PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Weterani wspominali później, że program firmowany charakterystycznym zawołaniem pomógł im przetrwać piekło Wietnamu. – Ludzie gratulują mi wymyślenia powitania, ale tak naprawdę przeciągane „dzień doooobry" dawało mi czas na znalezienie słuchawek, depesz i płyt, kiedy spóźniony i zaspany wpadałem do studia – śmieje się Cronauer. Na oryginalnych nagraniach stacji można usłyszeć ponad dwudziestosekundowe powitanie prowadzącego.

FOT. VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM

Świat usłyszał historię didżeja dzięki filmowi Good morning, Vietnam z 1987 r., w którym główną rolę zagrał Robin Williams. Popularna komedia miała jednak gorzki wydźwięk i krytykowała wojnę. W jednej ze scen, kiedy Adrian Cronauer puszcza w radiu utwór Louisa Armstronga What a Wonderful World (Jaki cudowny świat), oglądamy wioskę, na którą spada napalm, akty przemocy, protesty, aresztowania, rozstrzeliwanie jeńców. Kinowy przebój Good morning, Vietnam nie jest jednak wiernym odzwierciedleniem biografii wojskowego didżeja, ani nie wyraża jego poglądów. – Każdy, kto był w armii, powie wam, że gdybym robił połowę tego, co w filmie, wciąż przebywałbym w Leavenworth (więzienie wojskowe o ścisłym rygorze w USA). Adrian Cronauer tak naprawdę nigdy nie krytykował wojny, a wyjście wojsk amerykańskich z Wietnamu uważał za błąd. 

 

Wojna to nie film

Przed wojną wietnamską, w którą wmieszały się rywalizujące ze sobą ZSRR i USA, Wietnamczycy wystąpili zbrojnie przeciwko francuskim okupantom. Walki o niepodległość wybuchły w 1945 r., a zakończyły się dziewięć lat później. Porozumienie pokojowe podzieliło kraj wzdłuż 17. równoleżnika na północ kontrolowaną przez zwolenników komunizmu i prozachodnie południe. Taki manewr przeprowadzono wcześniej z powodzeniem w Korei, jednak wypadki w Indochinach potoczyły się zupełnie inaczej…  

            Dwudziestoletni konflikt na Półwyspie Indochińskim (1955–1975) nie tylko zmienił USA, ale przede wszystkim wyniszczył Wietnam i kraje ościenne. Szacuje się, że podczas niego zginęło od 2 do 4 milionów Wietnamczyków, Laotańczyków i Khmerów. Do władzy w Wietnamie doszli komuniści na czele z „Tym, Który Niesie Światło", czyli Ho Chi Minhem (1890–1969).   Socjalistyczna Republika Wietnamu, powstała w 1976 r. z połączenia Wietnamu Północnego i Południowego, popełniała jednak te same błędy, co państwa, które przyjęły tę samą ideologię. Kolektywizacja wsi doprowadziła do fali głodu i trzycyfrowej inflacji. Miliony zdesperowanych ludzi uciekały na chybotliwych rybackich łodziach z kraju. Dopiero reformy zapoczątkowane w 1986 r. – Doi Moi, czyli „Odnowa" – i wprowadzenie elementów wolnego rynku doprowadziły do poprawy sytuacji ekonomicznej. Wietnam jest dziś jednym z najszybciej rozwijających się państw globu. Coraz większego znaczenia w jego gospodarce nabiera też turystyka.

 

Antyczna cywilizacja

Historia Wietnamu biegnie równolegle do dziejów najstarszych cywilizacji świata. Uparci i sprytni Wietnamczycy musieli wielokrotnie walczyć zaciekle o swój kraj z obcymi siłami. Żyzna delta Rzeki Czerwonej była najeżdżana przez ludy chińskie z północy, aż w końcu znalazła się pod panowaniem Chin na prawie jedenaście stuleci.  

 FOT. VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM  

         Wietnamczycy odzyskali niepodległość dzięki bitwie na rzece Bach Dang w 938 r., a dokładnie dzięki wrodzonemu sprytowi, który stał się ich cechą narodową. Otóż generał Ngo Quyen (897–944) nakazał wbić zaostrzone pale w dno rzeki, ale tak, żeby nie były widoczne dla wroga. Jednocześnie naprzeciw potężnej chińskiej floty wysłał lekkie łódki, które miały zwabić Chińczyków w zasadzkę. Plan się udał i połowa nieprzyjacielskiej armii utonęła.

            Również podczas wojny wietnamskiej miejscowym nie zabrakło sprytu. Za jedno z ich największych osiągnięć uważa się tzw. Szlak Ho Chi Minha, a także tunele cywilne i wojskowe, odpowiednio Vinh Moc i Cu Chi. Szlak był skomplikowaną siecią tajnych dróg i ścieżek, którymi transportowano zaopatrzenie z północy na południe, omijając strefę zdemilitaryzowaną. Zadanie zdawało się z pozoru niewykonalne… Praktycznie niezamieszkany region, przez który przebiegały trasy komunikacyjne, osiąga wysokość nawet 2700 m n.p.m. i pokryty jest nieprzebraną, gęstą, najdzikszą w Azji Południowo-Wschodniej dżunglą. Mimo tych wszystkich trudności, pod koniec wojny po ukrytych, zakamuflowanych szosach wysypanych kruszywem kursowały regularne transporty ciężarówek. Amerykanie urządzali naloty na szlak (w samym tylko 1969 r. spadło na niego 433 tys. ton bomb), ale byli bezradni. Straty Wietnamczyków nie przekraczały 4 proc. transportów.

            Ze Szlaku Ho Chi Minha niewiele już pozostało. Większość ścieżek pochłonęła dżungla, a większe drogi zostały wyasfaltowane. Dużą atrakcją turystyczną są jednak tunele wojskowe Cu Chi. Położone ok. 70 km na północ od Sajgonu (obecnie miasto Ho Chi Minh) miały aż ponad 200 km długości. Do dzisiaj zachowało się mniej więcej 120 km systemu podziemnych przejść, sypialni, kuchni, spiżarni, szpitali i magazynów broni. To właśnie stąd rozpoczęła się w 1968 r. słynna Ofensywa Tet. Tunele nie stanowiły jednak przyjaznego miejsca – pełno w nich było pająków, skorpionów i węży. Oczywiście, obecnie turystom udostępniono bezpieczne fragmenty Cu Chi, które często zostały specjalnie oświetlone i poszerzone. Mniej ciekawy wydaje się Vinh Moc, czyli kompleks cywilnych tuneli zbudowany przy granicy z ówczesnym Wietnamem Południowym. Służył on jako schronienie przed amerykańskim lotnictwem, które stosowało w północnej części kraju niszczycielskie naloty dywanowe. 

  

TANIO, SMACZNIE I ZDROWO

Kuchnię wietnamską uważa się słusznie za jedną z najzdrowszych na świecie. Niczym nie przypomina ona popularnych „chińczyków" – knajp prowadzonych w Polsce przez Wietnamczyków i udających kuchnię chińską lub wietnamską. Wykorzystuje się w niej dużo ryb, soi, wiele przypraw i minimalne ilości oleju.

Durian jest królem owoców w Wietnamie, chociaż często jego spożywanie – ze względu na niezmiernie nieprzyjemny zapach, który wydziela – bywa zakazane w środkach komunikacji miejskiej lub w hotelach Azji Południowo-Wschodniej. Za to posiada niesamowity smak, jak mówią znawcy, wynagradzający wszystko. Jedzenie duriana jest niczym spożywanie najdelikatniejszego owocu świata pośrodku rynsztoku. To osobliwa przyjemność, której nie można się oprzeć!

 

Wietnam smoków

Instalacje wojskowe, muzea i pamiątki po krwawej wojnie nie są jedynymi atrakcjami Wietnamu. Jego linię brzegową o długości ponad 2 tys. km wypełniają dziewicze plaże i błękitne laguny, gdzie dżungla bezpośrednio styka się z morzem.

            Najbardziej znanym cudem natury, miejscem, które każdy odwiedzający ten piękny kraj musi zobaczyć, jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO zatoka Ha Long. Można tu podziwiać ok. 2 tys. wapiennych wysp i wysepek wynurzających się pionowymi ścianami wprost z wody. Legenda mówi, że kiedy Wietnamczycy walczyli z najeźdźcami, bogowie zesłali smoczą rodzinę, która miała im pomóc w obronie. Smoki zaczęły wypluwać wielkie, drogocenne perły. Po zetknięciu z wodą przemieniały się one w skaliste wyspy u ujścia rzeki Bach Dang. Statki nieprzyjaciół rozbijały się o nieznane wcześniej fragmenty lądu i podwodne skały – w ten sposób cała wroga flota została zniszczona. Zatokę nazwano Ha Long, czyli „Zatoką Spadających Smoków”. Legenda ta jest bardzo popularna, zwłaszcza że Wietnamczycy wierzą, iż sami wywodzą się od smoków, bo pochodzą z małżeństwa smoczego króla Lac Long Quan i Au Co, nieśmiertelnej wróżki przybyłej z północy. Wydała ona na świat sto jaj, z których wykluło się sto dzieci. Para jednak postanowiła się rozdzielić. Smok z połową potomków zamieszkał gdzieś na nadmorskich nizinach, a księżniczka w górach.

            Zatoka Ha Long jest częścią Zatoki Tonkińskiej i leży ok. 160 km na południowy wschód od Hanoi. Początki tego miasta wiążą się ze wzniesioną w III w. p.n.e. cytadelą Co Loa. W swojej bogatej historii miało wiele nazw – najdłużej znane było pod określeniem Thang Long, czyli „Wzlatujący Smok”. Stolica kraju, a zarazem druga metropolia pod względem liczby mieszkańców po Sajgonie (Ho Chi Minh), często musiała bronić się przed najeźdźcami z północy, dlatego też budowano tu potężne mury obronne. Co ciekawe, aby wzmocnić bramę północną, postanowiono wznieść przy niej w XI w. świątynię taoistyczną Quan Thanh. Poświęconą ją bogowi Tran Vu, mitycznemu strażnikowi i „Władcy Czarnego Nieba”, który miał zapewnić bezpieczeństwo stolicy. Hanoi oznacza „Miasto Między Rzekami" – jego mieszkańcy mogą wypoczywać nad wieloma uroczymi jeziorami, z którymi wiążą się liczne miejscowe legendy. Najsłynniejsze jest Hoan Kiem, czyli „Jezioro Zwróconego Miecza". Mówi się, że na jego dnie spoczywa magiczny miecz cesarza Le Loi (1385–1433), którym pokonał on chińskich najeźdźców.

Górzysta północ kraju to również doskonałe miejsce na trekking. W okolicach miasta Sa Pa znajdują się malownicze trasy dla miłośników górskich wycieczek. Najtrudniejszy szlak trekkingowy prowadzi do najwyższego szczytu Wietnamu i całych Indochin – Fansipanu, nazywanego także Phan Xi Pang (3143 m n.p.m.). W jego pobliżu mieszkają przedstawiciele interesujących mniejszości etnicznych – ludu Hmong, Dao (Yao), Giay, Muong i wielu innych.  

 

Na południe

Mniej więcej 500 km na południe od Hanoi leży kolejny cud natury – Park Narodowy Phong Nha-Ke Bang. Razem z pasem ochronnym wokół niego zajmuje aż 2 tys. km2 terytorium Wietnamu. Chroni się tutaj unikalną tropikalną dżunglę oraz jaskinie i podziemne rzeki o długości niemal 70 km. W kwietniu 2009 r. brytyjska ekspedycja odkryła w tym parku narodowym jedną z największych grot na świecie. Nazwano ją Son Doong. Ma ponad 5 km długości, 150 m szerokości i 200 m wysokości.

            Wietnam jest w większości krajem buddyjskim, jego mieszkańcy wyznają też konfucjanizm, ale położone w centralne części państwa My Son stanowi pozostałość po cywilizacji hinduskiej, która dotarła tu w IV w. n.e. Miejscowy kompleks świątyń poświęcono bogowi Śiwie. Wpisano go w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, większość z ok. 70 budowli świątynnych została poważnie uszkodzona przez amerykański nalot bombowy w 1969 r.   

 

Na deser

W Sajgonie, przemianowanym w nowym ustroju na miasto Ho Chi Minha, można poczuć się jak w małej Francji. Oprócz architektury kolonialnej znajdziemy tu kawiarnie z wyborną kawą, bagietkami i prawdziwymi croissantami. Niedaleko położone są takie atrakcje, jak np. Park Narodowy Cat Tien z bezkresnymi lasami deszczowymi, rozrywkowe plaże oraz tropikalna wyspa-więzienie Con Son w archipelagu Con Dao na Morzu Południowochińskim. Samo miasto, zamieszkałe przez liczną kolonię chińską (tzw. Hoa), leży jakby na przecięciu kultur, gdzie północ krzyżuje się południem, a wschód z zachodem.

 

PODRÓŻE KULINARNE DO WIETNAMU OKIEM EKSPERTA

Poniżej prezentujemy Państwu opinię na temat wypraw kulinarnych do Wietnamu, którą otrzymaliśmy od znawczyni i miłośniczki wietnamskiej kuchni – Majki Szury, właścicielki biura podróży Polka Travel, organizatorki wyjazdów do tego kraju. 

Podróż kulinarna po Wietnamie to jak szalony, pełen niespodzianek rajd rikszą krętymi ulicami Hanoi. Nic dziwnego, że wietnamską kuchnię uważa się za jedną z najbogatszych i najbardziej zróżnicowanych smakowo, skoro stolicę kraju dzieli od Sajgonu podobna odległość, jak np. Warszawę od Paryża.

Kuchnia na północy obfituje w makarony oraz cięższe zupy z wołowiną. To pozostałość po panowaniu dwóch imperiów – chińskiego i mongolskiego. Tradycja jedzenia pałeczkami pochodzi także z Chin.

Środkową część kraju tworzą tereny starożytnego państwa ludu Czamów (Czampy), gdzie jadało się wiele maleńkich dań, głównie warzywnych. W Purpurowym Zakazanym Mieście w Hue rozwinęła się sztuka misternej dekoracji potraw (na wzór cesarskich Chin). Dworscy kucharze przygotowywali codziennie ponad 50 dań do wyboru.

Na południu rozpościera się delta Mekongu. Ryż, jak również wiele owoców, dojrzewa tutaj aż trzy razy w roku! Miejscowa kuchnia obfituje w ryby, warzywa, słodkie owoce oraz curry. Wpływy kulinarne pochodzą jeszcze z czasów imperium Angkor, które panowało nad południową częścią dzisiejszego Wietnamu. Do zup dodaje się w tym regionie makaron ryżowy, kiełki fasoli, kolendrę, bazylię, chili, limonkę i szczypior, a także stanowiący podstawę niemal wszystkich potraw sos rybny.

Kulinarną podróż po stołecznym Hanoi rozpoczynamy od ulicznych garkuchni, gdzie pokaz gotowania odbywa się na oczach przechodniów. Sami wybieramy świeże ryby, krewetki, warzywa, a zręczny kuchmistrz przygotowuje nam danie. Siadamy przy długim stole wraz z Wietnamczykami. Jeżeli któryś z nich zna angielski, chętnie zagaja rozmowę. Dowiemy się tutaj znacznie więcej o kraju niż z kart przewodników.

Hoi An z pięknym XVI-wiecznym centrum (wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), uratowanym zresztą dzięki polskiemu architektowi i konserwatorowi zabytków – Kazimierzowi Kwiatkowskiemu, jest jednym z najbardziej uroczych miast Wietnamu. Po śniadaniu wskakujemy na rowery i jedziemy pośród pól ryżowych do małej wioski, gdzie czeka nas pierwsza lekcja gotowania. Po uprzednim poznaniu ogromnej liczby ziół i przypraw, które Wietnamczycy stosują w kuchni i medycynie ludowej, zaczynamy przygotowywać wietnamskie dania. W menu znajdują się specjały typowe dla środkowej części kraju: owoce morza, karczochy, szparagi czy sosy krewetkowe.

Potrawy nie tylko mają być smaczne, lecz także atrakcyjnie podane. Dlatego też niezbędna jest nauka dekorowania dań. Udało się nam znaleźć najlepszego nauczyciela – mistrzynię, której przodkowie przystrajali potrawy na dworze cesarskim w Hue. Pod jej okiem, bawiąc się przy tym świetnie, rzeźbimy feniksa w rzepie, wyczarowujemy kaczkę-lampion z ananasa, a sajgonkom nadajemy kształt dziewczęcych kokard. Potem czeka nas rejs po Rzece Perfumowej oraz zwiedzanie Purpurowego Zakazanego Miasta (wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO).

Z Da Nang lecimy do Sajgonu, nazywanego „Perłą Południa”. Zwiedzamy m.in. kolorową i gwarną dzielnicę Cholon – miejscowe Chinatown, a następnie na lokalnym targu mamy szansę zakupu jedwabnych „ao dai” (bardzo kobiecej tuniki ze spodniami), wyrobów hafciarskich, pamiątek z laki i drewna. Po południu czas na zabawę poprzez gotowanie. Spotykamy się w sali przypominającej klasę szkolną. Ławki zwrócone są w stronę katedry, na której stoi mistrz. Za nim znajduje się zawieszone pod kątem lustro, co pozwala nam na śledzenie każdego jego ruchu. Do dyspozycji otrzymaliśmy 21 łyżek i łyżeczek, aby aromaty przypraw nie mieszały się ze sobą! Mistrz chwali moją rybę w karmelu z dodatkiem chili oraz grillowane banany w mleku kokosowym ze szczypiorkiem…

Przed powrotem do kraju udajemy się jeszcze w wyjątkowy rejs po wyspach w zatoce Ha Long. Ćwiczeniami tai chi witamy różowy wschód słońca, potem kąpiemy się w morzu, zwiedzamy jaskinie i… jemy obiad z owoców morza. Jest to wspaniałe ukoronowanie naszej przepysznej podróży kulinarnej po Wietnamie.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Karibu Tanzania!

ROBERT GONDEK GERBER”

www.gerber.d7.pl

 

  FOT. TANZANIA TOURIST BOARD 

<< Tanzania to jeden z najpopularniejszych kierunków wśród osób szukających afrykańskiej egzotyki i tych, którzy po raz pierwszy odwiedzają ten kontynent. W tym kraju możemy zdobyć Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki (5895 m n.p.m.), przemierzyć wspaniałe parki narodowe pełne dzikich zwierząt, poznać życie Masajów, Buszmenów, Sonjo, Chagga, Kuria i wielu innych plemion, a na koniec odpocząć na przepięknych plażach Zanzibaru, delektując się wspaniałymi owocami. Jednak po to, aby odkryć prawdziwą Tanzanię, trzeba czasem nieco zboczyć z turystycznych szlaków. >>

Zjednoczona Republika Tanzanii powstała z połączenia kontynentalnej Tanganiki i wyspiarskiego Zanzibaru, co ma swoje odzwierciedlenie w nazwie Tanzania. Pozostałością po panowaniu Brytyjczyków jest tu m.in. urzędowy język angielski funkcjonujący obok suahili. Jednocześnie rejon ten stał się niemal wizytówką Afryki ze względu na niezmierne bogactwo gatunków fauny i różnorodność kulturową ludów zamieszkujących te tereny.

Więcej…

PORTUGALIA – NA KOŃCU ŚWIATA

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Podobno kiedyś odpoczywali tutaj bogowie. Stąd Vasco da Gama wyruszał na podbój nowych lądów. Dziś ściągają tu podróżnicy, golfiści, amatorzy przygód na zielonych, górskich szlakach oraz miłośnicy doskonałych win. Niewielka Portugalia urzeka urodą plaż i wiosek rybackich. Kusi wspaniałymi zabytkami i wiecznym słońcem. >>

Na południu kraju znajdują się piaszczyste zatoki, malownicze porty rybackie, wypielęgnowane pola golfowe i mariny zapełnione jachtami. To raj dla aktywnych turystów, żeglarzy i surferów, a także zwykłych miłośników plażowania. Wystarczy jednak ruszyć na północ, a krajobraz się zmienia, staje się bardziej wyżynny, a nawet górski. Dwie wielkie rzeki – Tag (po portugalsku Tejo) i Duero (nazywana w Portugalii Douro), biorące swój początek w Hiszpanii, płyną w kierunku zachodnim przez kraj i wpadają do Oceanu Atlantyckiego. W ich ujściach leżą stołeczna Lizbona oraz Porto, skąd pochodzi najsłynniejszy portugalski produkt – wino porto.

Więcej…

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018