MAREK RACHOŃ

www.e-rachon.pl

Wyobraźcie sobie egzotyczny kraj, oddalony od Warszawy o jakieś 10 godzin lotu, gdzie pół Polski z całymi rodzinami wyrusza co roku na wakacje. Do tego bez przerwy świeci tam słońce i jest przyjemnie ciepło… Wyobraźcie sobie ląd, na którym tubylcy o skórze w kolorze przypieczonego chleba mówią po polsku. Takim miejscem mógł być Madagaskar. Oczywiście, gdyby historia potoczyła się nieco inaczej. Gdyby Francuzi w latach 30. ubiegłego wieku przekazali nam tę wyspę, a naszym rodakom udało się ją skolonizować. Mielibyśmy wówczas w Afryce trochę polskiej kultury i kuchni, na plażach swojsko brzmiące napisy, a w głębi lądu przewodników posługujących się językiem Miłosza i Gombrowicza. Nasze narodowe linie lotnicze obrałyby Madagaskar za jeden ze swoich głównych wakacyjnych kierunków, a dzieci w szkole uczyłyby się historii tego kraju. Szkoda wam trochę? Bo mnie tak.

Madagaskar ma jednak jeden polski akcent. Chodzi tu o Maurycego Beniowskiego (1746–1786). Malgasze obwołali go w 1776 r. królem wyspy. Chociaż urodził się w Verbó (obecnie słowackie miasteczko Vrbové), na terenie ówczesnych Węgier, uważał się za Polaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku.  

Jako uczestnik konfederacji barskiej (1768–1772) został zesłany na Kamczatkę, z której zorganizował brawurową ucieczkę statkiem. W 1774 r. trafił na Madagaskar z zadaniem uczynienia z niego francuskiej kolonii. Dziś w Antananarywie (Antananarivo) – stolicy wyspy – znajduje się ulica Beniowskiego oraz jego popiersie. Niestety, żaden z Malgaszów, z którymi rozmawiałem, nie wiedział, że ten podróżnik i żołnierz był związany z Polską.

 

Lemury – symbol Madagaskaru

Najsłynniejszy na wyspie jest lemur katta. Wielkością przypomina sporego, puszystego kota, ma długi, miły w dotyku ogon, z białymi i czarnymi obrączkami. To przeurocze zwierzę najłatwiej zobaczyć w rezerwacie Anja, położonym 13 km na południe od malowniczego miasta Ambalavao, w połowie drogi z Toliary (Tuléar) do stolicy Madagaskaru. Nie sposób tu nie zauważyć sympatycznych lemurów wygrzewających się leniwie na skałach, gdyż ten chroniony obszar przyrody ma zaledwie ponad 30 hektarów. Takiej gwarancji nie mamy choćby w najpopularniejszym parku narodowym kraju – Isalo, który leży między Ihosy i Fianarantsoa. Lemury dokarmiane są tutaj przez turystów i lubią uciąć sobie drzemkę gdzieś w leśnej gęstwinie. Wówczas możemy zapomnieć o ich ujrzeniu. Warto wspomnieć, że według malgaskich wierzeń każdy niewierny mężczyzna zmienia się po śmierci w te urocze zwierzę.

 

Malgaskie skarby – zebu i wanilia

Jeśli na Madagaskarze zakochany kawaler marzy o ożenku, bez zebu (garbatego bydła domowego) się nie obejdzie. Tradycja nakazuje mu podarować teściom to cenne zwierzę. Pewnego dnia zapytałem naszego przewodnika, czy ma żonę. Odpowiedział mi, że nie – dopiero zbiera na zebu...

Ta krowa z garbem i wielkimi rogami jest tu symbolem bogactwa i zamożności. Wykorzystuje się ją głównie jako siłę pociągową. Mięso zebu stanowi zaś główny składnik malgaskiej kuchni. Przyrządza się je na wszystkie możliwe sposoby. Robi się z niego steki albo po prostu miele. Następnie doprawia się pieprzem, solą, a także malgaskim specjałem – wanilią. Zebu daje także mleko, chociaż niedużo, bo ok. 5 litrów dziennie, czyli cztery razy mniej niż przeciętna polska krowa. Za cielaka trzeba zapłacić na Madagaskarze w granicach 50 euro. Duże, zdrowe i dorodne zebu to wydatek rzędu 250–300 euro. W każdy wtorek i środę w Ambalavao (ok. 450 km na południe od stolicy kraju, 6 godzin jazdy samochodem) odbywa się targ bydła. Ciągną na niego stada z całej wyspy. Przybywają też amatorzy ożenku, gdyż każdy na Madagaskarze wie, że jeśli po zebu, to do Ambalavao...

 

Aleja Baobabów

Przewodniki ze słynnego australijskiego wydawnictwa Lonely Planet i ze znanej francuskiej kolekcji Guide de routard podają, że Aleja Baobabów to najczęściej fotografowane miejsce na Madagaskarze. Ich autorzy zapewne mają rację… Dlatego też jadąc do Alei Baobabów można zapomnieć o ciszy, spokoju, chwilach refleksji i zadumy. Należy nastawić się na spotkanie z tłumami francuskich turystów, nastolatkami w kolorowych strojach spacerującymi między drzewami, całym legionem fotografów oraz armią sprzedawców tandetnych pamiątek. Międzynarodowe piękności pozują tu do zdjęć na tle olbrzymich baobabów, co utrwalają z radością ich partnerzy. Następnie wszyscy szczęśliwi maszerują kupić lokalne rękodzieło – rzeźbione lub słomiane drzewko. Przewodniki podają też, że baobaby najlepiej podziwiać podczas wschodu lub zachodu słońca. Francuski turysta woli zdecydowanie to drugie. Nic w tym dziwnego, gdyż żeby dotrzeć na miejsce o wschodzie słońca, trzeba wstać przed czwartą rano, a nie po to przecież jeździ się na wakacje... Baobaby rzeczywiście robią wielkie wrażenie. Są wysokie na ok. 25–30 metrów. Ich pień osiąga nawet 11 metrów średnicy. Wiek baobabów szacuje się na mniej więcej 800 lat. Okolice Morondawy obfitują w te rzadkie i wspaniałe drzewa. Niestety, jeszcze do niedawna były one masowo wycinane przez wieśniaków. Aż dziw bierze, że nie utworzono tu oficjalnie żadnego rezerwatu przyrody. Jedna z malgaskich legend mówi, że baobaby stworzył Bóg, ale diabeł posadził je do góry nogami, aby mieć w piekle zielono.

 

Fady (Fadi), czyli tabu na Madagaskarze

Gdy czarny kot przebiegnie nam drogę, mówimy, że będziemy mieć pecha i spodziewamy się najgorszego. W piątek trzynastego uważamy na wszystko – to przecież wyjątkowo pechowy dzień.  W Wigilię pilnujemy, żeby czegoś nie popsuć, bo wówczas będziemy mieć taki cały rok. Z łóżka nie wstajemy lewą nogą, bo to grozi złym humorem. Wracając się do domu po coś, czego zapomnieliśmy, przysiadamy na trzy sekundy. Nie witamy się „przez próg”, a na widok kominiarza szukamy guzika, łysego faceta albo kobiety w okularach. Zobaczenie dwóch zakonnic przypomina nam o nadchodzącym pechu... Tak to jest właśnie z jednym z najważniejszych pojęć na Madagaskarze – fady (fadi). Oznacza ono tabu, zakazaną, groźną i niebezpieczną rzecz lub osobę. Jak napisał Arkady Fiedler w swojej książce z 1953 r. pt. Gorąca wieś Ambinanitelo, fady to: (…) zakazy regulujące każdą ludzką czynność. (…) Fadi osaczały na każdym kroku każdego Malgasza od chwili urodzenia aż do śmierci – i biada temu, kto przeciw nim wykraczał, obojętnie, czy świadomie, czy mimo woli: duchy przodków wywierały zemstę na winowajcy, nieszczęścia ściągały na jego głowę. Tylko szczera pokuta, błagalna faditra, mogła ułagodzić gniew duchów. Czym tabu było dla Polinezyjczyków, tym fadi dla mieszkańców Madagaskaru. Tego irracjonalnego lęku doświadczyłem w Diego Suarez (Antsirananie), czekając strasznie długo na podanie mi śniadania w hotelowej restauracji. Wiele razy kelnerka zbliżała się już do mojego stolika, była tuż koło niego (w odległości nie większej jak półtora metra), po czym robiła nagły zwrot i znikała za kotarką. Poczułem się trochę rozzłoszczony, bo kazała mi tak na siebie czekać dobre pół godziny. Jej chyba też nie było z tym dobrze, bo nagle cała stężała, zebrała się w sobie, skupiła i podeszła do… rozłożonego na moim stoliku przewodnika o Madagaskarze, który przykryła szmatką. Wówczas malgaską kelnerkę opuścił strach i przyjęła w końcu zamówienie. Okazało się, że przyczyną jej dziwnego zachowania było zdjęcia kameleona na okładce przewodnika. Zwierzę to uważa się za fady w tej okolicy. Czym prędzej schowałem więc książkę do plecaka (sam bym nie chciał, żeby ktoś złośliwie wypuszczał mi czarnego kota na drogę) i zapytałem dziewczynę, co złego jest w kameleonie... Odpowiedziała mi, że jeżeli znajdziemy go w swojej chacie i szybko z niej nie usuniemy, w ciągu najbliższych trzech miesięcy umrze ktoś z naszej rodziny. Wierzyła w to tak głęboko, jak dziecko w Babę Jagę.

 

Pousse-pousse – malgaskie taksówki

Ja, wyzyskiwacz. Ja, krwiopijca. Ja, ciemiężyciel drugiego człowieka (to cytat z Ryszarda Kapuścińskiego). Na Madagaskarze rozsiadałem się wygodnie w rikszy i kazałem wieźć w oddalony o wiele kilometrów zakątek miasta. Ale żeby to była chociaż riksza motorowa albo nawet rowerowa... Tutaj zaprzęgnięty był do niej człowiek, niczym zebu, koń, muł czy inne zwierzę pociągowe! Brał wózek pod ramiona i w pocie czoła, jęcząc i ciężko oddychając, biegł, truchtał i cwałował, a ja rozpostarty w wygodnym fotelu nawet przez chwilę nie pomyślałem o jego wysiłku i zmęczeniu. Oczywiście dziś mógłbym powiedzieć, jak bardzo przejmował mnie los tego nieszczęśnika, ale nie zrobię tego, co więcej dodam, że targowałem się zawsze o stawkę za przejazd. Niemal w każdym przypadku to ja dyktowałem cenę. Z uwagi na to, że byłem jedynym klientem, a ich wielu, zawsze znalazł się ryksiarz, który wolał coś zarobić. Jeśli cokolwiek może mnie usprawiedliwiać, to chyba tylko fakt, że jestem chudy i nie ważę zbyt wiele.

            Na Madagaskarze tak naprawdę nie używa się słowa riksza, lecz pousse-pousse (po francusku pchaj-pchaj). To jedno z ostatnich miejsc na świecie, oprócz indyjskiej Kalkuty, gdzie można spotkać jeszcze tego typu taksówki. Tylko (o dziwo!) malgascy ryksiarze są odżywieni, rumiani, czerstwi i nawet umięśnieni. Natomiast ci indyjscy sprawiają wrażenie, jakby zaraz mieli się przewrócić. Podobno rząd Madagaskaru chce wkrótce zlikwidować pousse-pousse. Warto się więc pośpieszyć z wizytą na wyspie, aby móc jeszcze skorzystać z tej niecodziennej taksówki...

 

Odkopywanie zmarłych

Na Madagaskarze wierzy się, że po śmierci każdy może stać się bogiem. Rodzina musi jednak w tym pomóc zmarłemu. Jej obowiązkiem jest zakopać go w prowizorycznym grobie, aby po roku, dwóch latach wydobyć ciało, odprawić obrzędy oraz ucztować w obecności truchła. Następnego dnia wcześnie rano chowa się je w rodzinnym grobowcu, na innym cmentarzu. Po odprawieniu takiej ceremonii można się spodziewać łask, pomocy, wsparcia i opieki ze strony zmarłego.

Cała uroczystość rozpoczyna się w południe. Rodzina, a także znajomi i zaproszeni goście zasiadają do pierwszego posiłku, który jest mocno zakrapiany rumem. Bogaci zabijają zebu, natomiast ubodzy zbierają datki, kupują ryż, słoninę, pędzą bimber – wszystko po to, aby można było jeść i pić do woli. Na cmentarz wyrusza korowód zawodzący żałobnie pieśni pogrzebowe, mężczyźni trzymają nosze, na których przyniosą z powrotem do domu zmarłego. Grób skrapiany jest kroplami rumu, a następnie idą w ruch łopaty. Rodzina i najbliżsi rozsiadają się wygodnie w oczekiwaniu na pojawienie się nieboszczyka. Dzieci i ciekawscy tłoczą się tuż przy samej mogile, aby dojrzeć trumienne deski. Wydobyciu ciała z ziemi towarzyszy płacz, szloch i zawodzenie. Powrót do domu ze zmarłym ma już zupełnie inny charakter. Wszyscy się wówczas cieszą, weselą i radośnie śpiewają. Teraz będą wspólnie biesiadować, jeść i pić aż do upadłego, oczywiście, w towarzystwie nieboszczyka usadzonego na honorowym miejscu. Już o świcie pochowają go tym razem na wieczność w rodzinnym grobowcu, na innym cmentarzu.


 

Artykuły wybrane losowo

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…

Good Morning, Wietnam!

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Więcej…

Sri Lanka – zielony klejnot Oceanu Indyjskiego

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Położoną na południowy wschód od Półwyspu Indyjskiego Sri Lankę nazywa się niekiedy Łzą Indii. To jednak nie jedyne jej miano, a większość określeń wiąże się z zachwytem, w jaki od wieków wprawiała ona odwiedzających ją ludzi. Dla słynnego weneckiego podróżnika Marca Polo była „najwspanialszą wyspą o tej wielkości na świecie”, a dla portugalskiego kapitana Edwarda Barbosy – „wyspą rozkoszy”. Sri Lanka znana jest również jako Perła Oceanu Indyjskiego. W sanskrycie jej nazwa oznacza po prostu „Lśniący Kraj”. Wszystkie te określenia obiecują wiele, ale nie ma w nich wcale żadnej przesady.

 

Wyspa Cejlon (na której leży Sri Lanka) kojarzy się z zielonymi wzgórzami porośniętymi herbatą, zapachem korzennych przypraw i opowieściami żeglarzy o odległych lądach. Panuje tu tropikalny klimat ze średnią roczną temperaturą powietrza ok. 30°C. Od upałów można odetchnąć tylko w wyższych partiach gór w głębi lądu.

 

Na pogodę wybrzeży Sri Lanki wpływają dwa monsuny: yala i maha. Pierwszy z nich od maja do sierpnia przynosi deszcze w południowo-zachodniej części kraju. Drugi od października do stycznia sprowadza wilgoć w północno-wschodni rejon wyspy. Wiejące tutaj wiatry nie tylko sprzyjają występowaniu opadów i rozwojowi bujnej roślinności, ale także ułatwiały dotarcie do tego regionu podróżnikom i kupcom przybywającym na Cejlon z różnych stron świata. To m.in. dzięki nim Sri Lanka jest dziś miejscem tak różnorodnym kulturowo, w którym różne religie i tradycje współistnieją, wzajemnie się uzupełniając i tworząc lokalny koloryt.

 

Dambulla cave temple World heritage site- 1st Century BC

Jedna z pięciu jaskiń należących do Złotej Świątyni w Dambulli

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

ŚLADY DAWNEJ ŚWIETNOŚCI

 

Jednak na długo zanim przybyli tu wspomniani podróżnicy i kupcy, na wyspie kwitła kultura, której początki sięgają zamierzchłych czasów. Według historycznej Mahavamsy z V w. n.e., czyli w języku pai „Wielkiej Kroniki”, pierwotnymi mieszkańcami Cejlonu byli Jakszowie i lud Naga. Dzieje pochodzących z północy Indii Syngalezów zaczynają się w 543 r. p.n.e. wraz z przybyciem księcia Vijaya (Zwycięzcy), legendarnego króla Sri Lanki, i utworzeniem przez niego Królestwa Tambapanni (istniejącego do 505 r. p.n.e.). Pojawienie się na tym obszarze narodu syngaleskiego zapoczątkowało kulturalny, religijny i architektoniczny rozkwit, którego ślady podziwiać możemy do dzisiaj.

 

Najwspanialszą stolicą jednego ze starożytnych królestw Syngalezów (Królestwa Anuradhapura z lat 377 p.n.e.–1017) była Anuradhapura, położona w obecnej Prowincji Północno-Środkowej, ok. 200 km na północ od Kolombo (gospodarczej stolicy Sri Lanki). To miasto o niezmiernie bogatej historii rozwijało się od IV w. p.n.e. do końca X stulecia. Anuradhapura do dziś jest jednym z najważniejszych centrów buddyjskich na świecie, a to za sprawą rosnącego tutaj świętego figowca pagodowego zwanego Jaya Sri Maha Bodhi, pod którym według tradycji doznał oświecenia medytujący Budda. Sadzonkę na wyspę przywiozła w III w. p.n.e. Sanghamitta, córka władcy indyjskiego imperium Maurjów – Aśoki, wypełniając tym samym misję szerzenia buddyzmu na Cejlonie. Okaz ten uchodzi za najstarsze posadzone przez człowieka drzewo na świecie z udokumentowaną historią. Zasadzono je w 288 r. p.n.e. i od tego czasu wierni wciąż o nie dbają, nie przestali troszczyć się o świętego figowca nawet wtedy, gdy miasto znajdowało się w rękach Tamilów. Wśród tutejszych ruin zachowało się kilka buddyjskich świątyń i pałaców, a historyczne centrum wpisano w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Kiedy Anuradhapura była stolicą państwa Syngalezów, Polonnaruwa pełniła funkcję okresowej rezydencji królewskiej. Jednak po zniszczeniu tej pierwszej w 993 r. przez wojska tamilskie to ona przejęła rolę najważniejszej metropolii na wyspie. Status ten utrzymała do XIII w. W czasach największego rozkwitu była wspaniałym, otoczonym potrójnym murem miastem ogrodem, w którym pałace i świątynie wtapiały się w bujną zieleń.

 

Syngalezi wielokrotnie musieli odpierać ataki z zewnątrz. W XIII stuleciu Sri Lankę najechali ponownie Tamilowie z subkontynentu indyjskiego. W wyniku tych wydarzeń Polonnaruwa została opuszczona. Na odkrycie czekała ponad 500 lat. Dziś możemy podziwiać ruiny zabytkowej metropolii z licznymi posągami i rzeźbami – m.in. z wykutą w skale kilkunastometrową figurą śpiącego Buddy.

 

Na skutek najazdów Syngalezi zostali zmuszeni do osiedlenia się bardziej na południe. W górzystym wnętrzu wyspy założyli w 1469 r. nowe królestwo wokół miasta Kandy (Królestwo Kandy). Obecnie jest ono nie tylko stolicą Prowincji Środkowej, lecz także jednym z ważniejszych ośrodków wyznawców buddyzmu. Wszystko za sprawą znajdującej się tu Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa), w której w szkatułce złożono według tradycji ząb samego Buddy. Relikwia ma niezwykłą moc – przyciąga zarówno buddystów, jak i tysiące turystów. Mnóstwo osób przybywa z jej powodu do Kandy zwłaszcza raz w miesiącu, kiedy na Cejlonie obchodzi się Poyę, czyli święto przypadające na dzień pełni księżyca. Przez całą dobę we wszystkich buddyjskich świątyniach w kraju odbywają się barwne uroczystości i panuje podniosła atmosfera.

 

WIZJA SZALONEGO WŁADCY

 

Niemal 200-metrowa bryła magmy króluje nad zieloną równiną w okolicy Dambulli. Widoczna z każdej strony już z daleka, stanowi pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Samotna skała, kontrastująca z otoczeniem, robi niemałe wrażenie. Jeszcze bardziej niesamowita jest historia powstałego na niej obiektu. To karkołomne przedsięwzięcie budowlane było realizacją wizji jednego z najbardziej okrutnych władców Sri Lanki – Kassapy I (rządzącego w latach 473–495). Jako potomek z nieprawego łoża nie mógł on legalnie objąć tronu. Zdobył więc władzę, zabijając swojego ojca Dhatusena. Nie opuszczał go jednak strach przed zbiegłym do Indii przyrodnim bratem Mogallaną, który planował powrócić na Cejlon na czele potężnej armii. Aby uchronić się przed gniewem prawowitego następcy tronu, Kassapa I zdecydował się wybudować potężną twierdzę i pałac na szczycie niedostępnej skały.

 

Zaspokojenie wybujałych ambicji władcy kosztowało życie tysięcy robotników. Miejsce o naturalnych walorach obronnych umocniono jeszcze systemem murów i fos, czyniącym je niedostępnym dla wrogów. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wykute w kamieniu wąskie schodki. Co jednak najciekawsze, skała przekształcona została w olbrzymiego budzącego grozę lwa. Do ogromnej bryły dodano ceglaną głowę i tors oraz pięknie wyrzeźbione przednie łapy. Do dziś przetrwały tylko one, a także sama nazwa Sigirija, która oznacza Lwią Skałę. Skalne ściany samego pałacu pokryto malowidłami przedstawiającymi najprawdopodobniej damy dworu i królewskie nałożnice. Zachowały się one do dzisiaj w zaskakująco dobrym stanie. Oglądający mogą dzięki nim poznać niegdysiejsze kanony urody. Król lubił podziwiać nie tylko piękne kobiety, ale i siebie samego, a jedna ze ścian pałacu została tak wypolerowana, że przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych służyła władcy za lustro. Panowanie Kassapy I trwało 22 lata, do czasu, gdy Mogallana powrócił, aby odebrać bratu władzę.

 

Do dziś na szczycie przetrwały zaledwie fundamenty zespołu pałacowego i umocnień, tworzą one jednak ciekawy labirynt, z którego rozciągają się fantastyczne widoki. Samą Sigiriję można podziwiać w pełnej okazałości z innej skały – położonej niedaleko Pidurangali.

 

CD5-3

Młodzi buddyjscy mnisi na drodze prowadzącej do słynnej Lwiej Skały

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

W GÓRACH USŁANYCH ZIELENIĄ

 

Mimo iż aż 80 proc. obszaru Sri Lanki zajmują niziny, jej środkowo-południowy region to zielona górska kraina pokryta w dużej części tropikalnym lasem. Najbardziej znanym z lankijskich szczytów jest niewątpliwie mierząca 2243 m n.p.m. Sri Pada. Wysokość góry nie imponuje, ale nie z tego względu wyróżnia się ona spośród innych. Według legendy na prośbę boga Samana swój ślad zostawił na tym szczycie sam Budda. Tak przynajmniej utrzymują jego wyznawcy. Hinduiści przekonują natomiast, że ślad ten należy do Śiwy. Chrześcijanie i muzułmanie twierdzą z kolei, że odbił tutaj swoją stopę biblijny pierwszy człowiek, który po wygnaniu z raju stał w tym miejscu na jednej nodze w celu odkupienia grzechów. Dlatego w Europie góra znana jest głównie jako Szczyt Adama (Adam’s Peak), a nie Sri Pada czy Samanalakanda, jak nazywa się ją w Azji. Tajemnicze wgłębienie w skale czyni wzniesienie obiektem kultu wielu religii i celem licznych pielgrzymek.

 

Aby wspiąć się na górę przed wschodem słońca, o którego pięknie na Sri Lance krążą legendy, wyruszyliśmy o 2.00 w nocy. Pobudka po 3 godz. snu nie była łatwa, zwłaszcza że mieliśmy w perspektywie pokonanie ponad 5 tys. schodów. To właśnie one, początkowo łagodne, im dalej, tym coraz bardziej strome, prowadzą do celu. Światła latarni rozstawionych wzdłuż stopni znaczyły w mroku wijącą się ścieżkę na szczyt. Na pewnym etapie zmęczenie dawało nieco o sobie znać. Zapominaliśmy jednak o nim, gdy mijaliśmy wspinających się starszych ludzi, nierzadko nawet o kulach. Niektórzy o własnych siłach, inni wsparci na barkach krewnych powoli, ale konsekwentnie zbliżali się do celu. Na trasie panowała zresztą prawdziwa różnorodność. Spotykaliśmy osoby starsze i dzieci, samotnych wędrowców i całe rodziny, mnichów odzianych w tradycyjne szaty i ubraną współcześnie młodzież. Wszyscy w swoim tempie zmierzali na szczyt.

 

Dotarliśmy na górę ok. 5.00. Było nieco za wcześnie. Słońce miało wzejść za godzinę, a na szczycie niska temperatura dawała nam się we znaki. Schroniliśmy się w jednym z przyświątynnych budynków. Jak się okazało, nie byliśmy jedyni. Wewnątrz zebrał się już spory tłum również zmagających się z zimnem ludzi i wciąż ich przybywało.

 

Nagle wszyscy zaczęli kierować się do wyjścia. Większość osób zebrała się na schodach przy świątyni i patrzyła w stronę wschodzącego słońca, a raczej tam, gdzie powinno się ono pojawić, bo w ostatniej chwili zostało zasłonięte przez rozległą chmurę. Ciemność powoli się rozpraszała, gasły tak liczne wcześniej gwiazdy, a opadające mgły odsłoniły widok na okolicę. Przy dobiegających ze świątyni dźwiękach bębnów patrzyliśmy na zmieniający się krajobraz. Pobliskie szczyty wyłaniały się zza chmur, aby znów w nich zatonąć. Wszystko to działo się na tle nieba mieniącego się odcieniami różu, żółci, pomarańczy i błękitu. Staliśmy tak jeszcze jakiś czas, chłonąc niesamowitą atmosferę. O zimnie zapomnieliśmy zupełnie.

 

Wracaliśmy tą samą drogą, jednak wyglądała ona zupełnie inaczej. Dopiero za dnia ukazały nam się zbocza porośnięte wiecznie zielonym wilgotnym lasem równikowym, skryte wcześniej pod osłoną nocy. Przed nami było ponad 5 tys. schodów.

 

Wspaniałą górską panoramę podziwiać możemy także w Parku Narodowym Równin Hortona. To wysoko położony płaskowyż (ok. 2100–2300 m n.p.m.) znany z silnych wiatrów i kapryśnej pogody. Ścieżka w różnych odcieniach pomarańczy tworzy tu pętle prowadzące do dwóch charakterystycznych punktów zwanych Małym Końcem Świata i Końcem Świata. Oba zawieszone są nad głębokimi przepaściami (mającymi odpowiednio mniej więcej 300 i 1,2 tys. m). Rozpościerają się stąd zapierające dech w piersiach widoki na pobliskie szczyty. Niestety, można je oglądać tylko wówczas, gdy okolicy nie spowijają ciężkie chmury i gęsta mgła, co często się tutaj zdarza. Najlepiej wybrać się do parku o wczesnych godzinach porannych, ale nawet to nie daje gwarancji na natrafienie na sprzyjające warunki. Czasem warto jednak trochę poczekać na zmianę pogody, bo potrafi ona nastąpić niespodziewanie.

 

Miłośnicy mgieł powinni za to odwiedzić góry Knuckles (Knuckles Mountain Range). Ich niewielki obszar pokrywają lasy mgliste, w których ze względu na ciągłą kondensację pary wodnej mgły nie ustępują ani na chwilę. Zanim jednak dotrze się do tej tajemniczej krainy, podziwiać można piękno zielonych grzbietów skąpanych w południowym słońcu. W tym regionie znajdziemy również odosobnione domy zamieszkane przez ludzi trudniących się głównie uprawą ryżu i kardamonu.

 

KRÓLESTWO HERBATY

 

Tea Pluckers

Kobiety ciężko pracujące przy zbiorach herbaty to w większości Tamilki

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Chociaż na wyspie uprawia się wiele gatunków roślin, w tym zwłaszcza przyprawy takie jak cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon, powszechnie kojarzy się ona przede wszystkim z herbatą, która stała się niejako symbolem Sri Lanki. Trudno się temu dziwić, gdyż ten cejloński produkt doceniany jest od dawna, a sam kraj mimo niewielkiej powierzchni (65 610 km²) zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem wielkości zbiorów (po Chinach, Indiach i Kenii).

 

Więcej sadzonek herbaty trafiło na Sri Lankę dopiero w drugiej połowie XIX w. Sprowadzone zostały z indyjskiego stanu Asam przez Brytyjczyków po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą przez nich wcześniej na wyspie kawę. Sekret wysokiej jakości cejlońskiej herbaty tkwi nie tylko w doskonałych warunkach do jej uprawy. Przede wszystkim wpływa na nią sposób zbierania liści. Podczas gdy w wielu miejscach na świecie używa się do tego celu maszyn, na Sri Lance wciąż tę pracę wykonuje się ręcznie, co umożliwia dokładną selekcję. Dlatego do suszenia trafiają później najlepiej nadające się liście.

 

Jakość ta okupiona jest jednak ciężką pracą kobiet na plantacjach. Zbieraniem herbaty (i wcześniej kawy) trudniły się przede wszystkim Tamilki sprowadzone przez Brytyjczyków po tym, jak Syngalezki odmówiły wykonywania tego zadania. Mimo upływu lat i zmiany sytuacji politycznej nadal to właśnie one są najliczniejszymi pracownicami plantacji. Od bladego świtu krążą wśród równo przyciętych krzewów, żeby zebrać nawet do 20 kg liści w ciągu dnia! Kobiety zrywają jedynie te najmłodsze, jasnozielone listki wraz z nierozwiniętym pączkiem, rosnące na szczycie herbacianego krzewu. Wymaga to nie tylko wiedzy, ale i cierpliwości, a także manualnej sprawności.

 

Specjalnie wyselekcjonowane liście poddawane są procesom suszenia, rolowania i fermentacji. Dopiero tak przygotowany susz trafia na aukcje, na których zaopatrują się w niego światowi producenci. Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno herbatę czarną, jak i zieloną czy białą pozyskuje się z jednego typu herbacianego krzewu. Różni je jedynie to, co dzieje się z liśćmi po zerwaniu. W przypadku herbaty czarnej są one w pełni sfermentowane – najpierw więdną, potem zostają skręcone, ulegają fermentacji, a na koniec się je suszy. Liście herbaty zielonej poddaje się tylko minimalnemu utlenianiu, a później suszeniu i podgrzewaniu, co zapobiega rozpoczęciu się procesów fermentacyjnych, dzięki czemu produkt końcowy zachowuje zieloną barwę. Herbatę białą wytwarza się z nierozwiniętych młodych pączków pozostawianych do zwiędnięcia, a następnie suszonych.

 

Wzgórza pokryte przystrzyżonymi herbacianymi krzewami to jeden z najbardziej charakterystycznych, a także najpiękniejszych widoków na Cejlonie. Wspaniale prezentują się zarówno skąpane w południowym słońcu, jak i otulone poranną mgłą. Znajdują się m.in. w pobliżu miejscowości Nuwara Elija (Nuwara Eliya), Kandy, Haputale, Badulla, Bandarawela czy Dimbula, a podziwiać można je również z przebiegającej tu niezwykle widokowej trasy linii kolejowej. Przejażdżka pociągiem w tym malowniczym rejonie jest atrakcją, której podczas podróży po Sri Lance naprawdę nie wolno pominąć.

 

W trakcie wizyty na tutejszych plantacjach nie tylko nacieszymy oczy. Uświadomimy też sobie, jak długotrwały i pracochłonny proces przechodzi herbata, zanim trafi do naszych filiżanek w formie popularnego napoju.

 

Rajskie wybrzeże

 

Sun tanning at one of the many beautiful sandy beaches

Na Cejlonie jest mnóstwo słonecznych plaż idealnych na błogi wypoczynek

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Sri Lanka to wręcz wymarzone miejsce dla osób chcących odpocząć na słonecznym wybrzeżu. Wszak wyspę oblewają krystaliczne wody Oceanu Indyjskiego, a długa na 1340 km linia brzegowa usłana jest gęsto naturalnymi, skąpanymi w słońcu plażami. Pasy białego i złocistego piasku urozmaicają namorzynowe laguny, palmowe gaje, zaciszne zatoczki, urokliwe rybackie wioski i rafy koralowe. Lankijskie wybrzeże ma niejedno oblicze. Znajdują się na nim tętniące życiem kurorty, jak i miejsca niemal całkiem bezludne. Są tutaj plaże dla miłośników imprez i nocnego życia oraz takie dla osób lubiących czytać książki w hamaku. Luksusowe hotele zaspokajające oczekiwania bardzo wymagających klientów przeplatają się ze skromnymi domkami pozbawionymi cywilizacyjnych udogodnień. Odnajdą się tu turyści chcący aktywnie spędzić czas na surfowaniu czy nurkowaniu, a także ludzie szukający błogiego spokoju i ciszy, spragnieni obcowania z przyrodą. Warto zatem zrobić wcześniej rozeznanie, żeby wybrać plażę najbardziej odpowiadającą naszym wymaganiom.

 

Na południowo-zachodnim wybrzeżu można odwiedzić Galle. To założone na początku XVI stulecia przez Portugalczyków (w miejscu, gdzie istniał już port) i przebudowane później przez Holendrów miasto słynie z wąskich uliczek, kolonialnych willi, kilkusetletnich kościołów i fortu z XVII w. Jego centrum historyczne zostało wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako najlepszy przykład ufortyfikowanego ośrodka wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

 

Niedaleko brzegów oceanu położony jest również Park Narodowy Yala, w którym można spotkać wiele gatunków zwierząt takich jak słonie, bawoły indyjskie (wodne), krokodyle błotne i różańcowe czy lamparty w ich naturalnym środowisku. To zresztą nie jedyne takie miejsce na wyspie. W celu obserwowania lokalnej fauny warto wybrać się też do parków narodowych Udawalawe lub Wilpattu.

 

Powierzchnia Sri Lanki wynosi tyle, ile mniej więcej jedna piąta terytorium Polski. Na tak niewielkim obszarze znajdują się wspaniałe góry, piękne plaże, ciekawe skarby kultury i architektury buddyjskiej, a także parki narodowe pełne egzotycznych roślin i zwierząt. Wszystko to sprawia, że po pierwszej wizycie na wyspie odwiedzający ją czują niedosyt, który skłania ich do planowania powrotu do tego niesamowitego zielonego zakątka świata.