Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

 

W 1991 r. Gruzja i Armenia odzyskały niepodległość w wyniku rozpadu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jednak choć w czasach współczesnych nie cieszą się jeszcze zbyt długo swoją wolnością, oba te państwa mogą poszczycić się bogatą historią sięgającą starożytności. Mimo wielu podobieństw, Gruzini i Ormianie zdecydowanie różnią się od siebie. Potwierdzają to np. ich języki (gruziński i ormiański), które należą do odmiennych rodzin i posiadają własne alfabety.

Podczas przeglądania ofert linii lotniczych i biur podróży trudno nie zauważyć, że przypisanie Gruzji i Armenii do określonej kategorii wyszukiwania bywa problematyczne. Jedni zaliczają je do krajów europejskich, drudzy – do azjatyckich, a jeszcze inni, szukając kompromisu, po prostu do państw postradzieckich. Większość geografów kreśli granicę między kontynentami daleko na północ od gór Kaukazu, umieszczając Zakaukazie (Kaukaz Południowy, czyli Gruzję, Armenię i Azerbejdżan) w Azji. Z drugiej strony religia (chrześcijaństwo), filozofia i poczucie przynależności etnicznej znacznie silniej wiążą Gruzinów i Ormian z kulturą europejską niż kręgiem kulturowym Bliskiego Wschodu. W Tbilisi secesyjne kamienice sąsiadują z meczetami i dawnymi karawanserajami, a gmach opery przypomina pałac szacha. Ta mieszanka wpływów najlepiej pokazuje, że granica między kontynentami jest tak naprawdę tylko umowna.

 

Raj na ziemi

Gruzini doskonale znają wartość swojej ojczyzny. Jej walory oraz swoją pogodną naturę przedstawiają w legendzie o powstaniu Gruzji. Według niej, kiedy Bóg dzielił ziemię pomiędzy narody, ustawiła się długa kolejka, w której nie brakowało przepychanek. Gruzini, zamiast bronić swojego miejsca i cierpliwie czekać na przydział, postanowili przygotować ucztę pod najbliższym drzewem. Szybko zatracili się w toastach i radosnych śpiewach. Zajęci zabawą nie zorientowali się nawet, że wszyscy zostali już obdarowani. Wtedy Bóg spojrzał na uśmiechnięty, rozśpiewany, miłujący wino naród i uświadomił sobie, że nie ma on swojego miejsca na świecie. Ze względu na to, że Gruzini woleli cieszyć się życiem zamiast rywalizować z innymi o najlepsze terytorium, postanowił jednak przekazać im w posiadanie ostatni skrawek ziemi – najpiękniejszy i najżyźniejszy, przypominający raj, który zachował dla samego siebie. W czasie podróży po Gruzji nie raz przekonamy się, że ta legenda kryje w sobie wiele prawdy.

Warszawę i stolice państw Zakaukazia dzieli ponad 2 tys. km. Tę odległość można pokonać obecnie w niespełna 3,5 godz. podczas bezpośredniego lotu do Tbilisi oferowanego przez PLL LOT (niestety, nasz narodowy przewoźnik rezygnuje z Erywania). Natomiast tania linia lotnicza Wizz Air wprowadza do swojej oferty dwie trasy z Polski do Gruzji – połączenie Warszawa-Kutaisi (już od 24 kwietnia br.) oraz Katowice-Kutaisi (od 18 maja). To ostatnie miasto jest drugim pod względem wielkości w tym coraz popularniejszym wśród Polaków zakaukaskim kraju (ma ok. 200 tys. mieszkańców). Stanowi siedzibę parlamentu i leży pomiędzy gruzińską metropolią a kurortem Batumi nad Morzem Czarnym. Dzięki dogodnym połączeniom lotniczym ze stolicy Polski szybciej dotrzemy do kurortu Gudauri w Wielkim Kaukazie niż do Zakopanego. Nawet doliczając czas spędzony na lotniskach, wyprawa z Warszawy do centrum kaukaskiego narciarstwa zajmie jedynie ok. 6 godz., czyli mniej niż weekendowa wycieczka samochodem bądź pociągiem do serca polskich Tatr. Natomiast pewną niedogodnością jest rozkład rejsów PLL LOT. Samoloty naszego narodowego przewoźnika lądują w Tbilisi o wczesnej porze (o 4.50 miejscowego czasu w porze zimowej, a latem o 4.00), dlatego pobyt w Gruzji warto rozpocząć od porannej drzemki.

 

Na Gruzińskiej Drodze Wojennej

Pod tym złowrogim określeniem kryje się wyjątkowo malownicza trasa, która przecina w poprzek Wielki Kaukaz. Gruzińska Droga Wojenna to jeden z najpiękniejszych szlaków w tej części świata. Zachwyca wspaniałymi widokami oraz perełkami gruzińskiej architektury. Właśnie przy niej leży Gudauri – mekka miłośników białego szaleństwa. Trasa ta liczy sobie 208 km i łączy stołeczne Tbilisi z Władykaukazem w Osetii Północnej (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Jej dzisiejsza nazwa przyjęła się w XIX w. Wtedy to Rosjanie gruntownie zmodernizowali szlak, aby ułatwić sobie przerzucanie wojsk podczas wojny z kaukaskimi góralami oraz kampanii przeciwko Imperium Osmańskiemu.

Z Tbilisi wyruszamy Gruzińską Drogą Wojenną na północny zachód. Kilka kilometrów za miastem mijamy po lewej stronie starożytną stolicę kraju Mcchetę z potężną Katedrą Sweti Cchoweli (XI w.), zaś po prawej – wzgórze z monastyrem Dżwari (VI w.). Oba zabytki zasłużenie znalazły się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i stanowią obowiązkowy punkt zwiedzania dla turystów podróżujących po Gruzji. Świątynie zachwycają swoim rozmachem, kunsztem artystycznym oraz malowniczym położeniem. Sweti Cchoweli leży w widłach dwóch rzek, zaś spod monastyru Dżwari roztaczają się wręcz pocztówkowe widoki. W centrum Mcchety, nieopodal murów katedry, często odbywają się festiwale wina, na których gości również regionalna kuchnia i oryginalne rękodzieło. W mieście nie brakuje też znakomitych restauracji oferujących typowo gruzińskie potrawy, gdzie zapoznamy się ze zwyczajem wznoszenia niezmiernie kwiecistych toastów, tak charakterystycznych dla mieszkańców Gruzji.

Podążając dalej naszym szlakiem, kierujemy się do Ananuri, gdzie nad turkusowymi wodami Zbiornika Żinwalskiego stoi potężna twierdza. Urokliwe położenie, imponujące płaskorzeźby i malowidła oraz dobry stan obiektu sprawiają, że w pełni zasługuje on na uwagę, mimo iż pochodzi „dopiero” z przełomu XVI i XVII w. Dla Gruzinów, którzy posiadają w swoim kraju wiele antycznych i wczesnośredniowiecznych budowli, prawdziwy zabytek musi liczyć co najmniej 500 lat. Za Ananuri mijamy wioskę Pasanauri i pniemy się serpentynami na najwyższy punkt trasy, czyli Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.). Przed nią znajduje się wspomniany już kurort Gudauri, którego nowoczesne wyciągi sięgają ponad 3 tys. m n.p.m. Zimą zapełnia się on miłośnikami narciarstwa, wśród których dużym zainteresowaniem cieszą się skitouring oraz heliskiing. Latem staje się dogodną bazą wypadową na trekking w centralne pasma Wielkiego Kaukazu.

Wreszcie wjeżdżamy do Stepancmindy (do niedawna Kazbegi – 150 km na północ od Tbilisi), która przyciąga zapierającymi dech w piersiach panoramami i przyzwoitą bazą noclegową. Na zachód od miasta zobaczymy wysokie na 500 m świątynne wzgórze z klasztorem Cminda Sameba (XIV w.), a w tle ośnieżoną piramidę wulkanu Kazbek (gruz. Mkinwarcweri – 5034 m n.p.m.). Pod klasztorne mury można się stąd dostać pieszo lub autem terenowym. Warto zdecydować się na taką wyprawę nie tyle ze względu na sam kompleks, co na roztaczające się z niego niezapomniane widoki, zwłaszcza na kotlinę ze Stepancmindą oraz na najpiękniejszą górę w Gruzji, za jaką uchodzi Kazbek. Z całą pewnością jest to najczęściej fotografowane miejsce w tym kraju. Żądni przygód podróżnicy mogą zdecydować się na mniej tradycyjny sposób opuszczenia wzgórza świątynnego i wybrać ekscytujący lot dwuosobową paralotnią w kierunku leżącego kilkaset metrów niżej miasteczka. Spod monastyru prowadzi także szlak wiodący ku wierzchołkowi Kazbeka. Na wejście na szczyt i powrót trzeba przeznaczyć ok. 4 dni. Pierwszego dnia trekking kończy się w sezonowym schronisku ulokowanym w budynku dawnej stacji meteorologicznej na morenie lodowcowej na wysokości 3600 m n.p.m. Góra z powodu większego nachylenia stoków uznawana jest za znacznie trudniejszą do zdobycia niż najwyższy punkt Wielkiego Kaukazu (5642 m n.p.m.) – Elbrus w Kabardo-Bałkarii (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Na wyprawę na Kazbek najlepiej wynająć lokalnego przewodnika, co w Stepancmindzie i położonym wyżej schronisku nie stanowi żadnego problemu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Klasztor Cminda Sameba na wzgórzu Gergeti ze szczytem Kazbek w tle (5034 m n.p.m.)

 

Kolebka wina

Gruzja często jest nazywana kolebką wina. O ten zaszczytny tytuł rywalizuje od lat z Armenią i turecką Anatolią. Najstarsze jak dotąd, liczące 8 tys. lat pozostałości wina znaleziono w wiosce Szulaweri (ok. 50 km na południe od Tbilisi). Niektórzy lingwiści uważają, że od gruzińskiego słowa ghvino pochodzi nazwa tego szlachetnego trunku w wielu innych językach. Z kolei liczne motywy winorośli na ścianach kościołów oraz amfory (gruz. kwewri) w klasztornych piwnicach świadczą o dużym znaczeniu winiarstwa w kulturze.  

W samej stolicy Gruzji, zwłaszcza w okolicach placu Wolności i Dzweli Tbilisi (Starego Tbilisi), nie brakuje klimatycznych winiarni, w których można spróbować rozmaitych rodzajów wyśmienitych win. W tej zakaukaskiej metropolii od ponad stu lat działa też wytwórnia doskonałej brandy Sarajishvili (Saradżiszwili). Warto odwiedzić ten wyjątkowy zakład i przekonać się, jak powstaje mocny gruziński trunek. Jednak największe zagłębie winiarskie całego Kaukazu stanowi region Kachetia. Leży on we wschodniej części kraju, a najlepsze warunki do uprawy krzewu winnego panują w jego sercu – w Dolinie Alazańskiej (Alazani) o ciepłym i dość suchym klimacie. W rzeczywistości jest to szeroka i długa kotlina, wbijająca się klinem między niewysokie Góry Gomborskie a ponad 2-tysięczną ścianę Kaukazu Wielkiego. Alazani dzieli się na kilkanaście mikrorejonów, w których wytwarza się specyficzne odmiany szlachetnych trunków (np. Tsinandali, Mukuzani). Trzeba dodać, że Gruzini uprawiają kilka szczepów endemicznych, takich jak rkaciteli, mcwane, colikauri (wina białe) lub saperawi, aleksandrouli (wina czerwone).

Najpierw udajemy się z Tbilisi do Telawi – stolicy regionu Kachetia. Następnie odwiedzamy rezydencję magnacką w pobliskim Cinandali (Tsinandali), gdzie znajduje się niezmiernie interesujące, niedawno zmodernizowane, muzeum wina. Co ciekawe, jednym z jego najstarszych eksponatów jest butelka z polskim miodem pitnym z 1814 r. Zwiedzaniu towarzyszy – oczywiście – degustacja miejscowych szlachetnych trunków. Potem jedziemy 30 km na północ, do miejscowości Kwareli położonej u stóp imponującego łańcucha Wielkiego Kaukazu. Tutaj zaglądamy do rodzinnej winnicy Kindzmarauli, jednej z najstarszych w Gruzji. Jej właściciel, Tamaz Konchoshvili, chętnie oprowadza nas po przepastnych piwnicach, zwanych marani. W dębowych beczkach oraz w glinianych amforach zakopanych w ziemi leżakują wina oraz brandy. Niektóre mają po kilkadziesiąt lat. Gospodarz z dumą pokazuje liczne beczki i spore regały pełne butelek wykupione przez ambasady zachodnich państw. Pokonujemy specjalnie przygotowaną trasę wśród rozmaitych instalacji i słuchamy szczegółów na temat produkcji miejscowych trunków. Tamaz Konchoshvili zwraca naszą uwagę na najstarszy działający w Gruzji zestaw do wytwarzania słynnej gruzińskiej czaczy, tj. mocnej wódki (40–70 proc.) otrzymywanej z moszczu winogron. Na koniec zwiedzania nadchodzi czas na degustację. Następnie udajemy się kilka kilometrów dalej, nad malownicze jezioro Kwareli, przy którym stoi nowoczesny ośrodek Kvareli Lake Resort również należący do rodziny słynnych winiarzy. Ten naturalny zbiornik wodny położony jest w dolnych partiach gór, a jednocześnie zawieszony 200 m nad płaską niczym stół Doliną Alazańską. Wynajmujemy wygodne pokoje, a do naszej dyspozycji mamy też sprzęt wodny i wyśmienitą restaurację serwującą dania na otwartych tarasach.

Kachetia zachwyca także mnóstwem zabytków. Po opuszczeniu Kwareli odwiedzamy przyklejony do skalistego zbocza klasztor Nekresi (IV w.), a później Cerkiew Świętych Archaniołów, dzwonnicę i wieżę zamkową w Gremi, czyli dawnej stolicy niegdysiejszego królestwa Kachetii. Stąd przejeżdżamy w kierunku południowo-wschodnim do malowniczo położonego Signagi (Sighnaghi). To ufortyfikowane miasto leży na niewielkim płaskowyżu, z którego roztaczają się najlepsze panoramy na Dolinę Alazańską i imponującą ścianę Wielkiego Kaukazu. Po spacerze romantycznymi, odnowionymi uliczkami jego zabytkowego centrum udajemy się dalej na południowy wschód, gdzie czeka nas terenowa przygoda w Waszlowańskim Parku Narodowym. Wskakujemy do jeepów i ruszamy na szutrowe drogi bezludnego obszaru. Przemierzamy dziesiątki kilometrów po stepach pełnych baśniowych wąwozów i skalistych wzgórz. Mijamy pistacjowe zagajniki oraz drzewa granatowca. Jazda po parku daje nam poczucie wolności i wywołuje wrażenie ucieczki przed cywilizacją.  

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Urocze Signagi (Sighnaghi) w Kachetii

 

Stolica kaukaskich stolic

Tbilisi – zwane perłą Kaukazu i Paryżem Wschodu – jest fascynującą metropolią na pograniczu Europy i Azji. Malownicze położenie, oryginalne zabytki oraz gościnni ludzie tworzą razem niepowtarzalną atmosferę tego miasta. Funkcję stolicy Gruzji pełni już od ponad 1500 lat. Dziś mieszka tutaj mniej więcej 25 proc. ludności kraju, czyli ok. 1,2 mln ludzi. Od stuleci w tym mieście skupia się gospodarcze i kulturalne życie kraju. Na jego ulicach rozpoczęła się w 2003 r. tzw. rewolucja róż, która zapoczątkowała głębokie zmiany w całym państwie. Dzisiejsze Tbilisi w pełni zasługuje na miano europejskiej stolicy. Nie brakuje tu schludnych ulic, zadbanych skwerów, ekskluzywnych restauracji czy hoteli o najwyższym światowym standardzie. Jeden dzień to zdecydowania za mało, aby zasmakować w urokach gruzińskiej metropolii. Zwiedzanie warto rozpocząć od Cerkwi Matki Boskiej Metechskiej (Metechi) wzniesionej na widowiskowym klifie pionowo opadającym do rzeki Kury (Mtkwari). Spod świątyni rozpościera się doskonały widok na zabytkowe Dzweli Tbilisi (Stare Tbilisi) oraz majestatyczną twierdzę Narikala. Najlepiej podziwiać go, delektując się lampką czerwonego wina ze szczepu saperavi na tarasie pobliskiego hotelu butikowego Kopala, do którego warto zawitać, żeby zatrzymać się w nim na dłużej albo po prostu wybrać się na wykwintną ucztę w gruzińskim stylu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

most Pokoju – kładka nad rzeką Kurą łącząca Stare Tbilisi z nowymi dzielnicami

 

Podczas pobytu w Tbilisi koniecznie trzeba odbyć spacer malowniczymi uliczkami, nad którymi wiszą bogato zdobione balkony secesyjnych kamienic. Na taką przechadzkę możemy się udać np. do Abanotubani, czyli dzielnicy łaźni. To najstarsza część miasta licząca ok. 1500 lat. Budynki term łatwo rozpoznać dzięki charakterystycznym murowanym kopułom. Niegdyś było ich 60, dziś działa jedynie 6. Uroki tbiliskich łaźni publicznych sławili znani pisarze i poeci, tacy jak Aleksander Dumas czy Aleksander Puszkin. Przez wieki spełniały nie tylko funkcje higieniczne. Stanowiły również miejsce spotkań towarzyskich wyższych sfer, ulubiony zakątek bohemy, a nawet rodzaj hotelu dla wiejskiej ludności handlującej w mieście. Po zwiedzeniu Abanotubani dobrze jest usiąść w którejś z klimatycznych kafejek wzdłuż wąskich uliczek przy placu Wachtanga Gorgasalego, a potem ulicą Leselidze przejść się na słynny plac Wolności, gdzie zaczyna swój bieg najbardziej prestiżowa arteria Tbilisi, czyli aleja Szoty Rustawelego. Mieszczą się przy niej okazałe rządowe gmachy, znane muzea i galerie oraz luksusowe sklepy i hotele. 

FOT. WIKIPEDIA.COM/WOWARMENIA

Procesja do Kościoła św. mikołaja w Tbilisi

 

„Batumi, ech, Batumi...”

Ten pełen nostalgii refren nucony przez Filipinki (a następnie w nowej aranżacji z 2012 r. przez Natalię Lesz) nawiązuje do magii miasta leżącego na styku gór i Morza Czarnego. Jest ono głównym ośrodkiem autonomicznej republiki Adżarii (Adżarskiej Republiki Autonomicznej). Mimo iż podstawą przyznania autonomii temu regionowi było islamskie wyznanie Adżarów, to panują tu dość liberalne obyczaje i każdego lata Batumi staje się niekwestionowanym centrum rozrywki całego Kaukazu. Można śmiało powiedzieć, że w klubach nocnych, barach i kasynach, ciągnących się wzdłuż malowniczej nadmorskiej promenady, bawi się towarzyska śmietanka Tbilisi, a także Erywania i Baku, oraz finansowe elity z Kazachstanu i Uzbekistanu. Miasto słynie z tańczących fontann, urokliwego,  niedawno odrestaurowanego zabytkowego centrum oraz tropikalnego ogrodu botanicznego. Jednak herbaciane pola z tekstu piosenki należą już do przeszłości. W tym rejonie znacznie częściej niż krzewy herbaty spotkamy bambusowe zagajniki i bananowce. Jeśli mamy nieco więcej czasu, wówczas warto odwiedzić pobliską doskonale zachowaną twierdzę Gonio, wzniesioną w starożytności przez Rzymian. Miłośnikom morskich kąpieli z pewnością przypadną do gustu miejscowości Sarpi i Ureki. Pierwsza z nich słynie z wyjątkowej czystości wody, a druga – z czarnych plaż usypanych z piasków magnetycznych.

W klimatycznym Batumi i okolicach nie brakuje luksusowych 5-gwiazdkowych hoteli oraz tańszych, lecz wygodnych obiektów noclegowych. Możemy np. wynająć apartament lub studio, zwłaszcza w centrum miasta. Z Tbilisi do Batumi dojedziemy samochodem w ciągu prawie 5 godz. Wartym polecenia rozwiązaniem jest nocny przejazd komfortowym pociągiem sypialnym.   

 

 

Z wizytą w Armenii

Wśród batumskich turystów nie brakuje mieszkańców pobliskiej Armenii. Dla Ormian to najbliższy nadmorski kurort. Stąd właśnie wyruszamy przez uzdrowiskowe Bordżomi do armeńskiej stolicy. Jeszcze na terenie południowej Gruzji droga wchodzi na wulkaniczny płaskowyż wyniesiony 1800 m n.p.m., a krajobraz nabiera surowości. Zbliżając się do Erywania, po lewej stronie mijamy rozłożysty wulkan Aragac (4095 m n.p.m.), który uznaje się za najwyższy szczyt Armenii, odkąd święta góra Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), leży po tureckiej stronie granicy. Dzisiejsze państwo armeńskie stanowi zaledwie namiastkę jego historycznego terytorium. Od granicy z Gruzją do przejścia z Iranem można przejechać w ciągu 7 godz., z czego połowa trasy biegnie wśród wysokich gór. Natomiast na przejazd w poprzek Armenii w jej najszerszym miejscu trzeba przeznaczyć zaledwie 2 godz. Tymczasem na przestrzeni kilku tysiącleci Ormianie zajmowali również ogromne tereny Wschodniej Anatolii należące obecnie do Turcji. W tamtych czasach Ararat leżał w środku kraju. Sylwetka świętej góry stanowi ważny punkt odniesienia w krajobrazie okolic Erywania, tak jak jej duch w kulturze ormiańskiej. Wiele restauracji, hoteli, sklepów i produktów w Armenii, na czele ze słynną brandy, nosi chlubną nazwę Ararat.

FOT. EPIU STATE INSTITIUTION UNDER THE MINISTRY OF NATURE PROTECTION OF ARMENIA 

Ośnieżony Ararat (5137 m n.p.m.) leży obecnie w Turcji, ok. 30 km od granicy z Armenią

 

Miasto od wieków, metropolia od wczoraj

Erywań jest tętniącą życiem metropolią z ponad milionem mieszkańców. Aż trudno uwierzyć, że od początków jego istnienia do pierwszej połowy XX w., czyli przez niemal 2800 lat, była to jedynie niewielka, położona na uboczu miejscowość. Dopiero gdy Ormianie stracili swoje główne, historyczne ośrodki, przeistoczyła się w miasto godne miana stolicy. Dzisiejszy Erywań zachwyca świetnie zaprojektowaną przestrzenią centrum. Przechadzkę po tej metropolii warto rozpocząć od reprezentacyjnej ulicy Abowiana zaczynającej się przy placu Republiki. Wzdłuż niej ciągną się wspaniałe rezydencje i gmachy publiczne z przełomu XIX i XX w., wytworne sklepy oraz klimatyczne kawiarnie, w których kwitnie bujne życie towarzyskie. Nieco na zachód od ścisłego centrum miasta znajduje się stara dzielnica przemysłowa, a w niej prawdziwa perełka architektury klasy światowej – fabryka słynnych ormiańskich brandy (działająca od 1887 r.), znanych w Polsce pod nazwą Ararat. Ten trunek zachwycił wielu koneserów, a wśród nich brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, wielkiego miłośnika najlepszych cygar i alkoholi. Zwiedzanie wytwórni można połączyć z degustacją szerokiej gamy brandy, w tym 20-letniej Nairi.

Odwiedzając Erywań, nie sposób nie zajrzeć do Eczmiadzynu, słusznie nazywanego ormiańskim Watykanem. To leżące nieopodal stolicy Armenii miasto słynie ze wspaniałych świątyń i jest siedzibą Katolikosa Wszystkich Ormian – głowy Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Najważniejszy tutejszy zabytek stanowi urzekająca katedra wzniesiona w latach 301–303. Wbrew pozorom nie ma pomyłki w datach… Należy pamiętać o tym, że Armenia była pierwszym państwem na świecie, które uznało chrześcijaństwo za religię państwową. Stało się to właśnie w 301 r., czyli prawie sto lat przed dekretem cesarza Teodozjusza I Wielkiego w Imperium Rzymskim i 665 lat przed chrztem Polski. Dzięki długiej tradycji chrześcijańskiej i obronie wiary przed pogańskimi mocarstwami ten zakaukaski kraj zasłużył sobie na określanie go mianem „przedmurza chrześcijaństwa”.

 

Nad wielką wodą

Mimo iż Armenia jest krajem śródlądowym, to do jednych z jej największych atrakcji należy odpoczynek nad wodą. Sewan, Wan (Turcja) i Urmia (Iran) to ogromne, wysokogórskie jeziora, od 10 do 60 razy większe od polskich Śniardw. Nazywa się je morzami Armenii, gdyż przez dziesiątki wieków obszar pomiędzy nimi zamieszkiwali Ormianie. Sewan znajduje się w środkowo-wschodniej części kraju, niecałą godzinę jazdy samochodem z Erywania. Jeszcze na początku XX w. tafla jeziora zajmowała aż 5 proc. obszaru obecnego państwa (1360 km²), dziś jego poziom dość znacznie się obniżył – z 95 metrów głębokości do 77 (w wyniku wielkiego projektu hydrologicznego Sowietów). W lustrze wody przeglądają się sąsiednie pasma górskie. Na skalistym półwyspie (niegdyś wyspie) przy północno-zachodnim brzegu wznoszą się dwa kościoły klasztoru Sewanawank, zbudowane z tufu wulkanicznego. Oszałamiające widoki, krystaliczna, turkusowa woda i bliskość stolicy czynią z Sewanu popularne miejsce wypoczynku i rekreacji dla armeńskich elit. Powstało tu wiele luksusowych ośrodków. Największy ruch panuje – oczywiście – latem, kiedy to leżące ok. 1900 m n.p.m. jezioro daje wytchnienie od niemiłosiernego żaru lejącego się z nieba na ulice Erywania.

Armenia i Gruzja mogą pochwalić się niezmiernie bogatą kulturą i wspaniałą przyrodą. Co ważne, bardzo szybko w tych krajach poprawia się stan infrastruktury turystycznej, więc podróż w te strony nie musi już oznaczać rezygnacji z komfortu i wysokiego standardu usług. Dodatkowy atut stanowi także fakt, że oba państwa zniosły obowiązek wiz dla obcokrajowców (Gruzja dla obywateli Unii Europejskiej, Armenia dla obywateli strefy Schengen). Kaukaz wita nas zatem z otwartymi ramionami. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. 


 

Artykuły wybrane losowo

Indie – szlakiem pałaców, plaż i ajurwedy

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Podróż zachodnim wybrzeżem Indii to wyprawa przez usiane pałacami pustynie Radżastanu i rajskie plaże Goa, dawnej kolonii portugalskiej, aż po pełną przypraw i dzikiej przyrody Keralę – ojczyznę ajurwedy, prastarej medycyny hinduskiej.

 

Hanwant Singh (1923–1952), maharadża Dźodhpuru (Jodhpuru), wyciągnął pistolet kalibru 22 i wymierzył w indyjskiego urzędnika. – Odmawiam przyjęcia twojego dyktatu! – młody, rozpuszczony, gnuśny i obrzydliwie bogaty władca, którego ulubioną rozrywką były gra w polo, polowania na stepówki i sztuczki magiczne, właśnie zdał sobie sprawę, że oddał władzę nad swoim królestwem. W 1947 r. Singh podpisał akces pustynnego Dźodhpuru do Unii Indyjskiej (przekształconej w 1950 r. w obecną Republikę Indii) – w ten sposób jego ziemie stały się częścią dzisiejszego stanu Radżastan. Co prawda maharadża mógł zachować swój bajeczny majątek, jeździć limuzynami o czerwonych, królewskich tablicach rejestracyjnych, ale upokarzający sposób zawarcia traktatu obudził w nim ducha przodków – wojowniczych i dumnych Radźputów.

Więcej…

Namibia w fotograficznym kadrze

JAKUB WOLSKI

 

Są takie miejsca na naszym globie, które mimo upływu setek lat zachowały swój pierwotny charakter. Taka właśnie jest Namibia wraz z bogatym światem fauny Parku Narodowego Etosha, olbrzymim Kanionem Rzeki Rybnej (Fish River Canyon) czy niesamowitym spektaklem światła, jaki odgrywa codziennie wschodzące i zachodzące słońce nad wydmami pustyni Namib. Dlatego też każdy, kto marzy o zrobieniu niezwykłych zdjęć w Afryce, powinien odwiedzić ten kraj. Na pewno przywiezie stąd mnóstwo wspaniałych wspomnień zatrzymanych w fotograficznym kadrze.

To jedno z największych afrykańskich państw jest 34. krajem na świecie pod względem powierzchni (825 418 km2). Jednak w jego granicach żyje ok. 19-krotnie mniej mieszkańców niż w Polsce (2,1 mln ludzi). Nazwa Namibia pochodzi od najstarszej na ziemi pustyni Namib, położonej wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Mimo zdecydowanie pustynnego klimatu to na terenie tego kraju znajduje się olbrzymi park narodowy, w którego wodopojach gaszą pragnienie tysiące dzikich zwierząt. Tutaj również osiedliły się grupy rdzennej ludności afrykańskiej, które znakomicie przystosowały się do miejscowych warunków.

Więcej…

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!