ANNA JANOWSKA

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Na południu kraju budzi podziw najwyższy wodospad świata – Salto Ángel. Na północy zachwycają wenezuelskie Malediwy, czyli rajski archipelag Los Roques, oraz karaibska wyspa Margarita. Poza tym znajdziemy tu jeszcze jedną z większych atrakcji atlantyckiego wybrzeża – gigantyczną deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao. Wenezuela jest wymarzonym miejscem na podróż pełną przygód zakończoną relaksem na karaibskiej plaży w ciepłych promieniach słońca – odwiedzenie tego południowoamerykańskiego państwa może stać się dla każdego wyprawą życia.

Wenezuelskie wyspy przyciągają co roku setki tysięcy turystów. Jedni przyjeżdżają tu, żeby nurkować wśród przepięknych raf koralowych, inni – by godzinami wylegiwać się na piaszczystych plażach. Jednak oprócz błogiego relaksu wśród rajskich krajobrazów Wenezuela oferuje także niezapomniane emocje. Wystarczy wybrać się na odkrywczą wyprawę po kontynentalnej części tego kraju. Wędrówka pośród olbrzymich płaskich szczytów gór stołowych (tepuyes), rejs łodzią przez kręte meandry jednej z wielkich rzek Ameryki Południowej czy połów drapieżnych piranii – to tylko niektóre z czekających na nas tutaj atrakcji.

 

O tym, jak dziewicza i bezcenna jest wenezuelska przyroda, może świadczyć znaczna liczba parków narodowych znajdujących się na terenie kraju (aż 43!). Do powstania pierwszego z nich, założonego w 1937 r., przyczynił się szwajcarski geograf, biolog i botanik Henri Pittier (1857–1950). Poza tym szczególnie warte uwagi są m.in. Park Narodowy Archipelag Los Roques, obejmujący zespół wysp na Morzu Karaibskim, Park Narodowy Laguna de La Restinga na Margaricie, Park Narodowy Canaima z wodospadem Salto Ángel czy Park Narodowy Delta Orinoko (Mariusa).

 

Wielkie ptaki z Los Roques

Pelikany podrywają się nagle z powierzchni morza. Wzlatują w niebo i niczym eskadra małych myśliwców zataczają ostry łuk. Zastygają na mgnienie oka, po czym pikują z niesamowitą prędkością. Na moment znikają pod wodą, aby wynurzyć się z rybą w pokaźnym dziobie. Gdy tylko połkną swoją zdobycz, od nowa zaczynają polowanie. Nie mogę oderwać wzroku od tego spektaklu zaczarowana niesamowitą kombinacją pokraczności i gracji tych ptaków.

Archipelag Los Roques na Morzu Karaibskim, składający się z ponad 300 wysepek, stanowi królestwo pelikanów i nie bez powodu nazywany jest „wenezuelskimi Malediwami”. Biały piasek, lazurowa woda i widoczne pod jej powierzchnią okoliczne rafy koralowe tworzą prawdziwie pocztówkowe kadry.

Najlepszym sposobem na poznanie Los Roques jest rejs katamaranem. Dwukadłubowy jacht wypływa rano z przystani na Gran Roque – największej wyspie całego archipelagu, który w większości pozostaje niezamieszkany. Żyją tu kraby i pelikany, w okolicznych wodach spotkamy liczne ławice kolorowych ryb. Na cudownie białe plaże morze wyrzuca muszelki i fragmenty koralowców. Aby zachować niezwykłe piękno miejscowych krajobrazów, w 1972 r. utworzono tu Park Narodowy Archipelag Los Roques (Parque Nacional Archipiélago de Los Roques). Dzięki temu objęto ochroną koralowce, niezliczone gatunki ryb, żółwie morskie, a także fregaty, rybitwy, czaple czy pelikany.

 

Wszystkie oblicza Margarity

                                                                                                              FOT. MAGAZYN ALLINCLUSIVE

Pod względem urody plaż z Los Roques konkuruje Margarita – największa i najpopularniejsza wśród turystów wyspa Wenezueli. Słynąca z pereł większych niż wiśnie i lśniących mocniej niż księżyc kusi swoim tropikalnym urokiem. We wschodniej części wyspy, nad pięknymi plażami, znajdują się liczne kompleksy hotelowe. Natomiast na zachodzie leży półwysep Macanao (Península de Macanao), który krajobrazem przypomina bardziej pustynię niż Karaiby. Miejscowi żartują nawet, że więcej tu kaktusów niż w całym Meksyku. To doskonałe miejsce na rajd jeepem po bezdrożach (tzw. jeep safari).  

Granicę pomiędzy tymi dwiema częściami Margarity stanowi niesamowity labirynt lasu namorzynowego, który porasta malowniczą lagunę i jej setki kanałów. Na tym dziewiczym terenie utworzono w 1974 r. Park Narodowy Laguna de La Restinga (Parque Nacional Laguna de La Restinga). Wśród splątanych korzeni drzew, które umieją przetrwać zalewane przypływami słonej wody, można wypatrzyć czerwone rozgwiazdy. Na gałęziach leniwie drzemią pelikany i czaple. Granicą laguny od strony morza jest piękna, ciągnąca się przez prawie 27 km plaża La Restinga (Playa La Restinga).

 

W drodze nad cud natury

Jednak Wenezuela to nie tylko piękne i rozległe plaże. Warto zejść z leżaka na Los Roques czy Margaricie i ruszyć na wyprawę na kontynent. Na południu kraju, niedaleko granicy z Brazylią, kusi ukryty w dżungli najwyższy wodospad świata – Salto Ángel. Ma 979 metrów wysokości i jest aż 19 razy wyższy niż słynny wodospad Niagara. Wystarczy sobie wyobrazić trzy wieże Eiffla ustawione jedna na drugiej – taki jest ogromny!

Jako jeden z pierwszych, poza odwiecznymi mieszkańcami tych ziem, Indianami Pemon, zobaczył go w latach 30. XX w. amerykański pilot James Crawford Angel, zwany „Jimmie” (1899–1956). Natknął się na wodospad przypadkiem, podczas lotu nad Wielką Sawanną (La Gran Sabana), położoną w południowo-wschodnim rejonie Wenezueli. Ten ciągnący się kilometrami płaskowyż usiany jest masywnymi szczytami gór stołowych, które Indianie Pemon nazywają tepuyes. Właśnie z jednej z nich, zwanej Auyantepui (czyli „Góra Diabła”), spływa Salto Ángel. Jej zbocza są niemal pionowe, a płaski stół ściętego czubka liczy aż 700 km2. Podczas jednej ze swoich wypraw, w 1937 r., obsesyjnie poszukujący złota Jimmie Angel wylądował jednopłatowcem Flamingo na szczycie Auyantepui. Ryzykowny manewr zakończył się sukcesem. Niestety, jedno z kół utknęło w skalnej rozpadlinie, unieruchamiając samolot. Ekipa podróżników aż przez 11 dni schodziła z „Góry Diabła” i przedzierała się przez dżunglę do najbliższej ludzkiej osady w dolinie Kamarata.

Aby dostać się do wodospadu, który po śmierci Jimmiego Angela został nazwany jego nazwiskiem, wyruszamy z Waku Lodge. Ten luksusowy ośrodek leży tuż nad malowniczą Laguną de Canaima, do której z hukiem wpadają szerokie kaskady wodospadów. Jeden z nich Salto del Sapo, czyli Wodospad Ropuchy, posłużył za spektakularną scenerię w filmie Ostatni Mohikanin. Niesamowitą atrakcją jest przeprawa ścieżką ukrytą za huczącymi kaskadami – po śliskich kamieniach, za spadającymi tuż koło głowy z ogromną siłą hektolitrami wody.

 

Król wodospadów

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Po chrzcie bojowym w Salto del Sapo wyruszam na wyprawę ku Salto Ángel. Można się do niego dostać, przedzierając się przez dżunglę albo płynąc rzeką. O chłodnym świcie wsiadam na długą, wąską łódź, żeby udać się w górę rzeki Churún. Przede mną 3–4 godziny rejsu pośród dziewiczej dżungli. Przez większość drogi po prawej stronie będzie mi towarzyszył majestatyczny szczyt Auyantepui. Raz na jakiś czas spowijają go chmury, by po chwili odsłonić „Górę Diabła” w pełnej krasie. Przez ostatnie kilka dni padało, więc poziom wody w rzece jest wysoki. Wśród skał tepuyes wypatruję tryskających stróżek małych wodospadów. Największy z nich znajduje się jednak dopiero przede mną. O tym, że cel mojej wyprawy jest bliski, świadczy zwężające się coraz bardziej koryto rzeki. Przez krystalicznie czystą wodę obserwuję najeżone kamieniami dno. Sternik i jego uzbrojony w wiosło pomocnik sprawnie je omijają. Widać, że znają Churún na pamięć.

W końcu, po niemal czterech godzinach rejsu, zza zakrętu rzeki wyłania się Salto Ángel. Tryska ze skały pełen wody po deszczach, a jego widok wręcz hipnotyzuje. Aby dostać się bliżej, trzeba porzucić wygodną łódź i ruszyć przez dżunglę pieszo. Na ścieżce jest pełno kamieni, splątanych korzeni i błota, a droga prowadzi ostro pod górę. Po pół godzinie marszu nadal nie widać końca naszej wyprawy. W końcu docieram zasapana do punktu widokowego, wdrapuję się na masywny głaz i Salto Ángel pojawia się w pełnej krasie. Za plecami mam dolinę rzeki, którą przypłynęłam, i zamykającą ją sąsiednią, bliźniaczą górę stołową (tepuy).

Ścieżka prowadzi na zieloną polanę. Za nią wznosi się wysoka na 979 metrów skała, z której spływa wodospad. Czeka nas ostatnie podejście – choć wygląda niewinnie, może być niebezpieczne ze względu na zamaskowane bujną zielenią dziury i ostre kamienie. Na twarzy czuję już kropelki wody, a w uszach słyszę głośny szum najwyższego wodospadu świata. Nagrodą za trud wspinaczki jest przyjemnie chłodząca, lodowata kąpiel w jednym z naturalnych basenów, które uformował spływający z Salto Ángel potok.

Powoli zapada zmierzch. Noc spędzamy na hamakach rozwieszonych w obozowisku nad rzeką. Nie jest to – oczywiście – hotelowe łóżko, ale śpi się całkiem wygodnie… Od nocnych intruzów oddziela mnie moskitiera. Zmęczona szybko usypiam po dniu pełnym niezwykłych wrażeń.

 

Orinoko, czyli wizyta u Indian Warao

Podobnego noclegu na łonie dziewiczej natury, ale już w dużo bardziej komfortowych warunkach, można doświadczyć nad Orinoko. Orinoco Delta Lodge w rejonie Tucupity leży na samym brzegu tej największej rzeki Wenezueli. Domki wzniesione na palach mają drewniany szkielet, dach kryty liśćmi palmy, a zamiast ścian… solidne siatki moskitier. Dzięki temu, będąc w łóżku, można nie tylko wsłuchiwać się w rechot żab, ale i wpatrywać się w płynącą tuż obok potężną rzekę i obserwować toczące się na niej życie. Szczególnie fascynujący jest widok pływających hiacyntów. Gdy do rozłożystej delty Orinoko wdziera się przypływ, płyną one pchane przeciwnym prądem w głąb lądu. Kilka godzin później, podczas odpływu, hiacynty wracają w kierunku oceanu.

Orinoko przepływa ponad 2100 km zanim w końcu, zasilana aż 530 dopływami, wpada do Atlantyku. Tu spotyka niezmiernie silny prąd zatokowy, który przez wieki, wpychając jej wody z powrotem w stronę lądu, sprawił, że utworzyły się w tym miejscu miliony wysepek. Obliczono, że co roku z osadów niesionych przez Orinoko powstają 44 km2 nowego lądu. W tych ogromnych rozlewiskach, poprzetykanych kanałami, starorzeczami i licznymi wąskimi odnogami wielkiej rzeki, żyją Indianie Warao. Ci doskonali konstruktorzy miejscowego typu kanoe (canoa), zwani „ludem łodzi”, znają te tereny jak nikt inny i potrafili znakomicie przystosować się do życia w tak trudnych warunkach. Podczas naszej wyprawy, nie zważając na tnące wściekle komary, pokażą nam, jak odnaleźć lianę, z której można napić się wody, czy jak wyciąć niezmiernie smaczne i pożywne palmito (tzw. serce palmy). Warto też zajrzeć do jednego z domów na palach (palafitos), w których żyją indiańskie rodziny. Kobiety sprzedają tu rękodzieło własnej produkcji: proste rzeźby z niezwykle lekkiego drewna balsy (ogorzałki wełnistej), plecione koszyki, bransoletki czy torby z włókien palmy moriche. To też doskonała okazja, żeby choć przez chwilę przyjrzeć się, jak żyją mieszkańcy delty Orinoko.

 

Z wędką wśród piranii

Ukoronowanie mojej wyprawy do Wenezueli stanowi łowienie piranii. Nasza łódź zatrzymuje się na płyciźnie przy brzegu. Nabijamy mięsną przynętę na haczyk, ale nic się nie dzieje… W pamięci mam sceny z filmów, w których te drapieżne ryby pojawiają się natychmiast, gdy wyczują kawałek mięsa. Okazuje się jednak, że trzeba je zanęcić w inny sposób. Zwabiają je hałasy imitujące szamotanie się ofiary w rzece. Bez opamiętania chłoszczemy wędziskami powierzchnię wody, póki nie zauważamy odgryzionej przynęty. Jednak złowić piranie wcale nie jest łatwo – tylko jedna sztuka łapie się na haczyk przewodnika. Wyłowiona z wody wygląda niepozornie. Mniejszą niż dłoń rybkę pokrywa szara, błyszcząca łuska. Jednak w otwartych szczękach straszą ostre jak igiełki zęby. Przychodzi mi na myśl książka polskiego pisarza i podróżnika Arkadego Fiedlera Orinoko, którą zabrałam na wyprawę.

Teraz jestem już przekonana, że w Wenezueli można przeżyć przygodę jak z powieści w otoczeniu oszałamiającej swym pięknem natury. Po emocjonujących przygodach na kontynencie warto usiąść nad basenem na uroczej wyspie Margarita, aby pijąc orzeźwiającego karaibskiego drinka, wspominać przeprawę przez leśne ostępy lub rejs łodzią w górę rzeki ku najwyższemu wodospadowi świata.  


 

Artykuły wybrane losowo

Cabo Verde – wyspiarskie oblicze Afryki

ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

Więcej…

Kalejdoskop dominikański

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

Republika Dominikańska jest radosnym, roztańczonym, zwariowanym, nieprawdopodobnie osobliwym krajem, który ponoć oferuje przyjezdnym wszystko. Przynajmniej tak przekonują kampanie promocyjne tutejszego Ministerstwa Turystyki. Nie ma w tym zbytniej przesady. Na próżno takiej różnorodności, jaką charakteryzuje się Dominikana, szukać w innych zakątkach Karaibów. Do tego oddalonego od Polski o kilka tysięcy kilometrów miejsca, do którego pod koniec XV w. uczestnicy wyprawy Krzysztofa Kolumba popłynęli statkami „Santa María”, „Niña” („Santa Clara”) i „Pinta”, docieramy dziś samolotem. Niesamowita ziemia zauroczyła wówczas słynnego odkrywcę i żeglarza, co odnotował w swoim dzienniku. Nas również z pewnością zachwyci ta wyjątkowa kraina.

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)