MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

 

Stali bywalcy Dominikany powiadają przekornie, że z tego kraju nie zostaną wypuszczeni ci turyści, którzy nie poznali „Prezydenta” (miejscowego piwa Presidente), nie nabyli viagry w płynie, nazywanej tu mamajuaną, nie podróżowali minibusem guagua i nie zobaczyli Las Galeras… Nie można tej „przestrogi” zlekceważyć!

 

W towarzystwie Presidente

Jednego możemy być pewni w Republice Dominikańskiej: zawsze dostaniemy tu zimne piwo. Dominikańczycy nie uznają jednak lekkiego schłodzenia – napój musi być niemal zmrożony. – Dame una fría! (Daj mi jedno zimne!) – tak go zamawiają w barach. Presidente jest najbardziej znaną marką browarniczą Dominikany, pojawia się na każdej imprezie i na większości festiwali. Zawsze smakuje tak, jak powinno smakować najlepsze piwo. Właściciel colmado, czyli lokalnego sklepu-baru, otwiera zieloną, firmową lodówkę Presidente i z jej arktycznych czeluści wyciąga oszronioną butelkę. Wsuwa ją w odpowiednio dopasowaną papierową torebkę, aby pijący nie odmroził sobie dłoni. Słychać syk i kapsel ląduje na zaśmieconej podłodze. Warto dodać, że ta lodówka to podstawowy mebel w każdym minimarkecie czy knajpie w kraju – od stołecznego Santo Domingo po najodleglejsze miasteczka. Istnieją trzy rodzaje butelek tego dominikańskiego piwa: pequeña, czyli mała, grande, czyli duża, oraz jumbo, czyli… olbrzymia. Jeśli mam pragnienie i wypiję najmniejszą z nich, to w mig je ugaszę. Jeżeli coś mnie podkusi, aby kupić jeszcze jedną, to poczuję żal, że nie wziąłem od razu grande. Kiedy indziej, wpadając do colmado, przypominam sobie, jak było poprzednio. Nauczony doświadczeniem postanawiam nieco zaszaleć i od razu wybieram jumbo. A czemuż by nie?! Tylko że istnieje zaledwie kilka dni w miesiącu, kiedy jest najwłaściwsza pora na olbrzymią butelkę Presidente. Poza tym najlepiej wypić ją w grupie znajomych. Jeśli nabędę jumbo jedynie dla siebie,z czystej łapczywości, spotka mnie gorzkie rozczarowanie. Po którymś łyku piwa poczuję, że nie był to jednak właściwy wybór…

 

Magiczna mamajuana

– „Mamajuana”, señor – zaczepia mnie niski, krępy Mulat i, łapiąc za łokieć, ciągnie w stronę pstrokatego kramu. Stoimy na deptaku El Conde przy historycznym centrum Santo Domingo. – Zdrowa rzecz. I dobra cena – chwali się swym towarem, butelkami z nieznaną zawartością. – A dzisiaj pewnie promocja? – pytam przekornie. – Sí, señor! – odpowiada. Mamajuanę proponowano mi na ulicy wielokrotnie. Nie tylko w rejonach, gdzie kręcą się turyści. Miejscowi czują chyba obowiązek zapoznania białych przyjezdnych z legendarnym dominikańskim eliksirem o wszechstronnych – jak powiadają – właściwościach leczniczych, co przynosi im zresztą niemały dochód. Aby nie wyjść na ignoranta i poradzić sobie w sytuacjach nagminnego nagabywania, wymyśliłem pewien fortel. Kiedy sprzedawcy zniesmaczeni moją odmową natychmiastowego kupna, szorstko przechodzili do próby wciśnięcia mi swojego towaru, kontratakowałem. – „Mamajuana” to przecież dominikańska viagra, czyż nie? – pytałem. – Właśnie, señor! – reagował jeden czy drugi handlarz, zacierając ręce z radości. Wydawało mu się, że oto niespodziewanie udało się domknąć sprzedaż. – I to naprawdę działa… Działa jak nic! – zapewniał uszczęśliwiony, że w końcu rzecz pojąłem. Nieraz poklepał mnie z uznaniem po ramionach jak ojciec syna. Przez moment pozwalałem nacieszyć mu się tym jego triumfem. Po czym pytałem: – Señor naprawdę myśli, że ja potrzebuję viagry? Niech lepiej señor na mnie spojrzy i oceni! Wtedy cała ta jego wyuczona argumentacja rozpływała się i zrezygnowany rzucał jeszcze: – Ale to też jest dobre do picia jako syrop… młodzieńcze.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Mamajuana - dominikańska viagra w płynie

 

Co to takiego ta mamajuana, tak promowana na Dominikanie? Podobno stanowi uniwersalne lekarstwo na każdą dolegliwość – od grypy po prostatę, a także afrodyzjak i skuteczny środek poprawiający witalność każdego dnia. Smak ma – trzeba przyznać – specyficzny, mocny, czasem zbyt słodki, ale nie zniechęcający. Na pierwszy rzut oka estetyka mikstury budzi wątpliwości. Butelkę wypełnia podejrzana plątanina patyków i liści, korzeni i ziół umieszczonych w cieczy w kolorze bursztynu. Co ciekawe, na Dominikanie znajdziemy niezliczoną wręcz liczbę rodzajów tego specyfiku. Obecna mamajuana to już nie pobudzająca herbatka, a raczej energetyczny koktajl o mocy prawdziwego karaibskiego alkoholu. Indianie Taino pili ją w postaci korzennego wywaru dosładzanego miodem. Dzisiaj, oprócz produktów bazowych, rozmaitych ziół, rumu i miodu dodaje się do niej również czerwone wino, cynamon, rodzynki oraz sok z cytryny czy limonki. Podobno jednak eliksir zyskuje swoją legendarną siłę dopiero wówczas, gdy doprawi się go owocami morza: kawałkami ośmiornicy, ślimaków, ostryg czy też miembro de carey, czyli penisem żółwia. Prosty przepis sugeruje, aby co najmniej połowę objętości naczynia (butelki, karafki czy gąsiora) wypełnić składnikami suchymi, a pozostałą część cieczą, najlepiej ciemnym rumem. Wcześniej trzeba pozbyć się z suchych gałązek, liści i korzeni gorzkiego posmaku przez ok. 2-tygodniowe namaczanie w alkoholu gorszej jakości, np. w tanim dżinie. Następnie wylewa się zbędny płyn i dodaje rum. Trudno powiedzieć, ile czasu potrzeba tej nieklarownej miksturze, aby dojrzała, ponieważ często bywa szybko napoczynana przez niecierpliwego wytwórcę. Pozostałe po wypiciu składniki zalewa się nawet kilkanaście razy, a trunek z czasem łagodnieje.

Mamajuanę pije się dość często jak wódkę, czyli w małych kieliszkach. Niektórzy lubią się nią delektować, sącząc jak koktajl. Jeszcze inni mieszają ją z coca-colą, piją na przemian z wodą albo raczą się niby poobiednim likierem. Mnie najbardziej odpowiada pierwszy sposób.

 

Minibusem przez Dominikanę

Bóg może wszystko – takie i podobne motta wyklejają kierowcy na przedniej szybie swoich guaguas, czyli minibusów. Najpopularniejszy środek transportu w tym kraju przewozi codziennie niezliczoną masę przemieszczających się po wyspie Dominikańczyków. Ma on swoje zalety, ale podróżowanie nim bywa bardzo męczące. W samym Santo Domingo staram się unikać guaguas i przychodzi mi to łatwo. Natomiast jeśli wybieram się często poza miasto, nie mam wyjścia, jestem na nie skazany.

FOT. MARCIN WESOŁY/BLOG WWW.DOMINICANA.BLOX.PL

Tętniące życiem stołeczne Santo Domingo

 

Przeważnie to guagua łapie nas, a nie my ją. Każdy minibus ma obsługę pokładową, składającą się z co najmniej dwóch osób: kierowcy i tzw. naganiacza. Zadanie tego ostatniego jest dość złożone. Po pierwsze, musi on zapewnić klientów. Kiedy kierowca zwalnia, bo widzi skupisko ludzi przy jezdni, naganiacz wychyla się z pojazdu, nierzadko z niego wyskakuje, i co sił w gardle wykrzykuje nazwy kluczowych przystanków na trasie, a zainteresowani wskakują do środka. Jeśli nie jestem pewien tego, czy dojadę do miejsca, do którego zmierzam, szybko się dopytuję. Towarzysz kierowcy spełnia teraz swoją drugą funkcję: musi błyskawicznie ruszyć głową i tak usadzić ludzi, aby w busie przeznaczonym docelowo dla 12 osób zmieściło się ich dwa razy więcej. Istnieje tu chyba jakaś uniwersalna szkoła dla naganiaczy, bo nie spotkałem jeszcze takiego, któremu by się to nie udało... Wreszcie trzecie zadanie pomocnika kierowcy stanowi pobranie opłat za przejazd, a czwarte – informowanie o aktualnym położeniu. Zazwyczaj większość pasażerów doskonale wie, gdzie ma wysiąść. Ale zdarzają się też tacy (jak autor), którzy jadą gdzieś pierwszy raz. No hay problema, czyli nie ma problemu! Jeśli przed wejściem spytałem o miejsce, naganiacz je zapamiętał, i nawet gdybym twardo zasnął, dotrę tam, gdzie planowałem. Oprócz obsługi minibusa mój przystanek docelowy zapamiętało też kilku innych pasażerów. Tworzy się zatem dość spore grono czuwających.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Ciudad Colonial, czyli Kolonialne Miasto, to najstarsza część Santo Domingo

 

Wróćmy jeszcze do trzeciego zadania naganiacza. Za przejazd płacimy, oczywiście, gotówką. Najlepiej przygotować wcześniej odliczoną sumę, bo resztę dostaniemy tylko wtedy, gdy będzie ją z czego wydać. Pieniądze wręcza się z zasady już w środku, a nie tuż przed wejściem. Wyjątek stanowią guaguas poruszające się po mieście. Tutaj płaci się przeważnie od ręki. To pomocnik kierowcy decyduje o momencie zapłaty. Odwraca się wtedy do pasażerów i ściga ich wzrokiem. Jeśli ma miejsce i może podejść do każdego z osobna, to podchodzi, jeśli nie – ludzie nad głowami przekazują mu pieniądze. Nie ma mowy o żadnych pomyłkach. Dominikańscy naganiacze to jedni z najlepszych kasjerów, jakich wydała natura! Czasem jedną trasę obsługują dwa minibusy. Cena jest taka sama, jakby się jechało jednym, tyle że płaci się w tym, który dowozi nas do celu.

 

GOLF NA DOMINIKANIE

Gra w golfa potrafi zawładnąć całym życiem. Do tego stopnia, że dla jej wielbicieli nie są ważne wspaniałe atrakcje turystyczne, które czekają na nich na rajskiej Dominikanie, lecz tylko ekscytujące partie na tutejszych licznych, doskonale przygotowanych i niezmiernie malowniczo położonych polach golfowych. Nie można się im zresztą dziwić, bowiem biura podróży zrzeszone w IAGTO (International Association of Golf Tour Operators, czyli Międzynarodowym Stowarzyszeniu Organizatorów Turystyki Golfowej) przyznały Republice Dominikańskiej prestiżowy tytuł „kierunku golfowego numer 1 na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej”. Znajdziemy tu obecnie 28 18-dołkowych pól o międzynarodowej renomie stworzonych przez najsłynniejszych światowych projektantów, jak np. Jack Nicklaus (Punta Espada Golf Club w ekskluzywnym ośrodku Cap Cana, położonym na wschodnim krańcu Dominikany, niecałe 10 min. drogi od międzynarodowego lotniska na przylądku Punta Cana, czy Cana Bay Golf Course w luksusowym kompleksie Hard Rock Hotel & Casino Punta Cana), Pete Dye (Diente del Perro – Teeth of the Dog w resorcie all inclusive Casa de Campo w mieście La Romana na południowo-wschodnim wybrzeżu kraju) i nieżyjący już Robert Trent Jones, Sr. (Playa Dorada Golf Course w Puerto Plata na północy). Golf w Republice Dominikańskiej stanowi prawdziwą przyjemność zarówno dla zaawansowanych, jak i początkujących graczy. Tropikalny klimat panujący w tym kraju pozwala uprawiać ten sport przez 365 dni w roku. Wiele dominikańskich pól golfowych powstało wzdłuż przepięknej linii brzegowej, co zapewnia zapierające dech w piersiach widoki na Ocean Atlantycki czy Morze Karaibskie. Otaczające tutaj golfistów krajobrazy po prostu oszałamiają, dlatego też czasami trudno im skoncentrować się jedynie na samej grze.          

 

Koniec świata w Las Galeras

Witamy, chłopcze, na ziemi kokosa – zagaiła do mnie niemłoda, lecz wciąż całkiem ładna, czarnoskóra kobieta o pięknym uśmiechu i białych jak wnętrze orzecha zębach. Siedzieliśmy na pace terenowej toyoty, która wiozła nas z Samany (stolicy prowincji Samaná) do Las Galeras. Jak okiem sięgnąć, majestatyczne palmowe gaje pokrywały wzgórza. Moja towarzyszka wracała z targu, gdzie handlowała rybami, które o świcie złowił jej mąż. – Wszystkie sprzedałam! – pochwaliła się, wskazując na pustą blaszaną miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski. Intensywny morski zapach drażnił nozdrza. – Próbowałeś już ryby z kokosem? – zagaiła ponownie. Przyznałem, że dotąd nie miałem okazji. – Skoro już tu dotarłeś, musisz spróbować! To danie z tych stron! – powiedziała.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Sprzedawczyni świeżych owoców tropikalnych na Dominikanie

 

Druga kobieta, oblizując dłonie z lepkiego soku dojrzałego mango, spytała, czy naprawdę lubię podróżować sposobem Dominikańczyków. Odparłem, że nie mam innego wyjścia. Poza tym lubię jeździć na pace. Moja odpowiedź wywołała ogólną wesołość. Wcześniej na tej samej trasie poznałem lokalnego „naftowego barona” – człowieka, który sprzedawał paliwo w butelkach po piwie Presidente.

Poczułem ssanie w żołądku i wyjąłem z plecaka niedokończone śniadanie. Były to resztki empanady. Zanim włożyłem je do ust, pomyślałem, że to proste latynoskie jedzenie z ulicznych stoisk nie zdążyło mi się jeszcze znudzić. Niemal codziennie kupowałem podobny śniadaniowy zestaw: empanadas de pollo, jugo de chinola, café dominicano, czyli rodzaj większego pieroga nadzianego farszem z kurczaka, świeżo wyciśnięty sok z marakui, dosłodzony brązowym cukrem i zmiksowany z lodem, oraz aromatyczną kawę, bardzo mocną i słodką. Tymczasem żona rybaka zauważyła: – Podróżujesz i jesz jak Dominikańczycy… Czy jest coś w naszym kraju, czego nie lubisz? Zaryzykowałem odpowiedź, że nie przepadam za przylądkiem Punta Cana i podobnymi popularnymi regionami turystycznymi. Po czym dorzuciłem, iż rozumiem doskonale, że Dominikana potrzebuje takich miejsc. Obie kobiety spojrzały po sobie. Prawdopodobnie w przyszłości przemysł turystyczny rozprzestrzeni się na całe dominikańskie wybrzeże. Kraj czerpie znaczące dochody z luksusowych i ogromnych ośrodków wypoczynkowych typu all inclusive oraz organizowania wycieczek do tropikalnego raju dla przybyszy z Ameryki Północnej czy Europy. Poza tym turystyka daje pracę wielu Dominikańczykom. Chciałbym jednak wierzyć, iż Dominikana przynajmniej gdzieniegdzie wciąż pozostanie dziewicza.

Droga w Las Galeras kończy się w tym miejscu, gdzie zaczyna się najprawdziwszy raj... Chropowaty, ciemny asfalt ustępuje miejsca bieli piasku, na który łagodny cień rzucają rozłożyste, kokosowe palmy. W tej wiosce jeszcze kilka lat temu nic nie wskazywało na to, że zawitają tu liczni turyści. Dzisiaj osada wygląda już zupełnie inaczej, choć tutejsze przepisy zabraniają stawiania budynków wyższych niż najbliższe drzewo, co w zamyśle pomysłodawców ma nie zakłócać harmonii z naturą. Doceńmy więc ten fakt i po przybyciu natychmiast zakosztujmy kąpieli w tutejszej malowniczej zatoce – Bahía de Rincón, której krystalicznie czyste wody oblewają miejscowe brzegi. Czasem można odnieść tu wrażenie, że oto znaleźliśmy się na dominikańskim krańcu świata. Cóż, nie łatwo opuszcza się magiczne Las Galeras…

 

KARAIBSKI WYPOCZYNEK DLA RODZIN Z DZIEĆMI

Dominikana to wręcz wymarzony kierunek na wakacje z maluchami. Tutejsze ośrodki wypoczynkowe w formule all inclusive mają bardzo wysoki standard i gwarantują bezpieczny pobyt oraz mnóstwo atrakcji dla naszych pociech. Specjalnie z myślą o nich są przygotowywane we wszystkich obiektach tego typu m.in. różnorodne animacje, przedstawienia i koncerty, menu dziecięce, brodziki, usługi nianiek i lekarzy, a nawet przedszkola z wykwalifikowanymi opiekunkami, które zaopiekują się najmłodszymi gośćmi hotelowymi, gdy ich rodzice zapragną spędzić romantyczne chwile tylko we dwoje. Dominikańskie rajskie plaże to doskonałe miejsce na spokojny rodzinny wypoczynek i radosną zabawę z maluchami.    

Przykładowo w luksusowych ośrodkach all inclusive należących do sieci Bahía Príncipe Hotels & Resorts działają mini kluby dla dzieci od 4 do 12 lat (z podziałem na grupy wiekowe) noszące od niedawna nazwę Bahía Scouts (wcześniej znane jako Príncipito). W 5-gwiazdkowym kompleksie Grand Bahía Príncipe Bávaro Resort (obejmującym hotele Grand Bahía Príncipe Bávaro, Grand Bahía Príncipe Punta Cana i Grand Bahía Príncipe Premier) w tym sezonie zimowym oddano również do użytku dla naszych pociech nowy dziecięcy park wodny (to samo uczyniono zresztą w Meksyku na Riwierze Majów – w resorcie Gran Bahía Príncipe Riviera Maya). Kluby Bahía Scouts zapewniają każdego dnia pobytu liczne rozrywki dla najmłodszych, m.in. zajęcia na basenie, malowanie magicznych obrazów, szalone tańce na mini dyskotece, grę w minigolfa czy mini olimpiadę sportową na plaży. Wszystko po to, żeby niezapomniane chwile na rajskich Karaibach i Dominikanie mogły przeżyć całe rodziny, a rodzice mieli choć odrobinę czasu tylko dla siebie…     

 


 

Artykuły wybrane losowo

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Jordania – serce Bliskiego Wschodu

 

Ad_Dier3.jpg

Petra – Ad-Dajr, czyli Klasztor, wykuta w skale budowla z I w. n.e.

© JORDAN TOURISM BOARD

Hanna Sobczuk


Siedzę na tarasie hotelu i popijam słodką arabską herbatę. Podziwiam rude od promieni zachodzącego słońca skały skrywające Petrę, słynne miasto Nabatejczyków. To tylko jeden z moich ulubionych obrazów w Jordanii, która wielu osobom wydaje się nudna, bo sądzą, że na pustyni nie można znaleźć żadnych atrakcji. Ja jednak uważam, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej ekscytujących krajów na świecie. Nieraz już urzekł mnie swoją różnorodnością, otwartością i gościnnością.

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018