MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

W Republice Dominikańskiej warto zrobić jedno – wyjść poza hotelowe mury i pojechać gdzieś w głąb lądu, spotkać ludzi, zobaczyć, jak wygląda prawdziwy tutejszy świat. Jej czarujące oblicze, typowe dla Karaibów, poznamy właśnie na prowincji. W malowniczych wioskach i sennych miasteczkach czas wyraźnie zwalnia, a ich mieszkańcy potrafią czerpać z życia pełnymi garściami, mimo wielu niedostatków. Wobec przyjezdnych są bardzo pomocni, życzliwi, chętnie mówią o swoim kraju. W Dominikanie jeździ się prawie wszystkim, każdy chce podwieźć przybysza, żeby zarobić, więc zawsze dotrzemy do celu. Zmienność krajobrazów potrafi zaskoczyć tu także turystę o bogatym dorobku podróżniczym. W ciągu jednego dnia można posiedzieć w cieniu kokosowych palm albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej (na północy i wschodzie), oglądać wodniste pola ryżowe, rozległe plantacje bananów, a potem góry wyższe niż Tatry (w centralnej części) lub pojechać pod granicę z Haiti na „dominikański Dziki Zachód” przez czerwone ziemie, pokryte suchym buszem bądź usiane spłaszczonymi akacjami czy wielkimi kaktusami w kształcie procy, pod którymi snują się rozleniwione iguany. Te ostatnie plenery przypominają afrykańskie równiny albo obszary na pograniczu USA i Meksyku. Brakuje jedynie Charlesa Bronsona z koltem i reszty filmowców kręcących westerny. Foldery turystyczne i spoty podróżnicze informują, że Dominikana posiada wszystko. Nie ma w tym najmniejszej przesady. W końcu wyspę Hispaniolę (Haiti), na której leży, Krzysztof Kolumb upodobał sobie najbardziej z lądów przez siebie odkrytych.
W tym kraju łatwo znaleźć swoje miejsce. Baza turystyczna zdążyła się w nim bardzo dobrze rozwinąć. Pięć głównych regionów krajoznawczych kusi przyjezdnych wieloma atrakcjami, zaprasza do udziału w tropikalnej przygodzie, poznania lokalnej kultury i folkloru oraz zachęca do aktywnego wypoczynku. Oto kilka moich propozycji.

 

PARADA KULAWYCH DIABŁÓW
W lutym warto przyjechać do karnawałowego siedliska czartów, czyli miasteczka Concepción de La Vega (La Vega). Odbywa się w nim najsłynniejszy karnawał w Republice Dominikańskiej – Carnaval Vegano. W 1977 r. został oficjalnie uznany za Narodowe Dziedzictwo Folklorystyczne (Patrimonio Folklórico Nacional). Rządzą tu wtedy „Kulawe Diabły” (Diablos Cojuelos). Ponoć ich przodek naraził się samemu Lucyferowi, za co spotkało go wygnanie, i choć zwichnął sobie kopyto, to nie odebrało mu sprawności.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

„Kulawe Diabły” na Carnaval Vegano


     Dzisiaj można przyłączyć się do diablej maskarady: poszaleć, poboksować i podrażnić z głównymi prowodyrami tej ulicznej fety. Jak na rogate dusze przystało, nie chadzają zwyczajem innych parad w zwartym, regularnym szyku, tylko koślawo podrygują, biegają w różnych kierunkach, nagle skądś wyskakują, strzelając iskrami spod racic. Noszą peleryny i pumpy, parodiujące stroje dawnych szlachciców. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że diabłom podczas karnawału wolno okładać widzów i przechodniów rodzajem biczyka z dmuchanymi krowimi pęcherzami, a korzystają z tej sposobności do woli. Obrywają ładne dziewczęta, nadęci macho czy rozkojarzeni turyści – każdy po równo, ale bezboleśnie. Poza tym parametry samych pęcherzy są ściśle regulowane przez lokalne władze. Jeśli mają ostre krawędzie, jakieś doczepione elementy lub nadmiar powietrza, zostaną skonfiskowane. Obecnie większość tych specyficznych narzędzi jest raczej sztuczna, szyta z materiału i wypełniana watą, jednak dalej spełniają swoją funkcję. Carnaval Vegano to rozemocjonowane tłumy, chaos zabawy, a także niesłychana mnogość groteskowych kreacji oraz najdziwniejszych zestawień różnych części garderoby – istna parada lycry, stylonu, satyny, piór, błyszczących futer, fosforyzujących szlafroków itp. Dzięki tajemniczym maskom, łagodnym bądź przerażającym, wszyscy stają się zupełnie kimś innym.
     Element karnawału w 250-tysięcznym mieście La Vega stanowi również kulinarna rozwiązłość. W Dominikanie uliczne jedzenie oznacza potrawy proste i smaczne, dostępne na każdym rogu. Po odnowieniu sił możemy dalej oddawać się szaleństwu w rytm różnorodnej muzyki uwalnianej z setek głośników. Ten cały taneczny i teatralny miszmasz spodoba się największym marudom. Podczas finałowej parady uczestnicy zabawy zrzucają maski, rozluźniają kostiumy i poznają się nawzajem.

 

WIELORYBIE ROMANSE
W obrębie zatoki Samaná co roku od stycznia do marca spotyka się ogromne morskie ssaki z gatunku waleni, zwane długopłetwcami, a popularniej – humbakami (Megaptera novaeangliae). Mają długie, masywne płetwy piersiowe, ze względu na które mogą kojarzyć się z jakimś prehistorycznym ptakiem. Co więcej, pochodzącą z greckiego nazwę zwyczajową megaptera tłumaczy się jako „wielkie skrzydło”. Podłużną głowę wieloryba porastają guzy, rozłożone w równych odstępach. Wyglądają jak znaki gigantycznego alfabetu Braille’a. Osobniki rozróżnia się po indywidualnym wzorze na płetwie ogonowej, analogicznym do ludzkich linii papilarnych.
     Humbaki przypływają z dalekiej, arktycznej północy, aby w cieplejszych wodach Atlantyku w sąsiedztwie Republiki Dominikańskiej odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Intensywnie odżywiają się jedynie latem. Na ich dietę składa się głównie kryl. Magazynują w tym czasie tłuszcz, którego rezerwy zużywają potem w porze zimowej i który chroni je przed zimnem, zanim dopłyną w tropiki. Ciąża samicy długopłetwca trwa niespełna 12 miesięcy, co oznacza, że młode powinny przyjść na świat tam, gdzie zostały poczęte. Ich rodzice nie zawsze mogą liczyć na intymność w wodach wokół Dominikany, gdyż ich miłosnym albom i serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy rozentuzjazmowanych turystów. Dla nich organizowane są specjalne, ściśle unormowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Rajska zatoka Samaná wciąż zachwyca dziewiczymi krajobrazami


     Według badaczy jako pierwsi obserwowali humbaki miejscowi Indianie. W przypływie natchnienia malowali buchające fontannami pary wodnej olbrzymy na ścianach swoich jaskiniowych siedzib w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises), gdzie obecnie docierają liczni pasjonaci ekoturystyki. Prawdopodobnie te morskie ssaki podglądał także Krzysztof Kolumb. Kroniki mówią, że trafił w te okolice dokładnie w okresie godowym. Szacuje się, iż do brzegów Dominikany regularnie przybywa, aby się rozmnażać, ok. 1,5 tys. wielorybów. Opuszcza ten region później znacznie więcej osobników. Kilkunastometrowe zwierzęta ściągają tutaj przede wszystkim z rejonu zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii oraz Islandii. Ich wytrwałość w pokonywaniu ogromnych odległości naprawdę imponuje.
     Samiec długopłetwca może przybrać na wadze do 40 t. Jego zaloty to pokaz akrobacji, gwarantujący obserwującym go turystom niezapomniane widoki. Humbaki wyskakują z oceanu z impetem i wpadają do niego z oszałamiającym pluskiem. Każdy z nich przygotowuje się do takich wyczynów przez większość roku. Gody wymagają niemal olimpijskiej kondycji. Wieloryby poszczą w trakcie wędrówki i samych amorów. W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych tonów, służących zarówno komunikowaniu się, jak i wabieniu partnerek. My nazywamy te serie dźwięków pieśniami. Samice, które urodziły u wybrzeży Dominikany, karmią intensywnie swoje młode i przygotowują je do drogi powrotnej. Muszą zadbać o to, żeby maluchy zgromadziły odpowiednie zasoby tłuszczu, więc dostarczają im ok. 200 l mleka dziennie. Skutkuje to niesłychanym przyrostem wagi.
     W planach dominikańskich wakacji koniecznie trzeba więc uwzględnić wizytę na półwyspie Samaná. Powinniśmy wiedzieć, że obserwowanie romansujących humbaków bywa czasem niełatwe. Często kryją się na dłużej pod powierzchnią wody i raczej nie wynurzają się na zawołanie. W ten sposób wystawiają na próbę cierpliwość ciekawskich obserwatorów. Jednak warto poczekać. Oglądanie tego wyjątkowego widowiska, w którym olbrzymie walenie odgrywają najważniejszą rolę, będzie wystarczającą nagrodą.

 

NAJLEPSZE MANGO ZJEMY W BANÍ
Do 160-tysięcznego miasta Baní, leżącego na południowy zachód od stołecznego Santo Domingo, przyjeżdżają amatorzy przepysznej lokalnej odmiany mango, zwanej mango banilejo (albo po prostu mamellito). Ze względu na różnorodność i mnogość tych owoców uprawianych w tym regionie miejscowość zyskała oficjalnie w 2005 r. miano Capital del Mango, czyli Stolicy Mango. Święto jego zbiorów ExpoMango – Festival de la Cosecha del Mango Dominicano przyciąga w czerwcu do tego ośrodka głównych krajowych producentów oraz tłumy smakoszy. W czasie kilkudniowych targów odbywają się degustacje, wystawy oraz organizowane są wycieczki na okoliczne plantacje. Przyjezdni mogą liczyć również na szereg imprez towarzyszących, takich jak występy artystyczne, konferencje czy konkursy.
     Jednak gwiazdą tego niezmiernie kolorowego wydarzenia w stolicy prowincji Peravia pozostaje mango, którego trzeba koniecznie spróbować, gdyż tylko tu smakuje jak nigdzie indziej. Istnieje praktyczna metoda radzenia sobie z dojrzałym i miękkim owocem. Można go dosłownie wyssać. Nie traci się wtedy aromatycznego soku, nie plami odzieży ani nie brudzi rąk. Wystarczy odgryźć kawałek skóry na czubku i ostrożnie ugniatać mango dłonią, aby wciągnąć mięsistą zawartość. Co ciekawe, Dominikańczycy wyczekują zbiorów tych owoców jak bożego znaku. Potem zajadają się nimi na każdym kroku i częstują się nawzajem. Ten, kto wyląduje w Republice Dominikańskiej w czerwcu, już w taksówce z lotniska przekona się, że trafił na sezon dojrzewania. Okazuje się, że egzotyczne mango wcale nie powszednieją w tropikalnym klimacie. Najbliższa, 11. edycja ExpoMango będzie miała miejsce od 11 do 14 czerwca 2015 r. Warto wówczas odwiedzić pachnącą i sympatyczną stolicę prowincji Peravia.

 

KUBAŃSKI BOHATER Z DOMINIKANY
Dla podróżników zainteresowanych odkrywaniem Karaibów wizyta w Baní może być wstępem do wyprawy na pobliską Kubę. To właśnie w tej dominikańskiej miejscowości urodził się przyszły bohater tego sąsiedniego kraju Máximo Gómez Báez (1836–1905). Jego biografia jest bardzo ciekawa.
     Zapamiętano go jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość w 1895 r. Jeszcze gdy był nastoletnim chłopcem, brał udział w skutecznej obronie Dominikany przed inwazją wojsk cesarza Haiti Faustyna I (1782–1867). Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej i odbył przeszkolenie za oceanem, w Saragossie. Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez Báez wyemigrował na Kubę. Tutaj przyłączył się do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego, w którym szkolił powstańców. W 1871 r. w Guantánamo doszło do krwawego starcia z plantatorami kawy, których chroniły oddziały Hiszpanów. Między wojnami Dominikańczyk dorabiał za granicą, m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem otrzymał najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich w 1875 r. trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem bawełny, a szyję obwiązywał chustą. Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 r. (pozostawała pod protektoratem USA). Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Ponoć uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą polityka nie była jego żywiołem. Nie wrócił do rodzinnego kraju. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Krzysztofa Kolumba. Przy hawańskim bulwarze Malecón stanął jego pomnik. Gdy dotrzemy do niego podczas zwiedzania Kuby, przypomnimy sobie o dominikańskim mieście Baní.

 

W RAJU PO BITWIE
Z portu w miejscowości Santa Bárbara de Samaná (Samaná) można popłynąć wynajętą łodzią na rajską wysepkę Cayo Levantado, żeby zupełnie oderwać się od rzeczywistości. Kręcono na niej niegdyś spot reklamowy Bacardi, markowego rumu z kubańskim rodowodem. To doskonałe miejsce dla osób marzących o błogim lenistwie, wyśmienitych owocach morza oraz koktajlach popijanych na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Warto dotrzeć tu za dnia na tyle wcześnie, aby uniknąć nadmiernego tłoku i w pełni rozsmakować się w urokach tego zakątka. Nie zawsze jednak bywało w tym rejonie tak beztrosko.
     Pod koniec XVII w. wysepka, nazywana wówczas Cayo Bannister, stała się scenerią zaciętego starcia pomiędzy morskimi bandytami a siłami brytyjskiej marynarki wojennej. W pobliżu zakotwiczył słynny angielski pirat Joseph (Jack) Bannister. Zamierzał naprawić swój flagowy okręt Złote Runo (Golden Fleece). Tymczasem Anglicy wysłali w ślad za nim dwie fregaty. Zanim podeszły wystarczająco blisko, zdążył on wydać rozkaz przeniesienia dział okrętowych na pobliską wyspę. Samo wejście do zatoki Samaná jest raczej rozległe, lecz nie brakuje w nim zdradliwych raf oraz mielizn. Kiedy brytyjskie statki manewrowały szaleńczo między przeszkodami, znienacka uderzyły pirackie armaty. Wielu marynarzy straciło życie, a ich fregaty doznały poważnych uszkodzeń. Także Bannister poniósł znaczne szkody. Podczas ostrzału okręt Złote Runo zmienił się we wrak. Pirat zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná wtedy nie brakowało. Jednak nie uniknął kary. Nieco później został pojmany u wybrzeży Nikaragui i od razu stracony przez powieszenie na rei. Do Portu Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono jego zwłoki wciąż przywiązane do masztu, co miało stanowić wymowne ostrzeżenie dla wszystkich chcących sprzeciwić się Brytyjczykom. Obecnie jeden z eleganckich, butikowych hoteli, usytuowanych malowniczo nad zatoką Samaná zwie się właśnie The Bannister Hotel.

 

TURYSTYKA EKSTREMALNA I RELAKS PRZY CYGARZE
Republika Dominikańska coraz częściej bywa uznawana za oazę ekoturystyki w rejonie Karaibów. Posiada ku temu idealne warunki: głównie nadal dziewiczą i zróżnicowaną florę i faunę, wiele parków narodowych (aż 19!), pasma górskie z wierzchołkami sięgającymi powyżej 3 tys. m n.p.m., tętniące podwodnym życiem rafy koralowe oraz mnóstwo zjawiskowych plaż, często zupełnie kameralnych. To oszałamiające bogactwo naturalne zawdzięcza rozwojowi geologicznemu i geomorfologicznemu.
     Pasjonatom aktywnego spędzania czasu na łonie zapierającej dech w piersiach przyrody z pewnością spodoba się w centralnej części kraju na obszarze Kordyliery Środkowej albo na rozległych równinach doliny Cibao. W tych regionach nie sposób się nudzić. Szczególnie dużą popularnością cieszą się wędrówki na wspaniałe szczyty. Jeden z nich – Pico Duarte – to najwyższa góra całych Karaibów. Dla porównania tatrzańskie Rysy są niższe od niego o dobre pół kilometra. Ciągle toczy się spór dotyczący dokładnej wysokości wzniesienia. Znamy co najmniej trzy pomiary. Wynik pierwszego z nich rozpowszechniano jeszcze za rządów Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny (1891–1961). Wydaje się on jednak przesadzony, choć na pewno w pełni odpowiadał megalomanii dyktatora. Według niego szczyt liczy 3175 m n.p.m. Drugi – 3087 m n.p.m. – oficjalnie podają władze dominikańskie. Po raz kolejny Pico Duarte zmierzono przy pomocy technologii GPS. Zgodnie z tymi najnowszymi danymi jego wysokość wynosi 3098 m n.p.m. Obecnie ta wersja uchodzi za najbardziej bliską prawdy. Zdobycie wierzchołka nie należy do łatwych. Wyprawa wspinaczkowa może potrwać od dwóch do czterech dni, w zależności od obranej trasy oraz warunków pogodowych.
     Równie ekstremalnych wrażeń dostarczają rzeki z rwącym nurtem, na których uprawia się kanioning lub rafting (np. Yaque del Norte). Poza tym coraz popularniejsze wśród turystów staje się kolarstwo górskie. W okolicach miast Jarabacoa czy Constanza czekają natomiast zjawiskowe wodospady (m.in. Salto de Jimenoa, Salto Baiguate).
     Na koniec nie wolno też zapomnieć o flagowym produkcie kraju, czyli cygarach. Gdyby uparty Krzysztof Kolumb przestał myśleć o złocie i skupił się na tym, co była mu w stanie zaoferować dolina Cibao, współczesny rynek tytoniowy wyglądałby zapewne inaczej. Mimo to dominikańskie towary zajmują na nim poczesne miejsce. Jako przykład niech posłuży rodzinna firma Arturo Fuente, założona przez Kubańczyka na Florydzie i działająca od przeszło 100 lat, obecnie w Dominikanie. Corocznie wytwarza 30 mln cygar i wysyła je w świat. Wielbiciele „ekskluzywnego dymu”, tzw. aficionados, cenią je bardzo wysoko. Znakomite markowe produkty kupimy również np. w 700-tysięcznej stolicy regionu Santiago de los Caballeros. Zdecydowanie musimy skorzystać z tej okazji. Jeśli sami ich nie wypalimy, nietrudno będzie nam znaleźć na nie amatora... Wszak w naszym kraju nie brakuje już aficionados Dominikany.

Artykuły wybrane losowo

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…

Mozaika andaluzyjska

1605

© PATRONATO PROVINCIAL DE TURISMO DE GRANADA

 

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

Andaluzja to czarodziejka, kraina położona pomiędzy – już nie całkiem w Europie, a jeszcze nie w Afryce. Jest jak kobieta tańcząca flamenco w „tablao” i na plaży w nocy. Codzienność ma tu smak tapas i jerez (sherry). Surowe góry sąsiadują z Oceanem Atlantyckim oddzielonym od Morza Alborańskiego Cieśniną Gibraltarską. W Andaluzji znajduje się jeden ze starożytnych słupów Heraklesa. Urodził się w niej słynny gitarzysta flamenco Paco de Lucía. Dziś dźwięki gitary rozbrzmiewają wśród ulic miast, których prawdziwym skarbem są mauretańskie budowle – monumentalne, a jednocześnie finezyjnie zdobione. Wszystkie te elementy tworzą wyjątkową andaluzyjską mozaikę.

Więcej…

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.