MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Republika Kolumbii, jako jedyne państwo w Ameryce Południowej, posiada wybrzeże zarówno nad Oceanem Spokojnym, jak i Atlantykiem (Morzem Karaibskim). Jej terytorium przecina, biegnący od granicy z Ekwadorem do granicy z Wenezuelą, potężny łańcuch Andów. Południową część kolumbijskiej ziemi zajmuje natomiast równina amazońska, zamieszkana przez bogatą faunę, w tym największego żyjącego gryzonia kapibarę oraz rzeczne gady kajmany. Przez jej obszar przebiega linia równika. Wśród tak często zmieniających się wspaniałych krajobrazów trudno nie dostać zawrotu głowy.
W Kolumbii, tak jak w ogóle w Ameryce Łacińskiej, muzyka wypełnia każdy moment życia i nie da się przed nią uciec. Różnorodne gatunki, takie jak cumbia, salsa, vallenato, merengue, bolero, a nawet argentyńskie tango i meksykańska ranchera, rozbrzmiewają ze wszystkich stron. Mają za zadanie zbliżać ludzi, bawić, rozczulać, pocieszać, towarzyszyć im na co dzień. Taneczna noc w rytmie salsy lub vallenato jest najlepszą metodą na odprężenie się po ciężkim tygodniu pracy, przejmująca ranchera pomaga wykrzyczeć żale i zawody miłosne. Jeśli mężczyzna chce w romantyczny sposób wyznać miłość swojej ukochanej, obudzi nad ranem całe osiedle głośną serenadą pod jej oknami.

 

KARAIBSKIE DZIEDZICTWO
Na malowniczym wybrzeżu Morza Karaibskiego można podziwiać najpiękniejsze miasta tego regionu: magiczną Cartagenę (Cartagenę de Indias), nazywaną „Romantyczną Stolicą Ameryki”, Barranquillę oraz Santa Martę. Każde z nich wabi turystów ciekawą historią, pięknymi widokami, urokliwymi plażami i wspaniałą architekturą kolonialną. Poznamy w nich także miejscowe tańce i muzykę. To właśnie w tej części Kolumbii narodziła się cumbia – królowa wszystkich rytmów. Yo me llamo cumbia, yo soy la reina por donde voy („Mam na imię cumbia, wszędzie, gdzie się pojawię, jestem królową”) – śpiewa Mario Gareña w najpopularniejszej piosence tego gatunku, jednego z najbardziej reprezentatywnych przejawów kolumbijskiej kultury. Ten rodzaj muzyczny powstał na wybrzeżu karaibskim, które zamieszkiwali afrykańscy niewolnicy, plemiona indiańskie i przybysze z Hiszpanii. W niespotykany sposób połączył te wszystkie wpływy kulturowe. Z Afryki pochodzą rytmiczne uderzenia bębnów czy zmysłowe i zalotne ruchy bioder, od Europejczyków wywodzi się charakterystyczny strój, a tutejsi Indianie wnieśli delikatne brzmienia fletu i gaity (rodzaju dud).

FOT. PROCOLOMBIA.CO/COLOMBIA.TRAVEL

Panorama Cartageny de Indias z Wieżą Zegarową (Torre del Reloj)


     Za źródło słowa cumbia uchodzą dialekty Czarnego Lądu, ale badacze podają różną jego etymologię. Nietypowy strój tancerek – długie, szerokie spódnice (pollera) i koronkowe bluzki – zainspirowały podobno eleganckie europejskie ubrania, które pozwalano nosić niewolnikom podczas tradycyjnych świąt i spotkań towarzyskich, aby mogli brać w nich udział. Mężczyźni zakładają natomiast białe spodnie, białą koszulę oraz charakterystyczną czerwoną chustkę wiązaną na szyi, w czym przypominają uczestników festiwalu św. Firmina (San Fermín), czyli Sanfermines, w Pampelunie w północnej Hiszpanii. Nieodzowny element męskiego przebrania stanowi też sombrero, którym tancerze energicznie wymachują, próbując przyciągnąć uwagę swojej partnerki. Z kolei kobiety wykonują spokojne i zmysłowe ruchy biodrami, trzymając obiema rękami rozłożoną spódnicę, a w prawej dłoni świecę. Wszyscy tańczą boso. To prawdziwy spektakl, a wyjątkowo zjawiskowo prezentuje się przede wszystkim nocą, gdy z ciemności wydobywają się potężne odgłosy bębnów i pojedyncze płomyki rozjaśniają mrok.
     Cumbię można usłyszeć dosłownie wszędzie na Karaibach. Cartagena de Indias jednak wraz ze swoją przepiękną architekturą kolonialną tworzy dla niej niepowtarzalne tło. Podczas spaceru jej malowniczymi uliczkami towarzyszyć nam będzie wybijany na instrumentach rytm i szelest spódnic tancerek. Miasto słynie również z organizowania światowej klasy wydarzeń kulturalnych. W pierwszych dniach stycznia zjeżdżają do niego muzycy z całego globu na Międzynarodowy Festiwal Muzyki Cartagena (Cartagena Festival Internacional de Música), łączący artystów muzyki poważnej ze wszystkich kontynentów w tutejszych wyjątkowych wnętrzach sprzed kilku wieków. Z kolei pod koniec lutego lub na początku marca odbywa się tu słynny Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cartagenie de Indias (Festival Internacional de Cine de Cartagena de Indias – FICCI). Jest to najstarsza i najbardziej prestiżowa impreza tego typu w Ameryce Łacińskiej. Jej 55. już edycja będzie miała miejsce w dniach 11–17 marca 2015 r. Początek roku to więc dobry czas, aby odwiedzić ten uroczy zakątek Kolumbii i nie tylko poczuć przyjemny powiew morskiej bryzy, ale także zapoznać się ze współczesną kulturą w niezmiernie romantycznym otoczeniu.

 

KARNAWAŁ W BARRANQUILLI
Baila en la calle de noche, baila en la calle de día. (...) Mira en Barranquilla se baila así, ¡dilo! („Tańcz na ulicy w nocy, tańcz na ulicy w dzień. (...) Spójrz, w Barranquilli tańczy się w ten sposób, powiedz to!”) – mówi fragment hitu Hips Don’t Lie, który w krótkim czasie odniósł międzynarodowy sukces. Wykonuje go chyba najbardziej znana obecnie Kolumbijka, urodzona 2 lutego 1977 r. właśnie w tym nadbrzeżnym mieście: Shakira. W jej muzyce odnajdziemy wpływy cumbii, salsy, merengue, rocka, ale też brzmienia charakterystyczne dla Bliskiego Wschodu, gdyż jej dziadkowie od strony ojca pochodzą z Libanu. Piosenkarka dorastała w otoczeniu rytmów afrykańskich bębnów, głośnych orkiestr dętych oraz ludzi tańczących i bawiących się na ulicach. To w Barranquilli odbywa się największy karnawał na całym wybrzeżu Morza Karaibskiego. Trudno byłoby wybrać lepsze miejsce na narodziny tak wszechstronnie uzdolnionej artystki.

Karnawał w Barranquilli to najbarwniejsze święto w Kolumbii


     Tutejsza poprzedzająca Wielki Post kilkudniowa fiesta stanowi najważniejszą imprezę folklorystyczną w Kolumbii i drugie co do wielkości tego typu wydarzenie w Ameryce Południowej (zaraz po karnawale w Rio de Janeiro). Jej przewagą jest niepowtarzalny klimat, niekomercyjny charakter i otwartość – biorą w nim udział osoby w każdym przedziale wiekowym. Ponad milion turystów i Kolumbijczyków przybywa do tego karaibskiego miasta, żeby zapomnieć o utrapieniach dnia codziennego i bawić się nieprzerwanie od soboty do wtorku przed środą popielcową. Najbliższa edycja Carnaval de Barranquilla odbędzie się w dniach 14–17 lutego 2015 r. Warto wpisać tę datę do kalendarza!
     To kolorowe i niezwykłe święto zostało zapoczątkowane w XIX w., a korzeniami sięga do średniowiecznych tradycji karnawałowych, przywiezionych przez Hiszpanów do Ameryki Południowej, oraz do zabaw niewolników. Parady uświetniają nie tylko wspaniałe stroje uczestników, pieczołowicie przygotowywane przez cały rok, lecz także specjalne tańce. Do tych najpopularniejszych należy Danza del Garabato, obrazujący pojedynek pomiędzy życiem a śmiercią. Jego nazwa odnosi się do drewnianego kija (garabato) z przypiętymi zielonymi, żółtymi i czerwonymi wstążkami (oddają one kolory flagi Barranquilli), atrybutu mężczyzn, których pomalowane na biało twarze zdobią czerwone policzki. Partnerujące im kobiety noszą czarne spódnice lub sukienki z czerwonymi, żółtymi i zielonymi dodatkami. Osoba odgrywająca śmierć wkłada całkowicie czarne ubranie z narysowanym białym szkieletem.
     Karnawał rozpoczyna się w sobotę Bitwą Kwiatową (Batalla de Flores) – defiladą platform, której przewodniczy Królowa Karnawału (Reina del Carnaval). Za nią podążają zespoły muzyczne. W niedzielę odbywa się Wielka Parada Tradycji i Folkloru (Gran Parada de Tradición y Folclor), a w poniedziałek z kolei organizuje się Wielką Paradę Fantazji (Gran Parada de Fantasía) i Festiwal Orkiestr i Akordeonów (Festival de Orquestas y Acordeones). We wtorek wyprawia się symboliczny pogrzeb Joselita Carnavala (entierro de Joselito Carnaval), który oznacza koniec wszelakich tańców, hulanek i swawoli. Wspomniany Joselito to postać ucieleśniająca radość i szaleństwo świętowania: zmartwychwstaje w sobotę, umiera zmęczony i pijany ostatniego dnia zabawy, aby ponownie odrodzić się w następnym roku. Główną rolę podczas jego hucznego pochówku odgrywa Królowa Karnawału. Płacze ona rzewnymi łzami, a wraz z nią cały orszak żałobny: lekarz, ludzie niosący trumnę, reszta panien, również związana ze zmarłym, ksiądz, a nawet śmierć w masce z trupią czaszką i kosą w ręku. Trzeba przyznać, że Kolumbijczycy umieją się wspólnie bawić. Ich otwartość i serdeczność sprawia, że karnawałowa fiesta zmienia się w niezwykłe przeżycie i zapada głęboko w pamięć.

 

MUZYKA Z DOLINY
W trakcie podróży po kolumbijskim Regionie Karaibskim (Región Caribe) warto odwiedzić dolinę rzeki Cesar pomiędzy masywami górskimi Sierra Nevada de Santa Marta oraz Serranía del Perijá, gdzie leży 450-tysięczne miasto Valledupar, oddalone ok. 100 km od wybrzeża. Stanowi ono kolebkę jednego z najbardziej typowych gatunków muzyki w Kolumbii: vallenato. Jego nazwa według niektórych hipotez powstała na bazie zwrotu nato en la valle, co znaczy „narodzony w dolinie”. Na początku XIX w. wraz z innymi towarami z odległej Europy przybył do Ameryki Łacińskiej akordeon, który wzbudził ogromne zainteresowanie miejscowych. Zaczęli oni grać na nim zupełnie po swojemu i tak stał się nierozłącznym elementem tutejszego krajobrazu muzycznego.
     W podstawowym składzie grupy vallenato znajdują się europejski akordeon diatoniczny, guacharaca pochodzenia indiańskiego (instrument zrobiony zazwyczaj z łodygi trzciny, z wyżłobionymi poprzecznie rowkami, z którego wydobywa się dźwięk, pocierając go metalowym widelcem) oraz afrykańska caja (mały bęben z naciągiem z koziej skóry trzymany między kolanami), na której wybija się bazę rytmiczną. Poza tym za inspirację przy komponowaniu służyły przyśpiewki kowbojów z wielkich hacjend, umilające im codzienną ciężką pracę i opowiadające ich przygody. Dlatego też utwory przyjmują formę narracji. Każdemu kolumbijskiemu stylowi muzycznemu towarzyszy taniec. W tym przypadku polega on na wykonywaniu drobnych kroczków przy jednoczesnych zmysłowych ruchach bioder oraz bardzo bliskim kontakcie partnerów.
     Najwybitniejszym przedstawicielem gatunku vallenato był Rafael Escalona (zm. 13 maja 2009 r. w Bogocie), urodzony nieopodal Valledupar, w Patillal w 1926 r. Jego dorobek jest imponujący i w dalszym ciągu wywiera duży wpływ na innych artystów. Muzyk został uwieczniony przez niedawno zmarłego Gabriela Garcíę Márqueza (1927–2014) w powieściach Nie ma kto pisać do pułkownika oraz w Sto lat samotności. Gdy w 1982 r. pisarz wyruszył do Sztokholmu, aby odebrać literacką Nagrodę Nobla, zabrał ze sobą właśnie Rafaela Escalonę z grupą innych wykonawców tego stylu, którzy wystąpili podczas bankietu wydanego przez króla Szwecji na cześć laureatów. W popularnym w Kolumbii serialu telewizyjnym Escalona z 1991 r. opowiadającym o życiu muzyka w jego postać wcielił się pochodzący z Santa Marty Carlos Vives. Produkcja podbiła serca wszystkich Kolumbijczyków, a 30-letni aktor odkrył w sobie talent wokalny. Od tej pory śpiewa i odnosi znaczne sukcesy. Carlos Vives włącza do tradycyjnego vallenato nowoczesne brzmienia rocka, elektroniki oraz wplata do niego rytmy i melodie cumbii.
 

WŚRÓD SZCZYTÓW ANDÓW
Jeżeli skierujemy się w głąb kraju, dotrzemy do Regionu Andyjskiego (Región Andina), obejmującego kolumbijskie Andy oraz doliny rzek Cauca i Magdalena. To najbardziej zaludniony rejon Kolumbii (ok. 35 mln mieszkańców), ze względu na łagodny klimat chętnie wybierany niegdyś przez osadników z Europy. Rozwinął się w nim także swoisty typ muzyki. Czerpie on z indiańskich i afrykańskich układów rytmicznych oraz charakteryzuje się bardzo wyraźnymi wpływami hiszpańskimi. Te ostatnie są widoczne szczególnie w doborze instrumentów. Oprócz gitary akustycznej gra się tu na spokrewnionych z nią tiple z 4 potrójnymi strunami, cuatro oraz bandoli. Tiple, bandola i gitara stanowią muzyczne trio kolumbijskie, najpopularniejsze na tym obszarze.

FOT. PROCOLOMBIA.CO/COLOMBIA.TRAVEL

Bambuco należy do typowych gatunków Regionu Andyjskiego


     Muzyka tego regionu jest spokojna i nawiązuje do harmonii gatunków takich jak hiszpańskie fandango i jota oraz austriacki walc. Z ich połączenia z tutejszymi rytmami i melodiami powstały bambuco, pasillo i guabina. Rozbrzmiewają one przede wszystkim w departamencie Santander oraz w centralnej części Kolumbii. Spotkania i uroczystości rodzinne często odbywają się przy nastrojowych dźwiękach gitary i tiple, które stwarzają ciepłą, przytulną atmosferę.

 

UROK WIECZNEJ WIOSNY
Położony na północnym zachodzie kraju departament Antioquia słynie ze swoich upraw kawowych i plantacji bananów, a także od 1957 r. z jednego z najsławniejszych festiwali kwiatowych na świecie: Feria de las Flores. To prawdziwa uczta dla oczu. Warto być w 2,5-milionowym mieście Medellín, jego stolicy administracyjnej, w pierwszej połowie sierpnia, aby podziwiać ten 10-dniowy niezmiernie barwny festyn. Największą atrakcję stanowią 4-metrowe tarcze kwiatowe silletas, niesione na plecach przez tzw. silleteros. Za wyzwanie uchodzi zaprezentowanie na nich jak najbardziej skomplikowanego i oryginalnego ornamentu kwiatowego. Wyjątkowy klimat okolicy przyczynił się do nadania temu miejscu miana „miasta wiecznej wiosny”. W trakcie spaceru ulicami Medellín co jakiś czas napotykamy piękne, masywne rzeźby. Ich ojcem jest urodzony tutaj w 1932 r. Fernando Botero, należący do najwybitniejszych kolumbijskich malarzy i rzeźbiarzy.

FOT. PROCOLOMBIA.CO/COLOMBIA.TRAVEL

Barwne tarcze kwiatowe podczas Feria de las Flores w Medellín


     To właśnie w Antioquii narodziła się muzyka zwana guasca lub música de carrilera (z hiszp. „torów kolejowych”). Ten popularny rodzaj, pełen humoru i satyry, świetnie odzwierciedla charakter mieszkańców tego departamentu Kolumbii. Słowa piosenek są krytyką kolumbijskiego społeczeństwa i opierają się często na dwuznaczności, głównie o kontekście seksualnym. Za najwybitniejszego przedstawiciela tego gatunku uważa się pochodzącego z Medellín Octavia Mesę (1933–2007). Na jego utworach wychował się najsłynniejszy paisa („urodzony w Antioquii”) Juan Esteban Aristizábal Vásquez, lepiej znany jako Juanes. Obaj artyści współpracowali przy nagrywaniu singla La camisa negra, czerpiącego z chwytliwych melodii i rytmu guasca. Śpiewana po hiszpańsku piosenka stała się prawdziwym fenomenem i rozsławiła zupełnie lokalny styl muzyczny na cały świat.

 

SALSA OD RANA DO NOCY
Z kolei na wszystkich miłośników gorących latynoamerykańskich tańców czeka światowa stolica salsy Cali. To oddalone ok. 100 km od wybrzeża Pacyfiku miasto znajduje się na zachodzie Kolumbii. Najprawdopodobniej nie ma na ziemi innego miejsca (w tle zostały nawet Kuba czy Portoryko!), w którym ten rodzaj taneczny byłby tak istotnym elementem życia. W salsie z Cali (salsa caleña) dominują niezmiernie energiczne i zwinne ruchy.
     Ważnym momentem w rozwoju kulturalnym miasta okazało się zorganizowanie po raz pierwszy w 1957 r. w okresie bożonarodzeniowo-noworocznym wielkiego festynu Feria de Cali. Impreza została urozmaicona tańcami, kawalkadą, konkursami i koncertami. Mieszkańcy szaleli wówczas przy dźwiękach swingu, boggie-woogie i rock’n’rolla. Do Cali ściągały i nadal ściągają największe gwiazdy muzyki latynoskiej. W latach 70. XX w. zaczęły pojawiać się tu pierwsze grupy taneczne i odbywać pokazy salsy.

***

Pełna kontrastów Kolumbia zachwyca nie tylko wspaniałą przyrodą i spektakularnymi widokami. W jej żyłach płynie gorąca krew. Dlatego podczas wizyty w tej pasjonującej części Ameryki Południowej warto wsłuchać się w rytmiczne bicie jej serca.

Artykuły wybrane losowo

Południowoafrykański smak dobrej nadziei

 

MARIUSZ KAPCZYŃSKI

autor serwisu Vinisfera o winach, podróżach i kulinariach

 

Republika Południowej Afryki (RPA) ma do zaoferowania nie tylko fantastyczne krajobrazy, wspaniałą faunę i florę, niezapomniane safari oraz niezwykły klimat. Miejsce to uwodzi przybyszów także wyjątkowo smaczną kuchnią i świetnymi winami. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – zarówno wyrafinowani smakosze, pospolite łakomczuchy, jak i różnorodni birbanci i gastronomiczni utracjusze.

Więcej…

Zachwycająca przygoda w Meksyku

EWA ZAMIECKA

 

                                                                                                             FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< Gdy poszukujący złota Hiszpanie pod wodzą Hernána Cortésa przybyli w 1519 r. do kontynentalnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, nie spodziewali się znaleźć tutaj zbyt rozwiniętej cywilizacji i wielkich kamiennych miast. Ogrom i bogactwo tych ziem musiały jednak ich zachwycić, bo zapragnęli przyłączyć je do swojego królestwa. Tak powstała Nowa Hiszpania, która po trzech stuleciach wyzwoliła się spod władzy kolonizatorów, aby przeistoczyć się m.in. w barwny Meksyk, gdzie dziś obok hiszpańskiego funkcjonuje aż 67 języków urzędowych (np. náhuatl, maja, mixtec czy tzeltal). Ta dawna kraina Majów, Azteków i Zapoteków przyciąga obecnie każdego roku miliony turystów z całego świata. >>

Nazwa México pochodzi z języka z grupy uto-azteckiej – náhuatl, rozpowszechnionego przez Azteków. Jej znaczenie nie zostało jednak do końca wyjaśnione. Meksyk to dzisiaj jedno z najludniejszych państw naszego globu – ma prawie 115 mln mieszkańców. Posiada powierzchnię ponad 6 razy większą od Polski (niemal 2 mln km²). Jest ojczyzną rozśpiewanych muzyków mariachi, charyzmatycznej malarki Fridy Kahlo i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Octavia Paza.

Więcej…

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA