Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

 

W 1991 r. Gruzja i Armenia odzyskały niepodległość w wyniku rozpadu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jednak choć w czasach współczesnych nie cieszą się jeszcze zbyt długo swoją wolnością, oba te państwa mogą poszczycić się bogatą historią sięgającą starożytności. Mimo wielu podobieństw, Gruzini i Ormianie zdecydowanie różnią się od siebie. Potwierdzają to np. ich języki (gruziński i ormiański), które należą do odmiennych rodzin i posiadają własne alfabety.

Podczas przeglądania ofert linii lotniczych i biur podróży trudno nie zauważyć, że przypisanie Gruzji i Armenii do określonej kategorii wyszukiwania bywa problematyczne. Jedni zaliczają je do krajów europejskich, drudzy – do azjatyckich, a jeszcze inni, szukając kompromisu, po prostu do państw postradzieckich. Większość geografów kreśli granicę między kontynentami daleko na północ od gór Kaukazu, umieszczając Zakaukazie (Kaukaz Południowy, czyli Gruzję, Armenię i Azerbejdżan) w Azji. Z drugiej strony religia (chrześcijaństwo), filozofia i poczucie przynależności etnicznej znacznie silniej wiążą Gruzinów i Ormian z kulturą europejską niż kręgiem kulturowym Bliskiego Wschodu. W Tbilisi secesyjne kamienice sąsiadują z meczetami i dawnymi karawanserajami, a gmach opery przypomina pałac szacha. Ta mieszanka wpływów najlepiej pokazuje, że granica między kontynentami jest tak naprawdę tylko umowna.

 

Raj na ziemi

Gruzini doskonale znają wartość swojej ojczyzny. Jej walory oraz swoją pogodną naturę przedstawiają w legendzie o powstaniu Gruzji. Według niej, kiedy Bóg dzielił ziemię pomiędzy narody, ustawiła się długa kolejka, w której nie brakowało przepychanek. Gruzini, zamiast bronić swojego miejsca i cierpliwie czekać na przydział, postanowili przygotować ucztę pod najbliższym drzewem. Szybko zatracili się w toastach i radosnych śpiewach. Zajęci zabawą nie zorientowali się nawet, że wszyscy zostali już obdarowani. Wtedy Bóg spojrzał na uśmiechnięty, rozśpiewany, miłujący wino naród i uświadomił sobie, że nie ma on swojego miejsca na świecie. Ze względu na to, że Gruzini woleli cieszyć się życiem zamiast rywalizować z innymi o najlepsze terytorium, postanowił jednak przekazać im w posiadanie ostatni skrawek ziemi – najpiękniejszy i najżyźniejszy, przypominający raj, który zachował dla samego siebie. W czasie podróży po Gruzji nie raz przekonamy się, że ta legenda kryje w sobie wiele prawdy.

Warszawę i stolice państw Zakaukazia dzieli ponad 2 tys. km. Tę odległość można pokonać obecnie w niespełna 3,5 godz. podczas bezpośredniego lotu do Tbilisi oferowanego przez PLL LOT (niestety, nasz narodowy przewoźnik rezygnuje z Erywania). Natomiast tania linia lotnicza Wizz Air wprowadza do swojej oferty dwie trasy z Polski do Gruzji – połączenie Warszawa-Kutaisi (już od 24 kwietnia br.) oraz Katowice-Kutaisi (od 18 maja). To ostatnie miasto jest drugim pod względem wielkości w tym coraz popularniejszym wśród Polaków zakaukaskim kraju (ma ok. 200 tys. mieszkańców). Stanowi siedzibę parlamentu i leży pomiędzy gruzińską metropolią a kurortem Batumi nad Morzem Czarnym. Dzięki dogodnym połączeniom lotniczym ze stolicy Polski szybciej dotrzemy do kurortu Gudauri w Wielkim Kaukazie niż do Zakopanego. Nawet doliczając czas spędzony na lotniskach, wyprawa z Warszawy do centrum kaukaskiego narciarstwa zajmie jedynie ok. 6 godz., czyli mniej niż weekendowa wycieczka samochodem bądź pociągiem do serca polskich Tatr. Natomiast pewną niedogodnością jest rozkład rejsów PLL LOT. Samoloty naszego narodowego przewoźnika lądują w Tbilisi o wczesnej porze (o 4.50 miejscowego czasu w porze zimowej, a latem o 4.00), dlatego pobyt w Gruzji warto rozpocząć od porannej drzemki.

 

Na Gruzińskiej Drodze Wojennej

Pod tym złowrogim określeniem kryje się wyjątkowo malownicza trasa, która przecina w poprzek Wielki Kaukaz. Gruzińska Droga Wojenna to jeden z najpiękniejszych szlaków w tej części świata. Zachwyca wspaniałymi widokami oraz perełkami gruzińskiej architektury. Właśnie przy niej leży Gudauri – mekka miłośników białego szaleństwa. Trasa ta liczy sobie 208 km i łączy stołeczne Tbilisi z Władykaukazem w Osetii Północnej (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Jej dzisiejsza nazwa przyjęła się w XIX w. Wtedy to Rosjanie gruntownie zmodernizowali szlak, aby ułatwić sobie przerzucanie wojsk podczas wojny z kaukaskimi góralami oraz kampanii przeciwko Imperium Osmańskiemu.

Z Tbilisi wyruszamy Gruzińską Drogą Wojenną na północny zachód. Kilka kilometrów za miastem mijamy po lewej stronie starożytną stolicę kraju Mcchetę z potężną Katedrą Sweti Cchoweli (XI w.), zaś po prawej – wzgórze z monastyrem Dżwari (VI w.). Oba zabytki zasłużenie znalazły się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i stanowią obowiązkowy punkt zwiedzania dla turystów podróżujących po Gruzji. Świątynie zachwycają swoim rozmachem, kunsztem artystycznym oraz malowniczym położeniem. Sweti Cchoweli leży w widłach dwóch rzek, zaś spod monastyru Dżwari roztaczają się wręcz pocztówkowe widoki. W centrum Mcchety, nieopodal murów katedry, często odbywają się festiwale wina, na których gości również regionalna kuchnia i oryginalne rękodzieło. W mieście nie brakuje też znakomitych restauracji oferujących typowo gruzińskie potrawy, gdzie zapoznamy się ze zwyczajem wznoszenia niezmiernie kwiecistych toastów, tak charakterystycznych dla mieszkańców Gruzji.

Podążając dalej naszym szlakiem, kierujemy się do Ananuri, gdzie nad turkusowymi wodami Zbiornika Żinwalskiego stoi potężna twierdza. Urokliwe położenie, imponujące płaskorzeźby i malowidła oraz dobry stan obiektu sprawiają, że w pełni zasługuje on na uwagę, mimo iż pochodzi „dopiero” z przełomu XVI i XVII w. Dla Gruzinów, którzy posiadają w swoim kraju wiele antycznych i wczesnośredniowiecznych budowli, prawdziwy zabytek musi liczyć co najmniej 500 lat. Za Ananuri mijamy wioskę Pasanauri i pniemy się serpentynami na najwyższy punkt trasy, czyli Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.). Przed nią znajduje się wspomniany już kurort Gudauri, którego nowoczesne wyciągi sięgają ponad 3 tys. m n.p.m. Zimą zapełnia się on miłośnikami narciarstwa, wśród których dużym zainteresowaniem cieszą się skitouring oraz heliskiing. Latem staje się dogodną bazą wypadową na trekking w centralne pasma Wielkiego Kaukazu.

Wreszcie wjeżdżamy do Stepancmindy (do niedawna Kazbegi – 150 km na północ od Tbilisi), która przyciąga zapierającymi dech w piersiach panoramami i przyzwoitą bazą noclegową. Na zachód od miasta zobaczymy wysokie na 500 m świątynne wzgórze z klasztorem Cminda Sameba (XIV w.), a w tle ośnieżoną piramidę wulkanu Kazbek (gruz. Mkinwarcweri – 5034 m n.p.m.). Pod klasztorne mury można się stąd dostać pieszo lub autem terenowym. Warto zdecydować się na taką wyprawę nie tyle ze względu na sam kompleks, co na roztaczające się z niego niezapomniane widoki, zwłaszcza na kotlinę ze Stepancmindą oraz na najpiękniejszą górę w Gruzji, za jaką uchodzi Kazbek. Z całą pewnością jest to najczęściej fotografowane miejsce w tym kraju. Żądni przygód podróżnicy mogą zdecydować się na mniej tradycyjny sposób opuszczenia wzgórza świątynnego i wybrać ekscytujący lot dwuosobową paralotnią w kierunku leżącego kilkaset metrów niżej miasteczka. Spod monastyru prowadzi także szlak wiodący ku wierzchołkowi Kazbeka. Na wejście na szczyt i powrót trzeba przeznaczyć ok. 4 dni. Pierwszego dnia trekking kończy się w sezonowym schronisku ulokowanym w budynku dawnej stacji meteorologicznej na morenie lodowcowej na wysokości 3600 m n.p.m. Góra z powodu większego nachylenia stoków uznawana jest za znacznie trudniejszą do zdobycia niż najwyższy punkt Wielkiego Kaukazu (5642 m n.p.m.) – Elbrus w Kabardo-Bałkarii (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Na wyprawę na Kazbek najlepiej wynająć lokalnego przewodnika, co w Stepancmindzie i położonym wyżej schronisku nie stanowi żadnego problemu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Klasztor Cminda Sameba na wzgórzu Gergeti ze szczytem Kazbek w tle (5034 m n.p.m.)

 

Kolebka wina

Gruzja często jest nazywana kolebką wina. O ten zaszczytny tytuł rywalizuje od lat z Armenią i turecką Anatolią. Najstarsze jak dotąd, liczące 8 tys. lat pozostałości wina znaleziono w wiosce Szulaweri (ok. 50 km na południe od Tbilisi). Niektórzy lingwiści uważają, że od gruzińskiego słowa ghvino pochodzi nazwa tego szlachetnego trunku w wielu innych językach. Z kolei liczne motywy winorośli na ścianach kościołów oraz amfory (gruz. kwewri) w klasztornych piwnicach świadczą o dużym znaczeniu winiarstwa w kulturze.  

W samej stolicy Gruzji, zwłaszcza w okolicach placu Wolności i Dzweli Tbilisi (Starego Tbilisi), nie brakuje klimatycznych winiarni, w których można spróbować rozmaitych rodzajów wyśmienitych win. W tej zakaukaskiej metropolii od ponad stu lat działa też wytwórnia doskonałej brandy Sarajishvili (Saradżiszwili). Warto odwiedzić ten wyjątkowy zakład i przekonać się, jak powstaje mocny gruziński trunek. Jednak największe zagłębie winiarskie całego Kaukazu stanowi region Kachetia. Leży on we wschodniej części kraju, a najlepsze warunki do uprawy krzewu winnego panują w jego sercu – w Dolinie Alazańskiej (Alazani) o ciepłym i dość suchym klimacie. W rzeczywistości jest to szeroka i długa kotlina, wbijająca się klinem między niewysokie Góry Gomborskie a ponad 2-tysięczną ścianę Kaukazu Wielkiego. Alazani dzieli się na kilkanaście mikrorejonów, w których wytwarza się specyficzne odmiany szlachetnych trunków (np. Tsinandali, Mukuzani). Trzeba dodać, że Gruzini uprawiają kilka szczepów endemicznych, takich jak rkaciteli, mcwane, colikauri (wina białe) lub saperawi, aleksandrouli (wina czerwone).

Najpierw udajemy się z Tbilisi do Telawi – stolicy regionu Kachetia. Następnie odwiedzamy rezydencję magnacką w pobliskim Cinandali (Tsinandali), gdzie znajduje się niezmiernie interesujące, niedawno zmodernizowane, muzeum wina. Co ciekawe, jednym z jego najstarszych eksponatów jest butelka z polskim miodem pitnym z 1814 r. Zwiedzaniu towarzyszy – oczywiście – degustacja miejscowych szlachetnych trunków. Potem jedziemy 30 km na północ, do miejscowości Kwareli położonej u stóp imponującego łańcucha Wielkiego Kaukazu. Tutaj zaglądamy do rodzinnej winnicy Kindzmarauli, jednej z najstarszych w Gruzji. Jej właściciel, Tamaz Konchoshvili, chętnie oprowadza nas po przepastnych piwnicach, zwanych marani. W dębowych beczkach oraz w glinianych amforach zakopanych w ziemi leżakują wina oraz brandy. Niektóre mają po kilkadziesiąt lat. Gospodarz z dumą pokazuje liczne beczki i spore regały pełne butelek wykupione przez ambasady zachodnich państw. Pokonujemy specjalnie przygotowaną trasę wśród rozmaitych instalacji i słuchamy szczegółów na temat produkcji miejscowych trunków. Tamaz Konchoshvili zwraca naszą uwagę na najstarszy działający w Gruzji zestaw do wytwarzania słynnej gruzińskiej czaczy, tj. mocnej wódki (40–70 proc.) otrzymywanej z moszczu winogron. Na koniec zwiedzania nadchodzi czas na degustację. Następnie udajemy się kilka kilometrów dalej, nad malownicze jezioro Kwareli, przy którym stoi nowoczesny ośrodek Kvareli Lake Resort również należący do rodziny słynnych winiarzy. Ten naturalny zbiornik wodny położony jest w dolnych partiach gór, a jednocześnie zawieszony 200 m nad płaską niczym stół Doliną Alazańską. Wynajmujemy wygodne pokoje, a do naszej dyspozycji mamy też sprzęt wodny i wyśmienitą restaurację serwującą dania na otwartych tarasach.

Kachetia zachwyca także mnóstwem zabytków. Po opuszczeniu Kwareli odwiedzamy przyklejony do skalistego zbocza klasztor Nekresi (IV w.), a później Cerkiew Świętych Archaniołów, dzwonnicę i wieżę zamkową w Gremi, czyli dawnej stolicy niegdysiejszego królestwa Kachetii. Stąd przejeżdżamy w kierunku południowo-wschodnim do malowniczo położonego Signagi (Sighnaghi). To ufortyfikowane miasto leży na niewielkim płaskowyżu, z którego roztaczają się najlepsze panoramy na Dolinę Alazańską i imponującą ścianę Wielkiego Kaukazu. Po spacerze romantycznymi, odnowionymi uliczkami jego zabytkowego centrum udajemy się dalej na południowy wschód, gdzie czeka nas terenowa przygoda w Waszlowańskim Parku Narodowym. Wskakujemy do jeepów i ruszamy na szutrowe drogi bezludnego obszaru. Przemierzamy dziesiątki kilometrów po stepach pełnych baśniowych wąwozów i skalistych wzgórz. Mijamy pistacjowe zagajniki oraz drzewa granatowca. Jazda po parku daje nam poczucie wolności i wywołuje wrażenie ucieczki przed cywilizacją.  

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Urocze Signagi (Sighnaghi) w Kachetii

 

Stolica kaukaskich stolic

Tbilisi – zwane perłą Kaukazu i Paryżem Wschodu – jest fascynującą metropolią na pograniczu Europy i Azji. Malownicze położenie, oryginalne zabytki oraz gościnni ludzie tworzą razem niepowtarzalną atmosferę tego miasta. Funkcję stolicy Gruzji pełni już od ponad 1500 lat. Dziś mieszka tutaj mniej więcej 25 proc. ludności kraju, czyli ok. 1,2 mln ludzi. Od stuleci w tym mieście skupia się gospodarcze i kulturalne życie kraju. Na jego ulicach rozpoczęła się w 2003 r. tzw. rewolucja róż, która zapoczątkowała głębokie zmiany w całym państwie. Dzisiejsze Tbilisi w pełni zasługuje na miano europejskiej stolicy. Nie brakuje tu schludnych ulic, zadbanych skwerów, ekskluzywnych restauracji czy hoteli o najwyższym światowym standardzie. Jeden dzień to zdecydowania za mało, aby zasmakować w urokach gruzińskiej metropolii. Zwiedzanie warto rozpocząć od Cerkwi Matki Boskiej Metechskiej (Metechi) wzniesionej na widowiskowym klifie pionowo opadającym do rzeki Kury (Mtkwari). Spod świątyni rozpościera się doskonały widok na zabytkowe Dzweli Tbilisi (Stare Tbilisi) oraz majestatyczną twierdzę Narikala. Najlepiej podziwiać go, delektując się lampką czerwonego wina ze szczepu saperavi na tarasie pobliskiego hotelu butikowego Kopala, do którego warto zawitać, żeby zatrzymać się w nim na dłużej albo po prostu wybrać się na wykwintną ucztę w gruzińskim stylu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

most Pokoju – kładka nad rzeką Kurą łącząca Stare Tbilisi z nowymi dzielnicami

 

Podczas pobytu w Tbilisi koniecznie trzeba odbyć spacer malowniczymi uliczkami, nad którymi wiszą bogato zdobione balkony secesyjnych kamienic. Na taką przechadzkę możemy się udać np. do Abanotubani, czyli dzielnicy łaźni. To najstarsza część miasta licząca ok. 1500 lat. Budynki term łatwo rozpoznać dzięki charakterystycznym murowanym kopułom. Niegdyś było ich 60, dziś działa jedynie 6. Uroki tbiliskich łaźni publicznych sławili znani pisarze i poeci, tacy jak Aleksander Dumas czy Aleksander Puszkin. Przez wieki spełniały nie tylko funkcje higieniczne. Stanowiły również miejsce spotkań towarzyskich wyższych sfer, ulubiony zakątek bohemy, a nawet rodzaj hotelu dla wiejskiej ludności handlującej w mieście. Po zwiedzeniu Abanotubani dobrze jest usiąść w którejś z klimatycznych kafejek wzdłuż wąskich uliczek przy placu Wachtanga Gorgasalego, a potem ulicą Leselidze przejść się na słynny plac Wolności, gdzie zaczyna swój bieg najbardziej prestiżowa arteria Tbilisi, czyli aleja Szoty Rustawelego. Mieszczą się przy niej okazałe rządowe gmachy, znane muzea i galerie oraz luksusowe sklepy i hotele. 

FOT. WIKIPEDIA.COM/WOWARMENIA

Procesja do Kościoła św. mikołaja w Tbilisi

 

„Batumi, ech, Batumi...”

Ten pełen nostalgii refren nucony przez Filipinki (a następnie w nowej aranżacji z 2012 r. przez Natalię Lesz) nawiązuje do magii miasta leżącego na styku gór i Morza Czarnego. Jest ono głównym ośrodkiem autonomicznej republiki Adżarii (Adżarskiej Republiki Autonomicznej). Mimo iż podstawą przyznania autonomii temu regionowi było islamskie wyznanie Adżarów, to panują tu dość liberalne obyczaje i każdego lata Batumi staje się niekwestionowanym centrum rozrywki całego Kaukazu. Można śmiało powiedzieć, że w klubach nocnych, barach i kasynach, ciągnących się wzdłuż malowniczej nadmorskiej promenady, bawi się towarzyska śmietanka Tbilisi, a także Erywania i Baku, oraz finansowe elity z Kazachstanu i Uzbekistanu. Miasto słynie z tańczących fontann, urokliwego,  niedawno odrestaurowanego zabytkowego centrum oraz tropikalnego ogrodu botanicznego. Jednak herbaciane pola z tekstu piosenki należą już do przeszłości. W tym rejonie znacznie częściej niż krzewy herbaty spotkamy bambusowe zagajniki i bananowce. Jeśli mamy nieco więcej czasu, wówczas warto odwiedzić pobliską doskonale zachowaną twierdzę Gonio, wzniesioną w starożytności przez Rzymian. Miłośnikom morskich kąpieli z pewnością przypadną do gustu miejscowości Sarpi i Ureki. Pierwsza z nich słynie z wyjątkowej czystości wody, a druga – z czarnych plaż usypanych z piasków magnetycznych.

W klimatycznym Batumi i okolicach nie brakuje luksusowych 5-gwiazdkowych hoteli oraz tańszych, lecz wygodnych obiektów noclegowych. Możemy np. wynająć apartament lub studio, zwłaszcza w centrum miasta. Z Tbilisi do Batumi dojedziemy samochodem w ciągu prawie 5 godz. Wartym polecenia rozwiązaniem jest nocny przejazd komfortowym pociągiem sypialnym.   

 

 

Z wizytą w Armenii

Wśród batumskich turystów nie brakuje mieszkańców pobliskiej Armenii. Dla Ormian to najbliższy nadmorski kurort. Stąd właśnie wyruszamy przez uzdrowiskowe Bordżomi do armeńskiej stolicy. Jeszcze na terenie południowej Gruzji droga wchodzi na wulkaniczny płaskowyż wyniesiony 1800 m n.p.m., a krajobraz nabiera surowości. Zbliżając się do Erywania, po lewej stronie mijamy rozłożysty wulkan Aragac (4095 m n.p.m.), który uznaje się za najwyższy szczyt Armenii, odkąd święta góra Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), leży po tureckiej stronie granicy. Dzisiejsze państwo armeńskie stanowi zaledwie namiastkę jego historycznego terytorium. Od granicy z Gruzją do przejścia z Iranem można przejechać w ciągu 7 godz., z czego połowa trasy biegnie wśród wysokich gór. Natomiast na przejazd w poprzek Armenii w jej najszerszym miejscu trzeba przeznaczyć zaledwie 2 godz. Tymczasem na przestrzeni kilku tysiącleci Ormianie zajmowali również ogromne tereny Wschodniej Anatolii należące obecnie do Turcji. W tamtych czasach Ararat leżał w środku kraju. Sylwetka świętej góry stanowi ważny punkt odniesienia w krajobrazie okolic Erywania, tak jak jej duch w kulturze ormiańskiej. Wiele restauracji, hoteli, sklepów i produktów w Armenii, na czele ze słynną brandy, nosi chlubną nazwę Ararat.

FOT. EPIU STATE INSTITIUTION UNDER THE MINISTRY OF NATURE PROTECTION OF ARMENIA 

Ośnieżony Ararat (5137 m n.p.m.) leży obecnie w Turcji, ok. 30 km od granicy z Armenią

 

Miasto od wieków, metropolia od wczoraj

Erywań jest tętniącą życiem metropolią z ponad milionem mieszkańców. Aż trudno uwierzyć, że od początków jego istnienia do pierwszej połowy XX w., czyli przez niemal 2800 lat, była to jedynie niewielka, położona na uboczu miejscowość. Dopiero gdy Ormianie stracili swoje główne, historyczne ośrodki, przeistoczyła się w miasto godne miana stolicy. Dzisiejszy Erywań zachwyca świetnie zaprojektowaną przestrzenią centrum. Przechadzkę po tej metropolii warto rozpocząć od reprezentacyjnej ulicy Abowiana zaczynającej się przy placu Republiki. Wzdłuż niej ciągną się wspaniałe rezydencje i gmachy publiczne z przełomu XIX i XX w., wytworne sklepy oraz klimatyczne kawiarnie, w których kwitnie bujne życie towarzyskie. Nieco na zachód od ścisłego centrum miasta znajduje się stara dzielnica przemysłowa, a w niej prawdziwa perełka architektury klasy światowej – fabryka słynnych ormiańskich brandy (działająca od 1887 r.), znanych w Polsce pod nazwą Ararat. Ten trunek zachwycił wielu koneserów, a wśród nich brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, wielkiego miłośnika najlepszych cygar i alkoholi. Zwiedzanie wytwórni można połączyć z degustacją szerokiej gamy brandy, w tym 20-letniej Nairi.

Odwiedzając Erywań, nie sposób nie zajrzeć do Eczmiadzynu, słusznie nazywanego ormiańskim Watykanem. To leżące nieopodal stolicy Armenii miasto słynie ze wspaniałych świątyń i jest siedzibą Katolikosa Wszystkich Ormian – głowy Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Najważniejszy tutejszy zabytek stanowi urzekająca katedra wzniesiona w latach 301–303. Wbrew pozorom nie ma pomyłki w datach… Należy pamiętać o tym, że Armenia była pierwszym państwem na świecie, które uznało chrześcijaństwo za religię państwową. Stało się to właśnie w 301 r., czyli prawie sto lat przed dekretem cesarza Teodozjusza I Wielkiego w Imperium Rzymskim i 665 lat przed chrztem Polski. Dzięki długiej tradycji chrześcijańskiej i obronie wiary przed pogańskimi mocarstwami ten zakaukaski kraj zasłużył sobie na określanie go mianem „przedmurza chrześcijaństwa”.

 

Nad wielką wodą

Mimo iż Armenia jest krajem śródlądowym, to do jednych z jej największych atrakcji należy odpoczynek nad wodą. Sewan, Wan (Turcja) i Urmia (Iran) to ogromne, wysokogórskie jeziora, od 10 do 60 razy większe od polskich Śniardw. Nazywa się je morzami Armenii, gdyż przez dziesiątki wieków obszar pomiędzy nimi zamieszkiwali Ormianie. Sewan znajduje się w środkowo-wschodniej części kraju, niecałą godzinę jazdy samochodem z Erywania. Jeszcze na początku XX w. tafla jeziora zajmowała aż 5 proc. obszaru obecnego państwa (1360 km²), dziś jego poziom dość znacznie się obniżył – z 95 metrów głębokości do 77 (w wyniku wielkiego projektu hydrologicznego Sowietów). W lustrze wody przeglądają się sąsiednie pasma górskie. Na skalistym półwyspie (niegdyś wyspie) przy północno-zachodnim brzegu wznoszą się dwa kościoły klasztoru Sewanawank, zbudowane z tufu wulkanicznego. Oszałamiające widoki, krystaliczna, turkusowa woda i bliskość stolicy czynią z Sewanu popularne miejsce wypoczynku i rekreacji dla armeńskich elit. Powstało tu wiele luksusowych ośrodków. Największy ruch panuje – oczywiście – latem, kiedy to leżące ok. 1900 m n.p.m. jezioro daje wytchnienie od niemiłosiernego żaru lejącego się z nieba na ulice Erywania.

Armenia i Gruzja mogą pochwalić się niezmiernie bogatą kulturą i wspaniałą przyrodą. Co ważne, bardzo szybko w tych krajach poprawia się stan infrastruktury turystycznej, więc podróż w te strony nie musi już oznaczać rezygnacji z komfortu i wysokiego standardu usług. Dodatkowy atut stanowi także fakt, że oba państwa zniosły obowiązek wiz dla obcokrajowców (Gruzja dla obywateli Unii Europejskiej, Armenia dla obywateli strefy Schengen). Kaukaz wita nas zatem z otwartymi ramionami. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. 


 

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – istnieje duże ryzyko zakochania

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest niewiarygodnie różnorodnym i czarującym tropikalnym krajem. Słynie z wybornej kawy i nieskazitelnie czystych, najpiękniejszych szmaragdów na świecie. To właśnie na tej fascynującej ziemi narodziła się słynna legenda o El Dorado oraz magiczna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Garcíę Márqueza, kolumbijskiego powieściopisarza, laureata Nagrody Nobla. W Kolumbii znajdziemy niesłychanie piękne krajobrazy i rozległe, dziewicze plaże. Ten południowoamerykański kraj zamieszkują również ciepli, otwarci, sympatyczni i gościnni ludzie. Nie dziwi więc fakt, że promuje go na całym świecie kampania zatytułowana Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, jedyne ryzyko jest takie, że będziesz chciał zostać. I rzeczywiście, łatwo zakochać się w tutejszych pocztówkowych widokach, cudownej muzyce i żywiołowych tańcach, przyjaznych mieszkańcach, pysznej kuchni, szalonych karnawałach, kolorowych targach, barwnych lokalnych świętach i spontanicznych fiestach, czy też we wspaniałym rękodziele artystycznym... Odwiedzając ten fascynujący kraj, ryzykujemy, że może stać się on naszą pasją!        

Więcej…

Maroko – egzotyka w zasięgu ręki

 

KATARZYNA BYRTEK

 

Aromatyczne, kolorowe przyprawy, intensywna miętowa herbata i świeżo wyciskany sok z pomarańczy, urokliwe miasta pełne uliczek, wśród których trzeba się zagubić, długa linia brzegowa, wysokie góry, morza piasku i bogata historia – Maroko ma swoje sposoby na przyciągnięcie gości. Ten północnoafrykański kraj kusi smaczną kuchnią, świetną pogodą i różnorodnością widoków. To zdecydowanie odpowiednie miejsce na egzotyczną podróż.

 

Królestwo Marokańskie leży tuż za granicą Unii Europejskiej, w północno-zachodnim rogu Afryki. Od wschodu kraj graniczy z Algierią, od południa – z terytorium spornym o nazwie Sahara Zachodnia, od północy – z hiszpańskimi eksklawami Ceutą i Melillą. Od Europy oddziela go wąska Cieśnina Gibraltarska. Maroko szczyci się niezmiernie długą linią brzegową (ponad 1,8 tys. km), większa część wybrzeża rozciąga się nad Oceanem Atlantyckim. Na terytorium kraju przeważają góry. Wznoszą się tu szczyty Antyatlasu, Atlasu Wysokiego, Atlasu Średniego, Atlasu Tellskiego, Atlasu Saharyjskiego i Rifu (Ar-Rifu). Na południu i południowym wschodzie tereny górzyste przechodzą w piaszczyste i kamieniste pustynie. W Maroku mieszka ok. 35 mln ludzi. Niemal wszyscy Marokańczycy wyznają islam. Pod względem etnicznym większość mieszkańców kraju to Arabowie, ale żyje w nim też duża społeczność berberyjska. Berberowie są rdzenną, koczowniczą ludnością tej części Afryki. Zakładali tutaj swoje państwa już w starożytności. Wielu z nich do dzisiaj ma jasne włosy i niebieskie oczy, czyli cechy wyglądu bardzo nietypowe dla tego rejonu świata. Funkcję oficjalnych języków w Maroku pełnią arabski i tamazight (oparty na językach berberyjskich). Wiele osób posługuje się także francuskim, a to dlatego, że od 1912 r. do lat 50. XX w. kraj był protektoratem Francji. Wpływy z tamtych czasów widoczne są również w lokalnej kuchni – na śniadanie bez problemu kupić tu można chrupiącego croissanta czy pain au chocolat (bułeczkę z ciasta francuskiego z czekoladą).

 

 

Rabat - Tour Hassan

Rabacka Wieża Hasana widziana od strony Mauzoleum Muhammada V

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

Wyjazd do Maroka najlepiej zaplanować na wiosnę (kwiecień–czerwiec), kiedy po okresie deszczowym bujna przyroda budzi się do życia, albo jesień (wrzesień–październik), gdy ustępuje już upalne lato. Lipiec i sierpień to odpowiednie miesiące dla osób, które nastawiają się na wypoczynek na plaży lub przy hotelowym basenie, a także miłośników wypraw w wysokie góry. Przed wyruszeniem w podróż warto sprawdzić, w jakim terminie przypada ramadan (w 2018 r. od wieczoru 15 maja do 14 czerwca). Wizyta w kraju muzułmańskim w okresie postu może być ciekawym doświadczeniem kulturowym, ale zwiedzanie bywa wówczas nieco utrudnione – w wielu miejscach obowiązują skrócone godziny otwarcia, od świtu do zmierzchu nie działają restauracje i kawiarnie (poza miejscowościami typowo turystycznymi), na ulicy nie wypada jeść, a nawet pić wody. Dobrym pomysłem będzie przyjazd w ostatnich dniach ramadanu, ponieważ jego koniec obchodzi się bardzo hucznie.

 

Marrakech - Jemaa El Fna

Plac Dżemaa al-Fna żyje także nocą

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

UROK MAROKAŃSKICH MIAST

 

Główne ośrodki turystyczne Maroka znajdują się w zachodniej jego części, na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, i w rejonie Morza Śródziemnego. Stolicą kraju jest Rabat, ale większość osób zaczyna swoją marokańską przygodę wMarrakeszu położonym dogodnie na środkowym zachodzie. Niemal każdy turysta pierwsze kroki kieruje w tym mieście na słynny plac Dżemaa al-Fna (Jemaa el-Fna). O każdej porze dnia i nocy panuje tutaj gwar. Obcokrajowcy przechadzają się między restauracjami i wózkami wypełnionymi po brzegi pomarańczami, których właściciele oferują świeżo wyciskany sok, zaklinaczami węży, kobietami malującymi wzory henną, sprzedawcami pamiątek czy akrobatami. W Marrakeszu nie wolno ominąć też medyny, najstarszej części miasta, gdzie mieszczą się bazary (tzw. suki), meczety i inne ciekawe budowle. Została ona wpisana w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Spacer między nigdy niekończącymi się straganami to wyjątkowe przeżycie. Można tu kupić dosłownie wszystko, a na pamiątki najlepiej nadają się marokańskie słodycze, tkaniny, biżuteria lub przyprawy. Trzeba jednak pamiętać, żeby nigdy nie zgadzać się od razu na proponowaną cenę, ale choć trochę się potargować. W Marrakeszu zachowały się ceglaste mury obronne ciągnące się przez ok. 19 km – ze względu na nie zyskał on miano Czerwonego Miasta. Do najważniejszych zabytków należy tu Meczet Alego ibn Jusufa z pobliską medresą (szkołą teologiczną), Meczet Kutubijja z XII w. i XIX-wieczny Pałac Bahia z ogromnym ogrodem o powierzchni 8 tys. m². Przed upałem warto schronić się do Ogrodu Majorelle (Jardin Majorelle) albo Ogrodów Menara.

 

Po zwiedzeniu Marrakeszu trzeba podjąć decyzję, czy najpierw udać się na północ czy południe. Po drodze do stołecznego Rabatu (ponad 320 km) przejeżdża się obok 4-milionowej Casablanki (największego ośrodka w kraju). Większości osób kojarzy się ona z kultowym amerykańskim melodramatem z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman w rolach głównych. Akcja filmu rozgrywa się właśnie w tym mieście. Dzisiejsza Casablanca to przede wszystkim ważny ośrodek przemysłowy, finansowy, kulturowy i największy marokański port. Tutaj można zobaczyć nowoczesne oblicze kraju, tak różne od historycznego centrum Marrakeszu. Do najpiękniejszych zabytków należy Meczet Hasana II, jeden z największych obiektów sakralnych tego typu na świecie i najwyższa konstrukcja w Maroku. W głównej sali modlitewnej zmieści się nawet 25 tys. wiernych, a minaret przylegający do świątyni jest wysoki na 210 m.

 

Tylko ok. 80 km dzieli Casablankę od Rabatu,także leżącego nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Jednymi z najważniejszych atrakcji stolicy kraju są cytadela i Szalla – rozległy kompleks starożytnych i średniowiecznych ruin, otoczonych murami obronnymi. Symbol miasta stanowi niedokończony 44-metrowy minaret na planie kwadratu nazywany Wieżą Hasana. Wznosi się on wśród palm nad rzeką Bu Rakrak (Wadi Bu Rakrak). Do minaretu przylega Mauzoleum Muhammada V, w którym pochowano sułtana i króla Maroka Muhammada V z dynastii Alawitów (1909–1961) i jego dwóch synów.

 

Mniej więcej 200 km na wschód od Rabatu znajduje się Fez (ponad 1,1 mln mieszkańców). To jedno z najlepiej zachowanych miast średniowiecznych w krajach muzułmańskich. Jego najbardziej wiekową część – starą medynę (Fes el-Bali), założoną na przełomie VIII i IX stulecia – umieszczono w 1981 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oprócz zakupów na niekończących się targowiskach, odwiedzin w meczetach czy medresie nie wolno zapomnieć o zwiedzeniu farbiarni i garbarni, z których Fez słynie. W zasadzie żadna z nich nie jest widoczna z ulicy, należy więc skorzystać z (najczęściej płatnego) zaproszenia właściciela sklepu lub mieszkańców. Po przejściu na taras widokowy od dziedzińca podziwiać można gliniane naczynia wypełnione różnymi barwnikami oraz suszące się na słońcu tkaniny i skóry.

 

W północno-zachodnim Maroku nie sposób ominąć błękitnego Szafszawanu (Chefchaouen) położonego wśród gór Rif. Niemal wszystkie domy w starej części tego ponad 40-tysięcznego miasta są pomalowane na biało i niebiesko. W tym miejscu każdy odruchowo sięga po aparat. Główny plac Szafszawanu pełen jest uroczych kawiarni, w których delektować się można mocną marokańską miętową herbatą.

 

Jeśli ktoś ma wystarczająco dużo czasu, powinien wybrać się aż do Tangeru leżącego nad Cieśniną Gibraltarską. Od wieków mieszają się w nim kultury, religie, języki i interesy. W XIX stuleciu i przede wszystkim w pierwszej połowie XX w. (w latach 1923–1956 Tanger stanowił tzw. strefę międzynarodową) różnorodność kulturowa miasta przyciągała artystów z całej Europy i Stanów Zjednoczonych. Przyjeżdżali tutaj m.in. francuscy malarze Eugène Delacroix i Henri Matisse, amerykańscy twórcy Paul Bowles, Tennessee Williams, Truman Capote, Allen Ginsberg i Jack Kerouac czy muzycy z zespołu The Rolling Stones. W Tangerze kręcono sceny do filmu Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją z 2013 r. Dziś odwiedzają go głównie Hiszpanie przybywający na jednodniowe wycieczki z Europy.

 

KRÓLESTWO SMAKÓW I ZAPACHÓW

 

Nieodłączną część podróżowania stanowi poznawanie lokalnej kuchni. Ta marokańska jest niezmiernie bogata i zróżnicowana, choć stosunkowo mało znana w Polsce. Dania główne opierają się zwykle na mięsie, ale niemal w każdym przepisie używa się mnóstwa warzyw. W tutejszych potrawach stosuje się liczne aromatyczne przyprawy, z których wiele przed wiekami przywieziono wprost z Indonezji. Znajdziemy je na targach ułożone w wysokie, kolorowe stosy.

 

Dzień zacząć trzeba od śniadania, które oferuje większość kawiarni i knajpek w okolicy hoteli i pensjonatów. Podstawą posiłku jest pokrojony w trójkąty arabski chleb nazywany khubz, przypominający duży, okrągły, gruby placek. Często podaje się również naleśniki (placki) baghrir (beghrir). Ich powierzchnię pokrywają małe dziurki, które pozostały po bąbelkach powietrza (do ciasta dodaje się drożdże i proszek do pieczenia). Je się je zwykle na słodko: z miodem lub dżemem. Do śniadania serwuje się także lokalne sery, serki topione, oliwki czy pomidory. Czasem w zestawach śniadaniowych pojawiają się croissanty albo pain au chocolat. Do picia koniecznie należy zamówić przepyszny i bardzo tani sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy (albo granatów) oraz kawę, często doprawianą kardamonem. Za najpopularniejszy napój uchodzi niewątpliwie gorąca, mocna herbata ze świeżych liści mięty z bardzo dużą ilością cukru. Na początku do jej intensywnego smaku miętowej goryczki przełamanej słodkością ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem może stać się naszym największym przysmakiem. Herbatę tę podaje się w metalowych czajniczkach razem z niewielką szklanką.

 

Wybór dań na obiad czy kolację jest bardzo szeroki. Do lokalnych specjałów należy kuskus – danie z kaszy (znanej w Polsce głównie jako dodatek) z mięsem (przede wszystkim baraniną), sosem warzywnym i kilkoma rodzajami warzyw. Idealnie nadaje się ono na obiad, bo w gorące dni w Maroku większe posiłki najlepiej jeść po zmroku, kiedy słońce schowa się już za horyzontem. Spróbować trzeba tu również aromatycznej zupy harira z ciecierzycą i soczewicą, popularnej szczególnie w ramadanie. Na kolację zamówić można mięso z grilla lub szaszłyki (w ten sposób przyrządza się zazwyczaj kurczaka i baraninę, czasem też wołowinę). Na ruszcie przygotowuje się także pulpeciki z jagnięciny, czyli keftę (koftę), i pikantne kiełbaski z baraniny, zwane merguezami. W regionach nadmorskich często serwowane są smażone bądź grillowane ryby i owoce morza.

 

Do mięsa albo ryb warto zamówić np. sałatkę marokańską z drobno pokrojonych pomidorów i ogórków. W oczekiwaniu na jedzenie można podjadać małe przekąski podawane w niewielkich miseczkach lub meze – zestaw przystawek (popularny również m.in. w Grecji, Turcji, Jordanii czy Albanii), na który składają się warzywa w przeróżnych marynatach, sery, oliwki, przepyszny marynowany bakłażan czy purée z dyni. Wiele dań zawiera świeżą kolendrę. To dość specyficzna przyprawa – zazwyczaj uwielbia się ją albo jej nie znosi.

 

Chyba najpopularniejszą marokańską potrawę stanowi jednak tadżin (tażin). Przygotowuje się go w specjalnym naczyniu z grubej gliny (noszącym taką samą nazwę), przypominającym głęboki talerz z pokrywką w kształcie stożka. W środku znajdują się kawałki mięsa duszonego razem z warzywami, ziemniakami, tradycyjnymi przyprawami, a czasem także suszonymi owocami. Tę potrawę można zamówić w Maroku dosłownie wszędzie.

 

Ze względu na zakazy religijne alkohol nie jest powszechnie dostępny w tym kraju. W niektórych restauracjach w większych miastach podaje się piwo. Mocniejsze trunki dostać można na ogół tylko w barach i restauracjach hotelowych. Alkohol sprzedaje się w marketach lub w mniejszych sklepach, o których zwykle wiedzą jedynie miejscowi. W tych drugich klient przechodzi do oddzielnego pomieszczenia bądź lokalu mieszczącego się piętro niżej, gdzie bez problemu kupi wino czy wódkę.

 

Na deser jada się w Maroku np. świeże owoce. Poza tym Marokańczycy kochają słodycze, zwłaszcza te z dodatkiem miodu i migdałów. Do wyboru są przeróżne bułki, tłuste pączki, słodkie ciasta lepkie od syropu (podobne do baklawy) albo tzw. rogi gazeli, czyli ciastka w kształcie półksiężyców wypełnione migdałowym nadzieniem. Popularny smakołyk stanowią trójkąty nadziewane migdałami i – oczywiście – polane miodem, nazywane briwats. Spotkać je można również w wersji na słono wypełnione mielonym mięsem lub rybą.

 

PLAŻE NAD OCEANEM

 

Kto z Marrakeszu wyrusza na zwiedzanie południowego Maroka, zwykle najpierw dociera do położonej nad Atlantykiem As-Sawiry (Essaouiry), dawniej zwanej Mogadorem. Od XVIII w. była ona ważnym ośrodkiem handlu międzynarodowego – interesy ubijali tu Żydzi, Holendrzy, Portugalczycy, Berberowie, Arabowie, Brytyjczycy i Francuzi. Baśniową scenerię tego niemal 80-tysięcznego miasta tworzą pomalowane na biało zadbane domy z niebieskimi drzwiami, połączone kamiennymi uliczkami. Od 2001 r. medyna w As-Sawirze widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jest ona nieco inna niż te spotykane w innych częściach kraju – jej uliczki nie są splątane, ale ułożone pod kątem prostym, dzięki czemu łatwiej się po niej poruszać niż np. po tych w Fezie czy Marrakeszu, gdzie po kilkunastu minutach chodzenia między stoiskami można się zgubić.

 

Najważniejsze miasto i kurort w południowo-zachodnim Maroku stanowi Agadir (powyżej 420 tys. mieszkańców), który cieszy się ponad 300 słonecznymi dniami w roku. To idealne miejsce dla osób chcących się zrelaksować i poleniuchować w cieniu parasola lub palmy. W samym centrum znajduje się tutaj długa, piaszczysta plaża – Plage d’Agadir (ok. 10-kilometrowa), przy której rozciągają się liczne luksusowe hotele z basenami. W Agadirze raczej nie ma zabytków – w lutym 1960 r. silne trzęsienie ziemi zrównało z ziemią dużą jego część. Komu znudzi się jedzenie w hotelowych restauracjach albo plażowanie, może wybrać się na spacer po jednym z urokliwych bulwarów albo udać się na zakupy na targu (suku), odwiedzić lokalne knajpki nad brzegiem morza lub wyruszyć na wycieczkę po pełnej atrakcji okolicy.

 

Na południe od kurortu rozciąga się malowniczy Park Narodowy Souss-Massa, słynący z rozmaitych gatunków ptaków takich jak występujący prawdopodobnie tylko w Maroku ibis grzywiasty, ibisy kasztanowate, warzęchy, flamingi, czaple purpurowe czy czagry. Wybrzeże w tym rejonie tworzą piaszczyste plaże, wydmy, klify i jaskinie. Przez park prowadzą kilkukilometrowe ścieżki spacerowe. Po wyprawie do niego warto odwiedzić miasto Tiznit, znane w całym kraju z ręcznie wykonywanych wyrobów ze srebra, głównie biżuterii. Ok. 60 km na południowy zachód stąd odpocząć można na najsłynniejszej dzikiej plaży w Maroku – Legzirze (Lagzirze). Za jej symbol uchodził jeszcze do niedawna niezwykły klif, w którym morze wytworzyło naturalną bramę (niestety, jeden z emblematycznych łuków runął 23 września 2016 r., najprawdopodobniej w wyniku naturalnej erozji). Przepiękna Legzira od lat przyciąga rzesze surferów.

 

Casbah Ait Ben Haddou XR

Ufortyfikowana osada (ksar) Ajt Bin Haddu

© MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE

 

WŚRÓD FAL, GÓR I WYDM

 

Maroko to idealny kraj dla wszystkich, którzy kochają aktywnie spędzać czas. Większa część wybrzeża świetnie nadaje się do uprawiania wind- i kitesurfingu oraz surfingu. Miłośnicy tych sportów wodnych często wybierają okolice wspomnianego już miasta As-Sawira, położonego ok. 170 km na północ od Agadiru. W lecie fale są mniejsze, ale wiatr bywa silniejszy, w zimie – odwrotnie. Najlepiej przyjechać tutaj w okresie od września do kwietnia. Ostatnio coraz większą popularnością wśród pasjonatów wind- i kitesurfingu oraz surfingu cieszy się również miasteczko Sidi Kaouki, usytuowane 25 km na południe od As-Sawiry. Doskonałe miejsce do uprawiania sportów wodnych stanowi także zatoka utworzona przez podłużny półwysep w pobliżu Ad-Dachli (niemal 1,2 tys. km na południowy zachód od Agadiru, na terytorium Sahary Zachodniej).

 

W Maroku znajduje się aż ok. 50 pól golfowych. Leżą one głównie na północy (m.in. w Tangerze czy Tetuanie), w sercu kraju (Rabacie, Fezie i Casablance), okolicy Marrakeszu i As-Sawiry oraz w Agadirze. W tym pełnym atrakcji państwie można też spędzić kilka tygodni na wędrówkach po górach i wspinaczce w różnych warunkach. Najwyższym szczytem Królestwa Marokańskiego, jak również całego Atlasu i Afryki Północnej, jest Dżabal Tubkal (4167 m n.p.m.). Zdobędzie go każda osoba o dobrej kondycji – nie trzeba wspinać się na niego ze sprzętem, choć poleca się wynajęcie lokalnego przewodnika. Na trasie wyprawy, na końcu doliny na ponad 3200 m n.p.m. znajduje się duże schronisko (Refuge du Toubkal), w którym większość turystów przechodzi nocną aklimatyzację przed dotarciem do celu. Wejście na najwyższy szczyt kraju to – oczywiście – tylko jedna z wielu propozycji dla amatorów trekkingu. Do wyboru mają oni mnóstwo górskich szlaków (nie są oznaczone).

 

Wyjątkowym przeżyciem będzie w Maroku także wyprawa na pustynię: na piaszczyste wydmy, pod niebo wyścielone gwiazdami. Tego typu wycieczkę najlepiej wykupić bezpośrednio w lokalnym biurze podróży w jednym z większych miast. Można też wynająć prywatnego kierowcę z autem lub dojechać autobusem i w mieście Warzazat (Ouarzazate) opłacić przewodnika z samochodem terenowym. W drodze na pustynię trzeba przejechać przez góry Atlas, co stanowi okazję do podziwiania wspaniałych widoków. Większość wycieczek zatrzymuje się również w Ajt Bin Haddu, ufortyfikowanej osadzie zwanej ksarem, wpisanej w 1987 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Kręcono tu sceny m.in. do filmów Gladiator, Aleksander, Królestwo Niebieskie, Babel, Książę Persji: Piaski czasu i serialu Gra o tron. Poza tym zwykle odwiedza się także spektakularne wąwozy: Dades i Todra. Do atrakcji wyprawy na pustynię należą też spacery po niekończących się wydmach, przejażdżka na wielbłądach i spędzenie nocy pod gwiazdami. Z dala od cywilizacji, pod gołym niebem, w otoczeniu surowych krajobrazów można dostrzec egzotyczne, magiczne oblicze Maroka, które wciąż przyciąga ludzi z różnych zakątków świata.

 

Droga do tajskiego raju

DAWID ZASTROŻNY


Ulotka na lotnisku, przewodnik w plecaku, film na ekranie pokładowego monitora: zanim nasze stopy dotkną tajskiej ziemi, sądzimy, że wiemy, czego się spodziewać. Znamy już uśmiech Leżącego Buddy ze świątyni Wat Pho, naszą wyobraźnię rozpala złoto Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku. Nowoczesny terminal lotniska w stolicy Tajlandii jest przyjaźnie rozplanowany i wiemy dokąd iść. Nie jesteśmy tylko przygotowani na to, co czeka na nas na zewnątrz.

Bangkok pędzi, a pierwsze spotkanie z nim jest niczym czołowe zderzenie. Tajska metropolia domaga się uwagi powodzią neonów, których znaczenia nie pojmujemy. Wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Warto więc zostać tu kilka dni, żeby się oswoić i bez pośpiechu chłonąć energię tego ogromnego miasta.

Więcej…