EWA ZAMIECKA

 

                                                                                                             FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< Gdy poszukujący złota Hiszpanie pod wodzą Hernána Cortésa przybyli w 1519 r. do kontynentalnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, nie spodziewali się znaleźć tutaj zbyt rozwiniętej cywilizacji i wielkich kamiennych miast. Ogrom i bogactwo tych ziem musiały jednak ich zachwycić, bo zapragnęli przyłączyć je do swojego królestwa. Tak powstała Nowa Hiszpania, która po trzech stuleciach wyzwoliła się spod władzy kolonizatorów, aby przeistoczyć się m.in. w barwny Meksyk, gdzie dziś obok hiszpańskiego funkcjonuje aż 67 języków urzędowych (np. náhuatl, maja, mixtec czy tzeltal). Ta dawna kraina Majów, Azteków i Zapoteków przyciąga obecnie każdego roku miliony turystów z całego świata. >>

Nazwa México pochodzi z języka z grupy uto-azteckiej – náhuatl, rozpowszechnionego przez Azteków. Jej znaczenie nie zostało jednak do końca wyjaśnione. Meksyk to dzisiaj jedno z najludniejszych państw naszego globu – ma prawie 115 mln mieszkańców. Posiada powierzchnię ponad 6 razy większą od Polski (niemal 2 mln km²). Jest ojczyzną rozśpiewanych muzyków mariachi, charyzmatycznej malarki Fridy Kahlo i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Octavia Paza.

 

Ciekawym pomysłem na krótki pobyt w Meksyku może być kilkudniowa wizyta w stolicy kraju – Ciudad de México – połączona z odpoczynkiem na pięknych plażach Riwiery Majów (Riviera Maya). Trudno nie poczuć się podczas takiej podróży jak XVI-wieczny przybysz ze Starego Świata, który z zafascynowaniem ogląda cuda nowego kontynentu.

 

MIASTO wyrosłe na azteckich ruinach

Stolica Meksyku (wzniesiona na miejscu zburzonego potężnego azteckiego ośrodka Tenochtitlan, uznanego przez Hernána Cortésa za najpiękniejszą metropolię świata) oferuje atrakcje wszelkiego rodzaju. Od nowoczesnego 3-piętrowego metra, funkcjonującego bardzo sprawnie i stanowiącego małe podziemne miasto, przez stoiska uliczne z najprzeróżniejszymi indiańskimi przysmakami, ubraniami, książkami, po luksusowe osiedle Polanco, które swoim urokiem i modernistycznym charakterem oczarowało niejednego turystę. Do tej listy należy jeszcze niewątpliwie dodać dzielnicę artystów Coyoacán, monumentalną Aleję Reformy (Paseo de la Reforma) i Różową Strefę (Zona Rosa), Centrum Historyczne (Centro Histórico), Plac Trzech Kultur (Plaza de las Tres Culturas) na terenie Tlatelolco, a także Bazylikę Matki Boskiej z Guadalupe (Insigne y Nacional Basílica de Santa María de Guadalupe), słynny Stadion Azteków (Estadio Azteca), Pałac Chapultepec (Castillo de Chapultepec) czy też Narodowe Muzeum Antropologii (Museo Nacional de Antropología). Na każdym kroku spotykamy się tutaj również z niezwykłą uprzejmością zawsze uśmiechniętych i chętnych do pomocy mieszkańców.

FOT. SECRETARIA DE TURISMO DE LA CIUDAD DE MEXICO/AYMARA TELLO

Centrum Historyczne Ciudad de Mexico -  Pałac Sztuk Pięknych (Palacio de Bellas Artes)

 

Jednym z najciekawszych zabytków miasta, któremu warto poświęcić więcej czasu niż standardowe pół godziny lub kilka spojrzeń z przejeżdżającego autobusu turystycznego, jest Pałac Sztuk Pięknych (Palacio de Bellas Artes). Wysoki na ok. 50 m wznosi się na obszarze Centrum Historycznego. Budowę obiektu, zaprojektowanego pierwotnie przez włoskiego architekta Adamo Boariego, rozpoczęto w 1904 r. w okresie rządów prezydenta Porfirio Díaza. Wewnątrz pałacu zobaczymy m.in. wielkie malowidła czołowych muralistów meksykańskich, takich jak Diego Rivera, David Alfaro Siqueiros czy José Clemente Orozco, oraz wspaniałą szklaną kurtynę (cortina de cristal), wykonaną przez słynną firmę Tiffany z Nowego Jorku z prawie miliona kolorowych kawałków szkła. Mozaika przedstawia pejzaż Doliny Meksyku (Valle de México) z wulkanami Popocatépetl oraz Iztaccíhuatl w tle i waży aż 24 tony! Można jej się dokładnie przyjrzeć podczas spektakli lub bezpłatnie w ciągu dnia o godz. 13.00.

Od Pałacu Sztuk Pięknych gwarna, pełna sklepików i kawiarni ulica prowadzi do głównego rynku miasta – Placu Konstytucji (Plaza de la Constitución), zwanego El Zócalo. To zdecydowanie obowiązkowy punkt wycieczki po stolicy. Po lewej stronie znajduje się tutaj monumentalna Katedra Metropolitalna Miasta Meksyk (Catedral Metropolitana de la Ciudad de México), budowana niemal 250 lat i wykończona w stylach późnego gotyku, plateresco, barokowym i neoklasycystycznym. Należy do największych arcydzieł meksykańskiej sztuki kolonialnej i jest jednocześnie jedną z najstarszych katedr w Ameryce Łacińskiej. Na jej zwiedzanie warto przeznaczyć przynajmniej godzinę. W środku w pobliżu głównego ołtarza wisi ogromne wahadło. Pokazuje ono zmiany nachylenia budynku na przestrzeni lat. Miasto Meksyk zostało wzniesione na ruinach azteckiej stolicy Tenochtitlan, dlatego grunt, na którym powstało, jest niestabilny, co powoduje odchylenia ścian wielu budowli od pionu. Pod sklepieniem katedry zauważymy stalowe liny, które przeciwdziałają rozszczepianiu się murów. Fundamenty świątyni podsypano dużą ilością piasku, żeby przywrócić ją do pierwotnej pozycji i zapobiec jej dalszemu przechylaniu się. Na Zócalo warto też podejść do ubranych na biało Indian i poddać się krótkiej, prawdziwie indiańskiej ceremonii oczyszczania aury. Zapłacimy za nią ok. 3–5 dolarów amerykańskich lub tyle, ile uznamy za słuszne.

W czasie spaceru po tym olbrzymim mieście zawsze myślę o tym, że pod domami i ulicami, gdzieś między tunelami metra, nadal prowadzone są wykopaliska. Pod moimi stopami leży zatem cała metropolia – świątynie, rezydencje, akwedukty… To, według mnie, sprawia, że zwiedzanie stolicy Meksyku nabiera charakteru ekscytującej i tajemniczej przygody.

Kolejną atrakcję Zócalo stanowi dzwon umieszczony w 1896 r. nad wejściem do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), umiejscowionego po prawej stronie katedry. Zabrzmiał on po raz pierwszy podczas wybuchu powstania o niepodległość w 1810 r. w miasteczku Dolores (dzisiejszym Dolores Hidalgo) w stanie Guanajuato. Według legendy został wykonany na specjalne zlecenie powstańców (w rzeczywistości ufundowano go już w 1768 r.) ze stopu metali dobranych w odpowiednich proporcjach tak, aby wydawał głęboki dźwięk, przypominający brzmieniem płacz niemowlęcia. Walczący o wolność uważali, że krzyk małego dziecka potrafi zwrócić uwagę każdego. Dzwon miał obudzić z letargu mieszkańców i zaszczepić w nich chęć wyzwolenia się spod panowania hiszpańskiego.

 

Słoneczna riwiera

Po intensywnym zwiedzaniu stolicy nadszedł czas na chwilę odpoczynku. Udajemy sie więc do Cancún, gdzie znajduje się międzynarodowe lotnisko, skąd spragnieni słońca turyści wyruszają na Riwierę Majów (Riviera Maya). Ten szczególny fragment meksykańskiego wybrzeża to jeden z najsłynniejszych nadmorskich rejonów wypoczynkowych na świecie. Jego największymi atutami są rajskie plaże z białym nienagrzewającym się piaskiem, przejrzysta woda oraz wysoko rozwinięta baza noclegowa z obiektami o wszystkich standardach (m.in. luksusowymi hotelami sieci Bahía Príncipe – Grand Bahía Príncipe Coba, Iberostar, H10, Riu, Catalonia, Xperience Hotels, Encanto Resorts Collection, a także ekskluzywnymi ośrodkami w stylu Reef Playacar Resort and Spa czy Mayakoba i Grand Velas Riviera Maya). Dużą popularnością cieszą się tutaj takie miejscowości wypoczynkowe, jak Puerto Morelos, Playa del Carmen, Xcaret, Puerto Aventuras, Akumal i Tulum. Poza tym turystów przyciągają malownicze karaibskie wyspy Cozumel, Isla Mujeres i niezamieszkana Isla Contoy.

Wspomniana Playa del Carmen (Plaża Carmen) zdobyła tytuł najszybciej rozwijającego się miasta na świecie i została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa. Położona blisko morza Piąta Aleja (Quinta Avenida), zwana potocznie La Quinta, tętni życiem w dzień i w nocy. Tutejsze hotele, restauracje, bary, knajpki i sklepy przyciągają tłumy przyjezdnych. W niektórych lokalach co wieczór posłuchamy na żywo muzyki latynoskiej lub rocka, a nawet heavy metalu! Ja polecam szczególnie restaurację La Parilla – jej wystrój i atmosfera pozwalają poczuć ducha wielkiego Meksyku. Mimo dość wysokich cen, z których słynie Piąta Aleja, trzeba ją odwiedzić choć raz podczas pobytu w Playa del Carmen.

Położone trochę bardziej na północ miasteczko Puerto Morelos było niegdyś cichą i spokojną wioską rybacką, tak samo zresztą jak Plaża Carmen, ale posiada już zdecydowanie mniej turystyczny charakter. Hotele zostały wybudowane poza jego granicami, a przybysze mają okazję zetknąć się w nim z lokalną kulturą i podpatrzeć życie codzienne mieszkańców. Miejscowość odznacza się prawdziwie karaibskim klimatem i można z niej dojechać niemal wszędzie komunikacją publiczną lub taksówkami (cenę przejazdu trzeba ustalać przed jego rozpoczęciem).

Poszukujący rajskich plaż na długie, romantyczne spacery powinni udać się do rejonu Cabañas Tulum. Zaczyna się on bezpośrednio za słynną strefą archeologiczną Tulum. Z tego wspaniałego miasta Majów dostaniemy się tu pieszo, samochodem albo taksówką. Warto zatrzymać się w tej okolicy w jednym z czarujących hotelików: La Vita è Bella (czyli po włosku „Życie jest piękne”), Papaya Playa lub Ana y José. Tutejsze wybrzeże należy do niezmiernie urokliwych, a spośród miejscowych atrakcji można wymienić np. nurkowanie na rafie czy podziwianie malowniczych ruin Tulum od strony Morza Karaibskiego.

 

Wyspa Majów

Z Playa del Carmen dopłyniemy promem na jedną z trzech największych meksykańskich wysp – Cozumel (ok. 647 km² powierzchni). Jej nazwa pochodzi z języka Majów, w którym słowo cuzamil oznaczało „ziemię jaskółek”. Okoliczne rafy koralowe cieszą się już od wielu lat niesłabnącym zainteresowaniem nurków z całego świata. Do swobodnego poruszania się po wyspie warto wynająć samochód lub skuter. Jej obszar jest w większości niezamieszkany (żyje tu ponad 80 tys. mieszkańców), a w krajobrazie dominują niskie palmy i krzewy. Na dziewiczych plażach poczujemy się jak w Edenie. Łatwo tutaj zapatrzeć się na linię horyzontu lub białe grzywy fal rozbijające się o skaliste wybrzeże.

FOT. FIDEICOMISO DE PROMOCION TURISTICA DEL MUNICIPIO DE COZUMEL

Cozumel słynie z przepięknych, bielutkich plaż

 

Na Cozumel znajduje się także ponad 10 kompleksów ruin budowli Majów. Największy i najpopularniejszy z nich stanowi San Gervasio. Kiedyś był to ważny port handlowy w tym regionie oraz ośrodek kultu bogini płodności Ixchel. Niewiele osób wie, że wyspę łączy z dnem Morza Karaibskiego jedynie cienka wapienna kolumna. Przy mocniejszym ruchu tektonicznym, silnym sztormie bądź huraganie ten fragment lądu może oderwać się i odpłynąć w siną dal…

 

Podwodny raj

Niedaleko Cancún leży mniejsza, lecz niezwykle urocza, Wyspa Kobiet (Isla Mujeres), zwana Perłą Karaibów. Dopłyniemy na nią z Puerto Juárez lub Punta Sam (połączenie promowe dla samochodów). Mimo iż została częściowo zmodernizowana, nie straciła swojego charakteru małej rybackiej wysepki. Główną atrakcją jest tu snorkeling lub nurkowanie w wodach Morza Karaibskiego. Szczególnie polecam wszystkim miłośnikom wielkiego błękitu obejrzenie Podwodnego Muzeum Sztuki – MUSA (Museo Subacuático de Arte – MUSA) z niesamowitymi rzeźbami z piaskowca Jasona deCairesa Taylora.

Wyspę najwygodniej zwiedzić meleksem, który wynajmiemy na czas nieokreślony. Objechanie całego obszaru bez postojów zajmuje ok. 1 godz. 20 min. Lepiej więc zaplanować sobie całodzienną wycieczkę, podczas której będziemy robić krótkie przerwy na lemoniadę, zimne piwo czy lunch, aby odpocząć od upału. Wyprawę proponuję zacząć od północnego krańca Isla Mujeres. Tutejsza główna ulica (Carretera Sac-Bajo) prowadzi w stronę drugiego końca wyspy. Po drodze możemy zatrzymać się m.in. przy akwarium i hodowli żółwi, wykupić niezapomnianą sesję pływania z delfinami w Dolphin Discovery, zjeść lunch w restauracji Casa Rolandi w Hotelu Villa Rolandi Thalasso Spa, Gourmet & Beach Club, skąd rozciąga się przepiękny widok, zajrzeć do parku wodnego oraz małej świątyni Majów, od której prawdopodobnie pochodzi nazwa wyspy. To właśnie w niej znaleziono mnóstwo małych figurek kobiet. W jej pobliżu powstał kompleks barowo-sklepowy, którego styl i kolorystyka przeniosą nas na chwilę w kolonialny świat brytyjskich Karaibów.

Jeśli postanowimy zatrzymać się tutaj na dłużej, mamy do wyboru wiele hoteli o różnych standardach. Wieczorami jedna z głównych ulic północnej części wyspy (Miguel Hidalgo) zapełnia się turystami poszukującymi pamiątek i miejsca na udaną kolację. Wśród licznych knajpek z pysznym jedzeniem napotkamy nawet bar rockowy prowadzony przez parę Włochów. Naprawdę warto spędzić na Isla Mujeres choć kilka dni, aby wczuć się w rytm wyspiarskiego życia u wybrzeży Jukatanu. Pobyt ten będziemy na pewno długo wspominać. Zresztą podróż po każdym zakątku Meksyku pozostawia niezatarte wrażenia w pamięci przybyszów. Wspaniała przyroda i fascynujące pozostałości dawnych kultur, a także gościnni mieszkańcy tworzą unikalną atmosferę tego kraju o wyjątkowo bogatej historii.


 

Artykuły wybrane losowo

Wyspy Kanaryjskie, czyli raj na ziemi

MONIKA GODAWSKA

 

<< Niedużo znajdziemy na świecie miejsc, które przyciągają turystów taką różnorodnością, jak Wyspy Kanaryjskie. Gorący hiszpański temperament, wspaniałe wulkaniczne krajobrazy, smaczna kanaryjska kuchnia, bogata historia i kultura, przyjazny klimat wiecznej wiosny oraz orzeźwiająca atlantycka bryza tworzą niepowtarzalną atmosferę tego cudownego zakątka. Każda z tutejszych wysp jest wyjątkowa, niepodobna do innych i ma wiele do zaoferowania. Dlatego z pewnością nie można uznać za przesadę stwierdzenia, że próżno szukać na świecie człowieka, który mógłby się tu nudzić. >>

Administracyjnie archipelag Wysp Kanaryjskich podlega Hiszpanii. Leży na Oceanie Atlantyckim niedaleko północno-zachodniego wybrzeża Afryki i należy do niego siedem głównych wysp: Teneryfa, Fuerteventura, Gran Canaria, Lanzarote, El Hierro, La Palma i La Gomera. Wszystkie z nich powstały w wyniku aktywności wulkanicznej i charakteryzują się górzystym krajobrazem. Ten zakątek świata przed kolonizacją zamieszkiwali Guanczowie, lud spokrewniony z Berberami

Więcej…

Magia pełnej tajemnic Sardynii

JERZY MOSKAŁA

<< Choć Sardynia to druga co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego, pozostaje dla turystów z Polski mniej znanym kierunkiem niż jej większa sąsiadka Sycylia, hiszpańskie Baleary, greckie archipelagi czy wreszcie Cypr i Malta. Wpłynęły na to m.in. jej opinia dość drogiego miejsca oraz koszty podróży na nią – samolotem albo promem. Dzięki temu jednak ten skalisty ląd leżący u wybrzeży Włoch otacza w oczach Polaków pewna aura tajemniczości, a dziś po uruchomieniu bezpośrednich połączeń obsługiwanych przez tanie linie lotnicze oraz przelotów czarterowych możemy wyruszyć na odkrywanie tego fascynującego zakątka Europy w każdej chwili. >>

Więcej…

Egzotyczny Madagaskar czekający na odkrycie

MICHAŁ SZULIM

www.miejscezamiejscem.pl

 

<< Nazwę tej wyspy znają niemal wszyscy Polacy, a jednak niewielu z nich na nią dotarło. To ogromna szkoda, bo jeśli ktoś ceni sobie prawdziwą egzotykę i jednocześnie szuka pięknych, niebiańskich plaż, a poza tym chce spędzić czas w kontakcie z niewiarygodnie wręcz cudowną przyrodą, powinien jak najszybciej wybrać się na Madagaskar. A spieszyć się trzeba, bo zapewne lada chwila ten kraj zostanie odkryty przez masową turystykę, która prędko zamieni wciąż rajski kawałek świata w kolejny zatłoczony i nieprzyzwoicie komercyjny, jak dla mnie, Zanzibar. >>

 

Słynną aleję koło Morondavy tworzy ok. 250 endemicznych baobabów Grandidiera

© ONTM

 

Na początek zagrajmy w skojarzenia. Gdy słyszymy nazwę „Madagaskar”, w głowach wielu z nas pojawia się pewnie postać sympatycznego lemura katta króla Juliana z popularnego filmu animowanego czy też polskiego podróżnika, żołnierza i awanturnika Maurycego Augusta Beniowskiego (1746–1786), który w drugiej połowie XVIII w. dotarł tu po długiej wędrówce, a gdy wrócił w to miejsce, został obwołany jego władcą. Pierwsza myśl jest jak najbardziej słuszna – na Madagaskarze żyje kilkadziesiąt rodzajów lemurowatych. Jednak o Beniowskim dzisiaj już nikt tutaj nie pamięta, a przypomina o nim tylko niewielka tabliczka zawieszona na jednym z budynków w stolicy kraju.

Poza tym wyspa kojarzy się także z polskimi zamiarami jej kolonizacji i projektem przesiedlenia na nią Żydów z Europy. Mimo to plany odkupienia Madagaskaru od Francji (do której należał aż do początku lat 60. XX w.) przez Polskę trzeba traktować przede wszystkim jako mrzonkę ówczesnych polityków, którzy chcieli podbudować nieco znaczenie naszej ojczyzny i uważali, że osiągną ten cel, jeśli przyłączą do niej egzotyczne terytorium zamorskie. Zresztą nawet słynny pisarz i podróżnik Arkady Fiedler (rząd polski oddelegował go w 1937 r. na wyspę jako jednego z ekspertów) odradzał ten pomysł, pogrzebany ostatecznie przez wybuch II wojny światowej. Tak oto zakończyły się marzenia Polski o kolonii. Choć w sumie chyba dobrze się stało. Na pewno nie przyniosłaby nam zbyt wielkich zysków. Ropy tutaj nie znaleziono, region zalicza się raczej do biedniejszych części świata, a dodatkowo w tamtych czasach podróż statkiem na wyspę musiała trwać bardzo długo, skoro dzisiaj, w dobie nowoczesnych technologii, z Polski leci się na nią najkrócej ok. 10,5 godz. (od 22 czerwca 2018 r. pojawiło się bezpośrednie połączenie czarterowe biura Itaka z Warszawy na Nosy Be).

 

Nosy Iranja to właściwie dwie wysepki połączone piaszczystą mierzeją

© ONTM

 

RAJ NA ZIEMI

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pierwszym miejscem, do którego dotrzemy w tym wyspiarskim państwie położonym na Oceanie Indyjskim, u południowo-wschodnich brzegów Afryki, będzie wulkaniczna wysepka Nosy Be usytuowana w odległości mniej więcej 8 km od północno-zachodniego wybrzeża Madagaskaru i połączona z nim regularnie kursującym promem czy łodziami. Tu właśnie, w miejscowości Fascene, znajduje się lotnisko, gdzie ląduje sporo samolotów z Europy, głównie z Mediolanu i ostatnio również z Warszawy. Sama wyspa jest naprawdę dość niewielka, zajmuje powierzchnię powyżej 320 km² (zamieszkiwaną przez ponad 75 tys. ludzi), ale przecież nie chodzi o jej rozmiar. Nosy Be wyróżnia się głównie swoją urodą. Kiedy już na niej wylądujemy, z pewnością stwierdzimy, że… znaleźliśmy się w raju na ziemi! Plaże są bardzo szerokie i piaszczyste. Część z nich zagospodarowały hotele i ośrodki wypoczynkowe, ale niektóre pozostają zupełnie dzikie i puste. Woda ma turkusowy kolor i zachęca do pływania, bo ocean jest tutaj wyjątkowo ciepły.

Nosy Be to jakby przedsionek Madagaskaru, idealne miejsce na początek naszej przygody z tym egzotycznym krajem. Plasuje się gdzieś pomiędzy znanymi z Europy standardami a afrykańskimi realiami. Możemy tu spokojnie przeczekać kilka pierwszych dni, zanim oswoimy się nieco z zupełnie innym światem. To także najbardziej turystyczna i komercyjna wysepka Madagaskaru i najbardziej europejska w swoim charakterze (wiele firm z sektora usług otworzyli na niej Europejczycy). Tutaj nawet drogi są najlepsze w całym kraju, a pod względem widoków i plaż Nosy Be nie ustępuje w niczym innym sielskim wyspom na naszym globie z Mauritiusem, Seszelami i Zanzibarem na czele. Przewyższa je za to tym, że biznes wakacyjny dopiero na niej raczkuje. Ten raj nie został jeszcze odkryty przez masową turystykę – nie ma w nim tłumów ludzi okupujących każdy wolny skrawek piasku, niewiele jest też ogromnych i luksusowych resortów, które miejscami dominują w krajobrazie jej konkurentów i kawałek po kawałku anektują i odgradzają co piękniejsze fragmenty wybrzeża. Owszem, miejscowość Ambatoloaka to typowa nadmorska wioska żyjąca z turystów, ale i tak czujemy się w niej swojsko. Spokojnie można więc ją potraktować jako bazę wypadową na czas pobytu na Nosy Be.

A zdecydowanie jest tutaj co robić. Leżenie plackiem na plaży, nawet urozmaicone najbardziej wymyślnymi tropikalnymi drinkami z palemką, w końcu się znudzi. Wtedy warto poszukać innych zajęć. Z Nosy Be możemy popłynąć na jedną z okolicznych małych wysepek, takich jak dziewicze Nosy Iranja, Nosy Komba, Nosy Tanga czy Nosy Sakatia, gdzie będziemy mieli okazję popływać wokół przepięknej rafy koralowej. Dużo miejscowych biur podróży organizuje całodniowe wycieczki na nie, obejmujące nie tylko transport, ale też posiłek z pysznych ryb i owoców morza oraz wypożyczenie sprzętu do nurkowania. Warto również wybrać się w głąb Nosy Be. Do tego celu najlepiej wypożyczyć skuter. Wysepkę spokojnie można objechać w jeden dzień. Po drodze będziemy wspinać się na wulkaniczne wzniesienia i podziwiać z nich fantastyczne widoki (najwyższym szczytem jest Mont Lokobe – 455 m n.p.m.), a także obejrzymy kilka z 11 tutejszych jezior kraterowych. Polecam poza tym wizytę w największym mieście na Nosy Be, czyli 40-tysięcznym Andoany (Hell-Ville), w którym panuje typowy madagaskarski gwar i afrykański chaos. Odwiedziny na lokalnym targu pozostaną na długo w naszej pamięci, nie tylko ze względu na… szczególnie intensywny zapach ryb. Z przystani promowej odpływają łodzie i motorówki na wyspę Madagaskar.

 

Sifaka biało-kasztanowa na Nosy Be

© ONTM

 

KIEPSKIE DROGI I PIĘKNA PRZYRODA

Po opuszczeniu rajskiej Nosy Be udajemy się na Madagaskar gotowi na przygodę. Na początku musimy się – niestety – przygotować na twarde lądowanie, bo tutejsze drogi są fatalne. Jeśli ktoś narzeka na stan infrastruktury drogowej w Polsce, w tym kraju szybko zmieni punkt widzenia. Dziury mające 40 cm głębokości niekiedy bywają szersze niż sama droga. Jazda samochodem przypomina slalom – raz szosa schodzi do rzeki, a innym razem prowadzi po prowizorycznym mostku złożonym z dwóch kawałków drewna. Większość dróg wybudowali jeszcze Francuzi i nie były remontowane od ok. 60 lat. Najgorzej jest w porze deszczowej (od końca listopada do marca lub początku kwietnia), kiedy ulewy podmywają część tras i podróż wydłuża się czasem do kilku dni. Po stosunkowo dobrych szosach na Nosy Be sytuacja na Madagaskarze potrafi zaskoczyć. Na rajskiej wysepce jednak turyści zostawiają większość swoich pieniędzy, więc rząd postanowił jej infrastrukturę utrzymywać w lepszym stanie.

Nic dziwnego, że wielu podróżujących decyduje się na wynajem jeepa wraz z kierowcą. To jedyny sposób, żeby w miarę szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce. Koszt jest dość spory, ale jeśli rozbije się go na kilka osób, pomysł okazuje się całkiem korzystny. Alternatywą są taksówki (często w katastrofalnym stanie, również technicznym), a dla najbardziej odważnych – taxi-brousse, czyli zawsze przepełnione busy, które przewożą pasażerów stłoczonych jak sardynki w 40-stopniowym upale i poruszają się w żółwim tempie. Tym środkiem transportu można pokonać co najwyżej 100 km dziennie. Na więcej nie pozwala – niestety – jakość tutejszych dróg…

Co właściwie poza przepięknymi plażami zasługuje na zainteresowanie na Madagaskarze? Warto już na początku zaznaczyć, że zabytków nie ma tu prawie wcale (poza stolicą – Antananarywą, gdzie znajdują się m.in. dwa pałace Andafiavaratra i Ambohitsorohitra oraz kilka innych ciekawych budynków). Turystów przyciąga w te strony przede wszystkim niesamowita przyroda. Pod tym względem wyspa uchodzi za prawdziwy fenomen w skali światowej! Mniej więcej 80 proc. tutejszej fauny i 90 proc. flory to organizmy endemiczne, czyli niewystępujące nigdzie indziej na ziemi. Na dodatek każdego roku odkrywa się kolejne, nieznane wcześniej gatunki roślin i zwierząt, dlatego ten kraj jest rajem dla miłośników przyrody. Zaręczam, że nawet jeśli biologia w szkole kogoś nudziła, tutaj nie da się pozostać obojętnym na wdzięki natury. Pierwszym spotkaniem z egzotyką na Madagaskarze bywa zwykle zetknięcie się z kameleonem. Ten sympatyczny gad powinien być umieszczony w godle państwa, bo na wyspie występuje niemal wszędzie. Co ciekawe, wśród mieszkańców cieszy się on szacunkiem graniczącym nawet… ze strachem. Nie wolno nigdy pokazywać kameleona palcem, ponieważ według wierzeń przynosi to nieszczęście. Trzeba zgiąć palec wskazujący i dopiero wtedy skierować go na zwierzę. Kameleon przechodzący przez ulicę na Madagaskarze odgrywa rolę naszego czarnego kota. Należy poczekać, aż sobie spokojnie pójdzie, żeby nie igrać z losem…

 

PRAWDZIWY SKARB

O ile kameleona spotkamy praktycznie wszędzie, o tyle z innymi zwierzętami i unikatowymi roślinami nie pójdzie nam tak łatwo. Już podczas podróży samochodem terenowym przez wyspę można zauważyć, że… praktycznie nie ma na niej drzew. Powód jest smutny, ale prozaiczny: kolejne rządy prowadziły zakrojony na szeroką skalę wyręb lasów i handlowały drewnem na potęgę. Poza tym wśród Malgaszów dużą popularnością cieszy się rolnictwo żarowe polegające na wypalaniu obszarów leśnych i przekształcaniu ich w pola ryżowe. Szacuje się, że w wyniku tych działań ludzkich z powierzchni Madagaskaru zniknęło… niemal 90 proc. drzewostanu o charakterze pierwotnym! Dlatego właśnie, aby poznać wyjątkową faunę i florę wyspy, trzeba udać się do jednego z parków narodowych lub rezerwatów, których powstało w kraju kilkadziesiąt. Jeden z nich – Lokobe (Réserve Naturelle Intégrale de Lokobe) – znajdziemy nawet na południowym wschodzie wspomnianej wcześniej Nosy Be (słynie on z lemurii czarnej i kameleona lamparciego), ale ja radzę odwiedzić położone na północy Madagaskaru Park Narodowy Ankarana (Parc National Ankarana, Réserve Spéciale Ankarana) czy też Park Narodowy Montagne d’Ambre (Parc National Montagne d’Ambre). Warto zdawać sobie sprawę, że tutejsze tereny parkowe są naprawdę dzikie. Nie wjedziemy na nie samochodem, dlatego trzeba się przygotować na wycieczki piesze. Do wyboru mamy zwykle kilkanaście tras ekoturystycznych: od kilkukilometrowych po nawet kilkunastokilometrowe, których przebycie zajmuje cały dzień.

Obowiązkowo należy także wynająć przewodnika. Koszt takiej usługi rozkłada się na całą grupę, ale – proszę mi wierzyć – są to chyba najlepiej wydane pieniądze podczas pobytu na wyspie. Po pierwsze dlatego, że przewodnicy mówią po angielsku, co na Madagaskarze nie jest wcale takie oczywiste. Po drugie, ci ludzie cechują się niewyobrażalną wręcz spostrzegawczością. Gdy idziemy w towarzystwie takiego przewodnika przez park, potrafi on w pewnym momencie nagle przerwać rozmowę i polecić nam być cicho, aby po chwili wpatrywania się gdzieś w dal pokazać małego ptaszka na odległym drzewie w głębi lasu albo lemura siedzącego na gałęzi wysoko nad naszymi głowami.

Jeśli wybieramy się więc do rezerwatu lub parku narodowego, musimy przygotować się na solidną dawkę emocji i częste spotkania ze zwierzętami nie występującymi nigdzie indziej na ziemi. Oprócz oglądania rzadkich ptaków, owadów, kilkudziesięciu rodzajów lemurów czy kameleonów (tych ostatnich do czerwca 2015 r. odkryto aż 202 gatunki!) będziemy mogli jeszcze podziwiać przepiękne widoki na naturalne wąwozy, wyjątkowe formacje skalne z wapienia zwane po malgasku tsingy bądź majestatyczne wodospady (na czele z 62-metrowym Cascade d’Antomboka w Parku Narodowym Montagne d’Ambre) i wulkaniczne jeziora lub przejść się zwodzonym mostem (w Parku Narodowym Ankarana) i pohuśtać na zwisających między drzewami lianach. Poza tym możemy odwiedzić jeden z bujnych lasów deszczowych, które wycina się bezlitośnie na całym świecie. Gorąco polecam zwiedzić kilka parków narodowych i rezerwatów, żeby zrozumieć, dlaczego tutejszy świat przyrodniczy należy do najbardziej fascynujących na naszym globie. Odrębną ciekawostką jest słynna Aleja Baobabów położona na drodze między Morondavą a Belon’i Tsiribihina w regionie Menabe na zachodzie Madagaskaru, chyba jedna z najczęściej fotografowanych przez turystów atrakcji w kraju.

 

ZAPACH KAKAO I ZGIEŁK MIASTA

Podczas pobytu na północy wyspy możemy również poświęcić 3–4 godz. na wizytę na plantacji kakao Millot w Andzavibe koło miasta Ambanja (założonej w 1904 r.), która zaopatruje w ziarna kakaowca m.in. wytwórnie słynnej francuskiej ekskluzywnej czekolady Valrhona. Mamy tu szansę zobaczyć, jak wygląda cały proces produkcji, począwszy od zerwania owoców, przez poddanie ich fermentacji i suszenie, na pakowaniu skończywszy. Plantacja jest spora, a jeśli dopisze nam szczęście, to obwiezie nas po niej sama niebywale charyzmatyczna właścicielka, która opowie z pasją o swoim przedsięwzięciu. Przy okazji będziemy mieć możliwość spróbowania takich specjałów jak pieprz czerwony (zerwany prosto z drzewa), zobaczenia, jak rośnie wanilia, a nawet skosztowania dojrzałych owoców kakaowca przed obróbką. Zwiedzanie kończy wyborny obiad, do którego podaje się ciasto zrobione z czekolady wytworzonej na bazie pochodzącego stąd surowca, a także likier czekoladowy z ziaren kakaowych. Proszę mi uwierzyć, że po wizycie tutaj każda tabliczka czekolady zjedzona po przyjeździe do domu będzie smakować inaczej i kojarzyć się już na zawsze z tym miejscem.

Jeśli ktoś jest z natury mieszczuchem i ciągnie go do dużych skupisk ludzi, to na Madagaskarze też znajdzie coś dla siebie. W stolicy kraju, wspomnianej już Antananarywie (zwanej potocznie Taną), oprócz kilku większych zabytkowych obiektów można znaleźć całkiem dużo budynków w stylu kolonialnym i doświadczyć prawdziwie afrykańskiego tłoku na ulicach (jej obszar metropolitalny zamieszkuje ok. 2,7 mln osób). Niestety, przy obecnym katastrofalnym stanie dróg podróż z Nosy Be do miasta potrafi zająć kilka dni. Dlatego amatorzy życia miejskiego powinni rozważyć wizytę w położonym na północy dawnym Diego-Suarez, w 1975 r. przemianowanym na Antsirananę. Miłośnicy architektury kolonialnej, zakochani w charakterystycznych łukach i zdobieniach, znajdą tu całe kwartały z zabudową w tym stylu. To pozostałość po panowaniu Francuzów na wyspie. Zresztą europejską atmosferę wyczuwa się w tym mieście bardzo wyraźnie. Antsiranana jest również dobrą bazą wypadową na wspaniałe plaże, których nie brakuje w pobliżu. Symbol tego 130-tysięcznego miasta stanowi Głowa Cukru (Pain de Sucre), czyli charakterystyczna wulkaniczna wysepka wystająca z wody na środku tutejszej zatoki Diego-Suarez (Baie de Diego-Suarez), będąca najpopularniejszym obiektem ze zdjęć z tej okolicy.

 

EGZOTYKA W STYLU AFRYKI

Madagaskar kusi jednak nie tylko osoby lubiące błogi wypoczynek na plaży, nurkowanie, wędkarstwo, kajakarstwo, surfing, kite- i windsurfing, żeglarstwo czy spędzanie czasu w otoczeniu przyrody. Ten kraj fascynuje swoją egzotyką i karmi nas widokami, których nie mamy szansy zobaczyć w Europie. Po pierwsze, musimy tu przyzwyczaić się do afrykańskiego stylu życia i zupełnie innych standardów, dotyczących nie tylko stanu dróg. W małych miejscowościach dominuje zabudowa złożona z chat zrobionych z blachy falistej czy bambusa. Przed domami wylegują się Malgasze, którzy spędzają większość dnia na słodkim nicnierobieniu. Trzeba także przywyknąć do wszechobecnego chaosu, widoku zebu (garbatych krów) chodzących sobie spokojnie pomiędzy samochodami na ulicach, podobnie zresztą jak ludzi mających w zwyczaju iść środkiem szosy. Kolejnym szczegółem, który rzuca się w oczy, jest fakt, że wszyscy ciągle coś tu sprzedają. Na wyspie obowiązuje zasada mówiąca, iż kto handluje, ten żyje. Punktem sprzedaży może być kawałek blachy falistej na ulicy czy prowizoryczny stołek. Kobiety sprzedają towary, które noszą w wielkich misach na głowie. Nie tylko owoce i warzywa są przedmiotem transakcji, w obiegu jest dosłownie wszystko.

Na Madagaskarze nic się nie marnuje. Stare, rozklejone buty, podziurawiona koszula lub wyszczerbiona ze starości miotła – te przedmioty mają tutaj po kilka żyć, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić. Procedury handlowe są mocno uproszczone i nikt nie zawraca sobie głowy takimi drobiazgami jak dokładne ważenie towarów. Na bazarze obowiązują tylko dwie miary: duża i mała puszka po kawie. To nimi odmierza się kolejne porcje ryżu, soli czy cukru. Z drugiej strony wszędzie można odczuć wpływ kultury Francuzów, więc jeśli znamy francuski, poczujemy się na Madagaskarze jak ryba w wodzie. Większość jego mieszkańców posługuje się tym językiem, a kiedy otworzymy menu w restauracji, znajdziemy w nim francuskie nazwy potraw. Nic więc dziwnego, że wielu emerytów z Francji osiedla się na wyspie na starość.

Jednak najbardziej rzucają się tu w oczy samochody. Jak powszechnie wiadomo, jednymi z symboli Kuby są amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Na Madagaskarze za ich odpowiedniki uchodzą równie stare francuskie auta – pozostałość po kolonizatorach z Europy. Leciwe pojazdy marki Citroën, Renault czy Peugeot wciąż pozostają w tym kraju w użytku. Ich karoserie zamalowuje się kolejnymi warstwami lakieru, przykrywającymi ogromne płaty rdzy. Stan techniczny madagaskarskich samochodów mógłby wywołać szok u europejskiego mechanika. Popękane szyby, brak kilku przełożeń w skrzyni biegów, zbite reflektory, lusterka czy oderwany zderzak to cechy charakterystyczne tutejszych aut. Pomiędzy nimi jeżdżą po ulicach żółte pojazdy napędzane silnikiem motorowym – odpowiedniki azjatyckich tuk-tuków, które pełnią funkcję taksówek. W dużych miastach możemy również przejechać się rikszą.

Przy okazji warto też wspomnieć o zwyczaju wręczania łapówek, który na Madagaskarze jest czymś najzupełniej normalnym. Nikt się tu nie dziwi, gdy na drodze przy prowizorycznym szlabanie zrobionym z bambusowych kijów i sznurka, czyli spontanicznie ustanowionym punkcie kontrolnym, ustawia się dwóch policjantów. Każdy kierowca wie, że tym stróżom prawa zawsze chodzi o jedno i to samo, dlatego ma przyszykowane kilka groszy schowanych w brudnym dowodzie rejestracyjnym. Także wręczenie na lotnisku dolara czy dwóch funkcjonariuszowi, który nagle zainteresował się tym, gdzie kupiliśmy cynamon i czy posiadamy odpowiedni certyfikat (nawet jeśli takowy nie istnieje), to normalna praktyka. Zwykle mała łapówka skutecznie ucina ciekawość służb kontrolnych.

 

Kobiety sprzedające turystom kolorowe chusty na madagaskarskiej plaży

© ONTM

 

NA KAŻDĄ KIESZEŃ

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną rzecz, o której warto wspomnieć. Madagaskar to bajecznie tani kraj, szczególnie w porównaniu z pobliskim Mauritiusem, a nawet z Grecją czy Portugalią. Czysty pokój w hotelu lub pensjonacie z bardzo podstawowym wyposażeniem możemy tutaj wynająć już za równowartość 40–50 złotych. Podobnie ma się rzecz z jedzeniem, za które – nawet w dobrych restauracjach – zapłacimy mniej więcej jedną trzecią tego, co musielibyśmy wydać na wakacjach w Europie. Jeśli ktoś lubi świeże owoce morza, to na wyspie Nosy Be poczuje się jak w niebie. Można tu spróbować dziesiątek gatunków ryb oceanicznych, krewetek, ośmiornic, kalmarów i wszystkiego, co tylko ocean daje człowiekowi, a ceny są bardzo rozsądne. Tropikalne drinki na plaży kosztują w przeliczeniu kilka (!) złotych (lokalna waluta to ariary). Nic w tym zresztą dziwnego, skoro za litr tutejszego rumu (marki Dzama lub Madi Rum) w sklepie trzeba dać... równowartość 7 złotych, bo alkohol na Madagaskarze jest również bajecznie tani. Stosunkowo drogo wychodzi jedynie wynajęcie jeepa z kierowcą. Ceny biletów do parków narodowych i rezerwatów przyrody są z kolei mniej więcej takie jak w przypadku wstępu do muzeów w Europie.

Jeśli więc ktoś nie ma pomysłu na urlop, a marzą mu się wakacje w egzotycznym i stosunkowo mało popularnym rejonie, z całego serca polecam Madagaskar. To wyspa, której największym skarbem obok przepięknych, niebiańskich plaż jest fascynująca natura. Obserwowanie codziennego życia Malgaszów pozwala poznać prawdziwie afrykański charakter tego miejsca. Najlepiej udać się tutaj w okresie od końca marca do listopada, aby móc w pełni skorzystać z uroków pory suchej. Radzę się jednak pospieszyć, bo lada chwila także i to wyspiarskie państwo zostanie odkryte przez miliony turystów, czego, szczerze mówiąc, wcale mu nie życzę.

 

Wydanie Lato 2018