KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Jednym z języków używanych w Namibii obok urzędowego angielskiego (od 1990 r.), afrikaans i niemieckiego jest np. owambo. Wielokulturowość tego kraju zachwyca turystów, chociaż spotkać w nim ludzi wcale nie tak łatwo. Na obszarze ponad 825 tys. km2 (2,5 razy większym od terytorium Polski) mieszka jedynie 2,1 mln ludności, a więc przypada tu zaledwie ok. 2,5 osoby na 1 km2. Odległości do pokonania są w tym państwie gigantyczne (dominują drogi szutrowe), a atrakcji znajdziemy co niemiara. Przyjacielska, bezpieczna i niezmiernie malownicza Namibia uchodzi za Afrykę dla początkujących. Czeka w niej na nich uważana za najstarszą na świecie pustynia Namib, pozostałości po kulturze pierwszych jej mieszkańców Buszmenów, różnorodna dzika przyroda, piaszczyste wybrzeże usiane licznymi wrakami statków i okupowane przez sympatyczne uchatki karłowate oraz rdzenne ludy, które po dziś dzień zachowały swoje zwyczaje i tożsamość. >>

Ten młody kraj uzyskał niepodległość 21 marca 1990 r. W latach 1884–1915 tereny te należały do niemieckiej kolonii zwanej Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią (Deutsch-Südwestafrika). W 1915 r. wkroczyły tutaj wojska Związku Południowej Afryki, będącego dominium brytyjskim, i dopiero w latach 60. XX w. Organizacja Ludu Afryki Południowo-Zachodniej (SWAPO – South West Africa People's Organization) rozpoczęła walki o wyzwolenie. Nazwa Namibia pochodzi od pustyni Namib (w tłumaczeniu z języka nama „miejsce, gdzie nie ma nic” lub „olbrzymi”).

Mimo zaledwie ćwierćwiecza swojego istnienia państwo to stanowi drugi najbogatszy kraj w Afryce pod względem dochodów per capita, zaraz po RPA. Tę wysoką pozycję zawdzięcza głównie wydobyciu rud uranu i diamentów. Właśnie stąd pochodzi ok. 2 proc. światowej produkcji tych drogocennych kamieni szlachetnych, co daje Namibii ósmą pozycję na międzynarodowym rynku. Największy znaleziony tutaj okaz miał prawdopodobnie 246 karatów, czyli prawie 50 g. Równie wspaniałym bogactwem szczyci się namibijski świat flory i fauny.

OLBRZYMI KANION
Większość turystów przybywających do Namibii ląduje w stolicy kraju i jego największym mieście Windhuk (ponad 320 tys. mieszkańców), skąd rozpoczyna swoją przygodę w Afryce Południowo-Zachodniej. Ja przekroczyłam granicę od południa: wyruszyłam z Kapsztadu, następnie trasą wzdłuż rzeki Oranje dotarłam do niedużego kurortu Ai-Ais przyciągającego turystów swoimi gorącymi źródłami. Urzekającą atrakcję tego regionu stanowi namibijski brat słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w USA – trochę od niego krótszy Kanion Rzeki Rybnej (Fish River Canyon), największy wąwóz na kontynencie afrykańskim, o długości 160 km, niemal 550 m głębokości i szerokości sięgającej nawet 27 km. Dla porównania jego amerykański odpowiednik w najszerszym punkcie ma 29 km, ale jest prawie 3 razy dłuższy i ponad 3 razy głębszy. Nie zmienia to faktu, że widoki z tutejszych krawędzi ukształtowanych ok. 650 mln lat temu zapierają dech w piersiach i wzbudzają szacunek dla sił natury. Koryto rzeki Rybnej napełnia się wodą okresowo, więc wytrwali i lubiący wyzwania podróżnicy mogą wybrać się na kilkudniową wędrówkę z plecakiem jej dnem. Zazwyczaj taka wyprawa trwa 4–5 dni, a jej uczestnicy pokonują mniej więcej 90 km. Należy pamiętać, że odpowiedni na nią będzie okres tylko pomiędzy początkiem maja a połową września, kiedy temperatury nie są tu zbyt wysokie. Poza tym kilka firm turystycznych oferuje także w tym regionie wycieczki konne czy trekkingi z mułami, które niosą nasze bagaże.

MIASTO DUCHÓW
Pierwszą większą miejscowością, którą napotkałam na swojej drodze w Namibii, było smutne i wietrzne 13-tysięczne Lüderitz, położone na najbardziej nieprzyjaznym wybrzeżu Afryki Południowo-Zachodniej. Niegdyś stanowiło największy port i ośrodek rybacki w tym rejonie, a potem nawet centrum wydobycia diamentów. Dziś uporządkowane, czyste miasto swoimi wystawnymi willami i kościołami przypomina o świetności dawnej niemieckiej kolonii. Życie toczy się w nim wokół portowej restauracji serwującej świeże ryby i owoce morza, codziennie przyciągającej nie tylko turystów, ale i mieszkańców.

FOT. NAMIBIA TOURISM/WWW.FOTOSEEKER.COM

Opuszczone domy w Kolmanskop, mieście poszukiwaczy diamentów


Na pobliskim niedużym półwyspie Shark Island od 1905 do 1907 r. działał obóz koncentracyjny (Shark Island Concentration Camp) dla rdzennej ludności Herero i Nama zmuszonej przez Niemców do pracy przy układaniu torów kolejowych i stawianiu budynków w Lüderitz. Ok. 10 km za miejscowością leży okrzyknięte mianem „miasta duchów” Kolmanskop (Kolmannskuppe). Założono je, gdy robotnik Zacharias Lewala przy dopiero powstającej trasie kolei znalazł w 1908 r. mały błyszczący kamień. W zaprojektowanym w europejskim stylu ośrodku wzniesiono m.in. ogromne wille, salę balową, elektrownię, szkołę, teatr, kasyno, fabrykę lodu, a nawet szpital z pierwszym w Afryce urządzeniem do prześwietleń rentgenowskich. W latach 20. XX w. Kolmanskop zamieszkiwało 300 poszukiwaczy diamentów, 40 dzieci i 800 przedstawicieli ludu Owambo (Ovambo). Miasteczko zaczęło podupadać po I wojnie światowej, kiedy to odkryto bogatsze złoża tych drogocennych minerałów w innej części Namibii. Ostatecznie zostało całkowicie opuszczone w 1954 r. Dziś podczas spaceru po zasypanych przez piach ulicach Kolmanskop można jedynie wyobrazić sobie jego dawny splendor.

NIEGOŚCINNY PRZYLĄDEK
Przez wiele lat odkrywcy z Europy omijali Namibię z powodu jej trudno dostępnego skalistego brzegu Oceanu Atlantyckiego, wysokich wydm i pasm górskich. Nic dziwnego, że miejsce, gdzie zatonęło bądź utknęło na mieliźnie powyżej tysiąca statków, nazwano Wybrzeżem Szkieletowym – Skeleton Coast (ma długość ponad 500 km). Mimo bliskości pustyni Namib nie panują tu typowo suche i gorące warunki klimatyczne. Zimny Prąd Benguelski płynący od Antarktydy wraz z bryzą wiejącą od chłodnego Atlantyku powodują tworzenie się gęstej mgły, która unosi się nad regionem. Dzięki niej wiele roślin i zwierząt daje radę przeżyć na pustynnym obszarze, z drugiej strony to ona oraz silny prąd morski doprowadziły do śmierci setek marynarzy. Osiadłe na tutejszych plażach wraki najlepiej oglądać z okien awionetki albo samochodu z napędem na 4 koła. Poza tym podczas eksplorowania tej okolicy natkniemy się również na strusie, springboki (antylopy skoczki), hieny, szakale, pawiany, a nawet żyjące na pustyni słonie, żyrafy, lwy lub nosorożce.
Ciekawym punktem na Wybrzeżu Szkieletowym jest Przylądek Krzyża (Cape Cross), do którego w styczniu 1486 r. dopłynął portugalski odkrywca Diogo Cão (ok. 1440–1486). Postawił on tu kamienny krzyż na cześć ówczesnego króla Portugalii Jana II Doskonałego (1455–1495). Z planów budowy portu w tym rejonie nic jednak nie wynikło, a to ze względu na brak źródeł wody pitnej w pobliżu. Upodobały go sobie za to uchatki karłowate (kotiki afrykańskie), których miejscowa kolonia liczy ok. 210 tys. osobników. Przyglądać można im się niemal bez końca.

TAM, GDZIE NIC NIE MA
Położona wzdłuż wybrzeża Atlantyku pustynia Namib to wyjątkowy zakątek na ziemi. Nigdzie indziej nie znajdziemy tak wysokich wydm (300 m) w kolorach od soczyście morelowego przez krwistą czerwień aż po ciemnobordowy. Wyglądają niezwykle bajecznie i wydaje się, że ciągną się w nieskończoność (nawet ponad 30 km). Namib, zajmująca obszar o wielkości porównywalnej do terytorium Republiki Czeskiej – aż 81 tys. km², uchodzi za najstarszą pustynię na świecie – ma podobno ok. 80 mln lat. Występuje na niej wiele endemicznych gatunków fauny i flory, w tym najdłużej żyjąca roślina na ziemi welwiczja przedziwna (Welwitschia mirabilis), nazywana żywą skamieliną. Wiek najstarszych okazów szacuje się na powyżej 2 tys. lat. Stanowi ona niesamowity pomnik natury i jednocześnie symbol Namibii, a odkrył ją w 1859 r. austriacki botanik Friedrich Welwitsch (1806–1872). Co ciekawe, welwiczja, aby przetrwać na nieprzyjaznym pustynnym terenie, czerpie wilgoć nawet z mgieł za pomocą swoich poplątanych liści.
Część pustyni Namib wchodzi w skład Parku Narodowego Namib-Naukluft (Namib-Naukluft National Park), jednego z największych chronionych terenów na świecie (niemal 50 tys. km² powierzchni!). W trakcie wizyty w jego granicach możemy nie tylko wspiąć się na słynną, ponad 170-metrową wydmę Dune 45 (najlepiej o wschodzie słońca), ale również przejść kanionem Sesriem czy Deadvlei – popękanym suchym dnem jeziora z wyschniętymi pniami drzew. Widoki są tu spektakularne. W niewielkiej osadzie Solitaire (z fr. Samotny), a właściwie na stacji benzynowej ze wszystkimi udogodnieniami, zrobimy sobie zdjęcie w kultowym samochodzie i zamówimy świeży jabłecznik prosto z pieca, prawie jak w europejskiej kawiarni...

CENNE PETROGLIFY
Podczas podróży po tych stronach warto odwiedzić region Damaraland, który należy do jednej z kilkunastu grup etnicznych zamieszkujących kraj – ludu Damara. Oprócz najwyższego namibijskiego szczytu Königstein (2606 m n.p.m.) w masywie Brandberg znajduje się tutaj malownicza góra Spitzkoppe (1784 m n.p.m.), zwana również Matterhornem Namibii, gdyż sylwetką przypomina trochę ten najpiękniejszy wierzchołek Alp Pennińskich. Polecam szczególnie nietypowy nocleg u jej podnóży. Śpiwór rozkłada się w tym miejscu w szczelinie pomiędzy skałami. Nie ma tu dostępu do bieżącej wody, ale jest toaleta. U lokalnego farmera kupimy jagnię, aby przyrządzić je wieczorem na ognisku. W nocy słychać odgłosy dzikich zwierząt, a czasem uda się spojrzeć w oczy dzikiej zebrze… Nieco dalej, w granicach stanowiska archeologicznego Twyfelfontein obejrzymy prehistoryczne rysunki naskalne, z których najstarsze mogą pochodzić nawet sprzed ok. 10 tys. lat. To jedyny obiekt związany z kulturą ludów zbieracko-łowieckich wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Petroglify przedstawiają zwierzęta, a także ślady ludzkich stóp i zwierzęcych łap.

RDZENNI MIESZKAŃCY
Mówi się, że największym klejnotem Namibii obok diamentów są kobiety z plemienia Himba – niezwykle proporcjonalnie zbudowane, o pełnych, jędrnych piersiach, wydatnych ustach, smukłych sylwetkach i nieprawdopodobnym rdzawoczerwonym kolorze skóry, który zawdzięczają nakładanej codziennie rano ochrze. Do elementów ich porannej toalety należą również okadzanie całego ciała i wcieranie we włosy tłuszczu zwierzęcego oraz wspomnianej ochry. Te zabiegi chronią je przed palącym słońcem i owadami, a równocześnie nadają im atrakcyjny i zdrowy wygląd. Przedstawicielki płci pięknej noszą też biżuterię wykonaną z metalu, muszli i drewna – towar pożądany przez wielu turystów.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Przedstawicielki ludu Himba posmarowane rdzawoczerwoną ochrą


Plemię Himba nie miesza się z innymi ludami i skutecznie opiera się nawet wpływom cywilizacji zachodniej, dlatego wciąż pozostaje jedną z najbardziej pierwotnych grup afrykańskich. Zamieszkuje głównie region Kunene (dawniej nazywany Kaokoland), gdzie zajmuje się hodowlą krów i kóz oraz uprawą kukurydzy, a spokrewnione jest ze społecznością Herero, której kobiety chodzą w słynnych sukniach wiktoriańskich i nakryciach głowy przypominających krowie rogi. Podczas wizyty w wioseczce Himba trzeba najpierw przywitać się z wodzem i podarować mu ryż, wodę i puste butelki potrzebne do przynoszenia jej ze studni czy rzeki. Życie tego ludu nie zmieniło się od wieków, a jego przedstawiciele są dumni ze swojej kultury. Warto ich bliżej poznać, a pomoże nam w tym lokalny przewodnik, który zwykle pochodzi z danej grupy etnicznej.

Z MYŚLĄ O TURYSTACH
W określeniu Namibii mianem Afryki dla początkujących nie ma zbyt wiele przesady. Na drogach krajowych nie spotkamy zazwyczaj nikogo. Widok innego samochodu szczególnie na południowym zachodzie raczej zaskakuje, a jeśli w ciągu jednego dnia miniemy 30 aut, oznacza to, że podróżujemy po bardzo zatłoczonej trasie. Co więcej, wyposażenie pól kempingowych spełnia wręcz wysokie europejskie standardy. Organizatorzy wycieczek zaopatrują turystów praktycznie we wszystko: od śpiwora i namiotu do łóżka polowego i – oczywiście – kuchni na kółkach. Wybierane przez kierowcę czy wcześniej miejscowe biuro kempingi są niezmiernie malowniczo położone, a kolacje przy ognisku pod rozgwieżdżonym namibijskim niebem zachwycają romantyzmem i pozwalają całkowicie zapomnieć o przyziemnych sprawach. Dużą popularnością w Namibii cieszą się wyprawy typu self-drive. Ich uczestnicy otrzymują samochód, mapę i wszelkie informacje o zarezerwowanych noclegach. Niejednokrotnie w czasie takiej eskapady sypia się w namiocie rozkładanym na dachu auta – najbezpieczniejszym miejscu ze względu na drapieżniki. Taka podróż to świetna propozycja dla osób znających język angielskich i lubiących samodzielne odkrywanie różnych zakątków kraju. Musimy jednak pamiętać, żeby uważać na drogach, przestrzegać ograniczeń prędkości, rozglądać się za zwierzętami oraz w miarę możliwości nie przemieszczać się po zmroku.

NA TROPIE DZIKICH ZWIERZĄT
W końcu docieramy do Parku Narodowego Etosza (Etosha National Park) w poszukiwaniu Wielkiej Piątki Afryki, czyli lwa, lamparta, słonia, nosorożca czarnego i bawoła. Podczas safari wśród dzikiej przyrody towarzyszy nam doświadczony kierowca, który tropi dla nas zwierzęta i pokazuje nam a to stado żyraf, a to kąpiące się słonie czy też polujące lwy. Warunki zakwaterowania na parkowym terenie przypominają te w wielkich kompleksach turystycznych. Znajdziemy tu baseny, restaurację, pocztę, sklepy z pamiątkami, całorocznie dostępne namioty i bungalowy. Na dodatek do pobliskiego sztucznego jeziorka Okaukuejo codziennie przychodzą antylopy, żyrafy, słonie, a nocą nawet zagrożone wyginięciem nosorożce. Po zapadnięciu zmroku sztuczne światło delikatnie oświetla taflę wody, aby turyści mogli oglądać niezwykły spektakl natury. Każdy z nas, całej gromady obserwatorów, wyłącza lampę błyskową w swoim aparacie i w napięciu oczekuje na rozwój akcji...  Takie właśnie wspaniałe emocje przeżyjemy w Parku Narodowym Etosza.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Słonie korzystają z każdej okazji, żeby się ochłodzić w wodzie


Moje zwiedzanie Namibii urozmaicił także niecodzienny pobyt na farmie Otjitotongwe (Otjitotongwe Bungalows & Camping Site), gdzie na wielkiej wolnej przestrzeni mieszkają gepardy. Niektóre z nich wymagają stałej opieki ludzi, inne czekają na wybiegu na porę karmienia. Goście ośrodka dostają jedyną w swoim rodzaju szansę, aby pogłaskać dzikiego kota, zobaczyć jak bawi się ze szczeniakiem lub zdejmuje komuś kapelusz z głowy i gryzie go zadowolony ze swojej sztuczki.

 

***

Namibia to niezwykle ciekawy i różnorodny kraj, w którym wypoczniemy i nabierzemy sił do pracy przez kolejne miesiące po powrocie do domu. Słoneczna pogoda utrzymuje się w nim praktycznie przez 300 dni w roku, dlatego możemy go odwiedzić o każdej porze. Popularnymi wśród turystów kurortami są Swakopmund czy Walvis Bay, gdzie organizuje się rejsy z karmieniem pelikanów, kormoranów oraz uchatek, które wślizgują się na pokład i same szukają pożywienia w torbach. To właśnie bogata fauna i flora, a także niesamowite krajobrazy i interesująca kultura rdzennych mieszkańców Namibii czynią z niej idealny kierunek na podróż życia.

Artykuły wybrane losowo

Sri Lanka – zielony klejnot Oceanu Indyjskiego

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Położoną na południowy wschód od Półwyspu Indyjskiego Sri Lankę nazywa się niekiedy Łzą Indii. To jednak nie jedyne jej miano, a większość określeń wiąże się z zachwytem, w jaki od wieków wprawiała ona odwiedzających ją ludzi. Dla słynnego weneckiego podróżnika Marca Polo była „najwspanialszą wyspą o tej wielkości na świecie”, a dla portugalskiego kapitana Edwarda Barbosy – „wyspą rozkoszy”. Sri Lanka znana jest również jako Perła Oceanu Indyjskiego. W sanskrycie jej nazwa oznacza po prostu „Lśniący Kraj”. Wszystkie te określenia obiecują wiele, ale nie ma w nich wcale żadnej przesady.

 

Wyspa Cejlon (na której leży Sri Lanka) kojarzy się z zielonymi wzgórzami porośniętymi herbatą, zapachem korzennych przypraw i opowieściami żeglarzy o odległych lądach. Panuje tu tropikalny klimat ze średnią roczną temperaturą powietrza ok. 30°C. Od upałów można odetchnąć tylko w wyższych partiach gór w głębi lądu.

 

Na pogodę wybrzeży Sri Lanki wpływają dwa monsuny: yala i maha. Pierwszy z nich od maja do sierpnia przynosi deszcze w południowo-zachodniej części kraju. Drugi od października do stycznia sprowadza wilgoć w północno-wschodni rejon wyspy. Wiejące tutaj wiatry nie tylko sprzyjają występowaniu opadów i rozwojowi bujnej roślinności, ale także ułatwiały dotarcie do tego regionu podróżnikom i kupcom przybywającym na Cejlon z różnych stron świata. To m.in. dzięki nim Sri Lanka jest dziś miejscem tak różnorodnym kulturowo, w którym różne religie i tradycje współistnieją, wzajemnie się uzupełniając i tworząc lokalny koloryt.

 

Dambulla cave temple World heritage site- 1st Century BC

Jedna z pięciu jaskiń należących do Złotej Świątyni w Dambulli

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

ŚLADY DAWNEJ ŚWIETNOŚCI

 

Jednak na długo zanim przybyli tu wspomniani podróżnicy i kupcy, na wyspie kwitła kultura, której początki sięgają zamierzchłych czasów. Według historycznej Mahavamsy z V w. n.e., czyli w języku pai „Wielkiej Kroniki”, pierwotnymi mieszkańcami Cejlonu byli Jakszowie i lud Naga. Dzieje pochodzących z północy Indii Syngalezów zaczynają się w 543 r. p.n.e. wraz z przybyciem księcia Vijaya (Zwycięzcy), legendarnego króla Sri Lanki, i utworzeniem przez niego Królestwa Tambapanni (istniejącego do 505 r. p.n.e.). Pojawienie się na tym obszarze narodu syngaleskiego zapoczątkowało kulturalny, religijny i architektoniczny rozkwit, którego ślady podziwiać możemy do dzisiaj.

 

Najwspanialszą stolicą jednego ze starożytnych królestw Syngalezów (Królestwa Anuradhapura z lat 377 p.n.e.–1017) była Anuradhapura, położona w obecnej Prowincji Północno-Środkowej, ok. 200 km na północ od Kolombo (gospodarczej stolicy Sri Lanki). To miasto o niezmiernie bogatej historii rozwijało się od IV w. p.n.e. do końca X stulecia. Anuradhapura do dziś jest jednym z najważniejszych centrów buddyjskich na świecie, a to za sprawą rosnącego tutaj świętego figowca pagodowego zwanego Jaya Sri Maha Bodhi, pod którym według tradycji doznał oświecenia medytujący Budda. Sadzonkę na wyspę przywiozła w III w. p.n.e. Sanghamitta, córka władcy indyjskiego imperium Maurjów – Aśoki, wypełniając tym samym misję szerzenia buddyzmu na Cejlonie. Okaz ten uchodzi za najstarsze posadzone przez człowieka drzewo na świecie z udokumentowaną historią. Zasadzono je w 288 r. p.n.e. i od tego czasu wierni wciąż o nie dbają, nie przestali troszczyć się o świętego figowca nawet wtedy, gdy miasto znajdowało się w rękach Tamilów. Wśród tutejszych ruin zachowało się kilka buddyjskich świątyń i pałaców, a historyczne centrum wpisano w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Kiedy Anuradhapura była stolicą państwa Syngalezów, Polonnaruwa pełniła funkcję okresowej rezydencji królewskiej. Jednak po zniszczeniu tej pierwszej w 993 r. przez wojska tamilskie to ona przejęła rolę najważniejszej metropolii na wyspie. Status ten utrzymała do XIII w. W czasach największego rozkwitu była wspaniałym, otoczonym potrójnym murem miastem ogrodem, w którym pałace i świątynie wtapiały się w bujną zieleń.

 

Syngalezi wielokrotnie musieli odpierać ataki z zewnątrz. W XIII stuleciu Sri Lankę najechali ponownie Tamilowie z subkontynentu indyjskiego. W wyniku tych wydarzeń Polonnaruwa została opuszczona. Na odkrycie czekała ponad 500 lat. Dziś możemy podziwiać ruiny zabytkowej metropolii z licznymi posągami i rzeźbami – m.in. z wykutą w skale kilkunastometrową figurą śpiącego Buddy.

 

Na skutek najazdów Syngalezi zostali zmuszeni do osiedlenia się bardziej na południe. W górzystym wnętrzu wyspy założyli w 1469 r. nowe królestwo wokół miasta Kandy (Królestwo Kandy). Obecnie jest ono nie tylko stolicą Prowincji Środkowej, lecz także jednym z ważniejszych ośrodków wyznawców buddyzmu. Wszystko za sprawą znajdującej się tu Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa), w której w szkatułce złożono według tradycji ząb samego Buddy. Relikwia ma niezwykłą moc – przyciąga zarówno buddystów, jak i tysiące turystów. Mnóstwo osób przybywa z jej powodu do Kandy zwłaszcza raz w miesiącu, kiedy na Cejlonie obchodzi się Poyę, czyli święto przypadające na dzień pełni księżyca. Przez całą dobę we wszystkich buddyjskich świątyniach w kraju odbywają się barwne uroczystości i panuje podniosła atmosfera.

 

WIZJA SZALONEGO WŁADCY

 

Niemal 200-metrowa bryła magmy króluje nad zieloną równiną w okolicy Dambulli. Widoczna z każdej strony już z daleka, stanowi pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Samotna skała, kontrastująca z otoczeniem, robi niemałe wrażenie. Jeszcze bardziej niesamowita jest historia powstałego na niej obiektu. To karkołomne przedsięwzięcie budowlane było realizacją wizji jednego z najbardziej okrutnych władców Sri Lanki – Kassapy I (rządzącego w latach 473–495). Jako potomek z nieprawego łoża nie mógł on legalnie objąć tronu. Zdobył więc władzę, zabijając swojego ojca Dhatusena. Nie opuszczał go jednak strach przed zbiegłym do Indii przyrodnim bratem Mogallaną, który planował powrócić na Cejlon na czele potężnej armii. Aby uchronić się przed gniewem prawowitego następcy tronu, Kassapa I zdecydował się wybudować potężną twierdzę i pałac na szczycie niedostępnej skały.

 

Zaspokojenie wybujałych ambicji władcy kosztowało życie tysięcy robotników. Miejsce o naturalnych walorach obronnych umocniono jeszcze systemem murów i fos, czyniącym je niedostępnym dla wrogów. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wykute w kamieniu wąskie schodki. Co jednak najciekawsze, skała przekształcona została w olbrzymiego budzącego grozę lwa. Do ogromnej bryły dodano ceglaną głowę i tors oraz pięknie wyrzeźbione przednie łapy. Do dziś przetrwały tylko one, a także sama nazwa Sigirija, która oznacza Lwią Skałę. Skalne ściany samego pałacu pokryto malowidłami przedstawiającymi najprawdopodobniej damy dworu i królewskie nałożnice. Zachowały się one do dzisiaj w zaskakująco dobrym stanie. Oglądający mogą dzięki nim poznać niegdysiejsze kanony urody. Król lubił podziwiać nie tylko piękne kobiety, ale i siebie samego, a jedna ze ścian pałacu została tak wypolerowana, że przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych służyła władcy za lustro. Panowanie Kassapy I trwało 22 lata, do czasu, gdy Mogallana powrócił, aby odebrać bratu władzę.

 

Do dziś na szczycie przetrwały zaledwie fundamenty zespołu pałacowego i umocnień, tworzą one jednak ciekawy labirynt, z którego rozciągają się fantastyczne widoki. Samą Sigiriję można podziwiać w pełnej okazałości z innej skały – położonej niedaleko Pidurangali.

 

CD5-3

Młodzi buddyjscy mnisi na drodze prowadzącej do słynnej Lwiej Skały

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

W GÓRACH USŁANYCH ZIELENIĄ

 

Mimo iż aż 80 proc. obszaru Sri Lanki zajmują niziny, jej środkowo-południowy region to zielona górska kraina pokryta w dużej części tropikalnym lasem. Najbardziej znanym z lankijskich szczytów jest niewątpliwie mierząca 2243 m n.p.m. Sri Pada. Wysokość góry nie imponuje, ale nie z tego względu wyróżnia się ona spośród innych. Według legendy na prośbę boga Samana swój ślad zostawił na tym szczycie sam Budda. Tak przynajmniej utrzymują jego wyznawcy. Hinduiści przekonują natomiast, że ślad ten należy do Śiwy. Chrześcijanie i muzułmanie twierdzą z kolei, że odbił tutaj swoją stopę biblijny pierwszy człowiek, który po wygnaniu z raju stał w tym miejscu na jednej nodze w celu odkupienia grzechów. Dlatego w Europie góra znana jest głównie jako Szczyt Adama (Adam’s Peak), a nie Sri Pada czy Samanalakanda, jak nazywa się ją w Azji. Tajemnicze wgłębienie w skale czyni wzniesienie obiektem kultu wielu religii i celem licznych pielgrzymek.

 

Aby wspiąć się na górę przed wschodem słońca, o którego pięknie na Sri Lance krążą legendy, wyruszyliśmy o 2.00 w nocy. Pobudka po 3 godz. snu nie była łatwa, zwłaszcza że mieliśmy w perspektywie pokonanie ponad 5 tys. schodów. To właśnie one, początkowo łagodne, im dalej, tym coraz bardziej strome, prowadzą do celu. Światła latarni rozstawionych wzdłuż stopni znaczyły w mroku wijącą się ścieżkę na szczyt. Na pewnym etapie zmęczenie dawało nieco o sobie znać. Zapominaliśmy jednak o nim, gdy mijaliśmy wspinających się starszych ludzi, nierzadko nawet o kulach. Niektórzy o własnych siłach, inni wsparci na barkach krewnych powoli, ale konsekwentnie zbliżali się do celu. Na trasie panowała zresztą prawdziwa różnorodność. Spotykaliśmy osoby starsze i dzieci, samotnych wędrowców i całe rodziny, mnichów odzianych w tradycyjne szaty i ubraną współcześnie młodzież. Wszyscy w swoim tempie zmierzali na szczyt.

 

Dotarliśmy na górę ok. 5.00. Było nieco za wcześnie. Słońce miało wzejść za godzinę, a na szczycie niska temperatura dawała nam się we znaki. Schroniliśmy się w jednym z przyświątynnych budynków. Jak się okazało, nie byliśmy jedyni. Wewnątrz zebrał się już spory tłum również zmagających się z zimnem ludzi i wciąż ich przybywało.

 

Nagle wszyscy zaczęli kierować się do wyjścia. Większość osób zebrała się na schodach przy świątyni i patrzyła w stronę wschodzącego słońca, a raczej tam, gdzie powinno się ono pojawić, bo w ostatniej chwili zostało zasłonięte przez rozległą chmurę. Ciemność powoli się rozpraszała, gasły tak liczne wcześniej gwiazdy, a opadające mgły odsłoniły widok na okolicę. Przy dobiegających ze świątyni dźwiękach bębnów patrzyliśmy na zmieniający się krajobraz. Pobliskie szczyty wyłaniały się zza chmur, aby znów w nich zatonąć. Wszystko to działo się na tle nieba mieniącego się odcieniami różu, żółci, pomarańczy i błękitu. Staliśmy tak jeszcze jakiś czas, chłonąc niesamowitą atmosferę. O zimnie zapomnieliśmy zupełnie.

 

Wracaliśmy tą samą drogą, jednak wyglądała ona zupełnie inaczej. Dopiero za dnia ukazały nam się zbocza porośnięte wiecznie zielonym wilgotnym lasem równikowym, skryte wcześniej pod osłoną nocy. Przed nami było ponad 5 tys. schodów.

 

Wspaniałą górską panoramę podziwiać możemy także w Parku Narodowym Równin Hortona. To wysoko położony płaskowyż (ok. 2100–2300 m n.p.m.) znany z silnych wiatrów i kapryśnej pogody. Ścieżka w różnych odcieniach pomarańczy tworzy tu pętle prowadzące do dwóch charakterystycznych punktów zwanych Małym Końcem Świata i Końcem Świata. Oba zawieszone są nad głębokimi przepaściami (mającymi odpowiednio mniej więcej 300 i 1,2 tys. m). Rozpościerają się stąd zapierające dech w piersiach widoki na pobliskie szczyty. Niestety, można je oglądać tylko wówczas, gdy okolicy nie spowijają ciężkie chmury i gęsta mgła, co często się tutaj zdarza. Najlepiej wybrać się do parku o wczesnych godzinach porannych, ale nawet to nie daje gwarancji na natrafienie na sprzyjające warunki. Czasem warto jednak trochę poczekać na zmianę pogody, bo potrafi ona nastąpić niespodziewanie.

 

Miłośnicy mgieł powinni za to odwiedzić góry Knuckles (Knuckles Mountain Range). Ich niewielki obszar pokrywają lasy mgliste, w których ze względu na ciągłą kondensację pary wodnej mgły nie ustępują ani na chwilę. Zanim jednak dotrze się do tej tajemniczej krainy, podziwiać można piękno zielonych grzbietów skąpanych w południowym słońcu. W tym regionie znajdziemy również odosobnione domy zamieszkane przez ludzi trudniących się głównie uprawą ryżu i kardamonu.

 

KRÓLESTWO HERBATY

 

Tea Pluckers

Kobiety ciężko pracujące przy zbiorach herbaty to w większości Tamilki

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Chociaż na wyspie uprawia się wiele gatunków roślin, w tym zwłaszcza przyprawy takie jak cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon, powszechnie kojarzy się ona przede wszystkim z herbatą, która stała się niejako symbolem Sri Lanki. Trudno się temu dziwić, gdyż ten cejloński produkt doceniany jest od dawna, a sam kraj mimo niewielkiej powierzchni (65 610 km²) zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem wielkości zbiorów (po Chinach, Indiach i Kenii).

 

Więcej sadzonek herbaty trafiło na Sri Lankę dopiero w drugiej połowie XIX w. Sprowadzone zostały z indyjskiego stanu Asam przez Brytyjczyków po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą przez nich wcześniej na wyspie kawę. Sekret wysokiej jakości cejlońskiej herbaty tkwi nie tylko w doskonałych warunkach do jej uprawy. Przede wszystkim wpływa na nią sposób zbierania liści. Podczas gdy w wielu miejscach na świecie używa się do tego celu maszyn, na Sri Lance wciąż tę pracę wykonuje się ręcznie, co umożliwia dokładną selekcję. Dlatego do suszenia trafiają później najlepiej nadające się liście.

 

Jakość ta okupiona jest jednak ciężką pracą kobiet na plantacjach. Zbieraniem herbaty (i wcześniej kawy) trudniły się przede wszystkim Tamilki sprowadzone przez Brytyjczyków po tym, jak Syngalezki odmówiły wykonywania tego zadania. Mimo upływu lat i zmiany sytuacji politycznej nadal to właśnie one są najliczniejszymi pracownicami plantacji. Od bladego świtu krążą wśród równo przyciętych krzewów, żeby zebrać nawet do 20 kg liści w ciągu dnia! Kobiety zrywają jedynie te najmłodsze, jasnozielone listki wraz z nierozwiniętym pączkiem, rosnące na szczycie herbacianego krzewu. Wymaga to nie tylko wiedzy, ale i cierpliwości, a także manualnej sprawności.

 

Specjalnie wyselekcjonowane liście poddawane są procesom suszenia, rolowania i fermentacji. Dopiero tak przygotowany susz trafia na aukcje, na których zaopatrują się w niego światowi producenci. Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno herbatę czarną, jak i zieloną czy białą pozyskuje się z jednego typu herbacianego krzewu. Różni je jedynie to, co dzieje się z liśćmi po zerwaniu. W przypadku herbaty czarnej są one w pełni sfermentowane – najpierw więdną, potem zostają skręcone, ulegają fermentacji, a na koniec się je suszy. Liście herbaty zielonej poddaje się tylko minimalnemu utlenianiu, a później suszeniu i podgrzewaniu, co zapobiega rozpoczęciu się procesów fermentacyjnych, dzięki czemu produkt końcowy zachowuje zieloną barwę. Herbatę białą wytwarza się z nierozwiniętych młodych pączków pozostawianych do zwiędnięcia, a następnie suszonych.

 

Wzgórza pokryte przystrzyżonymi herbacianymi krzewami to jeden z najbardziej charakterystycznych, a także najpiękniejszych widoków na Cejlonie. Wspaniale prezentują się zarówno skąpane w południowym słońcu, jak i otulone poranną mgłą. Znajdują się m.in. w pobliżu miejscowości Nuwara Elija (Nuwara Eliya), Kandy, Haputale, Badulla, Bandarawela czy Dimbula, a podziwiać można je również z przebiegającej tu niezwykle widokowej trasy linii kolejowej. Przejażdżka pociągiem w tym malowniczym rejonie jest atrakcją, której podczas podróży po Sri Lance naprawdę nie wolno pominąć.

 

W trakcie wizyty na tutejszych plantacjach nie tylko nacieszymy oczy. Uświadomimy też sobie, jak długotrwały i pracochłonny proces przechodzi herbata, zanim trafi do naszych filiżanek w formie popularnego napoju.

 

Rajskie wybrzeże

 

Sun tanning at one of the many beautiful sandy beaches

Na Cejlonie jest mnóstwo słonecznych plaż idealnych na błogi wypoczynek

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Sri Lanka to wręcz wymarzone miejsce dla osób chcących odpocząć na słonecznym wybrzeżu. Wszak wyspę oblewają krystaliczne wody Oceanu Indyjskiego, a długa na 1340 km linia brzegowa usłana jest gęsto naturalnymi, skąpanymi w słońcu plażami. Pasy białego i złocistego piasku urozmaicają namorzynowe laguny, palmowe gaje, zaciszne zatoczki, urokliwe rybackie wioski i rafy koralowe. Lankijskie wybrzeże ma niejedno oblicze. Znajdują się na nim tętniące życiem kurorty, jak i miejsca niemal całkiem bezludne. Są tutaj plaże dla miłośników imprez i nocnego życia oraz takie dla osób lubiących czytać książki w hamaku. Luksusowe hotele zaspokajające oczekiwania bardzo wymagających klientów przeplatają się ze skromnymi domkami pozbawionymi cywilizacyjnych udogodnień. Odnajdą się tu turyści chcący aktywnie spędzić czas na surfowaniu czy nurkowaniu, a także ludzie szukający błogiego spokoju i ciszy, spragnieni obcowania z przyrodą. Warto zatem zrobić wcześniej rozeznanie, żeby wybrać plażę najbardziej odpowiadającą naszym wymaganiom.

 

Na południowo-zachodnim wybrzeżu można odwiedzić Galle. To założone na początku XVI stulecia przez Portugalczyków (w miejscu, gdzie istniał już port) i przebudowane później przez Holendrów miasto słynie z wąskich uliczek, kolonialnych willi, kilkusetletnich kościołów i fortu z XVII w. Jego centrum historyczne zostało wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako najlepszy przykład ufortyfikowanego ośrodka wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

 

Niedaleko brzegów oceanu położony jest również Park Narodowy Yala, w którym można spotkać wiele gatunków zwierząt takich jak słonie, bawoły indyjskie (wodne), krokodyle błotne i różańcowe czy lamparty w ich naturalnym środowisku. To zresztą nie jedyne takie miejsce na wyspie. W celu obserwowania lokalnej fauny warto wybrać się też do parków narodowych Udawalawe lub Wilpattu.

 

Powierzchnia Sri Lanki wynosi tyle, ile mniej więcej jedna piąta terytorium Polski. Na tak niewielkim obszarze znajdują się wspaniałe góry, piękne plaże, ciekawe skarby kultury i architektury buddyjskiej, a także parki narodowe pełne egzotycznych roślin i zwierząt. Wszystko to sprawia, że po pierwszej wizycie na wyspie odwiedzający ją czują niedosyt, który skłania ich do planowania powrotu do tego niesamowitego zielonego zakątka świata.

 

Kolory i smaki RPA

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
redaktor naczelny portalu Vinisfera.pl

<< Nawet najwybredniejszemu turyście uda się spędzić w tym niezmiernie barwnym zakątku świata niezapomniane wakacje. Czymkolwiek się interesuje, na pewno znajdzie to na południowym krańcu Afryki. Kapsztadzkie ulice przypomną mu o dawnych czasach, wybrzeża dwóch oceanów – Atlantyckiego i Indyjskiego – zachwycą surowością pejzaży, a dzikie zwierzęta nauczą pierwotnych praw natury. A gdy zmęczony nadmiarem wrażeń usiądzie, żeby chwilę odpocząć, kieliszek wyśmienitego południowoafrykańskiego wina wprawi go w błogi nastrój satysfakcji z odbytej podróży. >>

Więcej…

Moc przygód w słonecznej Słowenii

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Słowenia nazywana jest Europą w miniaturze, ponieważ można tu spotkać praktycznie każdy rodzaj krajobrazu – wysokie, ośnieżone zimą szczyty Alp Julijskich, rozległe równiny, bujne lasy, rwące górskie rzeki, malownicze winnice, lecznicze wody termalne, sympatyczne kurorty nad Adriatykiem czy zabytkowe miasta i urocze zamki (na czele ze słynnym średniowiecznym Predjamskim gradem). W tym małym państwie znajdziemy również rozbudowaną bazę hotelową, nowoczesną infrastrukturę narciarską i pyszną kuchnię. Magnesem przyciągającym do niego zagranicznych turystów (w tym coraz więcej Polaków) są unikalne cuda przyrody – wspaniałe zjawiska krasowe, bajkowy podziemny świat (jaskinia Postojna i Jaskinie Szkocjańskie) czy zniewalające jeziora (Bled i Bohinj). Słowenia to także wymarzony kierunek (przez okrągły rok!) dla miłośników aktywnego wypoczynku: narciarstwa (zarówno biegowego, jak i zjazdowego), snowboardingu, wspinaczki sportowej (Osp), jazdy konnej (Lipica), raftingu i kanioningu (śliczna szmaragdowo-zielona Socza), wędkarstwa (tutejsze alpejskie rzeki obfitują w pstrągi), żeglarstwa, golfa, kolarstwa górskiego, pływania (w ciepłym Morzu Adriatyckim lub olbrzymich aquaparkach z licznymi basenami) czy podwodnych przygód (doskonałe miejsca nurkowe na wybrzeżu między Piranem a Strunjanem albo niezmiernie głębokie Divje Jezero, czyli „Dzikie Jezioro”, koło Idriji). Nic więc dziwnego, że o tym maleńkim kraju, zapewniającym dużą dawkę adrenaliny, mówi się, że leży po słonecznej stronie Alp.  

Więcej…