ANNA GORDON

 

<< HasłoJamajka”uruchamia całą serię skojarzeń: słońce, plaża, relaks, muzyka, taniec... Na tej wyspie czeka nas jednak o wiele więcej. Charakterystyczna kultura, burzliwa i ciekawa historia, język ze specyficznym śpiewnym akcentem oraz otwarci i uśmiechnięci ludzie stanowią niemniej silny magnes przyciągający corocznie miliony turystów z całego świata. W 1988 r. na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w kanadyjskim Calgary reprezentacja tego gorącego karaibskiego kraju wzięła udział w zawodach bobslejowych. Jak więc widać, dla Jamajczyków nie ma rzeczy niemożliwych. >>

Ojczyzna muzyków reggae Boba Marleya i Shaggy’ego leży na niewielkiej wyspie na Morzu Karaibskim (prawie 11 tys. km² powierzchni). Największa liczba ludności zamieszkuje portowe Kingston, stolicę państwa od 1872 r. (wcześniej głównym ośrodkiem administracyjnym było Spanish Town). Eksportuje się stąd cukier wytwarzany z trzciny cukrowej, aromatyczną kawę arabikę oraz wyśmienity złocisty rum.

 

FOT. JAMAICA TOURIST BOARD

Jamajczycy nigdy nie tracą humoru

Spoglądając z okien samolotu lądującego na najbardziej ruchliwym w kraju międzynarodowym lotnisku w Montego Bay (Sangster International Airport), trudno nie przyznać racji Krzysztofowi Kolumbowi, który uznał Jamajkę za najpiękniejszą wyspę, jaką kiedykolwiek widział. Bogactwo form ukształtowania terenu jest tutaj niemal wprost proporcjonalne do różnorodności jamajskiej społeczności. Na przestrzeni wieków przybywali na ten niewielki skrawek lądu przedstawiciele wszystkich ras. Potwierdzenie tego faktu odkryjemy m.in. w wyśmienitej i cenionej kuchni, ale nie tylko.

 

Waa Gwaan?

Wielki wpływ na odrębność kulturową danej społeczności ma jej język. Tym oficjalnym, urzędowym na Jamajce jest angielski, ale na co dzień zdecydowana większość Jamajczyków używa dialektu Jamaican Patois (jamajski patois). Out of Many, One People („Z wielu – jeden lud”) – w motcie kraju znajdziemy też prawdę dotyczącą jamajskiej mowy.

Pierwszymi mieszkańcami wyspy byli Indianie Arawak i Taino. Im świat zawdzięcza m.in. takie słowa, jak „huragan”, „kacyk”, „barbecue” czy „papaja”. Sama nazwa Jamajka wywodzi się od wyrazu z języka z rodziny arawak Xaymaca, oznaczającego „ziemię źródeł” bądź „ziemię drewna i wody”. Po wizycie Krzysztofa Kolumba w 1494 r., w XVI w. do tutejszych brzegów dotarli hiszpańscy kolonizatorzy, a wraz z nimi portugalscy chrześcijanie i żydzi. Rdzenna ludność, nieodporna na europejskie wirusy i nieprzyzwyczajona do przymusowej pracy, masowo wymierała. Z tego powodu Hiszpanie niedługo po aneksji zaczęli sprowadzać niewolników z Afryki Zachodniej. Podobnie postępowali Brytyjczycy, którzy przejęli wyspę w 1655 r. Tym razem trafili tu żołnierze rekruci, nowi osadnicy, tania siła robocza wywodząca się z brytyjskich niższych klas społecznych, skazańcy z dużych więzień, plantatorzy i zarządcy majątków z Anglii, Irlandii, Szkocji i Walii, a także piraci.

Jamaican Patois według terminologii lingwistycznej należy do języków kreolskich. Sposób ich powstawania jest dość prosty. Najpierw w wyniku zetknięcia się grup ludzi z różnych rodzin językowych rozwija się tzw. pidgin (pidżyn), ułatwiający porozumiewanie się. Z czasem przekształca się on w samodzielny system. Źródła jamajskiego kreolskiego sięgają czasów niewolnictwa. Jego podstawę stanowi przede wszystkim bardzo uproszczony angielski i języki Afryki Zachodniej. Przez kilkaset lat na wymowę, akcent oraz słownictwo mieli wpływ przybysze z różnych zakątków świata. Niezmiernie długo Jamaican Patois funkcjonował jedynie w formie ustnej, bez opracowanych oficjalnie zasad pisowni. Obecnie stosuje się głównie zapis fonetyczny, lecz z dużą dozą dowolności. Niemal każdy wyraz można zobaczyć w kilku wersjach, np. little (mało) oddaje się w piśmie jako: likkle, likkl lub lickle. Warto zatem zaznajomić się z kilkoma zwrotami i wyrażeniami, które na pewno na wyspie usłyszymy Waa gwaan?(czyt. ła głan) „Co słychać?”, not'n much – „nic specjalnego”, me de hyah(czyt. mi de ja)„jakoś leci”, yah mon/yes mon – „tak”, „ok”, no mon„nie”.

 

Duchy przeszłości

Pierwszych kolonizatorów rozczarował w tych stronach brak złota czy innych cennych kruszców. Potraktowali więc wyspę jako zaplecze spożywcze. Brytyjczycy po przejęciu władzy przekształcili ją natomiast w ogromną plantację. Obiekty, które przetrwały do naszych czasów, są świadkami dawnego splendoru i stylu życia zamożnych posiadaczy ziemskich.

Domy plantatorów nazywano Great House nie bez przyczyny. Jak na wyspiarskie warunki były budowane ze znacznym rozmachem, przeważnie na wzgórzach, aby zapewnić ich europejskim mieszkańcom znośniejszą egzystencję w gorącym tropikalnym klimacie. Poza tym z werandy właściciele mogli obserwować całe swoje posiadłości. Budynki wznoszono z lokalnych materiałów oraz budulca przywożonego z Wysp Brytyjskich. Great House swym rozmiarem miał już z daleka informować o statusie jego gospodarza, a wystrój wnętrza świadczyć o wyrafinowanym guście, wysokiej pozycji społecznej i koneksjach towarzyskich domowników.

Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza dwie jamajskie rezydencje, łatwo dostępne dla turysty przebywającego w okolicach Montego Bay. Jedna z nich, leżąca na północnym wybrzeżu, na trasie z Montego Bay do Falmouth, to Greenwood Great House. W przeszłości dom ten należał do zamożnej rodziny Barrettów, będącej w posiadaniu ponad 84 tys. akrów ziemi i powyżej 2 tys. niewolników, pracujących na plantacjach trzciny cukrowej. Powstał on w latach 1780–1800 w stylu gregoriańskim. Udało mu się uniknąć losu wielu podobnych siedzib w 1831 r. podczas rebelii niewolników, dlatego zachował się w doskonałym stanie. Greenwood Great House stanowił centrum rozrywki ówczesnej elity. Do dziś szczyci się największą na wyspie kolekcją instrumentów muzycznych i maszyn grających, bogatym księgozbiorem z najstarszą pozycją datowaną na 1697 r., a także zestawem słynnej porcelany Wedgwood oraz oryginalnymi meblami i sprzętami sprowadzanymi z różnych zakątków Europy i świata.

FOT. JAMAICA TOURIST BOARD
Rose Hall great House nawiedzany przez ducha Annie Palmer

Z werandy domu rozpościera się przepiękny widok na turkusowe morze i osadę Greenwood, którą niegdyś pokrywały pola trzciny cukrowej. O tym, jakim sposobem posiadacze ziemscy mogli pozwolić sobie na takie życie, przypominają ogromne sidła na ludzi, rozstawiane niegdyś na plantacjach...

Drugą ze wspomnianych rezydencji jest Rose Hall Great House z 1770 r., położona na obrzeżach Montego Bay. W przeciwieństwie do Greenwood Great House ogromna większość przedmiotów znajdujących się tutaj to rekonstrukcje oryginalnych mebli bądź ocalałe z dziejowej pożogi antyki pochodzące z innych domostw. Zwiedzających przyciąga jednak przede wszystkim krwawa historia związana z tą posiadłością. Filigranowa Annie Palmer, nazywana White Witch („Białą Wiedźmą”), młoda wdowa po właścicielu Rose Hall, zapisała się w miejscowych legendach jako osoba bezwzględna i okrutna. Dzięki znajomości rytuałów voodoo, które to miała poznać w miejscu swego wychowania – na Haiti, zyskała sobie posłuszeństwo obawiających się jej niewolników. Każdy mężczyzna, który wpadł Annie w oko, kończył źle. Liczni kochankowie spośród niewolników ginęli torturowani, a trzej angielscy dżentelmeni, jej mężowie – mordowani na przeróżne sposoby w swoich sypialniach. Każdy pokój w domu stawał się sceną zbrodni... Po tragicznej śmierci z rąk niewolnika Takoo doczesne szczątki niesławnej wdowy złożono w skromnym, aczkolwiek masywnym betonowym grobie nieopodal Rose Hall. Jej duch błąka się podobno dzisiaj po tutejszych polach golfowych. Są i tacy, co twierdzą, że widzieli białą damę galopującą na koniu po okolicznych wzgórzach. Jedną z nielicznych rzeczy, które zachowały się z czasów Annie Palmer, jest lustro, znajdujące się w jej pokoju. Turyści robiący w tym pomieszczeniu zdjęcia mówią czasem, że dostrzegają na nich jakiś mlecznomglisty cień odbijający się w tafli szkła...

 

Plaże, plaże, plaże…

Ulubione miejsce Jamajczyków do spędzania świąt (zarówno państwowych, jak i religijnych) stanowią plaże. Odbywają się na nich również liczne imprezy. Po czym można poznać, że tę konkretną odwiedzają chętnie miejscowi? Po strojach plażowiczów kąpiących się w podkoszulkach, leginsach czy T-shirtach, czepkach pod prysznic chroniących włosy kobiet przed zamoczeniem, dużej liczbie osób uciekających przed słońcem do cienia, a także tłumie ludzi jedynie taplających się przy brzegu. Otóż – co ciekawe – warto pamiętać o tym, że większość Jamajczyków nie potrafi pływać…  

Jamajka, mimo swoich niewielkich rozmiarów, ma bardzo zróżnicowaną linię brzegową. Znajdziemy tu chyba wszystkie możliwe rodzaje plaż, począwszy od tych z piaskiem w różnych kolorach i o rozmaitej strukturze: białym i delikatnym (Negril, Runaway Bay, Fort Clarence niedaleko Kingston), żółtawym i szorstkim (Ocho Rios), szaroburym wulkanicznym (okolice Kingston, Lucea na północnym wybrzeżu), a skończywszy na tych pokrytych kamieniami (kurort Round Hill) i skalistych urwiskach (Negril – klify West End).

Jeśli zatrzymamy się w Montego Bay, warto wynająć auto, aby robić wycieczki po okolicy. Można skorzystać np. z wypożyczalni w hali przylotów Międzynarodowego Portu Lotniczego Sangster. Pobiera się w niej jednorazową kaucję w dolarach z karty kredytowej. Na Jamajce obowiązuje ruch lewostronny i przeważają samochody z automatyczną skrzynią biegów. Nawierzchnie na trasie z Montego Bay do Ocho Rios i do Negril są w bardzo dobrym stanie. Trzeba jedynie uważać na jeżdżących brawurowo jamajskich kierowców oraz patrole drogówki. Podróżowanie autem daje nam tę wygodę, że to my decydujemy, dokąd jedziemy i jak długo gdzieś zostaniemy.

W drodze do Ocho Rios polecam zatrzymać się na którejś z mijanych plaż w Discovery Bay, Runaway Bay czy Priory. Z kolei między tym słynnym kurortem a miejscowością Oracabessa leży Reggae Beach. Na niej piosenkarz reggae Tarrus Riley nakręcił teledysk do piosenki She’s Royal. Gdy usiądziemy wśród palm i hamaków przy lokalnym barze z butelką jamajskiego piwa Red Stripe w dłoni, poczujemy się prawie jak na jego planie.

Na trasie z Montego Bay w przeciwnym kierunku, czyli na zachód, w stronę Negril, warto wstąpić na ciekawą plażę Half Moon Beach, położoną tuż za wioską Green Island. Od Negril dzieli ją jakieś 10 min. jazdy. Skręt na nią oznaczono znakiem półksiężyca, którego nie sposób nie zauważyć. W ciągu kilku minut ocienioną dróżką dociera się do trawiastego parkingu. Sama plaża jest niewielka, ale bardzo urokliwa, bo odosobniona. Nie brak jednak na niej baru serwującego napoje, koktajle i smaczne dania oraz pola biwakowego i chatek do wynajęcia w pobliżu.

Jeśli naszą bazę wypadową stanowi Kingston, na zwiedzanie stolicy i okolic powinniśmy wybierać się z kimś, kto zna te rejony. Mimo wszystko dobrze zboczyć z utartych szlaków, aby odkryć którąś z dwóch plaż najczęściej wybieranych przez kingstończyków – Hellshire lub Fort Clarence. Na pierwszą dość łatwo trafić. To, że dotarliśmy do celu, poznamy po licznych budach i smażalniobarach, skleconych byle jak i z czego się da, często ogrodzonych krzywo przyciętymi i nadgryzionymi rdzą płotami z blachy falistej. Króluje tu także wszechobecny zapach świeżych ryb zmieszany z wonią dymu z palenisk, gorącego oleju i smażenia. Hellshire Beach zajmuje średniej wielkości powierzchnię i jak na plażę publiczną jest w miarę czysta. Trudno oprzeć się na niej zakupowi smażonej ryby, która smakuje tutaj jak nigdzie indziej. Za lokalną specjalność uchodzi ta skropiona zalewą octową z ostrą papryczką scotch bonnet, cebulką i ziarenkami pimento (ziela angielskiego), czyli escovitch fish – jedna z narodowych potraw Jamajki.

Fort Clarence Beach znajduje się na tej samej trasie co Hellshire, lecz nieco bliżej Kingston. Ma status prywatnej plaży, więc wodorosty usuwa się z niej na bieżąco, kąpiących się pilnuje ratownik, a natrętni obnośni sprzedawcy nie są na nią wpuszczani. Opłata za wstęp wynosi 250 dolarów jamajskich za osobę dorosłą i 100 dolarów jamajskich za dziecko (od 4 do 12 roku życia). Miejsca na pewno nam na niej nie zabraknie, bo Fort Clarence szczyci się naprawdę szerokim pasem białego piasku. Podobno tak niegdyś wyglądało Negril, słynące ze swojej wielkiej plaży, dopóki tuż nad brzegiem nie wyrosły hotele. Nie zaskoczy nas tutaj również zbytni tłok, za to towarzyszył nam będzie szum morza, delikatna bryza, mglisto zarysowane wzgórza na horyzoncie, trzepot skrzydeł przelatujących nad głową pelikanów i plusk wody, kiedy któryś z nich z impetem zanurkuje, aby złowić wypatrzoną z wysokości rybę.

 

Na południu

Południowe wybrzeże wyspy jest słabiej rozwinięte pod względem infrastruktury i bazy noclegowej. Drogi są na nim bardziej wyboiste, hotele mniej liczne i nie uświadczymy tu sklepów z typowymi pamiątkami. Rejon ten wydaje się jednak bardziej autentyczny, a jego mieszkańcy uprzejmiejsi i serdeczniejsi. Ci, którzy zdecydują się opuścić turystyczne resorty typu all inclusive, mają szansę lepiej poznać jamajski ląd.

Każdy hotel na Jamajce organizuje wycieczki fakultatywne. Można zatem wykupić jedną z nich, aby wraz z niewielką grupą i przewodnikiem zobaczyć główne atrakcje wyspy. Warto także wynająć niewielki samochód wraz z kierowcą, który wskaże nam również ciekawe miejsca. Przy okazji podszkolimy wtedy nasze umiejętności w posługiwaniu się językiem wyspiarzy.

Na zwiedzenie południowego wybrzeża zaskakująco atrakcyjną bazą wypadową okazuje się być Montego Bay. Przejazd z północy na południe wyspy zajmuje od 1,5 do 2 godz. i stanowi przygodę samą w sobie. Jazda krętymi, wąskimi i czasami dosyć dziurawymi drogami na pewno wywoła u nas szybsze bicie serca. Na najpopularniejszą ofertę wycieczkową w tym rejonie Jamajki składają się niezmiennie trzy najważniejsze punkty: niezmiernie malownicze Wodospady YS (YS Falls), gdzie oprócz kąpieli w rześkiej wodzie czeka nas zjazd na linie rozpostartej nad siedmioma kaskadami (canopy), zwiedzanie fabryki rumu Appleton Estate z 1749 r. wraz z degustacją szerokiej gamy produktów oraz safari na rzece Czarnej (Black River). To scenariusz, do którego wyboru gorąco namawiam. Ja jednak chciałabym przybliżyć teraz zdecydowanie mniej znane miejsce, ale z roku na rok cieszące się coraz większym zainteresowaniem, a mianowicie Pelican Bar.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

znana destylarnia rumu Appleton Estate

Pierwszym przystankiem na trasie prowadzącej do niego bywa nieco zapomniane miasteczko Black River, którego lata prosperity przypadły na XVIII i XIX w. Obecnie dostrzeżemy w nim ślady dawnej świetności. Koniecznie trzeba tu spędzić choć chwilę na lokalnym targu i kupić owoce. Wynajęty jamajski kierowca przewodnik pomoże nam znaleźć rybaka, który za opłatą (można się śmiało targować) przewiezie nas łódką do celu wyprawy. Do Pelican Baru dotrzemy jedynie drogą wodną, bowiem stoi on na morskiej mieliźnie. Przed udaniem się do niego polecam wziąć udział w rzecznym safari po Black River. Nazwa rzeki pochodzi od koloru, jaki nadaje jej torfowe dno. Na tutejszych przybrzeżnych mangrowcach gromadzi się ptactwo z rodziny czaplowatych, nieopodal krokodyle czyhają na swoje ofiary lub wygrzewają się leniwie na słońcu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Black River należy do najdłuższych rzek na Jamajce (ok. 53 km)

Wypływając na otwarte morze, rybak dodaje gazu i łódka ślizga się po niedużych falach. Po kilku minutach jesteśmy już zroszeni słoną bryzą. Za nami budynki maleją do rozmiarów punktu, miasteczko Black River staje się paskiem na horyzoncie. Warkot silnika utrudnia rozmowy, więc lepiej podziwiać zmieniający się krajobraz – pojawia się nowa linia brzegowa z domami mieszkalnymi, wokół fruwają pelikany nurkujące po wypatrzoną zdobycz. Szczęśliwcom uda się dostrzec również delfiny. Po mniej więcej 20 min. naszym oczom ukazuje się licha drewniana konstrukcja. Pelican Bar to skromna chatka na palach. Prowadzi do niej prowizoryczne molo, na którym można usiąść lub rozłożyć ręcznik, aby opalać się, sączyć napój i napawać się piękną pogodą i widokami, czyli smakować wolno płynący karaibski czas. Serwuje się tutaj różnego rodzaju trunki, w tym nieodzowne jamajskie piwo Red Stripe, a nawet smażone ryby. Znudzeni leniuchowaniem wskakują do płytkiej wody popływać i poobserwować małe płaszczki i inne morskie stworzenia.

Jamajka od dawna fascynuje swoją różnorodnością, ukształtowaniem terenu i ciekawą fauną, bogactwem barw, smaków i zapachów. Ten kraj tworzą jednak przede wszystkim niepowtarzalni ludzie, kreatywni i dumni, którzy mimo przeciwności losu nie tracą pogody ducha. W ich żyłach płynie krew wielu narodów świata. To także dla nich na Jamajkę chce się wracać wielokrotnie. Jak mówi hasło Jamajskiej Izby Turystycznej (Jamaica Tourist Board) – Once you go,you know („Raz pojedziesz, a zrozumiesz”).


 

Artykuły wybrane losowo

Wyspy Zielonego Przylądka – na styku Europy i Afryki

szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

 

Sycylia, Sardynia i Elba – trzy oblicza Włoch

MAGDALENA CIACH-BAKLARZ

www.italiapozaszlakiem.com

 

<< Sycylia, Sardynia i Elba są trzema największymi włoskimi wyspami. Okalają Morze Tyrreńskie oblewające Półwysep Apeniński od południowego zachodu. Każda z nich ma zupełnie inny charakter. Aby je naprawdę poznać, nie wystarczy wpaść z krótką wakacyjną wizytą, trzeba zostać na dłużej lub wracać w ich gościnne progi wielokrotnie. >>

Więcej…