PAWEŁ SKAWIŃSKI

autor książki Gdy nie nadejdzie jutro

 

<< Żeby zrozumieć wielką różnorodność Indii, trzeba pojechać w Himalaje, wybrać się na trekking przez deszczowy, zielony Sikkim, spalony słońcem, pustynny Ladakh i żyzny, szafranowy Kaszmir. Odpowiedź na pytanie, co – mimo aż tylu rzucających się w oczy różnic – łączy mieszkańców tego fascynującego kraju, można znaleźć również na dalekim południu Półwyspu Indyjskiego – w iście baśniowej Kerali. >>

Hindusi wierzą, że ich bogowie wybrali Himalaje na swoją siedzibę. Tu mieszka Śiwa z małżonką Parwati („górską boginią”), tutaj bierze swój początek święty Ganges. W tym rejonie rozpowszechnił się głównie buddyzm, ale wciąż silny jest też hinduizm oraz islam. Wyznawcy tych trzech religii na przestrzeni wieków toczyli zaciekłe boje o najwyższe góry świata.

W tym wydaniu magazynu All Inclusive chciałbym zaprosić wszystkich miłośników subkontynentu indyjskiego (i nie tylko!) do odwiedzenia czterech niezwykłych regionów Indii: północno-wschodniego stanu Sikkim, himalajskiej krainy Ladakh, leżącego na północnym zachodzie Kaszmiru oraz Kerali nad Oceanem Indyjskim. Każdy z nich odsłoni przed swoimi gośćmi nowe, nieznane oblicze tego ogromnego południowoazjatyckiego państwa.

 

 Mały Nepal

Podróż do indyjskiego stanu Sikkim rozpoczynamy w stolicy Bengalu Zachodniego, dusznej Kalkucie – jednym z najbardziej zatłoczonych miast świata (na 1 km² żyje tu ok. 25 tys. osób!), z postkolonialną zabudową i atmosferą jak z poprzedniej epoki. Podążając dalej na północ, mijamy Dardżyling, kiedyś co prawda należący do księstwa Sikkim, ale brutalnie zagarnięty przez Brytyjczyków w XIX w. Tutejsze plantacje herbacianych krzewów ciągną się aż po horyzont, pokrywając grubym, gęstym dywanem łagodne wzgórza, na których zbiera się jeden z najlepszych gatunków herbaty na świecie. W końcu ciemnozielone pola przechodzą w ryżowe tarasy, ostro wcięte w strome zbocza. Nad całą krainą góruje Kanczendzanga (Kanczendzonga), trzecia co do wysokości góra naszego globu, gdzie w 1992 r. zginęła najwybitniejsza polska himalaistka, Wanda Rutkiewicz (1943–1992). Pięć wierzchołków tego masywu (najwyższy ma 8586 m n.p.m.) przez tutejsze ludy uznawanych jest za święte, tak jak Ararat przez Ormian albo Sagarmatha, czyli Mount Everest, przez Nepalczyków. Pierwsze ekspedycje z lat 50. XX w. zatrzymywały się kilka metrów przed szczytem, aby nie sprofanować tego miejsca i nie niepokoić górskich bogów, którzy potrafią się zemścić.    

FOT. WIKIPEDIA.COM/CARSTEN NEBEL

Kangchengyao (6889 m n.p.m.) w północnym Sikkimie

 

             Uczestnicy wypraw wspinaczkowych zdobywają najczęściej Goecha La (4940 m n.p.m.), skąd roztacza się najlepszy widok na świętą górę. Nieco trudności przysparza wyrobienie odpowiednich dokumentów – potrzeba osobnych pozwoleń na wjazd do stanu Sikkim i na same trekkingi. Warto wcześniej sprawdzić przepisy, ponieważ często się zmieniają, a miejscowe agencje turystyczne starają się czasami wykorzystać niewiedzę turystów. Wyprawę najlepiej zaplanować na okres między końcem września a początkiem listopada. Należy jednak pamiętać o tym, że ostatnio letnie monsuny bywają dosyć nieregularne i mogą się trochę przeciągnąć, a w Sikkimie są bardzo gwałtowne i towarzyszą im obfite opady deszczu. Trochę gorszym terminem wydają się miesiące przedmonsunowe – kwiecień i maj. Bardzo szybko robi się wtedy gorąco. Sam trekking pod Kanczendzangę stanowi wyprawę w inny świat. Malutkie górskie wioski i bujny, wilgotny las w niższych partiach, pełny rozkwitających na wiosnę rododendronów, sprawiają, że Sikkim z tej strony wygląda jak sąsiedni Nepal. Na tym podobieństwa zresztą się nie kończą. Mieszkańcy północnoindyjskiego stanu współdzielą z Nepalczykami kulturę, zwyczaje, a także język. Nepalski to lingua franca tego regionu i oficjalny język urzędowy. Podobnie przedstawia się również kwestia religii. Ponad 60 proc. Sikkimczyków wyznaje hinduizm, spopularyzowany w tym rejonie przez osiedlających się po tej stronie Kanczendzangi przybyszów z Nepalu.   

            Ten skrawek terytorium Indii (stanowiący kiedyś niezależne księstwo), wciśnięty między Nepal, Bhutan i Chiny, ze względu na swoje położenie miał zawsze duże znaczenie strategiczne. Przez przełęcz Nathu La (4310 m n.p.m.) prowadził niegdyś słynny jedwabny szlak do chińskiego imperium. Tędy można było dostać się do Lhasy w Tybecie albo do Bengalu, który jeszcze w XVIII w. uchodził za jedno z najbogatszych miejsc na ziemi. Nic dziwnego, że o kontrolę nad tą himalajską przełęczą krwawe boje toczyli Bhutańczycy i Nepalczycy oraz biali kolonizatorzy. Gdy Indie uzyskały w 1947 r. niepodległość, również marzeniem ich pierwszego premiera – Jawaharlala Nehru (1889–1964) – stało się włączenie małego księstwa Sikkim do nowego państwa. 

 

Niedostępny Ladakh

Jeszcze sto lat temu podróż przez Himalaje wyglądała zupełnie inaczej. Trwała tygodniami, a nawet miesiącami. W góry ciągnęli ludzie nieustraszeni, najbardziej zdeterminowani, najsilniejsi fizycznie i psychicznie. Tylko urodzeni liderzy potrafili przewodzić karawanom i to o nich krążyły legendy, o nich opowiadano barwne historie w przydrożnych tawernach. Droga do Ladakhu należała do najtrudniejszych w ówczesnym świecie. Nie bez powodu jedną z pierwszych bram na szlaku do tej niedostępnej krainy – Rohtang La (3979 m n.p.m.) – nazwano przełęczą czaszek. Nieraz podróżujących zaskakiwało w tej okolicy gwałtowne załamanie pogody i na wiosnę kolejni śmiałkowie odkrywali tutaj stosy ciał.

FOT. CHRIS CALDICOTT/SHAKTI TRAVEL

 

Ladakh - fragment buddyjskiej gompy (klasztoru)

 

                Dzisiaj do Ladakhu prowadzi asfaltowa, miejscami szutrowa droga, która jest jedną z najwyższych na świecie górskich tras samochodowych. Dwie tutejsze przełęcze – Lachalung La (5060 m n.p.m.) i Taglang La (5328 m n.p.m.) – znajdują się powyżej 5 tys. m n.p.m. Dłuższy pobyt na tej wysokości bez aklimatyzacji grozi śmiercią. Dlatego wzmocnione busy i samochody terenowe pokonują niemal 500-kilometrową trasę z Manali w stanie Himachal Pradesh do Leh (stolicy Ladakhu) w ekspresowym tempie ok. 17–20 godzin. To prawie cały dzień szalonej jazdy, podczas której co chwilę trzeba wymijać potężne ciężarówki jadące z ładunkiem do Ladakhu. Każdy manewr bywa ryzykowny. Często koła pojazdów buksują na krawędziach wąskiej drogi, nad kilkusetmetrowymi przepaściami. Zdarza się, że dwa samochody ciężarowe nie mieszczą się obok siebie i jeden z nich musi się wycofać do najbliższego zakrętu. Wtedy drugi kierowca, pełniący rolę pilota, wyskakuje z szoferki i – gwiżdżąc lub miarowo uderzając dłonią o karoserię – wydaje instrukcje prowadzącemu. Taki pomocnik jest niezbędny, ale i tak zdarzają się wypadki. Wystarczy spojrzeć w głąb niektórych przepaści – straszą w nich szkielety ciężarówek i autobusów.

FOT. CHRIS CALDICOTT/SHAKTI TRAVEL

Rafting na rzece Indus, w tle klasztor Thikse (Thiksey) koło Leh

 

            W przeszłości ludzie zazwyczaj wozili tędy towar do Leh, bramy do Tybetu. Współcześni podróżnicy odkryli Ladakhu bardzo późno, bo dopiero w latach 70. XX w. Znaleźli tu magiczną krainę pełną tajemnic, która wygląda jak z innego świata. W okolicach Manali znika gdzieś zieleń z doliny Kullu. Zamiast bujnych lasów Sikkimu są tylko majestatyczne, nagie góry mieniące się, w zależności od pory dnia, mnóstwem kolorów: od czerni i szarości po jasne, piaskowe żółcie, przechodzące w końcu w krwistą czerwień w czasie zachodu słońca.

            W zgodzie z surową przyrodą żyją tutaj buddyści. Mówi się, że Ladakh jest obecnie bardziej tybetański od Tybetu, gdzie podczas rewolucji kulturalnej Mao Zedonga (1893–1976) zniszczono setki klasztorów, które teraz się odnawia. Natomiast ten region, należący do Indii (wchodzący w skład stanu Dżammu i Kaszmir), uchronił się na szczęście przed dewastacją.

            Najbardziej okazały jest klasztor w Hemis. Mieszka w nim ponad setka mnichów. Warto też odwiedzić pobliskie Shey i Spituk oraz Stok. W każdym z tych kompleksów znajdziemy ogromne thanki, czyli malowidła na tkaninach przedstawiające Buddę. Wyznawcy buddyzmu modlą się przed nimi i medytują, dlatego wieszają je również w swoich domach. To chyba najbardziej oryginalna pamiątka z Ladakhu. Na głównym bazarze w Leh thanki oferuje sporo sklepów, ale polecam odwiedzić kilka, aby poznać ceny i przyjrzeć się jakości wykonania. Sprzedawcy zazwyczaj mówią, że ich zwoje zrobili starzy mnisi z klasztoru. Niestety, nie zawsze bywa to prawda.

            Ladakh słynie z pięknych tras trekkingowych i malowniczych jezior. Warto wybrać się m.in. do uroczej doliny Nubra („Dolina Kwiatów”) czy na kilkudniową wycieczkę do klasztoru Lamayuru (blisko Leh). Polecam także wyprawę jeepem nad wysoko położone jezioro Pangong Tso (4250 m n.p.m.). Co istotne, do tego regionu Indii można już dostać się samolotem – loty z Nowego Delhi do Leh odbywają się dość regularnie. Trzeba jednak pamiętać o ryzyku choroby wysokościowej, ponieważ stolica Ladakhu leży na ponad 3500 m n.p.m. 

 

Rajski Kaszmir

Za jeden z najstarszych klasztorów w Ladakhu uchodzi Alchi. Pochodzi najprawdopodobniej z początku XI w. i został zbudowany przez Rinchena Zangpo (958–1055). Ten słynny lama przybył z... Kaszmiru, który rzadko kojarzy się z buddyzmem. Obecnie dominuje w nim islam, ale w okolicy jeziora Dal w Śrinagarze znajdują się ruiny budynków wzniesionych na jeden z największych synodów buddyjskich.

            Takich niespodzianek czeka na nas w Kaszmirze znacznie więcej. Lalla (ok. 1320–1392) była mistyczką kaszmirskiej sekty uznającej Śiwę za jedynego boga. Jednocześnie inspirowali się nią sufiowie – mistycy islamscy. Doprowadziła ona do rewolucji obyczajowej – zwykła chodzić nago, aby udowadniać innym, że gorset rygorystycznych zwyczajów jest czymś powierzchownym, a ludzi należy oceniać takimi, jakimi są naprawdę.

            Często zdarza się, że właściciele indyjskich agencji turystycznych straszą porwaniami dokonywanymi przez kaszmirskich muzułmanów. Chodzi im głównie o sprzedanie oferty z innego mniej atrakcyjnego regionu lub wytworzenie poczucia zagrożenia u klienta, aby zdał się całkowicie na wszelkie sugestie agenta. Co prawda w Kaszmirze dosyć często dochodzi do protestów przeciw indyjskiemu rządowi, ale mają one charakter pokojowy. Na islam Kaszmirczyków duży wpływ wywarły tradycje buddyjskie i hinduistyczne. Co więcej, mieszkańcy tego regionu żyją z turystyki, więc podróżnicy nie muszą obawiać się o swoje zdrowie i życie. A Kaszmir ma naprawdę czym się pochwalić. Tutejszy krajobraz przypomina szwajcarskie Alpy. Z tą tylko różnicą, że w Europie nie zobaczymy pól złotego szafranu, ani jeziora Dal, gdzie cumują bogato rzeźbione, luksusowe łodzie-hotele.     

 

Bogowie Kerali

Hindusi i muzułmanie wadzą się w Kaszmirze, ale w Kerali każdego roku odbywa się święto obu religii. W miejscowości Erumeli, na południe od Koczin, wyznawcy hinduizmu modlą się w meczecie. Następnie muzułmanie idą do świątyni boga Ajjappana, którego serdecznym przyjacielem był islamski wojownik Wawar (Vavar). Według tradycji obaj, ramię w ramię, pokonali demona Mahisiego. Świąteczna procesja odwiedza też kościół. W tym czasie znikają religijne podziały.

Rozlewiska Kerali - rejs łodzią kettuvallam

 

                Coś jest takiego niezwykłego w Kerali, położonej na południowo-zachodnim wybrzeżu Indii, że jej mieszkańcy żyją ze sobą w pokoju. Może dlatego, że właśnie tutaj rozwinęła się w starożytności Ajurweda…? Esencję tej dziedziny medycyny naturalnej stanowi uzyskanie harmonii duszy i ciała. Odbywa się to m.in. poprzez zabiegi oczyszczania organizmu z toksyn, z użyciem olejów i ziół, oraz odpowiednią dietę (Keralczycy jedzą dużo ryb). Ludzie Zachodu powoli odkrywają piękno niezliczonych rozlewisk, jezior i rzek dziewiczej Kerali, które można zwiedzać, podróżując komfortowymi łodziami-domami. Zachwyca ich również bogactwo kuchni i smaków, wspaniała stara kultura oraz dobroczynne działanie Ajurwedy. Jednak najciekawsi są sami Keralczycy, potomkowie Drawidów, zepchniętych przez wrogie wojska z północy, kupców arabskich, rzymskich, a także żydowskich. To oni nazywają swoją malowniczą krainę „rajem wielu bogów”.

FOT. KERALA TOURISM

Kerala to ojczyzna najstarszej medycyny świata - Ajurwedy

 

Indie to bez wątpienia kraj pełen tajemnic, cudownych atrakcji, niezmiernie rozległy i różnorodny, choć większości Europejczyków znany głównie z produkcji bollywoodzkich. Planując podróż do tego fascynującego zakątka Azji, warto więc zastanowić się nad odwiedzeniem miejsc mniej popularnych, takich jak Sikkim, Ladakh, Kaszmir czy Kerala. Jeśli ich nie zobaczymy, nigdy nie będziemy mogli powiedzieć, że naprawdę wiemy, czym są Indie…    


 

Artykuły wybrane losowo

SŁOWENIA – ZIELONY ZAKĄTEK EUROPY

TOMASZ ŁUKASZEWICZ

<< Na tegorocznych XXII Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi słoweńscy sportowcy prezentowali się w strojach z elementami koloru zielonego. Podobnie było 2 lata wcześniej podczas letniej olimpiady w Londynie. I mimo iż nie ma tej zieleni na fladze Słowenii, każdy, kto choć raz zawitał w jej gościnne progi, wie, co zainspirowało projektantów… >>

Więcej…

Wszystkie odcienie Peru

IMG 20160616 174118594 HDR

Alpamayo magazyn Alpinismus ogłosił w 1966 r. najpiękniejszą górą świata

© PERU EXPEDITIONS TOURS

 

KAROLINA WUDNIAK

 

Peru to kraj kontrastów: zimna i gorąca, gór i oceanu, bogactwa i biedy, przeszłości i współczesności, bujnej zieleni wilgotnych lasów równikowych i suchych piasków pustyni. Mieni się kolorami tęczy. Ta wielka różnorodność zadziwia, zachwyca, a nawet wciąga na dłużej. Mnie wciągnęła na dwa pełne miesiące, a wciąż czuję, że to zdecydowanie za mało czasu, aby odkryć wszystkie jej odcienie.

 

Obecne tereny Peru setki lat wstecz zamieszkiwali Inkowie, którzy stworzyli całkiem rozległe imperium. Dzisiejszy kraj zajmuje powierzchnię niemal 1,3 mln km2 i jest trzecim największym państwem kontynentu po Brazylii i Argentynie. Od północy graniczy z Ekwadorem i Kolumbią, na wschodzie – z Boliwią i Brazylią, na południu – z Chile, a zachodnie wybrzeże oblewają wody Oceanu Spokojnego. Na obszarze Peru leżą wilgotne lasy dorzecza Amazonki i pustynia, wznoszą się sześciotysięczne szczyty oraz wspaniałe inkaskie ruiny i perły kolonialnej architektury. W tym pięknym kraju nie sposób się nudzić, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Turyści zwykle zaczynają tu zwiedzanie od Limy, peruwiańskiej stolicy. Stąd wyruszają później na poznawanie innych regionów Peru. Do wyboru mają wiecznie zielone lasy równikowe, majestatyczne Andy, suche płaskowyże, a nawet pacyficzne plaże.

 

004554 300

Pustynię w okolicy miasta Ica można przemierzać pojazdem typu buggy

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/WALTER HUPIU

 

Z WIZYTĄ W STOLICY

 

Lima jest jednym z największych miast w Ameryce Południowej, zamieszkuje ją ponad 10 mln osób. Ośrodek założył 18 stycznia 1535 r. hiszpański konkwistador Francisco Pizzaro (1478–1541) – miał służyć jako zaplecze do podboju imperium Inków. Od 1551 r. działa tutaj szkoła wyższa (Uniwersytet Świętego Marka – Universidad Nacional Mayor de San Marcos), najstarsza na kontynencie. Przez stulecia Lima była stolicą Wicekrólestwa Peru (w latach 1542–1821), a później Republiki Peru. Dziś jest szybko rozwijającą się metropolią, ale znajduje się w niej wiele zabytków z dawnych czasów. Historyczną część miasta z kolonialną zabudową wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wyróżniają ją przede wszystkim słynne limskie balkony – bogato i pięknie zdobione przykuwają uwagę przechodniów. Można je podziwiać podczas spaceru ulicami biegnącymi pomiędzy dwoma głównymi placami: Plaza Mayor de Lima (Plaza de Armas de Lima) i Plaza San Martín. Wokół obu wznoszą się wspaniałe zabytkowe obiekty. Przy pierwszym z nich stoi Katedra (Catedral de Lima), której budowę rozpoczęto w 1535 r., Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) i Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú), obecna oficjalna siedziba prezydenta kraju. Oczywiście, budynki ozdabiają balkony. Przy drugim placu warto zwrócić uwagę na Gran Hotel Bolívar, a w szczególności jego wnętrze i wspaniałą witrażową kopułę. Miłośnicy sztuki sakralnej nie powinni przegapić również stojącej nieopodal Pałacu Rządu Bazyliki św. Franciszka wraz klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco). Z kolei poszukiwacze polskich śladów za granicą muszą zajrzeć do pobliskiego Domu Literatury Peruwiańskiej (Casa de la Literatura Peruana) mieszczącego się w budynku dawnego dworca (Estación de Desamparados). Jedną ze ścian zdobi w nim tablica poświęcona Ernestowi Malinowskiemu (1818–1899) – polskiemu inżynierowi i budowniczemu Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central del Perú).

 

Kolejnym tutejszym rejonem popularnym wśród turystów jest pełen hoteli, hosteli, restauracji i sklepów dystrykt prowincji Lima – Miraflores. Można tutaj kupić sweter z wełny z lamy lub alpaki, plecaki w inkaskie wzory, torebki, dywany, buty, portfele i co tylko dusza zapragnie. Jednak należy zdawać sobie sprawę z tego, że na spacer po targowiskach przy alei Abela Bergasse’a du Petita Thouarsa (Avenida Petit Thouars) potrzeba sporo czasu, dużo silnej woli, umiejętności negocjacyjnych, cierpliwości i… pieniędzy. Po opuszczeniu tego świata andyjskich kolorów najlepiej poszukać wytchnienia nad oceanem. Trasy spacerowe przy Circuito de Playas ciągną się kilometrami. Rozpościera się z nich doskonały widok na surferów walczących z falami. Warto przyjrzeć się rzeźbom w Parku Miłości (Parque del Amor), a na kolację wybrać się do dystryktu Barranco charakteryzującego się piękną i stonowaną XIX-wieczną architekturą, drogimi restauracjami z wymyślnymi daniami kuchni peruwiańskiej i modnymi kawiarniami.

 

011315 300

Promenada Malecón de Miraflores w Limie biegnie niemal na skraju klifów

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/MIGUEL CARRILLO

 

W SERCU TROPIKALNEGO LASU

 

Stolica Peru jest dobrą bazą wypadową do różnych części kraju, w tym do tych trudno dostępnych, jak choćby największe na świecie miasto, do którego nie można dojechać drogą lądową – Iquitos. Najłatwiej dostać się do niego samolotem z Limy, ale najłatwiej wcale nie musi oznaczać najciekawszej formy podróżowania. Inną możliwość stanowi rejs jednym ze statków, które wyruszają z miast Yurimaguas i Pucallpa. Z tego pierwszego płynie się do Iquitos dwa i pół dnia, z drugiego – trzy dni. Powolna podróż pozwala obserwować z pokładu życie rzek Marañón (z Yurimaguas) i Ukajali (z Pucallpy) oraz Amazonki, do której oba dopływy dołączają przed miastem. Taki rejs zdecydowanie nie należy do szczególnie komfortowych, ale może być ciekawą przygodą. Alternatywą dla niego jest lot do Iquitos i kilkudniowa wycieczka po Amazonce na pokładzie jednej z luksusowych i pełnych atrakcji łodzi (należących np. do Delfin Amazon Cruises czy Aqua Expeditions). To idealne rozwiązanie dla turystów spragnionych wrażeń, którzy jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody. Warto zdecydować się na wyprawę po rzece, bo wschody i zachody słońca w jej rejonie należą do najwspanialszych na świecie. Poza tym to dobry pomysł na odcięcie się od codzienności.

 

Amazonia, zajmująca północno-wschodnią część Peru (ok. 60 proc. powierzchni kraju), jest pięknym i egzotycznym regionem, w którym króluje dzika i nieokiełznana natura. W bezpośredni z nią kontakt można wejść zarówno podczas rejsu po rzece, jak i w trakcie wędrówki po lesie deszczowym. Kilka nocy spędzonych w domku oddalonym od cywilizacji, położonym w samym sercu zielonej gęstwiny również dostarcza sporo wrażeń. Już w Iquitos, w ośrodkach ratowania zwierząt spotkamy mieszkańców królestwa przyrody, np. małpy, manaty, krokodyle czy kolorowe motyle. W ukrytym w selwie mieście żyje na co dzień ponad 450 tys. osób. W centrum znajdziemy wiele pięknych, choć mocno nadgryzionych zębem czasu, budynków z okresu tzw. boomu kauczukowego, czyli przełomu XIX i XX w., kiedy Europejczycy zaczęli na masową skalę pozyskiwać kauczuk w Amazonii. Jeden z najsłynniejszych obiektów stoi na głównym placu Iquitos, Plaza de Armas, i nazywa się Dom z Żelaza (Casa de Fierro). Miał go podobno zaprojektować sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w Paryżu w 1889 r. Jeden z potentatów kauczukowych kupił budynek, rozebrał i przetransportował właśnie tutaj. Z tego odciętego od świata miasta najlepiej jednak szybko uciekać. Tutejsze lepkie, wilgotne i gorące powietrze sprawia, że zaczyna się marzyć o chłodniejszym klimacie górskich szczytów. Akurat w Peru nietrudno to marzenie spełnić. Wystarczy wybrać się w inną część kraju.

 

WŚRÓD SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

To właśnie ta wielka różnorodność zachwyca w Peru. Z głośnego, wonnego i bujnego lasu deszczowego można bez problemu przenieść się do surowej krainy strzelistych, śnieżnych gór. Do najpiękniejszych pasm peruwiańskich Andów należy Kordyliera Biała (Cordillera Blanca). Ciągnie się przez prawie 200 km, a swoją nazwę zawdzięcza zawsze ośnieżonym kilkunastu sześciotysięcznikom i kilkudziesięciu pięciotysięcznikom. W paśmie jest również ponad 720 lodowców. Najwyższy szczyt Kordyliery Białej, a zarazem całego Peru, Huascarán, mierzy 6768 m n.p.m. Każdy, kto chociaż raz oglądał jakiś film wyprodukowany przez Paramount Pictures, widział też górę Artesonraju (6025 m n.p.m.), której sylwetka widnieje w logo amerykańskiej wytwórni (przynajmniej tak twierdzą niektórzy). Miłośnicy górskich wędrówek z całego świata przyjeżdżają do 130-tysięcznego miasta Huaraz, stanowiącego dobrą bazę wypadową na większość tras, także na te w sąsiedniej Kordylierze Czarnej (Cordillera Negra). Szlaki mają różny poziom trudności. Do najbardziej popularnych wypraw należą jednodniowa wycieczka do zniewalającego błękitem polodowcowego jeziora Laguna 69, kilkudniowy trekking Santa Cruz oraz ok. 12-dniowy trekking Cordillera Huayhuash, ale możliwości jest zdecydowanie więcej. Mniej doceniane, ale również ciekawe i trochę łatwiejsze trasy znajdują się w Kordylierze Czarnej, z której rozpościera się niezwykły widok na Kordylierę Białą. Te ośnieżone góry to jedno z moich ukochanych miejsc w Ameryce Południowej, do którego z pewnością jeszcze wrócę.

 

PERUWIAŃSKIE SPECJAŁY

 

Nie można pisać o Peru i nie poruszyć tematów kulinarnych. Dlaczego? Bo tutejsza kuchnia uchodzi za najlepszą w Ameryce Południowej, i to zasłużenie, ponieważ jest wyjątkowo różnorodna. Miejscowe przepisy zasiliły m.in. chińskie, japońskie, hiszpańskie, francuskie i włoskie wpływy. Dzięki temu dziś można wybierać wśród wielu dań z ryb, wołowiny, kurczaka, kukurydzy, ziemniaków czy kwinoi, nazywanej peruwiańskim ryżem lub komosą ryżową. Na pobudzenie apetytu polecam pisco sour, czyli narodowy koktajl Peru. Pisco to destylat powstały z winogron przy okazji produkcji wina, jest dość mocny. Cieszy się podobną popularnością w Peru i Chile i od lat oba kraje toczą spór o to, kto pierwszy zaczął produkować ten trunek. Kwestia – oczywiście – pozostaje nierozstrzygnięta, ale to nie powinno przeszkadzać w degustacji. Kiedy pisco zmiesza się z sokiem z limonek i gorzkim likierem angostura oraz przykryje pianą ubitą z białek jajek, powstaje pisco sour. Ten drink wypić można prawie w każdym pubie i restauracji w kraju, ale żeby zobaczyć, jak produkuje się sam alkohol, trzeba wybrać się na pustynię, w okolice miasta Ica.

 

POŚRÓD PIASKÓW PUSTYNI

 

Mikroklimat regionu Ica umożliwia uprawę winogron, z których wytwarza się mało popularne peruwiańskie wina i uwielbiane pisco. Trunki te powstają kilkanaście kilometrów na północ od wspomnianego miasta. Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów na zachód od Iki, żeby znaleźć się na pustyni, a dokładniej w oazie Huacachina – świetnym miejscu na odpoczynek i uprawianie nietypowych aktywności. Lokalne agencje oferują tutaj przejażdżki po pustynnych wydmach pojazdem rodem z filmu Mad Max, tzw. buggy, oraz sandboarding, czyli nic innego jak zjeżdżanie na specjalnie przygotowanej desce po piasku, przypominające snowboarding i akrobacje na śniegu. Wcale jednak nie trzeba umieć jeździć na snowboardzie, żeby spróbować tej rozrywki. Z większości desek da się korzystać… w pozycji leżącej. Wystarczy się położyć lub usiąść, złapać za przymocowane uchwyty i zjechać z piaszczystego zbocza. Zachód słońca nad tymi wydmami jest przepiękny! Złotopomarańczowe światło tańczące na pustynnym piasku tworzy cudowne wzory. Stąd można wybrać się do Paracas, ponad 70 km na północny zachód od miasta Ica, i wsiąść na jedną z łodzi płynących na wyspy Ballestas (Islas Ballestas), żartobliwie zwane przez niektórych Galapagos dla ubogich, a to dlatego, że na terenie miejscowego rezerwatu żyją pingwiny Humboldta, kotiki południowe, uchatki patagońskie i inne zwierzęta, które trudno spotkać w pozostałych rejonach Peru.

 

Z kolei na południe od Iki znajduje się wielka gratka dla miłośników tajemniczych zjawisk. Mowa tu o słynnych liniach i rysunkach naziemnych w okolicy miasta Nasca (Nazca). W niektórych kręgach te geoglify uznawane są za znaki pozostawione przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Jednak naukowcy przypisują ich autorstwo ludowi z kultury Nazca. Linie oraz rysunki zwierząt i roślin pokrywają obszar ok. 450 km2. Powstawały pomiędzy 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Według opracowań naukowych peruwiańskie geoglify mogły mieć znaczenie religijne lub służyły za kalendarz astronomiczny. Żeby zobaczyć je w całości, trzeba odbyć lot niewielką awionetką.

 

NA DNIE KANIONU

 

Dalej na południe od Naski leży 900-tysięczna Arequipa, drugie największe po względem liczby ludności miasto Peru. Powstała w 1540 r., była ważnym ośrodkiem ekonomicznym w czasach kolonialnych, a w latach 1835–1883 pełniła funkcję stolicy kraju. Jej historyczny rejon został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i zachwyca piękną architekturą. Centralny plac miasta, Plaza de Armas, warto obejść zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy wszystkie budynki są ładnie podświetlone. Uwagę przykuwa tu neorenesansowa Katedra (Catedral de Arequipa), odbudowana w XIX w. po niszczycielskim pożarze z grudnia 1844 r. Kilka ulic dalej stoi wielki Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), założony w drugiej połowie XVI stulecia, którego wnętrze kryje kolorowe dziedzińce, arkady, fontanny i dużo zieleni. Historyczne centrum jest idealne na spacer, a sama Arequipa będzie przyjemnym przystankiem po drodze do kanionu Colca. To jedna z najgłębszych tego typu dolin na świecie. Jej ściany wznoszą się po południowej stronie do 3600 m nad poziom rzeki, a po północnej – nawet do 4160 m. Ma długość ok. 120 km. Kanion rzeki Colki po raz pierwszy przepłynęli kajakami Polacy w 1981 r. Na turystów, którzy schodzą na jego dno, czeka zupełnie inny świat. Bujna zieleń mocno kontrastuje z surowymi, skalistymi zboczami. Poza tym w okolicy znajdują się także cudownie orzeźwiające baseny w oazie Sangalle i źródła wód termalnych w Llahuar. Przy temperaturach, jakie panują w kanionie, marzenie o zimnej kąpieli towarzyszy każdemu od pierwszych kroków trekkingu. Zejście do Sangalle można zaplanować na jeden dzień, ale do wyboru jest też dłuższa, dwu- lub trzydniowa wycieczka, której trasa wiedzie z doliny inną ścieżką. Cañón del Colca stanowi również dobre miejsce do obserwowania kondorów wielkich – masywnych i majestatycznych ptaków zamieszkujących Andy. Jeśli komuś nie uda się wypatrzeć ich podczas trekkingu, powinien w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymać się na tarasie widokowym Cruz del Cóndor, przy którym często się pokazują.

 

W ŚWIECIE INKÓW

 

022330 300

Machu Picchu to arcydzieło sztuki, urbanistyki, architektury i inżynierii

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/PILAR OLIVARES

 

Nie można być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu. Inkowie rozpoczęli budowę miasta w połowie XV w., ale jej nie dokończyli. Mniej więcej 100 lat później w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach opuścili Stary Szczyt, jak tłumaczy się nazwę Machu Picchu. W tym wyjątkowym miejscu najbardziej zachwyca jego położenie – miasto założono wysoko w górach, pośród bujnie porośniętych zboczy. Inkowie ukryli je bardzo skutecznie – dopiero amerykański naukowiec Hiram Bingham III w 1911 r. odnalazł ośrodek. Badacz podczas wyprawy dotarł także do innych ruin dawnego inkaskiego imperium. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję pełniło Machu Picchu. Naukowcy spekulują o jego roli sakralnej i badawczej, niektórzy są zdania, że był to swojego rodzaju resort dla elit społeczeństwa. Zbudowano je na dwóch poziomach, z oszlifowanych, idealnie pasujących do siebie granitowych bloków. Wyżej znajdowały się królewskie grobowce, Pałac Królewski, Świątynia Trzech Okien i Świątynia Słońca. Na niższym poziomie powstała dzielnica mieszkalna i warsztaty. Tereny uprawne wkomponowane zostały w strome zbocza góry. Machu Picchu miało swój własny system doprowadzania wody z kamiennych zbiorników do różnych części miasta oraz okolicznych pól. Ośrodek rozciąga się pomiędzy dwoma szczytami – Huayna Picchu (Wayna Pikchu, czyli Młodym Szczytem, ok. 2720 m n.p.m.) i Machu Picchu (3082 m n.p.m.). Na oba można wejść, żeby podziwiać całą okolicę. Ze szczytów rozpościerają się jedne z tych widoków, które zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na długo. Są one zdecydowanie warte wysiłku, który trzeba włożyć, aby pokonać strome podejście, choć w trakcie wspinaczki nie jest to wcale tak oczywiste. W 1983 r. Machu Picchu umieszczono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, a w 2007 r. biorący udział w głosowaniu internauci wybrali je jednym z 7 Nowych Cudów Świata. Miasto rocznie odwiedza mniej więcej 1,2 mln turystów. Gdyby nie wprowadzone kilka lat temu dzienne limity zwiedzających, zostałoby całkowicie zadeptane.

 

Do Machu Picchu nie tak łatwo się dostać. Z Cusco (Cuzco), dawnej stolicy inkaskiego imperium, jedzie się do Ollantaytambo w tzw. Świętej Dolinie Inków (Valle Sagrado de los Incas), skąd pociągiem PeruRail dociera się do Aguas Calientes – bazy noclegowej pod Starym Szczytem. Stąd często odjeżdżają małe autobusy dowożące turystów pod wejście do zaginionego miasta, ale można też dojść o własnych siłach dość stromym podejściem. Warto wstać w nocy, żeby pojechać jednym z pierwszych autobusów. Poranne złote promienie słońca lub wprowadzające mistyczną atmosferę chmury przeplatające zbocza dodają Machu Picchu nieodpartego uroku. Inną możliwością dotarcia do inkaskiego ośrodka jest dwu- bądź czterodniowy trekking trasą zwaną Camino Inca (Inca Trail). Prowadzi ona przez Świętą Dolinę Inków i okoliczne przełęcze. To jeden z najbardziej obleganych szlaków trekkingowych na świecie. Ze względu na ten fakt oraz wprowadzone przez władze limity (podobnie jak w przypadku wejścia na teren Machu Picchu) wyprawę Drogą Inków należy rezerwować z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Alternatywę dla tej trasy stanowi Salkantay Trek z nielimitowanym wstępem. Wycieczkę tym szlakiem można wydłużyć o dojście do Aguas Calientes i Machu Picchu.

 

Niezależnie od wyboru drogi, każdy turysta najpierw trafia zwykle do Cusco. Miasto to było inkaską stolicą od XIII do XVI w. i zachowało się w nim sporo pozostałości architektonicznych z tych czasów. Piękne historyczne centrum, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w tym samym roku co Machu Picchu, zatrzymuje przyjezdnych w swoich objęciach na kilka dni. I bardzo dobrze, bo Cusco leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., a zatem jest odpowiednim miejscem na aklimatyzację przed wyjściem na jeden z wielu szlaków w okolicznych Andach. Ten czas można wykorzystać na zwiedzanie miasta. Na uwagę zasługują pozostałości inkaskich murów, Katedra (Catedral del Cusco), Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) czy liczne muzea z cennymi eksponatami sztuki prekolumbijskiej. Ciasne, strome, kamienne uliczki idealnie nadają się na spacery, a rozświetlony wieczorem główny plac – Plaza de Armas – odcina się na tle okolicznych wzgórz i gór. Cusco jest także dobrym miejscem na odkrywanie peruwiańskich smaków. Mnogość restauracji i kawiarni pozwala docenić tutejszą kuchnię. Bez większego trudu można znaleźć tu potrawy z mięsa lamy czy alpaki, których zdecydowanie warto spróbować podczas pobytu w Andach. Polecam też zakupienie wyrobów z wełny z alpaki (np. swetrów, czapek, szali), które są przydatną i piękną pamiątką. Na lokalnym targu dobrze również zaopatrzyć się w liście koki – sporządzony z nich napar wspomaga aklimatyzację i osłabia objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche). Tak przynajmniej mawiają miejscowi, którzy nałogowo popijają taki napój i żują same liście. Nawet jeśli to nieprawda, wciąż warto spróbować herbaty z koki, bo smakuje naprawdę wybornie. Pamiętać jednak trzeba, żeby pić ją jedynie na miejscu, bo wywożenie rośliny za granicę jest nielegalne.

 

MODŁY DO DUCHA GÓR

 

Po zwiedzaniu i aklimatyzacji przychodzi pora na wybór szlaku. Popularnością cieszy się wspomniany klasyczny pięciodniowy Salkantay Trek w paśmie Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba), trasa na Ausangate w paśmie Vilcanota (Cordillera de Vilcanota) oraz jednodniowa wycieczka pod górę Vinicunca (zwaną Tęczową Górą lub Górą Siedmiu Kolorów, 5200 m n.p.m.). Ausangate jest piątym najwyższym szczytem Peru (6384 m n.p.m.) i mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go Apu Ausangate. W mitologii inkaskiej apu znaczy „duch gór”, „bóg gór”. To właśnie do niego wznoszą prośby, kierują podziękowania i jemu składają ofiary. On odpowiada za dobrą lub złą pogodę, deszcze nawadniające nieliczne pola uprawne i suszę niosącą głód. Legenda mówi, że Ausangate był bratem Salkantaya (Salkantay to najwyższy szczyt pasma Vilcabamba, 6271 m n.p.m.) i razem mieszkali w Cusco. Po jednej z susz rozdzielili się, aby uratować miasteczko od głodu. Salkantay poszedł na północ. Znalazł lasy, zakazaną miłość Veróniki (góra Verónica mierzy 5682 m n.p.m.), a tym samym problemy. Ausangate z kolei wyruszył na południe, gdzie odkrył ziemię bogatą w ziemniaki i kukurydzę oraz pasące się alpaki. Dzięki temu ocalił mieszkańców Cusco przed głodem. Zarówno trekking przy górze Salkantay, jak i wyprawa wokół Ausangate stanowią ciekawe uzupełnienie wizyty w zachwycającym Machu Picchu.

 

Niesamowite w Peru jest to, że w ciągu jednego urlopu można wylegiwać się na słońcu nad Oceanem Spokojnym, spędzić dzień na pustyni i kilka dni w wiecznie zielonym lesie deszczowym, podziwiać z bliska ośnieżone szczyty sześciotysięczników, poznawać bogatą historię imperium Inków, zejść na dno głębokiego kanionu, a na dokładkę przepłynąć się królową rzek – Amazonką. Po powrocie do domu zazwyczaj zaczyna się marzyć o kolejnej wizycie w tych stronach, bo wymienione przeze mnie atrakcje to zaledwie część tego, co nas tutaj czeka. Peru wciąga i rozbudza chęć poznawania kolejnych miejsc i powrotu do tych już poznanych. Dlatego wyruszenie w ponowną podróż do tego kraju stanowi tylko kwestię czasu.

 

Wyspy Kanaryjskie – archipelag dla aktywnych

4442.jpg

Ruta de los Volcanes na La Palmie

©TURISMO DE CANARIAS/SAÚL SANTOS


JOANNA CYBULSKA-MIKA

www.wyspy-szczesliwe.pl

 

Choć Wyspy Kanaryjskie według statystyk uchodzą głównie za krainę słońca i pięknych plaż, są także świetnym miejscem na aktywny wypoczynek w różnorodnej formie. Sprzyjają mu utrzymująca się cały rok wiosenna pogoda i znakomite tereny do uprawiania rozmaitych sportów, w tym wiele parków – 4 narodowe, 11 naturalnych i 7 krajobrazowych, które swoimi obszarami obejmują łącznie ok. 40 proc. powierzchni archipelagu. W pobliżu niemal każdego hotelu bez trudu da się wypożyczyć rower czy deskę surfingową. Na turystów czeka również rozbudowana sieć tras pieszych i rowerowych, mnóstwo ośrodków zatrudniających wykwalifikowanych instruktorów sportowych oraz otwarte imprezy z zakresu różnych dyscyplin.

Więcej…