MAGDALENA BARTCZAK

<< Kambodża, pełna magicznych krajobrazów i ciężko doświadczona przez historię, fascynuje bogactwem swojej kultury. Mimo iż ten niewielki kraj położony w Azji Południowo-Wschodniej od lat stanowi jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc regionu, to nadal kryje w sobie tajemnice i złożoności, które trudno przeniknąć i zrozumieć. >>

Liczące ponad 15 mln mieszkańców Królestwo Kambodży po wielu latach wojen, dyktatur oraz eksperymentów społecznych dopiero od niedawna cieszy się spokojem i względną stabilizacją. Choć coraz skuteczniej odbudowuje swoją gospodarkę, to nadal należy do najuboższych azjatyckich państw – niemal jednej trzeciej społeczeństwa dane jest tu żyć za niewiele ponad dolara dziennie, a rozwojowi ekonomicznemu nie sprzyja bardzo wysoki poziom korupcji. W związku z tą sytuacją Khmerzy dokonali nawet specjalnej przeróbki buddyjskiej maksymy Za czynienie dobra dostaniesz dobro, za czynienie zła – zło i mówią: Za czynienie dobra dostaniesz dobro, za czynienie zła – samochód. Nie sposób zapomnieć o wciąż trapiących Kambodżę problemach, ale też równie trudno nie poddać się jej wielkiej magii. Ten nieduży kraj (ok. 181 tys. km² powierzchni), leżący nad Mekongiem i rozpięty między zanurzonymi w soczystej zieleni górami Dangrek oraz lazurową Zatoką Tajlandzką, zachwyca bogactwem przyrody i kultury. Co istotne, podróżuje się po nim łatwo, tanio i bezpiecznie, a do najlepszych środków transportu zalicza się autokary i mikrobusy – znacznie szybsze i posiadające lepszą siatkę połączeń niż kambodżańska kolej.
Za miejscową ciekawostkę uchodzi unikatowy pociąg zbudowany z bambusa. Ku zdziwieniu korzystających z niego podróżników to również jedyny tego typu pojazd szynowy, który w mgnieniu oka można rozłożyć na części. Składa się on z platformy na kołach napędzanej silnikiem. Gdy na wspólnym torze jadą naprzeciwko siebie dwie jednostki, jedną z nich się zatrzymuje i w celu uniknięcia kolizji przenosi dalej. Ta wyjątkowa maszyna, określana khmerskim słowem nori, kursuje aktualnie na krótkim odcinku w okolicy ponad 200-tysięcznego miasta Battambang (Bătdâmbâng), ale niegdyś jej trasa liczyła powyżej 300 km! Pierwsze przejazdy odbywały się, gdy Kambodża była francuską kolonią (w latach 1863–1953), a w okresie rządów Czerwonych Khmerów (1975–1979) zostały one na dłuższy czas wstrzymane. Kilkanaście lat temu ten tradycyjny, zadziwiający swoją prostotą wehikuł, przenoszący pasażerów do przeszłości, znów wyruszył na tory i od tamtej chwili dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

ATLANTYDA W ŚRODKU DŻUNGLI
Jednak tym, co stanowi największą atrakcję tego królestwa, przyciągającą podróżników z całego świata, jest kompleks Angkor – jeden z najbardziej niezwykłych cudów architektonicznych Azji, odwiedzany co roku przez ponad 2 mln gości. Najłatwiej dotrzeć do niego autobusem bądź trójkołową taksówką tuk-tuk z 200-tysięcznego Siem Reap, gdzie znajdują się dziesiątki agencji turystycznych, restauracji, hoteli i niskobudżetowych hosteli. Szczególnie w centrum miasta mocno odczujemy nastawienie na zagranicznych podróżników: wokół Starego Bazaru (Psar Chaa, Psah Chas) działają liczne sklepy z pamiątkami, bary w zachodnim stylu czy salony masażu – wszystko w celu zaspokojenia potrzeb przyjezdnych. Urokliwa, ale niczym niewyróżniająca się miejscowość funkcjonuje głównie jako świetna baza wypadowa do położonego ok. 5 km dalej Angkoru. To właśnie z tego miejsca, określanego jako dusza Kambodży, wypada zacząć naszą opowieść o państwie, które niegdyś – w momencie powstania tego ogromnego kompleksu pałaców i świątyń (między IX a XV w.) – nosiło miano Imperium Khmerskiego bądź Imperium Angkoru. Tu rozpoczęła się i zakończyła potęga monarchii, obejmującej w okresie największego rozkwitu poza dzisiejszym obszarem kraju także terytorium współczesnego Laosu, Tajlandii, Wietnamu, część Birmy oraz Półwyspu Malajskiego. Bajecznie bogatą stolicę khmerskiej cywilizacji w czasach jej świetności zamieszkiwał według szacunków mniej więcej milion ludzi, co czyniło z niej najbardziej zaludnioną metropolię średniowiecznego świata!

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Stragany na barwnym targu w Siem Reap


     Aż trudno uwierzyć, że przez lata wspaniałe skarby Angkoru ukryte w głębi tropikalnej dżungli pozostawały nieznane reszcie globu. Odkryto je dopiero w 1860 r., gdy na ślady starożytnego miasta natknął się Henri Mouhot (1826–1861) – francuski podróżnik, który wyruszył do ówczesnych Indochin z zamiarem przepłynięcia Mekongiem do Chin. Po drodze postanowił jednak wymienić łódź na wóz i przeprawić się przez lasy. Po paru tygodniach wędrówki trafił na zarośnięte bujną zielenią ruiny, których widok nie zapowiadał początkowo wagi tego znaleziska. Żeby zrozumieć, z jakim rozmachem stawiano khmerską stolicę, potrzeba było kilkudziesięciu kolejnych lat: na obszarze przeszło 400 km² odkryto wiele niesamowitych budowli, przede wszystkim zespołów sakralnych oraz pałacowych.
     Za najznakomitszy z obiektów uznaje się Angkor Wat – świątynię wzniesioną na polecenie króla Surjawarmana II. To arcydzieło architektury poświęcone bogowi Wisznu, z którym władca się identyfikował, stanowiło efekt pracy ok. 120 tys. niewolników podczas jego panowania (1113–ok. 1145–1150). Zostało stworzone jako przyszły królewski grobowiec, ale jak na ironię sam inicjator budowy nie dożył jej końca. Angkor Wat zajmuje powierzchnię ponad 2 km² i jest kluczową atrakcją parku archeologicznego, mieszczącego w swoich granicach kompleksy sakralne, królewskie pałace, ulice i inne pamiątki po „wspaniałym mieście”, jak określano starożytną stolicę. Można w nim zwiedzić też m.in. słynącą z 216 ogromnych twarzy Awalokiteśwary świątynię Bayon stojącą w centrum Angkor Thom czy długi na 350 m Taras Słoni, na którym znajduje się wielka płaskorzeźba przedstawiająca te zwierzęta idące w orszaku bądź podczas łowów. Nie sposób pominąć również malowniczego obiektu świątynnego Ta Prohm, gęsto pokrytego korzeniami drzew i jednego z nielicznych zachowanych w stanie zbliżonym do tego, w jakim go znaleziono. Godna uwagi wydaje się także wspinająca się pod niebo świątynia Baphuon z połowy XI stulecia. Postawiono ją w centralnej części ośrodka Angkor Thom i zbudowano na wzór mitycznej góry Meru, oznaczającej według hinduistycznej i buddyjskiej kosmologii oś ziemi. Cały Angkor wypełniają zresztą podobnego rodzaju świadectwa niezmiernie bogatego khmerskiego dziedzictwa. Należą do nich np. wszechobecne na ścianach wizerunki tańczących postaci, zwanych apsarami. Do dziś ten rytualny taniec świątynny stanowi jeden z najważniejszych elementów kambodżańskiej kultury, a choreografia tancerek, uznawanych za wysłanniczki bogów i przodków, opowiada o mitologicznych początkach narodu.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Bayon ma 54 wieże z 216 ogromnymi rzeźbami twarzy Awalokiteśwary


     W trakcie spaceru wśród tutejszych ruin można poczuć się jak odkrywca, bowiem odcięte od świata miasto wciąż przypomina krainę zatrzymaną w czasie i żyjącą wspomnieniami dawnej chwały. Spoglądając na brunatne kamienie murów pokrytych lianami, gęstą trawą lub mchem, nie tak łatwo sobie wyobrazić potęgę Angkoru, którego upadek rozpoczął się w 1431 r., gdy zaatakowali go i ograbili Tajowie. Centrum tracącego wówczas na sile imperium przeniesiono do położonego ponad 300 km na południowy wschód Phnom Penh. Tego miejsca również nie wolno nam ominąć w naszej podróży.

 

SMAKI I ZAPACHY DAWNYCH INDOCHIN
Zanim jednak przeniesiemy się do współczesnej stolicy, warto dodać, że Kambodża to kraj jak na Azję dość nietypowy. Na kontynencie charakteryzującym się przepełnionymi metropoliami pozostaje jednym z nielicznych państw, w których ośrodki miejskie są słabo zaludnione, a zdecydowana większość ludzi (mniej więcej 75 proc. społeczeństwa) mieszka w wioskach. Także większe miasta, takie jak spokojne Battambang czy malownicze 120-tysięczne Kampong Cham (Kâmpóng Cham), mają leniwy, prowincjonalny klimat.
     Podobne wrażenie robi też ponad 1,5-milionowy Phnom Penh, szczególnie jeśli porównamy go do innych azjatyckich stolic, np. kosmopolitycznego malezyjskiego Kuala Lumpur lub gwarnego tajskiego Bangkoku. Nie sposób jednak odmówić mu uroku. Przez lata uchodził za prawdziwą perłę Indochin – jedną z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych metropolii regionu. Niegdyś szczycący się szerokimi bulwarami i olśniewającą kolonialną architekturą ośrodek, dziś wydaje się bardziej chaotyczny z powodu zniszczonej przez burzliwą historię zabudowy, ale nadal kryje w sobie pewną magię i tajemnicę. To właśnie w Phnom Penh znajdują się również najlepsze restauracje, w których warto spróbować kambodżańskiej kuchni – z pozoru prostej, lecz pełnej egzotycznych składników i dostarczającej podniebieniu niezapomnianych wrażeń. Do najsmakowitszych jej specjalności zalicza się amok, czyli ryba w paście curry zwanej kroeung, gotowana na parze w liściach bananowca (danie występuje też w wersji z kurczakiem). Można ją kupić w knajpkach położonych m.in. wśród labiryntu straganów i uliczek Rosyjskiego Targu (Phsar Toul Tom Poung). Unoszą się tu aromaty, o jakich trudno nam będzie zapomnieć: zapachy trawy cytrynowej, kardamonu, chilli bądź ryb, z których przyrządza się pastę prahok, należącą do najbardziej charakterystycznych smaków tego kraju.

FOT. WIKIMEDIA COMMONS/ARNAUD-VICTOR MONTEU

Pałac Królewski w Phnom Penh z ceremonialną salą tronową


     Kiedy już odpowiednio się posilimy i zechcemy wyruszyć na spacer po Phnom Penh, nasze zwiedzanie najlepiej rozpocznijmy od Pomnika Niepodległości – górującego nad miastem monumentu upamiętniającego wyzwolenie Kambodży z rąk Francuzów w 1953 r. Ta 20-metrowa konstrukcja z czerwonego kamienia, przypominająca swoim kształtem wieże świątyń w Angkorze, szczególnie efektownie wygląda wieczorem, gdy podświetlają ją reflektory w kolorach flagi narodowej (białe, niebieskie i czerwone). Miejscem, którego nie można przegapić w stolicy, jest także Pałac Królewski ze Srebrną Pagodą (Wat Preah Keo). Jej nazwa pochodzi od podłogi wyłożonej ponad 5 tys. płytek z prawdziwego srebra. Właśnie tutaj przechowuje się kolekcję bezcennych dla rodzimej kultury przedmiotów, np. kryształowego Buddę (zwanego potocznie „kambodżańskim Szmaragdowym Buddą”), królewską lektykę czy naturalnej wielkości wizerunek Buddy Maitrei, inkrustowany ok. 9,5 tys. diamentów. Jeśli będziemy chcieli zobaczyć jeszcze więcej khmerskich skarbów, powinniśmy koniecznie złożyć też wizytę w pobliskim Muzeum Narodowym Kambodży, gdzie zgromadzono eksponaty pochodzące z epoki świetności Angkoru.
     W historię Kambodży w istotny i – niestety – niezmiernie tragiczny sposób wpisał się inny obiekt odwiedzany przez podróżników przybywających do Phnom Penh. Mowa o Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng, służącym w czasach reżimu Czerwonych Khmerów (1975–1979) jako Więzienie Bezpieczeństwa 21 (S-21). Podobnie jak znajdujące się w pobliżu miasta masowe groby, znane jako pola śmierci (np. Choeung Ek), stanowi ono dziś symbol rządów, które w ciągu kilku lat zniszczyły kraj i pozbawiły życia niemal 2 mln ludzi. 17 kwietnia 1975 r. armia frakcji komunistycznej zajęła stolicę. Zmieniono nazwę państwa na Demokratyczną Kampuczę i rozpoczęto tzw. Rok Zerowy – nową epokę w dziejach. Rewolucjoniści pod wodzą Pola Pota (1925–1998) przystąpili do niszczenia ośrodków i wysiedlania z nich ludności, kierowanej następnie do niewolniczej pracy na roli. Zamykali szkoły, szpitale, fabryki i banki, likwidując przy tym własność prywatną, uznaną za przeżytek kapitalizmu. Również kultywowanie religii, z założenia stojącej w sprzeczności z ideologią komunizmu, zostało surowo zakazane, co dla jednego z najbardziej wiernych buddyzmowi społeczeństw na świecie było wielkim ciosem. Ofiarami nowego systemu początkowo stały się osoby związane z wcześniejszą władzą i intelektualiści, ale wkrótce potem do jego wrogów należał praktycznie każdy, Czerwoni Khmerzy nie oszczędzali nawet dzieci. Szacuje się, że przez kilka lat trwania ich krwawych rządów w murach samego Tuol Sleng przetrzymywano i torturowano ok. 16–20 tys. ludzi. Dziś budynki więzienia są zachowane w identycznym stanie, w jakim pozostawili je ich zarządcy – tak samo wyglądają choćby cele więźniów i narzędzia tortur. Z tego względu kompleks wywiera na zwiedzających jeszcze mocniejsze wrażenie, a jednocześnie przypomina o tym, że o tragicznym rozdziale kambodżańskiej historii trudno będzie zapomnieć.

 

SKARBY PRZYRODY
Ten piękny kraj ma w sobie coś, co sprawia, iż wielu podróżników zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia albo raczej od pierwszej wizyty. Mowa o jego przyrodzie – bujnej, dzikiej, różnorodnej i, przynajmniej na razie, nieskażonej wpływami turystyki. Na północy Kambodży, tuż przy granicy z Tajlandią, wznoszą się niewysokie (średnio 500-metrowe), niemal niezasiedlone i porośnięte gęstymi wiecznie zielonymi lasami równikowymi góry Dangrek. W regionie południowym z kolei kuszą nadmorskie kurorty oraz niebiańskie plaże nad Zatoką Tajlandzką Morza Południowochińskiego. Wśród malowniczych pól ryżowych w środku kraju leżą natomiast liczne wioski zamieszkane przez pogodnych i bardzo pomocnych ludzi. Kilkanaście z nich znajduje się na jeziorze Tonle Sap – uznawanym za największe w całej Azji Południowo-Wschodniej. Jego powierzchnia wynosi 2,7 tys. km², a w porze deszczowej dochodzi nawet do 16 tys. km². Możemy tu podziwiać pływające wsie rybackie i osiedla na palach. W wodach Tonle Sap występuje ok. 200 gatunków ryb, węże, żółwie i krokodyle. Przy brzegach żerują m.in. indyjskie marabuty i pelikany, wężówki, rybożery białosterne czy hubarki bengalskie. Jednak największe wrażenie robi na przyjezdnych codzienne życie mieszkańców tej odciętej od świata krainy. Toczy się ono własnym rytmem wśród kolorowych domów zbudowanych na drewnianych palach obmywanych przez fale.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Drewniana łódka mieszkańców wiosek na jeziorze Tonle Sap


     Jeśli z okolic Tonle Sap skierujemy się jeszcze bardziej na południe, w stronę wybrzeża, to trafimy do jednego z najbardziej niezwykłych parków narodowych w Kambodży – Phnom Bokor. Pełno w nim oszałamiających wodospadów, soczyście zielonej roślinności i egzotycznych zwierząt. Stąd już blisko do dwóch nadmorskich miejscowości: uroczego Kampot (Krong Kampot) i nieco melancholijnego Keb (Kep). Choć same w sobie wydają się nie mieć zbyt wielu atrakcji, warto zostać w nich choćby na jeden dzień, aby nacieszyć się ich senną atmosferą oraz knajpkami z tanimi daniami z owoców morza i piwem Angkor.
     Za najpopularniejsze miasto w rejonie Zatoki Tajlandzkiej uważa się jednak zdecydowanie Sihanoukville (Krong Preah Sihanouk), nazwane tak na cześć dawnego króla Norodoma Sihanouka. Zmarły 15 października 2012 r. w Pekinie władca od chwili koronacji w 1941 r. pełnił tyle różnych funkcji jako polityk, że... zapisano go w Księdze rekordów Guinnessa. Cieszył się też wątpliwą sławą playboya, oficjalnie był dwukrotnie żonaty i spłodził czternaścioro dzieci. Słynął poza tym z miłości do szybkich samochodów i organizowania wystawnych balów, nałogowo oglądał filmy i nakręcił niemal 30 produkcji, w których często obsadzał w roli głównej samego siebie. Miłość króla do siódmej muzy okazała się dziedziczna: jego syn Norodom Sihamoni (ur. w 1953 r.), również mający opinię ekscentryka i rządzący Kambodżą od 2004 r., studiował m.in. reżyserię w Korei Północnej i parokrotnie próbował swoich sił w dziedzinie kinematografii.
     Wróćmy jednak do Sihanoukville. To z pewnością miejscowość, której nie można ominąć w trakcie wyprawy do tego azjatyckiego kraju, szczególnie jeśli planuje się parę dni odpoczynku wśród palm, skorzystanie z wieczornych rozrywek i zakup tradycyjnych pamiątek. Osoby szukające ciszy, szerszych i rozleglejszych plaż oraz rejonów do uprawiania snorkelingu bądź nurkowania powinny popłynąć łódką na jedną z okolicznych wysp, np. Koh Rong (78 km² powierzchni). Znajduje się tutaj kilka niewielkich osad rybackich, swojskich restauracji oraz prostych pensjonatów i hosteli, prowadzonych zwykle przez całe rodziny. Na tym rajskim skrawku lądu odkryjemy małe zatoczki, które zachwycają śnieżnobiałym piaskiem i przejrzystą, turkusową wodą. Nad nimi góruje dziewicza przyroda – niemal całą Koh Rong porasta niezamieszkana i niełatwa do przejścia dżungla, zaczynająca się za wioskami i wybrzeżem. Podobnie jest w przypadku jeszcze mniejszej i praktycznie bezludnej wysepki Koh Rong Sanloem (24,5 km² powierzchni i 300 mieszkańców), oddalonej stąd zaledwie o parę kilometrów i półgodzinny rejs łodzią. Warto na nią zajrzeć choćby na jedno popołudnie, aby nacieszyć się prawdziwie niebiańską plażą i błogim spokojem, ale ostrzegamy… powrót do cywilizacji z tego pięknego snu okaże się niesamowicie ciężki. Podobnie trudny może być zresztą moment wyjazdu z samej Kambodży: fascynującej, pełnej wielu nieoczywistych skarbów i wciąż nieodkrytej przez turystów.

Artykuły wybrane losowo

Podróż przez Mozambik

JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Więcej…

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Île-de-France, czyli wokół stolicy Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

<< Paryż nie bez powodu zajmuje pierwsze miejsce na podróżniczej liście wielu turystów zarówno z Europy, jak i całego świata. Tu, pod żelazną Wieżą Eiffla odkrywają oni swoje ulubione zakątki, które wspominają później po powrocie do domu. I choć niektórym z nich wydaje się, że w tej części Francji widzieli już chyba wszystko, na pewno się mylą. Przed nimi zostało jeszcze wiele do zobaczenia. >>

Île-de-France to najbardziej zaludniony francuski region (12-milionowy), którego centrum stanowi jedno z najchętniej odwiedzanych europejskich miast – Paryż. Tłumaczenie nazwy tego obszaru brzmi Wyspa Francji i trzeba przyznać, że w pełni zasługuje on na swoje miano. Nigdzie indziej w tym kraju nie znajdziemy tak wielkiej liczby francuskich zabytków, muzeów, galerii, teatrów, kin i innych centrów rozrywki, jak właśnie tutaj.

Więcej…