ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

 

W styczniu w Polsce zazwyczaj sypie gęsty śnieg, a temperatura spada poniżej 0°C. W Kenii natomiast w tym czasie panuje pora sucha. Do kenijskiej stolicy – Nairobi – przybywamy nocą, bo duża część linii lotniczych oferuje loty międzykontynentalne właśnie w godzinach nocnych. Na lotnisku czeka na nas Jeff. Będzie nam towarzyszył podczas całej podróży. Zawozi nas małym busem do hotelu w centrum Nairobi. Na drzewach rosnących wzdłuż drogi śpią ibisy i wielkie marabuty. Mijamy również kilka pomników słoni. Gdzieniegdzie zauważam ciemne sylwetki zwierząt majaczące w mroku…

 

Nairobi – nowoczesna metropolia

Rankiem budzą nas ptaki, które śpiewają za oknem. Zwiedzanie Kenii zaczynamy od Nairobi. Nad tym nowoczesnym i czystym miastem góruje kilka wysokich wieżowców. Na jednym z nich – Kenyatta International Convention Centre (KICC), oprócz lądowiska dla helikopterów, znajduje się znakomity punkt widokowy. Wypatrujemy z niego Parku Wolności (w języku suahili Uhuru Park). Niedługo potem zatrzymujemy się w nim na krótki odpoczynek. Popijając coca-colę (którą w Afryce kupimy prawie wszędzie), obserwujemy orły szybujące nad tutejszym jeziorem.

Na kolację udajemy się do restauracji Carnivore w centrum stolicy. Ze względów bezpieczeństwa przed wjazdem na teren obiektu samochód sprawdzany jest wykrywaczem bomb. Na miejscu za 35 dolarów możemy najeść się do syta. Do wyboru mamy różne rodzaje mięsa z grilla, z których próbujemy indyka, kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, strusia, krokodyla i barana. Rząd kenijski wprowadził w 2004 r. zakaz sprzedaży mięsa dzikich zwierząt. Dlatego, żeby sprawdzić, jak smakuje potrawa z elanda, kudu, guźca czy zebry, musimy udać się do RPA lub Namibii. W Kenii za najbardziej egzotyczne pozycje z menu uchodzą specjały ze strusia i krokodyla oraz bycze jaja.

Warto wspomnieć, że lokalnymi środkami płatniczymi są zarówno szylingi kenijskie, jak i dolary amerykańskie. Trzeba tylko pamiętać, że banknoty powinny być nowe i o dużych nominałach (najlepiej studolarowe), bo starszych niż 5-letnie nikt nie chce przyjmować. Na potrzeby drobniejszych zakupów lepiej wymienić dolary w jednym z licznych kantorów albo skorzystać z bankomatów. Organizację safari lub trekkingu opłacimy już jednak tylko walutą amerykańską.

 

Masyw Kenia – śnieg na równiku

Następnego dnia wyruszamy z Jeffem w stronę drugiego najwyższego szczytu Afryki (po Kilimandżaro) – Kenii (5199 m n.p.m.). Z Nairobi do Parku Narodowego Góry Kenia (Mount Kenya National Park) wyjeżdżamy autostradą z trzema pasami ruchu w każdą stronę. W rzeczywistości obok siebie porusza się tu tyle pojazdów, ile mieści się na całej szerokości jezdni. W niektórych miejscach brakuje również asfaltu. Z każdym kilometrem droga staje się coraz węższa. Wokół nas rozpościera się charakterystyczna czerwona afrykańska ziemia. W oddali dostrzegamy ośnieżone wierzchołki wulkanu Kenia. Mijamy równik i po 3 godz. docieramy do bramy parku narodowego. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – my wybraliśmy Sirimon Route.

FOT. ROBERT GONDEK

Dolina Mackindera z endemicznymi senecjami

 

Zdobycie najwyższego punktu Kenii, w przeciwieństwie do leżącego ok. 400 km na południe Kilimandżaro, wymaga – niestety – umiejętności wspinaczkowych. Na szczęście masyw posiada kilka wierzchołków. Dwa najwyższe z nich (Batian – 5199 m n.p.m. i Nelion – 5188 m n.p.m.) zostawiamy doświadczonym alpinistom, a sami wybieramy trzeci w kolejności – Point Lenana (4985 m n.p.m.) – idealny na trekking. Aby wejść na jego szczyt, wystarczy w miarę dobra kondycja i odporność na zmiany wysokości. Przed nami 4-dniowa wędrówka z przewodnikiem, tragarzami i kucharzem. Pierwszego dnia już zaledwie po 3 godz. zatrzymujemy się na wysokości 3300 m n.p.m. w Old Moses Hut, niewielkiej chacie z kilkoma pokojami. Znajdują się w niej po 4 piętrowe łóżka i przewiewne okna, dzięki którym do środka wciąż wpada świeże powietrze. Drugiego dnia wędrujemy przez jedną z najpiękniejszych kotlin Afryki – Dolinę Mackindera (Mackinder Valley). Ciągnie się ona przez kilka kilometrów, a ponieważ górskie zbocze osłania ją przed chłodnym wiatrem, panuje tutaj 30-stopniowy upał. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu jest drzewiasta endemiczna roślina z rodziny astrowatych, senecja (Senecio keniodendron, Dendrosenecio keniodendron). W oddali bieleje samotny szczyt – cel naszej wyprawy. Do Shipton’s Camp – kolejnej bazy noclegowej – docieramy po ok. 7 godz. Przed nami wznoszą się już tylko trzy najwyższe wierzchołki Kenii, wszystkie pokryte śniegiem.

FOT. ROBERT GONDEK

 

Ostatnie 200 m na Point Lenana to śnieg i lód

 

Aby zdążyć na wschód słońca, wyruszamy nocą. Tysiące gwiazd oświetla nam drogę. Termometr wskazuje -15°C, ale nie czujemy chłodu, gdyż jesteśmy mocno podekscytowani. Kiedy pokonujemy przełęcz nad jeziorem Harris Tarn, naszym oczom ukazuje się prawdziwie marsowy krajobraz – wschodzące słońce zabarwia na pomarańczowo skały i śnieg. Zostało nam jeszcze ostatnie podejście i 200 m do celu. Trzymamy się łańcuchów, wchodzimy po klamrach zamontowanych na zboczu. Nagle ponad nami pojawia się blaszana kenijska flaga z nazwą wierzchołka (Point Lenana) i jego wysokością. Kenia została zdobyta! Dookoła rozpościera się rozległa panorama z dominującym w tle zarysem Kilimandżaro.

FOT. ROBERT GONDEK

Masyw Kenia - wierzchołek Point Lenana

 

Niestety, przenikliwy wiatr zmusza nas do szybkiego opuszczenia szczytu. Wracamy drugą stroną przełęczy. Otoczenie się zmienia. Zachwyca tutaj zieleń i liczne malownicze jeziorka. Potężna Dolina Wąwozów (Gorges Valley) wywiera na nas ogromne wrażenie. Po ponad 13 godz. wędrówki docieramy do Meru Mount Kenya Lodge. Musimy jednak uważać na słonie, które często zatrzymują się w tej okolicy na odpoczynek. Zmęczeni świętujemy nasz sukces butelką piwa Tusker i coca-colą.

Czwartego dnia ostatni raz podziwiamy z oddali dobrze nam znaną sylwetkę masywu. To już prawie koniec trekkingu. Czeka nas tylko krótki przemarsz przez bambusowy las i kilkunastokilometrowa przejażdżka samochodem terenowym do Chogorii, a stamtąd powrót do Nairobi.

 

Park Narodowy Nairobi z widokiem na wieżowce

Po intensywnym trekkingu zasłużyliśmy na odpoczynek podczas safari na terenie kenijskich parków narodowych. Na początek wybieramy Park Narodowy Nairobi (Nairobi National Park). Wyprawę po nim rozpoczynamy z samego rana. Im dalej się zapuszczamy, tym więcej stad zebr, antylop i gazeli spotykamy po drodze. Lwy leżą wśród wysokich traw, a pojedyncze guźce biegają między nimi. Grupa nieśpiesznie spacerujących bawołów złowrogo spogląda na nas spod swoich rogów. Cały czas widzimy w oddali wieżowce Nairobi… Ten park ma tę zaletę, że znajduje się w pobliżu stolicy, co pozwala spędzić kilka godzin wśród dzikich zwierząt bez konieczności pokonywania dużych odległości. Jednak jeśli chcemy zobaczyć słonie, musimy odwiedzić inne obszary chronione w Kenii.     

Jeff zawozi nas nad rzekę. W towarzystwie uzbrojonego w karabin parkowego strażnika idziemy przejść się wzdłuż brunatnej rzeki w poszukiwaniu hipopotamów nilowych. Spotykamy jedynie dużych rozmiarów żółwie, krokodyla i małpy. Nasz opiekun pokazuje nam ślady wielkiego węża, drzewo, na którym dzień wcześniej odpoczywał lampart, a także ścieżkę nosorożców oraz wypatrywanych przez nas hipopotamów. Te ostatnie, aby wrócić do rzeki po spacerze wśród zarośli, ześlizgują się do wody po zbyt stromym dla nich do schodzenia brzegu. Widok tego olbrzymiego ssaka zjeżdżającego na brzuchu po błocie musi być naprawdę komiczny… Nasza wizyta w Parku Narodowym Nairobi nie trwa zbyt długo, gdyż nie zajmuje on dużego terenu (ok. 117 km²). Prawdziwe afrykańskie safari dopiero przed nami!

 

Z kamerą wśród zwierząt w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

Stoimy obok samochodu terenowego i nerwowo rozglądamy się dookoła… Pamiętamy o tym, że najważniejsza zasada dotycząca bezpieczeństwa podczas wypraw po parkach narodowych Afryki mówi, że uczestnikom safari nie wolno opuszczać pojazdu. Jeff jednak spokojnie rozkłada koc na kamieniu i przygotowuje lunch, czyli kanapki z pysznym bananowym dżemem, słodkimi patatami, arbuzem i marakują. Zjadamy je, nie oddalając się od samochodu, i wpatrujemy się ciekawie w grupę szybujących sępów. Krążą nad jakimś punktem po drugiej stronie rzeki. Zapewne czekają, aż lwy skończą swoją ucztę. A może rozglądają się dopiero za odpowiednim posiłkiem? Staramy się o tym nie myśleć…

Rezerwat Narodowy Masai Mara (Maasai Mara National Reserve) to przedłużenie Parku Narodowego Serengeti, leżącego na terytorium sąsiedniej Tanzanii. Podczas corocznej Wielkiej Migracji setki tysięcy zebr i antylop gnu oraz innych ssaków kopytnych przemierza ten rejon w poszukiwaniu pożywienia i wody. Ten niesamowity spektakl przyrody, znany wszystkim z wielu filmów przyrodniczych, przyciąga w te strony tłumy podróżników z całego świata.

FOT. ROBERT GONDEK

Para zebr w Masai Mara

 

Nagle Jeff w pośpiechu zbiera wszystko i wracamy do samochodu. Po chwili orientujemy się, co się stało. Okazało się, że stado słoni przechodzi obok nas, aby przeprawić się na drugi brzeg. Resztę trasy pokonujemy, wyglądając jedynie przez otwarty dach naszej terenówki. W pewnym momencie drogę przecina nam szakal niosący w pysku nogi niewielkiej antylopy. Spotykamy kolejne stada zebr i pojedyncze żyrafy. Nie mamy szczęścia tylko do nosorożca czarnego. Populacja tych zwierząt jednak dopiero się odbudowuje. Gdy wieczorem wsłuchujemy się w odgłosy nocnego życia w Masai Mara, postanawiamy, że w przyszłym roku wrócimy do Kenii, aby wytropić to rzadkie stworzenie.

Jedno jest pewne – w Kenii bez trudu przekonamy się o tym, że Afryka to wymarzony kierunek dla ludzi preferujących różnego rodzaju aktywny wypoczynek. Miłośników trekkingu i wspinaczki wysokogórskiej zachwyci masyw Kenia. Podróżnicy pragnący zobaczyć na własne oczy dzikie zwierzęta przeżyją niezapomniane safari, a amatorzy gry w golfa będą mogli doskonalić swoje umiejętności w zapierającej dech w piersiach afrykańskiej scenerii. Nieważne jednak, w jakim celu zawita się do tego kraju. Gwarantuję wszystkim, że zapragną powrócić do tego uroczego zakątka świata.

 

Wizyta na kenijskim polu golfowym

Popularyzację golfa w Kenii rozpoczęli ponad 100 lat temu brytyjscy kolonizatorzy. Najstarsze tzw. pole małe (9-dołkowe) – Royal Nairobi Golf Club – zostało założone w 1906 r. Niewielu miłośników tej dyscypliny sportu zdaje sobie jednak sprawę z tego, jakie ogromne możliwości oferuje ten przepiękny kraj golfistom. Kenia to drugie w Afryce państwo (po RPA) pod względem liczby pól golfowych. Znajdziemy ich tu ponad 40, w tym 13 18-dołkowych. Na aż 12 z nich odbywają się turnieje klasy mistrzowskiej. Dzięki sprzyjającemu klimatowi wszystkie obiekty są czynne przez cały rok. Każdy z nich usytuowany jest w tak niezwykłym miejscu, że stanowi atrakcję samą w sobie.

Niezapomnianą partię golfa rozegramy m.in. niedaleko wodospadów Thika, w otoczeniu plantacji kawy i ananasów, na jednym z najstarszych pól w Kenii – Thika Sports Club, założonym w 1922 r., goszczącym turniej Winston Churchill Cup od 1949 r. Na terenie Fairmont Mount Kenya Safari Club, leżącego w pobliżu równika i majestatycznego szczytu Kenia, jednym uderzeniem kija przeniesiemy piłeczkę z półkuli północnej na południową. Zapaleni golfiści mają poza tym do wyboru ośrodki położone nad obleganymi przez flamingi brzegami jeziora Nakuru, w sąsiedztwie zamieszkanej przez dzikie zwierzęta sawanny czy w otoczeniu piaszczystych plaż i turkusowych wód Oceanu Indyjskiego...

 


 

Artykuły wybrane losowo

Wenezuela, czyli „mała Wenecja” dla łowców przygód

Magdalena Moll-Musiał

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

<< Wenezuela to kraj kontrastów - kipiące zielenią wilgotne lasy równikowe delty Orinoko, krystalicznie czysta woda i wspaniałe karaibskie plaże, nieziemskie góry stołowe, nazywane tu „tepuyes”, oraz Salto Ángel, najwyższy wodospad świata. Na jego terytorium mieszkają otwarci, roztańczeni ludzie, pielęgnujący swoje niezliczone tradycje. Z drugiej strony mamy tutaj zaniedbaną gospodarkę, niepohamowaną inflację i ubóstwo, co szczególnie rzuci nam się w oczy, jeśli zdecydujemy się na dłuższą wyprawę po kontynentalnej części tego południowoamerykańskiego państwa. Z pewnością jednak różnorodność pejzaży, smaków, zapachów i innych doznań sprawia, że ojczyzna jednych z najpiękniejszych kobiet na ziemi posiada nieodparty urok dla poszukiwaczy przygód. >>

 

Stać, kontrola! – krzyczy wojskowy, zatrzymując naszego busa. Wchodzi do środka, sprawdza dokumenty.  – Pani nie ma ważnego paszportu – zwraca się do jaskrawo ubranej Wenezuelki. – Tak, niestety, nie mam… – odpowiada ona, nieśmiało wtykając w dłoń mężczyzny zawiniątko boliwarów. Ten wsuwa banknoty do kieszeni i mówi: Można jechać! Pokonanie odległości 90 km od granicy z Kolumbią do wenezuelskiego miasta Maracaibo zajmuje nam 7 godz. Po drodze podobnych kontroli mamy aż 14, ale nie wszystkie są tak błyskawiczne. Podczas każdej pani bez paszportu uiszcza opłatę, która umożliwia jej kontynuowanie podróży. Gdy kończy się jej gotówka, cały bus wykazuje imponującą solidarność – pasażerowie zrzucają się na odpowiednią łapówkę, abyśmy mogli pojechać dalej. Wojskowi i policja nie sprawdzają niczego poza dokumentami – w bagażach prawdopodobnie da się przewieźć wszystko, czego dusza zapragnie, pewnie nawet i kolumbijską kokainę… Dla kontrolujących znalezienie podróżnego bez odpowiednich papierów to prosty i pewny zarobek.

Więcej…

Przygoda na Zanzibarze

Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

Więcej…

W Japonii, krainie kontrastów

 

 

 

m_151551.jpg

Park Kakuzan w mieście Tsuyama z uroczo kwitnącymi drzewami wiśniowymi

© OKAYAMA-KEN KANKO RENMEI/JNTO

 

Anna Bielak

WWW.JAPONIA-ONLINE.pl

 

Zanim miałam okazję postawić pierwsze kroki na japońskiej ziemi, interesowałam się Krajem Kwitnącej Wiśni przez wiele lat. Jego obraz w mojej głowie wykreowały książki, filmy, zdjęcia, relacje znajomych. Kiedy więc zbliżał się upragniony dzień wylotu, z jednej strony byłam bardzo podekscytowana, z drugiej – obawiałam się, czy moje wyobrażenia nie okażą się błędne, a oczekiwania nazbyt bajkowe. W końcu każdy ląd wygląda podobnie, jedne drzewa przypominają inne drzewa, ludzie nie różnią się aż tak od siebie nawzajem, a niebo nad nami jaśnieje to samo... Nie zawiodłam się jednak.

Więcej…