MARCIN WESOŁY

                                                                                                             FOT. MARCIN WESOŁY

<< Tajlandia to kraj uśmiechniętych ludzi. My sami wkrótce po zawitaniu w jego gościnne progi zaczniemy odwzajemniać ten uśmiech zupełnie naturalnie i szczerze. Wszechobecna atmosfera spokoju oddziałuje na przybyszy już od pierwszych chwil i powoli zaczyna ich zmieniać. Turystom poprawia się nastrój i przestają myśleć o codziennych problemach. To prawdziwa magia Tajlandii. >>

Wydaje się, że tutaj łatwiej jest wypocząć, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Dotyczy to również pozornie zabieganego Bangkoku, w którym także można odnaleźć swój azyl, oazę wytchnienia. Dzieje się tak zapewne za sprawą niezmiernie pogodnych i serdecznych Tajów. Już sam gest tajskiego powitania zwanego wai (dłonie złączone jak do modlitwy na wysokości piersi) promieniuje ciepłem i radością, których chcielibyśmy cały czas doświadczać. Mieszkańcy Tajlandii sprawiają wrażenie silnych jakimś im tylko znanym wewnętrznym spokojem. W tym miejscu nietrudno odzyskać równowagę psychiczną, tak potrzebną w pełnej stresów Europie.

 

Można zaryzykować twierdzenie, że Tajlandia przypada do gustu każdemu. Jednocześnie dzięki temu, że ciągle dostarcza coraz to nowych wrażeń, pozwala poszerzyć horyzonty. Na tle kraju szczególnie wyróżnia się jego kosmopolityczna stolica – jedyna taka metropolia na świecie…

 

Miasto wrażeń

Gwarny i nowoczesny Bangkok wrzuca obcokrajowców od razu na głęboką wodę. Nie racjonuje doznań, nie dawkuje bodźców, ale od pierwszej chwili każe doświadczać niesłychanej azjatyckiej mnogości zapachów, obrazów i dźwięków – mieszanki tradycji ze współczesnością. Jednocześnie nie pozwala przyjezdnemu zagubić się w miejskim chaosie. Jak każda metropolia na świecie, niezależnie od wielkości i umiejscowienia na globie, żyje jednak własnym rytmem.

Miejscowi chętnie opuszczają zatłoczoną, parną, wiecznie ruchliwą stolicę i wyjeżdżają gdzieś na północ kraju, np. do Chiang Mai, aby uciec od zgiełku i odpocząć w innym klimacie. Natomiast turyści krążą po bangkockich ulicach z fascynacją w oczach. Jedynie kurczowe trzymanie się wcześniej ustalonego planu zwiedzania ratuje przed pozostaniem w tajskiej metropolii dłużej niż się zamierzało. Bangkok perfekcyjnie opanował sztukę wabienia i techniki oddziaływania na każdy ludzki zmysł zarówno za dnia, jak i w nocy. Tradycyjne pojęcie cyklu dobowego chyba tutaj nie obowiązuje, a miasto wydaje się nigdy nie zasypiać. Co ciekawe, o świcie wygląda zupełnie świeżo i z energią wita kolejny poranek. Tajowie zmierzają na bazary obłożone owocami i warzywami. Buddyjscy mnisi w szafranowych szatach wyruszają po datki. Kierowcy kolorowych tuk-tuków (trójkołowych motorowych riksz) włączają się do gęstniejącego ruchu, lawirując między busami i taksówkami. Niezliczeni uliczni sprzedawcy specjałów tajskiej kuchni zajmują swoje stałe posterunki. W powietrzu zaczyna się unosić smakowity aromat, któremu nie sposób się oprzeć, i zaraz pojawia się mnóstwo klientów. Mówi się, że Tajowie spędzają czas między posiłkami na… jedzeniu. Koniecznie należy wziąć z nich przykład i skosztować som tam (sałatki z zielonej papai), tom yam kung (zupy krewetkowej na bazie mleka kokosowego z dodatkiem trawy cytrynowej) oraz szczególnie pad tai (podsmażanego cienkiego makaronu ryżowego z kiełkami soi, siekanymi jarzynami, jajkiem, tofu i malutkimi suszonymi krewetkami, przyprawianego papryczkami chili, orzeszkami ziemnymi, cukrem i sokiem z limonki) i na deser khao niao mamuang (mango z kleistym ryżem). Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie dania bywają bardzo ostre, i jeśli preferujemy ich łagodniejsze wersje, lepiej przy zamówieniu dodać: mai pet (nieostre).

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

uliczne jedzenie w Bangkoku uchodzi za jedno z najlepszych w całej Azji

 

Życie w Bangkoku pędzi w szaleńczym tempie: w dzień wypełnia je praca, a wieczorem – niekończąca się zabawa. I mimo iż nie zatrzymuje się ani na moment, na twarzach bangkokijczyków nie widać oznak zmęczenia. W jakiś naturalny sposób wielu turystów szybko przystosowuje się do tego pędu. Oszołomieni potężną dawką egzotyki potrafią dłużej zachować formę podczas odkrywania kolejnych atrakcji. Poznawanie tej metropolii, do której idealnie pasuje określenie „miejska dżungla”, musi być intensywne. Dopiero wtedy daje się ona oswoić przynajmniej w pewnym stopniu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Tuk-tuki na ulicach stolicy Tajlandii

 

W obrębie tajlandzkiej stolicy zaadaptowano do celów komunikacyjnych przepływającą przez nią rzekę Menam (Chao Phraya). Wytyczoną rzeczną trasą z przystankami, które oznaczono na mapach miejskiego transportu, można dotrzeć do wielu turystycznych atrakcji Bangkoku: zachwycających buddyjskich świątyń, królewskich pałaców, a także bazarów w dzielnicy Chinatown…

 FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Bangkok – wieżowce przy dwóch arteriach – Ratchadamri i Sukhumvit

 

Wieże Wat Arun

Na zachodnim brzegu Menamu wznosi się monumentalna świątynia Wat Arun (jej pełna nazwa brzmi Wat Arun Ratchawararam Ratchawaramahawihan). Jest to jeden z najstarszych zabytków Bangkoku – symbol stolicy, którego wizerunek znajdziemy na pocztówkach i monetach.

Budowla już z daleka wygląda imponująco, a szczególnie malowniczo prezentuje się od strony rzeki, o brzasku lub o zachodzie słońca, widziana z pokładu tramwaju wodnego Chao Phraya Express Boat. Aby jednak w pełni docenić jej kunszt, trzeba podejść jak najbliżej. Stylem zdecydowanie wyróżnia się spośród innych świątyń Bangkoku. Podobną architekturę napotkamy w Kambodży. Wat Arun tworzy pięć strzelistych, bogato rzeźbionych wież (jedna główna i cztery mniejsze), zwieńczonych eliptyczną kopułą. To tzw. prangi, charakterystyczne dla sztuki sakralnej Khmerów. Ich ściany na kolejnych kondygnacjach podpierają postacie kamiennych demonów, zastygłych w odwiecznym wysiłku. Artystyczne piękno i rozmach znajdziemy tutaj w dekoracyjnych detalach elewacji, którą zdobi różnokolorowa ceramiczna mozaika z tłuczonej chińskiej porcelany. Ponoć używano jej niegdyś jako balastu na łodziach kursujących między Chinami a stolicą kraju Tajów.

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Wat Arun (Świątynia Świtu) w dzielnicy Bangkok yai, nad brzegiem rzeki menam

 

Odwiedzających przyciąga w to miejsce również nabrzeżna panorama Bangkoku, roztaczająca się z punktu widokowego na centralnej wieży. Na pewno warto podjąć dodatkowy wysiłek, aby się na nią wspiąć po bardzo stromych i wąskich schodach.

 

Leżący Budda

Świątynia Wat Pho w dzielnicy Phra Nakhon należy nie tylko do najstarszych, lecz także największych w stolicy, a to za sprawą swojego wyjątkowego rezydenta, czyli potężnego pozłacanego posągu Buddy. Wielki mędrzec spoczywa w pozycji leżącej, na prawym boku, opierając głowę na dłoni, a jego rozmyte spojrzenie najpewniej sięga poza doczesność, ponieważ zdaje się odpływać w stan błogiej nirwany. Statua mierzy 15 m wysokości i 46 m długości. Aby objąć ją wzrokiem lub obiektywem aparatu, najlepiej stanąć tuż za jej gigantycznymi stopami. Ich wewnętrzne części, inkrustowane macicą perłową, stanowią niejako elementarz symboli (wśród nich są m.in. kwiaty, białe słonie, tygrysy) pozostawionych wiernym przez Buddę. 

Podczas pobytu na terenie rozległego kompleksu świątynnego możemy doświadczyć, jak łatwo duchowość i cielesność przenikają się w krajach Dalekiego Wschodu. Tu, w aurze kojącej umysł buddyjskiej religijności, poddamy się tradycyjnym zabiegom regenerującym ciało. Wat Pho powszechnie uznawane jest za kolebkę tajskiego masażu. Jego zwolennicy zapewniają, że łagodzi niemal wszystkie dolegliwości: od bólów kości po stany depresyjne. Nic więc dziwnego, że tutejsza Szkoła Tajskiej Medycyny Tradycyjnej i Masażu Wat Po (Wat Po Thai Traditional Medical and Massage School) przyciąga tłumy zainteresowanych. W takich warunkach raczej trudno o błogi relaks. Każdy, kto zechce, aby na nim przećwiczono klasyczne techniki odprężające, będzie musiał odczekać swoje w długiej kolejce chętnych. Na szczęście w Bangkoku, jak zresztą wszędzie w Tajlandii, bez problemu trafimy do profesjonalnego salonu, gdzie wprawne dłonie masażystki bądź masażysty uwolnią nasze ciało od nadmiaru napięcia, przywracając mu wigor i harmonię. Trzeba jednak pamiętać, że ten rodzaj masażu potrafi być nieraz bolesny. Sam przekonałem się o tym kilkakrotnie w czasie dwugodzinnych seansów, z których miałem przyjemność korzystać. Efekt końcowy wart jest jednak chwilowego cierpienia. Gdy zaraz po masażu popijałem imbirową herbatę, poczułem wszechogarniającą mnie błogość. To na pewno był stan bliski lewitacji…

 

Włoski szyk w Chinatown

Urodzony we Florencji słynny podróżnik i dziennikarz Tiziano Terzani, miłośnik Azji, pisał, że gdyby pewnego dnia wszyscy Chińczycy w danym regionie postanowili nie iść do pracy i zostać w domu, Indonezyjczycy nie mieliby czym jeździć, co palić ani na czym pisać. Filipińczycy nie mieliby statków i promów, które pozwalają im się przemieszczać między tysiącami wysp i wysepek. Japończycy nie mieliby ulubionych krewetek. Większość budowanych wysokościowców pozostałaby niewykończona. Cały kontynent zadygotałby w podstawach, gdyż to chińska diaspora jest paliwem, dzięki któremu funkcjonuje maszyna cudu ekonomicznego Azji Południowo-Wschodniej (Powiedział mi wróżbita, Tiziano Terzani, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2008).Pragmatyczni Chińczycy zadomowili się również w stolicy Tajlandii. Tutejsze Chinatown tętni życiem nieprzerwanie od świtu do późnej nocy. Stanowi barwny i wyrazisty przykład ugruntowanej na przestrzeni wieków pozycji chińskich emigrantów zarówno w sferze gospodarki, jak i kultury innych krajów. Przybysze z Chin przenieśli tu własne wierzenia i tradycje, postawili domy, sklepy, obiekty sakralne, pałace i otworzyli mnóstwo restauracji. Było to możliwe dzięki tolerancji, z jakiej słyną Tajowie, wyznawcy buddyzmu. Warto zatem zapuścić się w tajemnicze rewiry Chinatown, zwiedzić taoistyczną świątynię, zrobić zakupy u zielarza, potargować się z obrotnymi handlarzami, a przy okazji spróbować wszelakich kulinarnych specjałów, nawet tak osobliwych, jak zupy z płetwy rekina albo ptasich gniazd.   

Ja ku swojej wielkiej radości, krążąc po chińskiej dzielnicy, odkryłem również europejski akcent. Okazuje się, że włoskie skutery Vespa (i to głównie ich leciwe, kultowe modele) są tu podstawowym środkiem transportu, służącym do przewozu zarówno ludzi, żywego inwentarza, jak i rozmaitych towarów. Niewykluczone, że przy odrobinie szczęścia mógłbym w tej okolicy wytropić mocno zużyty egzemplarz tego jednośladu, którym niegdyś Gregory Peck z dumą obwoził Audrey Hepburn po stolicy Włoch w niezapomnianych Rzymskich wakacjach

 

Raj po tajsku

Cytowany wcześniej przeze mnie Tiziano Terzani wspominał też w swoich reportażach, że Bangkok wydawał mu się miejscem, z którego nie ma ucieczki. Gwarantuję jednak, że bez problemu się z niego wydostaniemy i dotrzemy daleko w głąb kraju. Najlepiej wybrać się na którąś z malowniczych tajlandzkich wysp. Szczególnie jedna z nich głęboko zapadła mi w pamięć. Leży w południowej części Morza Andamańskiego, na terenie Morskiego Parku Narodowego Tarutao. Tak się składa, że bliżej z niej do Malezji (na wyspę Langkawi) niż do stałego lądu w Tajlandii. Zwie się Koh Lipe, co w lokalnym dialekcie oznacza „Papierowa Wyspa”. Aby się na nią dostać, musimy skorzystać z trzech różnych rodzajów transportu. Najpierw z Bangkoku przylatujemy do miasta Hat Yai. Stąd jedziemy następnie do nadmorskiej miejscowości Pak Bara, gdzie w porcie wsiadamy do szybkiej łodzi motorowej (cztery silniki Toyoty) i płyniemy już prosto na Koh Lipe. Wkrótce przybijamy do unoszącego się na wodzie pomostu (na wyspie nie ma przystani) w nieznacznej odległości od brzegu, który wabi bielusieńkim piaskiem i soczystą zielenią bujnej roślinności. Nad plażą delikatnie kołyszą się smukłe kokosowe palmy. Wyciszone morze przybiera tu oszałamiający turkusowy odcień. Po przybyciu witają nas miejscowi tzw. Morscy Cyganie (Koczownicy) Chao Ley – właściciele długich, drewnianych łodzi z charakterystycznymi dziobami zadartymi ku górze. Zdobią je barwne wstęgi oraz wieńce z tropikalnych kwiatów. Chao Ley żyją od zawsze z rybołówstwa, a obecnie również z usług transportowych, świadczonych turystom. Za niewygórowaną opłatą (zresztą jednakową dla wszystkich przybyłych) dowiozą nas do tej części wyspy, w której zamierzamy się zatrzymać. Tutejsza społeczność liczy tylko kilkuset mieszkańców. Tworzą oni rodzinne klany w paru niewielkich osadach rybackich. Budują skromne chaty na palach, wykorzystując drewno, liście palmowe oraz blachę falistą. Są to ludzie z natury przyjaźni i spolegliwi, mimo iż mają coraz więcej powodów do niepokoju. Nasilający się ruch turystyczny sprawia, że ich przestrzeń życiowa stale się zmniejsza. Wyjątkowo urocze bywają dzieci Chao Ley, których wszędzie pełno.

Na Koh Lipe natychmiast odnajdujemy ciszę i spokój, sprzyjające błogiemu lenistwu po wcześniejszych intensywnych wojażach. Nie ma tu samochodów. Jest może kilka skuterów, którymi poruszają się tubylcy. Zamiast dróg ważniejsze punkty tego niewielkiego skrawka lądu w kształcie bumerangu łączą utwardzone ścieżki. Nieśpieszne przejście z jednego końca wyspy na drugi zajmuje najwyżej pół godziny. Koh Lipe przyciąga kameralną atmosferą i swoistym urokiem rajskiej oazy. Osobiście polecam wynajęcie drewnianego bungalowu (razem z hamakami) niemal nad brzegiem Morza Andamańskiego, które szybko przyzwyczai nas do swego dobowego rytmu przypływów i odpływów. Główne miejscowe plaże to: Pattaya, Sunrise (Wschód Słońca) i Sunset (Zachód Słońca). Lokalne bary oferują świetne dania kuchni tajskiej. Przy okazji koniecznie należy nadrobić zaległości w spożywaniu świeżych ryb oraz owoców morza z grilla. Morskie okonie, lucjany, kraby, krewetki tygrysie albo jędrne kalmary – wszystko to trafia na stół prosto z łodzi. Nie obejdzie się też bez butelki tajskiego piwa Singha albo Chang. Natomiast wieczorem możemy zrelaksować się, sącząc na plaży Singapore Sling, kultowy koktajl z Azji Południowo-Wschodniej na bazie dżinu z wiśniowym likierem i sokiem ze świeżego ananasa.

Wystarczy kilka dni wypoczynku na tej sielankowej wyspie, aby zregenerować siły i znów optymistycznie spojrzeć na otaczający nas świat. Aż trudno uwierzyć, że w grudniu 2004 r. Koh Lipe nie ucierpiała w wyniku niszczycielskiego tsunami. Dziś nieodmiennie gości licznych turystów z całego świata, także tych, którzy swoją podróż po Tajlandii zaczęli od jej hipnotyzującej stolicy…


 

Artykuły wybrane losowo

Poczuć radość życia na Filipinach

kayaking_in_pangulasian.jpg

Wyspa Pangulasian – wycieczka kajakiem

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM


MARTA DUCZMAN

MICHAŁ KĘPA

www.ducziwdrodze.pl


Pełna magii Republika Filipin leży w Azji Południowo-Wschodniej. Swoimi granicami obejmuje aż 7107 wysp. Niespełna połowa z nich ma własną nazwę, a zaledwie kilkaset jest zamieszkałych. Oblewają je wody Oceanu Spokojnego i mórz Sulu, Celebes, Południowochińskiego i Filipińskiego. 


ChocolateHills-3.jpg

Wzgórza Czekoladowe leżą na terenie gmin Carmen, Batuan i Sagbayan 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Powierzchnia wszystkich lądów w Archipelagu Filipińskim wynosi ok. 300 tys. km2,czyli nieco mniej niż terytorium Polski. Wydzielono tu 3 główne obszary geograficzne: Luzon, Visayas (Visayan) i Mindanao. Największą wyspę stanowi Luzon, która ma niemal 110 tys. km² i 50 mln ludności. Populacja kraju liczy ponad 102 mln mieszkańców, co sprawia, że znajduje się on na 12. miejscu wśród najbardziej zaludnionych państw na świecie. 


Filipiny to kraina niezmiernie różnorodna pod względem geograficznym i kulturowym. Dostrzeżemy w niej wyraźne wpływy kolonizatorów. Przybyli tu w XVI w. Hiszpanie zaszczepili na wyspach chrześcijaństwo. Dziś ok. 80 proc. Filipińczyków jest katolikami.


Krótka historia

north_luzon_38_midres.jpg

Vigan to najlepiej zachowane hiszpańskie miasto kolonialne w Azji 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM/DAVID HETTICH, TOBIAS HAUSER


Ludzie zamieszkiwali Archipelag Filipiński prawdopodobnie już ponad 50 tys. lat temu. W późniejszym okresie docierali w te strony m.in. przybysze z Półwyspu Arabskiego, dzisiejszych Chin, Tajwanu i Indii. Europejczycy pojawili się na wyspach wraz z Ferdynandem Magellanem (1480–1521) w 1521 r. Portugalski żeglarz i odkrywca, służący Hiszpanom, przyłączył je wtedy do hiszpańskiego imperium. Kolonizację Filipin rozpoczął jednak tak naprawdę dopiero w 1565 r. Miguel López de Legazpi (ok. 1503–1572), który zbudował pierwszą osadę – Villa de San Miguel, przemianowaną potem na Cebu. Następnie w 1571 r. założył dzisiejszą Manilę, ówczesną stolicę Hiszpańskich Indii Wschodnich (aż do 1898 r.).


W 1896 r. Filipińczycy wzniecili powstanie narodowe i 12 czerwca 1898 r. ogłosili niepodległość. Radość z wolności nie trwała zbyt długo. W tym czasie rozgrywała się wojna amerykańsko-hiszpańska, trwająca od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r. Ponieważ Hiszpanie ponieśli w niej klęskę, na mocy traktatu paryskiego z 10 grudnia 1898 r. Filipiny włączono do terytoriów Stanów Zjednoczonych. 8 grudnia 1941 r., po ataku na amerykańską bazę Pearl Harbor na Hawajach, armia japońska dokonała udanej inwazji na archipelag. Po przegranej w bitwie o Midway w czerwcu 1942 r. Japończycy zaczęli jednak tracić powoli zagarnięte tereny. Ostatecznie 4 lipca 1946 r. Filipińczycy podpisali z Amerykanami traktat w Manili, w wyniku którego proklamowana została niepodległa Republika Filipin. Pierwszym jej prezydentem był Manuel Róxas (1892–1948).


Przyjaźni wyspiarze

Kadayawan_Festival_2.jpg

Trzeci tydzień sierpnia to czas Festiwalu Kadayawan w mieście Davao

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Filipiński (filipino) bazuje na języku tagalskim (tagalog). Oprócz tego istnieje tutaj mniej więcej 175 innych lokalnych języków i dialektów (w zależności od zasad klasyfikacji). W niektórych częściach Filipin wciąż usłyszymy ludzi mówiących po hiszpańsku. Angielski (drugi urzędowy język kraju obok filipińskiego) jest powszechnie używany w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych. Dlatego przed podróżą w te strony nie trzeba się obawiać problemów związanych z porozumiewaniem się z mieszkańcami.


Termin Filipino pierwotnie oznaczał „człowieka o hiszpańskim pochodzeniu urodzonego na Filipinach”. Żyjący obecnie na archipelagu naród stanowi potomków ludów austronezyjskich, Chińczyków, Hindusów, Hiszpanów, Japończyków, Amerykanów i Arabów. Wyspiarze charakteryzują się pogodnym usposobieniem, otwartością, życzliwością i serdecznością. Między sobą często używają zwrotów Madame i Sir. Podczas wizyty na Filipinach możemy zostać zaproszeni do gry w koszykówkę czy badmintona, a także do wspólnego biesiadowania. W wioskach i na mniejszych wyspach, szczególnie pod sklepikami zwanymi sari-sari, miejscowi chętnie częstują turystów lokalnym trunkiem tuba lub bahalina. To nic innego jak samogon, tyle że otrzymywany z palmy kokosowej. Ma on mętny brązowy kolor i bardzo charakterystyczny smak fermentującej rośliny. W niektórych regionach bywa podawany z pepsi. Takie wspólne popijanie tuby stanowi okazję do snucia opowieści o lokalnych zwyczajach i historii.


Nie sposób nie wspomnieć również o zamiłowaniu Filipińczyków do śpiewania i ich wstydliwości, która przejawia się tym, że kiedy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie bądź czegoś nie wiedzą, spuszczają głowę, jakby udawali, iż rozmówca zniknął. Tę pierwszą cechę także nietrudno zauważyć. Wyspiarze, czy to młodzi, czy starzy, śpiewają niemal wszędzie. Czasem kiedy ekspedientka w dużym markecie usłyszy w głośnikach ulubiony utwór, przy obsługiwaniu klientów bez żadnego skrępowania wtóruje jego wykonawcy. Jeśli odmówimy wspólnego wykonania piosenki, tłumacząc się brakiem umiejętności, Filipińczycy prawdopodobnie odpowiedzą nam, że oni sami też nie wykazują szczególnych zdolności wokalnych. Jednak tym akurat się nie przejmują, bo zwyczajnie kochają śpiewać.


„Kani tayo!”


Kuchnia filipińska jest połączeniem wpływów orientalnych, europejskich (głównie hiszpańskich) i amerykańskich. Wspólne gotowanie i spożywanie posiłków ma dla mieszkańców tego kraju duże znaczenie. Dlatego w trakcie podróży po nim warto nauczyć się zwrotu Kani tayo!, czyli „Zjedzmy coś!”, funkcjonującego jako zaproszenie do stołu. Filipińczycy kochają życie i uwielbiają to celebrować podczas różnego rodzaju zjazdów i fiest. Do charakterystycznych dań lokalnej kuchni należy m.in. podawana na zimno przystawka z surowej ryby zwana kinilaw (kilawin). Świeże mięso np. z tuńczyka miesza się z octem, limonką, imbirem, chili, cebulą i czarnym pieprzem, a następnie pozostawia na kilka godzin w lodówce. Taki przysmak przyjemnie orzeźwia w gorące dni. Najważniejszą potrawą wszelkich uroczystości i świąt jest lechón – cała świnia pieczona nad rozgrzanymi węglami do uzyskania chrupiącej skórki. Poza tym mięsa lub owoce morza smaży się także w specjalnej marynacie adobo z czosnku, octu i sosu sojowego. Przygotowane w ten sposób kalmary są niezwykle smaczne. Popularnością cieszy się również pancit kanton, czyli smażony makaron jajeczny z krewetkami, wieprzowiną i niewielką ilością warzyw takich jak marchewka, kapusta i szczypior. Z kolei kare-kare stanowi rodzaj gulaszu o intensywnym orzechowym smaku.


Co ciekawe, sieci restauracyjne typu McDonald’s czy KFC do swojego menu na Filipinach wprowadzają dania kuchni lokalnej. Nawet w takim miejscu możemy więc dostać porcję ryżu do nóżki kurczaka, makaron ze słodkim sosem pomidorowym lub ciastko z mango. Za najpopularniejszy filipiński deser uchodzi natomiast halo-halo, na które składają się schłodzone owoce chlebowca, fasola, mleko, kostki galaretki i kruszony lód. Ten specjał podaje się w wysokiej szklance z łyżką.


Typowym elementem azjatyckiej gastronomii są stoiska z jedzeniem ulicznym. W tym kraju znajdziemy na nich smażone na głębokim oleju banany, słodkie ziemniaki, jelita kaczki, papryczki chili w cieście ryżowym i empanadas, czyli duże pierogi z ciasta kukurydzianego nadziewane kapustą, marchewką, chili i mięsem. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce kulinarnej z Filipin – budzącym mieszane emocje wśród Europejczyków przysmaku balut.Jest togotowane jajko z 17-dniowym zarodkiem kaczki z wyraźnie wykształconym już dziobem. Przekąsce tej przypisuje się właściwości afrodyzjaku. Kosztuje ona 20 peso filipińskich (PHP) i kupimy ją prawie na każdym rogu.


Mango i fiesta t
en pyszny filipiński owoc wpisano do Księgi rekordów Guinnessa dwa razy. W 1995 r. odmiana manila mango została uznana za najsłodszą na świecie. Z kolei w 2009 r. w mieście portowym Cagayan de Oro na wyspie Mindanao podczas lokalnej fiesty zaprezentowano okaz, który ważył aż 3,435 kg! Na Filipinach zbiera się rocznie ponad 800 tys. ton tych owoców (ok. 3,6 proc. światowej produkcji). Z uprawy mango słynie przede wszystkim Cebu. Podczas odwiedzin na niej można wybrać się na plantację i jeść je prosto z drzewa.


Wyspiarze kochają kolory. Świadczą o tym m.in. dość kiczowate malunki na jeepneyach czy barwne imprezy w poszczególnych dzielnicach (barangay, dawniej barrio). Aby poznać lokalny folklor, trzeba koniecznie wybrać się na taką potańcówkę połączoną z występami i kulinarną ucztą zakrapianą miejscowymi trunkami. Filipiny słyną też z różnokolorowych festiwali tanecznych i maskarad. Jedno z najpopularniejszych tego typu wydarzeń odbywa się w mieście Bacolod na wyspie Negros. Nosi wiele mówiącą nazwę MassKara. Ta zabawa to kilkudniowy uliczny spektakl, w którym główne role grają tańczący ludzie poubierani w eleganckie i pomysłowe kostiumy z odblaskowymi maskami.

W drodze


Do przemieszczania się po lądzie na długich i krótkich dystansach mamy na Filipinach do wyboru autobusy typu naszych PKS-ów w wersji klimatyzowanej i nieklimatyzowanej. Szybsze są wyposażone w klimatyzację minibusy, ale komfort jazdy jest w nich raczej pozorny. W rzeczywistości takim pojazdem, przeznaczonym dla 11 pasażerów, jedzie tyle osób, ile się zmieści, wraz z bagażami, np. 10-kilogramowym workiem ryżu lub żywym inwentarzem w postaci kurczaków w pudełku. Kolejny popularny środek transportu publicznego stanowią jeepneye, czyli stare przedłużane jeepy, które zostały na wyspach po Amerykanach. Na pace takiego samochodu terenowego po obu stronach znajdują się ławki dla podróżujących. Karoserię aut zdobią charakterystyczne różnobarwne malunki, często pojawiają się na nich postaci Matki Boskiej albo Jezusa. Ciekawie prezentuje się również trycykl. To motocykl z domontowanym z boku wózkiem. Choć wygląda na dwuosobowy i niejednokrotnie ciężko wsiąść do niego przeciętnemu Europejczykowi, przewozi czasem kilkoro Filipińczyków i ich bagaże. Trycyklem nazywa się też rower typu BMX z zamocowanym koszem na pasażerów i parasolem ogrodowym. Rzadko ma on normalny hamulec, przeważnie kierowca zwalnia za pomocą naciśnięcia klapkiem na oponę. Interesujące rozwiązanie stanowi także taksówka motocyklowa habel-habel. Można podróżować nią tylko z kierowcą lub w większym towarzystwie. 


Do pokonywania odległości między wyspami służą wolne, ale tanie promy, trochę droższe szybkie łodzie (fast boats) oraz tradycyjne filipińskie banki (banca). Te ostatnie wyglądają jak duże pająki wodne, ponieważ do ich wąskich kadłubów przyczepia się długie bambusowe stabilizatory, które zapobiegają wywróceniu się. Jeśli wybierzemy lokalne środki transportu, na pewno czeka nas wiele niesamowitych przeżyć.


Sport dla odważnych


Za nieodłączną część kultury filipińskiej uchodzą walki kogutów. Mimo iż są krwawe i brutalne, odbywają się całkowicie legalnie. To lokalna forma hazardu. Arena, na której walczą ptaki przypomina ring bokserski. Koguty dzieli się na trzy kategorie wiekowe: 0–9 miesięcy, 9–20 miesięcy i powyżej 20 miesięcy. Standardowy trening przed walką trwa 21 dni. Zaczyna się o godz. 3.00 rano przy silnym oświetleniu. Taki zabieg ma na celu oswoić ptaka ze światłem, które pada na niego na arenie. Kogut wykonuje różne ćwiczenia wzmacniające jego mięśnie, skrzydła i pazury. Po 7 dniach treningów w nagrodę właściciel podsuwa mu kurę. Dzięki kopulacji w koguciej krwi wzrasta poziom testosteronu. Poza tym wpływa ona też pozytywnie na rozwój muskulatury. W czasie ćwiczeń ptak dostaje suplementy diety, specjalne jedzenie oraz witaminy i antybiotyki, a także środki na rozbudowę masy mięśniowej. 


W dniu walki przed wejściem na arenę do lewej nogi koguta przywiązuje się ostrze. Z wieloletnich obserwacji wynika, że w 99 proc. przypadków pierwsze kopnięcie wykonuje on właśnie tą łapą. Za pomocą tej broni ptak zadaje śmiertelny cios swojemu rywalowi. Gdyby nie otrzymał takiego wyposażenia, starcie trwałoby znacznie dłużej. Walki kogutów są ważną częścią codziennego życia wyspiarzy, dlatego jeśli mamy mocne nerwy, powinniśmy choć raz obejrzeć tego rodzaju zawody.


Wyspa cudów


Większość turystów rozpoczyna swoją podróż po Filipinach od największej ich wyspy Luzon ze stolicą Manilą i znajdującymi się w niej dwoma międzynarodowymi lotniskami – Ninoy Aquino International Airport i Clark International Airport. W pobliżu miasta, w prowincji Batangas wznosi się czynny wulkan Taal (311 m n.p.m.). Ostatnio wybuchł w 1977 r., lecz od 1991 r. pozostaje wciąż aktywny i raz na jakiś czas daje o sobie znać lekkimi wstrząsami ziemi i bulgotaniem wydobywającym się z krateru. Wygląda jednak wyjątkowo malowniczo. Jego stożek wystaje nad spokojną taflę oblewającego go jeziora Taal. To widok zapierający dech w piersiach.


Na Luzon ujrzymy także uznawane za ósmy cud świata, liczące sobie ok. 2 tys. lat, przepiękne tarasowe pola ryżowe Kordylierów Filipińskich, położone w prowincji Ifugao. Leżą one na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. W 1995 r. zostały wpisane na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


W górskim regionie (Mountain Province) znajduje się też miasteczko Sagada. W tej urokliwej miejscowości o przyjemnym chłodnym klimacie zobaczymy słynne wiszące trumny. Najpopularniejsze miejsce do ich oglądania stanowią Echo Valley i jaskinia Lumiang Burial. Przyczepione do wapiennych skał skrzynie są pozostałością po dawnej formie pochówku sprzed 500 lat. Razem z przewodnikiem można udać się z Sagady na eksplorowanie okolicznych grot, atrakcyjnych ze względu na wąskie przejścia i podziemną rzekę. 


Na północno-zachodnim wybrzeżu Luzon, nad Morzem Południowochińskim, leży 50-tysięczne Vigan. To czarujące miasto z zachowaną XVI-wieczną zabudową. Jego historyczne centrum wzniesione przez hiszpańskich kolonizatorów również znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wśród jego klimatycznych uliczek można poczuć się jak w Hiszpanii. Warto tu przejechać się dorożką, spróbować empanadas i pizzy pinakbet, odwiedzić garncarnię i tkalnię. Kinomanów zaciekawi na pewno fakt, że w tym miejscu kręcono film Urodzony 4 lipca (1989 r.) z Tomem Cruise’em w roli głównej.


Podziemna rzeka


Najdalej wysuniętą na północ częścią archipelagu są wyspy Batanes położone w bliskim sąsiedztwie Tajwanu. Ten region uchodzi za nie lada gratkę dla miłośników historii II wojny światowej, ponieważ znajdowała się w nim amerykańska baza wojskowa. Do dziś zachowała się m.in. radiostacja, a także japoński tunel. Poza tym rejon charakteryzuje się chłodniejszym klimatem i soczyście zielonym krajobrazem z klifowym wybrzeżem. 


Z Manili dolecimy np. do Puerto Princesa na niezmiernie długiej wyspie Palawan, leżącej na południowym zachodzie. Słynie ona z obszaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i jednego z 7 Nowych Cudów Natury, czyli Parku Narodowego Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (bramę do niego stanowi wioska Sabang). Umieszczona w jego nazwie rzeka (Cabayugan) płynie przez 8,2 km pod ziemią, wpada bezpośrednio do Morza Południowochińskiego i podlega pływom. Jej okolicę porasta bujna roślinność. Odkryto tutaj ok. 800 gatunków flory. Oprócz tego jaskinie krasowe i ich sąsiedztwo zamieszkują liczne pajęczaki, ssaki, gady i ptaki. To znakomite miejsce dla miłośników biologii.


Na północny wschód od Sabang znajduje się cichy i leniwy nadmorski Port Barton. Przed budową drogi ekspresowej pozwalającej dostać się z Puerto Princesa do El Nido w kilka godzin w tym mieście przyjezdni zatrzymywali się na nocleg. Wówczas przeżywało ono okres największej popularności. Obecnie pozostaje trochę zapomniane. Port Barton spodoba się jednak osobom unikającym masowej turystyki i ceniącym sobie spokój. Rozciąga się w nim piękna piaszczysta plaża. Wybierzemy się też stąd na całodniowy rejs łodzią na pobliskie malutkie wyspy połączony z oglądaniem raf koralowych i ich mieszkańców, m.in. żółwi morskich. Podczas spaceru w głąb dżungli napotkamy lokalną ludność, ujrzymy liczne małpy i zażyjemy odświeżającej kąpieli w wodach wodospadu. Kolację najlepiej zjeść tu w jednej z garkuchni.

Z kolei wspomniane wcześniej El Nido to bardzo popularna miejscowość, położona na północnym końcu Palawanu. Słynie ona z dziewiczego archipelagu Bacuit. W jego okolicach spotkamy manty, delfiny, diugonie przybrzeżne i żółwie (szylkretowe, oliwkowe, skórzaste i zielone). Miłośnicy klifów i dziewiczych lagun na pewno będą zachwyceni tutejszymi krajobrazami.


Z El Nido drogą morską dostaniemy się na wyspę Coron. Właśnie w jej pobliżu spoczywa kilka wraków japońskiej floty zaopatrzeniowej z okresu II wojny światowej. Brak silnych prądów i specyficzne ukształtowanie terenu czynią nurkowanie z licencją OWD (Open Water Diver) wokół tych jednostek wyjątkowo łatwym.


Rekiny i czary


Zarówno z Manili, jak i z Puerto Princesa, można dotrzeć samolotem na wyspę Cebu, leżącą w sercu regionu Visayas. Miasto Cebu było pierwszą osadą założoną przez hiszpańskich kolonizatorów w kwietniu 1565 r. Znajdziemy w nim kaplicę ze słynnym Krzyżem Magellana (niedaleko Bazyliki Dzieciątka Jezus) i Muzeum Sugbo (Museo Sugbo). To wspaniałe miejsce do poznawania bogatej historii tego wyspiarskiego kraju.


Osoby lubiące nieco inne wrażenia powinny wybrać się w okolice Mango Square. Rejon ten znany jest z klubów nocnych, imprez w stylu house i klubów go-go. Na ulicach spotkamy dziewczyny lub transwestytów składających niedwuznaczne propozycje.


W położonym na południe od Cebu miasteczku Oslob można popływać z rekinami wielorybimi. Te niezwykłe ryby dożywają podobno nawet 70 lat. Ich skóra o grubości do 10 cm chroni je przed najgroźniejszymi drapieżnikami. Największy odnotowany okaz miał aż 12,65 m długości i ważył ok. 21,5 tony! Choć takie fakty brzmią nieco przerażająco, zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla człowieka. Żywią się głównie planktonem. Spotkanie oko w oko z rekinem wielorybim z pewnością będzie przeżyciem zapadającym na długo w pamięć.


U południowych wybrzeży Cebu, pomiędzy wyspami Negros i Bohol znajduje się Siquijor. Wśród Filipińczyków cieszy się złą sławą i budzi grozę. Jeśli zaprosimy kogoś miejscowego na wspólne zwiedzanie tego niewielkiego lądu (ok. 337,5 km²), prawdopodobnie zdecydowanie nam odmówi. Podobno tę wyspę zamieszkują czarownice, szamani i stworzenia o nadprzyrodzonych zdolnościach takie jak abat czy łak-łak (wak-wak, aswang). Ten ostatni według lokalnych wierzeń zjada płody z wnętrzności ciężarnej kobiety. Mimo to urokliwa i zróżnicowana Siquijor jest coraz chętniej odwiedzana przez turystów. Jeśli wypożyczymy motocykl bądź trycykl, objedziemy ją w jeden dzień. Warto udać się tutaj do kilku wodospadów. Cambugahay mają 3 poziomy, a na każdym z nich można wykąpać się w orzeźwiającej wodzie. W Sanktuarium Motyli zapoznamy się ze stopniami rozwoju tych owadów i dowiemy się, jakie ich gatunki występują w tym regionie. Na uwagę zasługują też jaskinie i puste piaszczyste plaże. 


Czekoladowa kraina


Na samym środku pobliskiej wyspy Bohol, niedaleko miejscowości Carmen leżą słynne Wzgórza Czekoladowe, czyli co najmniej ok. 1270 kopców osiągających wysokość od 30 do 120 m. W porze suchej (od lutego do maja), kiedy wszystko wokół zamiera, przybierają brązowy kolor podobny do barwy czekolady.


Także w tej części Filipin znajdziemy rezerwat uroczych małych małpek – wyraków filipińskich. Po drodze do niego warto udać się na spływ rzeką Lobok, której okolica posłużyła za plener do filmu Czas Apokalipsy (1979 r.) Francisa Forda Coppoli. Ze względu na położenie w sercu dżungli zachwyca ona widokami.


Amatorom mocnych wrażeń przypadnie do gustu propozycja przejażdżki rowerem po linie rozwieszonej na wysokości 225 m w Chocolate Hills Adventure Park. W jej trakcie z siodełka można podziwiać niesamowitą panoramę ze Wzgórzami Czekoladowymi.


Na południowy wschód od Bohol leży Camiguin. Na tym lądzie o powierzchni niemal 238 km2, zamieszkanym przez 90 tys. ludzi, wznosi się aż 7 wulkanów. Erupcje i ruchy ziemi sprawiły, że ta spektakularna wyspa jest pełna cudów i bogactw naturalnych. Ogromne wrażenie robi zatopiony cmentarz (Sunken Cemetery), a jego historia opowiedziana przez mieszkańców dodaje mu jeszcze większego uroku. Na Camiguin odkryjemy również dwa potężne wodospady – Tuasan i Katibawasan. Bije od nich przyjemny chłód i życiodajna energia. Idealnym zakończeniem dnia będzie natomiast relaksująca kąpiel w gorących źródłach Ardent u stóp wulkanu Hibok-Hibok (1332 m n.p.m.).


Jak w raju


Z większą wyspą Panay sąsiaduje maleńka Boracay. Zajmuje ona ok. 10 km2 powierzchni i szczyci się najpiękniejszą białą plażą oblewaną turkusową wodą na całych Filipinach – White Beach. Jeżeli zapytamy Filipińczyków, dokąd warto wybrać się w ich ojczyźnie, jak jeden mąż odpowiedzą, że właśnie do tej rajskiej oazy. Ten niewielki skrawek lądu został w dużej mierze opanowany przez masową turystykę, lecz jest na tyle przestronny, że można na nim spędzić spokojnie urlop. Znakomitym pomysłem będzie też rejs dookoła Boracay połączony z przystankami na snorkeling, skakanie z klifu czy zwiedzanie grot i pływanie w nich. Do miejscowych atrakcji należą również nurkowanie, wind- i kitesurfing czy lot na paralotni, a nawet… kurs bycia syreną. 


Z kolei u północno-wschodnich wybrzeży Panay rozciągają się Wyspy Olbrzymów (Islas de Gigantes), podzielone na rejon północny (Gigantes Norte) i południowy (Gigantes Sur). Ten owiany legendami obszar kusi dziewiczymi piaszczystymi plażami, pysznymi świeżymi owocami i skalnym krajobrazem. Na archipelagu warto odwiedzić przestronne jaskinie (aż 73!) i zażyć kąpieli w ich krystalicznie czystych wodach, a także wejść na latarnię morską (North Gigantes Island Lighthouse). Przede wszystkim jednak trzeba koniecznie udać się na punkt widokowy, z którego rozpościera się wspaniała panorama okolicy.


Podwodne eldorado


Filipiny znajdują się w czołówce najlepszych regionów dla nurków na świecie. Eksploracja podwodnego królestwa w tej szerokości geograficznej dostarcza niezapomnianych wrażeń. Za największy skarb archipelagu uchodzi przede wszystkim wpisany w 1993 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Park Naturalny Raf Tubbataha (Tubbataha Reefs Natural Park), założony na południowy wschód od Puerto Princesa (Palawan) na morzu Sulu. Zajmuje on 1300 km². Ochroną objęto tutaj dziewiczą rafę koralową z przepiękną 100-metrową ścianą, rozległymi lagunami i koralowymi wysepkami. Ten region jest udostępniony do zwiedzania tylko podczas kilkudniowego nurkowego safari, które – niestety – nie należy do najtańszych.


Kolejnym idealnym miejscem dla amatorów podwodnych przygód będzie rejon Parku Naturalnego Rafy Apo (Apo Reef Natural Park), zwanej też miniaturową Tubbatahą, rozciągający się u zachodnich wybrzeży Mindoro. To drugi co do wielkości ciągły system rafowy na świecie (ok. 34 km2). Podczas nurkowania można tu spotkać rekiny, ślimaki nagoskrzelne, ryby z rodziny rogatnicowatych, manty i barakudy.


Dużą popularnością cieszą się także Moalboal na Cebu i wyspa Pescador. Wśród pobliskich miękkich ścian koralowych aż roi się od egzotycznych stworzeń, w tym żółwi morskich. Nurkowie odwiedzają również Bohol i plażę Alona na Panglao, gdzie działa wiele lokalnych baz. Z tutejszymi instruktorami udamy się na wyspę Balicasag, wokół której wznoszą się pod wodą strome stoki z koralowców zamieszkane m.in. przez ryby z gatunku karanksów, plataksy długopłetwe (Platax teira), mniejsze ślimaki nagoskrzelne czy liczne błazenki. W okolicach brzegów rajskiej Pamilacan o poranku można spotkać stada delfinów radośnie skaczących nad powierzchnię morza w promieniach wschodzącego słońca.


Nad morzem i w górach


We wschodniej części Filipin oblewanej przez wody Morza Filipińskiego, w rejonie Mindanao leży Siargao (ok. 437 km²). Dzięki tworzącym się tutaj wysokim falom, wyspa zaskarbiła sobie względy surferów z całego świata. Miejsce, gdzie powstaje słynna „Cloud 9” („Chmura 9”) co roku we wrześniu gości międzynarodowe zawody surfingowe. Oprócz tego Siargao zachwyca pięknymi piaszczystymi plażami i kolorowymi rafami koralowymi.


Na Archipelagu Filipińskim nie powinni też się nudzić wielbiciele trekkingu. Najwyższy szczyt kraju stanowi góra Apo (2954 m n.p.m.) na Mindanao, położona koło miasta Davao. Wejście na nią zajmuje 3 dni i nie należy do łatwych ze względu na ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać skaliste obszary, omszałe lasy, duże rzeki i bagna. Jednak zapierający dech w piersiach widok z wierzchołka wynagradza wszelkie trudy.


Na uwagę zasługuje również uważany za mistyczny Obelisk Kleopatry (Cleopatras’s Needle), druga najwyższa góra Palawanu (1593 m n.p.m.). Nazwa ta pochodzi od formacji skalnej znajdującej się na szczycie. Trekking trwa 3–4 dni, a wieńczy go podziwianie wspaniałej panoramy morza Sulu i miasta Puerto Princesa.


Filipiny są na tyle różnorodne, że można na nich stale podróżować do nowych regionów i odkrywać niezwykłe miejsca. Do poznania tego archipelagu szczególnie mocno zachęcają dwie rzeczy. Nadal nie ma tutaj zbyt wielu turystów, a Polacy nie potrzebują wizy, jeśli chcą zatrzymać się w kraju na okres do 30 dni. Wystarczy, że okażą ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy paszport, bilet powrotny i zadeklarują posiadanie środków na pokrycie kosztów pobytu. Warto więc wyruszyć na pełen atrakcji rajski Archipelag Filipiński, żeby odnaleźć na nim prawdziwą radość życia.

Ale Meksyk!

ROBERT PAWEŁEK

 

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< W promieniach gorącego tropikalnego słońca podróżnicy wyruszają przez półwysep Jukatan śladami dawnej cywilizacji Majów. Gdzieś tutaj praktykowano tajemnicze obrzędy. Układ gwiazd i planet decydował o życiu tysięcy ludzi. Dziś wspaniałym piramidom schodkowym, zamiast ołtarzy ofiarnych, towarzyszą stragany z pamiątkami. W głębi dżungli kuszą nurków fascynujące podziemne jaskinie – cenoty. A na strudzonych wędrowców czekają miękkie złote piaski Riwiery Majów (Riviera Maya). Czy można sobie wyobrazić lepszą wyprawę? >>

 

Na pierwszy rzut oka półwysep Jukatan wydaje się płaski jak… tortilla. W zdecydowanej większości wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziomem morza. Z lotu ptaka widać niewysokie lasy tropikalne i sawanny przecięte prostymi jak strzała drogami. W pasie nadmorskim królują namorzyny. Ten z pozoru mało urozmaicony widok nie zapowiada wielkich atrakcji, jakie tu na nas czekają...

Więcej…

Podróż przez Mozambik

JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Więcej…