MAGDALENA MOLL-MUSIAŁ

<< Madagaskar to kraj bujnej przyrody i niezwykłych bogactw naturalnych. Choć nie bardzo przypomina kadry z popularnej serii filmów animowanych amerykańskiej wytwórni DreamWorks, niewątpliwie zachwyca wielkimi baobabami, wesołymi lemurami katta, osobliwymi gadami kameleonami i drapieżnymi fossami. Tropikalny las, dziewicze plaże, pustynie i sawanny stwarzają znakomite warunki do pieszych wycieczek, a ciepłe wody Oceanu Indyjskiego świetnie nadają się do żeglarstwa, wędkarstwa, snorkelingu czy nurkowania. Dlatego Madagaskar stanowi wymarzony kierunek dla osób kochających przyrodę i amatorów aktywnego wypoczynku. >>

Ta czwarta co do wielkości wyspa na ziemi (o powierzchni niemal 590 tys. km²), zwana „Czerwoną Wyspą” ze względu na kolor gleby, jest jednym z najbardziej zróżnicowanych przyrodniczo zakątków globu. Słowo Madagasikara – bo tak określają swoją ojczyznę Malgasze – podobno oznacza z protomalajskiego „kraniec świata”. Czas płynie tutaj rzeczywiście zupełnie innym rytmem, a przybysze z Europy wciąż muszą przecierać oczy ze zdumienia, tak różni się ta niesamowita kraina od wszystkiego, co znają.
Zawsze marzyłam o tym, aby wybrać się na Madagaskar. Pewnego dnia życie sprawiło mi niespodziankę. Koleżanka z firmy, w której pracowałam, wybierała się tam na zaplanowaną delegację, ale w przeddzień wylotu trafiła do szpitala. Przypadek chciał, że byłam jedyną osobą mogącą od razu zdecydować się na taki wyjazd. Miałam jedną godzinę na spakowanie się i drugą na dotarcie na lotnisko. Mojemu mężowi udało mi się tylko wysłać SMS-a, gdyż akurat prowadził szkolenie w samym środku lasu i znajdował się poza zasięgiem sieci komórkowej. Jak się potem okazało, mocno zdziwiła go ta wiadomość, tym bardziej, że dopiero co wróciliśmy ze wspólnej wyprawy na Borneo…

 

KRÓL JULIAN I KAMELEONY
Madagaskarska przyroda przerosła moje najśmielsze oczekiwania i wyobrażenia. Bajkowe formacje roślinne i zwierzęta, których nigdy nie spotkałam, nieustannie wprawiały mnie w zachwyt. Tutejsze krajobrazy, jedne z najbarwniejszych i najoryginalniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam, zachowam na zawsze w pamięci. Moje wspomnienia są wciąż żywe, a ja chciałabym kiedyś znów stanąć na tej niesamowitej czerwonej ziemi.
     Co ciekawe, Madagaskar cechuje się bardzo dużym zróżnicowaniem pod względem rzeźby terenu i klimatu: znajdują się na nim sawanny, lasy równikowe i pustynie. Mniej więcej 150 mln lat izolacji od kontynentu afrykańskiego pozwoliło rozwinąć się tu nigdzie indziej nie występującym gatunkom. Miejscowa rośliność jest inna niż ta spotykana na stałym lądzie Afryki. Według niektórych źródeł wyspa może poszczycić się największą liczbą endemitów na świecie, a według innych – pod tym względem konkuruje z nią jedynie Borneo. Odkryto na niej prawie 900 rodzajów kolorowych, egzotycznych orchidei, powyżej 260 gatunków gadów oraz aż 105 gatunków i podgatunków lemurów. Nie napotkamy tutaj za to małp ani wielkich kotów takich jak lwy czy gepardy.
     Już trzeciego dnia mojego wyjazdu spotkałam licznych krewniaków popularnego króla Juliana. Lemury – po malgasku maki – to rozkoszne małpiatki, które żyją na drzewach, żywią się owadami i roślinami. Wystarczy wejść do rezerwatu lub parku narodowego, żeby się na nie natknąć, a podchodzą bardzo blisko, czasem nawet wskakują na ramię! Warto wiedzieć, że są one gatunkiem endemicznym – przedstawiciele zdecydowanej większości z rodziny lemurowatych występują tylko na Madagaskarze (m.in. katta, maki, mokok, wari). Komunikują się, wykorzystując feromony, odbierane za pomocą czułego węchu. W przeciwieństwie do wielu innych ssaków naczelnych nie używają mimiki, ponieważ nie posiadają rozwiniętych mięśni twarzy. Małpiatki te to niezmiernie wdzięczne stworzenia. Poruszają się z lekkością i gracją. Lemurokształtne osobniki czasem nawet… śpiewają, co miałam okazję usłyszeć! Indrisy (nazywane przez Malgaszy babakoto), bo o nich mowa, słyną z głośnych „pieśni”, które trwają od 45 s do 3 min. i stanowią powtarzającą się sekwencję kilku dźwięków. Często wykonują je w duecie, synchronizując głosy. W ten sposób zaznaczają granice swojego terytorium, określają potencjał reprodukcyjny własnego stada oraz nadają sygnały ostrzegawcze.

FOT. MAGDALENA MOLL-MUSIAŁ

Lemury katta zainspirowały twórców postaci króla Juliana


     Innym fascynującym madagaskarskim zwierzęciem jest kameleon. Kiedy wyczuwa niebezpieczeństwo, cały się nadyma. Pożywienie (głównie owady i pająki) łapie za pomocą lepkiego języka, który potrafi błyskawicznie rozwinąć na odległość do kilkunastu centymetrów! Ten widok zrobił na mnie niemałe wrażenie. Choć panuje powszechny pogląd, że te wyjątkowe jaszczurki zmieniają kolor skóry, aby wtopić się w otoczenie, tak naprawdę jej zabarwienie zależy od ich stanu emocjonalnego i fizycznego. Natrafienie na kameleona na Madagaskarze nie powinno sprawić trudności – żyje tutaj dwie trzecie z ok. 180 odkrytych gatunków, wliczając w to najmniejszego na ziemi Brookesia micra, osiągającego maksymalnie długość 29 mm.

 

W CIENIU BAOBABÓW LUB RAJSKICH PALM
W krajobraz wyspy nieodłącznie wpisują się charakterystyczne sylwetki ogromnych i długowiecznych baobabów. Niektóre z nich mają nawet 30 m wysokości i 11 m średnicy pnia! Ze względu na brak słojów nie można ustalić dokładnego wieku poszczególnych okazów. Te gigantyczne drzewa preferują obszary suche i żeby na nich przetrwać, zatrzymują wodę wewnątrz pnia (mogą pomieścić nawet ponad 100 tys. l). Ich liście i owoce są jadalne. Pulpa z tych drugich zawiera m.in. duże ilości węglowodanów, wapnia, magnezu, potasu, żelaza czy kwasu askorbinowego (witaminy C). Jedno z najbardziej znanych miejsc Madagaskaru stanowi pocztówkowa Aleja Baobabów, znajdująca się ok. 15 km od miasta Morondava. Stojące wzdłuż drogi smukłe olbrzymy wydają się zaprzeczać zwykłemu porządkowi natury – jak mówią Malgasze, rosną „korzeniami do nieba”.

FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCAR

Olbrzymie drzewa w Alei Baobabów mają podobno ponad 800 lat


     Powierzchnia madagaskarskiego lądu została w znacznej mierze ukształtowana w wyniku aktywności wulkanicznej. Najwyższym szczytem wyspy jest właśnie wygasły wulkan – Maromokotro (2876 m n.p.m.). Niecałe 20 km od 200-tysięcznej miejscowości Antsirabe leży niezwykle malownicze jezioro Tritriva. Da się do niego dojechać tylko jeepem bardzo wyboistą drogą albo dojść pieszo, pokonując 14-kilometrową trasę. Jednak ten trud zdecydowanie warto podjąć. Woda w zbiorniku wydaje się czarna jak atrament, a kształtem akwen ten przypomina zarys Madagaskaru. Jezioro powstało wewnątrz krateru wulkanu i nie sposób do niego zejść, lecz widziane z góry również budzi prawdziwy zachwyt.
     Największy i najbardziej oblegany region turystyczny kraju stanowi wulkaniczna wyspa Nosy Be o powierzchni ponad 300 km². Cywilizacja dotarła na nią w stopniu umiarkowanym, dlatego na jej plażach można w spokoju cały dzień wylegiwać się na ciepłym piasku i leniwie czytać książkę, wsłuchując się w szum turkusowych fal, aż do spektakularnego zachodu słońca. Nie ma obawy, że przyjemność wypoczynku zakłócą nam motorówki ciągnące narciarzy wodnych czy inni amatorzy hałaśliwych rozrywek. Na Nosy Be w powietrzu unoszą się aromaty kwiatów jagodlinu wonnego (ylang-ylang) i wanilii, co sprawia, że poznaje się ją wszystkimi zmysłami i pamięta jak najpiękniejszy sen.

FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCAR

Wyspa Nosy Be przyciąga turystów swoimi rajskimi krajobrazami


     Madagaskar przyciąga także nurków. Idealne rejony do podwodnych ekspedycji znajdują się na jego zachodnim wybrzeżu w pobliżu wysp Nosy Be, Nosy Sakatia, Nosy Komba, Nosy Tanikely i Nosy Mitsio oraz w okolicach miasta Toliara. Układ skał wulkanicznych skrytych pod powierzchnią wody od milionów lat sprzyjał rozwojowi raf koralowych. Warto szczególnie polecić wspaniałą, niezwykle bogatą formację u brzegów bezludnej wysepki Nosy Tanikely, która daje schronienie nie tylko tysiącom kolorowych rybek o przedziwnych kształtach, lecz również licznym żółwiom wodnym. W wyprawach nurkowych na Madagaskarze może wziąć udział każdy, niezależnie od poziomu umiejętności, a gwarantują one niezapomniane przeżycia.

 

TROCHĘ HISTORII
Wielu badaczy madagaskarskich dziejów twierdzi, że pierwsi osadnicy przybyli tutaj z indonezyjskich wysp między 200 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Inni twierdzą, że teren ten został zasiedlony w wyniku podróży różnych ludów wzdłuż wybrzeży Afryki, Indii i Półwyspu Arabskiego. Przez ostatnie dwa tysiące lat Madagaskar przyjął duże fale migracji, m.in. Austronezyjczyków, Bantu, Arabów, Południowych Azjatów, Chińczyków czy Europejczyków. Dlatego stanowi on prawdziwy raj nie tylko dla przyrodników, ale też antropologów. Żyje na nim aż 18 grup etnicznych (np. Betsimisaraka, Antaisaka, Antandroy, Sakalawa i Merina), istna mozaika kulturowa ludzi różniących się pochodzeniem, zwyczajami, dialektem, ale połączonych kultywowaniem wspólnych tradycji, ogromną dumą z niepodległości odzyskanej w 1960 r. i językiem malgaskim.
     Zjednoczenia kraju dokonali Andrianampoinimerina (1745–1810) i jego syn Radama I (1793–1828), którzy byli władcami Królestwa Imerina (Merina), mieszczącego się w środkowej części wyspy. Doszło do tego dopiero na początku XIX w. Wcześniej istniały tu różne ośrodki polityczne, które konkurowały ze sobą. W pierwszej połowie XIX stulecia, za czasów wspomnianego Radama I, Malgasze przyjęli chrześcijaństwo. Po śmierci króla rządy przejęła jego małżonka Ranavalona I (1778–1861), która zasłynęła z brutalnych praktyk, dlatego otrzymała przydomek „Okrutna”. Prowadziła ona zupełnie inną politykę niż jej mąż. Zerwała wiele kontaktów z krajami europejskimi, wygnała aktywnie działających misjonarzy z Europy i zaczęła prześladować chrześcijan.  
     Warto wspomnieć, że już kilkadziesiąt lat po śmierci okrutnej królowej, w grudniu 1898 r. z Krakowa przybył na Madagaskar polski jezuita ksiądz Jan Beyzym (1850–1912). Nauczył się on języka malgaskiego i rozpoczął pracę w ośrodku dla trędowatych w miejscowości Ambahivoraka. W 1903 r. zainicjował budowę nowoczesnego szpitala w Maranie. Oprócz opieki nad chorymi, nadzorował stan robót i własnoręcznie rzeźbił elementy do wystroju kaplicy. Wznoszenie obiektu zakończono w 1911 r. W dużej mierze powstał on dzięki składkom polskiego społeczeństwa. Ksiądz Jan, który zaraził się trądem, zmarł w wieku 62 lat na febrę. Papież Jan Paweł II beatyfikował go w sierpniu 2002 r. podczas mszy na krakowskich Błoniach.
     Pod koniec XIX w. Madagaskar stał się kolonią francuską. Francuzi krwawo tłumili powstania lokalnej ludności i przez ok. 70 lat sprawowali rzeczywistą władzę na wyspie. Ich wpływy są widoczne po dziś dzień: drugim językiem urzędowym kraju (obok malgaskiego) jest francuski, a większość hoteli i dobrze prosperujących ośrodków turystycznych należy do francuskich biznesmenów. Tuż przed II wojną światową między Polską a Francją rozpoczęły się rozmowy dotyczące projektu przekazania kolonii Polakom, co ściśle wiązało się z pomysłem przesiedlenia tutaj europejskich Żydów. Wysłano nawet specjalną komisję polsko-żydowską, aby oceniła możliwości urzeczywistnienia tej koncepcji. Ostatecznie plany te pokrzyżował niespodziewany wybuch II wojny światowej.

 

RZECZYWISTOŚĆ DNIA POWSZEDNIEGO
Madagaskarska ziemia kryje największe na świecie złoża szafirów, rośnie tu wspaniała kawa, banany, wanilia i aromatyczne goździki, na eksport trafiają owoce liczi i tony krewetek. Niestety, to wielkie bogactwo nie idzie w parze z wysokim standardem życia ludzi. Madagaskar to jedno z najbiedniejszych państw na naszym globie. Mimo iż czytałam wcześniej o ciężkiej sytuacji w tym kraju, poziom ubóstwa jego mieszkańców mnie zszokował. Nie ma tutaj bezdomnych, bo każdy może postawić sobie chatkę w buszu, ale ludzie głodują. Według statystyk 70 proc. Malgaszy żyje za mniej niż dolara dziennie. Wielu nie stać na ryż, trzy razy dziennie żywią się rozgotowanym maniokiem, kukurydzą lub ziemniakami.
     Gdy w latach 90. XX w. odkryto złoża szafirów w miejscowości Ilakaka, Madagaskar prędko został jednym z głównych eksporterów tych kamieni szlachetnych. Jednak dość szybko wyeksploatowano powierzchniowe warstwy surowca, a stan malgaskiej wiedzy technologicznej nie pozwolił na bardziej zaawansowany rozwój przemysłu wydobywczego. Zagraniczne firmy również nie chcą w niego inwestować, dlatego od 2005 r. wydobycie wciąż spada. Podczas pobytu na wyspie turyści mogą wybrać się na wycieczkę do kopalni odkrywkowych. Wzdłuż ulic Ilakaki ciągną się liczne sklepy z szafirami. Większość z kamieni jest różowa albo fioletowa, choć spotkamy też niebieskie, zielone i żółte, typowe dla Madagaskaru.
     Malgaskie dzieci nie zawsze mają dostęp do edukacji, często wykonują różne prace gospodarskie, np. przynoszą wodę z rzek. Szacuje się, że tylko 65 proc. obywateli potrafi pisać i czytać. Także poziom opieki lekarskiej i szpitalnej pozostaje bardzo niski, co przyczynia się do dużej śmiertelności kilkulatków. W położonych w buszu osadach nie dba się szczególnie o warunki higieniczne, brak w nich toalet czy latryn. Ich mieszkańcy handlują rybami i bananami. Do odległego o 2–3 godz. marszu miasta przynoszą je w koszach zawieszonych na belce. Nierzadko wędrują boso.

FOT. MAGDALENA MOLL-MUSIAŁ

Malgaskie dzieci często pomagają rodzicom, np. przynoszą drewno


     Wizyta w malgaskich wioskach w tropikalnych lasach dostarcza wielu emocji – budzi litość wobec ubogich Malgaszów, wywołuje żal do świata o niesprawiedliwy podział dóbr, uświadamia nam naszą bezradność. Warto zdać sobie sprawę, jak żyją ludzie na „Czerwonej Wyspie”, aby uwrażliwić się na sytuację jej obywateli. W jednej z osad poznałam dziewczynkę o imieniu Anette. Jej mama akurat chorowała, przebywała w szpitalu, a taty nie miała. Pod opieką Anette pozostawał braciszek, musiała zająć się gospodarstwem. Jednak za leczenie trzeba było zapłacić. Dziewczynka zatem każdego ranka piekła małe chlebki i sprzedawała je przechodniom. W ten sposób utrzymywała siebie, brata i mamę. Ogromnie zdziwiłam się, kiedy odkryłam, że za kilkanaście bułek dostawała 2600 ariary, czyli mniej niż 1 euro… Bardzo jej współczułam, lecz ona wydawała się taka pogodna, a uśmiech niemal nie schodził z jej twarzy. Patrzyłam z podziwem na jej zaradność i samozaparcie. Jednocześnie zastanawiało mnie, skąd w tych ludziach, którzy nie posiadają nic poza domkiem krytym palmowymi liśćmi, jest tyle radości. Ich życie wydawało mi się tak monotonne i smutne. Oni jednak innego nigdy nie poznali i dlatego za nim nie tęsknią. Potrafią cieszyć się tym, co ich otacza. Tej właśnie umiejętności powinniśmy się od nich nauczyć.

 

ZUPEŁNIE INNA KULTURA
Nie sposób pisać o Madagaskarze, nie wspominając o religii. Ponad 40 proc. mieszkańców kraju to chrześcijanie, a więcej niż połowa – wyznawcy wierzeń plemiennych opartych na animizmie, których charakterystyczny element stanowi tzw. fady (fadi), czyli tabu. Obcokrajowcom te zasady dotyczące niemal każdej sfery życia wydają się niezwykle irracjonalne i utrudniające codzienną egzystencję, lecz dla Malgaszów są podstawą organizującą ich świat. Należą do nich różne zakazy: nie wolno np. pracować w polu we wtorek i piątek, bo plony się nie udadzą; pokazywać grobu palcem, ponieważ ściągnie się na siebie nieszczęście; przeglądać się w lusterku poza domem, gdyż grozi to opętaniem przez złego ducha; usiąść w progu, gdy wschodzi ryż – wejście do domu uchodzi za rodzaj bramy umożliwiającej wykiełkowanie ziarna. Poza tym koło drzwi nie może też siedzieć kobieta w ciąży, a spotkanie teściowej w określony dzień przynosi pecha. Nie powinno się także spożywać posiłku w nakryciu głowy, bo wtedy szkodzi się małżonkowi. Niektóre nakazy bywają bardziej skomplikowane. Gdy pada deszcz, zabija się kurczaka – ofiarowanie jego krwi wyprasza lepszą pogodę. Nikt nie podaje z dłoni do dłoni jajek ani soli, ponieważ to oznaczałoby oddanie swojego szczęścia. Sprzedawca nie przekazuje ich więc kupującemu, ale kładzie przed nim na ziemi. Za najbardziej pogardzane istoty na Madagaskarze uważa się psy, dlatego najgorszym przekleństwem jest właśnie nazwanie kogoś psem. Jeśli do tego dojdzie, aby uzyskać przebaczenie, trzeba iść do szamana i dowiedzieć się, ile krów (zebu) należy złożyć obrażonej osobie w ofierze przebłagalnej. W pewnych regionach wyspy bliźnięta to zły znak. Jeżeli się urodzą, przynajmniej jedno trafia na wychowanie do innej rodziny. U podłoża tego fady leży legenda o wodzu, który miał bliźniaki. Kiedy zaatakowali go wrogowie, nie mógł walczyć, gdyż trzymał na rękach dwójkę dzieci, nie był też w stanie z nimi szybko uciekać, jego plemię poniosło zatem klęskę. Jak widać, reguły te tworzą bardzo złożony i rozbudowany system, który różni się w każdej społeczności. Gdy siedziałam przy stole z Malgaszami, nie wiedziałam, co może ich urazić albo zostać uznane za złamanie zakazów kulturowych. Nasze przesądy związane z pechowym czarnym kotem czy piątkiem trzynastego to przy malgaskich tabu zwykłe bajki.
     Jedną z najstarszych tradycji religijnych Madagaskaru jest Famadihana. Polega ona na powtórnym pochówku w nowym całunie wydobytych wcześniej z grobu zwłok. Europejczykom wyda się ten obyczaj zapewne dziwny, ale święto to, trwające czasem nawet kilka dni, to ogromny rodzinny festiwal. Towarzyszy mu taniec i wspólny śpiew. Dla Malgaszy to uroczystość, podczas której spotykają się żywi i zmarli. Najważniejszy cel obrzędu stanowi okazanie szacunku umarłym i zwrócenie się do nich z prośbą o błogosławieństwo. Famadihana odbywa się zazwyczaj w czasie malgaskiej zimy, między lipcem a sierpniem. Wynika to z przekonania, że nieboszczycy w okresie chłodnej pory roku potrzebują nowych całunów. Często zdarza się też tak, że komuś przyśni się przodek skarżący się na brak okrycia, co daje powód do zorganizowania ceremonii.
     Osobiście samego obrzędu nie widziałam, pewnie nie chciałabym zresztą w nim uczestniczyć, nawet gdyby właśnie odbywał się w wiosce. Wystarczająco odstraszająco działały na mnie wystające z ziemi ogromne kamienie, do których Malgasze odprowadzają dusze swoich zmarłych. W trakcie takiego pożegnania zabija się zebu (im bogatsza rodzina, tym więcej sztuk tego udomowionego bydła garbatego), a potem na głazach wiesza jego rogi, co potęguje atmosferę rodem z mocnego dreszczowca.  

 

***

Madagaskar to niepowtarzalne miejsce, zarówno ze względu na oryginalną przyrodę, jak i swoich mieszkańców i ich kulturę, która bywa nieskażona wpływami obcych cywilizacji. Wyspa ma w sobie niezwykłą magię, przyciągającą podróżników i turystów poszukujących przygód lub niezliczonych ciekawych kontrastów. Jeśli zawitamy tu choć raz, na pewno zapragniemy wrócić do tego kraju, aby znów móc podziwiać jego piękno i zgłębiać jego pasjonujące tajemnice… 

Artykuły wybrane losowo

„G’day, Aussieland” – z wizytą na antypodach

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl


<< „No worries, mate” (z ang. „nie ma sprawy, stary”) powtarzają ciągle Australijczycy z uśmiechem na twarzy. Ten popularny zwrot pokazuje ich beztroskie podejście do przeciwności losu. W Australii każdy jest „mate” – kolegą, kumplem, dobrym znajomym. Z drugiej strony ten kontynent wydaje się bardzo niebezpiecznym miejscem dla człowieka. Czyhają tu na niego rekiny, włochate pająki i najbardziej jadowite na świecie węże. Czy jednak naprawdę powinniśmy się bać? Nie dowiemy się, jeśli nie zaryzykujemy. Zapraszam do niezmiernie interesującej krainy kangurów! >>

W II w. n.e. na mapie Ptolemeusza, greckiego astronoma, matematyka i geografa, pojawił się tajemniczy ląd, którego istnienie uczony założył na podstawie teorii mówiącej, że północny region świata musi równoważyć na południu jakaś ziemia. Zaczęto określać go mianem Terra Australis bądź Terra Australis Incognita (z łac. Ziemia Południowa, Nieznana Ziemia Południowa). To właśnie od tego wyrażenia wywodzi się nazwa najmniejszego na naszej planecie kontynentu (8,6 mln km² powierzchni) oraz 6. pod względem wielkości państwa na świecie (zaraz po Rosji, Kanadzie, Chinach, USA i Brazylii), które na nim leży. W kraju tym żyje prawie 24 mln ludzi, z czego 85 proc. mieszka w odległości 50 km od wybrzeża. Suchy i nieprzyjazny interior zasiedla rdzenna ludność tych stron – wyjątkowo wytrzymali Aborygeni.

Więcej…

Nieprzewidywalna Islandia

MICHAŁ MOC

www.icelandic.pl

 

<< Islandia, patetycznie nazywana krainą ognia i lodu, w rzeczywistości okazuje się przede wszystkim mozaiką kolorowych krajobrazów, zadziwiającej roślinności bohatersko wdzierającej się na pola lawy i miejscem, gdzie nawet najbardziej doświadczony obieżyświat musi odrzucić swoje przyzwyczajenia. Tutaj zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej racji może narazić na śmieszność, a nawet sprowadzić na przybysza poważne kłopoty. Za to na uważnych obserwatorów, podróżników otwartych i wyrozumiałych (głównie wobec siebie) i osoby, które właściwie przygotowały się do wyprawy, czeka rzeczywistość nadająca życiu nowy wymiar. >>

 

Wycieczka w głąb południowej części wyspy

©MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Na Islandii będziemy podziwiać widoki, jakich nie widzieliśmy nawet w snach, spotkamy ludzi silnych i potrafiących walczyć z przeciwnościami losu jak nikt inny w Europie oraz zwierzęta (konie islandzkie, owce, maskonury, wieloryby, lisy polarne, renifery, ogrom ptaków) żyjące z nimi w niezwykłej symbiozie. Kraj ten stał się nowym turystycznym rajem, a jego popularność wciąż rośnie. I trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na swoją wysoką pozycję w rankingach na idealny cel podróży życia!

Na wyspę można dotrzeć bez przesiadek samolotem z kilku miast Polski (Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Gdańska) – lot trwa od 3,5 do 4 godz. Jedyne międzynarodowe lotnisko to Port Lotniczy Keflavík, który zapewnia blisko 100 bezpośrednich połączeń, w tym z większością europejskich stolic.

 

PO PRZYLOCIE

Na miejscu warto wypożyczyć samochód. Oprócz znanych światowych korporacji na Islandii działają też cieszące się dobrą opinią firmy lokalne, w których łatwo trafić na polskich pracowników, a nawet… właścicieli. Wybór pojazdu, obok zakwaterowania, należy do strategicznych decyzji osób planujących zwiedzanie. Wielkość budżetu wyprawy determinuje sposób eksplorowania wyspy. Koszty są bardzo mocno zróżnicowane w zależności od miesiąca i typu wypożyczanego samochodu. Od połowy czerwca do mniej więcej połowy września za wynajem na tydzień małego auta odpowiedniego do poruszania się po głównych drogach asfaltowych trzeba zapłacić kilkaset euro. Wypożyczenie standardowego samochodu z napędem na cztery koła i prześwitem większym niż 20 cm, umożliwiającego wjazd na drogi wewnątrz lądu (w szczególności te oznaczone literą F, zarezerwowaną dla traktów trudniejszych, górskich, kamienistych lub poprzecinanych brodami i rzekami) kosztuje już… kilka tysięcy euro. Z nastaniem chłodniejszych i bardziej deszczowych miesięcy ceny wynajmu stopniowo maleją, aby osiągnąć poziom europejski, ale równocześnie – szczególnie w zimie – rośnie ryzyko znacznego pogorszenia się warunków pogodowych (zdarzają się silne opady śniegu i huraganowe wiatry). Wiele dróg, w tym głównych i wydawałoby się zawsze przejezdnych, może wówczas być zamkniętych. Czasem nie sposób nawet wyjechać ze stołecznego Reykjavíku.

                Pierwszą noc po przylocie warto spędzić w Keflavíku lub okolicach (np. Grindavíku – portowym miasteczku na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes, ze świetnym basenem, komfortowym kempingiem, a także knajpką „Bryggjan Kaffihús” słynącą z niesamowitej… zupy z owoców morza). Ceny są tu niższe niż w Reykjavíku, można zacząć się aklimatyzować i przyjrzeć nieco otoczeniu, a poza tym w przypadku większości korzystnych cenowo połączeń przylot zaplanowany jest na późny wieczór. Następny dzień dobrze rozpocząć od wizyty w tutejszych sklepach tanich sieci Bonus lub Netto. Wbrew obiegowym opiniom nie warto zapełniać bagażu zabieranego z Polski dużymi zapasami jedzenia (istnieją zresztą istotne prawne ograniczenia dotyczące wwożenia na wyspę produktów spożywczych). Korzystniej postawić na zdrową i niewiele droższą islandzką żywność kupowaną na miejscu. Owszem, cena bagietki (w przeliczeniu ok. 6–9 złotych) czy bochenka chleba (10–24 złotych) nie wydaje się zbyt zachęcająca, ale jakość większości produktów (pieczywo bywa niechlubnym wyjątkiem od tej zasady) jest porównywalna do tych kupowanych w ekskluzywnych sklepach spożywczych w naszym kraju. Warto jedynie zwrócić uwagę, czy artykuły w koszyku są faktycznie lokalne, a nie importowane z Danii, Norwegii, USA lub… Polski (jak popularny tutaj od lat znany polski batonik w złotym opakowaniu). Produkty, które rzeczywiście kosztują więcej, to przede wszystkim alkohol (dostępny w niezbyt dużym wyborze w specjalnych sklepach Vínbúðin) i wyroby tytoniowe. Szczęśliwie używki nie stanowią o magnetycznej sile Islandii. Na spożywanie trunków w trakcie zwiedzania zwykle nie wystarcza czasu (choć smak lokalnych piw bywa niezapomniany, podobnie jak wysokość rachunku), a palenie rzucić tu szczególnie łatwo – przekonują do tego ceny papierosów i znakomita jakość islandzkiego powietrza. Po zakupach pozostaje zadbać o pełen bak paliwa (najtańsze stacje to Orkan oraz Olís i ÓB – w czerwcu 2018 r. litr benzyny bezołowiowej kosztował na nich w przeliczeniu ok. 8 zł).

 

WŁASNYMI SIŁAMI

Alternatywą dla podróży samolotem i wypożyczenia auta na miejscu jest przyjazd własnym samochodem (jedyny prom M/S Norröna, przewoźnika Smyril Line z Wysp Owczych, pływa z duńskiego Hirtshals do portu Seyðisfjörður na wschodzie Islandii raz na tydzień). Podróż trwa niemal 3 doby w jedną stronę, a pod jej koniec można podziwiać niezmiernie urokliwe, ociekające dziesiątkami wodospadów wschodnie fiordy. Niemniej na niekorzyść tego rozwiązania przemawiają koszty takiej przeprawy (szczególnie w lecie), jej czas (należy jeszcze doliczyć dojazd z Polski do północnej Danii) oraz ryzyko ekstremalnych przeżyć na morzu (głównie poza sezonem). Jest to więc dobry pomysł dla osób zakochanych w Islandii i odwiedzających ją po raz kolejny. Dzięki własnemu autu mają szansę poznać ją lepiej, odkryć skarby ukryte przed oczami większości turystów i wejść w bliski kontakt z tutejszą naturą.

                Oczywiście, można spotkać śmiałków przemierzających wyspę na własnych nogach. Gdzieniegdzie podróżowanie autostopem jest popularne lub wręcz oficjalnie sugerowane za pomocą specjalnych znaków drogowych. Jednak poza turystycznym południem ten sposób zwiedzania może też wymagać spędzania na poboczach w trudnym do opisania deszczu i przy huraganowym wietrze wielu godzin, szczególnie jeśli nie sprawdzimy wcześniej, ile aut przejeżdża wybraną drogą. Ogromna dobowa zmienność islandzkiej pogody i występowanie skrajnych zjawisk wyjątkowo silnie kłócą się z nieprzewidzianymi postojami w oczekiwaniu na okazję. Poprzedzone przygotowaniami i poważnym rozeznaniem modne na Islandii letnie wędrówki są warte polecenia, ale wycieczki stopem na wschód, północ albo Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) poza sezonem lub w przypadku osób bez dużego doświadczenia łatwo mogą przerodzić się w walkę z czasem, ciężkimi warunkami pogodowymi i własnymi słabościami. Respekt budzi przemierzanie kraju na rowerze (głośnym wyczynem była wyprawa Kuby Witka z 2016 r., po której w kolejnym roku powstał Isoland – wyreżyserowany przez niego film dokumentalny o polskich emigrantach), ale to już zdecydowanie propozycja dla osób z doświadczeniem, siłą woli i świetną kondycją. Niemniej rowerzystów na wyspie spotyka się w wielu rejonach więcej niż autostopowiczów i można odnieść wrażenie, że ten sposób jej poznawania, choć ambitny i nieco ekstremalny, zyskuje na popularności.

 

W RĘKACH LOSU

Zamiast wypożyczać samochód po przylocie mamy wreszcie możliwość wykupienia wycieczek (pojedynczych lub w pakiecie) w lokalnych biurach podroży. To bardzo rozsądna propozycja, w szczególności dla osób, które doceniają, że tutejszy przewodnik trafia od razu we właściwe miejsca, wie, ile czasu na nie poświęcić, zna aktualny stan ścieżek, szlaków i dróg, stale obserwuje najdokładniejszą prognozę pogody oraz przekazuje więcej informacji niż przewodniki książkowe. Podróż po Islandii jest trudna do planowania. Choć wydany w minionym roku przewodnik informuje, że jedyna w promieniu 50 km restauracja serwuje posiłki do 21.00, to może się zdarzyć, iż o 18.30 zastaniemy zamknięte drzwi. Na wyspie wszystko cały czas się zmienia. Droga do konkretnej atrakcji staje się nieprzejezdna, lodowa jaskinia zawala się pod wpływem skoków temperatury, a właściciel gruntu, na którym leży słynny wrak samolotu, ogradza go ze względu na zniszczenia powodowane przez turystów. Niewiele ponad 350 tys. mieszkańców nie jest w stanie sprawnie obsługiwać milionów gości z całego świata, szybko naprawiać bocznych dróg i zużytych samochodów czy remontować hoteli. Jednak to nie komfort stanowi o wyjątkowości tego kraju. Lokalny przewodnik lub farmer oferujący pokój w swoim gospodarstwie zawsze poradzi sobie z codziennymi niedogodnościami albo sprawi, żeby były one jak najmniej uciążliwe. O ostrzeżeniu przed powodzią lodowcową poinformuje swoich gości, zanim otrzymają mrożące krew w żyłach oficjalne SMS-y o niebezpieczeństwie, podpowie też, gdzie widziano renifery, obudzi przyjezdnych podczas zimowego spektaklu zorzy polarnej i wskaże najlepsze miejsce do jej podziwiania.

Samodzielny, nawet najbardziej oczytany turysta (lub korzystający z europejskiego biura podróży z niezbyt zorientowanym przewodnikiem) ma na poznanie prawdziwej Islandii mniejsze szanse. Potwierdzającym to przykładem niech będzie stosunek do pogody i planu wyprawy. Myślący po europejsku przybysze rozplanowują zwiedzanie z dokładnością co do godziny – wyliczają, jak szybko zamierzają się przemieszczać i na jak długo się zatrzymywać. Zakładają, że najpierw dotrą do interesującego ich miejsca, a potem je dokładnie obejrzą. Jednak na Islandii nie podróżuje się od punktu do punktu, tu po prostu się jest!

Warto więc nastawić się na pogodzenie się z warunkami pogodowymi i odkrywanie widoków za kolejnym zakrętem. Na stronie internetowej www.vedur.is dostępna jest najdokładniejsza islandzka prognoza pogody, zawierająca szczegóły dotyczące prędkości wiatru, stopnia zachmurzenia, prawdopodobieństwa opadów czy też… pojawienia się zorzy. Obok www.vegagerdin.is –z podglądem dróg i wiadomościami o ich przejezdności – to podstawowe źródło niezbędnych codziennych informacji dla Islandczyków. Dzięki tej wiedzy można często spędzić w słońcu (lub przynajmniej nie w deszczu) większą część pobytu, ciesząc wzrok cudownymi kolorami i krajobrazami. Prawdziwy urok Islandii tkwi w tym, że chłonie się chwilę, zostaje na dłużej tam, gdzie nam się spodoba, zatrzymuje się w miejscach rozświetlonych promieniami słońca. Często takie spontaniczne, niezaplanowane postoje zapisują się w pamięci jako najpiękniejsze momenty podróży, nie mniej emocjonujące niż oglądanie atrakcji znanych z pocztówek i przyciągających ludzi z całego świata. Przemierzać wyspę i przyglądać się jej to najlepszy sposób na zwiedzanie. Czasem gdy upartemu turyście trudno porzucić przyzwyczajenia, natura sama go ogrywa: akurat na te pół godziny zasłania lodowiec, przemacza poziomym deszczem trzy warstwy podobno nieprzemakalnej odzieży, boleśnie przewraca spontanicznym podmuchem o prędkości 90 km/godz. na nieutwardzonej (a jakże!) ścieżce lub z pomocą silnego wiatru… wyrywa z auta drzwi, zaledwie lekko uchylone z myślą o otwarciu. Śledzenie prognozy pogody, rozsądek i dbanie o swoje bezpieczeństwo są tu ważniejsze niż plan, a nawet pozorne oszczędności. Nagrodą za poddanie się siłom natury jest niezapomniana przygoda na Islandii, która ze sloganowej krainy ognia i lodu zmienia się w krainę marzeń i niesamowitości!

 

CENNE ATRAKCJE

Dzięki temu, że w czasie turystycznego sezonu słońce potrafi świecić niemal całą dobę (na początku lata przy dobrej pogodzie ciemno nie robi się wcale), kluczowe islandzkie atrakcje można odwiedzać w porach innych niż robią to autokary biur podróży, szczególnie iż nie ma tutaj bram, płotów, kas itp. Oferowane na miejscu wycieczki z doświadczonymi lokalnymi przewodnikami nie są tanie (od kilkuset złotych np. za rejs połączony z obserwowaniem wielorybów, spacer po lodowcu czy nurkowanie w międzykontynentalnej szczelinie pomiędzy płytami tektonicznymi, do 1,5 tys. złotych za wyjazd w interior lub pokonanie oszałamiającej górskiej drogi i przejażdżkę śnieżnymi skuterami). Jednak warto ponieść te koszty. Na Islandii turysta zostawia zazwyczaj znacznie więcej pieniędzy niż zakładał, przy czym trzeba przyznać, że wcale tego nie żałuje, a nawet – w miarę możliwości – usiłuje ów wyczyn z nie mniejszym rozmachem powtórzyć. Z kolei Islandczycy uważają, że ceny są takie, jakie być powinny: po prostu rzecz lub usługa kosztuje tyle, ile jest warta i ile ktoś chce za nią otrzymać, zatem właśnie tyle należy mu zapłacić. Poza stołecznym Reykjavíkiemzniżki – afsláttur – stosuje się tu dużo rzadziej niż w kontynentalnej Europie, najczęściej w sklepach spożywczych przy żywności z kończącym się terminem przydatności do spożycia.

 

NA POŁUDNIE, NA ZACHÓD

W przypadku pobytu na wyspie trwającego od pięciu do siedmiu dni, zorganizowanego samodzielnie, mamy do wyboru właściwie dwa kierunki zwiedzania – wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża lub w stronę półwyspu Snæfellsnespołożonego na zachodzie. W ich trakcie nie trzeba wjeżdżać w głąb wyspy ani przekraczać rzek. Żadna z nich generalnie nie wymaga poruszania się autem z napędem na cztery koła (korzystanie z takiego samochodu rekomendowane jest od listopada do marca z uwagi na możliwe oblodzenie dróg, silne wiatry i zmienny stan nawierzchni). W przypadku obu wypraw można po drodze odwiedzić słynne kąpielisko termalne Błękitna Laguna (Blue Lagoon), Reykjavík i Golden Circle – Złoty Krąg. Na ten ostatni składają się trzy główne popularne atrakcje: obszar Þingvellir (gdzie w 930 r. po raz pierwszy obradował narodowy parlament Althing), gejzery – Geysir (to od niego wzięła się nazwa tego typu gorącego źródła) i Strokkur (w przeciwieństwie do pierwszego ten wciąż jest aktywny i regularnie wyrzuca strumień wody) – i w końcu Gullfoss, jeden z najbardziej znanych islandzkich wodospadów (ogląda się go zarówno z platform widokowych, jak i – w miesiącach letnich – z głazów wcinających się w przyspieszającą przed kipielą wodę).

Wyprawę po regionie południowym kontynuuje się, podążając drogą nr 1 ponad 300 km na wschód wzdłuż wybrzeża aż do słynnych lodowcowych zatok. Warte obejrzenia są m.in. wodospady: Seljalandsfoss, który obchodzi się ścieżką wokół, Gljúfrabúi (Gljúfrafoss) ukryty w szczelinie skalnej czy Skógafoss tworzący opadającą ścianę wody o wymiarach ok. 15 x 60 m, wciąż czynny wulkan Eyjafjallajökull, wrak samolotu Douglas C-47 Skytrain (zwanego Dakotą) spoczywający na plaży Sólheimasandur, klify na półwyspie Dyrhólaey i sąsiednia czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi skałami, grotą i wystającymi z wody ostańcami znanymi z teledysków islandzkiej piosenkarki Björk. Za Vík í Mýrdal zachwycają: spektakularny, niezmiernie fotogeniczny kanion Fjaðrárgljúfur, pola mchu, Skaftafell (rejon popularnych pieszych wędrówek wokół jęzorów lodowca Vatnajökull i po nich, gdzie można też – poza sezonem letnim – wykupić wycieczki do jaskiń lodowych), jezioro Fjallsárlón, a nieco dalej laguna Jökulsárlón (to tutaj pływa się amfibią lub pontonem wśród gór lodowych z cielącego się lodowca, a po przeciwnej stronie drogi, od strony morza, przechadza się między lśniącymi bryłami lodu o futurystycznych kształtach).

Do wypadów w południowym regionie wyspy dobrą bazą są okolice miejscowości Hella. Na tle nielicznych (i zazwyczaj absurdalnie drogich) ofert zakwaterowania gdzieś wzdłuż lodowców te wypadają zdecydowanie korzystniej pod względem ceny i dostępności. Odpocząć lub przeczekać złą pogodę można w otwartym w 2017 r. nowoczesnym interaktywnym muzeum LAVA Centre w Hvolsvöllur. Godny uwagi jest także znajdujący się obok dobrze wyposażony sklep z islandzkim rękodziełem. W razie niesprzyjających prognoz dla odleglejszych części wybrzeża warto wybrać się na krótki rejs na malowniczo piętrzący się archipelag Vestmannaeyjar. Główna z wysp – Heimaey – wciąż pozostaje zamieszkana mimo widocznych do dziś skutków wybuchu tutejszego wulkanu Eldfell w styczniu 1973 r.

Jeśli zamiast eksplorowania południa Islandii wybraliśmy wycieczkę na Snæfellsnes, wówczas z okolic obszaru Þingvellir warto wyruszyć na północ nowym asfaltowym fragmentem drogi 550 (na niektórych mapach 52) z widokiem na interior. Po ok. 25 km najlepiej odbić w lewo w stronę Borgarnes i podążać dalej na północny zachód w kierunku półwyspu. Jeszcze przed wspomnianym miasteczkiem (dobrym miejscem na nocleg i zakupy) można odwiedzić pola geotermalne Deildartunguhver, wzgórze trolli w Fossatún lub drogą 520 dotrzeć na okalającą pobliski fiord – Hvalfjörður – trasę 47, skąd prowadzi dość wymagająca, ale bardzo ceniona przez piechurów ścieżka do wysokiego na 198 m wodospadu Glymur. Na Snæfellsnes czekają za to kolonie fok (m.in. na prawo od parkingu przy plaży Ytri Tunga), lawowa jaskinia Vatnshellir, niezliczone ptaki wokół przepięknych, postrzępionych nadbrzeżnych skał w wiosce Arnarstapi, urokliwe zatoki pamiętające świetność niewidocznych dziś osad rybackich, których historie znaczą wraki statków. Po północnej stronie półwyspu na wyróżnienie zasługują malownicze pole lawowe Berserkjahraun, Muzeum Rekina (na farmie Bjarnarhöfn, gdzie można spróbować specyficznego sfermentowanego mięsa z tej ryby), prom Baldur ze Stykkishólmur pływający na odizolowaną wysepkę Flatey i Fiordy Zachodnie czy znana z wielu turystycznych folderów góra Kirkjufell (463 m n.p.m.). W drodze powrotnej warto zajrzeć nieco w głąb lądu nad rozłożysty wodospad Hraunfossar oraz skorzystać z najpopularniejszej z nowych islandzkich atrakcji – wycieczki na lodowiec Langjökull potężnym busem z napędem na wszystkie osiem kół i spaceru do wnętrza lodowca specjalnie wyżłobionym tunelem (Into the Glacier).

 

Kirkjufellsfoss, wodospad w sąsiedztwie góry Kirkjufell na półwyspie Snæfellsnes

© PROMOTE ICELAND

 

GORĄCA ZIEMIA

Kto ma 10–14 dni na zwiedzanie Islandii, może już pokusić się o objechanie wyspy dookoła niemal w pełni wyasfaltowaną drogą nr 1. Jeśli jest się gotowym na planowanie noclegów na bieżąco, przy wyborze kierunku najrozsądniej zdać się na… pogodę. Wydaje się to rozwiązaniem nieco droższym, ale w rzeczywistości uwalnia od kłopotliwego pokonywania dziesiątek lub setek kilometrów do zarezerwowanych wcześniej miejsc zakwaterowania i pozwala zobaczyć wiele atrakcji przy akurat sprzyjających warunkach pogodowych. Wschodnie i północne rejony Islandii są światami dalece odmiennymi od turystycznego południa. Należałoby im poświęcać odrębne przewodniki. Fiordy wschodnie czy księżycowe krajobrazy między miastem Egilsstaðir a jeziorem Mývatn, potężny wodospad Dettifoss na rzece Jökulsá á Fjöllum, wulkaniczne obszary wokół miejscowości Reykjahlíð – widoki przekraczają tu możliwości wyobraźni, choć wizyta na południu wyspy już była dla niej ogromną dawką inspiracji. Nieograniczone przestrzenie przynoszą szczególne poczucie wolności, ale i uświadamiają małość i kruchość człowieka. Gdzieniegdzie odnosi się wrażenie, że dane miejsce aż po horyzont zostało przygotowane… tylko dla nas. Tutaj, zaraz za wzniesieniami oddzielającymi zabudowania od gorących jeszcze pól lawowych Krafla i bulgoczącej ziemi Hverarönd (Hverir), znajduje się konkurujące ze słynną Błękitną Laguną (ceną, widokami i kameralnym charakterem) kąpielisko termalne Jarðböðin (Mývatn Nature Baths). Nad jeziorem Mývatn lub w Akureyri (wspaniałym, młodym duchem akademickim mieście, gdzie zamiast czerwonych świateł na skrzyżowaniach zapalają się czerwone serduszka) wykupimy niezapomnianą wycieczkę do wnętrza lądu, np. do kaldery Askja, aby po przeprawie specjalnym busem przez rzeki i marsjańskie krajobrazy podziwiać polodowcowe jezioro Öskjuvatn, wykąpać się w ciepłej, mlecznej wodzie wypełniającej wulkaniczny krater, a nieopodal obejrzeć rozległe pola lawy Holuhraun powstałe w wyniku erupcji wulkanu Bárðarbunga z lat 2014–2015. Jeżeli ktoś ma więcej czasu, w trakcie wyprawy wokół Islandii powinien też rozważyć wypłynięcie na obserwowanie wielorybów ze słynącego z tej atrakcji Húsavíku, choć trzeba przyznać, że podobne rejsy oferuje się w wielu islandzkich portach otwartych na północne wody i to najczęściej w niższej cenie.


NIEPRZYSTĘPNA KRAINA

Najbardziej odizolowane i tajemnicze są imponujące ogromem przewyższeń i klifów, wzbudzające szczególne emocje w oglądających Fiordy Zachodnie, według miejscowych legend kraina… magii i czarów (Strandagaldur, Museum of Icelandic Sorcery & Witchcraft – Muzeum Islandzkiej Magii i Czarów znajduje się w miasteczku Hólmavík). Północno-zachodnie krańce wyspy, jeszcze kilkanaście lat temu niemal niedostępne przez znaczną część roku ze względu na strome i zasypywane śniegiem szutrowe drogi wijące się wzdłuż brzegu morza i przez wysoko położone przełęcze, obecnie stały się nieco łatwiejsze do przemierzania (za wyjątkiem wyłączonego z ruchu i działalności człowieka Rezerwatu Naturalnego Hornstrandir) dzięki prawie w całości utwardzonym drogom 60 i 61. To chyba najbardziej lubiany cel wycieczek samych Islandczyków. Znajdują się tu gorące baseny i naturalne oczka kąpielowe, głębokie fiordy (które można oglądać także z perspektywy kajaka, wypożyczonego np. w Ísafjörður, albo końskiego grzbietu), najrzadziej odwiedzane jary i wodospady, małe rybackie osady i w końcu opuszczone przetwórnie rybne czy wraki (statków, samochodów i samolotów). To Islandia ze wspomnień, bez śladów przemysłu, ufna i prosta – z jajkami i marmoladami wystawianymi na sprzedaż w okolicy samotnych farm, jagodowymi krzewami opanowującymi we wrześniu ciągnące się kilometrami zbocza, pokazująca jak zwyczajne było życie dawniej. To raj dla ptaków i wolnych ludzi, a jednocześnie koniec świata, który jesienna lub wiosenna śnieżyca potrafi odciąć od reszty wyspy albo podzielić na odizolowane od siebie enklawy na długie dni. Mieszkańcy tej części kraju traktują jej trudne warunki jako zwykłą kolej rzeczy, wielu z nich lubi tę surowość, ciszę i siłę, również w niełatwych zimowych miesiącach, mimo szczególnie depresyjnego wówczas nastroju. Z perspektywy turystów magia Fiordów Zachodnich może jednak wyglądać inaczej. Utknąć w śniegu na 10 godz. lub w zapomnianym hoteliku na cztery nieplanowane dni tylko dlatego, że nie śledziło się kilka razy dziennie zmieniającej się dynamicznie prognozy pogody, to nie dla wszystkich atrakcyjne doświadczenie.

 

WIELKA SIŁA PRZYCIĄGANIA

Na turystycznej mapie świata łatwo znaleźć wiele miejsc, gdzie za określoną kwotę można się zrelaksować, wygrzać w słońcu, zaznać komfortu i spokoju, wyłączyć myśli. Jest to formuła tak popularna, jak przewidywalna – kierując się doświadczeniami przyjaciół, opiniami z internetu, artykułu lub przewodnika, decydujemy się na sprawdzoną wycieczkę organizowaną samodzielnie lub przez biuro podróży w formie pakietu all inclusive, dopasowaną do naszych gustów i możliwości. Islandia zachęca do uprawiania zupełnie innego typu turystyki, opartej na eksploracji, ruszaniu w nieznane, odmienności i zmienności. To znamienne, że trudno trafić na osoby, które odwiedziły ten kraj i nie chciałyby do niego wrócić. Nawet 10 lat regularnych turystycznych wypraw w te strony nie daje przekonania, iż poznało się wszystkie malownicze zakątki, a magnetyczna moc wyspy – nigdy ponownie takiej samej – potrafi wielu zawrócić w głowie. Islandia zmienia się jak topniejące lodowce: rok po roku traci odrobinę północnego charakteru, ale równocześnie gdzie może walczy, aby czas i turyści nie pokonali jej zbyt łatwo. Warto przyjechać tu, żeby spojrzeć na świat z szerszej perspektywy i poznać… samego siebie. Nie wolno zwlekać zbyt długo, bo Islandczycy coraz dotkliwiej odczuwają skutki popularności swojej ojczyzny, którą nie każdy przybysz należycie szanuje, czym wywołuje niekiedy frustrację właścicieli tutejszych terenów i doprowadza do zamknięcia czy ogrodzenia kolejnych atrakcji. Mimo dużego zainteresowania Islandią wśród obcokrajowców oraz wysokich cen lokalnych usług i towarów jej mieszkańcy wciąż nie traktują turystów jako dostawców świeżej gotówki lub co gorsza intruzów. Pozostaje więc tylko życzyć sobie odpowiedzialnych przygotowań i dobrej pogody oraz aby wspomnianego ognia i lodu nigdy nie spotkać w jednym miejscu i czasie. Po wizycie na tej niesamowitej wyspie postrzeganie świata i podróżowanie nie jest już takie jak wcześniej. I wyjątkowo często korci, żeby znów stanąć wśród lawy i mchów, oko w oko ze zdziwionymi baranami, wyłuskując z kieszeni grubej kurtki kolejnego lukrecjowego cukierka.

 

Fiordy Zachodnie są jednym z najmniej zaludnionych obszarów wyspy

© MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Wydanie Lato 2018

SKARBY SRI LANKI

ALINA WOŹNIAK

 

<< Ogromne bogactwo tropikalnej przyrody, ziół i przypraw, bezcenne pamiątki przeszłości, kamienie szlachetne i wyśmienita herbata – wszystko to znajdziemy na niewielkiej wyspie, która niczym łza opada z Półwyspu Indyjskiego. A powitają nas na niej ludzie, którym spokoju ducha może pozazdrościć każdy Europejczyk. >>

  FOT. SRI LANKA TOURISM

Mimo iż położona na wyspie Cejlon Sri Lanka ma zaledwie ok. 65,6 tys. km2, to jest ogromnie zróżnicowana, pulsuje kolorami, a krajobrazy zmieniają się tu jak w kalejdoskopie: od wiecznie zielonych lasów po góry wysokie jak Tatry, suche równiny, malownicze rzeki i wodospady, laguny, plantacje herbaty i tropikalnych owoców oraz skąpane w słońcu, długie i piaszczyste plaże z rozwiniętą infrastrukturą turystyczną. To prawdziwie rajski zakątek dla spragnionych błogiego leniuchowania, kontaktu z dziewiczą naturą i wspaniałymi zabytkami. Aż 8 tutejszych obiektów znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – starożytne miasta Polonnaruwa, Sigiriya, Anuradhapura i Kandy, Rezerwat Leśny Sinharaja, Stare Miasto Galle i jego fortyfikacje, buddyjska Złota Świątynia Dambulla i Płaskowyż Centralny.

Więcej…