Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

 

W 1991 r. Gruzja i Armenia odzyskały niepodległość w wyniku rozpadu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jednak choć w czasach współczesnych nie cieszą się jeszcze zbyt długo swoją wolnością, oba te państwa mogą poszczycić się bogatą historią sięgającą starożytności. Mimo wielu podobieństw, Gruzini i Ormianie zdecydowanie różnią się od siebie. Potwierdzają to np. ich języki (gruziński i ormiański), które należą do odmiennych rodzin i posiadają własne alfabety.

Podczas przeglądania ofert linii lotniczych i biur podróży trudno nie zauważyć, że przypisanie Gruzji i Armenii do określonej kategorii wyszukiwania bywa problematyczne. Jedni zaliczają je do krajów europejskich, drudzy – do azjatyckich, a jeszcze inni, szukając kompromisu, po prostu do państw postradzieckich. Większość geografów kreśli granicę między kontynentami daleko na północ od gór Kaukazu, umieszczając Zakaukazie (Kaukaz Południowy, czyli Gruzję, Armenię i Azerbejdżan) w Azji. Z drugiej strony religia (chrześcijaństwo), filozofia i poczucie przynależności etnicznej znacznie silniej wiążą Gruzinów i Ormian z kulturą europejską niż kręgiem kulturowym Bliskiego Wschodu. W Tbilisi secesyjne kamienice sąsiadują z meczetami i dawnymi karawanserajami, a gmach opery przypomina pałac szacha. Ta mieszanka wpływów najlepiej pokazuje, że granica między kontynentami jest tak naprawdę tylko umowna.

 

Raj na ziemi

Gruzini doskonale znają wartość swojej ojczyzny. Jej walory oraz swoją pogodną naturę przedstawiają w legendzie o powstaniu Gruzji. Według niej, kiedy Bóg dzielił ziemię pomiędzy narody, ustawiła się długa kolejka, w której nie brakowało przepychanek. Gruzini, zamiast bronić swojego miejsca i cierpliwie czekać na przydział, postanowili przygotować ucztę pod najbliższym drzewem. Szybko zatracili się w toastach i radosnych śpiewach. Zajęci zabawą nie zorientowali się nawet, że wszyscy zostali już obdarowani. Wtedy Bóg spojrzał na uśmiechnięty, rozśpiewany, miłujący wino naród i uświadomił sobie, że nie ma on swojego miejsca na świecie. Ze względu na to, że Gruzini woleli cieszyć się życiem zamiast rywalizować z innymi o najlepsze terytorium, postanowił jednak przekazać im w posiadanie ostatni skrawek ziemi – najpiękniejszy i najżyźniejszy, przypominający raj, który zachował dla samego siebie. W czasie podróży po Gruzji nie raz przekonamy się, że ta legenda kryje w sobie wiele prawdy.

Warszawę i stolice państw Zakaukazia dzieli ponad 2 tys. km. Tę odległość można pokonać obecnie w niespełna 3,5 godz. podczas bezpośredniego lotu do Tbilisi oferowanego przez PLL LOT (niestety, nasz narodowy przewoźnik rezygnuje z Erywania). Natomiast tania linia lotnicza Wizz Air wprowadza do swojej oferty dwie trasy z Polski do Gruzji – połączenie Warszawa-Kutaisi (już od 24 kwietnia br.) oraz Katowice-Kutaisi (od 18 maja). To ostatnie miasto jest drugim pod względem wielkości w tym coraz popularniejszym wśród Polaków zakaukaskim kraju (ma ok. 200 tys. mieszkańców). Stanowi siedzibę parlamentu i leży pomiędzy gruzińską metropolią a kurortem Batumi nad Morzem Czarnym. Dzięki dogodnym połączeniom lotniczym ze stolicy Polski szybciej dotrzemy do kurortu Gudauri w Wielkim Kaukazie niż do Zakopanego. Nawet doliczając czas spędzony na lotniskach, wyprawa z Warszawy do centrum kaukaskiego narciarstwa zajmie jedynie ok. 6 godz., czyli mniej niż weekendowa wycieczka samochodem bądź pociągiem do serca polskich Tatr. Natomiast pewną niedogodnością jest rozkład rejsów PLL LOT. Samoloty naszego narodowego przewoźnika lądują w Tbilisi o wczesnej porze (o 4.50 miejscowego czasu w porze zimowej, a latem o 4.00), dlatego pobyt w Gruzji warto rozpocząć od porannej drzemki.

 

Na Gruzińskiej Drodze Wojennej

Pod tym złowrogim określeniem kryje się wyjątkowo malownicza trasa, która przecina w poprzek Wielki Kaukaz. Gruzińska Droga Wojenna to jeden z najpiękniejszych szlaków w tej części świata. Zachwyca wspaniałymi widokami oraz perełkami gruzińskiej architektury. Właśnie przy niej leży Gudauri – mekka miłośników białego szaleństwa. Trasa ta liczy sobie 208 km i łączy stołeczne Tbilisi z Władykaukazem w Osetii Północnej (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Jej dzisiejsza nazwa przyjęła się w XIX w. Wtedy to Rosjanie gruntownie zmodernizowali szlak, aby ułatwić sobie przerzucanie wojsk podczas wojny z kaukaskimi góralami oraz kampanii przeciwko Imperium Osmańskiemu.

Z Tbilisi wyruszamy Gruzińską Drogą Wojenną na północny zachód. Kilka kilometrów za miastem mijamy po lewej stronie starożytną stolicę kraju Mcchetę z potężną Katedrą Sweti Cchoweli (XI w.), zaś po prawej – wzgórze z monastyrem Dżwari (VI w.). Oba zabytki zasłużenie znalazły się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i stanowią obowiązkowy punkt zwiedzania dla turystów podróżujących po Gruzji. Świątynie zachwycają swoim rozmachem, kunsztem artystycznym oraz malowniczym położeniem. Sweti Cchoweli leży w widłach dwóch rzek, zaś spod monastyru Dżwari roztaczają się wręcz pocztówkowe widoki. W centrum Mcchety, nieopodal murów katedry, często odbywają się festiwale wina, na których gości również regionalna kuchnia i oryginalne rękodzieło. W mieście nie brakuje też znakomitych restauracji oferujących typowo gruzińskie potrawy, gdzie zapoznamy się ze zwyczajem wznoszenia niezmiernie kwiecistych toastów, tak charakterystycznych dla mieszkańców Gruzji.

Podążając dalej naszym szlakiem, kierujemy się do Ananuri, gdzie nad turkusowymi wodami Zbiornika Żinwalskiego stoi potężna twierdza. Urokliwe położenie, imponujące płaskorzeźby i malowidła oraz dobry stan obiektu sprawiają, że w pełni zasługuje on na uwagę, mimo iż pochodzi „dopiero” z przełomu XVI i XVII w. Dla Gruzinów, którzy posiadają w swoim kraju wiele antycznych i wczesnośredniowiecznych budowli, prawdziwy zabytek musi liczyć co najmniej 500 lat. Za Ananuri mijamy wioskę Pasanauri i pniemy się serpentynami na najwyższy punkt trasy, czyli Przełęcz Krzyżową (2379 m n.p.m.). Przed nią znajduje się wspomniany już kurort Gudauri, którego nowoczesne wyciągi sięgają ponad 3 tys. m n.p.m. Zimą zapełnia się on miłośnikami narciarstwa, wśród których dużym zainteresowaniem cieszą się skitouring oraz heliskiing. Latem staje się dogodną bazą wypadową na trekking w centralne pasma Wielkiego Kaukazu.

Wreszcie wjeżdżamy do Stepancmindy (do niedawna Kazbegi – 150 km na północ od Tbilisi), która przyciąga zapierającymi dech w piersiach panoramami i przyzwoitą bazą noclegową. Na zachód od miasta zobaczymy wysokie na 500 m świątynne wzgórze z klasztorem Cminda Sameba (XIV w.), a w tle ośnieżoną piramidę wulkanu Kazbek (gruz. Mkinwarcweri – 5034 m n.p.m.). Pod klasztorne mury można się stąd dostać pieszo lub autem terenowym. Warto zdecydować się na taką wyprawę nie tyle ze względu na sam kompleks, co na roztaczające się z niego niezapomniane widoki, zwłaszcza na kotlinę ze Stepancmindą oraz na najpiękniejszą górę w Gruzji, za jaką uchodzi Kazbek. Z całą pewnością jest to najczęściej fotografowane miejsce w tym kraju. Żądni przygód podróżnicy mogą zdecydować się na mniej tradycyjny sposób opuszczenia wzgórza świątynnego i wybrać ekscytujący lot dwuosobową paralotnią w kierunku leżącego kilkaset metrów niżej miasteczka. Spod monastyru prowadzi także szlak wiodący ku wierzchołkowi Kazbeka. Na wejście na szczyt i powrót trzeba przeznaczyć ok. 4 dni. Pierwszego dnia trekking kończy się w sezonowym schronisku ulokowanym w budynku dawnej stacji meteorologicznej na morenie lodowcowej na wysokości 3600 m n.p.m. Góra z powodu większego nachylenia stoków uznawana jest za znacznie trudniejszą do zdobycia niż najwyższy punkt Wielkiego Kaukazu (5642 m n.p.m.) – Elbrus w Kabardo-Bałkarii (jednej z republik Federacji Rosyjskiej). Na wyprawę na Kazbek najlepiej wynająć lokalnego przewodnika, co w Stepancmindzie i położonym wyżej schronisku nie stanowi żadnego problemu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Klasztor Cminda Sameba na wzgórzu Gergeti ze szczytem Kazbek w tle (5034 m n.p.m.)

 

Kolebka wina

Gruzja często jest nazywana kolebką wina. O ten zaszczytny tytuł rywalizuje od lat z Armenią i turecką Anatolią. Najstarsze jak dotąd, liczące 8 tys. lat pozostałości wina znaleziono w wiosce Szulaweri (ok. 50 km na południe od Tbilisi). Niektórzy lingwiści uważają, że od gruzińskiego słowa ghvino pochodzi nazwa tego szlachetnego trunku w wielu innych językach. Z kolei liczne motywy winorośli na ścianach kościołów oraz amfory (gruz. kwewri) w klasztornych piwnicach świadczą o dużym znaczeniu winiarstwa w kulturze.  

W samej stolicy Gruzji, zwłaszcza w okolicach placu Wolności i Dzweli Tbilisi (Starego Tbilisi), nie brakuje klimatycznych winiarni, w których można spróbować rozmaitych rodzajów wyśmienitych win. W tej zakaukaskiej metropolii od ponad stu lat działa też wytwórnia doskonałej brandy Sarajishvili (Saradżiszwili). Warto odwiedzić ten wyjątkowy zakład i przekonać się, jak powstaje mocny gruziński trunek. Jednak największe zagłębie winiarskie całego Kaukazu stanowi region Kachetia. Leży on we wschodniej części kraju, a najlepsze warunki do uprawy krzewu winnego panują w jego sercu – w Dolinie Alazańskiej (Alazani) o ciepłym i dość suchym klimacie. W rzeczywistości jest to szeroka i długa kotlina, wbijająca się klinem między niewysokie Góry Gomborskie a ponad 2-tysięczną ścianę Kaukazu Wielkiego. Alazani dzieli się na kilkanaście mikrorejonów, w których wytwarza się specyficzne odmiany szlachetnych trunków (np. Tsinandali, Mukuzani). Trzeba dodać, że Gruzini uprawiają kilka szczepów endemicznych, takich jak rkaciteli, mcwane, colikauri (wina białe) lub saperawi, aleksandrouli (wina czerwone).

Najpierw udajemy się z Tbilisi do Telawi – stolicy regionu Kachetia. Następnie odwiedzamy rezydencję magnacką w pobliskim Cinandali (Tsinandali), gdzie znajduje się niezmiernie interesujące, niedawno zmodernizowane, muzeum wina. Co ciekawe, jednym z jego najstarszych eksponatów jest butelka z polskim miodem pitnym z 1814 r. Zwiedzaniu towarzyszy – oczywiście – degustacja miejscowych szlachetnych trunków. Potem jedziemy 30 km na północ, do miejscowości Kwareli położonej u stóp imponującego łańcucha Wielkiego Kaukazu. Tutaj zaglądamy do rodzinnej winnicy Kindzmarauli, jednej z najstarszych w Gruzji. Jej właściciel, Tamaz Konchoshvili, chętnie oprowadza nas po przepastnych piwnicach, zwanych marani. W dębowych beczkach oraz w glinianych amforach zakopanych w ziemi leżakują wina oraz brandy. Niektóre mają po kilkadziesiąt lat. Gospodarz z dumą pokazuje liczne beczki i spore regały pełne butelek wykupione przez ambasady zachodnich państw. Pokonujemy specjalnie przygotowaną trasę wśród rozmaitych instalacji i słuchamy szczegółów na temat produkcji miejscowych trunków. Tamaz Konchoshvili zwraca naszą uwagę na najstarszy działający w Gruzji zestaw do wytwarzania słynnej gruzińskiej czaczy, tj. mocnej wódki (40–70 proc.) otrzymywanej z moszczu winogron. Na koniec zwiedzania nadchodzi czas na degustację. Następnie udajemy się kilka kilometrów dalej, nad malownicze jezioro Kwareli, przy którym stoi nowoczesny ośrodek Kvareli Lake Resort również należący do rodziny słynnych winiarzy. Ten naturalny zbiornik wodny położony jest w dolnych partiach gór, a jednocześnie zawieszony 200 m nad płaską niczym stół Doliną Alazańską. Wynajmujemy wygodne pokoje, a do naszej dyspozycji mamy też sprzęt wodny i wyśmienitą restaurację serwującą dania na otwartych tarasach.

Kachetia zachwyca także mnóstwem zabytków. Po opuszczeniu Kwareli odwiedzamy przyklejony do skalistego zbocza klasztor Nekresi (IV w.), a później Cerkiew Świętych Archaniołów, dzwonnicę i wieżę zamkową w Gremi, czyli dawnej stolicy niegdysiejszego królestwa Kachetii. Stąd przejeżdżamy w kierunku południowo-wschodnim do malowniczo położonego Signagi (Sighnaghi). To ufortyfikowane miasto leży na niewielkim płaskowyżu, z którego roztaczają się najlepsze panoramy na Dolinę Alazańską i imponującą ścianę Wielkiego Kaukazu. Po spacerze romantycznymi, odnowionymi uliczkami jego zabytkowego centrum udajemy się dalej na południowy wschód, gdzie czeka nas terenowa przygoda w Waszlowańskim Parku Narodowym. Wskakujemy do jeepów i ruszamy na szutrowe drogi bezludnego obszaru. Przemierzamy dziesiątki kilometrów po stepach pełnych baśniowych wąwozów i skalistych wzgórz. Mijamy pistacjowe zagajniki oraz drzewa granatowca. Jazda po parku daje nam poczucie wolności i wywołuje wrażenie ucieczki przed cywilizacją.  

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Urocze Signagi (Sighnaghi) w Kachetii

 

Stolica kaukaskich stolic

Tbilisi – zwane perłą Kaukazu i Paryżem Wschodu – jest fascynującą metropolią na pograniczu Europy i Azji. Malownicze położenie, oryginalne zabytki oraz gościnni ludzie tworzą razem niepowtarzalną atmosferę tego miasta. Funkcję stolicy Gruzji pełni już od ponad 1500 lat. Dziś mieszka tutaj mniej więcej 25 proc. ludności kraju, czyli ok. 1,2 mln ludzi. Od stuleci w tym mieście skupia się gospodarcze i kulturalne życie kraju. Na jego ulicach rozpoczęła się w 2003 r. tzw. rewolucja róż, która zapoczątkowała głębokie zmiany w całym państwie. Dzisiejsze Tbilisi w pełni zasługuje na miano europejskiej stolicy. Nie brakuje tu schludnych ulic, zadbanych skwerów, ekskluzywnych restauracji czy hoteli o najwyższym światowym standardzie. Jeden dzień to zdecydowania za mało, aby zasmakować w urokach gruzińskiej metropolii. Zwiedzanie warto rozpocząć od Cerkwi Matki Boskiej Metechskiej (Metechi) wzniesionej na widowiskowym klifie pionowo opadającym do rzeki Kury (Mtkwari). Spod świątyni rozpościera się doskonały widok na zabytkowe Dzweli Tbilisi (Stare Tbilisi) oraz majestatyczną twierdzę Narikala. Najlepiej podziwiać go, delektując się lampką czerwonego wina ze szczepu saperavi na tarasie pobliskiego hotelu butikowego Kopala, do którego warto zawitać, żeby zatrzymać się w nim na dłużej albo po prostu wybrać się na wykwintną ucztę w gruzińskim stylu.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

most Pokoju – kładka nad rzeką Kurą łącząca Stare Tbilisi z nowymi dzielnicami

 

Podczas pobytu w Tbilisi koniecznie trzeba odbyć spacer malowniczymi uliczkami, nad którymi wiszą bogato zdobione balkony secesyjnych kamienic. Na taką przechadzkę możemy się udać np. do Abanotubani, czyli dzielnicy łaźni. To najstarsza część miasta licząca ok. 1500 lat. Budynki term łatwo rozpoznać dzięki charakterystycznym murowanym kopułom. Niegdyś było ich 60, dziś działa jedynie 6. Uroki tbiliskich łaźni publicznych sławili znani pisarze i poeci, tacy jak Aleksander Dumas czy Aleksander Puszkin. Przez wieki spełniały nie tylko funkcje higieniczne. Stanowiły również miejsce spotkań towarzyskich wyższych sfer, ulubiony zakątek bohemy, a nawet rodzaj hotelu dla wiejskiej ludności handlującej w mieście. Po zwiedzeniu Abanotubani dobrze jest usiąść w którejś z klimatycznych kafejek wzdłuż wąskich uliczek przy placu Wachtanga Gorgasalego, a potem ulicą Leselidze przejść się na słynny plac Wolności, gdzie zaczyna swój bieg najbardziej prestiżowa arteria Tbilisi, czyli aleja Szoty Rustawelego. Mieszczą się przy niej okazałe rządowe gmachy, znane muzea i galerie oraz luksusowe sklepy i hotele. 

FOT. WIKIPEDIA.COM/WOWARMENIA

Procesja do Kościoła św. mikołaja w Tbilisi

 

„Batumi, ech, Batumi...”

Ten pełen nostalgii refren nucony przez Filipinki (a następnie w nowej aranżacji z 2012 r. przez Natalię Lesz) nawiązuje do magii miasta leżącego na styku gór i Morza Czarnego. Jest ono głównym ośrodkiem autonomicznej republiki Adżarii (Adżarskiej Republiki Autonomicznej). Mimo iż podstawą przyznania autonomii temu regionowi było islamskie wyznanie Adżarów, to panują tu dość liberalne obyczaje i każdego lata Batumi staje się niekwestionowanym centrum rozrywki całego Kaukazu. Można śmiało powiedzieć, że w klubach nocnych, barach i kasynach, ciągnących się wzdłuż malowniczej nadmorskiej promenady, bawi się towarzyska śmietanka Tbilisi, a także Erywania i Baku, oraz finansowe elity z Kazachstanu i Uzbekistanu. Miasto słynie z tańczących fontann, urokliwego,  niedawno odrestaurowanego zabytkowego centrum oraz tropikalnego ogrodu botanicznego. Jednak herbaciane pola z tekstu piosenki należą już do przeszłości. W tym rejonie znacznie częściej niż krzewy herbaty spotkamy bambusowe zagajniki i bananowce. Jeśli mamy nieco więcej czasu, wówczas warto odwiedzić pobliską doskonale zachowaną twierdzę Gonio, wzniesioną w starożytności przez Rzymian. Miłośnikom morskich kąpieli z pewnością przypadną do gustu miejscowości Sarpi i Ureki. Pierwsza z nich słynie z wyjątkowej czystości wody, a druga – z czarnych plaż usypanych z piasków magnetycznych.

W klimatycznym Batumi i okolicach nie brakuje luksusowych 5-gwiazdkowych hoteli oraz tańszych, lecz wygodnych obiektów noclegowych. Możemy np. wynająć apartament lub studio, zwłaszcza w centrum miasta. Z Tbilisi do Batumi dojedziemy samochodem w ciągu prawie 5 godz. Wartym polecenia rozwiązaniem jest nocny przejazd komfortowym pociągiem sypialnym.   

 

 

Z wizytą w Armenii

Wśród batumskich turystów nie brakuje mieszkańców pobliskiej Armenii. Dla Ormian to najbliższy nadmorski kurort. Stąd właśnie wyruszamy przez uzdrowiskowe Bordżomi do armeńskiej stolicy. Jeszcze na terenie południowej Gruzji droga wchodzi na wulkaniczny płaskowyż wyniesiony 1800 m n.p.m., a krajobraz nabiera surowości. Zbliżając się do Erywania, po lewej stronie mijamy rozłożysty wulkan Aragac (4095 m n.p.m.), który uznaje się za najwyższy szczyt Armenii, odkąd święta góra Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), leży po tureckiej stronie granicy. Dzisiejsze państwo armeńskie stanowi zaledwie namiastkę jego historycznego terytorium. Od granicy z Gruzją do przejścia z Iranem można przejechać w ciągu 7 godz., z czego połowa trasy biegnie wśród wysokich gór. Natomiast na przejazd w poprzek Armenii w jej najszerszym miejscu trzeba przeznaczyć zaledwie 2 godz. Tymczasem na przestrzeni kilku tysiącleci Ormianie zajmowali również ogromne tereny Wschodniej Anatolii należące obecnie do Turcji. W tamtych czasach Ararat leżał w środku kraju. Sylwetka świętej góry stanowi ważny punkt odniesienia w krajobrazie okolic Erywania, tak jak jej duch w kulturze ormiańskiej. Wiele restauracji, hoteli, sklepów i produktów w Armenii, na czele ze słynną brandy, nosi chlubną nazwę Ararat.

FOT. EPIU STATE INSTITIUTION UNDER THE MINISTRY OF NATURE PROTECTION OF ARMENIA 

Ośnieżony Ararat (5137 m n.p.m.) leży obecnie w Turcji, ok. 30 km od granicy z Armenią

 

Miasto od wieków, metropolia od wczoraj

Erywań jest tętniącą życiem metropolią z ponad milionem mieszkańców. Aż trudno uwierzyć, że od początków jego istnienia do pierwszej połowy XX w., czyli przez niemal 2800 lat, była to jedynie niewielka, położona na uboczu miejscowość. Dopiero gdy Ormianie stracili swoje główne, historyczne ośrodki, przeistoczyła się w miasto godne miana stolicy. Dzisiejszy Erywań zachwyca świetnie zaprojektowaną przestrzenią centrum. Przechadzkę po tej metropolii warto rozpocząć od reprezentacyjnej ulicy Abowiana zaczynającej się przy placu Republiki. Wzdłuż niej ciągną się wspaniałe rezydencje i gmachy publiczne z przełomu XIX i XX w., wytworne sklepy oraz klimatyczne kawiarnie, w których kwitnie bujne życie towarzyskie. Nieco na zachód od ścisłego centrum miasta znajduje się stara dzielnica przemysłowa, a w niej prawdziwa perełka architektury klasy światowej – fabryka słynnych ormiańskich brandy (działająca od 1887 r.), znanych w Polsce pod nazwą Ararat. Ten trunek zachwycił wielu koneserów, a wśród nich brytyjskiego premiera Winstona Churchilla, wielkiego miłośnika najlepszych cygar i alkoholi. Zwiedzanie wytwórni można połączyć z degustacją szerokiej gamy brandy, w tym 20-letniej Nairi.

Odwiedzając Erywań, nie sposób nie zajrzeć do Eczmiadzynu, słusznie nazywanego ormiańskim Watykanem. To leżące nieopodal stolicy Armenii miasto słynie ze wspaniałych świątyń i jest siedzibą Katolikosa Wszystkich Ormian – głowy Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Najważniejszy tutejszy zabytek stanowi urzekająca katedra wzniesiona w latach 301–303. Wbrew pozorom nie ma pomyłki w datach… Należy pamiętać o tym, że Armenia była pierwszym państwem na świecie, które uznało chrześcijaństwo za religię państwową. Stało się to właśnie w 301 r., czyli prawie sto lat przed dekretem cesarza Teodozjusza I Wielkiego w Imperium Rzymskim i 665 lat przed chrztem Polski. Dzięki długiej tradycji chrześcijańskiej i obronie wiary przed pogańskimi mocarstwami ten zakaukaski kraj zasłużył sobie na określanie go mianem „przedmurza chrześcijaństwa”.

 

Nad wielką wodą

Mimo iż Armenia jest krajem śródlądowym, to do jednych z jej największych atrakcji należy odpoczynek nad wodą. Sewan, Wan (Turcja) i Urmia (Iran) to ogromne, wysokogórskie jeziora, od 10 do 60 razy większe od polskich Śniardw. Nazywa się je morzami Armenii, gdyż przez dziesiątki wieków obszar pomiędzy nimi zamieszkiwali Ormianie. Sewan znajduje się w środkowo-wschodniej części kraju, niecałą godzinę jazdy samochodem z Erywania. Jeszcze na początku XX w. tafla jeziora zajmowała aż 5 proc. obszaru obecnego państwa (1360 km²), dziś jego poziom dość znacznie się obniżył – z 95 metrów głębokości do 77 (w wyniku wielkiego projektu hydrologicznego Sowietów). W lustrze wody przeglądają się sąsiednie pasma górskie. Na skalistym półwyspie (niegdyś wyspie) przy północno-zachodnim brzegu wznoszą się dwa kościoły klasztoru Sewanawank, zbudowane z tufu wulkanicznego. Oszałamiające widoki, krystaliczna, turkusowa woda i bliskość stolicy czynią z Sewanu popularne miejsce wypoczynku i rekreacji dla armeńskich elit. Powstało tu wiele luksusowych ośrodków. Największy ruch panuje – oczywiście – latem, kiedy to leżące ok. 1900 m n.p.m. jezioro daje wytchnienie od niemiłosiernego żaru lejącego się z nieba na ulice Erywania.

Armenia i Gruzja mogą pochwalić się niezmiernie bogatą kulturą i wspaniałą przyrodą. Co ważne, bardzo szybko w tych krajach poprawia się stan infrastruktury turystycznej, więc podróż w te strony nie musi już oznaczać rezygnacji z komfortu i wysokiego standardu usług. Dodatkowy atut stanowi także fakt, że oba państwa zniosły obowiązek wiz dla obcokrajowców (Gruzja dla obywateli Unii Europejskiej, Armenia dla obywateli strefy Schengen). Kaukaz wita nas zatem z otwartymi ramionami. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. 


 

Artykuły wybrane losowo

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.

Wenezuela – wakacje pełne przygód

ANNA JANOWSKA

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Na południu kraju budzi podziw najwyższy wodospad świata – Salto Ángel. Na północy zachwycają wenezuelskie Malediwy, czyli rajski archipelag Los Roques, oraz karaibska wyspa Margarita. Poza tym znajdziemy tu jeszcze jedną z większych atrakcji atlantyckiego wybrzeża – gigantyczną deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao. Wenezuela jest wymarzonym miejscem na podróż pełną przygód zakończoną relaksem na karaibskiej plaży w ciepłych promieniach słońca – odwiedzenie tego południowoamerykańskiego państwa może stać się dla każdego wyprawą życia.

Wenezuelskie wyspy przyciągają co roku setki tysięcy turystów. Jedni przyjeżdżają tu, żeby nurkować wśród przepięknych raf koralowych, inni – by godzinami wylegiwać się na piaszczystych plażach. Jednak oprócz błogiego relaksu wśród rajskich krajobrazów Wenezuela oferuje także niezapomniane emocje. Wystarczy wybrać się na odkrywczą wyprawę po kontynentalnej części tego kraju. Wędrówka pośród olbrzymich płaskich szczytów gór stołowych (tepuyes), rejs łodzią przez kręte meandry jednej z wielkich rzek Ameryki Południowej czy połów drapieżnych piranii – to tylko niektóre z czekających na nas tutaj atrakcji.

Więcej…

Lato nad węgierskim Balatonem

9126_a4.jpg

Rodzinne wakacje nad Balatonem

©MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁR

 

Sylwia Jedlak-Dubiel

 

Choć Węgry, położone między Austrią, Słowacją, Ukrainą, Rumunią, Serbią, Chorwacją i Słowenią, nie mają obecnie dostępu do morza, znakomicie radzą sobie z tą niedogodnością. Dzięki niej Madziarzy mogą w pełni docenić tutejsze jeziora, rzeki i źródła termalne, a należą one do prawdziwych skarbów tego kraju. W czasach PRL-u, gdy wyjazdy za żelazną kurtynę stanowiły przywilej niewielu osób, to m.in. węgierski Balaton robił prawdziwą furorę wśród kierunków urlopowych. Mimo iż dziś granice są już otwarte, a wycieczki na słoneczne południowe wybrzeża Europy wcale nie kosztują dużo, wciąż cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem turystów z zagranicy, w tym Polaków. 

Więcej…