MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

 

Stali bywalcy Dominikany powiadają przekornie, że z tego kraju nie zostaną wypuszczeni ci turyści, którzy nie poznali „Prezydenta” (miejscowego piwa Presidente), nie nabyli viagry w płynie, nazywanej tu mamajuaną, nie podróżowali minibusem guagua i nie zobaczyli Las Galeras… Nie można tej „przestrogi” zlekceważyć!

 

W towarzystwie Presidente

Jednego możemy być pewni w Republice Dominikańskiej: zawsze dostaniemy tu zimne piwo. Dominikańczycy nie uznają jednak lekkiego schłodzenia – napój musi być niemal zmrożony. – Dame una fría! (Daj mi jedno zimne!) – tak go zamawiają w barach. Presidente jest najbardziej znaną marką browarniczą Dominikany, pojawia się na każdej imprezie i na większości festiwali. Zawsze smakuje tak, jak powinno smakować najlepsze piwo. Właściciel colmado, czyli lokalnego sklepu-baru, otwiera zieloną, firmową lodówkę Presidente i z jej arktycznych czeluści wyciąga oszronioną butelkę. Wsuwa ją w odpowiednio dopasowaną papierową torebkę, aby pijący nie odmroził sobie dłoni. Słychać syk i kapsel ląduje na zaśmieconej podłodze. Warto dodać, że ta lodówka to podstawowy mebel w każdym minimarkecie czy knajpie w kraju – od stołecznego Santo Domingo po najodleglejsze miasteczka. Istnieją trzy rodzaje butelek tego dominikańskiego piwa: pequeña, czyli mała, grande, czyli duża, oraz jumbo, czyli… olbrzymia. Jeśli mam pragnienie i wypiję najmniejszą z nich, to w mig je ugaszę. Jeżeli coś mnie podkusi, aby kupić jeszcze jedną, to poczuję żal, że nie wziąłem od razu grande. Kiedy indziej, wpadając do colmado, przypominam sobie, jak było poprzednio. Nauczony doświadczeniem postanawiam nieco zaszaleć i od razu wybieram jumbo. A czemuż by nie?! Tylko że istnieje zaledwie kilka dni w miesiącu, kiedy jest najwłaściwsza pora na olbrzymią butelkę Presidente. Poza tym najlepiej wypić ją w grupie znajomych. Jeśli nabędę jumbo jedynie dla siebie,z czystej łapczywości, spotka mnie gorzkie rozczarowanie. Po którymś łyku piwa poczuję, że nie był to jednak właściwy wybór…

 

Magiczna mamajuana

– „Mamajuana”, señor – zaczepia mnie niski, krępy Mulat i, łapiąc za łokieć, ciągnie w stronę pstrokatego kramu. Stoimy na deptaku El Conde przy historycznym centrum Santo Domingo. – Zdrowa rzecz. I dobra cena – chwali się swym towarem, butelkami z nieznaną zawartością. – A dzisiaj pewnie promocja? – pytam przekornie. – Sí, señor! – odpowiada. Mamajuanę proponowano mi na ulicy wielokrotnie. Nie tylko w rejonach, gdzie kręcą się turyści. Miejscowi czują chyba obowiązek zapoznania białych przyjezdnych z legendarnym dominikańskim eliksirem o wszechstronnych – jak powiadają – właściwościach leczniczych, co przynosi im zresztą niemały dochód. Aby nie wyjść na ignoranta i poradzić sobie w sytuacjach nagminnego nagabywania, wymyśliłem pewien fortel. Kiedy sprzedawcy zniesmaczeni moją odmową natychmiastowego kupna, szorstko przechodzili do próby wciśnięcia mi swojego towaru, kontratakowałem. – „Mamajuana” to przecież dominikańska viagra, czyż nie? – pytałem. – Właśnie, señor! – reagował jeden czy drugi handlarz, zacierając ręce z radości. Wydawało mu się, że oto niespodziewanie udało się domknąć sprzedaż. – I to naprawdę działa… Działa jak nic! – zapewniał uszczęśliwiony, że w końcu rzecz pojąłem. Nieraz poklepał mnie z uznaniem po ramionach jak ojciec syna. Przez moment pozwalałem nacieszyć mu się tym jego triumfem. Po czym pytałem: – Señor naprawdę myśli, że ja potrzebuję viagry? Niech lepiej señor na mnie spojrzy i oceni! Wtedy cała ta jego wyuczona argumentacja rozpływała się i zrezygnowany rzucał jeszcze: – Ale to też jest dobre do picia jako syrop… młodzieńcze.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Mamajuana - dominikańska viagra w płynie

 

Co to takiego ta mamajuana, tak promowana na Dominikanie? Podobno stanowi uniwersalne lekarstwo na każdą dolegliwość – od grypy po prostatę, a także afrodyzjak i skuteczny środek poprawiający witalność każdego dnia. Smak ma – trzeba przyznać – specyficzny, mocny, czasem zbyt słodki, ale nie zniechęcający. Na pierwszy rzut oka estetyka mikstury budzi wątpliwości. Butelkę wypełnia podejrzana plątanina patyków i liści, korzeni i ziół umieszczonych w cieczy w kolorze bursztynu. Co ciekawe, na Dominikanie znajdziemy niezliczoną wręcz liczbę rodzajów tego specyfiku. Obecna mamajuana to już nie pobudzająca herbatka, a raczej energetyczny koktajl o mocy prawdziwego karaibskiego alkoholu. Indianie Taino pili ją w postaci korzennego wywaru dosładzanego miodem. Dzisiaj, oprócz produktów bazowych, rozmaitych ziół, rumu i miodu dodaje się do niej również czerwone wino, cynamon, rodzynki oraz sok z cytryny czy limonki. Podobno jednak eliksir zyskuje swoją legendarną siłę dopiero wówczas, gdy doprawi się go owocami morza: kawałkami ośmiornicy, ślimaków, ostryg czy też miembro de carey, czyli penisem żółwia. Prosty przepis sugeruje, aby co najmniej połowę objętości naczynia (butelki, karafki czy gąsiora) wypełnić składnikami suchymi, a pozostałą część cieczą, najlepiej ciemnym rumem. Wcześniej trzeba pozbyć się z suchych gałązek, liści i korzeni gorzkiego posmaku przez ok. 2-tygodniowe namaczanie w alkoholu gorszej jakości, np. w tanim dżinie. Następnie wylewa się zbędny płyn i dodaje rum. Trudno powiedzieć, ile czasu potrzeba tej nieklarownej miksturze, aby dojrzała, ponieważ często bywa szybko napoczynana przez niecierpliwego wytwórcę. Pozostałe po wypiciu składniki zalewa się nawet kilkanaście razy, a trunek z czasem łagodnieje.

Mamajuanę pije się dość często jak wódkę, czyli w małych kieliszkach. Niektórzy lubią się nią delektować, sącząc jak koktajl. Jeszcze inni mieszają ją z coca-colą, piją na przemian z wodą albo raczą się niby poobiednim likierem. Mnie najbardziej odpowiada pierwszy sposób.

 

Minibusem przez Dominikanę

Bóg może wszystko – takie i podobne motta wyklejają kierowcy na przedniej szybie swoich guaguas, czyli minibusów. Najpopularniejszy środek transportu w tym kraju przewozi codziennie niezliczoną masę przemieszczających się po wyspie Dominikańczyków. Ma on swoje zalety, ale podróżowanie nim bywa bardzo męczące. W samym Santo Domingo staram się unikać guaguas i przychodzi mi to łatwo. Natomiast jeśli wybieram się często poza miasto, nie mam wyjścia, jestem na nie skazany.

FOT. MARCIN WESOŁY/BLOG WWW.DOMINICANA.BLOX.PL

Tętniące życiem stołeczne Santo Domingo

 

Przeważnie to guagua łapie nas, a nie my ją. Każdy minibus ma obsługę pokładową, składającą się z co najmniej dwóch osób: kierowcy i tzw. naganiacza. Zadanie tego ostatniego jest dość złożone. Po pierwsze, musi on zapewnić klientów. Kiedy kierowca zwalnia, bo widzi skupisko ludzi przy jezdni, naganiacz wychyla się z pojazdu, nierzadko z niego wyskakuje, i co sił w gardle wykrzykuje nazwy kluczowych przystanków na trasie, a zainteresowani wskakują do środka. Jeśli nie jestem pewien tego, czy dojadę do miejsca, do którego zmierzam, szybko się dopytuję. Towarzysz kierowcy spełnia teraz swoją drugą funkcję: musi błyskawicznie ruszyć głową i tak usadzić ludzi, aby w busie przeznaczonym docelowo dla 12 osób zmieściło się ich dwa razy więcej. Istnieje tu chyba jakaś uniwersalna szkoła dla naganiaczy, bo nie spotkałem jeszcze takiego, któremu by się to nie udało... Wreszcie trzecie zadanie pomocnika kierowcy stanowi pobranie opłat za przejazd, a czwarte – informowanie o aktualnym położeniu. Zazwyczaj większość pasażerów doskonale wie, gdzie ma wysiąść. Ale zdarzają się też tacy (jak autor), którzy jadą gdzieś pierwszy raz. No hay problema, czyli nie ma problemu! Jeśli przed wejściem spytałem o miejsce, naganiacz je zapamiętał, i nawet gdybym twardo zasnął, dotrę tam, gdzie planowałem. Oprócz obsługi minibusa mój przystanek docelowy zapamiętało też kilku innych pasażerów. Tworzy się zatem dość spore grono czuwających.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Ciudad Colonial, czyli Kolonialne Miasto, to najstarsza część Santo Domingo

 

Wróćmy jeszcze do trzeciego zadania naganiacza. Za przejazd płacimy, oczywiście, gotówką. Najlepiej przygotować wcześniej odliczoną sumę, bo resztę dostaniemy tylko wtedy, gdy będzie ją z czego wydać. Pieniądze wręcza się z zasady już w środku, a nie tuż przed wejściem. Wyjątek stanowią guaguas poruszające się po mieście. Tutaj płaci się przeważnie od ręki. To pomocnik kierowcy decyduje o momencie zapłaty. Odwraca się wtedy do pasażerów i ściga ich wzrokiem. Jeśli ma miejsce i może podejść do każdego z osobna, to podchodzi, jeśli nie – ludzie nad głowami przekazują mu pieniądze. Nie ma mowy o żadnych pomyłkach. Dominikańscy naganiacze to jedni z najlepszych kasjerów, jakich wydała natura! Czasem jedną trasę obsługują dwa minibusy. Cena jest taka sama, jakby się jechało jednym, tyle że płaci się w tym, który dowozi nas do celu.

 

GOLF NA DOMINIKANIE

Gra w golfa potrafi zawładnąć całym życiem. Do tego stopnia, że dla jej wielbicieli nie są ważne wspaniałe atrakcje turystyczne, które czekają na nich na rajskiej Dominikanie, lecz tylko ekscytujące partie na tutejszych licznych, doskonale przygotowanych i niezmiernie malowniczo położonych polach golfowych. Nie można się im zresztą dziwić, bowiem biura podróży zrzeszone w IAGTO (International Association of Golf Tour Operators, czyli Międzynarodowym Stowarzyszeniu Organizatorów Turystyki Golfowej) przyznały Republice Dominikańskiej prestiżowy tytuł „kierunku golfowego numer 1 na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej”. Znajdziemy tu obecnie 28 18-dołkowych pól o międzynarodowej renomie stworzonych przez najsłynniejszych światowych projektantów, jak np. Jack Nicklaus (Punta Espada Golf Club w ekskluzywnym ośrodku Cap Cana, położonym na wschodnim krańcu Dominikany, niecałe 10 min. drogi od międzynarodowego lotniska na przylądku Punta Cana, czy Cana Bay Golf Course w luksusowym kompleksie Hard Rock Hotel & Casino Punta Cana), Pete Dye (Diente del Perro – Teeth of the Dog w resorcie all inclusive Casa de Campo w mieście La Romana na południowo-wschodnim wybrzeżu kraju) i nieżyjący już Robert Trent Jones, Sr. (Playa Dorada Golf Course w Puerto Plata na północy). Golf w Republice Dominikańskiej stanowi prawdziwą przyjemność zarówno dla zaawansowanych, jak i początkujących graczy. Tropikalny klimat panujący w tym kraju pozwala uprawiać ten sport przez 365 dni w roku. Wiele dominikańskich pól golfowych powstało wzdłuż przepięknej linii brzegowej, co zapewnia zapierające dech w piersiach widoki na Ocean Atlantycki czy Morze Karaibskie. Otaczające tutaj golfistów krajobrazy po prostu oszałamiają, dlatego też czasami trudno im skoncentrować się jedynie na samej grze.          

 

Koniec świata w Las Galeras

Witamy, chłopcze, na ziemi kokosa – zagaiła do mnie niemłoda, lecz wciąż całkiem ładna, czarnoskóra kobieta o pięknym uśmiechu i białych jak wnętrze orzecha zębach. Siedzieliśmy na pace terenowej toyoty, która wiozła nas z Samany (stolicy prowincji Samaná) do Las Galeras. Jak okiem sięgnąć, majestatyczne palmowe gaje pokrywały wzgórza. Moja towarzyszka wracała z targu, gdzie handlowała rybami, które o świcie złowił jej mąż. – Wszystkie sprzedałam! – pochwaliła się, wskazując na pustą blaszaną miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski. Intensywny morski zapach drażnił nozdrza. – Próbowałeś już ryby z kokosem? – zagaiła ponownie. Przyznałem, że dotąd nie miałem okazji. – Skoro już tu dotarłeś, musisz spróbować! To danie z tych stron! – powiedziała.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Sprzedawczyni świeżych owoców tropikalnych na Dominikanie

 

Druga kobieta, oblizując dłonie z lepkiego soku dojrzałego mango, spytała, czy naprawdę lubię podróżować sposobem Dominikańczyków. Odparłem, że nie mam innego wyjścia. Poza tym lubię jeździć na pace. Moja odpowiedź wywołała ogólną wesołość. Wcześniej na tej samej trasie poznałem lokalnego „naftowego barona” – człowieka, który sprzedawał paliwo w butelkach po piwie Presidente.

Poczułem ssanie w żołądku i wyjąłem z plecaka niedokończone śniadanie. Były to resztki empanady. Zanim włożyłem je do ust, pomyślałem, że to proste latynoskie jedzenie z ulicznych stoisk nie zdążyło mi się jeszcze znudzić. Niemal codziennie kupowałem podobny śniadaniowy zestaw: empanadas de pollo, jugo de chinola, café dominicano, czyli rodzaj większego pieroga nadzianego farszem z kurczaka, świeżo wyciśnięty sok z marakui, dosłodzony brązowym cukrem i zmiksowany z lodem, oraz aromatyczną kawę, bardzo mocną i słodką. Tymczasem żona rybaka zauważyła: – Podróżujesz i jesz jak Dominikańczycy… Czy jest coś w naszym kraju, czego nie lubisz? Zaryzykowałem odpowiedź, że nie przepadam za przylądkiem Punta Cana i podobnymi popularnymi regionami turystycznymi. Po czym dorzuciłem, iż rozumiem doskonale, że Dominikana potrzebuje takich miejsc. Obie kobiety spojrzały po sobie. Prawdopodobnie w przyszłości przemysł turystyczny rozprzestrzeni się na całe dominikańskie wybrzeże. Kraj czerpie znaczące dochody z luksusowych i ogromnych ośrodków wypoczynkowych typu all inclusive oraz organizowania wycieczek do tropikalnego raju dla przybyszy z Ameryki Północnej czy Europy. Poza tym turystyka daje pracę wielu Dominikańczykom. Chciałbym jednak wierzyć, iż Dominikana przynajmniej gdzieniegdzie wciąż pozostanie dziewicza.

Droga w Las Galeras kończy się w tym miejscu, gdzie zaczyna się najprawdziwszy raj... Chropowaty, ciemny asfalt ustępuje miejsca bieli piasku, na który łagodny cień rzucają rozłożyste, kokosowe palmy. W tej wiosce jeszcze kilka lat temu nic nie wskazywało na to, że zawitają tu liczni turyści. Dzisiaj osada wygląda już zupełnie inaczej, choć tutejsze przepisy zabraniają stawiania budynków wyższych niż najbliższe drzewo, co w zamyśle pomysłodawców ma nie zakłócać harmonii z naturą. Doceńmy więc ten fakt i po przybyciu natychmiast zakosztujmy kąpieli w tutejszej malowniczej zatoce – Bahía de Rincón, której krystalicznie czyste wody oblewają miejscowe brzegi. Czasem można odnieść tu wrażenie, że oto znaleźliśmy się na dominikańskim krańcu świata. Cóż, nie łatwo opuszcza się magiczne Las Galeras…

 

KARAIBSKI WYPOCZYNEK DLA RODZIN Z DZIEĆMI

Dominikana to wręcz wymarzony kierunek na wakacje z maluchami. Tutejsze ośrodki wypoczynkowe w formule all inclusive mają bardzo wysoki standard i gwarantują bezpieczny pobyt oraz mnóstwo atrakcji dla naszych pociech. Specjalnie z myślą o nich są przygotowywane we wszystkich obiektach tego typu m.in. różnorodne animacje, przedstawienia i koncerty, menu dziecięce, brodziki, usługi nianiek i lekarzy, a nawet przedszkola z wykwalifikowanymi opiekunkami, które zaopiekują się najmłodszymi gośćmi hotelowymi, gdy ich rodzice zapragną spędzić romantyczne chwile tylko we dwoje. Dominikańskie rajskie plaże to doskonałe miejsce na spokojny rodzinny wypoczynek i radosną zabawę z maluchami.    

Przykładowo w luksusowych ośrodkach all inclusive należących do sieci Bahía Príncipe Hotels & Resorts działają mini kluby dla dzieci od 4 do 12 lat (z podziałem na grupy wiekowe) noszące od niedawna nazwę Bahía Scouts (wcześniej znane jako Príncipito). W 5-gwiazdkowym kompleksie Grand Bahía Príncipe Bávaro Resort (obejmującym hotele Grand Bahía Príncipe Bávaro, Grand Bahía Príncipe Punta Cana i Grand Bahía Príncipe Premier) w tym sezonie zimowym oddano również do użytku dla naszych pociech nowy dziecięcy park wodny (to samo uczyniono zresztą w Meksyku na Riwierze Majów – w resorcie Gran Bahía Príncipe Riviera Maya). Kluby Bahía Scouts zapewniają każdego dnia pobytu liczne rozrywki dla najmłodszych, m.in. zajęcia na basenie, malowanie magicznych obrazów, szalone tańce na mini dyskotece, grę w minigolfa czy mini olimpiadę sportową na plaży. Wszystko po to, żeby niezapomniane chwile na rajskich Karaibach i Dominikanie mogły przeżyć całe rodziny, a rodzice mieli choć odrobinę czasu tylko dla siebie…     

 


 

Artykuły wybrane losowo

Królowie białego szaleństwa, czyli 10 najmodniejszych rejonów narciarskich tego sezonu

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                              FOT. ZILLERTAL TOURISMUS GMBH

<<Największe ośrodki sportów zimowych z niepowtarzalną górską scenerią, snowparki dla snowboardzistów i amatorów freestyl’u oraz setki kilometrów bajecznych nartostrad – to marzenie wszystkich zapalonych narciarzy. Tej zimy każdy powinien poszaleć na nartach w jednym z bajecznych kurortów – z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi bądź solo, a czasem nawet w towarzystwie gwiazd z pierwszych stron gazet. >>

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie urozmaica sennego zimowego okresu jak udane podróże. Dlatego też wyjazdy na narty od wielu lat cieszą się dużą popularnością wśród Polaków. Aktywny wypoczynek znakomicie wpływa na organizm człowieka. Urlop na jednej lub dwóch deskach pozwala zachować kondycję, a ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające stoki, skutecznie poprawiają wszystkim samopoczucie. Wśród przepięknych górskich widoków, z grupą sprawdzonych przyjaciół czy najbliższych, na pewno uda nam się zapomnieć o codziennej miejskiej szarości.

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

 

Brazylijska Ceará – radosna ziemia światła

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ten północno-wschodni stan Brazylii zapewnia turystom całą paletę barw, malownicze, dziewicze krajobrazy i mnóstwo możliwości wypoczynku. Jego rajskie plaże oblewane spokojnymi i płytkimi wodami stanowią doskonałe miejsce do kąpieli, a tutejsze silne, stałe wiatry przyciągają miłośników wind- i kitesurfingu. Cumbuco, Taíba, Flecheiras, Baleia, Jericoacoara, Paracuru, Porto das Dunas, Morro Branco, Praia das Fontes, Canoa Quebrada, Ponta Grossa czy Redonda oferują różnego rodzaju atrakcje – od największego aquaparku w Ameryce Łacińskiej do cichych i uroczych wiosek rybackich. Znajdziemy tu szeroki wybór zakwaterowania, m.in. luksusowe ośrodki wypoczynkowe albo czarujące pensjonaty, czyli modne w Brazylii „pousadas”. Smakoszy zachwycą miejscowe świeże ryby i owoce morza. Ceará znana jest jako „Terra da Luz” – „Ziemia Światła”. Zawdzięcza to dużej liczbie słonecznych dni w roku, a także temu, że była pierwszym stanem w federacji brazylijskiej, który zniósł niewolnictwo, cztery lata przed słynną „Lei Áurea” –  „Złotą Ustawą” z 1888 r. Dzisiaj ta radosna ziemia pełna światła stanowi jeden z najpiękniejszych rejonów Brazylii, gdzie odkryjemy nietknięte ręką człowieka cuda natury, niepowtarzalne krajobrazy oraz poznamy niezmiernie sympatycznych, przyjaznych i gościnnych ludzi.

 FOT. DIVULGACAO/SECRETARIA DO TURISMO DO CEARA

Ceará ma powierzchnię niemal 150 tys. km², czyli ok. 60 proc. większą niż Portugalia! Na jej terytorium żyje obecnie 8,5 mln mieszkańców. Stolicą tego stanu i jednocześnie największym miastem jest Fortaleza. W tym rejonie Brazylii znajduje się największy park wodny w Ameryce Łacińskiej – Beach Park na plaży Porto das Dunas. Ten olbrzymi kompleks turystyczny zajmujący łącznie 30 km², z czego na aquapark przypada 13, odwiedza każdego roku ok. 1 mln osób. W Cearze wznosi się również czwarty pod względem wielkości stadion piłkarski w kraju – świeżo przebudowany Estádio Governador Plácido Castelo, bardziej znany pod nazwą Castelão, który może pomieścić 67 037 widzów. Ten brazylijski stan słynie jednak przede wszystkim ze swojego pięknego wybrzeża i dużej religijności miejscowej ludności. Jeden z jego głównych symboli stanowi jangada – tradycyjna jednomasztowa łódź żaglowa wykonana z drewna używana od wieków przez rybaków z północno-wschodniej Brazylii. Na terenie Ceary znajduje się pokaźna część brazylijskiej caatingi (katingi, sawanny kolczastej) – unikatowej w skali świata formacji roślinnej, która obejmuje w sumie aż 850 tys. km² obszaru kraju.

Więcej…