Anna César Winiarek
www.cuba-miamor.blogspot.com

 

<< Są trzy rzeczy, które rozsławiły Kubę na cały świat: cygara, rum i tutejsza muzyka. Z nimi zresztą kojarzy się ona większości obcokrajowców i to dla nich ściągają do niej liczni turyści. Kubanka wydmuchująca cygarowy dym, ludzie spędzający czas w hawańskim barze ze szklaneczką złocistego rumu w dłoni, para tańcząca salsę na ulicy – takie zdjęcia widzieli prawie wszyscy z nas. Pora przenieść się do miejsc, gdzie zostały zrobione. >>

Republika Kuby zajmuje największą wyspę archipelagu Wielkich Antyli – Kubę (ok. 110 tys. km² powierzchni) – oraz pobliskie mniejsze wysepki (Isla de la Juventud – Wyspę Młodości, Cayo Coco, Cayo Guillermo, Cayo Largo del Sur, Cayo Jutía itd.). Posiada wybrzeże nad Morzem Karaibskim, Zatoką Meksykańską i Oceanem Atlantyckim. Socjalistycznym rajem przywódcy rewolucji kubańskiej Fidela Castro (ur. w 1926 r. w Biránie w prowincji Holguín na wschodzie kraju) rządzi obecnie (od lutego 2008 r.) jego młodszy brat Raúl (ur. w 1931 r.).
Ten wyjątkowy region Karaibów posiada bardzo wiele twarzy. Najlepiej poznawać go więc według jakiegoś klucza. Dlatego w tym wydaniu magazynu All Inclusive chcielibyśmy zaprezentować Państwu trzy ważne elementy jego kultury, wokół których toczy się życie Kubańczyków.

 

AKSAMITNY DYM
Flagowym kubańskim towarem, eksportowanym na cały świat, są – oczywiście – cygara (puros). Jedna trzecia z 400 mln sztuk sprzedawanych rocznie poza Kubą pochodzi właśnie z niej. Dla porównania na wyspie co roku kupuje się ich 250 mln! Statystyki te podwyższają sami torcedores („zwijacze”). Otóż wolno im wypalić nieograniczoną ich liczbę w godzinach pracy. Fachowcy muszą być przecież doceniani, gdyż to od zręczności ich palców zależy w dużej mierze jakość cygara. Nie może być ono zwinięte ani za mocno, ani za luźno, ponieważ nie uda się wtedy odpowiednio zaciągnąć dymem. Zawód ten zazwyczaj przechodzi z pokolenia na pokolenie i po formalnym terminowaniu adepci tego rzemiosła zaczynają od wykonywania najmniej skomplikowanych produktów. Ich zadanie nie należy do łatwych i jest dalekie od zwykłego rolowania liści tytoniu – to niemal rodzaj sztuki. Istnieje kilkadziesiąt firm wytwarzających cygara (najbardziej znane kubańskie marki to Cohiba, Montecristo, Partagás czy Romeo y Julieta), posiadających w swojej ofercie od kilku do kilkunastu typów, które różnią się pomiędzy sobą jakością, mocą, długością czy kolorem. Każda z nich ma własne receptury, niemniej jednak proces produkcji wszędzie wygląda podobnie.

FOT. CUBAINFO.DE

Sklepy z wyrobami tytoniowymi oferują produkty różnych marek


     Najpierw zbiera się liście na plantacji tytoniu i jeszcze na niej składuje je w specjalnie zaprojektowanych do tego przewiewnych szopach, gdzie schną i fermentują. To bardzo ważny moment, gdyż nie mogą być one zbyt wilgotne, ponieważ zgniją, ani za suche, bo wtedy będą się łamać i nie nadadzą się do zwinięcia. Odpowiednio wysuszone trafiają do fabryk, gdzie powtórnie się je nawilża, przywracając im nieco elastyczność. Każdy liść jest ręcznie rozprostowywany przez pracowników, usuwających też z niego żyłki, a następnie odkładany do jednej z grup (wyróżnia się 15 klas w zależności od struktury, jakości oraz kolorów liści). Dopiero z tak posegregowanego materiału zaczyna się zwijanie: najpierw kilku liści ligero („miękkich”), które dają cygaru moc, potem paru seco („suchych”) dla aromatu, aż wreszcie kilku volado („latających”), zapewniających równomierne palenie. Te trzy warstwy to tzw. wkładka, okrywana kolejnymi liśćmi capote przy jednoczesnym nadawaniu cylindrycznego kształtu produktowi. Tak przygotowane cygaro wkłada się do specjalnej formy przypominającej nieco imadło i zaciska z odpowiednią siłą. Po wyjęciu owija się je jeszcze najładniejszym liściem (capa), z którego robi się również półokrągłą pokrywę, tzw. koronę, zamykającą jeden z jego końców. Z drugiej strony przycina się je gilotyną, a całość odymia. Taki wyrób podlega najpierw kontroli jakościowej, a później zapakowany zostaje do drewnianego, zwykle cedrowego, pudełka. Zanim jednak trafi do konsumenta, przechowuje się go w pomieszczeniach o ustalonej temperaturze i wilgotności.

FOT. CUBAINFO.DE

Pracownik na plantacji tytoniu

 

     Koneserzy cygar, aby zapewnić im w domu warunki podobne do tych z fabryki, kupują specjalne humidory (pojemniki do przechowywania), dzięki którym nie wysychają one i na długo zachowują świeżość. Ceniony na całym świecie towar znalazł uznanie wśród takich osobistości jak premier brytyjski Winston Churchill (1874–1965) czy amerykański prezydent John Fitzgerald Kennedy (1917–1963). Ten ostatni kazał w przeddzień podpisania embarga na eksport z Kuby do Stanów Zjednoczonych w lutym 1962 r. sprowadzić z niej co najmniej 1000 sztuk tego kubańskiego złota, a w USA po dziś dzień nie można go oficjalnie kupić. Co roku za to skrzynkę najlepszych cygar dostaje hiszpańska rodzina królewska w podziękowaniu za zezwolenie na produkcję, ponieważ wcześniej odbywała się ona w Sewilli w Hiszpanii.
     W Hawanie obchodzi się doroczny festiwal tych tytoniowych wyrobów (Festival del Habano), który ściąga nie tylko amatorów palenia, ale także konkurentów próbujących podpatrzeć kubańską sztukę zwijania (najbliższa jego edycja odbędzie się od 23 do 27 lutego 2015 r.). Nie powinien dziwić fakt, że najdłuższe cygaro świata wpisane do Księgi rekordów Guinnessa (długość 81,8 m) powstało – oczywiście – na Kubie. Wykonał je w 2011 r. José Castelar Cairo.

 

I BUTELKA RUMU!
W tym kraju trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek imprezę bez rumu, jego narodowego trunku. Historycy do dzisiaj spierają się, skąd pochodzi jego nazwa, ale na pewno wiemy, że trzcinę cukrową przywiózł na Karaiby Krzysztof Kolumb (1451–1506). Z czasem okazało się, że panują tutaj idealne warunki do jej uprawy – lepsze niż na którejkolwiek z wysp należących wtedy do Hiszpanii. Plantacje zaczęły więc powstawać na każdym kroku.
     Rum wytwarza się na bazie melasy lub soku z trzciny cukrowej – guarapo, który nadal pija się na Kubie, i – podobnie jak kiedyś – wyciska się w prymitywnych prasach i od razu podaje. Proces produkcji składa się z 3 etapów: fermentacji, destylacji i w końcu dojrzewania. To właśnie od tej ostatniej fazy zależy później w dużej mierze kolor i smak trunku. Zaraz po destylacji jest on przezroczysty, dopiero leżakowanie w dębowych beczkach nadaje mu barwę: od złocistej po ciemnobrązową. Czasami doprawia się go karmelem bądź innymi dodatkami. Możemy wyróżnić 3 podstawowe rodzaje rumu: biały – najkrócej starzony, zazwyczaj 3- lub 5-letni, złoty (przybierający kolor od jasnego złota do bursztynu) oraz ciemny (zabarwiony na ciemnobursztynowo, a nawet mahoniowo) – dojrzewający przez 7 do 10 lat. Nieliczne odmiany leżakują więcej niż 10 lat, gdyż ponoć po tym okresie trunek zaczyna smakować podobnie do koniaku i tylko niektóre marki zatrudniają ekspertów, potrafiących temu zapobiec. Drinki i koktajle, np. mojito, daiquiri czy Cuba libre, przygotowuje się głównie na bazie rumu białego i złotego, ten ciemny natomiast pija się z lodem. Obecnie kubański specjał uchodzi niewątpliwie za jeden z najlepszych na świecie.

 

MUZYCZNY RAJ
Drugi nieodłączny element zabawy na Kubie stanowi muzyka. Rozbrzmiewa ona wszędzie i jest stałym elementem życia codziennego. Niewiele znajdziemy krajów na ziemi z tak bogatym dziedzictwem muzycznym, jakie posiada ta wyspa. To swoista mieszanka tradycji przywiezionych z Europy i Afryki, na której rozwój wpłynęła historia regionu: kolonizacja, upowszechnienie niewolnictwa, walki wyzwoleńcze i kolejne kontakty z kulturą Starego Świata. Afrykańskie brzmienia bębnów wymieszały się z europejskimi dźwiękami skrzypiec, kontrabasów, gitar, fletów i instrumentów dętych. Układy kroków tak różnych od siebie tańców, pochodzących z dwóch odmiennych kontynentów, połączyły się na Kubie i stworzyły nową formą ekspresji dla ludzi zamieszkujących tę gorącą i parną wyspę.

FOT. MATEUSZ KNOL

Kubańczycy muzyką umilają sobie lepsze i gorsze dni w życiu


     Za najważniejszy gatunek muzyki kubańskiej uważa się danzón, wywodzący się z habanery wzorowanej na kontredansie popularnym szczególnie we Francji w końcu XVIII w. Jego elementy można odnaleźć zarówno u współczesnych wykonawców na prowincji, jak i w jazzie. Z czasem ten styl zaczął być zastępowany przez również tradycyjny son cubano, który to z kolei narodził się we wschodniej części Kuby i dzięki filmowi dokumentalnemu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r. stał się powszechnie rozpoznawalny poza krajem. Po premierze odżył też kubański jazz, jedna z najciekawszych odmian tego gatunku na świecie. Wielu tutejszych muzyków po wyemigrowaniu z ojczyzny zrobiło karierę w Europie i USA. Niewątpliwie do najbardziej znanych jazzmanów z Kuby należą Bebo Valdés (1918–2013), który skomponował ścieżkę dźwiękową do znakomitego obrazu animowanego Chico i Rita (2010 r.), oraz jego syn Chucho (ur. w 1941 r. w Quivicán w prowincji Mayabeque).

FOT. CUBAINFO.DE

Zabawa przy gorących kubańskich rytmach


     Pochodzący z Hiszpanii wiejski obyczaj wspólnego muzykowania znalazł odbicie w pieśniach guajiras. Najsłynniejszym utworem tego stylu jest Guantanamera skomponowana najprawdopodobniej w 1929 r. przez José Fernándeza Díaza (1908–1979), bardziej znanego jako Joseíto. Do dziś tradycyjnej poezji śpiewanej wykonywanej z towarzyszeniem gitary, lutni i instrumentów perkusyjnych, czyli trova, posłuchamy w istniejących w każdym, nawet najmniejszym mieście kraju casas de la trova – lokalach, gdzie zawsze występują na żywo jacyś artyści. Piosenki jej odmiany nueva trova, rozwiniętej pod koniec lat 60. XX w., opowiadają o życiu codziennym, jego radościach i smutkach. Współcześnie reprezentuje ją np. Silvio Rodríguez (ur. w 1946 r. w San Antonio de los Baños w prowincji Artemisa).

 

W KUBAŃSKIM RYTMIE
Rumba z kolei stanowi zarówno rodzaj muzyczny, jak i taniec. Ze względu na nierówne tempo bywa trudna do opanowania. Początkowo wykonywali ją niewolnicy i była wyrazem buntu przeciwko segregacji rasowej. Później z rumby wykształciło się jeszcze kilka odmian, m.in. guaguancó, które do dzisiaj spotkamy na Kubie. Niewiele mają one jednak wspólnego z pokazową jej wersją, znaną nam z popularnego programu telewizyjnego Taniec z gwiazdami. Podobnie rzecz ma się z salsą – ta z parkietów Europy czy USA, to tzw. salsa liniowa, natomiast typ kubański tak naprawdę nazywa się casino i różni się od zagranicznych odpowiedników dość znacznie krokami i układem figur. Często na wyspie można zobaczyć też tańczących w kole kilka lub kilkanaście par wymieniających się partnerami – tak wygląda rueda de casino. W tym miejscu wypada również wspomnieć o światowej sławy krajowym balecie (Ballet Nacional de Cuba), założonym w październiku 1948 r. w stołecznej Hawanie przez niezrównaną Alicię Alonso (jako zespół baletowy), nadal odnoszącym sukcesy na arenie międzynarodowej.
     Według niektórych ekspertów na Kubie istnieje 25 gatunków muzycznych. Obecnie znajdziemy wśród nich także nowocześniejsze nurty, jak np. timba, będąca połączeniem sonu, jazzu, rocka i funku, lub cubaton, czyli kubańska odmiana bardzo popularnego we wszystkich krajach latynoskich reggaetonu. To właśnie ten ostatni króluje współcześnie na ulicach i w klubach. Choć trudno w tekstach jego piosenek doszukać się głębszych przemyśleń, to są one w pewnym sensie odzwierciedleniem pragnień młodego pokolenia, które ideały rewolucji uważa za relikt przeszłości, chce iść z duchem czasu, korzystać z postępu technologicznego i wyrywa się ku wolności, również słowa. Tymczasem izolacja za niewidzialnymi kratami reżimu powoduje, że często jedyną rozrywką pozostaje siedzenie na murku słynnej nadmorskiej hawańskiej promenady Malecón z plastikowym kubkiem wypełnionym rumem przy dźwiękach wspomnianego reggaetonu. Taniec do tego typu muzyki, imitujący ruchy aktu seksualnego, wciąż w Europie i wielu innych częściach świata uchodzi za obsceniczny, tutaj jednak nie widzi się w nim nic złego. Społeczeństwo kubańskie nie traktuje seksu jako tabu. Dosadne komplementowanie wdzięków przechodzącej ulicą kobiety jest na porządku dziennym. Oczywiście, sama zainteresowana powinna się obruszyć, ale jednocześnie w głębi – poczuć się dowartościowana. Prawdopodobnie to dzięki temu Kubanki mają tak niezachwianą wiarę w siebie i są więcej niż asertywne. Mężczyzn natomiast nie zraża kobieca odmowa, próbują do upadłego, co często kończy się dla nich rozłożeniem na łopatki przez zazdrosnego męża, partnera lub innego rywala.

 

„LOS CUBANOS”
Tak starszym, jak i młodszym Kubańczykom nie można na pewno odmówić umiejętności tanecznych. Poczucie rytmu wyssali oni chyba z mlekiem matki. Muzyka i taniec są nieodłączną częścią życia codziennego i również w nich, nie tylko w rumie, topią swoje smutki i niedole. No hay que llorar, que la vida es un carnaval y las penas se van cantando („Nie ma co płakać, życie to karnawał, a smutki odgoń śpiewem”) – śpiewała Celia Cruz (1925–2003). Ten wers świetnie oddaje kubański sposób na problemy – jeśli coś złego cię spotkało, idziesz najpierw wygadać się znajomym, a potem potańczyć i pośpiewać, kłopotami zajmiesz się później. W tym właśnie tkwi sekret pogody ducha mieszkańców wyspy, którzy skłonni bywają raczej widzieć szklankę do połowy pełną. Kubańczycy dużo się uśmiechają, prawie zawsze są skorzy do żartów, chętnie ucinają sobie pogawędki w pracy, sklepie czy na ulicy i nie ma dla nich takiej rzeczy we wszechświecie, która nie mogłaby poczekać do jutra. Dlatego jeśli usłyszymy z ich ust, że coś zrobią mañana („jutro”), to musimy wiedzieć, że oznacza to bliżej nieokreśloną przyszłość, a w wielu przypadkach po prostu „nigdy”.
     Mieszkańcy Kuby to także zagorzali patrioci, dumni ze swojego dziedzictwa narodowego. Nie przeszkadza to im jednak w fascynacji Stanami Zjednoczonymi, które traktują jako swoją ziemię obiecaną. Wyjazd do USA jest dla wielu Kubańczyków nie tylko marzeniem, ale wręcz najważniejszym celem, i liczni z nich ryzykują życie, aby go urzeczywistnić. Nic w tym dziwnego, skoro tak naprawdę to osoby mieszkające za granicą utrzymują finansowo swoje rodziny pozostające w kraju. Daje się co prawda dostrzec powolne zmiany zachodzące w kubańskiej gospodarce, ale trudno uznać to za obietnicę trwałego rozwoju.
     Od niedawna można już kupować na Kubie domy i mieszkania, nowe i używane samochody sprowadzane z Europy. Auta jednak kosztują tak dużo, że potrzeba by kilkudziesięciu lat, żeby na taki pojazd zaoszczędzić. Te absurdy systemu znamy aż za dobrze z naszej własnej historii.
     Towary, które docierają do kraju, pochodzą na ogół albo z rządowego importu z Chin, albo od krewnych z zagranicy. Nie brak tutaj nowoczesnych laptopów, telefonów typu smartfon i innych zdobyczy technologicznych. Oczywiście, nie znajdziemy ich w zwykłej sprzedaży i ceny posiadają zazwyczaj wyższe niż sugerowane przez producenta, ale prawie wszystko udaje się dostać. Jeśli czegoś nie ma, to pomoże nam miejscowa poczta pantoflowa, prawdziwe osiągnięcie kubańskiej rewolucji. Dzięki niej najprawdopodobniej sprowadzimy to, czego akurat potrzebujemy. W amerykańskim mieście Miami (w stanie Floryda oddalonym od wybrzeży Republiki Kuby o ok. 150 km) działa mnóstwo firm wysyłkowych, a dziennie realizuje się na wyspę kilka lotów czarterowych. Poza tym Kubańczyk zawsze zna kogoś, kogo kuzyn lub kolega wybiera się za granicę.
     Zaradnym mieszkańcom Kuby nie sposób zarzucić braku pomysłowości w rozwiązywaniu większości spraw. Jakiegokolwiek rodzaju nie byłby to problem, todo se resuelve („wszystko da się załatwić”). Dzięki ich hartowi ducha, optymizmowi i sprytowi, mimo biedy i panującego ustroju, ten od zawsze modny kierunek turystyczny, pełen wspaniałych atrakcji dla każdego, stanowi przyjemne miejsce do zwiedzania i błogiego odpoczynku.
     Karaibski luz, gorący temperament mieszkańców wyspy, radosna muzyka i taniec, a dla koneserów wyborny rum i wyśmienite cygara to składniki, które w odpowiednich proporcjach dadzą nam przepis na udane kubańskie wakacje. Być może właśnie teraz jest na nie najlepszy moment, zanim klimatyczną Kubę zaleją amerykańskie produkty i weekendowi turyści z USA.

Artykuły wybrane losowo

Argentyna - podróż życia

EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

Więcej…

Poczuć radość życia na Filipinach

kayaking_in_pangulasian.jpg

Wyspa Pangulasian – wycieczka kajakiem

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM


MARTA DUCZMAN

MICHAŁ KĘPA

www.ducziwdrodze.pl


Pełna magii Republika Filipin leży w Azji Południowo-Wschodniej. Swoimi granicami obejmuje aż 7107 wysp. Niespełna połowa z nich ma własną nazwę, a zaledwie kilkaset jest zamieszkałych. Oblewają je wody Oceanu Spokojnego i mórz Sulu, Celebes, Południowochińskiego i Filipińskiego. 


ChocolateHills-3.jpg

Wzgórza Czekoladowe leżą na terenie gmin Carmen, Batuan i Sagbayan 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Powierzchnia wszystkich lądów w Archipelagu Filipińskim wynosi ok. 300 tys. km2,czyli nieco mniej niż terytorium Polski. Wydzielono tu 3 główne obszary geograficzne: Luzon, Visayas (Visayan) i Mindanao. Największą wyspę stanowi Luzon, która ma niemal 110 tys. km² i 50 mln ludności. Populacja kraju liczy ponad 102 mln mieszkańców, co sprawia, że znajduje się on na 12. miejscu wśród najbardziej zaludnionych państw na świecie. 


Filipiny to kraina niezmiernie różnorodna pod względem geograficznym i kulturowym. Dostrzeżemy w niej wyraźne wpływy kolonizatorów. Przybyli tu w XVI w. Hiszpanie zaszczepili na wyspach chrześcijaństwo. Dziś ok. 80 proc. Filipińczyków jest katolikami.


Krótka historia

north_luzon_38_midres.jpg

Vigan to najlepiej zachowane hiszpańskie miasto kolonialne w Azji 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM/DAVID HETTICH, TOBIAS HAUSER


Ludzie zamieszkiwali Archipelag Filipiński prawdopodobnie już ponad 50 tys. lat temu. W późniejszym okresie docierali w te strony m.in. przybysze z Półwyspu Arabskiego, dzisiejszych Chin, Tajwanu i Indii. Europejczycy pojawili się na wyspach wraz z Ferdynandem Magellanem (1480–1521) w 1521 r. Portugalski żeglarz i odkrywca, służący Hiszpanom, przyłączył je wtedy do hiszpańskiego imperium. Kolonizację Filipin rozpoczął jednak tak naprawdę dopiero w 1565 r. Miguel López de Legazpi (ok. 1503–1572), który zbudował pierwszą osadę – Villa de San Miguel, przemianowaną potem na Cebu. Następnie w 1571 r. założył dzisiejszą Manilę, ówczesną stolicę Hiszpańskich Indii Wschodnich (aż do 1898 r.).


W 1896 r. Filipińczycy wzniecili powstanie narodowe i 12 czerwca 1898 r. ogłosili niepodległość. Radość z wolności nie trwała zbyt długo. W tym czasie rozgrywała się wojna amerykańsko-hiszpańska, trwająca od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r. Ponieważ Hiszpanie ponieśli w niej klęskę, na mocy traktatu paryskiego z 10 grudnia 1898 r. Filipiny włączono do terytoriów Stanów Zjednoczonych. 8 grudnia 1941 r., po ataku na amerykańską bazę Pearl Harbor na Hawajach, armia japońska dokonała udanej inwazji na archipelag. Po przegranej w bitwie o Midway w czerwcu 1942 r. Japończycy zaczęli jednak tracić powoli zagarnięte tereny. Ostatecznie 4 lipca 1946 r. Filipińczycy podpisali z Amerykanami traktat w Manili, w wyniku którego proklamowana została niepodległa Republika Filipin. Pierwszym jej prezydentem był Manuel Róxas (1892–1948).


Przyjaźni wyspiarze

Kadayawan_Festival_2.jpg

Trzeci tydzień sierpnia to czas Festiwalu Kadayawan w mieście Davao

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Filipiński (filipino) bazuje na języku tagalskim (tagalog). Oprócz tego istnieje tutaj mniej więcej 175 innych lokalnych języków i dialektów (w zależności od zasad klasyfikacji). W niektórych częściach Filipin wciąż usłyszymy ludzi mówiących po hiszpańsku. Angielski (drugi urzędowy język kraju obok filipińskiego) jest powszechnie używany w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych. Dlatego przed podróżą w te strony nie trzeba się obawiać problemów związanych z porozumiewaniem się z mieszkańcami.


Termin Filipino pierwotnie oznaczał „człowieka o hiszpańskim pochodzeniu urodzonego na Filipinach”. Żyjący obecnie na archipelagu naród stanowi potomków ludów austronezyjskich, Chińczyków, Hindusów, Hiszpanów, Japończyków, Amerykanów i Arabów. Wyspiarze charakteryzują się pogodnym usposobieniem, otwartością, życzliwością i serdecznością. Między sobą często używają zwrotów Madame i Sir. Podczas wizyty na Filipinach możemy zostać zaproszeni do gry w koszykówkę czy badmintona, a także do wspólnego biesiadowania. W wioskach i na mniejszych wyspach, szczególnie pod sklepikami zwanymi sari-sari, miejscowi chętnie częstują turystów lokalnym trunkiem tuba lub bahalina. To nic innego jak samogon, tyle że otrzymywany z palmy kokosowej. Ma on mętny brązowy kolor i bardzo charakterystyczny smak fermentującej rośliny. W niektórych regionach bywa podawany z pepsi. Takie wspólne popijanie tuby stanowi okazję do snucia opowieści o lokalnych zwyczajach i historii.


Nie sposób nie wspomnieć również o zamiłowaniu Filipińczyków do śpiewania i ich wstydliwości, która przejawia się tym, że kiedy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie bądź czegoś nie wiedzą, spuszczają głowę, jakby udawali, iż rozmówca zniknął. Tę pierwszą cechę także nietrudno zauważyć. Wyspiarze, czy to młodzi, czy starzy, śpiewają niemal wszędzie. Czasem kiedy ekspedientka w dużym markecie usłyszy w głośnikach ulubiony utwór, przy obsługiwaniu klientów bez żadnego skrępowania wtóruje jego wykonawcy. Jeśli odmówimy wspólnego wykonania piosenki, tłumacząc się brakiem umiejętności, Filipińczycy prawdopodobnie odpowiedzą nam, że oni sami też nie wykazują szczególnych zdolności wokalnych. Jednak tym akurat się nie przejmują, bo zwyczajnie kochają śpiewać.


„Kani tayo!”


Kuchnia filipińska jest połączeniem wpływów orientalnych, europejskich (głównie hiszpańskich) i amerykańskich. Wspólne gotowanie i spożywanie posiłków ma dla mieszkańców tego kraju duże znaczenie. Dlatego w trakcie podróży po nim warto nauczyć się zwrotu Kani tayo!, czyli „Zjedzmy coś!”, funkcjonującego jako zaproszenie do stołu. Filipińczycy kochają życie i uwielbiają to celebrować podczas różnego rodzaju zjazdów i fiest. Do charakterystycznych dań lokalnej kuchni należy m.in. podawana na zimno przystawka z surowej ryby zwana kinilaw (kilawin). Świeże mięso np. z tuńczyka miesza się z octem, limonką, imbirem, chili, cebulą i czarnym pieprzem, a następnie pozostawia na kilka godzin w lodówce. Taki przysmak przyjemnie orzeźwia w gorące dni. Najważniejszą potrawą wszelkich uroczystości i świąt jest lechón – cała świnia pieczona nad rozgrzanymi węglami do uzyskania chrupiącej skórki. Poza tym mięsa lub owoce morza smaży się także w specjalnej marynacie adobo z czosnku, octu i sosu sojowego. Przygotowane w ten sposób kalmary są niezwykle smaczne. Popularnością cieszy się również pancit kanton, czyli smażony makaron jajeczny z krewetkami, wieprzowiną i niewielką ilością warzyw takich jak marchewka, kapusta i szczypior. Z kolei kare-kare stanowi rodzaj gulaszu o intensywnym orzechowym smaku.


Co ciekawe, sieci restauracyjne typu McDonald’s czy KFC do swojego menu na Filipinach wprowadzają dania kuchni lokalnej. Nawet w takim miejscu możemy więc dostać porcję ryżu do nóżki kurczaka, makaron ze słodkim sosem pomidorowym lub ciastko z mango. Za najpopularniejszy filipiński deser uchodzi natomiast halo-halo, na które składają się schłodzone owoce chlebowca, fasola, mleko, kostki galaretki i kruszony lód. Ten specjał podaje się w wysokiej szklance z łyżką.


Typowym elementem azjatyckiej gastronomii są stoiska z jedzeniem ulicznym. W tym kraju znajdziemy na nich smażone na głębokim oleju banany, słodkie ziemniaki, jelita kaczki, papryczki chili w cieście ryżowym i empanadas, czyli duże pierogi z ciasta kukurydzianego nadziewane kapustą, marchewką, chili i mięsem. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce kulinarnej z Filipin – budzącym mieszane emocje wśród Europejczyków przysmaku balut.Jest togotowane jajko z 17-dniowym zarodkiem kaczki z wyraźnie wykształconym już dziobem. Przekąsce tej przypisuje się właściwości afrodyzjaku. Kosztuje ona 20 peso filipińskich (PHP) i kupimy ją prawie na każdym rogu.


Mango i fiesta t
en pyszny filipiński owoc wpisano do Księgi rekordów Guinnessa dwa razy. W 1995 r. odmiana manila mango została uznana za najsłodszą na świecie. Z kolei w 2009 r. w mieście portowym Cagayan de Oro na wyspie Mindanao podczas lokalnej fiesty zaprezentowano okaz, który ważył aż 3,435 kg! Na Filipinach zbiera się rocznie ponad 800 tys. ton tych owoców (ok. 3,6 proc. światowej produkcji). Z uprawy mango słynie przede wszystkim Cebu. Podczas odwiedzin na niej można wybrać się na plantację i jeść je prosto z drzewa.


Wyspiarze kochają kolory. Świadczą o tym m.in. dość kiczowate malunki na jeepneyach czy barwne imprezy w poszczególnych dzielnicach (barangay, dawniej barrio). Aby poznać lokalny folklor, trzeba koniecznie wybrać się na taką potańcówkę połączoną z występami i kulinarną ucztą zakrapianą miejscowymi trunkami. Filipiny słyną też z różnokolorowych festiwali tanecznych i maskarad. Jedno z najpopularniejszych tego typu wydarzeń odbywa się w mieście Bacolod na wyspie Negros. Nosi wiele mówiącą nazwę MassKara. Ta zabawa to kilkudniowy uliczny spektakl, w którym główne role grają tańczący ludzie poubierani w eleganckie i pomysłowe kostiumy z odblaskowymi maskami.

W drodze


Do przemieszczania się po lądzie na długich i krótkich dystansach mamy na Filipinach do wyboru autobusy typu naszych PKS-ów w wersji klimatyzowanej i nieklimatyzowanej. Szybsze są wyposażone w klimatyzację minibusy, ale komfort jazdy jest w nich raczej pozorny. W rzeczywistości takim pojazdem, przeznaczonym dla 11 pasażerów, jedzie tyle osób, ile się zmieści, wraz z bagażami, np. 10-kilogramowym workiem ryżu lub żywym inwentarzem w postaci kurczaków w pudełku. Kolejny popularny środek transportu publicznego stanowią jeepneye, czyli stare przedłużane jeepy, które zostały na wyspach po Amerykanach. Na pace takiego samochodu terenowego po obu stronach znajdują się ławki dla podróżujących. Karoserię aut zdobią charakterystyczne różnobarwne malunki, często pojawiają się na nich postaci Matki Boskiej albo Jezusa. Ciekawie prezentuje się również trycykl. To motocykl z domontowanym z boku wózkiem. Choć wygląda na dwuosobowy i niejednokrotnie ciężko wsiąść do niego przeciętnemu Europejczykowi, przewozi czasem kilkoro Filipińczyków i ich bagaże. Trycyklem nazywa się też rower typu BMX z zamocowanym koszem na pasażerów i parasolem ogrodowym. Rzadko ma on normalny hamulec, przeważnie kierowca zwalnia za pomocą naciśnięcia klapkiem na oponę. Interesujące rozwiązanie stanowi także taksówka motocyklowa habel-habel. Można podróżować nią tylko z kierowcą lub w większym towarzystwie. 


Do pokonywania odległości między wyspami służą wolne, ale tanie promy, trochę droższe szybkie łodzie (fast boats) oraz tradycyjne filipińskie banki (banca). Te ostatnie wyglądają jak duże pająki wodne, ponieważ do ich wąskich kadłubów przyczepia się długie bambusowe stabilizatory, które zapobiegają wywróceniu się. Jeśli wybierzemy lokalne środki transportu, na pewno czeka nas wiele niesamowitych przeżyć.


Sport dla odważnych


Za nieodłączną część kultury filipińskiej uchodzą walki kogutów. Mimo iż są krwawe i brutalne, odbywają się całkowicie legalnie. To lokalna forma hazardu. Arena, na której walczą ptaki przypomina ring bokserski. Koguty dzieli się na trzy kategorie wiekowe: 0–9 miesięcy, 9–20 miesięcy i powyżej 20 miesięcy. Standardowy trening przed walką trwa 21 dni. Zaczyna się o godz. 3.00 rano przy silnym oświetleniu. Taki zabieg ma na celu oswoić ptaka ze światłem, które pada na niego na arenie. Kogut wykonuje różne ćwiczenia wzmacniające jego mięśnie, skrzydła i pazury. Po 7 dniach treningów w nagrodę właściciel podsuwa mu kurę. Dzięki kopulacji w koguciej krwi wzrasta poziom testosteronu. Poza tym wpływa ona też pozytywnie na rozwój muskulatury. W czasie ćwiczeń ptak dostaje suplementy diety, specjalne jedzenie oraz witaminy i antybiotyki, a także środki na rozbudowę masy mięśniowej. 


W dniu walki przed wejściem na arenę do lewej nogi koguta przywiązuje się ostrze. Z wieloletnich obserwacji wynika, że w 99 proc. przypadków pierwsze kopnięcie wykonuje on właśnie tą łapą. Za pomocą tej broni ptak zadaje śmiertelny cios swojemu rywalowi. Gdyby nie otrzymał takiego wyposażenia, starcie trwałoby znacznie dłużej. Walki kogutów są ważną częścią codziennego życia wyspiarzy, dlatego jeśli mamy mocne nerwy, powinniśmy choć raz obejrzeć tego rodzaju zawody.


Wyspa cudów


Większość turystów rozpoczyna swoją podróż po Filipinach od największej ich wyspy Luzon ze stolicą Manilą i znajdującymi się w niej dwoma międzynarodowymi lotniskami – Ninoy Aquino International Airport i Clark International Airport. W pobliżu miasta, w prowincji Batangas wznosi się czynny wulkan Taal (311 m n.p.m.). Ostatnio wybuchł w 1977 r., lecz od 1991 r. pozostaje wciąż aktywny i raz na jakiś czas daje o sobie znać lekkimi wstrząsami ziemi i bulgotaniem wydobywającym się z krateru. Wygląda jednak wyjątkowo malowniczo. Jego stożek wystaje nad spokojną taflę oblewającego go jeziora Taal. To widok zapierający dech w piersiach.


Na Luzon ujrzymy także uznawane za ósmy cud świata, liczące sobie ok. 2 tys. lat, przepiękne tarasowe pola ryżowe Kordylierów Filipińskich, położone w prowincji Ifugao. Leżą one na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. W 1995 r. zostały wpisane na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


W górskim regionie (Mountain Province) znajduje się też miasteczko Sagada. W tej urokliwej miejscowości o przyjemnym chłodnym klimacie zobaczymy słynne wiszące trumny. Najpopularniejsze miejsce do ich oglądania stanowią Echo Valley i jaskinia Lumiang Burial. Przyczepione do wapiennych skał skrzynie są pozostałością po dawnej formie pochówku sprzed 500 lat. Razem z przewodnikiem można udać się z Sagady na eksplorowanie okolicznych grot, atrakcyjnych ze względu na wąskie przejścia i podziemną rzekę. 


Na północno-zachodnim wybrzeżu Luzon, nad Morzem Południowochińskim, leży 50-tysięczne Vigan. To czarujące miasto z zachowaną XVI-wieczną zabudową. Jego historyczne centrum wzniesione przez hiszpańskich kolonizatorów również znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wśród jego klimatycznych uliczek można poczuć się jak w Hiszpanii. Warto tu przejechać się dorożką, spróbować empanadas i pizzy pinakbet, odwiedzić garncarnię i tkalnię. Kinomanów zaciekawi na pewno fakt, że w tym miejscu kręcono film Urodzony 4 lipca (1989 r.) z Tomem Cruise’em w roli głównej.


Podziemna rzeka


Najdalej wysuniętą na północ częścią archipelagu są wyspy Batanes położone w bliskim sąsiedztwie Tajwanu. Ten region uchodzi za nie lada gratkę dla miłośników historii II wojny światowej, ponieważ znajdowała się w nim amerykańska baza wojskowa. Do dziś zachowała się m.in. radiostacja, a także japoński tunel. Poza tym rejon charakteryzuje się chłodniejszym klimatem i soczyście zielonym krajobrazem z klifowym wybrzeżem. 


Z Manili dolecimy np. do Puerto Princesa na niezmiernie długiej wyspie Palawan, leżącej na południowym zachodzie. Słynie ona z obszaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i jednego z 7 Nowych Cudów Natury, czyli Parku Narodowego Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (bramę do niego stanowi wioska Sabang). Umieszczona w jego nazwie rzeka (Cabayugan) płynie przez 8,2 km pod ziemią, wpada bezpośrednio do Morza Południowochińskiego i podlega pływom. Jej okolicę porasta bujna roślinność. Odkryto tutaj ok. 800 gatunków flory. Oprócz tego jaskinie krasowe i ich sąsiedztwo zamieszkują liczne pajęczaki, ssaki, gady i ptaki. To znakomite miejsce dla miłośników biologii.


Na północny wschód od Sabang znajduje się cichy i leniwy nadmorski Port Barton. Przed budową drogi ekspresowej pozwalającej dostać się z Puerto Princesa do El Nido w kilka godzin w tym mieście przyjezdni zatrzymywali się na nocleg. Wówczas przeżywało ono okres największej popularności. Obecnie pozostaje trochę zapomniane. Port Barton spodoba się jednak osobom unikającym masowej turystyki i ceniącym sobie spokój. Rozciąga się w nim piękna piaszczysta plaża. Wybierzemy się też stąd na całodniowy rejs łodzią na pobliskie malutkie wyspy połączony z oglądaniem raf koralowych i ich mieszkańców, m.in. żółwi morskich. Podczas spaceru w głąb dżungli napotkamy lokalną ludność, ujrzymy liczne małpy i zażyjemy odświeżającej kąpieli w wodach wodospadu. Kolację najlepiej zjeść tu w jednej z garkuchni.

Z kolei wspomniane wcześniej El Nido to bardzo popularna miejscowość, położona na północnym końcu Palawanu. Słynie ona z dziewiczego archipelagu Bacuit. W jego okolicach spotkamy manty, delfiny, diugonie przybrzeżne i żółwie (szylkretowe, oliwkowe, skórzaste i zielone). Miłośnicy klifów i dziewiczych lagun na pewno będą zachwyceni tutejszymi krajobrazami.


Z El Nido drogą morską dostaniemy się na wyspę Coron. Właśnie w jej pobliżu spoczywa kilka wraków japońskiej floty zaopatrzeniowej z okresu II wojny światowej. Brak silnych prądów i specyficzne ukształtowanie terenu czynią nurkowanie z licencją OWD (Open Water Diver) wokół tych jednostek wyjątkowo łatwym.


Rekiny i czary


Zarówno z Manili, jak i z Puerto Princesa, można dotrzeć samolotem na wyspę Cebu, leżącą w sercu regionu Visayas. Miasto Cebu było pierwszą osadą założoną przez hiszpańskich kolonizatorów w kwietniu 1565 r. Znajdziemy w nim kaplicę ze słynnym Krzyżem Magellana (niedaleko Bazyliki Dzieciątka Jezus) i Muzeum Sugbo (Museo Sugbo). To wspaniałe miejsce do poznawania bogatej historii tego wyspiarskiego kraju.


Osoby lubiące nieco inne wrażenia powinny wybrać się w okolice Mango Square. Rejon ten znany jest z klubów nocnych, imprez w stylu house i klubów go-go. Na ulicach spotkamy dziewczyny lub transwestytów składających niedwuznaczne propozycje.


W położonym na południe od Cebu miasteczku Oslob można popływać z rekinami wielorybimi. Te niezwykłe ryby dożywają podobno nawet 70 lat. Ich skóra o grubości do 10 cm chroni je przed najgroźniejszymi drapieżnikami. Największy odnotowany okaz miał aż 12,65 m długości i ważył ok. 21,5 tony! Choć takie fakty brzmią nieco przerażająco, zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla człowieka. Żywią się głównie planktonem. Spotkanie oko w oko z rekinem wielorybim z pewnością będzie przeżyciem zapadającym na długo w pamięć.


U południowych wybrzeży Cebu, pomiędzy wyspami Negros i Bohol znajduje się Siquijor. Wśród Filipińczyków cieszy się złą sławą i budzi grozę. Jeśli zaprosimy kogoś miejscowego na wspólne zwiedzanie tego niewielkiego lądu (ok. 337,5 km²), prawdopodobnie zdecydowanie nam odmówi. Podobno tę wyspę zamieszkują czarownice, szamani i stworzenia o nadprzyrodzonych zdolnościach takie jak abat czy łak-łak (wak-wak, aswang). Ten ostatni według lokalnych wierzeń zjada płody z wnętrzności ciężarnej kobiety. Mimo to urokliwa i zróżnicowana Siquijor jest coraz chętniej odwiedzana przez turystów. Jeśli wypożyczymy motocykl bądź trycykl, objedziemy ją w jeden dzień. Warto udać się tutaj do kilku wodospadów. Cambugahay mają 3 poziomy, a na każdym z nich można wykąpać się w orzeźwiającej wodzie. W Sanktuarium Motyli zapoznamy się ze stopniami rozwoju tych owadów i dowiemy się, jakie ich gatunki występują w tym regionie. Na uwagę zasługują też jaskinie i puste piaszczyste plaże. 


Czekoladowa kraina


Na samym środku pobliskiej wyspy Bohol, niedaleko miejscowości Carmen leżą słynne Wzgórza Czekoladowe, czyli co najmniej ok. 1270 kopców osiągających wysokość od 30 do 120 m. W porze suchej (od lutego do maja), kiedy wszystko wokół zamiera, przybierają brązowy kolor podobny do barwy czekolady.


Także w tej części Filipin znajdziemy rezerwat uroczych małych małpek – wyraków filipińskich. Po drodze do niego warto udać się na spływ rzeką Lobok, której okolica posłużyła za plener do filmu Czas Apokalipsy (1979 r.) Francisa Forda Coppoli. Ze względu na położenie w sercu dżungli zachwyca ona widokami.


Amatorom mocnych wrażeń przypadnie do gustu propozycja przejażdżki rowerem po linie rozwieszonej na wysokości 225 m w Chocolate Hills Adventure Park. W jej trakcie z siodełka można podziwiać niesamowitą panoramę ze Wzgórzami Czekoladowymi.


Na południowy wschód od Bohol leży Camiguin. Na tym lądzie o powierzchni niemal 238 km2, zamieszkanym przez 90 tys. ludzi, wznosi się aż 7 wulkanów. Erupcje i ruchy ziemi sprawiły, że ta spektakularna wyspa jest pełna cudów i bogactw naturalnych. Ogromne wrażenie robi zatopiony cmentarz (Sunken Cemetery), a jego historia opowiedziana przez mieszkańców dodaje mu jeszcze większego uroku. Na Camiguin odkryjemy również dwa potężne wodospady – Tuasan i Katibawasan. Bije od nich przyjemny chłód i życiodajna energia. Idealnym zakończeniem dnia będzie natomiast relaksująca kąpiel w gorących źródłach Ardent u stóp wulkanu Hibok-Hibok (1332 m n.p.m.).


Jak w raju


Z większą wyspą Panay sąsiaduje maleńka Boracay. Zajmuje ona ok. 10 km2 powierzchni i szczyci się najpiękniejszą białą plażą oblewaną turkusową wodą na całych Filipinach – White Beach. Jeżeli zapytamy Filipińczyków, dokąd warto wybrać się w ich ojczyźnie, jak jeden mąż odpowiedzą, że właśnie do tej rajskiej oazy. Ten niewielki skrawek lądu został w dużej mierze opanowany przez masową turystykę, lecz jest na tyle przestronny, że można na nim spędzić spokojnie urlop. Znakomitym pomysłem będzie też rejs dookoła Boracay połączony z przystankami na snorkeling, skakanie z klifu czy zwiedzanie grot i pływanie w nich. Do miejscowych atrakcji należą również nurkowanie, wind- i kitesurfing czy lot na paralotni, a nawet… kurs bycia syreną. 


Z kolei u północno-wschodnich wybrzeży Panay rozciągają się Wyspy Olbrzymów (Islas de Gigantes), podzielone na rejon północny (Gigantes Norte) i południowy (Gigantes Sur). Ten owiany legendami obszar kusi dziewiczymi piaszczystymi plażami, pysznymi świeżymi owocami i skalnym krajobrazem. Na archipelagu warto odwiedzić przestronne jaskinie (aż 73!) i zażyć kąpieli w ich krystalicznie czystych wodach, a także wejść na latarnię morską (North Gigantes Island Lighthouse). Przede wszystkim jednak trzeba koniecznie udać się na punkt widokowy, z którego rozpościera się wspaniała panorama okolicy.


Podwodne eldorado


Filipiny znajdują się w czołówce najlepszych regionów dla nurków na świecie. Eksploracja podwodnego królestwa w tej szerokości geograficznej dostarcza niezapomnianych wrażeń. Za największy skarb archipelagu uchodzi przede wszystkim wpisany w 1993 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Park Naturalny Raf Tubbataha (Tubbataha Reefs Natural Park), założony na południowy wschód od Puerto Princesa (Palawan) na morzu Sulu. Zajmuje on 1300 km². Ochroną objęto tutaj dziewiczą rafę koralową z przepiękną 100-metrową ścianą, rozległymi lagunami i koralowymi wysepkami. Ten region jest udostępniony do zwiedzania tylko podczas kilkudniowego nurkowego safari, które – niestety – nie należy do najtańszych.


Kolejnym idealnym miejscem dla amatorów podwodnych przygód będzie rejon Parku Naturalnego Rafy Apo (Apo Reef Natural Park), zwanej też miniaturową Tubbatahą, rozciągający się u zachodnich wybrzeży Mindoro. To drugi co do wielkości ciągły system rafowy na świecie (ok. 34 km2). Podczas nurkowania można tu spotkać rekiny, ślimaki nagoskrzelne, ryby z rodziny rogatnicowatych, manty i barakudy.


Dużą popularnością cieszą się także Moalboal na Cebu i wyspa Pescador. Wśród pobliskich miękkich ścian koralowych aż roi się od egzotycznych stworzeń, w tym żółwi morskich. Nurkowie odwiedzają również Bohol i plażę Alona na Panglao, gdzie działa wiele lokalnych baz. Z tutejszymi instruktorami udamy się na wyspę Balicasag, wokół której wznoszą się pod wodą strome stoki z koralowców zamieszkane m.in. przez ryby z gatunku karanksów, plataksy długopłetwe (Platax teira), mniejsze ślimaki nagoskrzelne czy liczne błazenki. W okolicach brzegów rajskiej Pamilacan o poranku można spotkać stada delfinów radośnie skaczących nad powierzchnię morza w promieniach wschodzącego słońca.


Nad morzem i w górach


We wschodniej części Filipin oblewanej przez wody Morza Filipińskiego, w rejonie Mindanao leży Siargao (ok. 437 km²). Dzięki tworzącym się tutaj wysokim falom, wyspa zaskarbiła sobie względy surferów z całego świata. Miejsce, gdzie powstaje słynna „Cloud 9” („Chmura 9”) co roku we wrześniu gości międzynarodowe zawody surfingowe. Oprócz tego Siargao zachwyca pięknymi piaszczystymi plażami i kolorowymi rafami koralowymi.


Na Archipelagu Filipińskim nie powinni też się nudzić wielbiciele trekkingu. Najwyższy szczyt kraju stanowi góra Apo (2954 m n.p.m.) na Mindanao, położona koło miasta Davao. Wejście na nią zajmuje 3 dni i nie należy do łatwych ze względu na ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać skaliste obszary, omszałe lasy, duże rzeki i bagna. Jednak zapierający dech w piersiach widok z wierzchołka wynagradza wszelkie trudy.


Na uwagę zasługuje również uważany za mistyczny Obelisk Kleopatry (Cleopatras’s Needle), druga najwyższa góra Palawanu (1593 m n.p.m.). Nazwa ta pochodzi od formacji skalnej znajdującej się na szczycie. Trekking trwa 3–4 dni, a wieńczy go podziwianie wspaniałej panoramy morza Sulu i miasta Puerto Princesa.


Filipiny są na tyle różnorodne, że można na nich stale podróżować do nowych regionów i odkrywać niezwykłe miejsca. Do poznania tego archipelagu szczególnie mocno zachęcają dwie rzeczy. Nadal nie ma tutaj zbyt wielu turystów, a Polacy nie potrzebują wizy, jeśli chcą zatrzymać się w kraju na okres do 30 dni. Wystarczy, że okażą ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy paszport, bilet powrotny i zadeklarują posiadanie środków na pokrycie kosztów pobytu. Warto więc wyruszyć na pełen atrakcji rajski Archipelag Filipiński, żeby odnaleźć na nim prawdziwą radość życia.

Dominikańskie rozmaitości

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

<< „Dominikana, ta czarująca diablica, usidliła mnie, owinęła wokół palca. Wabi feromonami, od których kręci mi się w głowie” – tak przeważnie odpowiadam, kiedy ktoś pyta mnie (a zdarza się to nader często), dlaczego wybrałem ten kraj, dlaczego poświęciłem mu tyle czasu i dlaczego wciąż do niego wracam. Przepadłem na dobre w 2006 r., podczas pierwszej podróży. Zakochałem się od razu! Pamiętam to nocne tropikalne niebo nad Puerto Plata – gwiazdy wisiały tak nisko, że można je było przesuwać dłońmi. I to powietrze, lepkie, wilgotne, nasycone mieszanką odurzających zapachów. Potem Dominikana wzywała mnie wielokrotnie, wymęczyła duchotą i nieziemskim upałem, wyciągnęła ze mnie hektolitry potu, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, niesłychaną beztroskę, z którą dorosły mężczyzna nie powinien się już tak obnosić. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem. >>

Niedawno przekonałem się o czymś jeszcze: wspaniale jest pokazywać Dominikanę innym ludziom, na żywo. Uwielbiam spoglądać na miejsca, które dobrze znam, czyimiś oczami. Lubię stanąć z boku i popatrzeć, jak inni reagują, jakie towarzyszą im emocje. Właśnie wtedy dopełnia się podróż, nierzadko w sposób zaskakujący. Najważniejsze są przy tym fascynacja, entuzjazm, świeże wrażenie. Jeśli ktokolwiek miałby ochotę ze mną pojechać, zabiorę go z przyjemnością. Jednak kiedy wróci do domu, odczuje prawdziwy koszt wyprawy – przyjdzie mu słodko cierpieć, bo Dominikana nie pozwoli o sobie zapomnieć. Dominikański bakcyl wnika w duszę trwale i skutecznie.

 

Często otrzymuję pytania, w jaki sposób najlepiej poznawać ten kraj, jaką formę wakacji wybrać: jechać na własną rękę czy skorzystać z licznych ofert biur podróży. Odpowiadam wówczas przewrotnie. Jeśli ktoś znajduje w sobie siłę i czuje potrzebę podróżowania samodzielnego, lubi po prostu być w drodze, pragnie wyjechać po to, aby poznać z bliska miejsca i ludzi – nie ma dla niego lepszego regionu na Karaibach niż Dominikana. To kraj szalonej geografii, fantastycznej energii, niebywale życzliwych mieszkańców, z którego można czerpać garściami. Taki sposób zwiedzania praktykuję od lat i nie zamieniłbym go na żaden inny. Jeżeli z kolei komuś wydaje się, że potrzebuje porządnego odpoczynku w zjawiskowym otoczeniu, blisko basenu i baru z koktajlami oraz plaży ocienionej wysmukłymi palmami kokosowymi, pośród uczynnych ludzi, którzy zrobią wszystko, aby czuł się wyjątkowo od rana do wieczora (co zawiera się w cenie oferty all inclusive) – również powinien zdecydować się na Dominikanę. Taki jest właśnie fenomen tego kraju. A mnie czego brakuje najbardziej, kiedy wracam z tropiku w polskie realia, za czym tęsknię najmocniej, co wspominam najchętniej? Oto krótki przegląd dominikańskich zauroczeń i rozmaitości, do których żywię największy sentyment…

 

Carro público jest niezmiernie popularnym dominikańskim środkiem transportu

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

ZACIEŚNIANIE WIĘZI

Nie mogę bez nich żyć, normalnie funkcjonować w latynoskiej przestrzeni, są mi potrzebne, są użyteczne, charakterne. Stanowią nieodłączną część pejzażu dominikańskich miast takich jak stołeczne Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros, mkną też nieprzerwanie gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany, po prostu – rządzą na drogach. Mam na myśli wieloosobowe taksówki, zwane carros públicos. To zwykłe auta osobowe, przeważnie wysłużone toyoty, mazdy lub inne modele wyprodukowane przed laty w Japonii, do których wsiada zawsze więcej pasażerów, niż powinno zgodnie z przepisami. Nie są to żadne wymuskane gabloty, raczej wyjeżdżone gruchoty, 100 razy stukane, obolałe ze starości, bez połowy okablowania, zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc.

Wiele z tych wehikułów działa, o dziwo, normalnie, inne… tylko udają, że jeżdżą. Jednak chętnych do wspólnej podróży nie brakuje. Dlaczego? Bo carros públicos są względnie tanie, łatwo dostępne i wyrobione muzycznie – bachata, merengue, reggaetondudnią w nich aż miło. Co więcej, można w nich zacieśnić (i to dosłownie!) więzi z ludźmi… Kto był w Republice Dominikańskiej i korzystał z tego środka transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie pośladków, skręcanie w precel rąk i nóg.

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach lub przedniej szybie (bywa, że strzaskanej). Z nich też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle wiodą ważniejszymi komunikacyjnymi arteriami w mieście. Kierowcom wybitnie zależy na wydajnym przewozie pasażerów, dlatego hołdują zasadzie: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze może co najwyżej przez auto przepływać (i jedynie chłodzić podróżnych), a nie nim jechać.

Szczęśliwą liczbą dla każdego kierowcy carro público jest siódemka. Oznacza ona, iż zebrał wreszcie komplet pasażerów i wolno mu wcisnąć mocniej gaz. Nie będzie już ostentacyjnie zwalniał, ciągle trąbił i dawał stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż mogą liczyć na miejsce. To moment, kiedy kierowca sobie odpuszcza. I to nie dlatego, że ma jakieś opory, martwi się o przeciążenie auta czy myśli o kontroli drogowej, nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do kasy syndykatu, dla którego pracuje, dodatkowe pesos. Tyle że pasażerowie mu na to nie pozwolą – każda „puszka sardynek” ma swoją nieprzekraczalną pojemność! Czasem pozycja, jaką człowiek jest w stanie przybrać w przepełnionym carro público, zawstydziłaby niejednego giętkiego jogina.

Wiem, że wiele osób obawia się korzystać z tych leciwych wehikułów. Zraża je choćby niezbyt zachęcający wygląd. Można to zrozumieć. Z drugiej strony carros públicos to swojego rodzaju zjawisko społeczne – trzeba mu się przyjrzeć, najlepiej podczas obserwacji… uczestniczącej. Kierowcom tych nierzadko aut zombie nie opłaca się ich klepać, reperować, dopieszczać w warsztatach, malować nowym lakierem, dokręcać im reflektorów, podnosić zderzaków piłujących asfalt. Wóz musi jeździć, trzymać się na kołach. I wozić ludzi po swojej odwiecznej, ustalonej trasie. Jego wygląd ma drugo- albo i trzeciorzędne znaczenie. Kiedy dwa gruchoty zderzą się lekko, drasną w korku lub przy innej okazji, to być może nowe wgniecenie wyrówna stare nierówności na karoserii. Samochód nowy lub odrestaurowany nie nadaje się po prostu na carro público. Miejscowi kierowcy o tym wiedzą, a rozbawieni turyści strzelają tym jeżdżącym kuriozom setki zdjęć.

Mam również wielką słabość do innych środków lokalnego transportu. W Dominikanie chodzenie nie jest sprawą oczywistą. Jeśli ktoś spaceruje po mieście albo uprawia trekking w dzikim terenie, bo lubi z natury zdzierać nogi do bólu, to choćby szedł prostą drogą lub krążył po wertepach, może być pewien, że znienacka zjawi się przy nim usłużny osobnik na swoim stalowym rumaku, zwanym tu motoconcho (nowiutkim lub steranym życiem). I na pewno ów osobnik zaproponuje spotkanemu nieznajomemu podwózkę. W Dominikanie transport szuka człowieka, nie odwrotnie. Nieraz ta pogoń za klientem przybiera karykaturalne formy. Jednak nie sposób wyobrazić sobie przemieszczania się po tutejszych miastach, miasteczkach, małych i dużych wioskach bez tych pożytecznych motocykli taksówek. Wszędzie jest ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin, hałasu i zamieszania. Ale wydają się częstokroć niezastąpione. Jeśli mamy w kieszeni trochę zmiętych pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziemy – zatrzymajmy się. Właściciel motoconcho rozpozna ten sygnał i zjawi się od razu, żeby zabrać nas tam, gdzie tylko zechcemy. Czasem w zakorkowanej polskiej stolicy marzą mi się takie osobliwe rozwiązania komunikacyjne. Tak jak marzy mi się powrót do Río San Juan.

 

 

Kolorowy sklep ze świeżymi owocami i warzywami w spokojnym Río San Juan

© MARCIN WESOŁY/www .caribeya.pl

 

TROPIK DZIWNIE ZNAJOMY

W tym niewielkim miasteczku leżącym na północnym wybrzeżu kraju i pogrążonym w popołudniowym letargu wyczułem niegdyś zapachy znane mi z dzieciństwa, ze wsi mojego zmarłego dziadka. Bardzo mnie to rozczuliło. W parnym tropiku, jakieś 8,5 tys. km od domu, w powietrzu wibrowało coś nieuchwytnego, lecz niesłychanie swojskiego. Na Karaibach zamiast wierzb płaczących rosną palmy królewskie czy kokosowe. Więcej w tym rejonie mangowców niż gruszy lub jabłoni. Przyroda i klimat są inne niż w Polsce, podobnie jak i ludzie. A jednak odnajduję tu ślady czegoś, co mocno utrwaliło mi się w pamięci i za czym tęsknię.

Karaiby to kraina jakby ciągle zawieszona między jawą a snem. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy wybitni pisarze, jak choćby Kolumbijczyk Gabriel García Márquez (1927–2014), potrafili czerpać z tej rzeczywistości inspirację do tworzenia wspaniałej, ponadczasowej literatury. W Polsce także miewałem takie miejsca, gdzie świat wydawał się odrealniony, ale już do nich nie wrócę, do tej dziadkowej chałupy, gdzie były cztery sypialnie, każda na inną porę roku...

Za to, na szczęście, mogę ponawiać wizyty w Río San Juan, które działa na mnie jak magnes i skradło mi duszę. Zapewne to za sprawą miejscowych, którzy mówili, że w Río jest tranquilo („spokojnie”), że otacza je piękna naturaleza („przyroda”), że trzeba koniecznie pójść na kameralną plażę, gdzie przychodzą tylko Dominikańczycy. Chodziło im o El Caletón, to cudo leżące kawałek za miasteczkiem. Zwali je pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to rzeczywiście była plażyczka i taką pozostała – 200 m drobnego piasku, morze koloru, jaki od razu można polubić, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych niż obcych. Jedni odbywali sjestę, leniuchowali na leżakach stojących pod migdałowcami albo w cieniu wybujałych okazów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), zwanej tu uva de playa („winogronem plażowym”), inni jedli smakowitego kurczaka z ryżem, pili rum Brugal i piwo Presidente, schłodzone, jak Bóg przykazał.

El Caletón nie zmieniła się do dzisiaj, choć wówczas było na niej zupełnie dziko – żadnego normalnego baru czy garkuchni, ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, a typowo karaibska, drewniana, idealna, aby zjeść pyszne ryby, owoce morza i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa, po czym wyjeść do reszty miąższ. Wciąż mam wiele powodów, żeby tutaj wracać. Zresztą najważniejszy z nich zawiera w sobie wszystkie pozostałe: po prostu Río San Juan wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime i przenosi mnie w lata szczenięce, na dziadkową wieś, dokąd z radością jeździłem, aby spędzać na niej każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo jak polskie, a tutejsze krowy muczą jak nasze. Popołudniami siadywaliśmy z dziadkiem na ławce przed wielką chałupą i wyjadaliśmy z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu, wyciskać z niej miękki środek i go zjadać. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, namieszają mu w głowie, przeniosą go w czasie i przestrzeni.

 

 

Playa Frontón usytuowana na końcu rajskiego półwyspu Samaná, na wschód od Las Galeras

© MARCIN WESOŁY/www.caribeya.pl

 

PRZYSTANEK W RAJU

Kompletnie odurzony pozostaję też od 2006 r. atmosferą sielskiej miejscowości Las Galeras, leżącej gdzieś na skraju dominikańskiego świata, na półwyspie Samaná. Kiedyś, gdy krążyłem całymi dniami po Santo Domingo z aparatem i notesem, jedynie słyszałem (zazwyczaj od taksówkarzy pochodzących z tamtych rejonów) o tej prawdziwej tierra de coco – „ziemi kokosa”. Mówiono mi, że to piękna okolica, wciąż dzika, bez roju turystów. Byłem zbyt blisko tej kuszącej wizji, aby ją porzucić dla spraw, które mogły poczekać. Zresztą jak dotąd z plaży, morza i słońca miałem w nadmiarze tylko słońce, prażące niemiłosiernie na stołecznych ulicach. A przecież znajdowałem się w Dominikanie, na Karaibach!

Wciąż pamiętam, że ledwo zipiąca toyota pick-up (której pakę wypełniali rozgadani pasażerowie, ich bagaże oraz inwentarz w postaci nadpobudliwych kurczaków) wyhamowała niemalże w lazurowej wodzie zatoki Rincón. W tym miejscu kończyła się droga i kierowca zaczynał fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt zastąpił piasek w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniały pochyłe kokosowe palmy, targane morską bryzą. Miałem przed oczami karaibską pocztówkę, i to bez retuszu. Do dzisiaj opowiadam o tym każdemu, a komu mogę demonstruję ten cud na żywo. Gdy docieram do Las Galeras, niezmiennie ogarnia mnie szczenięcy zachwyt. Co za ulga, że człowiek czasem zapomina, jaki jest dorosły i jak wiele zjadł rozumów. Wtedy reaguje spontanicznie i nie tłumi emocji, a szczęście czyni z niego nieszkodliwego dzikusa.

To malownicze pueblo nieprzerwanie przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który pokona kilka tysięcy kilometrów, aby uciec od europejskiej ciasnoty, znajdzie tu kawałek swojego wyczekiwanego raju. Tych, których zabieram do Las Galeras, oczarowuje lokalna gościnność. Jest im tak dobrze, że nie chcą wracać… A ja czerpię z tego ogromną radość. Oczywiście, miejscowość ewoluuje. Zmiany są raczej subtelne, a nie gwałtowne, lecz zauważalne. Prowadzi tutaj już porządna droga, pojawia się coraz więcej komfortowych pensjonatów i hotelików, poza tym niedawno w pobliżu zbudowano stację benzynową (choć pokątny handel paliwem w butelkach po piwie Presidente kwitnie po staremu).

Nie udało mi się uchować tego miejsca przed innymi, o czym na początku naiwnie marzyłem. Po prostu Las Galeras (mimo iż położone pozornie z dala od świata) jest na tyle zjawiskowe, że nie mogło pozostać nieodkryte. Poniekąd daje jakieś wyobrażenie o raju, ze swoimi czarującymi zatoczkami, cichymi plażami i połaciami wybujałej, soczystej roślinności. A ludzie pragną takiej tropikalnej rajskości i zawsze będą jej poszukiwać…

 

 

Pożywna zupa sancocho uważana za jedną z narodowych potraw Republiki Dominikańskiej

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

KULINARNE OBJAWIENIA

W Dominikanie szukam również dobrych smaków, które potem próbuję odtworzyć w Polsce (co tylko połowicznie mi się udaje). Niestety, wiele z tutejszych potraw smakuje dokładnie tak, jak powinno, jedynie w konkretnym miejscu i czasie, w sprzyjającej atmosferze: w przyplażowym barze wymalowanym w barwy reggae, w restauracji położonej na klifie omywanym przez wody zatoki Rincón, w ulicznej garkuchni opartej na grillu skleconym ze starej beczki, w cafeterii liczącej ponad 80 lat, w jadłodajni z domowymi posiłkami, gdzie robotnicy budowlani jedzą obiad w towarzystwie biznesmenów, w otwartym od ćwierćwiecza bistro prowadzonym przez nobliwego dona, któremu kłania się całe miasteczko. Od lat powracam do tych samych punktów gastronomicznych, bo jestem pewny, że zawsze zjem w nich smacznie i nie zapłacę za tę przyjemność wygórowanej ceny. Mam swoje miejscówki w Santo Domingo, Sosúa, Río San Juan czy Las Galeras. Chętnie je zarekomenduję.

Mosha jest Jamajczykiem, który od wielu lat mieszka w Republice Dominikańskiej. Przy plaży Sosúa prowadzi bar „Mosha’s Reggae Lounge”, gdzie serwuje wyśmienitego kurczaka zwanego Jamaican jerk chicken. Przyrządza go z niezwykłą pieczołowitością według oryginalnych rodzinnych receptur, z użyciem blisko 25 różnych składników. Natarte przyprawami kawałki kurczaka są marynowane przez noc, a następnie – co istotne i co podkreśla Mosha – dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta piecze się je na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczną cechę tej potrawy. Dopełnienie stanowi ryż po jamajsku z mlekiem kokosowym (Jamaican rice and peas) oraz świeża sałatka. Pyszne karaibskie jedzenie jest gotowane z pasją i po domowemu. Wszystkie pozycje w menu są wyśmienite i warte swojej ceny. Poza tym Mosha przygotowuje znakomite „poncze na rumie” (rum punches), które potrafią umilić oczekiwanie na danie główne.

Jednym z najważniejszych punktów na kulinarnej mapie obszaru Zona Colonial (Ciudad Colonial) w Santo Domingo jest jadłodajnia „Omeroliza D’Comer”. Warto do niej zajrzeć szczególnie w porze obiadowej. Lokal ten, leżący w nieznacznym oddaleniu od głównego turystycznego deptaku El Conde, cieszy się wielką popularnością wśród miejscowych. Przyciąga pysznym, tanim (i uzależniającym!) jedzeniem z repertuaru kuchni dominikańskiej. Duże porcje nakładane są z sercem przez właścicieli. Mięso wołowe, wieprzowe czy drobiowe przyrządzane na różne sposoby wyczekuje swoich amatorów, zawsze jest soczyste i aromatyczne. Towarzyszą mu rozmaite dodatki: maniok, gotowane i smażone platany (plátanos fritos), fasola w sosie, kawałki dojrzałego, maślanego awokado (w sezonie). Pośród świetnych zup można trafić na słynne treściwe sancocho. Kuszące i obszerne menu zmienia się częściowo każdego dnia, co sprzyja nowym odkryciom i raduje podniebienie. Warto spróbować czegoś nietypowego, jak choćby rabo encendido – pokrojonych ogonów wołowych, duszonych w smacznym, nieco pikantnym sosie. W końcu jak powiedział znany amerykański podróżnik i smakosz Andrew Zimmern (prowadzący pogramy z telewizyjnej serii Bizarre Foods), który uwielbia czerpać przyjemność z oryginalnego jedzenia, jeśli coś wygląda dobrze, zjedz to!. Tutaj wszystko wygląda dobrze, a portfel nie zadrży przy rachunku.

„La Cafetera Colonial”, znana bardziej jako „La Cafetera”, stanowi ikonę obszaru Zona Colonial. Ta kultowa, ponad 85-letnia kawiarnia w sercu kolonialnego Santo Domingo sprawia wrażenie, jakby stała w nim od zawsze, a cała reszta wiekowych murów jest jedynie imponującą dobudówką wokół niej. To kulturalna oś historycznej dzielnicy, azyl intelektualistów, komentatorów politycznych, rozmaitych artystów, ekscentryków i turystów. Wewnątrz przeszłość scala się z teraźniejszością, a człowiek przyjezdny z tutejszym. Wchodząc tu, od razu czujemy dotyk historii, sięgającej pamiętnego 1930 r., kiedy władzę w kraju przejął Rafael Leónidas Trujillo (w praktyce utrzymał ją przez 31 lat, aż zginął w zamachu, choć urząd prezydenta sprawował w sumie jedynie lat 18) i huragan San Zenón zdewastował doszczętnie dominikańską stolicę. Wtedy też narodziła się „La Cafetera”, oczywiście, z miłości do kawy. Założył ją hiszpański imigrant Benito Paliza. Lokal łączył w sobie cechy europejskiej kawiarni i bistra, gdzie można wpaść na dobrą kawę albo piwo i przekąsić coś, dyskutując o palących sprawach polityczno-społecznych. Miejsce służyło zarówno cyganerii czy twórcom, jak i ludziom biznesu. W czasie dyktatury konspirowali tutaj przeciwnicy Trujilla. W „La Cafeterze” wciąż czuć przyciągającą atmosferę nostalgii. Gdzieniegdzie panuje półmrok i chłód, nawiewany wiatrakami łopoczącymi na suficie. Kunsztowny szyld, jakby żywcem wyjęty z innej epoki, przylgnął do ściany nad wejściem niczym wielki, brązowy gekon. W środku znajduje się wąskie przejście, wysokie sklepienie, a na tyłach – kameralna wnęka z kilkoma stolikami. Centrum stanowi masywny i długi kontuar z rzędem taboretów oraz niezawodna maszyneria do parzenia wybornej café dominicano. Repertuar trunków i przekąsek jest skromny, lecz sprawdzony, od lat ten sam: kawa, wedle gustu, świeże soki owocowe, grillowane kanapki na każdy apetyt i trochę wypieków, w tym przepyszne ciasto biszkoptowe. Rządzi, oczywiście, kawa oceniana przez stałych bywalców jako najlepsza na świecie. Niewiele w tym przesady.

Całkiem zrozumiałe są również zachwyty spektakularnym widokiem na zatokę Rincón, jaki rozciąga się ze szczytu malowniczego klifu, gdzie powstała restauracja „El Cabito”. Do tego miejsca, oddalonego o ok. 3 km od centrum Las Galeras, można dojść piechotą ścieżką prowadzącą pośród bujnych plantacji bananowców lub podjechać motoconcho. Lokal prowadzi przeuroczy, troszczący się o gości Hiszpan z Majorki – Tomeu. Przygotowuje rewelacyjną paellę z owocami morza, również dla większej grupy. Czekanie uprzyjemnia dobrze schłodzone, hiszpańskie białe wino. Potem na stół wjeżdża ogromna paellera wypełniona po brzegi szafranowym ryżem, krewetkami i małżami (w tym „scyzorykami” – navajas, czyli okładniczkami, nożeńcami). Niegdyś kręcono tu fragment jednego z odcinków popularnej serii podróżniczo-kulinarnej Bez rezerwacji z nieodżałowanym Anthonym Bourdainem (tragicznie zmarłym na początku czerwca 2018 r.). W „El Cabito” warto zgrzeszyć nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, choć tanio nie będzie. Zazwyczaj restauracja nadaje się najlepiej na kulinarną rozpustę wieńczącą pobyt na przepięknym półwyspie Samaná.

Za to miejscem, które nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest „Comedor Rossy” przy głównej ulicy w Las Galeras. Mamy tutaj wiatę, pod nią kilka stołów nakrytych bordowymi obrusami, plastikowe krzesła, żwirek zamiast litej posadzki, naturalną klimatyzację i tablicę z nazwami kilku dań. Jeden z gości oblizuje palce po brunatnym sosie z duszonego kurczaka, drugi miesza fasolę z ryżem na talerzu i pałaszuje radośnie, inny uruchamia motocykl, trzymając w dłoni styropianowe pudełka z obiadem na wynos. To w zasadzie typowa dominikańska jadłodajnia jak setki innych w kraju. Żadnych fajerwerków. I właśnie to jest jej siłą, ta zwyczajna niezwyczajność. Można przemknąć obok, nie zauważyć jej i… stracić szansę na to, że stanie się naszą ulubioną miejscówką. Właścicielka „Comedor Rossy” z ekipą gwarantują domową atmosferę i dobre jedzenie. Najlepsze są świeże ryby a la plancha, czyli grillowane na beczkowym grillu tuż przed podaniem: soczyste, aromatyczne, pełne smaku, serwowane z dodatkami – ryżem, smażonymi bananami i fasolką w sosie (która smakuje wszędzie w Dominikanie tak samo, jakby istniała jakaś jedyna, uniwersalna receptura!). Obok talerza pojawia się oczywiście lodowate piwo Presidente albo orzeźwiający sok naturalny z różnych dostępnych owoców (ananasa, papai, guawy, limonki). „Comedor Rossy” potrafi człowieka nakarmić i sprawić, aby tu wrócił.

Z kolei w Río San Juan za kultowy punkt na mapie kulinarnej uchodzi licząca sobie ponad ćwierć wieku „La Casona”. Jej właściciel, Freddy Casona, jest w miasteczku postacią znaną i szanowaną. Wraz z żoną Carmen prowadzą lokal, w którym serwują najlepsze empanadas (smażone przekąski w kształcie nieco większych pierogów) w zasięgu wielu kilometrów. Już podczas pierwszej wizyty rozpoznaje się w nim galaktyki smaków dzięki przebogatemu wyborowi różnego rodzaju nadzienia: ryba, kalmar, langusta, krab, kurczak, wieprzowina, wołowina, ser, warzywa oraz wyśmienite połączenia tychże farszów. Do tego można zamówić świeże soki. Jest tak pysznie, że człowiek zje tutaj dwie empanadas na śniadanie i wróci na obiad, choćby po to, aby skosztować potrawki z krabów. Następnego dnia rytuał powtórzy. Oto magia tego miejsca.

Zresztą ten czar, ta różnorodność i wszelaka obfitość znakomicie określają Dominikanę, definiują jej charakter i przyciągają przybysza, który ani ciałem, ani duchem nie może się od niej uwolnić, czego sam jestem najlepszym przykładem. Pragnę tu wracać, do tych dominikańskich rozmaitości, po kolejne porcje zauroczeń…

 

Wydanie jesień-zima 2018