MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

W Republice Dominikańskiej warto zrobić jedno – wyjść poza hotelowe mury i pojechać gdzieś w głąb lądu, spotkać ludzi, zobaczyć, jak wygląda prawdziwy tutejszy świat. Jej czarujące oblicze, typowe dla Karaibów, poznamy właśnie na prowincji. W malowniczych wioskach i sennych miasteczkach czas wyraźnie zwalnia, a ich mieszkańcy potrafią czerpać z życia pełnymi garściami, mimo wielu niedostatków. Wobec przyjezdnych są bardzo pomocni, życzliwi, chętnie mówią o swoim kraju. W Dominikanie jeździ się prawie wszystkim, każdy chce podwieźć przybysza, żeby zarobić, więc zawsze dotrzemy do celu. Zmienność krajobrazów potrafi zaskoczyć tu także turystę o bogatym dorobku podróżniczym. W ciągu jednego dnia można posiedzieć w cieniu kokosowych palm albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej (na północy i wschodzie), oglądać wodniste pola ryżowe, rozległe plantacje bananów, a potem góry wyższe niż Tatry (w centralnej części) lub pojechać pod granicę z Haiti na „dominikański Dziki Zachód” przez czerwone ziemie, pokryte suchym buszem bądź usiane spłaszczonymi akacjami czy wielkimi kaktusami w kształcie procy, pod którymi snują się rozleniwione iguany. Te ostatnie plenery przypominają afrykańskie równiny albo obszary na pograniczu USA i Meksyku. Brakuje jedynie Charlesa Bronsona z koltem i reszty filmowców kręcących westerny. Foldery turystyczne i spoty podróżnicze informują, że Dominikana posiada wszystko. Nie ma w tym najmniejszej przesady. W końcu wyspę Hispaniolę (Haiti), na której leży, Krzysztof Kolumb upodobał sobie najbardziej z lądów przez siebie odkrytych.
W tym kraju łatwo znaleźć swoje miejsce. Baza turystyczna zdążyła się w nim bardzo dobrze rozwinąć. Pięć głównych regionów krajoznawczych kusi przyjezdnych wieloma atrakcjami, zaprasza do udziału w tropikalnej przygodzie, poznania lokalnej kultury i folkloru oraz zachęca do aktywnego wypoczynku. Oto kilka moich propozycji.

 

PARADA KULAWYCH DIABŁÓW
W lutym warto przyjechać do karnawałowego siedliska czartów, czyli miasteczka Concepción de La Vega (La Vega). Odbywa się w nim najsłynniejszy karnawał w Republice Dominikańskiej – Carnaval Vegano. W 1977 r. został oficjalnie uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional). Rządzą tu wtedy „Kulawe Diabły” (Diablos Cojuelos). Ponoć ich przodek naraził się samemu Lucyferowi, za co spotkało go wygnanie, i choć zwichnął sobie kopyto, to nie odebrało mu sprawności.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

„Kulawe Diabły” na Carnaval Vegano


     Dzisiaj można przyłączyć się do diablej maskarady: poszaleć, poboksować i podrażnić z głównymi prowodyrami tej ulicznej fety. Jak na rogate dusze przystało, nie chadzają zwyczajem innych parad w zwartym, regularnym szyku, tylko koślawo podrygują, biegają w różnych kierunkach, nagle skądś wyskakują, strzelając iskrami spod racic. Noszą peleryny i pumpy, parodiujące stroje dawnych szlachciców. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że diabłom podczas karnawału wolno okładać widzów i przechodniów rodzajem biczyka z dmuchanymi krowimi pęcherzami, a korzystają z tej sposobności do woli. Obrywają ładne dziewczęta, nadęci macho czy rozkojarzeni turyści – każdy po równo, ale bezboleśnie. Poza tym parametry samych pęcherzy są ściśle regulowane przez lokalne władze. Jeśli mają ostre krawędzie, jakieś doczepione elementy lub nadmiar powietrza, zostaną skonfiskowane. Obecnie większość tych specyficznych narzędzi jest raczej sztuczna, szyta z materiału i wypełniana watą, jednak dalej spełniają swoją funkcję. Carnaval Vegano to rozemocjonowane tłumy, chaos zabawy, a także niesłychana mnogość groteskowych kreacji oraz najdziwniejszych zestawień różnych części garderoby – istna parada lycry, stylonu, satyny, piór, błyszczących futer, fosforyzujących szlafroków itp. Dzięki tajemniczym maskom, łagodnym bądź przerażającym, wszyscy stają się zupełnie kimś innym.
     Element karnawału w 250-tysięcznym mieście La Vega stanowi również kulinarna rozwiązłość. W Dominikanie uliczne jedzenie oznacza potrawy proste i smaczne, dostępne na każdym rogu. Po odnowieniu sił możemy dalej oddawać się szaleństwu w rytm różnorodnej muzyki uwalnianej z setek głośników. Ten cały taneczny i teatralny miszmasz spodoba się największym marudom. Podczas finałowej parady uczestnicy zabawy zrzucają maski, rozluźniają kostiumy i poznają się nawzajem.

 

WIELORYBIE ROMANSE
W obrębie zatoki Samaná co roku od stycznia do marca spotyka się ogromne morskie ssaki z gatunku waleni, zwane długopłetwcami, a popularniej – humbakami (Megaptera novaeangliae). Mają długie, masywne płetwy piersiowe, ze względu na które mogą kojarzyć się z jakimś prehistorycznym ptakiem. Co więcej, pochodzącą z greckiego nazwę zwyczajową megaptera tłumaczy się jako „wielkie skrzydło”. Podłużną głowę wieloryba porastają guzy, rozłożone w równych odstępach. Wyglądają jak znaki gigantycznego alfabetu Braille’a. Osobniki rozróżnia się po indywidualnym wzorze na płetwie ogonowej, analogicznym do ludzkich linii papilarnych.
     Humbaki przypływają z dalekiej, arktycznej północy, aby w cieplejszych wodach Atlantyku w sąsiedztwie Republiki Dominikańskiej odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Intensywnie odżywiają się jedynie latem. Na ich dietę składa się głównie kryl. Magazynują w tym czasie tłuszcz, którego rezerwy zużywają potem w porze zimowej i który chroni je przed zimnem, zanim dopłyną w tropiki. Ciąża samicy długopłetwca trwa niespełna 12 miesięcy, co oznacza, że młode powinny przyjść na świat tam, gdzie zostały poczęte. Ich rodzice nie zawsze mogą liczyć na intymność w wodach wokół Dominikany, gdyż ich miłosnym albom i serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy rozentuzjazmowanych turystów. Dla nich organizowane są specjalne, ściśle unormowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Rajska zatoka Samaná wciąż zachwyca dziewiczymi krajobrazami


     Według badaczy jako pierwsi obserwowali humbaki miejscowi Indianie. W przypływie natchnienia malowali buchające fontannami pary wodnej olbrzymy na ścianach swoich jaskiniowych siedzib w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises), gdzie obecnie docierają liczni pasjonaci ekoturystyki. Prawdopodobnie te morskie ssaki podglądał także Krzysztof Kolumb. Kroniki mówią, że trafił w te okolice dokładnie w okresie godowym. Szacuje się, iż do brzegów Dominikany regularnie przybywa, aby się rozmnażać, ok. 1,5 tys. wielorybów. Opuszcza ten region później znacznie więcej osobników. Kilkunastometrowe zwierzęta ściągają tutaj przede wszystkim z rejonu zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii oraz Islandii. Ich wytrwałość w pokonywaniu ogromnych odległości naprawdę imponuje.
     Samiec długopłetwca może przybrać na wadze do 40 t. Jego zaloty to pokaz akrobacji, gwarantujący obserwującym go turystom niezapomniane widoki. Humbaki wyskakują z oceanu z impetem i wpadają do niego z oszałamiającym pluskiem. Każdy z nich przygotowuje się do takich wyczynów przez większość roku. Gody wymagają niemal olimpijskiej kondycji. Wieloryby poszczą w trakcie wędrówki i samych amorów. W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych tonów, służących zarówno komunikowaniu się, jak i wabieniu partnerek. My nazywamy te serie dźwięków pieśniami. Samice, które urodziły u wybrzeży Dominikany, karmią intensywnie swoje młode i przygotowują je do drogi powrotnej. Muszą zadbać o to, żeby maluchy zgromadziły odpowiednie zasoby tłuszczu, więc dostarczają im ok. 200 l mleka dziennie. Skutkuje to niesłychanym przyrostem wagi.
     W planach dominikańskich wakacji koniecznie trzeba więc uwzględnić wizytę na półwyspie Samaná. Powinniśmy wiedzieć, że obserwowanie romansujących humbaków bywa czasem niełatwe. Często kryją się na dłużej pod powierzchnią wody i raczej nie wynurzają się na zawołanie. W ten sposób wystawiają na próbę cierpliwość ciekawskich obserwatorów. Jednak warto poczekać. Oglądanie tego wyjątkowego widowiska, w którym olbrzymie walenie odgrywają najważniejszą rolę, będzie wystarczającą nagrodą.

 

NAJLEPSZE MANGO ZJEMY W BANÍ
Do 160-tysięcznego miasta Baní, leżącego na południowy zachód od stołecznego Santo Domingo, przyjeżdżają amatorzy przepysznej lokalnej odmiany mango, zwanej mango banilejo (albo po prostu mamellito). Ze względu na różnorodność i mnogość tych owoców uprawianych w tym regionie miejscowość zyskała oficjalnie w 2005 r. miano Capital del Mango, czyli Stolicy Mango. Święto jego zbiorów ExpoMango – Festival de la Cosecha del Mango Dominicano przyciąga w czerwcu do tego ośrodka głównych krajowych producentów oraz tłumy smakoszy. W czasie kilkudniowych targów odbywają się degustacje, wystawy oraz organizowane są wycieczki na okoliczne plantacje. Przyjezdni mogą liczyć również na szereg imprez towarzyszących, takich jak występy artystyczne, konferencje czy konkursy.
     Jednak gwiazdą tego niezmiernie kolorowego wydarzenia w stolicy prowincji Peravia pozostaje mango, którego trzeba koniecznie spróbować, gdyż tylko tu smakuje jak nigdzie indziej. Istnieje praktyczna metoda radzenia sobie z dojrzałym i miękkim owocem. Można go dosłownie wyssać. Nie traci się wtedy aromatycznego soku, nie plami odzieży ani nie brudzi rąk. Wystarczy odgryźć kawałek skóry na czubku i ostrożnie ugniatać mango dłonią, aby wciągnąć mięsistą zawartość. Co ciekawe, Dominikańczycy wyczekują zbiorów tych owoców jak bożego znaku. Potem zajadają się nimi na każdym kroku i częstują się nawzajem. Ten, kto wyląduje w Republice Dominikańskiej w czerwcu, już w taksówce z lotniska przekona się, że trafił na sezon dojrzewania. Okazuje się, że egzotyczne mango wcale nie powszednieją w tropikalnym klimacie. Najbliższa, 11. edycja ExpoMango będzie miała miejsce od 11 do 14 czerwca 2015 r. Warto wówczas odwiedzić pachnącą i sympatyczną stolicę prowincji Peravia.

 

KUBAŃSKI BOHATER Z DOMINIKANY
Dla podróżników zainteresowanych odkrywaniem Karaibów wizyta w Baní może być wstępem do wyprawy na pobliską Kubę. To właśnie w tej dominikańskiej miejscowości urodził się przyszły bohater tego sąsiedniego kraju Máximo Gómez Báez (1836–1905). Jego biografia jest bardzo ciekawa.
     Zapamiętano go jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość w 1895 r. Jeszcze gdy był nastoletnim chłopcem, brał udział w skutecznej obronie Dominikany przed inwazją wojsk cesarza Haiti Faustyna I (1782–1867). Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej i odbył przeszkolenie za oceanem, w Saragossie. Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez Báez wyemigrował na Kubę. Tutaj przyłączył się do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego, w którym szkolił powstańców. W 1871 r. w Guantánamo doszło do krwawego starcia z plantatorami kawy, których chroniły oddziały Hiszpanów. Między wojnami Dominikańczyk dorabiał za granicą, m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem otrzymał najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich w 1875 r. trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem bawełny, a szyję obwiązywał chustą. Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 r. (pozostawała pod protektoratem USA). Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Ponoć uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą polityka nie była jego żywiołem. Nie wrócił do rodzinnego kraju. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Krzysztofa Kolumba. Przy hawańskim bulwarze Malecón stanął jego pomnik. Gdy dotrzemy do niego podczas zwiedzania Kuby, przypomnimy sobie o dominikańskim mieście Baní.

 

W RAJU PO BITWIE
Z portu w miejscowości Santa Bárbara de Samaná (Samaná) można popłynąć wynajętą łodzią na rajską wysepkę Cayo Levantado, żeby zupełnie oderwać się od rzeczywistości. Kręcono na niej niegdyś spot reklamowy Bacardi, markowego rumu z kubańskim rodowodem. To doskonałe miejsce dla osób marzących o błogim lenistwie, wyśmienitych owocach morza oraz koktajlach popijanych na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Warto dotrzeć tu za dnia na tyle wcześnie, aby uniknąć nadmiernego tłoku i w pełni rozsmakować się w urokach tego zakątka. Nie zawsze jednak bywało w tym rejonie tak beztrosko.
     Pod koniec XVII w. wysepka, nazywana wówczas Cayo Bannister, stała się scenerią zaciętego starcia pomiędzy morskimi bandytami a siłami brytyjskiej marynarki wojennej. W pobliżu zakotwiczył słynny angielski pirat Joseph (Jack) Bannister. Zamierzał naprawić swój flagowy okręt Złote Runo (Golden Fleece). Tymczasem Anglicy wysłali w ślad za nim dwie fregaty. Zanim podeszły wystarczająco blisko, zdążył on wydać rozkaz przeniesienia dział okrętowych na pobliską wyspę. Samo wejście do zatoki Samaná jest raczej rozległe, lecz nie brakuje w nim zdradliwych raf oraz mielizn. Kiedy brytyjskie statki manewrowały szaleńczo między przeszkodami, znienacka uderzyły pirackie armaty. Wielu marynarzy straciło życie, a ich fregaty doznały poważnych uszkodzeń. Także Bannister poniósł znaczne szkody. Podczas ostrzału okręt Złote Runo zmienił się we wrak. Pirat zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná wtedy nie brakowało. Jednak nie uniknął kary. Nieco później został pojmany u wybrzeży Nikaragui i od razu stracony przez powieszenie na rei. Do Portu Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono jego zwłoki wciąż przywiązane do masztu, co miało stanowić wymowne ostrzeżenie dla wszystkich chcących sprzeciwić się Brytyjczykom. Obecnie jeden z eleganckich, butikowych hoteli, usytuowanych malowniczo nad zatoką Samaná zwie się właśnie The Bannister Hotel.

 

TURYSTYKA EKSTREMALNA I RELAKS PRZY CYGARZE
Republika Dominikańska coraz częściej bywa uznawana za oazę ekoturystyki w rejonie Karaibów. Posiada ku temu idealne warunki: głównie nadal dziewiczą i zróżnicowaną florę i faunę, wiele parków narodowych (aż 19!), pasma górskie z wierzchołkami sięgającymi powyżej 3 tys. m n.p.m., tętniące podwodnym życiem rafy koralowe oraz mnóstwo zjawiskowych plaż, często zupełnie kameralnych. To oszałamiające bogactwo naturalne zawdzięcza rozwojowi geologicznemu i geomorfologicznemu.
     Pasjonatom aktywnego spędzania czasu na łonie zapierającej dech w piersiach przyrody z pewnością spodoba się w centralnej części kraju na obszarze Kordyliery Środkowej albo na rozległych równinach doliny Cibao. W tych regionach nie sposób się nudzić. Szczególnie dużą popularnością cieszą się wędrówki na wspaniałe szczyty. Jeden z nich – Pico Duarte – to najwyższa góra całych Karaibów. Dla porównania tatrzańskie Rysy są niższe od niego o dobre pół kilometra. Ciągle toczy się spór dotyczący dokładnej wysokości wzniesienia. Znamy co najmniej trzy pomiary. Wynik pierwszego z nich rozpowszechniano jeszcze za rządów Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny (1891–1961). Wydaje się on jednak przesadzony, choć na pewno w pełni odpowiadał megalomanii dyktatora. Według niego szczyt liczy 3175 m n.p.m. Drugi – 3087 m n.p.m. – oficjalnie podają władze dominikańskie. Po raz kolejny Pico Duarte zmierzono przy pomocy technologii GPS. Zgodnie z tymi najnowszymi danymi jego wysokość wynosi 3098 m n.p.m. Obecnie ta wersja uchodzi za najbardziej bliską prawdy. Zdobycie wierzchołka nie należy do łatwych. Wyprawa wspinaczkowa może potrwać od dwóch do czterech dni, w zależności od obranej trasy oraz warunków pogodowych.
     Równie ekstremalnych wrażeń dostarczają rzeki z rwącym nurtem, na których uprawia się kanioning lub rafting (np. Yaque del Norte). Poza tym coraz popularniejsze wśród turystów staje się kolarstwo górskie. W okolicach miast Jarabacoa czy Constanza czekają natomiast zjawiskowe wodospady (m.in. Salto de Jimenoa, Salto Baiguate).
     Na koniec nie wolno też zapomnieć o flagowym produkcie kraju, czyli cygarach. Gdyby uparty Krzysztof Kolumb przestał myśleć o złocie i skupił się na tym, co była mu w stanie zaoferować dolina Cibao, współczesny rynek tytoniowy wyglądałby zapewne inaczej. Mimo to dominikańskie towary zajmują na nim poczesne miejsce. Jako przykład niech posłuży rodzinna firma Arturo Fuente, założona przez Kubańczyka na Florydzie i działająca od przeszło 100 lat, obecnie w Dominikanie. Corocznie wytwarza 30 mln cygar i wysyła je w świat. Wielbiciele „ekskluzywnego dymu”, tzw. aficionados, cenią je bardzo wysoko. Znakomite markowe produkty kupimy również np. w 700-tysięcznej stolicy regionu Santiago de los Caballeros. Zdecydowanie musimy skorzystać z tej okazji. Jeśli sami ich nie wypalimy, nietrudno będzie nam znaleźć na nie amatora... Wszak w naszym kraju nie brakuje już aficionados Dominikany.

Artykuły wybrane losowo

Gruzja winem płynąca

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
REDAKTOR NACZELNY PORTALU VINISFERA.PL

 

<< Wyprawy do Gruzji w ostatnich latach cieszą się wśród Polaków dużą popularnością. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak szczególnego przyciąga ich w te strony: niesamowite krajobrazy, wiekowe zabytki kultury chrześcijańskiej, smaczna regionalna kuchnia i wyjątkowe wina czy wreszcie życzliwi mieszkańcy, traktujący gości jak członków rodziny. Być może zresztą wszystkie te aspekty razem wzięte sprawiają, że w tym niewielkim kraju skrytym w cieniu gór łatwo poczuć się jak w domu. >>

Więcej…

CZARUJĄCA BIRMA W WIRZE PRZEMIAN

Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

Więcej…

Na tropie Pierzastego Węża w Meksyku

ANNA GRZEŚKOWIAK

 

<< Współczesny Meksyk zachwyca niczym mural malowany ręką mistrza Diego Rivery. Jest wyrazisty i pełen kontrastów, sensualny i konserwatywny jednocześnie. To tu jeździ najwięcej taksówek na świecie i tutaj spożywa się największe ilości coca-coli i napojów do niej podobnych. Meksykańskie wieczory pachną kolendrą i słodyczą owoców. Kraj ten bywa chaotyczny i czasem przyprawia o zawrót głowy. Nie bez powodu w języku polskim utarło się powiedzenie „Ale Meksyk!”, określające nieład i chaos. Nikt, kto przekroczy jego granice, nie pozostanie jednak na niego obojętnym. >>

Meksykańskie Stany Zjednoczone graniczą od północy ze Stanami Zjednoczonymi, a od południa z Gwatemalą i Belize. Z jednej strony oblewają je wody Pacyfiku, a z drugiej – Zatoki Meksykańskiej i Morza Karaibskiego. Ich teren na długo przed przybyciem Hiszpanów zamieszkiwały ludy budujące mniej lub bardziej rozwinięte cywilizacje.

O Meksyku można by pisać w nieskończoność. Tym razem jednak skupimy się tylko na dwóch jego regionach: stanie Guerrero i półwyspie Jukatan. Co je łączy? To właśnie tu znajdują się najpiękniejsze meksykańskie plaże i przyjeżdża najwięcej turystów do luksusowych kurortów cieszących się wielką sławą na całym świecie.

Więcej…