MAREK RACHOŃ

www.e-rachon.pl

Wyobraźcie sobie egzotyczny kraj, oddalony od Warszawy o jakieś 10 godzin lotu, gdzie pół Polski z całymi rodzinami wyrusza co roku na wakacje. Do tego bez przerwy świeci tam słońce i jest przyjemnie ciepło… Wyobraźcie sobie ląd, na którym tubylcy o skórze w kolorze przypieczonego chleba mówią po polsku. Takim miejscem mógł być Madagaskar. Oczywiście, gdyby historia potoczyła się nieco inaczej. Gdyby Francuzi w latach 30. ubiegłego wieku przekazali nam tę wyspę, a naszym rodakom udało się ją skolonizować. Mielibyśmy wówczas w Afryce trochę polskiej kultury i kuchni, na plażach swojsko brzmiące napisy, a w głębi lądu przewodników posługujących się językiem Miłosza i Gombrowicza. Nasze narodowe linie lotnicze obrałyby Madagaskar za jeden ze swoich głównych wakacyjnych kierunków, a dzieci w szkole uczyłyby się historii tego kraju. Szkoda wam trochę? Bo mnie tak.

Madagaskar ma jednak jeden polski akcent. Chodzi tu o Maurycego Beniowskiego (1746–1786). Malgasze obwołali go w 1776 r. królem wyspy. Chociaż urodził się w Verbó (obecnie słowackie miasteczko Vrbové), na terenie ówczesnych Węgier, uważał się za Polaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku.  

Jako uczestnik konfederacji barskiej (1768–1772) został zesłany na Kamczatkę, z której zorganizował brawurową ucieczkę statkiem. W 1774 r. trafił na Madagaskar z zadaniem uczynienia z niego francuskiej kolonii. Dziś w Antananarywie (Antananarivo) – stolicy wyspy – znajduje się ulica Beniowskiego oraz jego popiersie. Niestety, żaden z Malgaszów, z którymi rozmawiałem, nie wiedział, że ten podróżnik i żołnierz był związany z Polską.

 

Lemury – symbol Madagaskaru

Najsłynniejszy na wyspie jest lemur katta. Wielkością przypomina sporego, puszystego kota, ma długi, miły w dotyku ogon, z białymi i czarnymi obrączkami. To przeurocze zwierzę najłatwiej zobaczyć w rezerwacie Anja, położonym 13 km na południe od malowniczego miasta Ambalavao, w połowie drogi z Toliary (Tuléar) do stolicy Madagaskaru. Nie sposób tu nie zauważyć sympatycznych lemurów wygrzewających się leniwie na skałach, gdyż ten chroniony obszar przyrody ma zaledwie ponad 30 hektarów. Takiej gwarancji nie mamy choćby w najpopularniejszym parku narodowym kraju – Isalo, który leży między Ihosy i Fianarantsoa. Lemury dokarmiane są tutaj przez turystów i lubią uciąć sobie drzemkę gdzieś w leśnej gęstwinie. Wówczas możemy zapomnieć o ich ujrzeniu. Warto wspomnieć, że według malgaskich wierzeń każdy niewierny mężczyzna zmienia się po śmierci w te urocze zwierzę.

 

Malgaskie skarby – zebu i wanilia

Jeśli na Madagaskarze zakochany kawaler marzy o ożenku, bez zebu (garbatego bydła domowego) się nie obejdzie. Tradycja nakazuje mu podarować teściom to cenne zwierzę. Pewnego dnia zapytałem naszego przewodnika, czy ma żonę. Odpowiedział mi, że nie – dopiero zbiera na zebu...

Ta krowa z garbem i wielkimi rogami jest tu symbolem bogactwa i zamożności. Wykorzystuje się ją głównie jako siłę pociągową. Mięso zebu stanowi zaś główny składnik malgaskiej kuchni. Przyrządza się je na wszystkie możliwe sposoby. Robi się z niego steki albo po prostu miele. Następnie doprawia się pieprzem, solą, a także malgaskim specjałem – wanilią. Zebu daje także mleko, chociaż niedużo, bo ok. 5 litrów dziennie, czyli cztery razy mniej niż przeciętna polska krowa. Za cielaka trzeba zapłacić na Madagaskarze w granicach 50 euro. Duże, zdrowe i dorodne zebu to wydatek rzędu 250–300 euro. W każdy wtorek i środę w Ambalavao (ok. 450 km na południe od stolicy kraju, 6 godzin jazdy samochodem) odbywa się targ bydła. Ciągną na niego stada z całej wyspy. Przybywają też amatorzy ożenku, gdyż każdy na Madagaskarze wie, że jeśli po zebu, to do Ambalavao...

 

Aleja Baobabów

Przewodniki ze słynnego australijskiego wydawnictwa Lonely Planet i ze znanej francuskiej kolekcji Guide de routard podają, że Aleja Baobabów to najczęściej fotografowane miejsce na Madagaskarze. Ich autorzy zapewne mają rację… Dlatego też jadąc do Alei Baobabów można zapomnieć o ciszy, spokoju, chwilach refleksji i zadumy. Należy nastawić się na spotkanie z tłumami francuskich turystów, nastolatkami w kolorowych strojach spacerującymi między drzewami, całym legionem fotografów oraz armią sprzedawców tandetnych pamiątek. Międzynarodowe piękności pozują tu do zdjęć na tle olbrzymich baobabów, co utrwalają z radością ich partnerzy. Następnie wszyscy szczęśliwi maszerują kupić lokalne rękodzieło – rzeźbione lub słomiane drzewko. Przewodniki podają też, że baobaby najlepiej podziwiać podczas wschodu lub zachodu słońca. Francuski turysta woli zdecydowanie to drugie. Nic w tym dziwnego, gdyż żeby dotrzeć na miejsce o wschodzie słońca, trzeba wstać przed czwartą rano, a nie po to przecież jeździ się na wakacje... Baobaby rzeczywiście robią wielkie wrażenie. Są wysokie na ok. 25–30 metrów. Ich pień osiąga nawet 11 metrów średnicy. Wiek baobabów szacuje się na mniej więcej 800 lat. Okolice Morondawy obfitują w te rzadkie i wspaniałe drzewa. Niestety, jeszcze do niedawna były one masowo wycinane przez wieśniaków. Aż dziw bierze, że nie utworzono tu oficjalnie żadnego rezerwatu przyrody. Jedna z malgaskich legend mówi, że baobaby stworzył Bóg, ale diabeł posadził je do góry nogami, aby mieć w piekle zielono.

 

Fady (Fadi), czyli tabu na Madagaskarze

Gdy czarny kot przebiegnie nam drogę, mówimy, że będziemy mieć pecha i spodziewamy się najgorszego. W piątek trzynastego uważamy na wszystko – to przecież wyjątkowo pechowy dzień.  W Wigilię pilnujemy, żeby czegoś nie popsuć, bo wówczas będziemy mieć taki cały rok. Z łóżka nie wstajemy lewą nogą, bo to grozi złym humorem. Wracając się do domu po coś, czego zapomnieliśmy, przysiadamy na trzy sekundy. Nie witamy się „przez próg”, a na widok kominiarza szukamy guzika, łysego faceta albo kobiety w okularach. Zobaczenie dwóch zakonnic przypomina nam o nadchodzącym pechu... Tak to jest właśnie z jednym z najważniejszych pojęć na Madagaskarze – fady (fadi). Oznacza ono tabu, zakazaną, groźną i niebezpieczną rzecz lub osobę. Jak napisał Arkady Fiedler w swojej książce z 1953 r. pt. Gorąca wieś Ambinanitelo, fady to: (…) zakazy regulujące każdą ludzką czynność. (…) Fadi osaczały na każdym kroku każdego Malgasza od chwili urodzenia aż do śmierci – i biada temu, kto przeciw nim wykraczał, obojętnie, czy świadomie, czy mimo woli: duchy przodków wywierały zemstę na winowajcy, nieszczęścia ściągały na jego głowę. Tylko szczera pokuta, błagalna faditra, mogła ułagodzić gniew duchów. Czym tabu było dla Polinezyjczyków, tym fadi dla mieszkańców Madagaskaru. Tego irracjonalnego lęku doświadczyłem w Diego Suarez (Antsirananie), czekając strasznie długo na podanie mi śniadania w hotelowej restauracji. Wiele razy kelnerka zbliżała się już do mojego stolika, była tuż koło niego (w odległości nie większej jak półtora metra), po czym robiła nagły zwrot i znikała za kotarką. Poczułem się trochę rozzłoszczony, bo kazała mi tak na siebie czekać dobre pół godziny. Jej chyba też nie było z tym dobrze, bo nagle cała stężała, zebrała się w sobie, skupiła i podeszła do… rozłożonego na moim stoliku przewodnika o Madagaskarze, który przykryła szmatką. Wówczas malgaską kelnerkę opuścił strach i przyjęła w końcu zamówienie. Okazało się, że przyczyną jej dziwnego zachowania było zdjęcia kameleona na okładce przewodnika. Zwierzę to uważa się za fady w tej okolicy. Czym prędzej schowałem więc książkę do plecaka (sam bym nie chciał, żeby ktoś złośliwie wypuszczał mi czarnego kota na drogę) i zapytałem dziewczynę, co złego jest w kameleonie... Odpowiedziała mi, że jeżeli znajdziemy go w swojej chacie i szybko z niej nie usuniemy, w ciągu najbliższych trzech miesięcy umrze ktoś z naszej rodziny. Wierzyła w to tak głęboko, jak dziecko w Babę Jagę.

 

Pousse-pousse – malgaskie taksówki

Ja, wyzyskiwacz. Ja, krwiopijca. Ja, ciemiężyciel drugiego człowieka (to cytat z Ryszarda Kapuścińskiego). Na Madagaskarze rozsiadałem się wygodnie w rikszy i kazałem wieźć w oddalony o wiele kilometrów zakątek miasta. Ale żeby to była chociaż riksza motorowa albo nawet rowerowa... Tutaj zaprzęgnięty był do niej człowiek, niczym zebu, koń, muł czy inne zwierzę pociągowe! Brał wózek pod ramiona i w pocie czoła, jęcząc i ciężko oddychając, biegł, truchtał i cwałował, a ja rozpostarty w wygodnym fotelu nawet przez chwilę nie pomyślałem o jego wysiłku i zmęczeniu. Oczywiście dziś mógłbym powiedzieć, jak bardzo przejmował mnie los tego nieszczęśnika, ale nie zrobię tego, co więcej dodam, że targowałem się zawsze o stawkę za przejazd. Niemal w każdym przypadku to ja dyktowałem cenę. Z uwagi na to, że byłem jedynym klientem, a ich wielu, zawsze znalazł się ryksiarz, który wolał coś zarobić. Jeśli cokolwiek może mnie usprawiedliwiać, to chyba tylko fakt, że jestem chudy i nie ważę zbyt wiele.

            Na Madagaskarze tak naprawdę nie używa się słowa riksza, lecz pousse-pousse (po francusku pchaj-pchaj). To jedno z ostatnich miejsc na świecie, oprócz indyjskiej Kalkuty, gdzie można spotkać jeszcze tego typu taksówki. Tylko (o dziwo!) malgascy ryksiarze są odżywieni, rumiani, czerstwi i nawet umięśnieni. Natomiast ci indyjscy sprawiają wrażenie, jakby zaraz mieli się przewrócić. Podobno rząd Madagaskaru chce wkrótce zlikwidować pousse-pousse. Warto się więc pośpieszyć z wizytą na wyspie, aby móc jeszcze skorzystać z tej niecodziennej taksówki...

 

Odkopywanie zmarłych

Na Madagaskarze wierzy się, że po śmierci każdy może stać się bogiem. Rodzina musi jednak w tym pomóc zmarłemu. Jej obowiązkiem jest zakopać go w prowizorycznym grobie, aby po roku, dwóch latach wydobyć ciało, odprawić obrzędy oraz ucztować w obecności truchła. Następnego dnia wcześnie rano chowa się je w rodzinnym grobowcu, na innym cmentarzu. Po odprawieniu takiej ceremonii można się spodziewać łask, pomocy, wsparcia i opieki ze strony zmarłego.

Cała uroczystość rozpoczyna się w południe. Rodzina, a także znajomi i zaproszeni goście zasiadają do pierwszego posiłku, który jest mocno zakrapiany rumem. Bogaci zabijają zebu, natomiast ubodzy zbierają datki, kupują ryż, słoninę, pędzą bimber – wszystko po to, aby można było jeść i pić do woli. Na cmentarz wyrusza korowód zawodzący żałobnie pieśni pogrzebowe, mężczyźni trzymają nosze, na których przyniosą z powrotem do domu zmarłego. Grób skrapiany jest kroplami rumu, a następnie idą w ruch łopaty. Rodzina i najbliżsi rozsiadają się wygodnie w oczekiwaniu na pojawienie się nieboszczyka. Dzieci i ciekawscy tłoczą się tuż przy samej mogile, aby dojrzeć trumienne deski. Wydobyciu ciała z ziemi towarzyszy płacz, szloch i zawodzenie. Powrót do domu ze zmarłym ma już zupełnie inny charakter. Wszyscy się wówczas cieszą, weselą i radośnie śpiewają. Teraz będą wspólnie biesiadować, jeść i pić aż do upadłego, oczywiście, w towarzystwie nieboszczyka usadzonego na honorowym miejscu. Już o świcie pochowają go tym razem na wieczność w rodzinnym grobowcu, na innym cmentarzu.


 

Artykuły wybrane losowo

Cała prawda o Jamajce

PRZEMYSŁAW BOCZARSKI

<< Jamajka jest niewielką wyspą pośrodku Morza Karaibskiego, która uzyskała niepodległość zaledwie 56 lat temu – 6 sierpnia 1962 r. W ciągu tego czasu nie rozwinęła się znacząco gospodarczo ani kulturalnie. Szczerze mówiąc, nie dzieje się tu za wiele. Mimo to Jamajczycy uważają siebie za naród wybrany, a swoją ojczyznę za centrum wydarzeń kulturalnych i kraj kreujący trendy. >>

 

Zjeżdżalnia wodna w kompleksie na Mystic Mountain w Ocho Rios

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Jamajka to jedna z mniej znanych Polakom wysp Karaibów. Chociaż znajduje się w samym centrum archipelagu Wielkich Antyli, a z wielu europejskich miast regularnie kursują na nią samoloty, wciąż wydaje się mało dostępna i położona trochę za daleko. Faktem jest, że urlop w tym kraju kosztuje nieco więcej niż w przypadku popularnych wśród polskich turystów Dominikany czy Kuby. Trudniej także dolecieć z Polski na wyspę poza sezonem zimowym, w którym funkcjonuje bezpośrednie połączenie czarterowe z Warszawy. Poza tym okresem zazwyczaj Polacy muszą przesiadać się na jednym z lotnisk europejskich, co wiąże się – oczywiście – z wydłużonym czasem podróży.

Na niekorzyść Jamajki działa też ciągnąca się za nią opinia miejsca niezbyt bezpiecznego. Sytuacji nie poprawia fakt wprowadzenia w styczniu 2018 r. stanu wyjątkowego w Montego Bay. Został on ogłoszony z powodu wzrostu przestępczości w tej turystycznej stolicy wyspy. Mimo iż w praktyce sprowadza się głównie do rewidowania samochodów wjeżdżających i opuszczających miasto, co nie jest zbyt uciążliwe i nie wpływa w żaden znaczący sposób na życie mieszkańców czy turystów, widok żołnierzy uzbrojonych w karabiny M16 wywołuje uczucie niepewności i wzbudza ciekawość. Oczywiście, pojawienie się w Montego Bay dodatkowych patroli komentują wszystkie media i użytkownicy na portalach dla podróżników. Jednak choć w mieście odnotowano wzrost przestępczości, turyści nie mają się czego obawiać. Wyspa żyje z turystyki, z czego doskonale zdaje sobie sprawę większość Jamajczyków, którzy starają się nie niepokoić niepotrzebnie przyjezdnych.

 

NA MIEJSCU

Mimo iż Jamajkę uważa się za dość niebezpieczne miejsce, prawda wygląda nieco inaczej. Mieszkam tutaj od 11 lat i chociaż to kraj trzeciego świata, większość przewodników turystycznych wyolbrzymia zagrożenie. Wyspa jest zupełnie inna niż zazwyczaj myślą odwiedzający ją po raz pierwszy turyści. Jamajka zachwyca kolorami, ale również zaskakuje kontrastami i absurdami, które dostrzec można w każdym aspekcie życia Jamajczyków już kilka chwil po przylocie.

Moje pierwsze wspomnienia z tego kraju sięgają 2006 r., kiedy przyjechałem tu do pracy jako przewodnik. Najpierw spadł na mnie lejący się z nieba żar – ten gorący klimat od dawna przyciąga podróżników z całego świata. Potem przyszło nieprzyjemne uczucie zimna panującego w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jamajczycy mają w zwyczaju ustawiać klimatyzatory na najniższą temperaturę, co stwarza wręcz komiczny kontrast między chłodem wewnątrz a upałem na zewnątrz. Turyści nie do końca są zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Niskie temperatury utrzymuje się nie tylko w hotelach, lecz także w autokarach. Miejscowi korzystają z dobrodziejstw klimatyzacji, ile mogą.

 

ROZMOWY JAMAJCZYKÓW

Do zderzenia z obcą kulturą dochodzi np. przy próbach komunikowania się, ponieważ na wyspie angielski wcale nie jest powszechnie używany. Mimo iż pełni funkcję języka urzędowego, między sobą Jamajczycy zwykle porozumiewają się w patois (jamajskim kreolskim), który powstał na bazie angielskiego z wpływami języków afrykańskich, jakimi posługiwali się niewolnicy sprowadzeni z Afryki do pracy na plantacjach. Podczas pobytu za granicą często za trudności w nawiązaniu rozmowy z miejscowymi obwiniamy siebie, a to ze względu na nasze niedostateczne umiejętności językowe. Warto więc zdawać sobie sprawę, że na Jamajce możemy znaleźć się raczej w odwrotnej sytuacji. Nie wszyscy Jamajczycy potrafią mówić poprawnie po angielsku i nie zawsze rozumieją wypowiedzi w tym języku. Większość z nich wplata w rozmowie słowa pochodzące z patois, co skutkuje tym, że komunikacja bywa bardzo często utrudniona. W rzeczywistości rzadko można spotkać miejscowych, którzy rozmawiają ze sobą na co dzień w języku angielskim, ponieważ się z nim nie identyfikują. To patois odgrywa rolę nośnika ich kultury i zwyczajów, spaja tutejsze społeczeństwo – słychać go w telewizji, teatrze i coraz częściej w szkołach, napisy w nim pojawiają się na reklamach w miastach. Sam język jest niezmiernie ciekawy i niezwykle ekspresywny. Jamajczycy wspierają się w czasie rozmowy elementami niewerbalnymi takimi jak gestykulacja. Bardzo często oprócz słów posługują się dźwiękami, które oznaczają m.in. lekceważenie, niezadowolenie czy brak porozumienia z drugą osobą. Patois trudno się nauczyć, dlatego że funkcjonuje on głównie w formie ustnej i brak jest jakichkolwiek materiałów, które pomogłyby w jego opanowaniu.

Turyści mają często wrażenie, że Jamajczycy mówią wyjątkowo szybko i robią to celowo, aby nie zdradzać szczegółów swoich dyskusji. Ponieważ miejscowi są w większości osobami bilingwalnymi, potrafią płynnie przechodzić z jednego tutejszego języka urzędowego na drugi. Przykładowo w sklepach z pamiątkami mają zwyczaj zwracania się do klientów w patois nawet w przypadku obcokrajowców. Czasami robią to z nadzieją, że zagadany kupujący może przepłaci. W swoje wypowiedzi Jamajczycy nagminnie wplatają wyrażenie Yeah, mon!, którego da się użyć niemal w każdej sytuacji. W zależności od kontekstu oznacza ono różne rzeczy, bywa zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem. Z tego powodu turyści wychodzą z założenia, że Yeah, mon! ma bardzo wiele znaczeń i na każde pytanie miejscowych odpowiadają właśnie za pomocą tego wyrażenia.

  

Stoisko ze świeżymi owocami i warzywami

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NA TARGU

Zazwyczaj obcokrajowcy są również zaskoczeni lokalnymi metodami płacenia za towary i usługi. Mimo iż na Jamajce obowiązującą walutę stanowi dolar jamajski (JMD), praktycznie wszędzie przyjmuje się dolary amerykańskie (USD). Turystów dziwi jednak fakt, że resztę wydaje się w dolarach jamajskich. Przelicznik jest dość egzotyczny i wielu ludzi gubi się w kalkulacjach. Sporo mówi on na temat sytuacji ekonomicznej w kraju. Dolar jamajski traci często na wartości z dnia na dzień – obecnie za 1 USD otrzymuje się w banku ok. 125 JMD. Oczywiście, gdy wartość lokalnej waluty spada, ceny w sklepach stają się wyższe. Dzieje się tak ze względu na to, że większość produktów Jamajka importuje. Obcokrajowcom nierzadko wydaje się, że wyspa stanowi prawdziwy raj dla rolników z racji tropikalnego klimatu i wysokich temperatur powietrza. Jednak jamajska ziemia bogata jest w boksyt (rudę glinu) i dlatego nie charakteryzuje się zbytnią żyznością. Uprawia się tutaj m.in. słodkie ziemniaki, dynię, cebulę oraz ignam (pochrzyn) i maniok – warzywa bulwowe bogate w skrobię i podawane do śniadania czy obiadu. Popularnością cieszą się przeróżne odmiany papryki, w tym ostra scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), która wchodzi w skład marynaty do przyprawiania kurczaka lub wieprzowiny w stylu jerk w lokalnych restauracjach.

Owoce dostępne na wyspie smakują naprawdę wspaniale. Tutejsze ananasy, papaje i banany są po prostu nieporównywalnie lepsze niż te sprzedawane w Polsce. Mają bardzo słodki smak, zresztą wszystko, co Jamajczycy piją bądź jedzą, bywa z reguły dosładzane. Turyści często narzekają na przesłodzone drinki, soki z koncentratu oraz desery, do których dodaje się więcej cukru niż potrzeba. Wyspiarze lubią słodkie i na przekąskę czy drugie śniadanie dla dzieci serwują bułki i ciasta. Owoce są tu jednak przepyszne i każdy, kto dotrze na wyspę, powinien koniecznie spróbować tych oferowanych na lokalnym targu lub przydrożnym straganie. Import produktów, co oczywiste, kosztuje i ceny w sklepach bywają bardzo wysokie.

  

Jamajczyk sprzedający rękodzieło przy pomoście nad brzegiem morza

© MAGAZYN ALL INCLUSIVE

 

KURCZAK W MARYNACIE

Jamajczycy spoza stołecznego Kingston – m.in. mieszkańcy innych największych miast w kraju: Montego Bay i Ocho Rios – zazwyczaj nie odwiedzają zbyt często restauracji z dwóch powodów. Po pierwsze, jest w nich drogo. W nielicznych lepszych lokalach za danie trzeba zapłacić ok. 30 USD. Po drugie, nie ma ich zbyt dużo. Większość turystów nie opuszcza swoich rozbudowanych hoteli oferujących pobyty typu all inclusive, a miejscowych nie stać na stołowanie się w restauracjach. Popularne i niezmiernie smaczne jedzenie kupuje się w małych barach, które serwują kurczaka czy wieprzowinę jerk. Pikantne mięso piecze się na grillu opalanym drewnem z korzennika lekarskiego (jego owoce występują pod nazwą ziela angielskiego). Najlepszą taką knajpką jest według mnie „Scotchies” (Falmouth Road, Montego Bay), gdzie można przypatrzeć się, jak przygotowuje się takie danie. Jamajczycy nie mają w zwyczaju krojenia na plasterki – kurczaka bądź wieprzowinę porcjuje się tasakiem łącznie z kośćmi. Mięso podaje się z dodatkami: smażonymi kluskami z mąki kukurydzianej, maniokiem, warzywami duszonymi na parze, słodkimi ziemniakami lub smacznym ryżem gotowanym z grochem i mlekiem kokosowym. Potrawa smakuje przepysznie, dlatego polecam przywiezienie ze sobą z Jamajki przypraw do marynaty jerk – są one dostępne w postaci suchej, jak i mokrej.

Ciekawostkę stanowi fakt, że mieszkańcy tego wyspiarskiego w końcu kraju nie spożywają dużo ryb ani owoców morza. Można je dostać u lokalnych rybaków, którzy chwalą się swoimi zdobyczami przy drodze, ale kosztują one o wiele więcej niż mięso. Przyrządza się głównie krewetki w sosie curry, na ostro, smażone z mlekiem kokosowym i podawane z ryżem. Miłośnicy świeżych owoców morza będą rozczarowani wyborem, ale na pewno zostaną miło zaskoczeni smakiem. Najpopularniejszą rybą jest lucjan czerwony (northern red snapper), którego smaży się lub gotuje na parze z warzywami. Bezapelacyjnie w miejscowej kuchni króluje jednak kurczak, przygotowywany na bardzo wiele sposobów i przy różnych okazjach. Do niego trzeba koniecznie wypić naprawdę dobre jamajskie piwo Red Stripe. Sprzedaje się je w szklanych butelkach, które przypominają te, w jakich kiedyś kupowało się syropy w polskich aptekach. Lokalne piwo, tak jak rum, z pewnością docenią wszyscy.

 

Z GÓR NAD WODOSPADY

Jamajczycy z reguły nie są zbyt zamożni. Zarabiają niewiele, a koszt życia znacznie przewyższa ich zarobki. Dlatego często dorabiają sobie na boku lub utrzymują się z napiwków, które zostawiają turyści. Choć przyjęło się, że drobne kwoty pieniędzy oferuje się po wykonaniu usługi, na Jamajce wręcza się je raczej na początku, co niejednokrotnie przyśpiesza bądź w ogóle umożliwia zrealizowanie czegokolwiek. Warto podzielić się dolarem z kierowcą, zwłaszcza autobusu, ponieważ oni pracują naprawdę długo i dosyć ciężko. W kraju nie ma transportu publicznego, z miasta do miasta można dostać się jedynie lokalnymi taksówkami, a warunki podróży daleko odbiegają od europejskich standardów. Kierowcy pokonują długie i męczące trasy, bo choć wyspa jest niewielka (10 991 km² powierzchni), stan dróg pozostawia sporo do życzenia – pełno na nich dziur i są bardzo kręte. Jednak tutejsze widoki zapierają dech w piersiach, więc zdecydowanie warto wybrać się na wycieczkę.

Wbrew pozorom na Jamajce nie ma aż tak wielu atrakcji. Większość z nich to miejsca ciekawe pod względem przyrodniczym i krajobrazowym: wodospady, rzeki (na których organizuje się spływy tratwami z bambusa) czy zatoki. Poza tym jedną z ważniejszych pozycji na liście rejonów do odwiedzenia są Góry Błękitne (z najwyższym szczytem Blue Mountain Peak, 2256 m n.p.m.), w których uprawia się słynną arabicę nazywaną Jamaican Blue Mountain Coffee. Wyjątkową jakość tej kawy doceniają smakosze z całego świata. Podczas zwiedzania plantacji można podziwiać niezapomniane widoki i odetchnąć powietrzem o wiele bardziej rześkim niż to w dole. Góry Błękitne są naprawdę doskonałe na spacery czy dłuższe wędrówki. Chociaż wciąż pozostają stosunkowo mało popularne, powoli wchodzą do ofert lokalnych biur podróży. Wizyta w tym rejonie Jamajki pozwala poznać ją z trochę innej strony, nie tej prezentowanej na zdjęciach z turystycznych folderów. Jest także okazją, aby na chwilę odpocząć od tłumów turystów na plaży oraz zgiełku miasta. Okolicę gór można również przemierzać na rowerze, co na pewno przypadnie do gustu osobom lubiącym aktywnie spędzać czas.

Inną atrakcją, której nie wolno ominąć w trakcie pobytu na Jamajce, są spektakularne wodospady. Warto tu odwiedzić nie tylko te najsłynniejsze, czyli Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, ale też mniej popularne Reach Falls, Mayfield Falls, Bath Fountain lub Reggae Falls, które prezentują się równie zjawiskowo. W takich miejscach trudno nie zachwycić się pięknem jamajskiej przyrody,

 

RUM I MUZYKA

Poza kawą z Jamajki zdecydowanie warto przywieźć lokalny rum. To duma każdego Jamajczyka. W radiu czy telewizji co chwilę puszczane są reklamy z hasłem We are rum people, które znakomicie oddaje przywiązanie miejscowych do tego trunku. Rum stanowi integralny element tutejszej kultury. Jamajczykom towarzyszy na co dzień i od święta od wielu lat.

Pod pewnym względem rum przypomina wino – im starszy, tym lepszy. Warto wiedzieć, że jedyną kobietą na świecie będącą specjalistką od niego jest właśnie Jamajka – Joy Spence (pracująca dla Appleton® Estate), która zajmuje się tworzeniem unikatowych blendów, czyli mieszanek różnych gatunków tego trunku. Poza rumami wyborowymi na wyspie można dostać też likiery na bazie rumu. Zadowolą one każdego smakosza słodkich alkoholi. Likiery rumowe przypominają słynny irlandzki Baileys, jednak są o wiele łagodniejsze i delikatniejsze. Występują w różnych smakach, np. bananowym, kokosowym, kawowym albo czekoladowym.

                Na Jamajce oprócz wszelkich standardowych pamiątek, np. magnesów i koszulek z podobiznami Boba Marleya i Usaina Bolta bądź z napisem Jamaica, można kupić ciekawe rękodzieło artystyczne. Obok popularnych masek czy wazoników sprzedaje się tu wyroby z mahoniu, drewna mango lub cedru takie jak długopisy, breloczki i podstawki na stół. Z wyspy warto przywieźć również popularne ostatnio w Polsce płyty winylowe. W Kingston, w domu należącym niegdyś do Boba Marleya (56 Hope Road), znajduje się historyczna siedziba wytwórni Tuff Gong (założonej w 1970 r.), w której nagrywał i tworzył król reggae (od ponad 30 lat mieści się tutaj muzeum artysty). Po odwiedzeniu jej można zaopatrzyć się w winyle z piosenkami legendarnego wokalisty, gitarzysty i kompozytora, które na pewno będą oryginalnym prezentem z Karaibów. Wytwórnia Tuff Gong działa w dalszym ciągu w jamajskiej stolicy, ale już pod adresem 220 Marcus Garvey Drive. Nowe studio, nadal zajmujące się nagrywaniem płyt, udostępniono też do zwiedzania.

Muzyka jest na Jamajce niezmiernie ważna. Oprócz legendarnego Boba Marleya pochodzą stąd także Sean Paul czy Shaggy, gwiazdy rozpoznawalne na całym świecie. Płyty z lokalnymi utworami można nabyć praktycznie na każdym parkingu, gdzie wśród zaparkowanych samochodów miejscowi wykonawcy sprzedają swoje składanki w cenie ok. 200 JMD (w przeliczeniu ponad 1,5 USD). Muzyka ta brzmi naprawdę ciekawie. Takie płyty kupują sami Jamajczycy, którzy zazwyczaj słuchają ich później z odpowiednio zmodyfikowanych odtwarzaczy w swoich samochodach.

 

NIECO INNE PAMIĄTKI

Z Jamajki przywieziemy też interesujące książki. W tutejszych księgarniach można znaleźć prawdziwe perełki pochodzące z utworzonego w 1948 r. Uniwersytetu Indii Zachodnich (University of the West Indies), który jest wiodącą tego typu placówką w anglojęzycznej części Karaibów i jedną ze swoich trzech obecnych siedzib ma właśnie w tym kraju (w podmiejskim obszarze Kingston – położonej u podnóża Gór Błękitnych Monie; poza tym działa jeszcze filia w Montego Bay). Wśród nich są pozycje na temat kolonizacji, rewolucji niewolników czy tożsamości Jamajczyków. Wszystkie napisali lokalni uczeni i choć książki nie należą do tanich, będą ciekawą pamiątką dla tych, którzy chcą zapamiętać Jamajkę na dłużej i dowiedzieć się o niej znacznie więcej niż zawierają kolorowe przewodniki turystyczne. Wiele publikacji dotyczy także karaibskiej sztuki kulinarnej – na pewno spodobają się miłośnikom gotowania. W przypadku większości dań trzeba korzystać z miejscowych produktów, ale po małych modyfikacjach uda się je przygotować również i w Polsce.

                Jeszcze innym pomysłem na ciekawą pamiątkę z wyspy są kosmetyki z dodatkiem lokalnych produktów, np. mydła na bazie oleju kokosowego, papai czy aktywnego węgla. Na Jamajce, podobnie jak i w wielu krajach na świecie, rozpowszechniła się ostatnio moda na naturalną pielęgnację. Do najbardziej interesujących składników zalicza się – oczywiście – wspomniany już olej kokosowy, który pozyskiwany jest na zimno z uprawianych na miejscu kokosów. Dodaje się go do mydeł i kremów sprzedawanych w aptekach i drogeriach. Balsamy z ekstraktami z mango, ananasa, aloesu czy trawy cytrynowej stanowią obowiązkowe wyposażenie kosmetyczki każdej jamajskiej kobiety. Warto przywieźć ze sobą do domu takie ręcznie produkowane naturalne specyfiki, na pewno będą oryginalniejsze niż magnes na lodówkę bądź kolejny otwieracz do butelek.

Niestety, tak jak życie na wyspie również pamiątki są dość drogie, ale za to można je kupić w większości sklepów w miastach oraz w sklepikach działających przy popularnych atrakcjach turystycznych. Sami Jamajczycy chętnie o nich opowiadają i z pewnością doradzą nam w czasie zakupów. Dobrze pamiętać, że nie musimy decydować się na importowane z Chin magnesy lub koszulki, które dominują na jamajskich straganach. Poza tym targować można się praktycznie wszędzie, oczywiście, oprócz sklepów spożywczych i hipermarketów.

 

Pocztówkowe bliźniacze zatoki w Port Antonio

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NIEZNANA WYSPA

Mimo iż Jamajkę dosłownie zalewają turyści, co widać zwłaszcza na jej północnym wybrzeżu, gdzie usytuowana jest większość komfortowych hoteli i rozległych resortów, wciąż są tutaj miejsca, które zachwycą osoby szukające błogiego spokoju. Należy do nich niewątpliwie nieopanowany jeszcze przez masową turystykę region Portland, położony na wschód od miasta Ocho Rios. Znajdują się w nim wille największych hollywoodzkich sław, w tym posiadłość znanego amerykańskiego aktora, producenta filmowego i rapera Willa Smitha. Nie ma w tej okolicy olbrzymich resortów all inclusive ani zbyt wielu hoteli, są za to małe pensjonaty czy domki, w których można wynająć pokój na kilka dni, aby rozkoszować się odgłosami Morza Karaibskiego i śpiewem ptaków. Poza tym organizuje się tu też jednodniowe wycieczki dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda nieturystyczna Jamajka. Niewielkie dziewicze plaże, ukryte w gąszczu wysmukłych palm, wydają się być miejscami nie istniejącymi na mapach czy w informatorach turystycznych. W Portland znajdują się wioski, w których mieszkańcy handlują owocami i warzywami z okolicznych upraw – to tutaj leży większość plantacji bananów, ananasów, kokosów, mango i bligii pospolitej (ackee). Stolicą regionu jest Port Antonio. Miasto upodobał sobie amerykański aktor australijskiego pochodzenia Errol Flynn (1909–1959). W marinie nazwanej jego imieniem cumują luksusowe jachty i łodzie. Malowniczy zachód słońca nad zatoką można podziwiać przy szklaneczce rumu z coca-colą z pobliskiego baru lub po prostu filiżance doskonałej kawy z Gór Błękitnych. Osoby zainteresowane lokalną kuchnią powinny spróbować tutejszych deserów. Warto wybrać się do położonej nieopodal przystani lodziarni „Devon House I-Scream”, w której podaje się olbrzymie porcje naprawdę bardzo dobrych lodów.

Pobyt w urokliwym Portland – niestety – ma swoją cenę, którą jest dość ciężki dojazd. Region leży na wschód od modnych kurortów, dlatego na dotarcie do niego samochodem trzeba przeznaczyć ok. 5 godz. Jeśli jednak ktoś chce zobaczyć mniej popularne oblicze Jamajki, taka niedogodność nie powinna go odstraszyć. Tę pasjonującą karaibską wyspę warto poznać z każdej strony.

 

Wydanie Wiosna 2018

Mozaika andaluzyjska

1605

© PATRONATO PROVINCIAL DE TURISMO DE GRANADA

 

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

Andaluzja to czarodziejka, kraina położona pomiędzy – już nie całkiem w Europie, a jeszcze nie w Afryce. Jest jak kobieta tańcząca flamenco w „tablao” i na plaży w nocy. Codzienność ma tu smak tapas i jerez (sherry). Surowe góry sąsiadują z Oceanem Atlantyckim oddzielonym od Morza Alborańskiego Cieśniną Gibraltarską. W Andaluzji znajduje się jeden ze starożytnych słupów Heraklesa. Urodził się w niej słynny gitarzysta flamenco Paco de Lucía. Dziś dźwięki gitary rozbrzmiewają wśród ulic miast, których prawdziwym skarbem są mauretańskie budowle – monumentalne, a jednocześnie finezyjnie zdobione. Wszystkie te elementy tworzą wyjątkową andaluzyjską mozaikę.

Więcej…

Wenezuela – świat piękna

salto_angel_en_alta.jpg

Najwyższy na świecie wodospad Salto Ángel spływa z Auyantepui

© HOVER TOURS

 

Karolina Sypniewska-Wida

www.karolinasypniewska.pl

 

Niezmiernie barwna Wenezuela zaskakuje różnorodnością. Zdobędziemy w niej potężne andyjskie szczyty, zrelaksujemy się na rajskiej karaibskiej plaży, odwiedzimy idylliczne wysepki, zachwycimy się soczyście zielonymi równinami nad majestatycznymi rzekami Amazonką i Orinoko czy przemierzymy niekończącą się sawannę poprzecinaną górami stołowymi („tepuyes”). Oprócz tego możemy tutaj choćby zjechać na linie z najwyższego wodospadu na świecie, pojeździć konno po Andach, eksplorować tajemnicze jaskinie, wybrać się na trekking i nurkowanie, spróbować swoich sił w kite- i windsurfingu, polatać na paralotni albo skoczyć ze spadochronem z mostu, wieżowca lub urwiska (BASE jumping). Jedynym ograniczeniem w tym kolorowym królestwie będzie nasza wyobraźnia. 

Więcej…