ANNA JANOWSKA

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Na południu kraju budzi podziw najwyższy wodospad świata – Salto Ángel. Na północy zachwycają wenezuelskie Malediwy, czyli rajski archipelag Los Roques, oraz karaibska wyspa Margarita. Poza tym znajdziemy tu jeszcze jedną z większych atrakcji atlantyckiego wybrzeża – gigantyczną deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao. Wenezuela jest wymarzonym miejscem na podróż pełną przygód zakończoną relaksem na karaibskiej plaży w ciepłych promieniach słońca – odwiedzenie tego południowoamerykańskiego państwa może stać się dla każdego wyprawą życia.

Wenezuelskie wyspy przyciągają co roku setki tysięcy turystów. Jedni przyjeżdżają tu, żeby nurkować wśród przepięknych raf koralowych, inni – by godzinami wylegiwać się na piaszczystych plażach. Jednak oprócz błogiego relaksu wśród rajskich krajobrazów Wenezuela oferuje także niezapomniane emocje. Wystarczy wybrać się na odkrywczą wyprawę po kontynentalnej części tego kraju. Wędrówka pośród olbrzymich płaskich szczytów gór stołowych (tepuyes), rejs łodzią przez kręte meandry jednej z wielkich rzek Ameryki Południowej czy połów drapieżnych piranii – to tylko niektóre z czekających na nas tutaj atrakcji.

 

O tym, jak dziewicza i bezcenna jest wenezuelska przyroda, może świadczyć znaczna liczba parków narodowych znajdujących się na terenie kraju (aż 43!). Do powstania pierwszego z nich, założonego w 1937 r., przyczynił się szwajcarski geograf, biolog i botanik Henri Pittier (1857–1950). Poza tym szczególnie warte uwagi są m.in. Park Narodowy Archipelag Los Roques, obejmujący zespół wysp na Morzu Karaibskim, Park Narodowy Laguna de La Restinga na Margaricie, Park Narodowy Canaima z wodospadem Salto Ángel czy Park Narodowy Delta Orinoko (Mariusa).

 

Wielkie ptaki z Los Roques

Pelikany podrywają się nagle z powierzchni morza. Wzlatują w niebo i niczym eskadra małych myśliwców zataczają ostry łuk. Zastygają na mgnienie oka, po czym pikują z niesamowitą prędkością. Na moment znikają pod wodą, aby wynurzyć się z rybą w pokaźnym dziobie. Gdy tylko połkną swoją zdobycz, od nowa zaczynają polowanie. Nie mogę oderwać wzroku od tego spektaklu zaczarowana niesamowitą kombinacją pokraczności i gracji tych ptaków.

Archipelag Los Roques na Morzu Karaibskim, składający się z ponad 300 wysepek, stanowi królestwo pelikanów i nie bez powodu nazywany jest „wenezuelskimi Malediwami”. Biały piasek, lazurowa woda i widoczne pod jej powierzchnią okoliczne rafy koralowe tworzą prawdziwie pocztówkowe kadry.

Najlepszym sposobem na poznanie Los Roques jest rejs katamaranem. Dwukadłubowy jacht wypływa rano z przystani na Gran Roque – największej wyspie całego archipelagu, który w większości pozostaje niezamieszkany. Żyją tu kraby i pelikany, w okolicznych wodach spotkamy liczne ławice kolorowych ryb. Na cudownie białe plaże morze wyrzuca muszelki i fragmenty koralowców. Aby zachować niezwykłe piękno miejscowych krajobrazów, w 1972 r. utworzono tu Park Narodowy Archipelag Los Roques (Parque Nacional Archipiélago de Los Roques). Dzięki temu objęto ochroną koralowce, niezliczone gatunki ryb, żółwie morskie, a także fregaty, rybitwy, czaple czy pelikany.

 

Wszystkie oblicza Margarity

                                                                                                              FOT. MAGAZYN ALLINCLUSIVE

Pod względem urody plaż z Los Roques konkuruje Margarita – największa i najpopularniejsza wśród turystów wyspa Wenezueli. Słynąca z pereł większych niż wiśnie i lśniących mocniej niż księżyc kusi swoim tropikalnym urokiem. We wschodniej części wyspy, nad pięknymi plażami, znajdują się liczne kompleksy hotelowe. Natomiast na zachodzie leży półwysep Macanao (Península de Macanao), który krajobrazem przypomina bardziej pustynię niż Karaiby. Miejscowi żartują nawet, że więcej tu kaktusów niż w całym Meksyku. To doskonałe miejsce na rajd jeepem po bezdrożach (tzw. jeep safari).  

Granicę pomiędzy tymi dwiema częściami Margarity stanowi niesamowity labirynt lasu namorzynowego, który porasta malowniczą lagunę i jej setki kanałów. Na tym dziewiczym terenie utworzono w 1974 r. Park Narodowy Laguna de La Restinga (Parque Nacional Laguna de La Restinga). Wśród splątanych korzeni drzew, które umieją przetrwać zalewane przypływami słonej wody, można wypatrzyć czerwone rozgwiazdy. Na gałęziach leniwie drzemią pelikany i czaple. Granicą laguny od strony morza jest piękna, ciągnąca się przez prawie 27 km plaża La Restinga (Playa La Restinga).

 

W drodze nad cud natury

Jednak Wenezuela to nie tylko piękne i rozległe plaże. Warto zejść z leżaka na Los Roques czy Margaricie i ruszyć na wyprawę na kontynent. Na południu kraju, niedaleko granicy z Brazylią, kusi ukryty w dżungli najwyższy wodospad świata – Salto Ángel. Ma 979 metrów wysokości i jest aż 19 razy wyższy niż słynny wodospad Niagara. Wystarczy sobie wyobrazić trzy wieże Eiffla ustawione jedna na drugiej – taki jest ogromny!

Jako jeden z pierwszych, poza odwiecznymi mieszkańcami tych ziem, Indianami Pemon, zobaczył go w latach 30. XX w. amerykański pilot James Crawford Angel, zwany „Jimmie” (1899–1956). Natknął się na wodospad przypadkiem, podczas lotu nad Wielką Sawanną (La Gran Sabana), położoną w południowo-wschodnim rejonie Wenezueli. Ten ciągnący się kilometrami płaskowyż usiany jest masywnymi szczytami gór stołowych, które Indianie Pemon nazywają tepuyes. Właśnie z jednej z nich, zwanej Auyantepui (czyli „Góra Diabła”), spływa Salto Ángel. Jej zbocza są niemal pionowe, a płaski stół ściętego czubka liczy aż 700 km2. Podczas jednej ze swoich wypraw, w 1937 r., obsesyjnie poszukujący złota Jimmie Angel wylądował jednopłatowcem Flamingo na szczycie Auyantepui. Ryzykowny manewr zakończył się sukcesem. Niestety, jedno z kół utknęło w skalnej rozpadlinie, unieruchamiając samolot. Ekipa podróżników aż przez 11 dni schodziła z „Góry Diabła” i przedzierała się przez dżunglę do najbliższej ludzkiej osady w dolinie Kamarata.

Aby dostać się do wodospadu, który po śmierci Jimmiego Angela został nazwany jego nazwiskiem, wyruszamy z Waku Lodge. Ten luksusowy ośrodek leży tuż nad malowniczą Laguną de Canaima, do której z hukiem wpadają szerokie kaskady wodospadów. Jeden z nich Salto del Sapo, czyli Wodospad Ropuchy, posłużył za spektakularną scenerię w filmie Ostatni Mohikanin. Niesamowitą atrakcją jest przeprawa ścieżką ukrytą za huczącymi kaskadami – po śliskich kamieniach, za spadającymi tuż koło głowy z ogromną siłą hektolitrami wody.

 

Król wodospadów

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Po chrzcie bojowym w Salto del Sapo wyruszam na wyprawę ku Salto Ángel. Można się do niego dostać, przedzierając się przez dżunglę albo płynąc rzeką. O chłodnym świcie wsiadam na długą, wąską łódź, żeby udać się w górę rzeki Churún. Przede mną 3–4 godziny rejsu pośród dziewiczej dżungli. Przez większość drogi po prawej stronie będzie mi towarzyszył majestatyczny szczyt Auyantepui. Raz na jakiś czas spowijają go chmury, by po chwili odsłonić „Górę Diabła” w pełnej krasie. Przez ostatnie kilka dni padało, więc poziom wody w rzece jest wysoki. Wśród skał tepuyes wypatruję tryskających stróżek małych wodospadów. Największy z nich znajduje się jednak dopiero przede mną. O tym, że cel mojej wyprawy jest bliski, świadczy zwężające się coraz bardziej koryto rzeki. Przez krystalicznie czystą wodę obserwuję najeżone kamieniami dno. Sternik i jego uzbrojony w wiosło pomocnik sprawnie je omijają. Widać, że znają Churún na pamięć.

W końcu, po niemal czterech godzinach rejsu, zza zakrętu rzeki wyłania się Salto Ángel. Tryska ze skały pełen wody po deszczach, a jego widok wręcz hipnotyzuje. Aby dostać się bliżej, trzeba porzucić wygodną łódź i ruszyć przez dżunglę pieszo. Na ścieżce jest pełno kamieni, splątanych korzeni i błota, a droga prowadzi ostro pod górę. Po pół godzinie marszu nadal nie widać końca naszej wyprawy. W końcu docieram zasapana do punktu widokowego, wdrapuję się na masywny głaz i Salto Ángel pojawia się w pełnej krasie. Za plecami mam dolinę rzeki, którą przypłynęłam, i zamykającą ją sąsiednią, bliźniaczą górę stołową (tepuy).

Ścieżka prowadzi na zieloną polanę. Za nią wznosi się wysoka na 979 metrów skała, z której spływa wodospad. Czeka nas ostatnie podejście – choć wygląda niewinnie, może być niebezpieczne ze względu na zamaskowane bujną zielenią dziury i ostre kamienie. Na twarzy czuję już kropelki wody, a w uszach słyszę głośny szum najwyższego wodospadu świata. Nagrodą za trud wspinaczki jest przyjemnie chłodząca, lodowata kąpiel w jednym z naturalnych basenów, które uformował spływający z Salto Ángel potok.

Powoli zapada zmierzch. Noc spędzamy na hamakach rozwieszonych w obozowisku nad rzeką. Nie jest to – oczywiście – hotelowe łóżko, ale śpi się całkiem wygodnie… Od nocnych intruzów oddziela mnie moskitiera. Zmęczona szybko usypiam po dniu pełnym niezwykłych wrażeń.

 

Orinoko, czyli wizyta u Indian Warao

Podobnego noclegu na łonie dziewiczej natury, ale już w dużo bardziej komfortowych warunkach, można doświadczyć nad Orinoko. Orinoco Delta Lodge w rejonie Tucupity leży na samym brzegu tej największej rzeki Wenezueli. Domki wzniesione na palach mają drewniany szkielet, dach kryty liśćmi palmy, a zamiast ścian… solidne siatki moskitier. Dzięki temu, będąc w łóżku, można nie tylko wsłuchiwać się w rechot żab, ale i wpatrywać się w płynącą tuż obok potężną rzekę i obserwować toczące się na niej życie. Szczególnie fascynujący jest widok pływających hiacyntów. Gdy do rozłożystej delty Orinoko wdziera się przypływ, płyną one pchane przeciwnym prądem w głąb lądu. Kilka godzin później, podczas odpływu, hiacynty wracają w kierunku oceanu.

Orinoko przepływa ponad 2100 km zanim w końcu, zasilana aż 530 dopływami, wpada do Atlantyku. Tu spotyka niezmiernie silny prąd zatokowy, który przez wieki, wpychając jej wody z powrotem w stronę lądu, sprawił, że utworzyły się w tym miejscu miliony wysepek. Obliczono, że co roku z osadów niesionych przez Orinoko powstają 44 km2 nowego lądu. W tych ogromnych rozlewiskach, poprzetykanych kanałami, starorzeczami i licznymi wąskimi odnogami wielkiej rzeki, żyją Indianie Warao. Ci doskonali konstruktorzy miejscowego typu kanoe (canoa), zwani „ludem łodzi”, znają te tereny jak nikt inny i potrafili znakomicie przystosować się do życia w tak trudnych warunkach. Podczas naszej wyprawy, nie zważając na tnące wściekle komary, pokażą nam, jak odnaleźć lianę, z której można napić się wody, czy jak wyciąć niezmiernie smaczne i pożywne palmito (tzw. serce palmy). Warto też zajrzeć do jednego z domów na palach (palafitos), w których żyją indiańskie rodziny. Kobiety sprzedają tu rękodzieło własnej produkcji: proste rzeźby z niezwykle lekkiego drewna balsy (ogorzałki wełnistej), plecione koszyki, bransoletki czy torby z włókien palmy moriche. To też doskonała okazja, żeby choć przez chwilę przyjrzeć się, jak żyją mieszkańcy delty Orinoko.

 

Z wędką wśród piranii

Ukoronowanie mojej wyprawy do Wenezueli stanowi łowienie piranii. Nasza łódź zatrzymuje się na płyciźnie przy brzegu. Nabijamy mięsną przynętę na haczyk, ale nic się nie dzieje… W pamięci mam sceny z filmów, w których te drapieżne ryby pojawiają się natychmiast, gdy wyczują kawałek mięsa. Okazuje się jednak, że trzeba je zanęcić w inny sposób. Zwabiają je hałasy imitujące szamotanie się ofiary w rzece. Bez opamiętania chłoszczemy wędziskami powierzchnię wody, póki nie zauważamy odgryzionej przynęty. Jednak złowić piranie wcale nie jest łatwo – tylko jedna sztuka łapie się na haczyk przewodnika. Wyłowiona z wody wygląda niepozornie. Mniejszą niż dłoń rybkę pokrywa szara, błyszcząca łuska. Jednak w otwartych szczękach straszą ostre jak igiełki zęby. Przychodzi mi na myśl książka polskiego pisarza i podróżnika Arkadego Fiedlera Orinoko, którą zabrałam na wyprawę.

Teraz jestem już przekonana, że w Wenezueli można przeżyć przygodę jak z powieści w otoczeniu oszałamiającej swym pięknem natury. Po emocjonujących przygodach na kontynencie warto usiąść nad basenem na uroczej wyspie Margarita, aby pijąc orzeźwiającego karaibskiego drinka, wspominać przeprawę przez leśne ostępy lub rejs łodzią w górę rzeki ku najwyższemu wodospadowi świata.  


 

Artykuły wybrane losowo

Indie – szlakiem pałaców, plaż i ajurwedy

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Podróż zachodnim wybrzeżem Indii to wyprawa przez usiane pałacami pustynie Radżastanu i rajskie plaże Goa, dawnej kolonii portugalskiej, aż po pełną przypraw i dzikiej przyrody Keralę – ojczyznę ajurwedy, prastarej medycyny hinduskiej.

 

Hanwant Singh (1923–1952), maharadża Dźodhpuru (Jodhpuru), wyciągnął pistolet kalibru 22 i wymierzył w indyjskiego urzędnika. – Odmawiam przyjęcia twojego dyktatu! – młody, rozpuszczony, gnuśny i obrzydliwie bogaty władca, którego ulubioną rozrywką były gra w polo, polowania na stepówki i sztuczki magiczne, właśnie zdał sobie sprawę, że oddał władzę nad swoim królestwem. W 1947 r. Singh podpisał akces pustynnego Dźodhpuru do Unii Indyjskiej (przekształconej w 1950 r. w obecną Republikę Indii) – w ten sposób jego ziemie stały się częścią dzisiejszego stanu Radżastan. Co prawda maharadża mógł zachować swój bajeczny majątek, jeździć limuzynami o czerwonych, królewskich tablicach rejestracyjnych, ale upokarzający sposób zawarcia traktatu obudził w nim ducha przodków – wojowniczych i dumnych Radźputów.

Więcej…

12 najlepszych miejsc na wyjazdy rowerowe w Polsce i Europie

opracował:
JAKUB WASIAK

<< Moda na aktywny wypoczynek nadal ma się świetnie wśród Polaków. Szczególnie niektóre sposoby takiego spędzania wolnego czasu zyskały sobie dużą popularność w naszym kraju. Gdy nadchodzi wiosna, z garażów i piwnic wyciągamy jeden z ulubionych środków transportu na całym świecie – tani w eksploatacji, w pełni ekologiczny i łatwy do przewożenia rower. Nic tak nie poprawia samopoczucia po mroźnej zimie i jednocześnie nie wzmacnia kondycji fizycznej jak wycieczka jednośladem wśród przepięknych polskich i europejskich krajobrazów. >>

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.