MARCIN WESOŁY

                                                                                                             FOT. MARCIN WESOŁY

<< Tajlandia to kraj uśmiechniętych ludzi. My sami wkrótce po zawitaniu w jego gościnne progi zaczniemy odwzajemniać ten uśmiech zupełnie naturalnie i szczerze. Wszechobecna atmosfera spokoju oddziałuje na przybyszy już od pierwszych chwil i powoli zaczyna ich zmieniać. Turystom poprawia się nastrój i przestają myśleć o codziennych problemach. To prawdziwa magia Tajlandii. >>

Wydaje się, że tutaj łatwiej jest wypocząć, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Dotyczy to również pozornie zabieganego Bangkoku, w którym także można odnaleźć swój azyl, oazę wytchnienia. Dzieje się tak zapewne za sprawą niezmiernie pogodnych i serdecznych Tajów. Już sam gest tajskiego powitania zwanego wai (dłonie złączone jak do modlitwy na wysokości piersi) promieniuje ciepłem i radością, których chcielibyśmy cały czas doświadczać. Mieszkańcy Tajlandii sprawiają wrażenie silnych jakimś im tylko znanym wewnętrznym spokojem. W tym miejscu nietrudno odzyskać równowagę psychiczną, tak potrzebną w pełnej stresów Europie.

 

Można zaryzykować twierdzenie, że Tajlandia przypada do gustu każdemu. Jednocześnie dzięki temu, że ciągle dostarcza coraz to nowych wrażeń, pozwala poszerzyć horyzonty. Na tle kraju szczególnie wyróżnia się jego kosmopolityczna stolica – jedyna taka metropolia na świecie…

 

Miasto wrażeń

Gwarny i nowoczesny Bangkok wrzuca obcokrajowców od razu na głęboką wodę. Nie racjonuje doznań, nie dawkuje bodźców, ale od pierwszej chwili każe doświadczać niesłychanej azjatyckiej mnogości zapachów, obrazów i dźwięków – mieszanki tradycji ze współczesnością. Jednocześnie nie pozwala przyjezdnemu zagubić się w miejskim chaosie. Jak każda metropolia na świecie, niezależnie od wielkości i umiejscowienia na globie, żyje jednak własnym rytmem.

Miejscowi chętnie opuszczają zatłoczoną, parną, wiecznie ruchliwą stolicę i wyjeżdżają gdzieś na północ kraju, np. do Chiang Mai, aby uciec od zgiełku i odpocząć w innym klimacie. Natomiast turyści krążą po bangkockich ulicach z fascynacją w oczach. Jedynie kurczowe trzymanie się wcześniej ustalonego planu zwiedzania ratuje przed pozostaniem w tajskiej metropolii dłużej niż się zamierzało. Bangkok perfekcyjnie opanował sztukę wabienia i techniki oddziaływania na każdy ludzki zmysł zarówno za dnia, jak i w nocy. Tradycyjne pojęcie cyklu dobowego chyba tutaj nie obowiązuje, a miasto wydaje się nigdy nie zasypiać. Co ciekawe, o świcie wygląda zupełnie świeżo i z energią wita kolejny poranek. Tajowie zmierzają na bazary obłożone owocami i warzywami. Buddyjscy mnisi w szafranowych szatach wyruszają po datki. Kierowcy kolorowych tuk-tuków (trójkołowych motorowych riksz) włączają się do gęstniejącego ruchu, lawirując między busami i taksówkami. Niezliczeni uliczni sprzedawcy specjałów tajskiej kuchni zajmują swoje stałe posterunki. W powietrzu zaczyna się unosić smakowity aromat, któremu nie sposób się oprzeć, i zaraz pojawia się mnóstwo klientów. Mówi się, że Tajowie spędzają czas między posiłkami na… jedzeniu. Koniecznie należy wziąć z nich przykład i skosztować som tam (sałatki z zielonej papai), tom yam kung (zupy krewetkowej na bazie mleka kokosowego z dodatkiem trawy cytrynowej) oraz szczególnie pad tai (podsmażanego cienkiego makaronu ryżowego z kiełkami soi, siekanymi jarzynami, jajkiem, tofu i malutkimi suszonymi krewetkami, przyprawianego papryczkami chili, orzeszkami ziemnymi, cukrem i sokiem z limonki) i na deser khao niao mamuang (mango z kleistym ryżem). Trzeba jednak pamiętać, że wszystkie dania bywają bardzo ostre, i jeśli preferujemy ich łagodniejsze wersje, lepiej przy zamówieniu dodać: mai pet (nieostre).

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

uliczne jedzenie w Bangkoku uchodzi za jedno z najlepszych w całej Azji

 

Życie w Bangkoku pędzi w szaleńczym tempie: w dzień wypełnia je praca, a wieczorem – niekończąca się zabawa. I mimo iż nie zatrzymuje się ani na moment, na twarzach bangkokijczyków nie widać oznak zmęczenia. W jakiś naturalny sposób wielu turystów szybko przystosowuje się do tego pędu. Oszołomieni potężną dawką egzotyki potrafią dłużej zachować formę podczas odkrywania kolejnych atrakcji. Poznawanie tej metropolii, do której idealnie pasuje określenie „miejska dżungla”, musi być intensywne. Dopiero wtedy daje się ona oswoić przynajmniej w pewnym stopniu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Tuk-tuki na ulicach stolicy Tajlandii

 

W obrębie tajlandzkiej stolicy zaadaptowano do celów komunikacyjnych przepływającą przez nią rzekę Menam (Chao Phraya). Wytyczoną rzeczną trasą z przystankami, które oznaczono na mapach miejskiego transportu, można dotrzeć do wielu turystycznych atrakcji Bangkoku: zachwycających buddyjskich świątyń, królewskich pałaców, a także bazarów w dzielnicy Chinatown…

 FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Bangkok – wieżowce przy dwóch arteriach – Ratchadamri i Sukhumvit

 

Wieże Wat Arun

Na zachodnim brzegu Menamu wznosi się monumentalna świątynia Wat Arun (jej pełna nazwa brzmi Wat Arun Ratchawararam Ratchawaramahawihan). Jest to jeden z najstarszych zabytków Bangkoku – symbol stolicy, którego wizerunek znajdziemy na pocztówkach i monetach.

Budowla już z daleka wygląda imponująco, a szczególnie malowniczo prezentuje się od strony rzeki, o brzasku lub o zachodzie słońca, widziana z pokładu tramwaju wodnego Chao Phraya Express Boat. Aby jednak w pełni docenić jej kunszt, trzeba podejść jak najbliżej. Stylem zdecydowanie wyróżnia się spośród innych świątyń Bangkoku. Podobną architekturę napotkamy w Kambodży. Wat Arun tworzy pięć strzelistych, bogato rzeźbionych wież (jedna główna i cztery mniejsze), zwieńczonych eliptyczną kopułą. To tzw. prangi, charakterystyczne dla sztuki sakralnej Khmerów. Ich ściany na kolejnych kondygnacjach podpierają postacie kamiennych demonów, zastygłych w odwiecznym wysiłku. Artystyczne piękno i rozmach znajdziemy tutaj w dekoracyjnych detalach elewacji, którą zdobi różnokolorowa ceramiczna mozaika z tłuczonej chińskiej porcelany. Ponoć używano jej niegdyś jako balastu na łodziach kursujących między Chinami a stolicą kraju Tajów.

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Wat Arun (Świątynia Świtu) w dzielnicy Bangkok yai, nad brzegiem rzeki menam

 

Odwiedzających przyciąga w to miejsce również nabrzeżna panorama Bangkoku, roztaczająca się z punktu widokowego na centralnej wieży. Na pewno warto podjąć dodatkowy wysiłek, aby się na nią wspiąć po bardzo stromych i wąskich schodach.

 

Leżący Budda

Świątynia Wat Pho w dzielnicy Phra Nakhon należy nie tylko do najstarszych, lecz także największych w stolicy, a to za sprawą swojego wyjątkowego rezydenta, czyli potężnego pozłacanego posągu Buddy. Wielki mędrzec spoczywa w pozycji leżącej, na prawym boku, opierając głowę na dłoni, a jego rozmyte spojrzenie najpewniej sięga poza doczesność, ponieważ zdaje się odpływać w stan błogiej nirwany. Statua mierzy 15 m wysokości i 46 m długości. Aby objąć ją wzrokiem lub obiektywem aparatu, najlepiej stanąć tuż za jej gigantycznymi stopami. Ich wewnętrzne części, inkrustowane macicą perłową, stanowią niejako elementarz symboli (wśród nich są m.in. kwiaty, białe słonie, tygrysy) pozostawionych wiernym przez Buddę. 

Podczas pobytu na terenie rozległego kompleksu świątynnego możemy doświadczyć, jak łatwo duchowość i cielesność przenikają się w krajach Dalekiego Wschodu. Tu, w aurze kojącej umysł buddyjskiej religijności, poddamy się tradycyjnym zabiegom regenerującym ciało. Wat Pho powszechnie uznawane jest za kolebkę tajskiego masażu. Jego zwolennicy zapewniają, że łagodzi niemal wszystkie dolegliwości: od bólów kości po stany depresyjne. Nic więc dziwnego, że tutejsza Szkoła Tajskiej Medycyny Tradycyjnej i Masażu Wat Po (Wat Po Thai Traditional Medical and Massage School) przyciąga tłumy zainteresowanych. W takich warunkach raczej trudno o błogi relaks. Każdy, kto zechce, aby na nim przećwiczono klasyczne techniki odprężające, będzie musiał odczekać swoje w długiej kolejce chętnych. Na szczęście w Bangkoku, jak zresztą wszędzie w Tajlandii, bez problemu trafimy do profesjonalnego salonu, gdzie wprawne dłonie masażystki bądź masażysty uwolnią nasze ciało od nadmiaru napięcia, przywracając mu wigor i harmonię. Trzeba jednak pamiętać, że ten rodzaj masażu potrafi być nieraz bolesny. Sam przekonałem się o tym kilkakrotnie w czasie dwugodzinnych seansów, z których miałem przyjemność korzystać. Efekt końcowy wart jest jednak chwilowego cierpienia. Gdy zaraz po masażu popijałem imbirową herbatę, poczułem wszechogarniającą mnie błogość. To na pewno był stan bliski lewitacji…

 

Włoski szyk w Chinatown

Urodzony we Florencji słynny podróżnik i dziennikarz Tiziano Terzani, miłośnik Azji, pisał, że gdyby pewnego dnia wszyscy Chińczycy w danym regionie postanowili nie iść do pracy i zostać w domu, Indonezyjczycy nie mieliby czym jeździć, co palić ani na czym pisać. Filipińczycy nie mieliby statków i promów, które pozwalają im się przemieszczać między tysiącami wysp i wysepek. Japończycy nie mieliby ulubionych krewetek. Większość budowanych wysokościowców pozostałaby niewykończona. Cały kontynent zadygotałby w podstawach, gdyż to chińska diaspora jest paliwem, dzięki któremu funkcjonuje maszyna cudu ekonomicznego Azji Południowo-Wschodniej (Powiedział mi wróżbita, Tiziano Terzani, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2008).Pragmatyczni Chińczycy zadomowili się również w stolicy Tajlandii. Tutejsze Chinatown tętni życiem nieprzerwanie od świtu do późnej nocy. Stanowi barwny i wyrazisty przykład ugruntowanej na przestrzeni wieków pozycji chińskich emigrantów zarówno w sferze gospodarki, jak i kultury innych krajów. Przybysze z Chin przenieśli tu własne wierzenia i tradycje, postawili domy, sklepy, obiekty sakralne, pałace i otworzyli mnóstwo restauracji. Było to możliwe dzięki tolerancji, z jakiej słyną Tajowie, wyznawcy buddyzmu. Warto zatem zapuścić się w tajemnicze rewiry Chinatown, zwiedzić taoistyczną świątynię, zrobić zakupy u zielarza, potargować się z obrotnymi handlarzami, a przy okazji spróbować wszelakich kulinarnych specjałów, nawet tak osobliwych, jak zupy z płetwy rekina albo ptasich gniazd.   

Ja ku swojej wielkiej radości, krążąc po chińskiej dzielnicy, odkryłem również europejski akcent. Okazuje się, że włoskie skutery Vespa (i to głównie ich leciwe, kultowe modele) są tu podstawowym środkiem transportu, służącym do przewozu zarówno ludzi, żywego inwentarza, jak i rozmaitych towarów. Niewykluczone, że przy odrobinie szczęścia mógłbym w tej okolicy wytropić mocno zużyty egzemplarz tego jednośladu, którym niegdyś Gregory Peck z dumą obwoził Audrey Hepburn po stolicy Włoch w niezapomnianych Rzymskich wakacjach

 

Raj po tajsku

Cytowany wcześniej przeze mnie Tiziano Terzani wspominał też w swoich reportażach, że Bangkok wydawał mu się miejscem, z którego nie ma ucieczki. Gwarantuję jednak, że bez problemu się z niego wydostaniemy i dotrzemy daleko w głąb kraju. Najlepiej wybrać się na którąś z malowniczych tajlandzkich wysp. Szczególnie jedna z nich głęboko zapadła mi w pamięć. Leży w południowej części Morza Andamańskiego, na terenie Morskiego Parku Narodowego Tarutao. Tak się składa, że bliżej z niej do Malezji (na wyspę Langkawi) niż do stałego lądu w Tajlandii. Zwie się Koh Lipe, co w lokalnym dialekcie oznacza „Papierowa Wyspa”. Aby się na nią dostać, musimy skorzystać z trzech różnych rodzajów transportu. Najpierw z Bangkoku przylatujemy do miasta Hat Yai. Stąd jedziemy następnie do nadmorskiej miejscowości Pak Bara, gdzie w porcie wsiadamy do szybkiej łodzi motorowej (cztery silniki Toyoty) i płyniemy już prosto na Koh Lipe. Wkrótce przybijamy do unoszącego się na wodzie pomostu (na wyspie nie ma przystani) w nieznacznej odległości od brzegu, który wabi bielusieńkim piaskiem i soczystą zielenią bujnej roślinności. Nad plażą delikatnie kołyszą się smukłe kokosowe palmy. Wyciszone morze przybiera tu oszałamiający turkusowy odcień. Po przybyciu witają nas miejscowi tzw. Morscy Cyganie (Koczownicy) Chao Ley – właściciele długich, drewnianych łodzi z charakterystycznymi dziobami zadartymi ku górze. Zdobią je barwne wstęgi oraz wieńce z tropikalnych kwiatów. Chao Ley żyją od zawsze z rybołówstwa, a obecnie również z usług transportowych, świadczonych turystom. Za niewygórowaną opłatą (zresztą jednakową dla wszystkich przybyłych) dowiozą nas do tej części wyspy, w której zamierzamy się zatrzymać. Tutejsza społeczność liczy tylko kilkuset mieszkańców. Tworzą oni rodzinne klany w paru niewielkich osadach rybackich. Budują skromne chaty na palach, wykorzystując drewno, liście palmowe oraz blachę falistą. Są to ludzie z natury przyjaźni i spolegliwi, mimo iż mają coraz więcej powodów do niepokoju. Nasilający się ruch turystyczny sprawia, że ich przestrzeń życiowa stale się zmniejsza. Wyjątkowo urocze bywają dzieci Chao Ley, których wszędzie pełno.

Na Koh Lipe natychmiast odnajdujemy ciszę i spokój, sprzyjające błogiemu lenistwu po wcześniejszych intensywnych wojażach. Nie ma tu samochodów. Jest może kilka skuterów, którymi poruszają się tubylcy. Zamiast dróg ważniejsze punkty tego niewielkiego skrawka lądu w kształcie bumerangu łączą utwardzone ścieżki. Nieśpieszne przejście z jednego końca wyspy na drugi zajmuje najwyżej pół godziny. Koh Lipe przyciąga kameralną atmosferą i swoistym urokiem rajskiej oazy. Osobiście polecam wynajęcie drewnianego bungalowu (razem z hamakami) niemal nad brzegiem Morza Andamańskiego, które szybko przyzwyczai nas do swego dobowego rytmu przypływów i odpływów. Główne miejscowe plaże to: Pattaya, Sunrise (Wschód Słońca) i Sunset (Zachód Słońca). Lokalne bary oferują świetne dania kuchni tajskiej. Przy okazji koniecznie należy nadrobić zaległości w spożywaniu świeżych ryb oraz owoców morza z grilla. Morskie okonie, lucjany, kraby, krewetki tygrysie albo jędrne kalmary – wszystko to trafia na stół prosto z łodzi. Nie obejdzie się też bez butelki tajskiego piwa Singha albo Chang. Natomiast wieczorem możemy zrelaksować się, sącząc na plaży Singapore Sling, kultowy koktajl z Azji Południowo-Wschodniej na bazie dżinu z wiśniowym likierem i sokiem ze świeżego ananasa.

Wystarczy kilka dni wypoczynku na tej sielankowej wyspie, aby zregenerować siły i znów optymistycznie spojrzeć na otaczający nas świat. Aż trudno uwierzyć, że w grudniu 2004 r. Koh Lipe nie ucierpiała w wyniku niszczycielskiego tsunami. Dziś nieodmiennie gości licznych turystów z całego świata, także tych, którzy swoją podróż po Tajlandii zaczęli od jej hipnotyzującej stolicy…


 

Artykuły wybrane losowo

Wszystkie odcienie Peru

IMG 20160616 174118594 HDR

Alpamayo magazyn Alpinismus ogłosił w 1966 r. najpiękniejszą górą świata

© PERU EXPEDITIONS TOURS

 

KAROLINA WUDNIAK

 

Peru to kraj kontrastów: zimna i gorąca, gór i oceanu, bogactwa i biedy, przeszłości i współczesności, bujnej zieleni wilgotnych lasów równikowych i suchych piasków pustyni. Mieni się kolorami tęczy. Ta wielka różnorodność zadziwia, zachwyca, a nawet wciąga na dłużej. Mnie wciągnęła na dwa pełne miesiące, a wciąż czuję, że to zdecydowanie za mało czasu, aby odkryć wszystkie jej odcienie.

 

Obecne tereny Peru setki lat wstecz zamieszkiwali Inkowie, którzy stworzyli całkiem rozległe imperium. Dzisiejszy kraj zajmuje powierzchnię niemal 1,3 mln km2 i jest trzecim największym państwem kontynentu po Brazylii i Argentynie. Od północy graniczy z Ekwadorem i Kolumbią, na wschodzie – z Boliwią i Brazylią, na południu – z Chile, a zachodnie wybrzeże oblewają wody Oceanu Spokojnego. Na obszarze Peru leżą wilgotne lasy dorzecza Amazonki i pustynia, wznoszą się sześciotysięczne szczyty oraz wspaniałe inkaskie ruiny i perły kolonialnej architektury. W tym pięknym kraju nie sposób się nudzić, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Turyści zwykle zaczynają tu zwiedzanie od Limy, peruwiańskiej stolicy. Stąd wyruszają później na poznawanie innych regionów Peru. Do wyboru mają wiecznie zielone lasy równikowe, majestatyczne Andy, suche płaskowyże, a nawet pacyficzne plaże.

 

004554 300

Pustynię w okolicy miasta Ica można przemierzać pojazdem typu buggy

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/WALTER HUPIU

 

Z WIZYTĄ W STOLICY

 

Lima jest jednym z największych miast w Ameryce Południowej, zamieszkuje ją ponad 10 mln osób. Ośrodek założył 18 stycznia 1535 r. hiszpański konkwistador Francisco Pizzaro (1478–1541) – miał służyć jako zaplecze do podboju imperium Inków. Od 1551 r. działa tutaj szkoła wyższa (Uniwersytet Świętego Marka – Universidad Nacional Mayor de San Marcos), najstarsza na kontynencie. Przez stulecia Lima była stolicą Wicekrólestwa Peru (w latach 1542–1821), a później Republiki Peru. Dziś jest szybko rozwijającą się metropolią, ale znajduje się w niej wiele zabytków z dawnych czasów. Historyczną część miasta z kolonialną zabudową wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wyróżniają ją przede wszystkim słynne limskie balkony – bogato i pięknie zdobione przykuwają uwagę przechodniów. Można je podziwiać podczas spaceru ulicami biegnącymi pomiędzy dwoma głównymi placami: Plaza Mayor de Lima (Plaza de Armas de Lima) i Plaza San Martín. Wokół obu wznoszą się wspaniałe zabytkowe obiekty. Przy pierwszym z nich stoi Katedra (Catedral de Lima), której budowę rozpoczęto w 1535 r., Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) i Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú), obecna oficjalna siedziba prezydenta kraju. Oczywiście, budynki ozdabiają balkony. Przy drugim placu warto zwrócić uwagę na Gran Hotel Bolívar, a w szczególności jego wnętrze i wspaniałą witrażową kopułę. Miłośnicy sztuki sakralnej nie powinni przegapić również stojącej nieopodal Pałacu Rządu Bazyliki św. Franciszka wraz klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco). Z kolei poszukiwacze polskich śladów za granicą muszą zajrzeć do pobliskiego Domu Literatury Peruwiańskiej (Casa de la Literatura Peruana) mieszczącego się w budynku dawnego dworca (Estación de Desamparados). Jedną ze ścian zdobi w nim tablica poświęcona Ernestowi Malinowskiemu (1818–1899) – polskiemu inżynierowi i budowniczemu Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central del Perú).

 

Kolejnym tutejszym rejonem popularnym wśród turystów jest pełen hoteli, hosteli, restauracji i sklepów dystrykt prowincji Lima – Miraflores. Można tutaj kupić sweter z wełny z lamy lub alpaki, plecaki w inkaskie wzory, torebki, dywany, buty, portfele i co tylko dusza zapragnie. Jednak należy zdawać sobie sprawę z tego, że na spacer po targowiskach przy alei Abela Bergasse’a du Petita Thouarsa (Avenida Petit Thouars) potrzeba sporo czasu, dużo silnej woli, umiejętności negocjacyjnych, cierpliwości i… pieniędzy. Po opuszczeniu tego świata andyjskich kolorów najlepiej poszukać wytchnienia nad oceanem. Trasy spacerowe przy Circuito de Playas ciągną się kilometrami. Rozpościera się z nich doskonały widok na surferów walczących z falami. Warto przyjrzeć się rzeźbom w Parku Miłości (Parque del Amor), a na kolację wybrać się do dystryktu Barranco charakteryzującego się piękną i stonowaną XIX-wieczną architekturą, drogimi restauracjami z wymyślnymi daniami kuchni peruwiańskiej i modnymi kawiarniami.

 

011315 300

Promenada Malecón de Miraflores w Limie biegnie niemal na skraju klifów

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/MIGUEL CARRILLO

 

W SERCU TROPIKALNEGO LASU

 

Stolica Peru jest dobrą bazą wypadową do różnych części kraju, w tym do tych trudno dostępnych, jak choćby największe na świecie miasto, do którego nie można dojechać drogą lądową – Iquitos. Najłatwiej dostać się do niego samolotem z Limy, ale najłatwiej wcale nie musi oznaczać najciekawszej formy podróżowania. Inną możliwość stanowi rejs jednym ze statków, które wyruszają z miast Yurimaguas i Pucallpa. Z tego pierwszego płynie się do Iquitos dwa i pół dnia, z drugiego – trzy dni. Powolna podróż pozwala obserwować z pokładu życie rzek Marañón (z Yurimaguas) i Ukajali (z Pucallpy) oraz Amazonki, do której oba dopływy dołączają przed miastem. Taki rejs zdecydowanie nie należy do szczególnie komfortowych, ale może być ciekawą przygodą. Alternatywą dla niego jest lot do Iquitos i kilkudniowa wycieczka po Amazonce na pokładzie jednej z luksusowych i pełnych atrakcji łodzi (należących np. do Delfin Amazon Cruises czy Aqua Expeditions). To idealne rozwiązanie dla turystów spragnionych wrażeń, którzy jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody. Warto zdecydować się na wyprawę po rzece, bo wschody i zachody słońca w jej rejonie należą do najwspanialszych na świecie. Poza tym to dobry pomysł na odcięcie się od codzienności.

 

Amazonia, zajmująca północno-wschodnią część Peru (ok. 60 proc. powierzchni kraju), jest pięknym i egzotycznym regionem, w którym króluje dzika i nieokiełznana natura. W bezpośredni z nią kontakt można wejść zarówno podczas rejsu po rzece, jak i w trakcie wędrówki po lesie deszczowym. Kilka nocy spędzonych w domku oddalonym od cywilizacji, położonym w samym sercu zielonej gęstwiny również dostarcza sporo wrażeń. Już w Iquitos, w ośrodkach ratowania zwierząt spotkamy mieszkańców królestwa przyrody, np. małpy, manaty, krokodyle czy kolorowe motyle. W ukrytym w selwie mieście żyje na co dzień ponad 450 tys. osób. W centrum znajdziemy wiele pięknych, choć mocno nadgryzionych zębem czasu, budynków z okresu tzw. boomu kauczukowego, czyli przełomu XIX i XX w., kiedy Europejczycy zaczęli na masową skalę pozyskiwać kauczuk w Amazonii. Jeden z najsłynniejszych obiektów stoi na głównym placu Iquitos, Plaza de Armas, i nazywa się Dom z Żelaza (Casa de Fierro). Miał go podobno zaprojektować sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w Paryżu w 1889 r. Jeden z potentatów kauczukowych kupił budynek, rozebrał i przetransportował właśnie tutaj. Z tego odciętego od świata miasta najlepiej jednak szybko uciekać. Tutejsze lepkie, wilgotne i gorące powietrze sprawia, że zaczyna się marzyć o chłodniejszym klimacie górskich szczytów. Akurat w Peru nietrudno to marzenie spełnić. Wystarczy wybrać się w inną część kraju.

 

WŚRÓD SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

To właśnie ta wielka różnorodność zachwyca w Peru. Z głośnego, wonnego i bujnego lasu deszczowego można bez problemu przenieść się do surowej krainy strzelistych, śnieżnych gór. Do najpiękniejszych pasm peruwiańskich Andów należy Kordyliera Biała (Cordillera Blanca). Ciągnie się przez prawie 200 km, a swoją nazwę zawdzięcza zawsze ośnieżonym kilkunastu sześciotysięcznikom i kilkudziesięciu pięciotysięcznikom. W paśmie jest również ponad 720 lodowców. Najwyższy szczyt Kordyliery Białej, a zarazem całego Peru, Huascarán, mierzy 6768 m n.p.m. Każdy, kto chociaż raz oglądał jakiś film wyprodukowany przez Paramount Pictures, widział też górę Artesonraju (6025 m n.p.m.), której sylwetka widnieje w logo amerykańskiej wytwórni (przynajmniej tak twierdzą niektórzy). Miłośnicy górskich wędrówek z całego świata przyjeżdżają do 130-tysięcznego miasta Huaraz, stanowiącego dobrą bazę wypadową na większość tras, także na te w sąsiedniej Kordylierze Czarnej (Cordillera Negra). Szlaki mają różny poziom trudności. Do najbardziej popularnych wypraw należą jednodniowa wycieczka do zniewalającego błękitem polodowcowego jeziora Laguna 69, kilkudniowy trekking Santa Cruz oraz ok. 12-dniowy trekking Cordillera Huayhuash, ale możliwości jest zdecydowanie więcej. Mniej doceniane, ale również ciekawe i trochę łatwiejsze trasy znajdują się w Kordylierze Czarnej, z której rozpościera się niezwykły widok na Kordylierę Białą. Te ośnieżone góry to jedno z moich ukochanych miejsc w Ameryce Południowej, do którego z pewnością jeszcze wrócę.

 

PERUWIAŃSKIE SPECJAŁY

 

Nie można pisać o Peru i nie poruszyć tematów kulinarnych. Dlaczego? Bo tutejsza kuchnia uchodzi za najlepszą w Ameryce Południowej, i to zasłużenie, ponieważ jest wyjątkowo różnorodna. Miejscowe przepisy zasiliły m.in. chińskie, japońskie, hiszpańskie, francuskie i włoskie wpływy. Dzięki temu dziś można wybierać wśród wielu dań z ryb, wołowiny, kurczaka, kukurydzy, ziemniaków czy kwinoi, nazywanej peruwiańskim ryżem lub komosą ryżową. Na pobudzenie apetytu polecam pisco sour, czyli narodowy koktajl Peru. Pisco to destylat powstały z winogron przy okazji produkcji wina, jest dość mocny. Cieszy się podobną popularnością w Peru i Chile i od lat oba kraje toczą spór o to, kto pierwszy zaczął produkować ten trunek. Kwestia – oczywiście – pozostaje nierozstrzygnięta, ale to nie powinno przeszkadzać w degustacji. Kiedy pisco zmiesza się z sokiem z limonek i gorzkim likierem angostura oraz przykryje pianą ubitą z białek jajek, powstaje pisco sour. Ten drink wypić można prawie w każdym pubie i restauracji w kraju, ale żeby zobaczyć, jak produkuje się sam alkohol, trzeba wybrać się na pustynię, w okolice miasta Ica.

 

POŚRÓD PIASKÓW PUSTYNI

 

Mikroklimat regionu Ica umożliwia uprawę winogron, z których wytwarza się mało popularne peruwiańskie wina i uwielbiane pisco. Trunki te powstają kilkanaście kilometrów na północ od wspomnianego miasta. Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów na zachód od Iki, żeby znaleźć się na pustyni, a dokładniej w oazie Huacachina – świetnym miejscu na odpoczynek i uprawianie nietypowych aktywności. Lokalne agencje oferują tutaj przejażdżki po pustynnych wydmach pojazdem rodem z filmu Mad Max, tzw. buggy, oraz sandboarding, czyli nic innego jak zjeżdżanie na specjalnie przygotowanej desce po piasku, przypominające snowboarding i akrobacje na śniegu. Wcale jednak nie trzeba umieć jeździć na snowboardzie, żeby spróbować tej rozrywki. Z większości desek da się korzystać… w pozycji leżącej. Wystarczy się położyć lub usiąść, złapać za przymocowane uchwyty i zjechać z piaszczystego zbocza. Zachód słońca nad tymi wydmami jest przepiękny! Złotopomarańczowe światło tańczące na pustynnym piasku tworzy cudowne wzory. Stąd można wybrać się do Paracas, ponad 70 km na północny zachód od miasta Ica, i wsiąść na jedną z łodzi płynących na wyspy Ballestas (Islas Ballestas), żartobliwie zwane przez niektórych Galapagos dla ubogich, a to dlatego, że na terenie miejscowego rezerwatu żyją pingwiny Humboldta, kotiki południowe, uchatki patagońskie i inne zwierzęta, które trudno spotkać w pozostałych rejonach Peru.

 

Z kolei na południe od Iki znajduje się wielka gratka dla miłośników tajemniczych zjawisk. Mowa tu o słynnych liniach i rysunkach naziemnych w okolicy miasta Nasca (Nazca). W niektórych kręgach te geoglify uznawane są za znaki pozostawione przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Jednak naukowcy przypisują ich autorstwo ludowi z kultury Nazca. Linie oraz rysunki zwierząt i roślin pokrywają obszar ok. 450 km2. Powstawały pomiędzy 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Według opracowań naukowych peruwiańskie geoglify mogły mieć znaczenie religijne lub służyły za kalendarz astronomiczny. Żeby zobaczyć je w całości, trzeba odbyć lot niewielką awionetką.

 

NA DNIE KANIONU

 

Dalej na południe od Naski leży 900-tysięczna Arequipa, drugie największe po względem liczby ludności miasto Peru. Powstała w 1540 r., była ważnym ośrodkiem ekonomicznym w czasach kolonialnych, a w latach 1835–1883 pełniła funkcję stolicy kraju. Jej historyczny rejon został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i zachwyca piękną architekturą. Centralny plac miasta, Plaza de Armas, warto obejść zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy wszystkie budynki są ładnie podświetlone. Uwagę przykuwa tu neorenesansowa Katedra (Catedral de Arequipa), odbudowana w XIX w. po niszczycielskim pożarze z grudnia 1844 r. Kilka ulic dalej stoi wielki Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), założony w drugiej połowie XVI stulecia, którego wnętrze kryje kolorowe dziedzińce, arkady, fontanny i dużo zieleni. Historyczne centrum jest idealne na spacer, a sama Arequipa będzie przyjemnym przystankiem po drodze do kanionu Colca. To jedna z najgłębszych tego typu dolin na świecie. Jej ściany wznoszą się po południowej stronie do 3600 m nad poziom rzeki, a po północnej – nawet do 4160 m. Ma długość ok. 120 km. Kanion rzeki Colki po raz pierwszy przepłynęli kajakami Polacy w 1981 r. Na turystów, którzy schodzą na jego dno, czeka zupełnie inny świat. Bujna zieleń mocno kontrastuje z surowymi, skalistymi zboczami. Poza tym w okolicy znajdują się także cudownie orzeźwiające baseny w oazie Sangalle i źródła wód termalnych w Llahuar. Przy temperaturach, jakie panują w kanionie, marzenie o zimnej kąpieli towarzyszy każdemu od pierwszych kroków trekkingu. Zejście do Sangalle można zaplanować na jeden dzień, ale do wyboru jest też dłuższa, dwu- lub trzydniowa wycieczka, której trasa wiedzie z doliny inną ścieżką. Cañón del Colca stanowi również dobre miejsce do obserwowania kondorów wielkich – masywnych i majestatycznych ptaków zamieszkujących Andy. Jeśli komuś nie uda się wypatrzeć ich podczas trekkingu, powinien w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymać się na tarasie widokowym Cruz del Cóndor, przy którym często się pokazują.

 

W ŚWIECIE INKÓW

 

022330 300

Machu Picchu to arcydzieło sztuki, urbanistyki, architektury i inżynierii

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/PILAR OLIVARES

 

Nie można być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu. Inkowie rozpoczęli budowę miasta w połowie XV w., ale jej nie dokończyli. Mniej więcej 100 lat później w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach opuścili Stary Szczyt, jak tłumaczy się nazwę Machu Picchu. W tym wyjątkowym miejscu najbardziej zachwyca jego położenie – miasto założono wysoko w górach, pośród bujnie porośniętych zboczy. Inkowie ukryli je bardzo skutecznie – dopiero amerykański naukowiec Hiram Bingham III w 1911 r. odnalazł ośrodek. Badacz podczas wyprawy dotarł także do innych ruin dawnego inkaskiego imperium. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję pełniło Machu Picchu. Naukowcy spekulują o jego roli sakralnej i badawczej, niektórzy są zdania, że był to swojego rodzaju resort dla elit społeczeństwa. Zbudowano je na dwóch poziomach, z oszlifowanych, idealnie pasujących do siebie granitowych bloków. Wyżej znajdowały się królewskie grobowce, Pałac Królewski, Świątynia Trzech Okien i Świątynia Słońca. Na niższym poziomie powstała dzielnica mieszkalna i warsztaty. Tereny uprawne wkomponowane zostały w strome zbocza góry. Machu Picchu miało swój własny system doprowadzania wody z kamiennych zbiorników do różnych części miasta oraz okolicznych pól. Ośrodek rozciąga się pomiędzy dwoma szczytami – Huayna Picchu (Wayna Pikchu, czyli Młodym Szczytem, ok. 2720 m n.p.m.) i Machu Picchu (3082 m n.p.m.). Na oba można wejść, żeby podziwiać całą okolicę. Ze szczytów rozpościerają się jedne z tych widoków, które zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na długo. Są one zdecydowanie warte wysiłku, który trzeba włożyć, aby pokonać strome podejście, choć w trakcie wspinaczki nie jest to wcale tak oczywiste. W 1983 r. Machu Picchu umieszczono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, a w 2007 r. biorący udział w głosowaniu internauci wybrali je jednym z 7 Nowych Cudów Świata. Miasto rocznie odwiedza mniej więcej 1,2 mln turystów. Gdyby nie wprowadzone kilka lat temu dzienne limity zwiedzających, zostałoby całkowicie zadeptane.

 

Do Machu Picchu nie tak łatwo się dostać. Z Cusco (Cuzco), dawnej stolicy inkaskiego imperium, jedzie się do Ollantaytambo w tzw. Świętej Dolinie Inków (Valle Sagrado de los Incas), skąd pociągiem PeruRail dociera się do Aguas Calientes – bazy noclegowej pod Starym Szczytem. Stąd często odjeżdżają małe autobusy dowożące turystów pod wejście do zaginionego miasta, ale można też dojść o własnych siłach dość stromym podejściem. Warto wstać w nocy, żeby pojechać jednym z pierwszych autobusów. Poranne złote promienie słońca lub wprowadzające mistyczną atmosferę chmury przeplatające zbocza dodają Machu Picchu nieodpartego uroku. Inną możliwością dotarcia do inkaskiego ośrodka jest dwu- bądź czterodniowy trekking trasą zwaną Camino Inca (Inca Trail). Prowadzi ona przez Świętą Dolinę Inków i okoliczne przełęcze. To jeden z najbardziej obleganych szlaków trekkingowych na świecie. Ze względu na ten fakt oraz wprowadzone przez władze limity (podobnie jak w przypadku wejścia na teren Machu Picchu) wyprawę Drogą Inków należy rezerwować z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Alternatywę dla tej trasy stanowi Salkantay Trek z nielimitowanym wstępem. Wycieczkę tym szlakiem można wydłużyć o dojście do Aguas Calientes i Machu Picchu.

 

Niezależnie od wyboru drogi, każdy turysta najpierw trafia zwykle do Cusco. Miasto to było inkaską stolicą od XIII do XVI w. i zachowało się w nim sporo pozostałości architektonicznych z tych czasów. Piękne historyczne centrum, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w tym samym roku co Machu Picchu, zatrzymuje przyjezdnych w swoich objęciach na kilka dni. I bardzo dobrze, bo Cusco leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., a zatem jest odpowiednim miejscem na aklimatyzację przed wyjściem na jeden z wielu szlaków w okolicznych Andach. Ten czas można wykorzystać na zwiedzanie miasta. Na uwagę zasługują pozostałości inkaskich murów, Katedra (Catedral del Cusco), Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) czy liczne muzea z cennymi eksponatami sztuki prekolumbijskiej. Ciasne, strome, kamienne uliczki idealnie nadają się na spacery, a rozświetlony wieczorem główny plac – Plaza de Armas – odcina się na tle okolicznych wzgórz i gór. Cusco jest także dobrym miejscem na odkrywanie peruwiańskich smaków. Mnogość restauracji i kawiarni pozwala docenić tutejszą kuchnię. Bez większego trudu można znaleźć tu potrawy z mięsa lamy czy alpaki, których zdecydowanie warto spróbować podczas pobytu w Andach. Polecam też zakupienie wyrobów z wełny z alpaki (np. swetrów, czapek, szali), które są przydatną i piękną pamiątką. Na lokalnym targu dobrze również zaopatrzyć się w liście koki – sporządzony z nich napar wspomaga aklimatyzację i osłabia objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche). Tak przynajmniej mawiają miejscowi, którzy nałogowo popijają taki napój i żują same liście. Nawet jeśli to nieprawda, wciąż warto spróbować herbaty z koki, bo smakuje naprawdę wybornie. Pamiętać jednak trzeba, żeby pić ją jedynie na miejscu, bo wywożenie rośliny za granicę jest nielegalne.

 

MODŁY DO DUCHA GÓR

 

Po zwiedzaniu i aklimatyzacji przychodzi pora na wybór szlaku. Popularnością cieszy się wspomniany klasyczny pięciodniowy Salkantay Trek w paśmie Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba), trasa na Ausangate w paśmie Vilcanota (Cordillera de Vilcanota) oraz jednodniowa wycieczka pod górę Vinicunca (zwaną Tęczową Górą lub Górą Siedmiu Kolorów, 5200 m n.p.m.). Ausangate jest piątym najwyższym szczytem Peru (6384 m n.p.m.) i mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go Apu Ausangate. W mitologii inkaskiej apu znaczy „duch gór”, „bóg gór”. To właśnie do niego wznoszą prośby, kierują podziękowania i jemu składają ofiary. On odpowiada za dobrą lub złą pogodę, deszcze nawadniające nieliczne pola uprawne i suszę niosącą głód. Legenda mówi, że Ausangate był bratem Salkantaya (Salkantay to najwyższy szczyt pasma Vilcabamba, 6271 m n.p.m.) i razem mieszkali w Cusco. Po jednej z susz rozdzielili się, aby uratować miasteczko od głodu. Salkantay poszedł na północ. Znalazł lasy, zakazaną miłość Veróniki (góra Verónica mierzy 5682 m n.p.m.), a tym samym problemy. Ausangate z kolei wyruszył na południe, gdzie odkrył ziemię bogatą w ziemniaki i kukurydzę oraz pasące się alpaki. Dzięki temu ocalił mieszkańców Cusco przed głodem. Zarówno trekking przy górze Salkantay, jak i wyprawa wokół Ausangate stanowią ciekawe uzupełnienie wizyty w zachwycającym Machu Picchu.

 

Niesamowite w Peru jest to, że w ciągu jednego urlopu można wylegiwać się na słońcu nad Oceanem Spokojnym, spędzić dzień na pustyni i kilka dni w wiecznie zielonym lesie deszczowym, podziwiać z bliska ośnieżone szczyty sześciotysięczników, poznawać bogatą historię imperium Inków, zejść na dno głębokiego kanionu, a na dokładkę przepłynąć się królową rzek – Amazonką. Po powrocie do domu zazwyczaj zaczyna się marzyć o kolejnej wizycie w tych stronach, bo wymienione przeze mnie atrakcje to zaledwie część tego, co nas tutaj czeka. Peru wciąga i rozbudza chęć poznawania kolejnych miejsc i powrotu do tych już poznanych. Dlatego wyruszenie w ponowną podróż do tego kraju stanowi tylko kwestię czasu.

 

„Sisi tuna enda Uganda”, czyli jedziemy do Ugandy!

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Więcej…

Sardynia i Korsyka po dwóch stronach lustra

BEATA GARNCARSKA

<< W basenie Morza Śródziemnego, w odległości ok. 200 km od Europy kontynentalnej, znajdują się dwie niesamowite wyspy, dla których niejeden podróżnik stracił głowę. Mowa o włoskiej Sardynii i francuskiej Korsyce. Pierwsza kusi łagodnymi wzgórzami, zielonymi wiosną, żółciejącymi latem, nadbrzeżnymi lagunami, leniwie płynącymi rzekami oraz górami o zaokrąglonych wierzchołkach. Druga natomiast fascynuje strzelistymi szczytami sięgającymi obłoków i lasami pokrywającymi prawie całą jej powierzchnię niczym peleryna. Choć z pozoru tak różne, obie przez stulecia walczyły o swoją tożsamość, opierając się zakusom kolejnych kolonizatorów. >>

Więcej…