MARCIN WESOŁY

                                                                                                             FOT. MARCIN WESOŁY

<< Tajlandia to kraj uśmiechniętych ludzi. My sami wkrótce po zawitaniu w jego gościnne progi zaczniemy odwzajemniać ten uśmiech zupełnie naturalnie i szczerze. Wszechobecna atmosfera spokoju oddziałuje na przybyszy już od pierwszych chwil i powoli zaczyna ich zmieniać. Turystom poprawia się nastrój i przestają myśleć o codziennych problemach. To prawdziwa magia Tajlandii. >>

Wydaje się, że tutaj łatwiej jest wypocząć, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Dotyczy to również pozornie zabieganego Bangkoku, w którym także można odnaleźć swój azyl, oazę wytchnienia. Dzieje się tak zapewne za sprawą niezmiernie pogodnych i serdecznych Tajów. Już sam gest tajskiego powitania zwanego wai (dłonie złączone jak do modlitwy na wysokości piersi) promieniuje ciepłem i radością, których chcielibyśmy cały czas doświadczać. Mieszkańcy Tajlandii sprawiają wrażenie silnych jakimś im tylko znanym wewnętrznym spokojem. W tym miejscu nietrudno odzyskać równowagę psychiczną, tak potrzebną w pełnej stresów Europie.

 

Można zaryzykować twierdzenie, że Tajlandia przypada do gustu każdemu. Jednocześnie dzięki temu, że ciągle dostarcza coraz to nowych wrażeń, pozwala poszerzyć horyzonty. Na tle kraju szczególnie wyróżnia się jego kosmopolityczna stolica – jedyna taka metropolia na świecie…

 

Miasto wrażeń

Gwarny i nowoczesny Bangkok wrzuca obcokrajowców od razu na głęboką wodę. Nie racjonuje doznań, nie dawkuje bodźców, ale od pierwszej chwili każe doświadczać niesłychanej azjatyckiej mnogości zapachów, obrazów i dźwięków – mieszanki tradycji ze współczesnością. Jednocześnie nie pozwala przyjezdnemu zagubić się w miejskim chaosie. Jak każda metropolia na świecie, niezależnie od wielkości i umiejscowienia na globie, żyje jednak własnym rytmem.

Miejscowi chętnie opuszczają zatłoczoną, parną, wiecznie ruchliwą stolicę i wyjeżdżają gdzieś na północ kraju, np. do Chiang Mai, aby uciec od zgiełku i odpocząć w innym klimacie. Natomiast turyści krążą po bangkockich ulicach z fascynacją w oczach. Jedynie kurczowe trzymanie się wcześniej ustalonego planu zwiedzania ratuje przed pozostaniem w tajskiej metropolii dłużej niż się zamierzało. Bangkok perfekcyjnie opanował sztukę wabienia i techniki oddziaływania na każdy ludzki zmysł zarówno za dnia, jak i w nocy. Tradycyjne pojęcie cyklu dobowego chyba tutaj nie obowiązuje, a miasto wydaje się nigdy nie zasypiać. Co ciekawe, o świcie wygląda zupełnie świeżo i z energią wita kolejny poranek. Tajowie zmierzają na bazary obłożone owocami i warzywami. Buddyjscy mnisi w szafranowych szatach wyruszają po datki. Kierowcy kolorowych tuk-tuków (trójkołowych motorowych riksz) włączają się do gęstniejącego ruchu, lawirując między busami i taksówkami. Niezliczeni uliczni sprzedawcy specjałów tajskiej kuchni zajmują swoje stałe posterunki. W powietrzu zaczyna się unosić smakowity aromat, któremu nie sposób się oprzeć, i zaraz pojawia się mnóstwo klientów. Mówi się, że Tajowie spędzają czas między posiłkami na… jedzeniu. Koniecznie należy wziąć z nich przykład i skosztować som tam (sałatki z zielonej papai), tom yam kung (zupy krewetkowej na bazie mleka kokosowego z dodatkiem trawy cytrynowej) oraz szczególnie pad tai (podsmażanego cienkiego makaronu ryżowego z kiełkami soi, siekanymi jarzynami, jajkiem, tofu i malutkimi suszonymi krewetkami, przyprawianego papryczkami chili, orzeszkami ziemnymi, cukrem i sokiem z limonki) i na deser khao niao mamuang (mango z kleistym ryżem). Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie dania bywają bardzo ostre, i jeśli preferujemy ich łagodniejsze wersje, lepiej przy zamówieniu dodać: mai pet (nieostre).

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

uliczne jedzenie w Bangkoku uchodzi za jedno z najlepszych w całej Azji

 

Życie w Bangkoku pędzi w szaleńczym tempie: w dzień wypełnia je praca, a wieczorem – niekończąca się zabawa. I mimo iż nie zatrzymuje się ani na moment, na twarzach bangkokijczyków nie widać oznak zmęczenia. W jakiś naturalny sposób wielu turystów szybko przystosowuje się do tego pędu. Oszołomieni potężną dawką egzotyki potrafią dłużej zachować formę podczas odkrywania kolejnych atrakcji. Poznawanie tej metropolii, do której idealnie pasuje określenie „miejska dżungla”, musi być intensywne. Dopiero wtedy daje się ona oswoić przynajmniej w pewnym stopniu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Tuk-tuki na ulicach stolicy Tajlandii

 

W obrębie tajlandzkiej stolicy zaadaptowano do celów komunikacyjnych przepływającą przez nią rzekę Menam (Chao Phraya). Wytyczoną rzeczną trasą z przystankami, które oznaczono na mapach miejskiego transportu, można dotrzeć do wielu turystycznych atrakcji Bangkoku: zachwycających buddyjskich świątyń, królewskich pałaców, a także bazarów w dzielnicy Chinatown…

 FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Bangkok – wieżowce przy dwóch arteriach – Ratchadamri i Sukhumvit

 

Wieże Wat Arun

Na zachodnim brzegu Menamu wznosi się monumentalna świątynia Wat Arun (jej pełna nazwa brzmi Wat Arun Ratchawararam Ratchawaramahawihan). Jest to jeden z najstarszych zabytków Bangkoku – symbol stolicy, którego wizerunek znajdziemy na pocztówkach i monetach.

Budowla już z daleka wygląda imponująco, a szczególnie malowniczo prezentuje się od strony rzeki, o brzasku lub o zachodzie słońca, widziana z pokładu tramwaju wodnego Chao Phraya Express Boat. Aby jednak w pełni docenić jej kunszt, trzeba podejść jak najbliżej. Stylem zdecydowanie wyróżnia się spośród innych świątyń Bangkoku. Podobną architekturę napotkamy w Kambodży. Wat Arun tworzy pięć strzelistych, bogato rzeźbionych wież (jedna główna i cztery mniejsze), zwieńczonych eliptyczną kopułą. To tzw. prangi, charakterystyczne dla sztuki sakralnej Khmerów. Ich ściany na kolejnych kondygnacjach podpierają postacie kamiennych demonów, zastygłych w odwiecznym wysiłku. Artystyczne piękno i rozmach znajdziemy tutaj w dekoracyjnych detalach elewacji, którą zdobi różnokolorowa ceramiczna mozaika z tłuczonej chińskiej porcelany. Ponoć używano jej niegdyś jako balastu na łodziach kursujących między Chinami a stolicą kraju Tajów.

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Wat Arun (Świątynia Świtu) w dzielnicy Bangkok yai, nad brzegiem rzeki menam

 

Odwiedzających przyciąga w to miejsce również nabrzeżna panorama Bangkoku, roztaczająca się z punktu widokowego na centralnej wieży. Na pewno warto podjąć dodatkowy wysiłek, aby się na nią wspiąć po bardzo stromych i wąskich schodach.

 

Leżący Budda

Świątynia Wat Pho w dzielnicy Phra Nakhon należy nie tylko do najstarszych, lecz także największych w stolicy, a to za sprawą swojego wyjątkowego rezydenta, czyli potężnego pozłacanego posągu Buddy. Wielki mędrzec spoczywa w pozycji leżącej, na prawym boku, opierając głowę na dłoni, a jego rozmyte spojrzenie najpewniej sięga poza doczesność, ponieważ zdaje się odpływać w stan błogiej nirwany. Statua mierzy 15 m wysokości i 46 m długości. Aby objąć ją wzrokiem lub obiektywem aparatu, najlepiej stanąć tuż za jej gigantycznymi stopami. Ich wewnętrzne części, inkrustowane macicą perłową, stanowią niejako elementarz symboli (wśród nich są m.in. kwiaty, białe słonie, tygrysy) pozostawionych wiernym przez Buddę. 

Podczas pobytu na terenie rozległego kompleksu świątynnego możemy doświadczyć, jak łatwo duchowość i cielesność przenikają się w krajach Dalekiego Wschodu. Tu, w aurze kojącej umysł buddyjskiej religijności, poddamy się tradycyjnym zabiegom regenerującym ciało. Wat Pho powszechnie uznawane jest za kolebkę tajskiego masażu. Jego zwolennicy zapewniają, że łagodzi niemal wszystkie dolegliwości: od bólów kości po stany depresyjne. Nic więc dziwnego, że tutejsza Szkoła Tajskiej Medycyny Tradycyjnej i Masażu Wat Po (Wat Po Thai Traditional Medical and Massage School) przyciąga tłumy zainteresowanych. W takich warunkach raczej trudno o błogi relaks. Każdy, kto zechce, aby na nim przećwiczono klasyczne techniki odprężające, będzie musiał odczekać swoje w długiej kolejce chętnych. Na szczęście w Bangkoku, jak zresztą wszędzie w Tajlandii, bez problemu trafimy do profesjonalnego salonu, gdzie wprawne dłonie masażystki bądź masażysty uwolnią nasze ciało od nadmiaru napięcia, przywracając mu wigor i harmonię. Trzeba jednak pamiętać, że ten rodzaj masażu potrafi być nieraz bolesny. Sam przekonałem się o tym kilkakrotnie w czasie dwugodzinnych seansów, z których miałem przyjemność korzystać. Efekt końcowy wart jest jednak chwilowego cierpienia. Gdy zaraz po masażu popijałem imbirową herbatę, poczułem wszechogarniającą mnie błogość. To na pewno był stan bliski lewitacji…

 

Włoski szyk w Chinatown

Urodzony we Florencji słynny podróżnik i dziennikarz Tiziano Terzani, miłośnik Azji, pisał, że gdyby pewnego dnia wszyscy Chińczycy w danym regionie postanowili nie iść do pracy i zostać w domu, Indonezyjczycy nie mieliby czym jeździć, co palić ani na czym pisać. Filipińczycy nie mieliby statków i promów, które pozwalają im się przemieszczać między tysiącami wysp i wysepek. Japończycy nie mieliby ulubionych krewetek. Większość budowanych wysokościowców pozostałaby niewykończona. Cały kontynent zadygotałby w podstawach, gdyż to chińska diaspora jest paliwem, dzięki któremu funkcjonuje maszyna cudu ekonomicznego Azji Południowo-Wschodniej (Powiedział mi wróżbita, Tiziano Terzani, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2008).Pragmatyczni Chińczycy zadomowili się również w stolicy Tajlandii. Tutejsze Chinatown tętni życiem nieprzerwanie od świtu do późnej nocy. Stanowi barwny i wyrazisty przykład ugruntowanej na przestrzeni wieków pozycji chińskich emigrantów zarówno w sferze gospodarki, jak i kultury innych krajów. Przybysze z Chin przenieśli tu własne wierzenia i tradycje, postawili domy, sklepy, obiekty sakralne, pałace i otworzyli mnóstwo restauracji. Było to możliwe dzięki tolerancji, z jakiej słyną Tajowie, wyznawcy buddyzmu. Warto zatem zapuścić się w tajemnicze rewiry Chinatown, zwiedzić taoistyczną świątynię, zrobić zakupy u zielarza, potargować się z obrotnymi handlarzami, a przy okazji spróbować wszelakich kulinarnych specjałów, nawet tak osobliwych, jak zupy z płetwy rekina albo ptasich gniazd.   

Ja ku swojej wielkiej radości, krążąc po chińskiej dzielnicy, odkryłem również europejski akcent. Okazuje się, że włoskie skutery Vespa (i to głównie ich leciwe, kultowe modele) są tu podstawowym środkiem transportu, służącym do przewozu zarówno ludzi, żywego inwentarza, jak i rozmaitych towarów. Niewykluczone, że przy odrobinie szczęścia mógłbym w tej okolicy wytropić mocno zużyty egzemplarz tego jednośladu, którym niegdyś Gregory Peck z dumą obwoził Audrey Hepburn po stolicy Włoch w niezapomnianych Rzymskich wakacjach

 

Raj po tajsku

Cytowany wcześniej przeze mnie Tiziano Terzani wspominał też w swoich reportażach, że Bangkok wydawał mu się miejscem, z którego nie ma ucieczki. Gwarantuję jednak, że bez problemu się z niego wydostaniemy i dotrzemy daleko w głąb kraju. Najlepiej wybrać się na którąś z malowniczych tajlandzkich wysp. Szczególnie jedna z nich głęboko zapadła mi w pamięć. Leży w południowej części Morza Andamańskiego, na terenie Morskiego Parku Narodowego Tarutao. Tak się składa, że bliżej z niej do Malezji (na wyspę Langkawi) niż do stałego lądu w Tajlandii. Zwie się Koh Lipe, co w lokalnym dialekcie oznacza „Papierowa Wyspa”. Aby się na nią dostać, musimy skorzystać z trzech różnych rodzajów transportu. Najpierw z Bangkoku przylatujemy do miasta Hat Yai. Stąd jedziemy następnie do nadmorskiej miejscowości Pak Bara, gdzie w porcie wsiadamy do szybkiej łodzi motorowej (cztery silniki Toyoty) i płyniemy już prosto na Koh Lipe. Wkrótce przybijamy do unoszącego się na wodzie pomostu (na wyspie nie ma przystani) w nieznacznej odległości od brzegu, który wabi bielusieńkim piaskiem i soczystą zielenią bujnej roślinności. Nad plażą delikatnie kołyszą się smukłe kokosowe palmy. Wyciszone morze przybiera tu oszałamiający turkusowy odcień. Po przybyciu witają nas miejscowi tzw. Morscy Cyganie (Koczownicy) Chao Ley – właściciele długich, drewnianych łodzi z charakterystycznymi dziobami zadartymi ku górze. Zdobią je barwne wstęgi oraz wieńce z tropikalnych kwiatów. Chao Ley żyją od zawsze z rybołówstwa, a obecnie również z usług transportowych, świadczonych turystom. Za niewygórowaną opłatą (zresztą jednakową dla wszystkich przybyłych) dowiozą nas do tej części wyspy, w której zamierzamy się zatrzymać. Tutejsza społeczność liczy tylko kilkuset mieszkańców. Tworzą oni rodzinne klany w paru niewielkich osadach rybackich. Budują skromne chaty na palach, wykorzystując drewno, liście palmowe oraz blachę falistą. Są to ludzie z natury przyjaźni i spolegliwi, mimo iż mają coraz więcej powodów do niepokoju. Nasilający się ruch turystyczny sprawia, że ich przestrzeń życiowa stale się zmniejsza. Wyjątkowo urocze bywają dzieci Chao Ley, których wszędzie pełno.

Na Koh Lipe natychmiast odnajdujemy ciszę i spokój, sprzyjające błogiemu lenistwu po wcześniejszych intensywnych wojażach. Nie ma tu samochodów. Jest może kilka skuterów, którymi poruszają się tubylcy. Zamiast dróg ważniejsze punkty tego niewielkiego skrawka lądu w kształcie bumerangu łączą utwardzone ścieżki. Nieśpieszne przejście z jednego końca wyspy na drugi zajmuje najwyżej pół godziny. Koh Lipe przyciąga kameralną atmosferą i swoistym urokiem rajskiej oazy. Osobiście polecam wynajęcie drewnianego bungalowu (razem z hamakami) niemal nad brzegiem Morza Andamańskiego, które szybko przyzwyczai nas do swego dobowego rytmu przypływów i odpływów. Główne miejscowe plaże to: Pattaya, Sunrise (Wschód Słońca) i Sunset (Zachód Słońca). Lokalne bary oferują świetne dania kuchni tajskiej. Przy okazji koniecznie należy nadrobić zaległości w spożywaniu świeżych ryb oraz owoców morza z grilla. Morskie okonie, lucjany, kraby, krewetki tygrysie albo jędrne kalmary – wszystko to trafia na stół prosto z łodzi. Nie obejdzie się też bez butelki tajskiego piwa Singha albo Chang. Natomiast wieczorem możemy zrelaksować się, sącząc na plaży Singapore Sling, kultowy koktajl z Azji Południowo-Wschodniej na bazie dżinu z wiśniowym likierem i sokiem ze świeżego ananasa.

Wystarczy kilka dni wypoczynku na tej sielankowej wyspie, aby zregenerować siły i znów optymistycznie spojrzeć na otaczający nas świat. Aż trudno uwierzyć, że w grudniu 2004 r. Koh Lipe nie ucierpiała w wyniku niszczycielskiego tsunami. Dziś nieodmiennie gości licznych turystów z całego świata, także tych, którzy swoją podróż po Tajlandii zaczęli od jej hipnotyzującej stolicy…


 

Artykuły wybrane losowo

Droga do tajskiego raju

DAWID ZASTROŻNY


Ulotka na lotnisku, przewodnik w plecaku, film na ekranie pokładowego monitora: zanim nasze stopy dotkną tajskiej ziemi, sądzimy, że wiemy, czego się spodziewać. Znamy już uśmiech Leżącego Buddy ze świątyni Wat Pho, naszą wyobraźnię rozpala złoto Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku. Nowoczesny terminal lotniska w stolicy Tajlandii jest przyjaźnie rozplanowany i wiemy dokąd iść. Nie jesteśmy tylko przygotowani na to, co czeka na nas na zewnątrz.

Bangkok pędzi, a pierwsze spotkanie z nim jest niczym czołowe zderzenie. Tajska metropolia domaga się uwagi powodzią neonów, których znaczenia nie pojmujemy. Wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Warto więc zostać tu kilka dni, żeby się oswoić i bez pośpiechu chłonąć energię tego ogromnego miasta.

Więcej…

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.

 

 

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…