Anna César Winiarek
www.cuba-miamor.blogspot.com

 

<< Są trzy rzeczy, które rozsławiły Kubę na cały świat: cygara, rum i tutejsza muzyka. Z nimi zresztą kojarzy się ona większości obcokrajowców i to dla nich ściągają do niej liczni turyści. Kubanka wydmuchująca cygarowy dym, ludzie spędzający czas w hawańskim barze ze szklaneczką złocistego rumu w dłoni, para tańcząca salsę na ulicy – takie zdjęcia widzieli prawie wszyscy z nas. Pora przenieść się do miejsc, gdzie zostały zrobione. >>

Republika Kuby zajmuje największą wyspę archipelagu Wielkich Antyli – Kubę (ok. 110 tys. km² powierzchni) – oraz pobliskie mniejsze wysepki (Isla de la Juventud – Wyspę Młodości, Cayo Coco, Cayo Guillermo, Cayo Largo del Sur, Cayo Jutía itd.). Posiada wybrzeże nad Morzem Karaibskim, Zatoką Meksykańską i Oceanem Atlantyckim. Socjalistycznym rajem przywódcy rewolucji kubańskiej Fidela Castro (ur. w 1926 r. w Biránie w prowincji Holguín na wschodzie kraju) rządzi obecnie (od lutego 2008 r.) jego młodszy brat Raúl (ur. w 1931 r.).
Ten wyjątkowy region Karaibów posiada bardzo wiele twarzy. Najlepiej poznawać go więc według jakiegoś klucza. Dlatego w tym wydaniu magazynu All Inclusive chcielibyśmy zaprezentować Państwu trzy ważne elementy jego kultury, wokół których toczy się życie Kubańczyków.

 

AKSAMITNY DYM
Flagowym kubańskim towarem, eksportowanym na cały świat, są – oczywiście – cygara (puros). Jedna trzecia z 400 mln sztuk sprzedawanych rocznie poza Kubą pochodzi właśnie z niej. Dla porównania na wyspie co roku kupuje się ich 250 mln! Statystyki te podwyższają sami torcedores („zwijacze”). Otóż wolno im wypalić nieograniczoną ich liczbę w godzinach pracy. Fachowcy muszą być przecież doceniani, gdyż to od zręczności ich palców zależy w dużej mierze jakość cygara. Nie może być ono zwinięte ani za mocno, ani za luźno, ponieważ nie uda się wtedy odpowiednio zaciągnąć dymem. Zawód ten zazwyczaj przechodzi z pokolenia na pokolenie i po formalnym terminowaniu adepci tego rzemiosła zaczynają od wykonywania najmniej skomplikowanych produktów. Ich zadanie nie należy do łatwych i jest dalekie od zwykłego rolowania liści tytoniu – to niemal rodzaj sztuki. Istnieje kilkadziesiąt firm wytwarzających cygara (najbardziej znane kubańskie marki to Cohiba, Montecristo, Partagás czy Romeo y Julieta), posiadających w swojej ofercie od kilku do kilkunastu typów, które różnią się pomiędzy sobą jakością, mocą, długością czy kolorem. Każda z nich ma własne receptury, niemniej jednak proces produkcji wszędzie wygląda podobnie.

FOT. CUBAINFO.DE

Sklepy z wyrobami tytoniowymi oferują produkty różnych marek


     Najpierw zbiera się liście na plantacji tytoniu i jeszcze na niej składuje je w specjalnie zaprojektowanych do tego przewiewnych szopach, gdzie schną i fermentują. To bardzo ważny moment, gdyż nie mogą być one zbyt wilgotne, ponieważ zgniją, ani za suche, bo wtedy będą się łamać i nie nadadzą się do zwinięcia. Odpowiednio wysuszone trafiają do fabryk, gdzie powtórnie się je nawilża, przywracając im nieco elastyczność. Każdy liść jest ręcznie rozprostowywany przez pracowników, usuwających też z niego żyłki, a następnie odkładany do jednej z grup (wyróżnia się 15 klas w zależności od struktury, jakości oraz kolorów liści). Dopiero z tak posegregowanego materiału zaczyna się zwijanie: najpierw kilku liści ligero („miękkich”), które dają cygaru moc, potem paru seco („suchych”) dla aromatu, aż wreszcie kilku volado („latających”), zapewniających równomierne palenie. Te trzy warstwy to tzw. wkładka, okrywana kolejnymi liśćmi capote przy jednoczesnym nadawaniu cylindrycznego kształtu produktowi. Tak przygotowane cygaro wkłada się do specjalnej formy przypominającej nieco imadło i zaciska z odpowiednią siłą. Po wyjęciu owija się je jeszcze najładniejszym liściem (capa), z którego robi się również półokrągłą pokrywę, tzw. koronę, zamykającą jeden z jego końców. Z drugiej strony przycina się je gilotyną, a całość odymia. Taki wyrób podlega najpierw kontroli jakościowej, a później zapakowany zostaje do drewnianego, zwykle cedrowego, pudełka. Zanim jednak trafi do konsumenta, przechowuje się go w pomieszczeniach o ustalonej temperaturze i wilgotności.

FOT. CUBAINFO.DE

Pracownik na plantacji tytoniu

 

     Koneserzy cygar, aby zapewnić im w domu warunki podobne do tych z fabryki, kupują specjalne humidory (pojemniki do przechowywania), dzięki którym nie wysychają one i na długo zachowują świeżość. Ceniony na całym świecie towar znalazł uznanie wśród takich osobistości jak premier brytyjski Winston Churchill (1874–1965) czy amerykański prezydent John Fitzgerald Kennedy (1917–1963). Ten ostatni kazał w przeddzień podpisania embarga na eksport z Kuby do Stanów Zjednoczonych w lutym 1962 r. sprowadzić z niej co najmniej 1000 sztuk tego kubańskiego złota, a w USA po dziś dzień nie można go oficjalnie kupić. Co roku za to skrzynkę najlepszych cygar dostaje hiszpańska rodzina królewska w podziękowaniu za zezwolenie na produkcję, ponieważ wcześniej odbywała się ona w Sewilli w Hiszpanii.
     W Hawanie obchodzi się doroczny festiwal tych tytoniowych wyrobów (Festival del Habano), który ściąga nie tylko amatorów palenia, ale także konkurentów próbujących podpatrzeć kubańską sztukę zwijania (najbliższa jego edycja odbędzie się od 23 do 27 lutego 2015 r.). Nie powinien dziwić fakt, że najdłuższe cygaro świata wpisane do Księgi rekordów Guinnessa (długość 81,8 m) powstało – oczywiście – na Kubie. Wykonał je w 2011 r. José Castelar Cairo.

 

I BUTELKA RUMU!
W tym kraju trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek imprezę bez rumu, jego narodowego trunku. Historycy do dzisiaj spierają się, skąd pochodzi jego nazwa, ale na pewno wiemy, że trzcinę cukrową przywiózł na Karaiby Krzysztof Kolumb (1451–1506). Z czasem okazało się, że panują tutaj idealne warunki do jej uprawy – lepsze niż na którejkolwiek z wysp należących wtedy do Hiszpanii. Plantacje zaczęły więc powstawać na każdym kroku.
     Rum wytwarza się na bazie melasy lub soku z trzciny cukrowej – guarapo, który nadal pija się na Kubie, i – podobnie jak kiedyś – wyciska się w prymitywnych prasach i od razu podaje. Proces produkcji składa się z 3 etapów: fermentacji, destylacji i w końcu dojrzewania. To właśnie od tej ostatniej fazy zależy później w dużej mierze kolor i smak trunku. Zaraz po destylacji jest on przezroczysty, dopiero leżakowanie w dębowych beczkach nadaje mu barwę: od złocistej po ciemnobrązową. Czasami doprawia się go karmelem bądź innymi dodatkami. Możemy wyróżnić 3 podstawowe rodzaje rumu: biały – najkrócej starzony, zazwyczaj 3- lub 5-letni, złoty (przybierający kolor od jasnego złota do bursztynu) oraz ciemny (zabarwiony na ciemnobursztynowo, a nawet mahoniowo) – dojrzewający przez 7 do 10 lat. Nieliczne odmiany leżakują więcej niż 10 lat, gdyż ponoć po tym okresie trunek zaczyna smakować podobnie do koniaku i tylko niektóre marki zatrudniają ekspertów, potrafiących temu zapobiec. Drinki i koktajle, np. mojito, daiquiri czy Cuba libre, przygotowuje się głównie na bazie rumu białego i złotego, ten ciemny natomiast pija się z lodem. Obecnie kubański specjał uchodzi niewątpliwie za jeden z najlepszych na świecie.

 

MUZYCZNY RAJ
Drugi nieodłączny element zabawy na Kubie stanowi muzyka. Rozbrzmiewa ona wszędzie i jest stałym elementem życia codziennego. Niewiele znajdziemy krajów na ziemi z tak bogatym dziedzictwem muzycznym, jakie posiada ta wyspa. To swoista mieszanka tradycji przywiezionych z Europy i Afryki, na której rozwój wpłynęła historia regionu: kolonizacja, upowszechnienie niewolnictwa, walki wyzwoleńcze i kolejne kontakty z kulturą Starego Świata. Afrykańskie brzmienia bębnów wymieszały się z europejskimi dźwiękami skrzypiec, kontrabasów, gitar, fletów i instrumentów dętych. Układy kroków tak różnych od siebie tańców, pochodzących z dwóch odmiennych kontynentów, połączyły się na Kubie i stworzyły nową formą ekspresji dla ludzi zamieszkujących tę gorącą i parną wyspę.

FOT. MATEUSZ KNOL

Kubańczycy muzyką umilają sobie lepsze i gorsze dni w życiu


     Za najważniejszy gatunek muzyki kubańskiej uważa się danzón, wywodzący się z habanery wzorowanej na kontredansie popularnym szczególnie we Francji w końcu XVIII w. Jego elementy można odnaleźć zarówno u współczesnych wykonawców na prowincji, jak i w jazzie. Z czasem ten styl zaczął być zastępowany przez również tradycyjny son cubano, który to z kolei narodził się we wschodniej części Kuby i dzięki filmowi dokumentalnemu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r. stał się powszechnie rozpoznawalny poza krajem. Po premierze odżył też kubański jazz, jedna z najciekawszych odmian tego gatunku na świecie. Wielu tutejszych muzyków po wyemigrowaniu z ojczyzny zrobiło karierę w Europie i USA. Niewątpliwie do najbardziej znanych jazzmanów z Kuby należą Bebo Valdés (1918–2013), który skomponował ścieżkę dźwiękową do znakomitego obrazu animowanego Chico i Rita (2010 r.), oraz jego syn Chucho (ur. w 1941 r. w Quivicán w prowincji Mayabeque).

FOT. CUBAINFO.DE

Zabawa przy gorących kubańskich rytmach


     Pochodzący z Hiszpanii wiejski obyczaj wspólnego muzykowania znalazł odbicie w pieśniach guajiras. Najsłynniejszym utworem tego stylu jest Guantanamera skomponowana najprawdopodobniej w 1929 r. przez José Fernándeza Díaza (1908–1979), bardziej znanego jako Joseíto. Do dziś tradycyjnej poezji śpiewanej wykonywanej z towarzyszeniem gitary, lutni i instrumentów perkusyjnych, czyli trova, posłuchamy w istniejących w każdym, nawet najmniejszym mieście kraju casas de la trova – lokalach, gdzie zawsze występują na żywo jacyś artyści. Piosenki jej odmiany nueva trova, rozwiniętej pod koniec lat 60. XX w., opowiadają o życiu codziennym, jego radościach i smutkach. Współcześnie reprezentuje ją np. Silvio Rodríguez (ur. w 1946 r. w San Antonio de los Baños w prowincji Artemisa).

 

W KUBAŃSKIM RYTMIE
Rumba z kolei stanowi zarówno rodzaj muzyczny, jak i taniec. Ze względu na nierówne tempo bywa trudna do opanowania. Początkowo wykonywali ją niewolnicy i była wyrazem buntu przeciwko segregacji rasowej. Później z rumby wykształciło się jeszcze kilka odmian, m.in. guaguancó, które do dzisiaj spotkamy na Kubie. Niewiele mają one jednak wspólnego z pokazową jej wersją, znaną nam z popularnego programu telewizyjnego Taniec z gwiazdami. Podobnie rzecz ma się z salsą – ta z parkietów Europy czy USA, to tzw. salsa liniowa, natomiast typ kubański tak naprawdę nazywa się casino i różni się od zagranicznych odpowiedników dość znacznie krokami i układem figur. Często na wyspie można zobaczyć też tańczących w kole kilka lub kilkanaście par wymieniających się partnerami – tak wygląda rueda de casino. W tym miejscu wypada również wspomnieć o światowej sławy krajowym balecie (Ballet Nacional de Cuba), założonym w październiku 1948 r. w stołecznej Hawanie przez niezrównaną Alicię Alonso (jako zespół baletowy), nadal odnoszącym sukcesy na arenie międzynarodowej.
     Według niektórych ekspertów na Kubie istnieje 25 gatunków muzycznych. Obecnie znajdziemy wśród nich także nowocześniejsze nurty, jak np. timba, będąca połączeniem sonu, jazzu, rocka i funku, lub cubaton, czyli kubańska odmiana bardzo popularnego we wszystkich krajach latynoskich reggaetonu. To właśnie ten ostatni króluje współcześnie na ulicach i w klubach. Choć trudno w tekstach jego piosenek doszukać się głębszych przemyśleń, to są one w pewnym sensie odzwierciedleniem pragnień młodego pokolenia, które ideały rewolucji uważa za relikt przeszłości, chce iść z duchem czasu, korzystać z postępu technologicznego i wyrywa się ku wolności, również słowa. Tymczasem izolacja za niewidzialnymi kratami reżimu powoduje, że często jedyną rozrywką pozostaje siedzenie na murku słynnej nadmorskiej hawańskiej promenady Malecón z plastikowym kubkiem wypełnionym rumem przy dźwiękach wspomnianego reggaetonu. Taniec do tego typu muzyki, imitujący ruchy aktu seksualnego, wciąż w Europie i wielu innych częściach świata uchodzi za obsceniczny, tutaj jednak nie widzi się w nim nic złego. Społeczeństwo kubańskie nie traktuje seksu jako tabu. Dosadne komplementowanie wdzięków przechodzącej ulicą kobiety jest na porządku dziennym. Oczywiście, sama zainteresowana powinna się obruszyć, ale jednocześnie w głębi – poczuć się dowartościowana. Prawdopodobnie to dzięki temu Kubanki mają tak niezachwianą wiarę w siebie i są więcej niż asertywne. Mężczyzn natomiast nie zraża kobieca odmowa, próbują do upadłego, co często kończy się dla nich rozłożeniem na łopatki przez zazdrosnego męża, partnera lub innego rywala.

 

„LOS CUBANOS”
Tak starszym, jak i młodszym Kubańczykom nie można na pewno odmówić umiejętności tanecznych. Poczucie rytmu wyssali oni chyba z mlekiem matki. Muzyka i taniec są nieodłączną częścią życia codziennego i również w nich, nie tylko w rumie, topią swoje smutki i niedole. No hay que llorar, que la vida es un carnaval y las penas se van cantando („Nie ma co płakać, życie to karnawał, a smutki odgoń śpiewem”) – śpiewała Celia Cruz (1925–2003). Ten wers świetnie oddaje kubański sposób na problemy – jeśli coś złego cię spotkało, idziesz najpierw wygadać się znajomym, a potem potańczyć i pośpiewać, kłopotami zajmiesz się później. W tym właśnie tkwi sekret pogody ducha mieszkańców wyspy, którzy skłonni bywają raczej widzieć szklankę do połowy pełną. Kubańczycy dużo się uśmiechają, prawie zawsze są skorzy do żartów, chętnie ucinają sobie pogawędki w pracy, sklepie czy na ulicy i nie ma dla nich takiej rzeczy we wszechświecie, która nie mogłaby poczekać do jutra. Dlatego jeśli usłyszymy z ich ust, że coś zrobią mañana („jutro”), to musimy wiedzieć, że oznacza to bliżej nieokreśloną przyszłość, a w wielu przypadkach po prostu „nigdy”.
     Mieszkańcy Kuby to także zagorzali patrioci, dumni ze swojego dziedzictwa narodowego. Nie przeszkadza to im jednak w fascynacji Stanami Zjednoczonymi, które traktują jako swoją ziemię obiecaną. Wyjazd do USA jest dla wielu Kubańczyków nie tylko marzeniem, ale wręcz najważniejszym celem, i liczni z nich ryzykują życie, aby go urzeczywistnić. Nic w tym dziwnego, skoro tak naprawdę to osoby mieszkające za granicą utrzymują finansowo swoje rodziny pozostające w kraju. Daje się co prawda dostrzec powolne zmiany zachodzące w kubańskiej gospodarce, ale trudno uznać to za obietnicę trwałego rozwoju.
     Od niedawna można już kupować na Kubie domy i mieszkania, nowe i używane samochody sprowadzane z Europy. Auta jednak kosztują tak dużo, że potrzeba by kilkudziesięciu lat, żeby na taki pojazd zaoszczędzić. Te absurdy systemu znamy aż za dobrze z naszej własnej historii.
     Towary, które docierają do kraju, pochodzą na ogół albo z rządowego importu z Chin, albo od krewnych z zagranicy. Nie brak tutaj nowoczesnych laptopów, telefonów typu smartfon i innych zdobyczy technologicznych. Oczywiście, nie znajdziemy ich w zwykłej sprzedaży i ceny posiadają zazwyczaj wyższe niż sugerowane przez producenta, ale prawie wszystko udaje się dostać. Jeśli czegoś nie ma, to pomoże nam miejscowa poczta pantoflowa, prawdziwe osiągnięcie kubańskiej rewolucji. Dzięki niej najprawdopodobniej sprowadzimy to, czego akurat potrzebujemy. W amerykańskim mieście Miami (w stanie Floryda oddalonym od wybrzeży Republiki Kuby o ok. 150 km) działa mnóstwo firm wysyłkowych, a dziennie realizuje się na wyspę kilka lotów czarterowych. Poza tym Kubańczyk zawsze zna kogoś, kogo kuzyn lub kolega wybiera się za granicę.
     Zaradnym mieszkańcom Kuby nie sposób zarzucić braku pomysłowości w rozwiązywaniu większości spraw. Jakiegokolwiek rodzaju nie byłby to problem, todo se resuelve („wszystko da się załatwić”). Dzięki ich hartowi ducha, optymizmowi i sprytowi, mimo biedy i panującego ustroju, ten od zawsze modny kierunek turystyczny, pełen wspaniałych atrakcji dla każdego, stanowi przyjemne miejsce do zwiedzania i błogiego odpoczynku.
     Karaibski luz, gorący temperament mieszkańców wyspy, radosna muzyka i taniec, a dla koneserów wyborny rum i wyśmienite cygara to składniki, które w odpowiednich proporcjach dadzą nam przepis na udane kubańskie wakacje. Być może właśnie teraz jest na nie najlepszy moment, zanim klimatyczną Kubę zaleją amerykańskie produkty i weekendowi turyści z USA.

Artykuły wybrane losowo

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Czarująca różnorodność Indonezji

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Indonezja jest największym na świecie krajem wyspiarskim, który oferuje turystom z Polski moc atrakcji, m.in. słońce zimą, malownicze egzotyczne plaże, górskie trekkingi, wyprawy w głąb dziewiczej dżungli oraz wręcz wymarzone miejsca do uprawiania surfingu, raftingu, kanioningu, wędkarstwa morskiego, żeglarstwa, snorkelingu czy nurkowania. Można tu podziwiać cenne zabytki, delektować się wyśmienitą i różnorodną kuchnią oraz odkrywać wspaniałe kultury wyróżniające się kolorowymi strojami ludowymi, tradycyjnymi tańcami, oryginalnymi wierzeniami, fascynującymi świętami i tajemniczymi zwyczajami. Jest tu tak dużo do zobaczenia i przeżycia, że nawet jeśli będziemy wracać do Indonezji wiele razy, to nie grozi nam nuda. To doskonały kierunek turystyczny, idealny na udane wakacje nie tylko dla miłośników przygód i prawdziwych odkrywców, ale także dla rodzin z dziećmi, zakochanych par, nowożeńców oraz amatorów luksusowych hoteli SPA & Wellness. Specjalnie dla Państwa poprosiliśmy kilka osób, które znają dość dobrze Indonezję, o krótkie wypowiedzi na temat – ich zdaniem – najbardziej fascynujących i zniewalających miejsc w tym niezmiernie interesującym, olbrzymim i różnorodnym kraju, leżącym na ponad 17 tys. wysp. Zapraszamy więc teraz w magiczną podróż po niepowtarzalnym regionie świata stanowiącym pomost pomiędzy dwoma kontynentami – Azją i Australią…

Więcej…