów. Dwa razy ujrzałem tu też z bliska wyglądające mało sympatycznie, otoczone złą sławą, wielkie, kosmate pająki – ptaszniki. Potęga największej rzeki Wenezueli zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest po prostu nieograniczona. Nic więc dziwnego, że Krzysztof Kolumb, który w 1498 r. przybił do brzegu w pobliżu jej delty, nie wiedząc jeszcze, dokąd dotarł, ujrzawszy Orinoko, uświadomił sobie, że takich mas wody nie może nieść rzeka płynąca na wyspie. Hiszpanie myśleli zresztą na początku, iż odkryli nowe morze. Nazwali je Mar Dulce, czyli Słodkim Morzem.

Wenezuela zachwyciła i oczarowała tak wielkich ludzi, wspaniałych podróżników i odkrywców, jak choćby Krzysztof Kolumb, Aleksander von Humboldt, Henri Pittier czy James Crawford Angel. Widzieli oni wiele cudów na całym świecie, mało co mogło ich zaskoczyć, a mimo to łatwo zakochali się w tym kraju. Zdobył on zresztą serce również i autora tego artykułu, który odwiedził go już 7-krotnie i spędził w nim łącznie ponad 7 miesięcy. Jednak niemal co roku znowu powraca do Wenezueli, gdzie przeżył tyle niezapomnianych przygód. W najbliższym czasie – w grudniu – czeka go wyprawa z wenezuelskimi przyjaciółmi na fascynujący półwysep La Guajira nad Morzem Karaibskim, do krainy Indian Wayúu, ale to już temat na inną opowieść…


 

Artykuły wybrane losowo

SKARBY SRI LANKI

ALINA WOŹNIAK

 

<< Ogromne bogactwo tropikalnej przyrody, ziół i przypraw, bezcenne pamiątki przeszłości, kamienie szlachetne i wyśmienita herbata – wszystko to znajdziemy na niewielkiej wyspie, która niczym łza opada z Półwyspu Indyjskiego. A powitają nas na niej ludzie, którym spokoju ducha może pozazdrościć każdy Europejczyk. >>

  FOT. SRI LANKA TOURISM

Mimo iż położona na wyspie Cejlon Sri Lanka ma zaledwie ok. 65,6 tys. km2, to jest ogromnie zróżnicowana, pulsuje kolorami, a krajobrazy zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: od wiecznie zielonych lasów po góry wysokie jak Tatry, suche równiny, malownicze rzeki i wodospady, laguny, plantacje herbaty i tropikalnych owoców oraz skąpane w słońcu, długie i piaszczyste plaże z rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. To prawdziwie rajski zakątek dla spragnionych błogiego leniuchowania, kontaktu z dziewiczą naturą i wspaniałymi zabytkami. Aż 8 tutejszych obiektów znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – starożytne miasta Polonnaruwa, Sigiriya, Anuradhapura i Kandy, Rezerwat Leśny Sinharaja, Stare Miasto Galle i jego fortyfikacje, buddyjska Złota Świątynia Dambulla i Płaskowyż Centralny.

Więcej…

Zaproszenie na Kaukaz – do Gruzji i Armenii

 

Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

Więcej…

Maroko – egzotyka w zasięgu ręki

 

KATARZYNA BYRTEK

 

Aromatyczne, kolorowe przyprawy, intensywna miętowa herbata i świeżo wyciskany sok z pomarańczy, urokliwe miasta pełne uliczek, wśród których trzeba się zagubić, długa linia brzegowa, wysokie góry, morza piasku i bogata historia – Maroko ma swoje sposoby na przyciągnięcie gości. Ten północnoafrykański kraj kusi smaczną kuchnią, świetną pogodą i różnorodnością widoków. To zdecydowanie odpowiednie miejsce na egzotyczną podróż.

 

Królestwo Marokańskie leży tuż za granicą Unii Europejskiej, w północno-zachodnim rogu Afryki. Od wschodu kraj graniczy z Algierią, od południa – z terytorium spornym o nazwie Sahara Zachodnia, od północy – z hiszpańskimi eksklawami Ceutą i Melillą. Od Europy oddziela go wąska Cieśnina Gibraltarska. Maroko szczyci się niezmiernie długą linią brzegową (ponad 1,8 tys. km), większa część wybrzeża rozciąga się nad Oceanem Atlantyckim. Na terytorium kraju przeważają góry. Wznoszą się tu szczyty Antyatlasu, Atlasu Wysokiego, Atlasu Średniego, Atlasu Tellskiego, Atlasu Saharyjskiego i Rifu (Ar-Rifu). Na południu i południowym wschodzie tereny górzyste przechodzą w piaszczyste i kamieniste pustynie. W Maroku mieszka ok. 35 mln ludzi. Niemal wszyscy Marokańczycy wyznają islam. Pod względem etnicznym większość mieszkańców kraju to Arabowie, ale żyje w nim też duża społeczność berberyjska. Berberowie są rdzenną, koczowniczą ludnością tej części Afryki. Zakładali tutaj swoje państwa już w starożytności. Wielu z nich do dzisiaj ma jasne włosy i niebieskie oczy, czyli cechy wyglądu bardzo nietypowe dla tego rejonu świata. Funkcję oficjalnych języków w Maroku pełnią arabski i tamazight (oparty na językach berberyjskich). Wiele osób posługuje się także francuskim, a to dlatego, że od 1912 r. do lat 50. XX w. kraj był protektoratem Francji. Wpływy z tamtych czasów widoczne są również w lokalnej kuchni – na śniadanie bez problemu kupić tu można chrupiącego croissanta czy pain au chocolat (bułeczkę z ciasta francuskiego z czekoladą).

 

 

Rabat - Tour Hassan

Rabacka Wieża Hasana widziana od strony Mauzoleum Muhammada V

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

Wyjazd do Maroka najlepiej zaplanować na wiosnę (kwiecień–czerwiec), kiedy po okresie deszczowym bujna przyroda budzi się do życia, albo jesień (wrzesień–październik), gdy ustępuje już upalne lato. Lipiec i sierpień to odpowiednie miesiące dla osób, które nastawiają się na wypoczynek na plaży lub przy hotelowym basenie, a także miłośników wypraw w wysokie góry. Przed wyruszeniem w podróż warto sprawdzić, w jakim terminie przypada ramadan (w 2018 r. od wieczoru 15 maja do 14 czerwca). Wizyta w kraju muzułmańskim w okresie postu może być ciekawym doświadczeniem kulturowym, ale zwiedzanie bywa wówczas nieco utrudnione – w wielu miejscach obowiązują skrócone godziny otwarcia, od świtu do zmierzchu nie działają restauracje i kawiarnie (poza miejscowościami typowo turystycznymi), na ulicy nie wypada jeść, a nawet pić wody. Dobrym pomysłem będzie przyjazd w ostatnich dniach ramadanu, ponieważ jego koniec obchodzi się bardzo hucznie.

 

Marrakech - Jemaa El Fna

Plac Dżemaa al-Fna żyje także nocą

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

UROK MAROKAŃSKICH MIAST

 

Główne ośrodki turystyczne Maroka znajdują się w zachodniej jego części, na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, i w rejonie Morza Śródziemnego. Stolicą kraju jest Rabat, ale większość osób zaczyna swoją marokańską przygodę wMarrakeszu położonym dogodnie na środkowym zachodzie. Niemal każdy turysta pierwsze kroki kieruje w tym mieście na słynny plac Dżemaa al-Fna (Jemaa el-Fna). O każdej porze dnia i nocy panuje tutaj gwar. Obcokrajowcy przechadzają się między restauracjami i wózkami wypełnionymi po brzegi pomarańczami, których właściciele oferują świeżo wyciskany sok, zaklinaczami węży, kobietami malującymi wzory henną, sprzedawcami pamiątek czy akrobatami. W Marrakeszu nie wolno ominąć też medyny, najstarszej części miasta, gdzie mieszczą się bazary (tzw. suki), meczety i inne ciekawe budowle. Została ona wpisana w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Spacer między nigdy niekończącymi się straganami to wyjątkowe przeżycie. Można tu kupić dosłownie wszystko, a na pamiątki najlepiej nadają się marokańskie słodycze, tkaniny, biżuteria lub przyprawy. Trzeba jednak pamiętać, żeby nigdy nie zgadzać się od razu na proponowaną cenę, ale choć trochę się potargować. W Marrakeszu zachowały się ceglaste mury obronne ciągnące się przez ok. 19 km – ze względu na nie zyskał on miano Czerwonego Miasta. Do najważniejszych zabytków należy tu Meczet Alego ibn Jusufa z pobliską medresą (szkołą teologiczną), Meczet Kutubijja z XII w. i XIX-wieczny Pałac Bahia z ogromnym ogrodem o powierzchni 8 tys. m². Przed upałem warto schronić się do Ogrodu Majorelle (Jardin Majorelle) albo Ogrodów Menara.

 

Po zwiedzeniu Marrakeszu trzeba podjąć decyzję, czy najpierw udać się na północ czy południe. Po drodze do stołecznego Rabatu (ponad 320 km) przejeżdża się obok 4-milionowej Casablanki (największego ośrodka w kraju). Większości osób kojarzy się ona z kultowym amerykańskim melodramatem z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman w rolach głównych. Akcja filmu rozgrywa się właśnie w tym mieście. Dzisiejsza Casablanca to przede wszystkim ważny ośrodek przemysłowy, finansowy, kulturowy i największy marokański port. Tutaj można zobaczyć nowoczesne oblicze kraju, tak różne od historycznego centrum Marrakeszu. Do najpiękniejszych zabytków należy Meczet Hasana II, jeden z największych obiektów sakralnych tego typu na świecie i najwyższa konstrukcja w Maroku. W głównej sali modlitewnej zmieści się nawet 25 tys. wiernych, a minaret przylegający do świątyni jest wysoki na 210 m.

 

Tylko ok. 80 km dzieli Casablankę od Rabatu,także leżącego nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Jednymi z najważniejszych atrakcji stolicy kraju są cytadela i Szalla – rozległy kompleks starożytnych i średniowiecznych ruin, otoczonych murami obronnymi. Symbol miasta stanowi niedokończony 44-metrowy minaret na planie kwadratu nazywany Wieżą Hasana. Wznosi się on wśród palm nad rzeką Bu Rakrak (Wadi Bu Rakrak). Do minaretu przylega Mauzoleum Muhammada V, w którym pochowano sułtana i króla Maroka Muhammada V z dynastii Alawitów (1909–1961) i jego dwóch synów.

 

Mniej więcej 200 km na wschód od Rabatu znajduje się Fez (ponad 1,1 mln mieszkańców). To jedno z najlepiej zachowanych miast średniowiecznych w krajach muzułmańskich. Jego najbardziej wiekową część – starą medynę (Fes el-Bali), założoną na przełomie VIII i IX stulecia – umieszczono w 1981 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oprócz zakupów na niekończących się targowiskach, odwiedzin w meczetach czy medresie nie wolno zapomnieć o zwiedzeniu farbiarni i garbarni, z których Fez słynie. W zasadzie żadna z nich nie jest widoczna z ulicy, należy więc skorzystać z (najczęściej płatnego) zaproszenia właściciela sklepu lub mieszkańców. Po przejściu na taras widokowy od dziedzińca podziwiać można gliniane naczynia wypełnione różnymi barwnikami oraz suszące się na słońcu tkaniny i skóry.

 

W północno-zachodnim Maroku nie sposób ominąć błękitnego Szafszawanu (Chefchaouen) położonego wśród gór Rif. Niemal wszystkie domy w starej części tego ponad 40-tysięcznego miasta są pomalowane na biało i niebiesko. W tym miejscu każdy odruchowo sięga po aparat. Główny plac Szafszawanu pełen jest uroczych kawiarni, w których delektować się można mocną marokańską miętową herbatą.

 

Jeśli ktoś ma wystarczająco dużo czasu, powinien wybrać się aż do Tangeru leżącego nad Cieśniną Gibraltarską. Od wieków mieszają się w nim kultury, religie, języki i interesy. W XIX stuleciu i przede wszystkim w pierwszej połowie XX w. (w latach 1923–1956 Tanger stanowił tzw. strefę międzynarodową) różnorodność kulturowa miasta przyciągała artystów z całej Europy i Stanów Zjednoczonych. Przyjeżdżali tutaj m.in. francuscy malarze Eugène Delacroix i Henri Matisse, amerykańscy twórcy Paul Bowles, Tennessee Williams, Truman Capote, Allen Ginsberg i Jack Kerouac czy muzycy z zespołu The Rolling Stones. W Tangerze kręcono sceny do filmu Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją z 2013 r. Dziś odwiedzają go głównie Hiszpanie przybywający na jednodniowe wycieczki z Europy.

 

KRÓLESTWO SMAKÓW I ZAPACHÓW

 

Nieodłączną część podróżowania stanowi poznawanie lokalnej kuchni. Ta marokańska jest niezmiernie bogata i zróżnicowana, choć stosunkowo mało znana w Polsce. Dania główne opierają się zwykle na mięsie, ale niemal w każdym przepisie używa się mnóstwa warzyw. W tutejszych potrawach stosuje się liczne aromatyczne przyprawy, z których wiele przed wiekami przywieziono wprost z Indonezji. Znajdziemy je na targach ułożone w wysokie, kolorowe stosy.

 

Dzień zacząć trzeba od śniadania, które oferuje większość kawiarni i knajpek w okolicy hoteli i pensjonatów. Podstawą posiłku jest pokrojony w trójkąty arabski chleb nazywany khubz, przypominający duży, okrągły, gruby placek. Często podaje się również naleśniki (placki) baghrir (beghrir). Ich powierzchnię pokrywają małe dziurki, które pozostały po bąbelkach powietrza (do ciasta dodaje się drożdże i proszek do pieczenia). Je się je zwykle na słodko: z miodem lub dżemem. Do śniadania serwuje się także lokalne sery, serki topione, oliwki czy pomidory. Czasem w zestawach śniadaniowych pojawiają się croissanty albo pain au chocolat. Do picia koniecznie należy zamówić przepyszny i bardzo tani sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy (albo granatów) oraz kawę, często doprawianą kardamonem. Za najpopularniejszy napój uchodzi niewątpliwie gorąca, mocna herbata ze świeżych liści mięty z bardzo dużą ilością cukru. Na początku do jej intensywnego smaku miętowej goryczki przełamanej słodkością ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem może stać się naszym największym przysmakiem. Herbatę tę podaje się w metalowych czajniczkach razem z niewielką szklanką.

 

Wybór dań na obiad czy kolację jest bardzo szeroki. Do lokalnych specjałów należy kuskus – danie z kaszy (znanej w Polsce głównie jako dodatek) z mięsem (przede wszystkim baraniną), sosem warzywnym i kilkoma rodzajami warzyw. Idealnie nadaje się ono na obiad, bo w gorące dni w Maroku większe posiłki najlepiej jeść po zmroku, kiedy słońce schowa się już za horyzontem. Spróbować trzeba tu również aromatycznej zupy harira z ciecierzycą i soczewicą, popularnej szczególnie w ramadanie. Na kolację zamówić można mięso z grilla lub szaszłyki (w ten sposób przyrządza się zazwyczaj kurczaka i baraninę, czasem też wołowinę). Na ruszcie przygotowuje się także pulpeciki z jagnięciny, czyli keftę (koftę), i pikantne kiełbaski z baraniny, zwane merguezami. W regionach nadmorskich często serwowane są smażone bądź grillowane ryby i owoce morza.

 

Do mięsa albo ryb warto zamówić np. sałatkę marokańską z drobno pokrojonych pomidorów i ogórków. W oczekiwaniu na jedzenie można podjadać małe przekąski podawane w niewielkich miseczkach lub meze – zestaw przystawek (popularny również m.in. w Grecji, Turcji, Jordanii czy Albanii), na który składają się warzywa w przeróżnych marynatach, sery, oliwki, przepyszny marynowany bakłażan czy purée z dyni. Wiele dań zawiera świeżą kolendrę. To dość specyficzna przyprawa – zazwyczaj uwielbia się ją albo jej nie znosi.

 

Chyba najpopularniejszą marokańską potrawę stanowi jednak tadżin (tażin). Przygotowuje się go w specjalnym naczyniu z grubej gliny (noszącym taką samą nazwę), przypominającym głęboki talerz z pokrywką w kształcie stożka. W środku znajdują się kawałki mięsa duszonego razem z warzywami, ziemniakami, tradycyjnymi przyprawami, a czasem także suszonymi owocami. Tę potrawę można zamówić w Maroku dosłownie wszędzie.

 

Ze względu na zakazy religijne alkohol nie jest powszechnie dostępny w tym kraju. W niektórych restauracjach w większych miastach podaje się piwo. Mocniejsze trunki dostać można na ogół tylko w barach i restauracjach hotelowych. Alkohol sprzedaje się w marketach lub w mniejszych sklepach, o których zwykle wiedzą jedynie miejscowi. W tych drugich klient przechodzi do oddzielnego pomieszczenia bądź lokalu mieszczącego się piętro niżej, gdzie bez problemu kupi wino czy wódkę.

 

Na deser jada się w Maroku np. świeże owoce. Poza tym Marokańczycy kochają słodycze, zwłaszcza te z dodatkiem miodu i migdałów. Do wyboru są przeróżne bułki, tłuste pączki, słodkie ciasta lepkie od syropu (podobne do baklawy) albo tzw. rogi gazeli, czyli ciastka w kształcie półksiężyców wypełnione migdałowym nadzieniem. Popularny smakołyk stanowią trójkąty nadziewane migdałami i – oczywiście – polane miodem, nazywane briwats. Spotkać je można również w wersji na słono wypełnione mielonym mięsem lub rybą.

 

PLAŻE NAD OCEANEM

 

Kto z Marrakeszu wyrusza na zwiedzanie południowego Maroka, zwykle najpierw dociera do położonej nad Atlantykiem As-Sawiry (Essaouiry), dawniej zwanej Mogadorem. Od XVIII w. była ona ważnym ośrodkiem handlu międzynarodowego – interesy ubijali tu Żydzi, Holendrzy, Portugalczycy, Berberowie, Arabowie, Brytyjczycy i Francuzi. Baśniową scenerię tego niemal 80-tysięcznego miasta tworzą pomalowane na biało zadbane domy z niebieskimi drzwiami, połączone kamiennymi uliczkami. Od 2001 r. medyna w As-Sawirze widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jest ona nieco inna niż te spotykane w innych częściach kraju – jej uliczki nie są splątane, ale ułożone pod kątem prostym, dzięki czemu łatwiej się po niej poruszać niż np. po tych w Fezie czy Marrakeszu, gdzie po kilkunastu minutach chodzenia między stoiskami można się zgubić.

 

Najważniejsze miasto i kurort w południowo-zachodnim Maroku stanowi Agadir (powyżej 420 tys. mieszkańców), który cieszy się ponad 300 słonecznymi dniami w roku. To idealne miejsce dla osób chcących się zrelaksować i poleniuchować w cieniu parasola lub palmy. W samym centrum znajduje się tutaj długa, piaszczysta plaża – Plage d’Agadir (ok. 10-kilometrowa), przy której rozciągają się liczne luksusowe hotele z basenami. W Agadirze raczej nie ma zabytków – w lutym 1960 r. silne trzęsienie ziemi zrównało z ziemią dużą jego część. Komu znudzi się jedzenie w hotelowych restauracjach albo plażowanie, może wybrać się na spacer po jednym z urokliwych bulwarów albo udać się na zakupy na targu (suku), odwiedzić lokalne knajpki nad brzegiem morza lub wyruszyć na wycieczkę po pełnej atrakcji okolicy.

 

Na południe od kurortu rozciąga się malowniczy Park Narodowy Souss-Massa, słynący z rozmaitych gatunków ptaków takich jak występujący prawdopodobnie tylko w Maroku ibis grzywiasty, ibisy kasztanowate, warzęchy, flamingi, czaple purpurowe czy czagry. Wybrzeże w tym rejonie tworzą piaszczyste plaże, wydmy, klify i jaskinie. Przez park prowadzą kilkukilometrowe ścieżki spacerowe. Po wyprawie do niego warto odwiedzić miasto Tiznit, znane w całym kraju z ręcznie wykonywanych wyrobów ze srebra, głównie biżuterii. Ok. 60 km na południowy zachód stąd odpocząć można na najsłynniejszej dzikiej plaży w Maroku – Legzirze (Lagzirze). Za jej symbol uchodził jeszcze do niedawna niezwykły klif, w którym morze wytworzyło naturalną bramę (niestety, jeden z emblematycznych łuków runął 23 września 2016 r., najprawdopodobniej w wyniku naturalnej erozji). Przepiękna Legzira od lat przyciąga rzesze surferów.

 

Casbah Ait Ben Haddou XR

Ufortyfikowana osada (ksar) Ajt Bin Haddu

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

WŚRÓD FAL, GÓR I WYDM

 

Maroko to idealny kraj dla wszystkich, którzy kochają aktywnie spędzać czas. Większa część wybrzeża świetnie nadaje się do uprawiania wind- i kitesurfingu oraz surfingu. Miłośnicy tych sportów wodnych często wybierają okolice wspomnianego już miasta As-Sawira, położonego ok. 170 km na północ od Agadiru. W lecie fale są mniejsze, ale wiatr bywa silniejszy, w zimie – odwrotnie. Najlepiej przyjechać tutaj w okresie od września do kwietnia. Ostatnio coraz większą popularnością wśród pasjonatów wind- i kitesurfingu oraz surfingu cieszy się również miasteczko Sidi Kaouki, usytuowane 25 km na południe od As-Sawiry. Doskonałe miejsce do uprawiania sportów wodnych stanowi także zatoka utworzona przez podłużny półwysep w pobliżu Ad-Dachli (niemal 1,2 tys. km na południowy zachód od Agadiru, na terytorium Sahary Zachodniej).

 

W Maroku znajduje się aż ok. 50 pól golfowych. Leżą one głównie na północy (m.in. w Tangerze czy Tetuanie), w sercu kraju (Rabacie, Fezie i Casablance), okolicy Marrakeszu i As-Sawiry oraz w Agadirze. W tym pełnym atrakcji państwie można też spędzić kilka tygodni na wędrówkach po górach i wspinaczce w różnych warunkach. Najwyższym szczytem Królestwa Marokańskiego, jak również całego Atlasu i Afryki Północnej, jest Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.). Zdobędzie go każda osoba o dobrej kondycji – nie trzeba wspinać się na niego ze sprzętem, choć poleca się wynajęcie lokalnego przewodnika. Na trasie wyprawy, na końcu doliny na ponad 3200 m n.p.m. znajduje się duże schronisko (Refuge du Toubkal), w którym większość turystów przechodzi nocną aklimatyzację przed dotarciem do celu. Wejście na najwyższy szczyt kraju to – oczywiście – tylko jedna z wielu propozycji dla amatorów trekkingu. Do wyboru mają oni mnóstwo górskich szlaków (nie są oznaczone).

 

Wyjątkowym przeżyciem będzie w Maroku także wyprawa na pustynię: na piaszczyste wydmy, pod niebo wyścielone gwiazdami. Tego typu wycieczkę najlepiej wykupić bezpośrednio w lokalnym biurze podróży w jednym z większych miast. Można też wynająć prywatnego kierowcę z autem lub dojechać autobusem i w mieście Warzazat (Ouarzazate) opłacić przewodnika z samochodem terenowym. W drodze na pustynię trzeba przejechać przez góry Atlas, co stanowi okazję do podziwiania wspaniałych widoków. Większość wycieczek zatrzymuje się również w Ajt Bin Haddu, ufortyfikowanej osadzie zwanej ksarem, wpisanej w 1987 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Kręcono tu sceny m.in. do filmów Gladiator, Aleksander, Królestwo Niebieskie, Babel, Książę Persji: Piaski czasu i serialu Gra o tron. Poza tym zwykle odwiedza się także spektakularne wąwozy: Dades i Todra. Do atrakcji wyprawy na pustynię należą też spacery po niekończących się wydmach, przejażdżka na wielbłądach i spędzenie nocy pod gwiazdami. Z dala od cywilizacji, pod gołym niebem, w otoczeniu surowych krajobrazów można dostrzec egzotyczne, magiczne oblicze Maroka, które wciąż przyciąga ludzi z różnych zakątków świata.