MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

W Republice Dominikańskiej warto zrobić jedno – wyjść poza hotelowe mury i pojechać gdzieś w głąb lądu, spotkać ludzi, zobaczyć, jak wygląda prawdziwy tutejszy świat. Jej czarujące oblicze, typowe dla Karaibów, poznamy właśnie na prowincji. W malowniczych wioskach i sennych miasteczkach czas wyraźnie zwalnia, a ich mieszkańcy potrafią czerpać z życia pełnymi garściami, mimo wielu niedostatków. Wobec przyjezdnych są bardzo pomocni, życzliwi, chętnie mówią o swoim kraju. W Dominikanie jeździ się prawie wszystkim, każdy chce podwieźć przybysza, żeby zarobić, więc zawsze dotrzemy do celu. Zmienność krajobrazów potrafi zaskoczyć tu także turystę o bogatym dorobku podróżniczym. W ciągu jednego dnia można posiedzieć w cieniu kokosowych palm albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej (na północy i wschodzie), oglądać wodniste pola ryżowe, rozległe plantacje bananów, a potem góry wyższe niż Tatry (w centralnej części) lub pojechać pod granicę z Haiti na „dominikański Dziki Zachód” przez czerwone ziemie, pokryte suchym buszem bądź usiane spłaszczonymi akacjami czy wielkimi kaktusami w kształcie procy, pod którymi snują się rozleniwione iguany. Te ostatnie plenery przypominają afrykańskie równiny albo obszary na pograniczu USA i Meksyku. Brakuje jedynie Charlesa Bronsona z koltem i reszty filmowców kręcących westerny. Foldery turystyczne i spoty podróżnicze informują, że Dominikana posiada wszystko. Nie ma w tym najmniejszej przesady. W końcu wyspę Hispaniolę (Haiti), na której leży, Krzysztof Kolumb upodobał sobie najbardziej z lądów przez siebie odkrytych.
W tym kraju łatwo znaleźć swoje miejsce. Baza turystyczna zdążyła się w nim bardzo dobrze rozwinąć. Pięć głównych regionów krajoznawczych kusi przyjezdnych wieloma atrakcjami, zaprasza do udziału w tropikalnej przygodzie, poznania lokalnej kultury i folkloru oraz zachęca do aktywnego wypoczynku. Oto kilka moich propozycji.

 

PARADA KULAWYCH DIABŁÓW
W lutym warto przyjechać do karnawałowego siedliska czartów, czyli miasteczka Concepción de La Vega (La Vega). Odbywa się w nim najsłynniejszy karnawał w Republice Dominikańskiej – Carnaval Vegano. W 1977 r. został oficjalnie uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional). Rządzą tu wtedy „Kulawe Diabły” (Diablos Cojuelos). Ponoć ich przodek naraził się samemu Lucyferowi, za co spotkało go wygnanie, i choć zwichnął sobie kopyto, to nie odebrało mu sprawności.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

„Kulawe Diabły” na Carnaval Vegano


     Dzisiaj można przyłączyć się do diablej maskarady: poszaleć, poboksować i podrażnić z głównymi prowodyrami tej ulicznej fety. Jak na rogate dusze przystało, nie chadzają zwyczajem innych parad w zwartym, regularnym szyku, tylko koślawo podrygują, biegają w różnych kierunkach, nagle skądś wyskakują, strzelając iskrami spod racic. Noszą peleryny i pumpy, parodiujące stroje dawnych szlachciców. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że diabłom podczas karnawału wolno okładać widzów i przechodniów rodzajem biczyka z dmuchanymi krowimi pęcherzami, a korzystają z tej sposobności do woli. Obrywają ładne dziewczęta, nadęci macho czy rozkojarzeni turyści – każdy po równo, ale bezboleśnie. Poza tym parametry samych pęcherzy są ściśle regulowane przez lokalne władze. Jeśli mają ostre krawędzie, jakieś doczepione elementy lub nadmiar powietrza, zostaną skonfiskowane. Obecnie większość tych specyficznych narzędzi jest raczej sztuczna, szyta z materiału i wypełniana watą, jednak dalej spełniają swoją funkcję. Carnaval Vegano to rozemocjonowane tłumy, chaos zabawy, a także niesłychana mnogość groteskowych kreacji oraz najdziwniejszych zestawień różnych części garderoby – istna parada lycry, stylonu, satyny, piór, błyszczących futer, fosforyzujących szlafroków itp. Dzięki tajemniczym maskom, łagodnym bądź przerażającym, wszyscy stają się zupełnie kimś innym.
     Element karnawału w 250-tysięcznym mieście La Vega stanowi również kulinarna rozwiązłość. W Dominikanie uliczne jedzenie oznacza potrawy proste i smaczne, dostępne na każdym rogu. Po odnowieniu sił możemy dalej oddawać się szaleństwu w rytm różnorodnej muzyki uwalnianej z setek głośników. Ten cały taneczny i teatralny miszmasz spodoba się największym marudom. Podczas finałowej parady uczestnicy zabawy zrzucają maski, rozluźniają kostiumy i poznają się nawzajem.

 

WIELORYBIE ROMANSE
W obrębie zatoki Samaná co roku od stycznia do marca spotyka się ogromne morskie ssaki z gatunku waleni, zwane długopłetwcami, a popularniej – humbakami (Megaptera novaeangliae). Mają długie, masywne płetwy piersiowe, ze względu na które mogą kojarzyć się z jakimś prehistorycznym ptakiem. Co więcej, pochodzącą z greckiego nazwę zwyczajową megaptera tłumaczy się jako „wielkie skrzydło”. Podłużną głowę wieloryba porastają guzy, rozłożone w równych odstępach. Wyglądają jak znaki gigantycznego alfabetu Braille’a. Osobniki rozróżnia się po indywidualnym wzorze na płetwie ogonowej, analogicznym do ludzkich linii papilarnych.
     Humbaki przypływają z dalekiej, arktycznej północy, aby w cieplejszych wodach Atlantyku w sąsiedztwie Republiki Dominikańskiej odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Intensywnie odżywiają się jedynie latem. Na ich dietę składa się głównie kryl. Magazynują w tym czasie tłuszcz, którego rezerwy zużywają potem w porze zimowej i który chroni je przed zimnem, zanim dopłyną w tropiki. Ciąża samicy długopłetwca trwa niespełna 12 miesięcy, co oznacza, że młode powinny przyjść na świat tam, gdzie zostały poczęte. Ich rodzice nie zawsze mogą liczyć na intymność w wodach wokół Dominikany, gdyż ich miłosnym albom i serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy rozentuzjazmowanych turystów. Dla nich organizowane są specjalne, ściśle unormowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Rajska zatoka Samaná wciąż zachwyca dziewiczymi krajobrazami


     Według badaczy jako pierwsi obserwowali humbaki miejscowi Indianie. W przypływie natchnienia malowali buchające fontannami pary wodnej olbrzymy na ścianach swoich jaskiniowych siedzib w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises), gdzie obecnie docierają liczni pasjonaci ekoturystyki. Prawdopodobnie te morskie ssaki podglądał także Krzysztof Kolumb. Kroniki mówią, że trafił w te okolice dokładnie w okresie godowym. Szacuje się, iż do brzegów Dominikany regularnie przybywa, aby się rozmnażać, ok. 1,5 tys. wielorybów. Opuszcza ten region później znacznie więcej osobników. Kilkunastometrowe zwierzęta ściągają tutaj przede wszystkim z rejonu zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii oraz Islandii. Ich wytrwałość w pokonywaniu ogromnych odległości naprawdę imponuje.
     Samiec długopłetwca może przybrać na wadze do 40 t. Jego zaloty to pokaz akrobacji, gwarantujący obserwującym go turystom niezapomniane widoki. Humbaki wyskakują z oceanu z impetem i wpadają do niego z oszałamiającym pluskiem. Każdy z nich przygotowuje się do takich wyczynów przez większość roku. Gody wymagają niemal olimpijskiej kondycji. Wieloryby poszczą w trakcie wędrówki i samych amorów. W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych tonów, służących zarówno komunikowaniu się, jak i wabieniu partnerek. My nazywamy te serie dźwięków pieśniami. Samice, które urodziły u wybrzeży Dominikany, karmią intensywnie swoje młode i przygotowują je do drogi powrotnej. Muszą zadbać o to, żeby maluchy zgromadziły odpowiednie zasoby tłuszczu, więc dostarczają im ok. 200 l mleka dziennie. Skutkuje to niesłychanym przyrostem wagi.
     W planach dominikańskich wakacji koniecznie trzeba więc uwzględnić wizytę na półwyspie Samaná. Powinniśmy wiedzieć, że obserwowanie romansujących humbaków bywa czasem niełatwe. Często kryją się na dłużej pod powierzchnią wody i raczej nie wynurzają się na zawołanie. W ten sposób wystawiają na próbę cierpliwość ciekawskich obserwatorów. Jednak warto poczekać. Oglądanie tego wyjątkowego widowiska, w którym olbrzymie walenie odgrywają najważniejszą rolę, będzie wystarczającą nagrodą.

 

NAJLEPSZE MANGO ZJEMY W BANÍ
Do 160-tysięcznego miasta Baní, leżącego na południowy zachód od stołecznego Santo Domingo, przyjeżdżają amatorzy przepysznej lokalnej odmiany mango, zwanej mango banilejo (albo po prostu mamellito). Ze względu na różnorodność i mnogość tych owoców uprawianych w tym regionie miejscowość zyskała oficjalnie w 2005 r. miano Capital del Mango, czyli Stolicy Mango. Święto jego zbiorów ExpoMango – Festival de la Cosecha del Mango Dominicano przyciąga w czerwcu do tego ośrodka głównych krajowych producentów oraz tłumy smakoszy. W czasie kilkudniowych targów odbywają się degustacje, wystawy oraz organizowane są wycieczki na okoliczne plantacje. Przyjezdni mogą liczyć również na szereg imprez towarzyszących, takich jak występy artystyczne, konferencje czy konkursy.
     Jednak gwiazdą tego niezmiernie kolorowego wydarzenia w stolicy prowincji Peravia pozostaje mango, którego trzeba koniecznie spróbować, gdyż tylko tu smakuje jak nigdzie indziej. Istnieje praktyczna metoda radzenia sobie z dojrzałym i miękkim owocem. Można go dosłownie wyssać. Nie traci się wtedy aromatycznego soku, nie plami odzieży ani nie brudzi rąk. Wystarczy odgryźć kawałek skóry na czubku i ostrożnie ugniatać mango dłonią, aby wciągnąć mięsistą zawartość. Co ciekawe, Dominikańczycy wyczekują zbiorów tych owoców jak bożego znaku. Potem zajadają się nimi na każdym kroku i częstują się nawzajem. Ten, kto wyląduje w Republice Dominikańskiej w czerwcu, już w taksówce z lotniska przekona się, że trafił na sezon dojrzewania. Okazuje się, że egzotyczne mango wcale nie powszednieją w tropikalnym klimacie. Najbliższa, 11. edycja ExpoMango będzie miała miejsce od 11 do 14 czerwca 2015 r. Warto wówczas odwiedzić pachnącą i sympatyczną stolicę prowincji Peravia.

 

KUBAŃSKI BOHATER Z DOMINIKANY
Dla podróżników zainteresowanych odkrywaniem Karaibów wizyta w Baní może być wstępem do wyprawy na pobliską Kubę. To właśnie w tej dominikańskiej miejscowości urodził się przyszły bohater tego sąsiedniego kraju Máximo Gómez Báez (1836–1905). Jego biografia jest bardzo ciekawa.
     Zapamiętano go jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość w 1895 r. Jeszcze gdy był nastoletnim chłopcem, brał udział w skutecznej obronie Dominikany przed inwazją wojsk cesarza Haiti Faustyna I (1782–1867). Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej i odbył przeszkolenie za oceanem, w Saragossie. Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez Báez wyemigrował na Kubę. Tutaj przyłączył się do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego, w którym szkolił powstańców. W 1871 r. w Guantánamo doszło do krwawego starcia z plantatorami kawy, których chroniły oddziały Hiszpanów. Między wojnami Dominikańczyk dorabiał za granicą, m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem otrzymał najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich w 1875 r. trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem bawełny, a szyję obwiązywał chustą. Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 r. (pozostawała pod protektoratem USA). Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Ponoć uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą polityka nie była jego żywiołem. Nie wrócił do rodzinnego kraju. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Krzysztofa Kolumba. Przy hawańskim bulwarze Malecón stanął jego pomnik. Gdy dotrzemy do niego podczas zwiedzania Kuby, przypomnimy sobie o dominikańskim mieście Baní.

 

W RAJU PO BITWIE
Z portu w miejscowości Santa Bárbara de Samaná (Samaná) można popłynąć wynajętą łodzią na rajską wysepkę Cayo Levantado, żeby zupełnie oderwać się od rzeczywistości. Kręcono na niej niegdyś spot reklamowy Bacardi, markowego rumu z kubańskim rodowodem. To doskonałe miejsce dla osób marzących o błogim lenistwie, wyśmienitych owocach morza oraz koktajlach popijanych na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Warto dotrzeć tu za dnia na tyle wcześnie, aby uniknąć nadmiernego tłoku i w pełni rozsmakować się w urokach tego zakątka. Nie zawsze jednak bywało w tym rejonie tak beztrosko.
     Pod koniec XVII w. wysepka, nazywana wówczas Cayo Bannister, stała się scenerią zaciętego starcia pomiędzy morskimi bandytami a siłami brytyjskiej marynarki wojennej. W pobliżu zakotwiczył słynny angielski pirat Joseph (Jack) Bannister. Zamierzał naprawić swój flagowy okręt Złote Runo (Golden Fleece). Tymczasem Anglicy wysłali w ślad za nim dwie fregaty. Zanim podeszły wystarczająco blisko, zdążył on wydać rozkaz przeniesienia dział okrętowych na pobliską wyspę. Samo wejście do zatoki Samaná jest raczej rozległe, lecz nie brakuje w nim zdradliwych raf oraz mielizn. Kiedy brytyjskie statki manewrowały szaleńczo między przeszkodami, znienacka uderzyły pirackie armaty. Wielu marynarzy straciło życie, a ich fregaty doznały poważnych uszkodzeń. Także Bannister poniósł znaczne szkody. Podczas ostrzału okręt Złote Runo zmienił się we wrak. Pirat zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná wtedy nie brakowało. Jednak nie uniknął kary. Nieco później został pojmany u wybrzeży Nikaragui i od razu stracony przez powieszenie na rei. Do Portu Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono jego zwłoki wciąż przywiązane do masztu, co miało stanowić wymowne ostrzeżenie dla wszystkich chcących sprzeciwić się Brytyjczykom. Obecnie jeden z eleganckich, butikowych hoteli, usytuowanych malowniczo nad zatoką Samaná zwie się właśnie The Bannister Hotel.

 

TURYSTYKA EKSTREMALNA I RELAKS PRZY CYGARZE
Republika Dominikańska coraz częściej bywa uznawana za oazę ekoturystyki w rejonie Karaibów. Posiada ku temu idealne warunki: głównie nadal dziewiczą i zróżnicowaną florę i faunę, wiele parków narodowych (aż 19!), pasma górskie z wierzchołkami sięgającymi powyżej 3 tys. m n.p.m., tętniące podwodnym życiem rafy koralowe oraz mnóstwo zjawiskowych plaż, często zupełnie kameralnych. To oszałamiające bogactwo naturalne zawdzięcza rozwojowi geologicznemu i geomorfologicznemu.
     Pasjonatom aktywnego spędzania czasu na łonie zapierającej dech w piersiach przyrody z pewnością spodoba się w centralnej części kraju na obszarze Kordyliery Środkowej albo na rozległych równinach doliny Cibao. W tych regionach nie sposób się nudzić. Szczególnie dużą popularnością cieszą się wędrówki na wspaniałe szczyty. Jeden z nich – Pico Duarte – to najwyższa góra całych Karaibów. Dla porównania tatrzańskie Rysy są niższe od niego o dobre pół kilometra. Ciągle toczy się spór dotyczący dokładnej wysokości wzniesienia. Znamy co najmniej trzy pomiary. Wynik pierwszego z nich rozpowszechniano jeszcze za rządów Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny (1891–1961). Wydaje się on jednak przesadzony, choć na pewno w pełni odpowiadał megalomanii dyktatora. Według niego szczyt liczy 3175 m n.p.m. Drugi – 3087 m n.p.m. – oficjalnie podają władze dominikańskie. Po raz kolejny Pico Duarte zmierzono przy pomocy technologii GPS. Zgodnie z tymi najnowszymi danymi jego wysokość wynosi 3098 m n.p.m. Obecnie ta wersja uchodzi za najbardziej bliską prawdy. Zdobycie wierzchołka nie należy do łatwych. Wyprawa wspinaczkowa może potrwać od dwóch do czterech dni, w zależności od obranej trasy oraz warunków pogodowych.
     Równie ekstremalnych wrażeń dostarczają rzeki z rwącym nurtem, na których uprawia się kanioning lub rafting (np. Yaque del Norte). Poza tym coraz popularniejsze wśród turystów staje się kolarstwo górskie. W okolicach miast Jarabacoa czy Constanza czekają natomiast zjawiskowe wodospady (m.in. Salto de Jimenoa, Salto Baiguate).
     Na koniec nie wolno też zapomnieć o flagowym produkcie kraju, czyli cygarach. Gdyby uparty Krzysztof Kolumb przestał myśleć o złocie i skupił się na tym, co była mu w stanie zaoferować dolina Cibao, współczesny rynek tytoniowy wyglądałby zapewne inaczej. Mimo to dominikańskie towary zajmują na nim poczesne miejsce. Jako przykład niech posłuży rodzinna firma Arturo Fuente, założona przez Kubańczyka na Florydzie i działająca od przeszło 100 lat, obecnie w Dominikanie. Corocznie wytwarza 30 mln cygar i wysyła je w świat. Wielbiciele „ekskluzywnego dymu”, tzw. aficionados, cenią je bardzo wysoko. Znakomite markowe produkty kupimy również np. w 700-tysięcznej stolicy regionu Santiago de los Caballeros. Zdecydowanie musimy skorzystać z tej okazji. Jeśli sami ich nie wypalimy, nietrudno będzie nam znaleźć na nie amatora... Wszak w naszym kraju nie brakuje już aficionados Dominikany.

Artykuły wybrane losowo

Hakuna matata – Kenia dla każdego

1212_Segera_MP2_3255_HDR.jpg

Sanktuarium dzikiej przyrody Segera Retreat w sercu płaskowyżu Laikipia

©AFRICA LINE ADVENTURE

 

Karolina Sypniewska-Wida 

www.karolinasypniewska.pl


Kto na safari wybiera się do Kenii, może mieć pewność, że czekają go najlepsze warunki do obserwowania dzikich zwierząt oraz podziwiania gigantycznych przestrzeni i krajobrazów niczym z najpiękniejszych snów. Przy okazji pozna też afrykańskie ludy i dowie się, że Masajowie uważają się za właścicieli wszystkich krów na ziemi, język żyrafy mierzy prawie pół metra, z drzewa kiełbasianego (kigelii afrykańskiej) robi się piwo, a zebra jest czarna w białe paski. Co więcej, pod względem infrastruktury turystycznej to państwo należy do najbardziej rozwiniętych w Afryce. To prawda, że turyści z całego świata przybywający każdego roku w ogromnej liczbie na ten fascynujący kontynent zmienili na dobre obraz dzisiejszego Czarnego Lądu, ale odwiedziny w objętych ochroną parkach narodowych i rezerwatach przyrody w dalszym ciągu są jedyną w swoim rodzaju atrakcją.

Więcej…

Na progu pustyni – Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman

Joanna Pszonka

Adam Domagała

 

<< Oblewany wodami Zatoki Perskiej, Morza Arabskiego i Morza Czerwonego Półwysep Arabski pokrywają pustynie i półpustynie. Bogactwo jego krajów stanowi czarne złoto, czyli ropa naftowa, a religię w nich dominującą – islam. Dwa z nich: Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman przypominają grotę 40 rozbójników, którą przez przypadek odkrył Ali Baba. Skarby, jakie tam odkryjemy, zachwycą nie tylko nasze oczy. Nie zwlekajmy więc ani chwili: „Sezamie, otwórz się!” >>

Wizytówką Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest Dubaj, mimo iż to nie on pełni funkcję stolicy państwa, a Abu Zabi (Abu Dabi). Właśnie tu znajdują się najwyższy wieżowiec świata, najlepsze hotele, w tym niezmiernie luksusowy Burdż Al Arab (Burj Al Arab) w kształcie żagla – wybudowany na specjalnie dla niego stworzonej wyspie na Zatoce Perskiej, imponujące budynki, potężne centra handlowe, ośnieżony stok narciarski na pustyni, a po ulicach jeżdżą najdroższe samochody. Dzięki temu wielkiemu rozmachowi świat zwrócił uwagę na to miejsce. Dziś Dubaj stanowi cel nie tylko wyjazdów biznesowych, ale też turystycznych. Maskat w sąsiednim Omanie to natomiast miasto zupełnie inne. Tutaj bogactwo widać przede wszystkim w jego architektonicznej całości, jednolitej w stylu zabudowie, która sprawia, że omańska stolica wygląda niczym wspaniała ilustracja do arabskiej baśni. Biel ścian odcinająca się od koloru nieba, starannie zaprojektowana zieleń miejska, pięknie oświetlone po zmroku nabrzeże nadają Maskatowi niepowtarzalnego charakteru sułtańskich włości.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM