ALINA WOŹNIAK

<< Jest taka kraina, która oddziela Europę od Czarnej Afryki. Po bezkresnych piaskach Sahary wędrowały przez nią kiedyś liczne karawany. Do dziś zamieszkują ją plemiona koczownicze. Od starożytności po współczesność ten malowniczy zakątek świata był sceną burzliwych wydarzeń, tłem rozwoju i upadku cywilizacji. Ani przez chwilę jednak nie przestał fascynować podróżników swoją magiczną aurą arabskiej baśni. >>

FOT. MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE    

Pochodzące z języka arabskiego słowo Maghreb (al-Maghrib) znaczy dosłownie „zachód”. Tradycyjnie określenie to odnosi się do ziem znajdujących się na zachód od Egiptu. Obecnie dotyczy pięciu północnoafrykańskich państw – Maroka, Mauretanii, Algierii, Libii i Tunezji – oraz spornego terytorium, którym jest Sahara Zachodnia.     

Należące do tego regionu kraje starają się współpracować ze sobą w ramach Arabskiej Unii Maghrebu. Organizacja ta ma przede wszystkim podłoże gospodarcze, ale nie da się nie zauważyć, że żyjące tu narody łączy także wspólna kultura i religia. Dlatego jeśli planujemy odwiedzić północne wybrzeże Afryki, zastanówmy się, czy nie warto wybrać się w głąb lądu na spotkanie fascynującego świata wyłaniającego się z piasków pustyni…

 

Wizyta w królestwie

Najbardziej na zachód wysuniętym krajem Maghrebu i całego świata arabskiego jest Maroko. Zachwyca ono mozaiką złocistych plaż, masywów górskich, wiekowych miast i berberyjskich wiosek. W latach 60. XX w. przyjeżdżali tu poszukiwacze mocnych wrażeń, aby upajać się egzotycznym krajobrazem, atmosferą orientu i… haszyszem (do dziś właśnie stąd pochodzi mniej więcej połowa jego światowej produkcji). Królestwo Marokańskie przyciąga także różnorodnych twórców. Paul Bowles napisał w nim swoją powieść Pod osłoną nieba (sfilmowaną przez Bernardo Bertolucciego w 1990 r.), William S. Burroughs  – Nagi lunch, a zespół U2 nagrywał teledyski do swoich piosenek. Krajem tym zachwycali się też Jimi Hendrix, Robert Plant z Led Zeppelin, Mick Jagger z The Rolling Stones, Sting, a filmowcy z całego świata kręcą sceny w tutejszych doskonałych plenerach. Alain Delon, Michael Jackson i Yves Saint Laurent zbudowali nawet w tej części Afryki swoje rezydencje. Francuski malarz Henri Matisse porównał Maroko do płótna genialnego artysty, a Winston Churchill szukał natchnienia dla swych obrazów w Marrakeszu. Tam też, w eleganckim hotelu La Mamounia, pisał pamiętniki.

FOT. MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

Plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna) w Marakeszu

 

Wspomniany Marrakesz, jedno z największych marokańskich miast, stanowi wizytówkę kraju, mieszankę arabsko-berberyjskiej kultury, unikalne połączenie mistycyzmu i żywiołu. Za jego symbol uchodzi rozległy plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna), gdzie połykacze ognia, sztukmistrze, akrobaci, astrologowie, znachorzy, grajkowie, zaklinacze węży popisują się swymi zdolnościami. Handlarze na pobliskim suku (targowisku) oferują szeroki wybór lokalnych towarów, liczne knajpki kuszą zapachem specjałów miejscowej kuchni. Odbywające się na tej przestrzeni zjawiska z pogranicza teatru, cyrku i pikniku wpisano w 2008 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Czar miast

Miano duchowej kolebki Maroka nosi Fez, który w średniowieczu stanowił główny ośrodek gospodarczy, religijny i polityczny królestwa. W IX w. powstał w nim jeden z najstarszych uniwersytetów na świecie – al-Karaouine (Al-Karawijjin), a w XIV w. zbudowano słynne medresy (teologiczne szkoły muzułmańskie). Tutejsza medyna, autentyczna, podtrzymująca wielowiekową tradycję i nieskażona wpływami masowej turystyki, uznawana jest za najpiękniejszą w całym Maghrebie. Znajdziemy tu ręcznie tkane dywany, cudowną biżuterię, mosiężne naczynia, ozdobne sztylety, skóry wielbłądzie garbowane i farbowane tuż za rogiem w ceglanych kadziach oraz najsłodsze w całym kraju rożki gazeli – małe rogaliki z migdałami i kwiatem pomarańczy. Za przewodnik po Fezie może nam posłużyć dzieło arabskiego podróżnika i dyplomaty Leona Afrykańskiego (ok. 1485–1554) Opisanie Afryki, wydane w języku włoskim… prawie 500 lat temu. To marokańskie miasto nie zmieniło się znacząco od tamtych czasów. Nie wolno nam ominąć także położonego ok. 60 km na zachód Meknes, również będącego niegdyś stolicą państwa. Warto odwiedzić też największą metropolię Maroka – Casablankę (ponad 3 mln mieszkańców). Choć niewiele w niej orientalnego czaru i brak śladów po słynnym filmie Michaela Curtiza z 1942 r. (Casablankę nagrano w hollywoodzkim studiu), obejrzymy tutaj największy w Afryce meczet wzniesiony przez króla Hassana II pod koniec XX w. i nazwany jego imieniem. Monumentalną budowlę zdobią piękne i finezyjne wzory. Jej 210-metrowy minaret góruje nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego, na którego fale zwiedzający spoglądają przez szklaną podłogę.

Rabat – stolicę Maroka – wpisano w 2012 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To posiadające wielowiekową historię miasto przyciąga turystów ciekawymi zabytkami. Wśród nich trzeba wymienić medynę, stary port, Wieżę Hassana (którą zaczęto budować pod koniec XII w., ale nigdy nie skończono), mury miejskie z XVII w., ruiny rzymskie, pamiątki po korsarzach mauretańskich, szerokie bulwary i Pałac Królewski. Ten ostatni pełni funkcję rezydencji rodziny królewskiej, która wywodzi się z dynastii Alawitów, jednej z najstarszych na świecie, bowiem biorącej podobno swój początek od samego Mahometa.

 

Plaża i góry

Agadir, najważniejszy i najsłynniejszy kurort  Maroka, tętni życiem przez cały rok. Zawsze spotkamy tu tłumy turystów, ale nie ma w tym nic dziwnego. Może się on poszczycić najbardziej rozbudowaną bazą hotelową ze wszystkich miejscowości wypoczynkowych kraju. Poza tym oferuje możliwości uprawiania różnorodnych sportów, w tym gry w golfa.

Nieco mniejszą, urokliwą Essaouirę odkrył francuski malarz okresu romantyzmu Eugène Delacroix, który uwiecznił na płótnie tutejsze miękkie światło i naturalne barwy. W ślad za nim zaczęli przyjeżdżać do tego zakątka impresjoniści, a wiele lat później… europejscy i amerykańscy hippisi. Dziś  w porcie cumują eleganckie jachty, przy wypielęgnowanych bulwarach otwarto eleganckie butiki i galerie sztuki. Nad morski brzeg ściągają wędkarze oraz surferzy. 

Marokańczycy zaś najchętniej wypoczywają w Tangerze, z którego plaż można dostrzec południowe wybrzeże Hiszpanii. To do tego miasta przybijają podróżni z Europy przeprawiający się przez Cieśninę Gibraltarską (ok. 2 godz. promem). Drogę tę pokonał także słynny średniowieczny podróżnik arabski – pochodzący z Tangeru Ibn Battuta (1304–1377).                 

Marokański pejzaż pełen jest kontrastów, nowoczesność współgra z tradycją, plaże sąsiadują z górami. Najwyższy tutejszy szczyt to Dżabal Tubkal (4167 m n. p. m.) w Atlasie Wysokim. Masywy górskie przecinają kraj w kilku miejscach, tworząc bajkowe doliny, przełęcze i wąwozy idealne dla miłośników wspinaczki. Pośród nich wyrastają pasterskie osady i… ośrodki narciarskie. Dlatego warto pamiętać, że Maroko bywa ciekawym kierunkiem wypraw nie tylko dla wielbicieli sportów wodnych.

 

Sporna Sahara

Południe Maroka stanowi ciągnące się po horyzont piaszczyste pustynie, wydmy, hamady (kamieniste pustynie) i skaliste wzgórza. Tutejsze krajobrazy potrafią wprawić w niekłamany zachwyt. Dolina rzeki Dara z ogromnym gajem palmowym i pomarańczowym, życiodajne oazy, berberyjskie wioski z kamienia i wyschniętej gliny, tradycyjne kasby – majestatyczne twierdze otoczone murem z kunsztownymi wieżyczkami, tworzą niezapomnianą atmosferę orientalnej krainy. Niestety, region ten nie należy do najspokojniejszych. Okolice Kulmimu (Guelmimu) i Tarfaji patroluje żandarmeria wojskowa. Tu zaczyna się Sahara Zachodnia, której status od wielu lat nie jest określony. W 1976 r. Hiszpania, administrująca na zasadach protektoratu utworzoną na tych terenach prowincją Sahara Hiszpańska, uznała roszczenia terytorialne Maroka i Mauretanii i przekazała im władzę nad tymi ziemiami. Przeciwko obcej zwierzchności wystąpił utworzony w 1973 r. Front Polisario, popierany przez Libię, Algierię i europejskie państwa socjalistyczne, które uznały Saharyjską Arabską Republikę Demokratyczną. W 1979 r. z południa Sahary Zachodniej wycofali się Mauretańczycy. Wkrótce Front Polisario utracił wsparcie finansowe libijskiego przywódcy Muammara al-Kaddafiego, Rada Bezpieczeństwa ONZ wydała rezolucję o referendum (którego nie zorganizowano do tej pory), a Marokańczycy zbudowali system fortyfikacji wzdłuż granicy.

FOT. MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE                 

 Sahara Zachodnia - oaza w okolicy Al-Ujun (franc. Laayoune)    

 

Zawieszenie broni, obecność niewielkich sił międzynarodowych i względny spokój przyczyniły się do zwiększenia popularności tego rejonu. Zaczęli tu przyjeżdżać poszukiwacze nowych, nieznanych światowej turystyce atrakcji. W Tarfaji odkrywają dzikie plaże z wrakami statków i wyruszają na połowy wędkarskie, niedaleko Al-Ujun (franc. Laâyoune, hiszp. El Aaiún – nieoficjalna stolica Sahary Zachodniej) podziwiają widowiskowe wydmy i surfują na Oceanie Atlantyckim. Okolice położonego na półwyspie miasta Ad-Dakhla (Ad-Dachla) to z kolei raj dla wind- i kitesurferów. Stąd bliżej już do Mauretanii niż do Maroka…

 

Na trasie rajdu

W Mauretanii, kraju trzykrotnie większym od Polski, mieszka zaledwie ponad 3 mln ludzi. Powyżej 60 proc. powierzchni państwa zajmuje Sahara. I choć znajdziemy tu ciekawe formacje pustynne, ok. 750 km wybrzeża i dwa obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (Park Narodowy Banc d'Arguin oraz starożytne ufortyfikowane miasta – tzw. ksary – Szinkit, Wadan, Walata i Tiszit), to jednak słabo rozbudowana infrastruktura, trudna sytuacja gospodarcza i polityczna kraju nie sprzyjają rozwojowi ruchu turystycznego. Dla większości cudzoziemców Mauretania stanowi jedynie przystanek w podróży z Maroka do Mali lub Senegalu. Jeszcze niedawno ściągali w te strony uczestnicy, amatorzy i widzowie słynnego Rajdu Dakar, przeniesionego w 2009 r. do Ameryki Południowej.

Godnym polecenia miejscem jest przede wszystkim Szinikit – stare kamienne miasteczko, w którym odpoczywały karawany, będące centrum kultury islamskiej. W średniowieczu funkcjonowało w nim kilkadziesiąt bibliotek. Do dziś zostało ich zaledwie kilka. Przechowywane są w nich bezcenne średniowieczne manuskrypty. Gérard Depardieu nagrywał tu sceny do filmu Fort Saganne (1984 r.) w reżyserii Alaina Corneau. Mauretania ma najuboższą bazę hotelową w całym Maghrebie, ale za to tylko tutaj mamy unikatową szansę przejechać się ponad 200-wagonowym pociągiem załadowanym rudą żelaza po jednotorowej linii Kolei Mauretańskiej z pustynnego miasta Zuwirat do portu Nawazibu nad Atlantykiem. 

 

Róża pustyni

Niebywałym potencjałem turystycznym może poszczycić się Algieria. W jej granicach znajduje się piękne wybrzeże, niezmiernie malownicza pustynia i aż 7 miejsc znajdujących się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jednak niestabilna sytuacja w kraju odstraszała zagranicznych turystów. Zapowiedziane przez prezydenta Abdelaziza Buteflikę zmiany w konstytucji, wzmocnienie demokracji i walka z korupcją mogą stać się początkiem lepszych czasów. Minister Turystyki i Rzemiosła Ismail Mimoune przedstawił niedawno plany rozwoju sektora turystycznego, dzięki którym Algierię ma odwiedzać 3,5 mln gości rocznie. Jeśli w kraju zapanuje ostatecznie spokój, jego przewidywania wydają się możliwe do spełnienia, bowiem tutejsze nadmorskie miejscowości kuszą dziewiczym pięknem, a krajobraz Sahary nie ma sobie równych w całym Maghrebie. Celem wypraw podróżników są przepiękne algierskie wydmy, jeziora pustynne, oazy, skaliste wzniesienia, zielone kaniony i malownicze przełęcze. Dużą popularnością cieszą się także wygasłe wulkany masywu Al-Hadżdżar (Ahaggar) oraz groty w paśmie górskim Tasili Wan Ahdżar ze słynnymi prehistorycznymi malowidłami naskalnymi.

Na trasie wędrówek prawdziwych globtroterów nie może też zabraknąć stanowiska archeologicznego Kalat Bani Hammad – warownej stolicy dynastii Hammadydów z XI w., regionu Mzab z oazami i zabytkowymi ksarami, ruin rzymskich, wyrosłej nad kanionem Konstantyny (starożytnej Cirty) oraz Oranu – miasta nad Morzem Śródziemnym, w którym rozgrywa się akcja Dżumy Alberta Camusa. Po obejrzeniu zachodu słońca na pustyni koniecznie trzeba skorzystać z okazji i zjeść kolację u gościnnych Tuaregów, ludu berberyjskiego zamieszkującego Saharę. Jeśli zaś będziemy w stołecznym Algierze, malowniczo usytuowanym na wzgórzach mieście z przepiękną kasbą (cytadelą) i nowoczesnym metrem (jedynym w Maghrebie!), nie zapomnijmy o jego polskich akcentach... Niedaleko wybrzeża w 1982 r. odsłonięto Pomnik Męczenników projektu Mariana Koniecznego, a Bazylikę Notre-Dame d’Afrique zdobi mozaika Gaude Mater Polonia ufundowana przez emigrantów z Polski. 

Rozwój turystyki miał w planach również rząd libijski. Plaże, bezcenne starożytne zabytki, saharyjskie szlaki, historia II wojny światowej (bitwa o Tobruk w 1941 r.) mogłyby ściągać tu wielu turystów, ale obecna niestabilna sytuacja w tym kraju powoduje, że plany wakacyjne w Libii musimy – niestety – odłożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość.    

 

Jaśminowa kraina                                        

Tunezja to najbardziej znany w Polsce kraj Maghrebu. Od 20 lat niemal bez przerwy widnieje w ofertach biur podróży. Swoją popularność zawdzięcza pięknemu wybrzeżu, czystemu i ciepłemu morzu, łagodnemu klimatowi, rozwiniętej infrastrukturze turystycznej i rozsądnym cenom. Nie brak tu historycznych zabytków, a pejzaże olśniewają egzotyką. Sami mieszkańcy, mimo rewolucyjnych nastrojów w regionie, są otwarci i życzliwi dla turystów. Właśnie w tunezyjskim mieście Sidi Bu Zajd 17 grudnia 2010 r. Mohamed Bouazizi w akcie protestu podpalił się przed ratuszem, zapoczątkowując w ten sposób falę demonstracji, która ogarnęła wkrótce cały arabski świat. Wydarzenia w Tunezji nazwano jaśminową rewolucją.

Za narodowy kwiat uważa się właśnie jaśmin. Można go podziwiać w miejscowych ogrodach i przy hotelach. Esencja pochodząca z tej rośliny dodawana jest do tombaku w sziszach (fajkach wodnych), a olejku jaśminowego używa się w tutejszych centrach talasoterapii (forma terapii leczniczej opartej na dobroczynnych właściwościach morskiego klimatu i produktów pochodzących z morza, np. soli, wodorostów, błota itp.), zapewniających relaks dla duszy i ciała. Na gości czeka aż 40 ośrodków tego typu usytuowanych wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego – od Tabarki przez okolice Tunisu, Hammametu, Monastyru po granicę z Saharą. W luksusowych wnętrzach przypominających pałac sułtański skorzystamy z kąpieli w wodzie morskiej lub algach, naparów ziołowych, masaży i hydromasaży, okładów błotnych, biczów wodnych, zbawiennego wpływu pary wodnej oraz peelingu w tradycyjnym hammamie (łaźni tureckiej). W tle rozbrzmiewa relaksacyjna muzyka i szum fontann, a widok morza i pięknego ogrodu koi skołatane nerwy. O nasze dobre samopoczucie dba zaś dyskretny i profesjonalny personel… To prawdziwa kraina łagodności.

 

Na tunezyjskim szlaku

Tytuł najpiękniejszej stolicy Maghrebu należy niewątpliwie do tunezyjskiego Tunisu. Zasłużył on sobie na to miano dzięki swojej architekturze – mieszance wpływów arabskich i francuskich. Majestatyczne, stare kamienice, butiki w zabytkowych bramach, cukiernie w stylu francuskiej pâtisserie, główna aleja niczym Pola Elizejskie oraz Katedra św. Wincentego à Paulo sąsiadują z pełną krętych zaułków, placyków i wąskich uliczek zabytkową medyną, która tętni życiem nieprzerwanie od średniowiecza. Podczas pobytu w Tunisie koniecznie należy odwiedzić jego rogatki: Muzeum Narodowe Bardo z arcyciekawą kolekcją mozaik rzymskich i pamiątek wczesnochrześcijańskich, Kartaginę z jej bezcennymi zabytkami po słynnym imperium i bajkowe Sidi Bou Said – miasteczko niczym z Baśni z tysiąca i jednej nocy, którym zachwycali się francuscy malarze i mistycy muzułmańscy.

FOT. COLIN ANTILL - FOTOSEEKER.COM

Grobowce marabutów (świętych mężów) koło Duz w Tunezji

 

Wokół stolicy ciągnie się piaszczyste wybrzeże. Wzdłuż niego wznoszą się wzgórza porośnięte dębami korkowymi i cyprysami. Rzeki, zatoczki, fantazyjne skały i groty półwyspu Al-Watan al-Kibli (franc. Cap Bon) posłużyły Jerzemu Kawalerowiczowi jako tło podczas kręcenia filmu Quo vadis. Stąd już niedaleko do najsłynniejszego kurortu Hammamet z uroczą medyną nad zatoką, piękną plażą, licznymi hotelami i kawiarniami oraz trzema polami golfowymi. Gdy wybierzemy się dalej na południe, znajdziemy kolejne atrakcje: zabytkowe miasta (np. Susa, Monastyr, święty ośrodek islamu Kairuan), imponujący rzymski amfiteatr w Al-Dżamm czy wyspę Dżerba.

FOT. RESIDENCE TUNIS

Kolacja na plaży w luksusowym The Residence Tunis

 

Wielbiciele błogiego lenistwa nie muszą w Tunezji oddalać się zbytnio od hotelu, żeby poczuć atmosferę orientu i natknąć się na ślady historii. Po plażowaniu warto wejść na wieżę ribatu (ufortyfikowany klasztor muzułmański), zjeść grillowane sardynki w porcie rybackim, zwiedzić muzeum, ruiny starożytnych osiedli, zabytkowe katakumby i spróbować potargować się w medynach. Miłośnicy natury mogą wykupić wycieczkę na pustynię – do wyboru mają przejażdżkę jeepem lub na wielbłądzie. Po drodze obejrzą wydmy, słone jezioro, oazy z tysiącami palm daktylowych, kamienne wąwozy, wodospad, plenery Gwiezdnych wojen i Angielskiego pacjenta, zwiedzą tarasy ksarów, wypiją miętową herbatę na spalonych słońcem skałach i wykąpią się w termalnym źródle. W programie znajduje się też przejazd zabytkowym pociągiem Lézard Rouge (Czerwona Jaszczurka) czy nocleg pod gwiazdami. Wniosek jest jeden – krótki urlop to za mało, aby móc poznać wszystkie wspaniałe skarby Maghrebu!


 

Artykuły wybrane losowo

Na szlakach Brandenburgii

JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

Więcej…

Pod czeskim niebem

KATARZYNA BYRTEK
<< Ten kraj serdecznych ludzi, gdzie przepyszne piwo leje się strumieniami od południa do późnej nocy, słynie przede wszystkim ze swojej stolicy, nazywanej Miastem Stu Wież i Złotą Pragą, obowiązkowego przystanku w podróży dla turystów przyjeżdżających do niego z całego świata – od Japonii przez Rosję po państwa Ameryki Południowej. Znajdziemy w nim jednak także wiele romantycznych zabytkowych zamków i dobrze zachowanych wiekowych miasteczek czy też idealne tereny do aktywnego wypoczynku. Dlatego warto zostać na czeskiej ziemi tak długo, jak to tylko możliwe. >>

Czechy jako kierunek wyjazdowy są atrakcyjne przez cały rok. Wiosna to najlepszy czas na wizytę w Pradze, gdzie przed sezonem noclegi bywają tańsze, a po moście Karola przechadza się dwa razy mniej przyjezdnych. Latem nie będą się tu nudzić amatorzy turystyki rowerowej, wodnej czy pieszej oraz miłośnicy festiwali muzycznych (np. Colours of Ostrava), teatralnych czy wreszcie historycznych, które organizuje się na licznych zamkach. Na jesieni można wziąć udział w winobraniu w jednym z morawskich miasteczek, a zimą zapakować narty zjazdowe lub popularne tutaj biegówki i wybrać się do górskiego Harrachova czy Pecu pod Śnieżką. Jedno jest pewne – piwo i knedliki z gulaszem smakują u naszych sąsiadów tak samo dobrze przez 365 dni w roku.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM