ANNA GORDON

 

<< HasłoJamajka”uruchamia całą serię skojarzeń: słońce, plaża, relaks, muzyka, taniec... Na tej wyspie czeka nas jednak o wiele więcej. Charakterystyczna kultura, burzliwa i ciekawa historia, język ze specyficznym śpiewnym akcentem oraz otwarci i uśmiechnięci ludzie stanowią niemniej silny magnes przyciągający corocznie miliony turystów z całego świata. W 1988 r. na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w kanadyjskim Calgary reprezentacja tego gorącego karaibskiego kraju wzięła udział w zawodach bobslejowych. Jak więc widać, dla Jamajczyków nie ma rzeczy niemożliwych. >>

Ojczyzna muzyków reggae Boba Marleya i Shaggy’ego leży na niewielkiej wyspie na Morzu Karaibskim (prawie 11 tys. km² powierzchni). Największa liczba ludności zamieszkuje portowe Kingston, stolicę państwa od 1872 r. (wcześniej głównym ośrodkiem administracyjnym było Spanish Town). Eksportuje się stąd cukier wytwarzany z trzciny cukrowej, aromatyczną kawę arabikę oraz wyśmienity złocisty rum.

 

FOT. JAMAICA TOURIST BOARD

Jamajczycy nigdy nie tracą humoru

Spoglądając z okien samolotu lądującego na najbardziej ruchliwym w kraju międzynarodowym lotnisku w Montego Bay (Sangster International Airport), trudno nie przyznać racji Krzysztofowi Kolumbowi, który uznał Jamajkę za najpiękniejszą wyspę, jaką kiedykolwiek widział. Bogactwo form ukształtowania terenu jest tutaj niemal wprost proporcjonalne do różnorodności jamajskiej społeczności. Na przestrzeni wieków przybywali na ten niewielki skrawek lądu przedstawiciele wszystkich ras. Potwierdzenie tego faktu odkryjemy m.in. w wyśmienitej i cenionej kuchni, ale nie tylko.

 

Waa Gwaan?

Wielki wpływ na odrębność kulturową danej społeczności ma jej język. Tym oficjalnym, urzędowym na Jamajce jest angielski, ale na co dzień zdecydowana większość Jamajczyków używa dialektu Jamaican Patois (jamajski patois). Out of Many, One People („Z wielu – jeden lud”) – w motcie kraju znajdziemy też prawdę dotyczącą jamajskiej mowy.

Pierwszymi mieszkańcami wyspy byli Indianie Arawak i Taino. Im świat zawdzięcza m.in. takie słowa, jak „huragan”, „kacyk”, „barbecue” czy „papaja”. Sama nazwa Jamajka wywodzi się od wyrazu z języka z rodziny arawak Xaymaca, oznaczającego „ziemię źródeł” bądź „ziemię drewna i wody”. Po wizycie Krzysztofa Kolumba w 1494 r., w XVI w. do tutejszych brzegów dotarli hiszpańscy kolonizatorzy, a wraz z nimi portugalscy chrześcijanie i żydzi. Rdzenna ludność, nieodporna na europejskie wirusy i nieprzyzwyczajona do przymusowej pracy, masowo wymierała. Z tego powodu Hiszpanie niedługo po aneksji zaczęli sprowadzać niewolników z Afryki Zachodniej. Podobnie postępowali Brytyjczycy, którzy przejęli wyspę w 1655 r. Tym razem trafili tu żołnierze rekruci, nowi osadnicy, tania siła robocza wywodząca się z brytyjskich niższych klas społecznych, skazańcy z dużych więzień, plantatorzy i zarządcy majątków z Anglii, Irlandii, Szkocji i Walii, a także piraci.

Jamaican Patois według terminologii lingwistycznej należy do języków kreolskich. Sposób ich powstawania jest dość prosty. Najpierw w wyniku zetknięcia się grup ludzi z różnych rodzin językowych rozwija się tzw. pidgin (pidżyn), ułatwiający porozumiewanie się. Z czasem przekształca się on w samodzielny system. Źródła jamajskiego kreolskiego sięgają czasów niewolnictwa. Jego podstawę stanowi przede wszystkim bardzo uproszczony angielski i języki Afryki Zachodniej. Przez kilkaset lat na wymowę, akcent oraz słownictwo mieli wpływ przybysze z różnych zakątków świata. Niezmiernie długo Jamaican Patois funkcjonował jedynie w formie ustnej, bez opracowanych oficjalnie zasad pisowni. Obecnie stosuje się głównie zapis fonetyczny, lecz z dużą dozą dowolności. Niemal każdy wyraz można zobaczyć w kilku wersjach, np. little (mało) oddaje się w piśmie jako: likkle, likkl lub lickle. Warto zatem zaznajomić się z kilkoma zwrotami i wyrażeniami, które na pewno na wyspie usłyszymy Waa gwaan?(czyt. ła głan) „Co słychać?”, not'n much – „nic specjalnego”, me de hyah(czyt. mi de ja)„jakoś leci”, yah mon/yes mon – „tak”, „ok”, no mon„nie”.

 

Duchy przeszłości

Pierwszych kolonizatorów rozczarował w tych stronach brak złota czy innych cennych kruszców. Potraktowali więc wyspę jako zaplecze spożywcze. Brytyjczycy po przejęciu władzy przekształcili ją natomiast w ogromną plantację. Obiekty, które przetrwały do naszych czasów, są świadkami dawnego splendoru i stylu życia zamożnych posiadaczy ziemskich.

Domy plantatorów nazywano Great House nie bez przyczyny. Jak na wyspiarskie warunki były budowane ze znacznym rozmachem, przeważnie na wzgórzach, aby zapewnić ich europejskim mieszkańcom znośniejszą egzystencję w gorącym tropikalnym klimacie. Poza tym z werandy właściciele mogli obserwować całe swoje posiadłości. Budynki wznoszono z lokalnych materiałów oraz budulca przywożonego z Wysp Brytyjskich. Great House swym rozmiarem miał już z daleka informować o statusie jego gospodarza, a wystrój wnętrza świadczyć o wyrafinowanym guście, wysokiej pozycji społecznej i koneksjach towarzyskich domowników.

Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza dwie jamajskie rezydencje, łatwo dostępne dla turysty przebywającego w okolicach Montego Bay. Jedna z nich, leżąca na północnym wybrzeżu, na trasie z Montego Bay do Falmouth, to Greenwood Great House. W przeszłości dom ten należał do zamożnej rodziny Barrettów, będącej w posiadaniu ponad 84 tys. akrów ziemi i powyżej 2 tys. niewolników, pracujących na plantacjach trzciny cukrowej. Powstał on w latach 1780–1800 w stylu gregoriańskim. Udało mu się uniknąć losu wielu podobnych siedzib w 1831 r. podczas rebelii niewolników, dlatego zachował się w doskonałym stanie. Greenwood Great House stanowił centrum rozrywki ówczesnej elity. Do dziś szczyci się największą na wyspie kolekcją instrumentów muzycznych i maszyn grających, bogatym księgozbiorem z najstarszą pozycją datowaną na 1697 r., a także zestawem słynnej porcelany Wedgwood oraz oryginalnymi meblami i sprzętami sprowadzanymi z różnych zakątków Europy i świata.

FOT. JAMAICA TOURIST BOARD
Rose Hall great House nawiedzany przez ducha Annie Palmer

Z werandy domu rozpościera się przepiękny widok na turkusowe morze i osadę Greenwood, którą niegdyś pokrywały pola trzciny cukrowej. O tym, jakim sposobem posiadacze ziemscy mogli pozwolić sobie na takie życie, przypominają ogromne sidła na ludzi, rozstawiane niegdyś na plantacjach...

Drugą ze wspomnianych rezydencji jest Rose Hall Great House z 1770 r., położona na obrzeżach Montego Bay. W przeciwieństwie do Greenwood Great House ogromna większość przedmiotów znajdujących się tutaj to rekonstrukcje oryginalnych mebli bądź ocalałe z dziejowej pożogi antyki pochodzące z innych domostw. Zwiedzających przyciąga jednak przede wszystkim krwawa historia związana z tą posiadłością. Filigranowa Annie Palmer, nazywana White Witch („Białą Wiedźmą”), młoda wdowa po właścicielu Rose Hall, zapisała się w miejscowych legendach jako osoba bezwzględna i okrutna. Dzięki znajomości rytuałów voodoo, które to miała poznać w miejscu swego wychowania – na Haiti, zyskała sobie posłuszeństwo obawiających się jej niewolników. Każdy mężczyzna, który wpadł Annie w oko, kończył źle. Liczni kochankowie spośród niewolników ginęli torturowani, a trzej angielscy dżentelmeni, jej mężowie – mordowani na przeróżne sposoby w swoich sypialniach. Każdy pokój w domu stawał się sceną zbrodni... Po tragicznej śmierci z rąk niewolnika Takoo doczesne szczątki niesławnej wdowy złożono w skromnym, aczkolwiek masywnym betonowym grobie nieopodal Rose Hall. Jej duch błąka się podobno dzisiaj po tutejszych polach golfowych. Są i tacy, co twierdzą, że widzieli białą damę galopującą na koniu po okolicznych wzgórzach. Jedną z nielicznych rzeczy, które zachowały się z czasów Annie Palmer, jest lustro, znajdujące się w jej pokoju. Turyści robiący w tym pomieszczeniu zdjęcia mówią czasem, że dostrzegają na nich jakiś mlecznomglisty cień odbijający się w tafli szkła...

 

Plaże, plaże, plaże…

Ulubione miejsce Jamajczyków do spędzania świąt (zarówno państwowych, jak i religijnych) stanowią plaże. Odbywają się na nich również liczne imprezy. Po czym można poznać, że tę konkretną odwiedzają chętnie miejscowi? Po strojach plażowiczów kąpiących się w podkoszulkach, leginsach czy T-shirtach, czepkach pod prysznic chroniących włosy kobiet przed zamoczeniem, dużej liczbie osób uciekających przed słońcem do cienia, a także tłumie ludzi jedynie taplających się przy brzegu. Otóż – co ciekawe – warto pamiętać o tym, że większość Jamajczyków nie potrafi pływać…  

Jamajka, mimo swoich niewielkich rozmiarów, ma bardzo zróżnicowaną linię brzegową. Znajdziemy tu chyba wszystkie możliwe rodzaje plaż, począwszy od tych z piaskiem w różnych kolorach i o rozmaitej strukturze: białym i delikatnym (Negril, Runaway Bay, Fort Clarence niedaleko Kingston), żółtawym i szorstkim (Ocho Rios), szaroburym wulkanicznym (okolice Kingston, Lucea na północnym wybrzeżu), a skończywszy na tych pokrytych kamieniami (kurort Round Hill) i skalistych urwiskach (Negril – klify West End).

Jeśli zatrzymamy się w Montego Bay, warto wynająć auto, aby robić wycieczki po okolicy. Można skorzystać np. z wypożyczalni w hali przylotów Międzynarodowego Portu Lotniczego Sangster. Pobiera się w niej jednorazową kaucję w dolarach z karty kredytowej. Na Jamajce obowiązuje ruch lewostronny i przeważają samochody z automatyczną skrzynią biegów. Nawierzchnie na trasie z Montego Bay do Ocho Rios i do Negril są w bardzo dobrym stanie. Trzeba jedynie uważać na jeżdżących brawurowo jamajskich kierowców oraz patrole drogówki. Podróżowanie autem daje nam tę wygodę, że to my decydujemy, dokąd jedziemy i jak długo gdzieś zostaniemy.

W drodze do Ocho Rios polecam zatrzymać się na którejś z mijanych plaż w Discovery Bay, Runaway Bay czy Priory. Z kolei między tym słynnym kurortem a miejscowością Oracabessa leży Reggae Beach. Na niej piosenkarz reggae Tarrus Riley nakręcił teledysk do piosenki She’s Royal. Gdy usiądziemy wśród palm i hamaków przy lokalnym barze z butelką jamajskiego piwa Red Stripe w dłoni, poczujemy się prawie jak na jego planie.

Na trasie z Montego Bay w przeciwnym kierunku, czyli na zachód, w stronę Negril, warto wstąpić na ciekawą plażę Half Moon Beach, położoną tuż za wioską Green Island. Od Negril dzieli ją jakieś 10 min. jazdy. Skręt na nią oznaczono znakiem półksiężyca, którego nie sposób nie zauważyć. W ciągu kilku minut ocienioną dróżką dociera się do trawiastego parkingu. Sama plaża jest niewielka, ale bardzo urokliwa, bo odosobniona. Nie brak jednak na niej baru serwującego napoje, koktajle i smaczne dania oraz pola biwakowego i chatek do wynajęcia w pobliżu.

Jeśli naszą bazę wypadową stanowi Kingston, na zwiedzanie stolicy i okolic powinniśmy wybierać się z kimś, kto zna te rejony. Mimo wszystko dobrze zboczyć z utartych szlaków, aby odkryć którąś z dwóch plaż najczęściej wybieranych przez kingstończyków – Hellshire lub Fort Clarence. Na pierwszą dość łatwo trafić. To, że dotarliśmy do celu, poznamy po licznych budach i smażalniobarach, skleconych byle jak i z czego się da, często ogrodzonych krzywo przyciętymi i nadgryzionymi rdzą płotami z blachy falistej. Króluje tu także wszechobecny zapach świeżych ryb zmieszany z wonią dymu z palenisk, gorącego oleju i smażenia. Hellshire Beach zajmuje średniej wielkości powierzchnię i jak na plażę publiczną jest w miarę czysta. Trudno oprzeć się na niej zakupowi smażonej ryby, która smakuje tutaj jak nigdzie indziej. Za lokalną specjalność uchodzi ta skropiona zalewą octową z ostrą papryczką scotch bonnet, cebulką i ziarenkami pimento (ziela angielskiego), czyli escovitch fish – jedna z narodowych potraw Jamajki.

Fort Clarence Beach znajduje się na tej samej trasie co Hellshire, lecz nieco bliżej Kingston. Ma status prywatnej plaży, więc wodorosty usuwa się z niej na bieżąco, kąpiących się pilnuje ratownik, a natrętni obnośni sprzedawcy nie są na nią wpuszczani. Opłata za wstęp wynosi 250 dolarów jamajskich za osobę dorosłą i 100 dolarów jamajskich za dziecko (od 4 do 12 roku życia). Miejsca na pewno nam na niej nie zabraknie, bo Fort Clarence szczyci się naprawdę szerokim pasem białego piasku. Podobno tak niegdyś wyglądało Negril, słynące ze swojej wielkiej plaży, dopóki tuż nad brzegiem nie wyrosły hotele. Nie zaskoczy nas tutaj również zbytni tłok, za to towarzyszył nam będzie szum morza, delikatna bryza, mglisto zarysowane wzgórza na horyzoncie, trzepot skrzydeł przelatujących nad głową pelikanów i plusk wody, kiedy któryś z nich z impetem zanurkuje, aby złowić wypatrzoną z wysokości rybę.

 

Na południu

Południowe wybrzeże wyspy jest słabiej rozwinięte pod względem infrastruktury i bazy noclegowej. Drogi są na nim bardziej wyboiste, hotele mniej liczne i nie uświadczymy tu sklepów z typowymi pamiątkami. Rejon ten wydaje się jednak bardziej autentyczny, a jego mieszkańcy uprzejmiejsi i serdeczniejsi. Ci, którzy zdecydują się opuścić turystyczne resorty typu all inclusive, mają szansę lepiej poznać jamajski ląd.

Każdy hotel na Jamajce organizuje wycieczki fakultatywne. Można zatem wykupić jedną z nich, aby wraz z niewielką grupą i przewodnikiem zobaczyć główne atrakcje wyspy. Warto także wynająć niewielki samochód wraz z kierowcą, który wskaże nam również ciekawe miejsca. Przy okazji podszkolimy wtedy nasze umiejętności w posługiwaniu się językiem wyspiarzy.

Na zwiedzenie południowego wybrzeża zaskakująco atrakcyjną bazą wypadową okazuje się być Montego Bay. Przejazd z północy na południe wyspy zajmuje od 1,5 do 2 godz. i stanowi przygodę samą w sobie. Jazda krętymi, wąskimi i czasami dosyć dziurawymi drogami na pewno wywoła u nas szybsze bicie serca. Na najpopularniejszą ofertę wycieczkową w tym rejonie Jamajki składają się niezmiennie trzy najważniejsze punkty: niezmiernie malownicze Wodospady YS (YS Falls), gdzie oprócz kąpieli w rześkiej wodzie czeka nas zjazd na linie rozpostartej nad siedmioma kaskadami (canopy), zwiedzanie fabryki rumu Appleton Estate z 1749 r. wraz z degustacją szerokiej gamy produktów oraz safari na rzece Czarnej (Black River). To scenariusz, do którego wyboru gorąco namawiam. Ja jednak chciałabym przybliżyć teraz zdecydowanie mniej znane miejsce, ale z roku na rok cieszące się coraz większym zainteresowaniem, a mianowicie Pelican Bar.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

znana destylarnia rumu Appleton Estate

Pierwszym przystankiem na trasie prowadzącej do niego bywa nieco zapomniane miasteczko Black River, którego lata prosperity przypadły na XVIII i XIX w. Obecnie dostrzeżemy w nim ślady dawnej świetności. Koniecznie trzeba tu spędzić choć chwilę na lokalnym targu i kupić owoce. Wynajęty jamajski kierowca przewodnik pomoże nam znaleźć rybaka, który za opłatą (można się śmiało targować) przewiezie nas łódką do celu wyprawy. Do Pelican Baru dotrzemy jedynie drogą wodną, bowiem stoi on na morskiej mieliźnie. Przed udaniem się do niego polecam wziąć udział w rzecznym safari po Black River. Nazwa rzeki pochodzi od koloru, jaki nadaje jej torfowe dno. Na tutejszych przybrzeżnych mangrowcach gromadzi się ptactwo z rodziny czaplowatych, nieopodal krokodyle czyhają na swoje ofiary lub wygrzewają się leniwie na słońcu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Black River należy do najdłuższych rzek na Jamajce (ok. 53 km)

Wypływając na otwarte morze, rybak dodaje gazu i łódka ślizga się po niedużych falach. Po kilku minutach jesteśmy już zroszeni słoną bryzą. Za nami budynki maleją do rozmiarów punktu, miasteczko Black River staje się paskiem na horyzoncie. Warkot silnika utrudnia rozmowy, więc lepiej podziwiać zmieniający się krajobraz – pojawia się nowa linia brzegowa z domami mieszkalnymi, wokół fruwają pelikany nurkujące po wypatrzoną zdobycz. Szczęśliwcom uda się dostrzec również delfiny. Po mniej więcej 20 min. naszym oczom ukazuje się licha drewniana konstrukcja. Pelican Bar to skromna chatka na palach. Prowadzi do niej prowizoryczne molo, na którym można usiąść lub rozłożyć ręcznik, aby opalać się, sączyć napój i napawać się piękną pogodą i widokami, czyli smakować wolno płynący karaibski czas. Serwuje się tutaj różnego rodzaju trunki, w tym nieodzowne jamajskie piwo Red Stripe, a nawet smażone ryby. Znudzeni leniuchowaniem wskakują do płytkiej wody popływać i poobserwować małe płaszczki i inne morskie stworzenia.

Jamajka od dawna fascynuje swoją różnorodnością, ukształtowaniem terenu i ciekawą fauną, bogactwem barw, smaków i zapachów. Ten kraj tworzą jednak przede wszystkim niepowtarzalni ludzie, kreatywni i dumni, którzy mimo przeciwności losu nie tracą pogody ducha. W ich żyłach płynie krew wielu narodów świata. To także dla nich na Jamajkę chce się wracać wielokrotnie. Jak mówi hasło Jamajskiej Izby Turystycznej (Jamaica Tourist Board) – Once you go,you know („Raz pojedziesz, a zrozumiesz”).


 

Artykuły wybrane losowo

Sen o Kambodży

MAGDALENA BARTCZAK

<< Kambodża, pełna magicznych krajobrazów i ciężko doświadczona przez historię, fascynuje bogactwem swojej kultury. Mimo iż ten niewielki kraj położony w Azji Południowo-Wschodniej od lat stanowi jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc regionu, to nadal kryje w sobie tajemnice i złożoności, które trudno przeniknąć i zrozumieć. >>

Więcej…

Madagaskar rozkochuje w sobie

JUSTYNA RYBAK

<< Gdy wyobrażamy sobie Madagaskar, częściej widzimy scenerię przygód nowojorskiego lwa Aleksa z popularnego filmu animowanego wytwórni DreamWorks niż czwartą co do wielkości wyspę na naszej planecie leżącą na Oceanie Indyjskim. Większość z nas raczej nie słyszała o tutejszych kopalniach szafirów, nielegalnym wyrębie lasów czy też zamachu stanu z 2009 r. Z drugiej strony Madagasikara, jak o swoim kraju mówią Malgasze, to kraina nie z tego świata, jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi, w którym zakochałam się natychmiast, podobnie zresztą jak kilkaset lat temu Maurycy Beniowski, a później Arkady Fiedler. Tu wciąż jeszcze lemury beztrosko igrają w koronach drzew, drogi są nieprzejezdne po deszczach, a wiara w tabu miesza się z nowoczesnym stylem życia. >>     

Więcej…

Japonia dla początkujących

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

U wschodnich wybrzeży Azji, na Wyspach Japońskich i kilku mniejszych archipelagach leży kraj dość osobliwy z punktu widzenia Europejczyków. Z jednej strony jest zupełnie wyjątkowy pod względem kultury, z drugiej chętnie czerpie ze zwyczajów popularnych w Stanach Zjednoczonych, położonych po drugiej stronie Oceanu Spokojnego. W Japonii niesamowicie wyraźnie daje się odczuć, że nasz świat to miejsce różnorodne, mozaika rozmaitych rzeczywistości współistniejących ze sobą i wchodzących w zaskakujące relacje.

 

Przed wyjazdem w te strony warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Taka wiedza z pewnością ułatwi pierwszy kontakt z tym krajem. Cztery główne wyspy archipelagu – Hokkaido, Honsiu, Kiusiu i Sikoku – układają się w kształt ćwierćokręgu rozciągniętego południkowo, co sprawia, że klimat jest tu zróżnicowany. Ze względu na położenie na styku płyt tektonicznych w Japonii występują częste trzęsienia ziemi, jednak na ogół nie są zbyt silne i bywają nawet nieodczuwalne. Oprócz tego obserwuje się też dużą aktywność wulkaniczną. To azjatyckie państwo ma prawie 378 tys. km2 powierzchni, czyli nieco więcej niż np. Niemcy, ale jego obszar zamieszkuje aż ponad 127 mln ludzi (dla porównania w Polsce żyje ich niemal 38,5 mln). Tę wyjątkową gęstość zaludnienia (ok. 336 osób/km²) najbardziej odczuwa się w większych miastach. Poza tym dobrze pamiętać, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny.

 

Na podróż do Japonii zdecydowaliśmy się, ponieważ nigdy nie byliśmy jeszcze w tej części Azji i tak odległa wyprawa wydała nam się niezmiernie ekscytująca. Na wybór tego właśnie miejsca wpłynął również fakt, że nasz kolega właśnie kończył swój doktorat na tutejszej uczelni i jako osobom nieznającym japońskiego mógł służyć nam pomocą. Na dodatek od 2015 r. Polskie Linie Lotnicze LOT obsługują bezpośrednie połączenie między warszawskim Lotniskiem Chopina a Międzynarodowym Portem Lotniczym Narita koło Tokio. Za bilety trzeba co prawda zazwyczaj zapłacić więcej niż w przypadku lotu z przesiadką w Katarze (liniami Qatar Airways) lub Dubaju (Emirates), jednak ze względu na komfort podróży (nie musimy czekać na następny samolot ani martwić się, czy nasz bagaż dotrze do celu) i jej czas (ok. 11 godzin zamiast nawet ponad 20) warto ponieść ten koszt.

 

Plantacje herbaty położone w pobliżu nadal czynnego wulkanu Fudżi

Tea Plantation and Mt

© JNTO

 

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

 

Na początek chciałabym wspomnieć, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Problemem dla nas była głównie bariera językowa. Jak się później okazało, martwiliśmy się niepotrzebnie. Na lotnisku i większych stacjach kolejowych z obsługą komunikowaliśmy się po angielsku. Zakup biletów nie stanowił więc wielkiego wyzwania. W Tokio korzystaliśmy za to z wszechobecnych automatów biletowych opatrzonych także napisami w języku angielskim. Trochę inaczej sytuacja wyglądała w sklepach. Ekspedienci w Japonii podczas odbierania towaru przy kasie, oprócz używania standardowych zwrotów grzecznościowych, informują klienta o wszystkich wykonywanych czynnościach: o sczytywaniu kolejnych produktów, wartości przyjętej gotówki, nominałach przy wydawanej reszcie. Oczywiście, wszystkie kwestie wypowiadają po japońsku. Tak naprawdę przez cały proces można przejść bezboleśnie bez użycia żadnego słowa, na koniec wystarczy się lekko pokłonić i uśmiechnąć. Czasem jednak dochodzi do interakcji. Przy kupowaniu alkoholu w samoobsługowym sklepie niekiedy trzeba potwierdzić, że ma się przynajmniej 20 lat, np. wciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Do gotowych dań do odgrzania w domu pracownik przy kasie proponuje pałeczki. Z naszych doświadczeń wynika, że ostatecznie zawsze udaje się porozumieć. Japończycy wykazują po prostu dużą determinację, żeby sprawę zakończyć pomyślnie. W większych restauracjach i lokalach często goszczących turystów złożymy natomiast zamówienie po angielsku. W mniejszych barach z kolei zwykle przy wejściu umieszczone są automaty do zamawiania jedzenia i wystawy prezentujące przykładowe dania wykonane z… tworzywa sztucznego. Oczywiście, jeśli chcemy porozmawiać z Japończykami, musimy znaleźć wspólny język.

 

Pewnym kłopotem dla Europejczyków bywa orientowanie się w układzie urbanistycznym. Japoński system adresowy jest z naszego punktu widzenia dość trudny do opanowania. Wystarczy wspomnieć, że większość ulic w Japonii nie ma nazw. Tutaj największą pomocą była dla nas po prostu nawigacja w telefonie, która ustalała nasze położenie i pokazywała nam drogę do punktu docelowego. Dlatego polecamy na czas podróży zaopatrzyć się w pakiet internetowy. Odpowiadającą nam kartę do telefonu można kupić na miejscu. Ceny w ofertach roamingowych europejskich operatorów bywają zazwyczaj wysokie. Do atrakcji turystycznych prowadzą zwykle dość czytelne oznaczenia. Z pewną satysfakcją mogę też przyznać, że ani razu się nie zgubiliśmy i zawsze udawało nam się dotrzeć do celu, nawet mimo drobnych trudności.

 

METROPOLIA PO JAPOŃSKU

 

Lubię zwiedzać duże miasta. Jest w nich coś wyjątkowo przyciągającego, ponieważ swoim układem, architekturą, rodzajem sieci komunikacyjnej oddają charakter żyjącej w nich społeczności. Dlatego wielką przyjemność podczas pobytu w Japonii sprawiały mi spacery po Tokio, położonym na wyspie Honsiu, której powierzchnia wynosi niemal 228 tys. km². W stolicy kraju wraz z jej obszarem metropolitalnym mieszka ponad 13,6 mln ludzi (w uproszczeniu można powiedzieć, że na Tokio składają się 23 okręgi administracyjne tworzące Tōkyō-to oraz miasta i miejscowości na zachód od niego). To sprawia, że w jej krajobrazie dominuje głównie gęsta zabudowa poprzecinana ciągami komunikacyjnymi. Mamy tu osiedla z blokami, niskie domki ustawione jeden obok drugiego, wysokie błyszczące wieżowce z biurami i apartamentami, a obok nich małe i większe świątynie, sklepy spożywcze, domy towarowe i punkty czy wręcz całe kompleksy z automatami do gier.

 

Aby uświadomić sobie wielkość tego miasta (ok. 2190 km² powierzchni), należy wybrać się na jeden z punktów widokowych. Za najpopularniejsze uchodzą Tokyo Skytree (najwyższa wieża na świecie – 634 m) i Tokyo Tower (333 m). Wejście na nie jest płatne i w przypadku tego pierwszego obiektu dość kosztowne, bo zwykły bilet dla osoby dorosłej na niższą galerię (350 m) kosztuje 2060 jenów (za wjazd na wyższą galerię na 450 m trzeba zapłacić dodatkowo 1030 jenów). Jeśli ktoś nie uważa się za amatora takich atrakcji i postanowił przeznaczyć swój budżet wyjazdowy na inne cele, może wybrać się na darmowy taras widokowy np. w budynku tokijskich władz w dzielnicy Shinjuku (Tokyo Metropolitan Government Building) lub gmachu Bunkyo Civic Center w Bunkyō. Polecam szczególnie podziwianie panoramy Tokio po zmroku – robi niesamowite wrażenie.

 

Zwiedzanie stolicy Japonii zdecydowanie trzeba sobie zaplanować tak w dzień, jak i w nocy. Po zapadnięciu zmierzchu polecam udać się w okolice sztucznej wyspy Odaiba, aby zobaczyć podświetlony Tęczowy Most (Rainbow Bridge). W pobliżu Parku Shiokaze stoi nawet mała amerykańska Statua Wolności. W tej okolicy warto wsiąść do jednego z pociągów kursujących na trasie Tokyo Monorail, kolei jednoszynowej, której pojazdy poruszają się na pewnej wysokości nad ziemią. Po drodze mija się m.in. szklane ściany wieżowców, a między nimi da się nawet dostrzec oświetloną sylwetkę Tokyo Tower. Gdy patrzy się na rozpościerające się z okna wagonu widoki, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiło się do miasta przyszłości.

 

Do największych turystycznych atrakcji Tokio należą niewątpliwie Pałac Cesarski, szintoistyczna świątynia Meiji, buddyjski kompleks Sensō-ji czy rozległy park Shinjuku Gyoen. Obcokrajowcy chętnie wybierają się także na niemal zawsze zatłoczone skrzyżowanie koło stacji Shibuya, aby obserwować tłum pieszych wkraczających na nie jednocześnie ze wszystkich stron, gdy zapala się zielone światło. Na skwerze przy jednym z wejść na wspomnianą wyjątkowo ruchliwą stację postawiono pomnik psa Hachikō (popularnej w Japonii rasy akita), który czekał tu codziennie na swojego właściciela, profesora uniwersyteckiego, wracającego do domu. Pewnego dnia jego pan dostał w pracy udaru mózgu i zmarł. Nie pojawił się jak zwykle na stacji, ale Hachikō przez kolejnych ponad 9 lat wciąż przychodził o tej samej porze i go wypatrywał. Wykonany z brązu pomnik jest dziś popularnym miejscem spotkań Japończyków.

 

Na zainteresowanie zasługują też z pewnością dzielnica Akihabara i luksusowy region Ginza w dzielnicy Chūō. W niedzielę ich główne arterie zostają zamknięte dla ruchu samochodowego i udostępnione pieszym (w Ginzie również w sobotę). Akihabara, obecnie w znacznym stopniu nastawiona na turystów, przyciąga głównie amatorów anime (japońskich filmów animowanych), sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Spotkać w niej można dziewczyny poprzebierane za bohaterki animowanych seriali. Funkcjonują tu także maid cafés, czyli kawiarnie, w których gości obsługują kelnerki w strojach pokojówek. W Ginzie dla odmiany działa wiele butików znanych światowych marek modowych takich jak Chanel, Dior, Carolina Herrera, Gucci, Louis Vuitton czy Furla. W tej okolicy znajdują się też luksusowe domy towarowe Wako i Mitsukoshi. Na zakupy przychodzą tutaj eleganckie Japonki.

 

Swoistą atrakcję turystyczną Tokio stanowi metro. Na peronach oznaczone są punkty, w których otwierają się drzwi do wagonu (pociąg zawsze ustawia się zgodnie z tym układem), a przed nimi często znajdziemy wytyczone linie dla oczekujących osób formujących kolejkę do wejścia. Podczas jazdy Japończycy zwykle drzemią lub wpatrują się w ekran swojego smartfona. Bardzo nietaktownym zachowaniem jest rozmawianie przez telefon w pociągu czy prowadzenie głośnej dyskusji ze znajomymi. Należy jednak pamiętać, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu wagony i stacje bywają wypełnione po brzegi.

 

Wiszący Tęczowy Most nad północną częścią Zatoki Tokijskiej

Rainbow bridge

© YASUFUMI NISHI/JNTO

 

WIDOK NA SZCZYT

 

Za jeden z najważniejszych symboli Japonii za granicą uchodzi góra Fudżi (3776 m n.p.m.). Niestety, jej szczyt często kryje się za chmurami. Najlepszym okresem do podziwiania tego czynnego stratowulkanu np. z Tokio są miesiące zimowe, kiedy powietrze bywa zwykle najbardziej przejrzyste. Zazwyczaj góra Fudżi jest najwyraźniej widoczna w godzinach porannych. Zobaczymy ją m.in. z tarasów widokowych Tokyo Skytree i Bunkyo Civic Center.

 

Słynny japoński szczyt górski udaje się dostrzec również z wypoczynkowej miejscowości Hakone, położonej na południowy zachód od stolicy (ponad 80 km). W tym rejonie specjalnie z myślą o turystach przygotowano Hakone Freepass – karnet uprawniający do przejazdu kolejką górską, kolejką linowo-terenową i gondolową, rejsu statkiem po malowniczym jeziorze Ashi oraz poruszania się niektórymi autobusami kursującymi do stacji kolejowej. Z przystani w Hakone-machi przez zrekonstruowany punkt kontrolny z okresu Edo (1603–1868) można przejść na półwysep z punktem widokowym, a potem dotrzeć do Alei Cedrowej. Stąd najlepiej udać się jeszcze do chramu Hakone (Hakone Jinja), którego jedna z bram (torii) wznosi się w wodach jeziora. W niedalekim 200-tysięcznym mieście Odawara na uwagę zasługuje otoczony parkiem zamek obronny.

 

Z Hakone nie zawsze udaje się jednak dostrzec Fudżi. Jeśli ktoś postawił sobie właśnie taki cel podróży po Japonii, polecam wybrać się nad jedno z pięciu jezior znajdujących się w pobliżu wulkanu, np. Yamanaka, Kawaguchi lub Motosu. Na sam szczyt można wejść kilkoma szlakami, a sezon wspinaczkowy wypada w lipcu i sierpniu. Zarówno Japończycy, jak i obcokrajowcy decydują się często na wędrówkę popołudniową i wieczorną, aby wyprawę zakończyć oglądaniem wschodu słońca. Osoby, które źle znoszą szybkie zmiany wysokości, powinny najpierw zaaklimatyzować się do takich warunków.

 

WYPRAWY PO HONSIU

 

Naszą bazą wypadową podczas pobytu w Japonii było Tokio. Odwiedziliśmy więc nowoczesną Jokohamę, gdzie wybraliśmy się na spacer po porcie i zajrzeliśmy do kolorowej chińskiej dzielnicy (Chinatown). Poza tym pojechaliśmy na niewielką wyspę Enoshima, na której czci się występującą w mitologii japońskiej buddyjską boginię urody, bogactwa i muzyki Benzaiten. W okolicy nad głowami przechodniów latają liczne kanie czarne. W tym rejonie warto zwiedzić także Kamakurę, miasto znane ze swoich świątyń (w tym Kōtoku-in z wielkim brązowym posągiem Buddy Nieograniczonego Światła – Daibutsu), które pełniło funkcję stolicy w okresie Kamakura (szogunatu Kamakura, przypadającego od 1185 do 1333 r.).

 

Nie mogliśmy też odmówić sobie podróży shinkansenem, japońskim superszybkim pociągiem. Jednym z nich pokonaliśmy część drogi do Nikkō, położonego ok. 140 km na północ od Tokio. Ludzie odwiedzają je najczęściej ze względu na trzy cenne kompleksy świątynne, z których najsłynniejszy jest zespół chramów szintoistycznych Tōshō-gū poświęcony Ieyasu Tokugawie (założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, żyjącemu w latach 1543–1616). Aż 103 tutejsze obiekty sakralne i ich naturalne otoczenie wpisano w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od stuleci stanowiły dla Japończyków święte miejsce, znane z prawdziwych arcydzieł architektury i sztuki zdobniczej. Na zwiedzanie zabytkowego sanktuarium Tōshō-gū trzeba przeznaczyć kilka godzin. Budowle robią bardzo duże wrażenie na oglądających ze względu na bogate zdobienia. Cały czas można odkrywać tu nowe płaskorzeźby. Przewodniki zwykle wspominają o trzech mądrych małpach umieszczonych nad drzwiami stajni, ale warto z uwagą przyglądać się każdej bramie i ścianie. W najwyższym punkcie Tōshō-gū znajduje się grobowiec Ieyasu Tokugawy. Wspina się do niego po schodach wśród olbrzymich drzew. Ciekawą atrakcję dla turystów stanowi wizyta w Yakushi-dō. Gdy opowiadający o świątyni mnich klaszcze w dłonie, dźwięk rezonuje i zgromadzonym wydaje się, że namalowany na suficie smok ryczy. Od 2007 r. w całym kompleksie prowadzone są prace renowacyjne, które potrwają do 2024 r. Musimy się więc liczyć z tym, że nie wszystkie obiekty bywają udostępnione do zwiedzania, a pewne z nich zasłaniają rusztowania. Niedaleko Nikkō leży poza tym urokliwe jezioro Chūzenji (11,62 km² powierzchni). Wypływająca z niego rzeka Daiya tworzy liczne wodospady, w tym malowniczy 97-metrowy Kegon. W okolicy znajdują się również źródła termalne, dlatego powstały tu onseny – japońskie publiczne kąpieliska z łaźniami i basenami. Cały region słynie z wyjątkowo pięknych krajobrazów. Jesienią Japończycy podziwiają w nim zabarwione na głęboką czerwień liście klonów. To zjawisko cieszy się podobnym zainteresowaniem co wiosenne kwitnienie drzew wiśniowych. W samym Nikkō przez rzekę Daiya przerzucono uroczy czerwony Święty Most (Shinkyō), należący do założonego w 767 r. chramu Futarasan (Futarasan jinja).

 

Także shinkansenem wyruszyliśmy z Tokio do Sendai, a stąd lokalnym pociągiem do miejscowości Matsushima sąsiadującej z archipelagiem o tej samej nazwie. Wznoszą się tutaj zabudowania Zuigan-ji – ważnej japońskiej świątyni zen (nurtu buddyzmu). Należą do niej też liczne jaskinie, w których składano prochy zmarłych. Archipelag Matsushima składa się z ok. 260 małych wysepek porośniętych sosnami. Z pobliskiej przystani odbijają statki zabierające turystów w rejs wokół nich. Na Fukuurę, gdzie znajduje się m.in. mały ogród botaniczny, prowadzi długi czerwony most. Z wybrzeża pieszo dostaniemy się również na niewielką Oshimę. Jeszcze niedawno takich drewnianych mostków było więcej, ale region ten bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 r. Archipelag wygląda niezmiernie malowniczo zwłaszcza o zachodzie słońca.

 

Zabytkowe świątynie i sanktuaria w Nikkō

Nikko Toshogu Shrine1 2

© JNTO

 

HISTORIA DAWNIEJSZA I NOWSZA

 

Na Honsiu warto zatrzymać się także w położonej nad zatoką Osace. Stąd można zaplanować np. wycieczki do Kioto, nad Morze Wewnętrzne czy na wyspę Sikoku, a nawet Kiusiu. Tokio zostało niemal całkowicie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Nocny nalot dywanowy z 9 na 10 marca 1945 r. wywołał wielki pożar. Dlatego zabudowa japońskiej metropolii jest dosyć nowa. Tego losu uniknęło Kioto. W tej dawnej stolicy Japonii i siedzibie cesarzy (od 794 do 1868 r.) spotkamy się z ogromnym zagęszczeniem zabytków. Jej zabytkowy zespół urbanistyczno-architektoniczny z wieloma pięknymi świątyniami, z Kinkaku-ji i Ryōan-ji na czele, wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zarówno pierwsza, czyli Świątynia Złotego Pawilonu stojąca nad stawem w parku, jak i druga, z charakterystycznym kamiennym ogrodem do medytacji, przynależą do nurtu buddyzmu zen. Do najbardziej znanych miejsc w Kioto zaliczyć wypada na pewno sanktuarium zwane Fushimi Inari Taisha, do którego prowadzi 4-kilometrowa droga wyznaczona przez tysiące torii. Ponieważ trasa wiedzie w większości pod górę, trzeba założyć wygodne buty i wziąć ze sobą butelkę wody. Kompleks poświęcono japońskiemu bóstwu płodności, ryżu, herbaty, sake, rolnictwa, przemysłu, powodzenia i sukcesu Inari, przedstawianemu w różnych postaciach. Jego posłańcami są dobre białe lisy.

 

W mieście Himeji, leżącym ok. 120 km na południowy zachód od Kioto, warto natomiast zobaczyć piękną budowlę nazywaną Zamkiem Białej Czapli (Shirasagi-jō). To przykład japońskiej architektury obronnej. Jednak zabudowania zamkowe na Europejczykach robią wrażenie finezyjnych i delikatnych. Na zachodnim krańcu Honsiu, na wyspie Itsukushima (Miyajima) znajduje się z kolei Itsukushima Jinja. Imponująca brama tego szintoistycznego chramu stoi w wodach Morza Wewnętrznego. W czasie odpływu można podejść do niej po odkrytym piaszczystym dnie.

 

Osoby, które lubią zwiedzać mniej typowe miejsca, powinny wybrać się do Hiroszimy. To na to miasto 6 sierpnia 1945 r. Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową. Hiroszimę odbudowano, a o samym wydarzeniu i ofiarach ataku przypomina kompleks parkowy z zachowanymi ruinami dawnego centrum wystawowego, obecnie zwanego Kopułą Bomby Atomowej. W pobliżu działa również Muzeum Pokoju, które utworzono w sierpniu 1955 r. Oprócz tego w mieście funkcjonuje warta uwagi sieć tramwajowa. Po szynach jeżdżą tu m.in. pojazdy produkowane w poprzednim stuleciu w Japonii, a nawet Europie. Tramwaje o numerach 651 i 652 jako jedyne przetrwały wybuch bomby atomowej i wciąż pozostają w użyciu.

 

Tak naprawdę nie ma idealnej instrukcji podróżowania. Każdy musi znaleźć swój sposób na zwiedzanie. Podczas wizyty w tak odmiennym od naszego kraju jak Japonia warto jednak paradoksalnie odstawić na bok wszystkie rzeczy, które o nim przeczytaliśmy bądź usłyszeliśmy. Choć nie da się z pewnością zapomnieć opinii i wrażeń innych ludzi, spróbujmy nie odtwarzać ich doświadczeń, a przeżyć własne. Na każde miejsce spójrzmy ze swojej perspektywy. Prawdopodobnie wtedy dużo łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że Japonia może być tym wszystkim, czym jest w oczach innych, a nawet czymś jeszcze odmiennym. Każdy punkt widzenia tworzy kolejny jej obraz. Ja tak właśnie zapamiętałam ten kraj i w taki sam sposób chcę go poznawać znowu, gdy zawitam do niego po raz kolejny.

 

Ponad 16-metrowa brama Itsukushima Jinja w portowym mieście Hatsukaichi

l 180895

© HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO